zloty i imprezy

Wheels&Stones # 1

DSC_9459

Pewien znajomy reklamował niegdyś swoją stronę internetową słowami: „starsza od fejsbuka a mimo to nie wyrządziła tylu szkód”. Nie wiem jak tam jest ze szkodowością portali społecznościowych czy też strony Kolegi, prawda jest jednak taka, że gdyby nie „mordoksiążka” to o tym zlocie zapewne wcale bym się nie dowiedział i nawet nie mógłbym się złościć, że ominęła mnie taka impreza.

Wheels&Stones jest, jak się okazuje, cykliczną imprezą poświęconą ogólnie klimatom Cafe Racer. Tak, teraz mogę sobie pluć w brodę że przegapiłem wcześniejsze jej edycje. A ponieważ jest to niemiecka wersja Ton-up-boys, więc nikogo nie powinno dziwić że bazą do przeróbek są z reguły starsze motocykle BMW, nad którymi na szczęście nikt się nie użala że „takiego klasyka zepsuli” 😉

Zapraszam do galerii:

Koniec części pierwszej. Ciąg dalszy nastąpi.

Strona Organizatora

Oldtimertreffen Düppenweiler, czyli wpis zawiera lokowanie produktu

DSC_8739

Nie pomnę już, w jakiej to gazecie znalazłem informację o organizowanym w Düppenweiler zlocie zabytkowych pojazdów. A ponieważ jeszcze nie byłem w miejscowości o tak fajnej nazwie, wiadomym przeto się stało, że muszę się tam wybrać.

Tak więc wczesnym rankiem wytargałem zaprzęg z garażu, ku nieopisanej zapewne radości sąsiadów odpaliłem i udałem się w kierunku północnym.

Düppenweiler okazało się być niewielką mieściną. Na tyle małą, że zanim zdołałem w niej zatrzymać zaprzęg to miejscowość zdążyła się już skończyć – mimo  hamowania z piskiem opon 😉 No dobrze, taka mała to znowu nie jest. Po prostu nie wiedziałem gdzie znajduje się miejsce zlotu i w związku z tym przejechałem przez całą miejscowość. A ponieważ znajduje się ona na przełęczy i podjazdy oraz zjazdy są strome, toteż nie udało mi się wyhamować przed tablicą oznaczającą koniec miasteczka. I nie zawiniły tu „legendarne” knedlowskie hamulce, tylko wąskie opony ślizgające się na nawierzchni. Bębny zablokowały koła bez problemu a mimo to zaprzęg sunął dalej z piskiem opon.

Wobec tego pozostało tylko zawrócić i powoli przejechać przez miasteczko raz jeszcze. Tym razem trafiam bezbłędnie a to dzięki kierowcy jakiegoś starego samochodu, który skręcił we właściwą uliczkę. No tak, oznaczenia brak. Miejscowi wiedzą.

Na miejscu okazało się, że zlot jest organizowany przez jakiegoś dealera francuskich samochodów i połączony będzie z prezentacją nowego modelu. Taką właśnie informację dostałem przy wjeździe od jednego z organizatorów. Wymienia przy tym nazwę producenta samochodów, ale będąc w kasku na głowie i przy hałasie pracującego knedlowskiego dwusuwa dociera do mnie tylko pierwsza litera. Jest to litera „P.”

– Jaka firma? Panhard? – pytam wobec tego grzecznie jeszcze raz.

– Nie, Peugeot! – facet robi wielkie oczy.

Po ustaleniu tych faktów parkuję zaprzęg przy ulicy, gdzie znajduję jeszcze troszkę wolnego miejsca.

DSC_8745

Przed salonem dealera stoi kilka samochodów. Próbuję ustalić, który z nich jest tym premierowym. Ten?

DSC_8743

Czy może jednak ten?

DSC_8741

Stawiam na tego drugiego, z racji wyposażenia pojazdu w materiały promocyjne:

DSC_8739

Na mnie ten samochód zrobił dobre wrażenie. I kto to marudził, że nie produkuje się dziś ciekawych samochodów!

Krótkie zwiedzanie:

Najciekawszy motocykl zlotu:

I to by było na tyle.

PS. Sponsorem programu jest literka „P.”

PS.PS. Nazwa Düppenweiler nie pochodzi, jak mogłoby się wydawać, od pewnej części ciała tylko od ceramiki.

PS. PS. PS. Do tej pory nie wiem, który to model samochodu miał tam zostać zaprezentowany. Bo podobno jednak nie ten, który oglądałem. Wiem tylko, że oznaczenie miał cyfrowe i w środku na pewno było zero; znawcy motoryzacji na pewno sobie poradzą 😉

Motobazar Wadgassen Outlet Center

DSC_8689

W wielu rejonach Niemiec panuje dziwny zwyczaj niepodawania adresów w ogłoszeniach o organizowanych imprezach czy zlotach. Żeby było zabawniej, dotyczy to także urzędów czy innych obiektów użyteczności publicznej.

Pamiętam jak swego czasu szukałem w pewnej malutkiej miejscowości urzędu pocztowego. Oczywiście nie znalazłem go, zamiast niego trafiłem jednak do knajpy kategorii VII o wdzięcznej nazwie „Poczta” 😀 Cudowne; mówisz żonie że idziesz na pocztę po czym wracasz nawalony jak bombowiec o czwartej nad ranem… Najlepsze w tym wszystkim jest to, że nie kłamałeś ani odrobinę mówiąc że idziesz na „Pocztę”. Byłeś tam przecież, wszyscy Cię widzieli, także pracownik poczty (ten za barem).

Tym razem z pomocą przyszedł nieoceniony „wujek Gugle”, dzięki któremu udało się ustalić gdzie dokładnie znajduje się Outlet Center; dalej nawigacja poprowadziła już bezbłędnie.

Niestety, kilkadziesiąt kilometrów przed Wadgassen zaczęło padać i wbrew zapewnieniom zaklinaczy pogody, którzy uparcie przekonywali że grożą nam tylko przelotne opady, lało już niemal bez przerwy. Mocniej, słabiej ale jednak ciągle. Przy takiej pogodzie impreza nie ma prawa być udana.

Na miejscu okazało się że Tom Cruise, mimo niepogody już dojechał* 😉

DSC_8684

Ponieważ Outlet Center znajduje się nad jeziorem, można było natknąć się na spacerujących nad brzegiem bajora mieszkańców.

DSC_8686

Ale oczywiście tym razem najważniejsze były rupiecie. Niestety, ze względu na (nie)pogodę nie było tego zbyt dużo. Część zresztą widzę już po raz kolejny, jak na przykład Kawę Z650, która jakoś sprzedać się nie może i wcale mnie to nie dziwi. Jest to oczywiście piękna maszyna ale nie za te pieniądze. Victoria Avanti z końcówki lat 50-tych XX wieku wygrywa bezsprzecznie konkurs na najciekawszy (czytaj: najdziwniejszy) motorower całej imprezy.

Organizatorzy raczej nie zaliczą tej imprezy do udanych. Paskudna aura odstraszyła zarówno kupujących jak i sprzedawców, którzy zaczęli zwijać stragany na długo przed zaplanowanym na godzinę 18:00 końcem imprezy.

To nic, odbijemy sobie następnym razem. Marilyn Monroe podobno także ma przyjechać 😉

DSC_8690

 

Intermoto 2017, czyli lepsze jutro było wczoraj

DSC_8404

Po całkiem udanej zeszłorocznej edycji na co to ja nie liczyłem w tym roku… Najbardziej to się oczywiście przeliczyłem. „Wielcy” w tej branży albo wystawili stoiska całkowicie symboliczne, albo nie zaprezentowali niczego nowego albo wręcz nie pojawili się wcale. Miałem wrażenie, że oto następuje schyłek tych targów. Oczywiście jest to zapewne przesada i śmierć im nie grozi, ale zastój i marazm jak najbardziej.

Ale do rzeczy. Największym tegorocznym rozczarowaniem było stoisko Kawasaki, a w zasadzie jego brak. No dobrze, było takie mini stoisko, na którym można było powspominać stare dobre czasy, gdy na drogach królowały niepodzielnie Mach-y i Z-etki… Tyle że to już było „i se ne vrati”. To rozpamiętywanie przeszłości nie wróży nic dobrego na przyszłość. Faktem jednak jest, że po wprowadzeniu Euro 4 i wycofaniu ze sprzedaży W 800 dealerzy Kawasaki raczej życie lekkiego nie mają. Ja rozumiem że ktoś tam gdzieś w czeluściach biurowca KHI wszystko sobie dokładnie przekalkulował i stwierdził, że przekonstruowanie silnika W 800 aby dostroić go do nowych norm emisji spalin się nie opłaca, jednak tym sposobem z palety zniknął ostatni charakterystyczny motocykl tej marki… A jeszcze dwa lata temu podstarzali rockersi sprzeczali się tu zaciekle, co lepiej kupić: Kawasaki W 800 czy też Triumpha Boneville… Teraz jakby problem został rozwiązany. Tylko czy o to chodziło?

Stoiska Yamahy nie było w ogóle. Trudno powiedzieć co to ma oznaczać. Czy to oznaka kryzysu w całej branży czy tylko niemoc organizatora? Rozmowy z wystawcami zdawały się wskazywać raczej na to drugie.

Kolejnym rozczarowaniem był Mash. To taka francuska odpowiedź na naszego Rometa czy Junaka w wydaniu XXI wieku. Czyli bierzemy chiński motorek i naklejamy na niego własne logo. Podobno coś tam jeszcze jest w nim „Made In France” , tylko nie bardzo wiadomo co. Wypisz, wymaluj, nasz Junak czy Romet. Zresztą produkty też mają podobne (a niektóre nawet takie same). Tyle że klient francuski czy niemiecki jest zamożniejszy, więc można zaoferować mu trochę więcej. W Internecie Mash chwali się swoimi lekkimi zaprzęgami, których próżno niestety było szukać na targach. Szkoda.

Stoisko Harleya Davidsona jest co roku dokładnie takie samo, więc po latach praktyki i doświadczeń przestaliśmy się tam zatrzymywać. Nawet piesek, który pojechał z nami na targi dla towarzystwa, zaczął w tym miejscu ziewać. Oczywiście znalazła się cała rzesza ludzi którym zupełnie nie przeszkadza, że kolejny raz z rzędu oglądają to samo. Jak mawiał inżynier Mamoń w niezapomnianym Rejsie – „(…) mnie się podobają piosenki, które już raz słyszałem. To przez reminiscencję”. Jest w tym jakaś logika. Rozumiem i szanuję. Zwłaszcza w dzisiejszych czasach.

Z ciekawostek – po raz pierwszy swoje stoisko wystawił Indian. Znalazły się na nim dwa nowe motocykle, w tym nowy Scout, obok którego postawiono również starego, oryginalnego. Szczerze mówiąc, nowy Scout wygląda nawet interesująco.

Pozostali gracze nie wystawili nic ciekawego. Albo może inaczej – niczego, czego byśmy już nie znali.

Duże powody do zadowolenia miał za to dealer Urala. Już pierwszego dnia targów wszystkie motocykle na jego stoisku zostały oznaczone karteczką „sprzedany”.

Galeria:

Niestety, najbardziej odpowiednim mottem dla tych targów byłoby powiedzenie: „lepsze jutro było wczoraj”…

Klasyka w deszczu

dsc_6688

Zeszły rok okazał się być pełen skrajności. Albo niemiłosierne upały i żar lejący się z nieba albo, dla odmiany, chłód, wiatr i deszcz. I w zasadzie nic pomiędzy. Oczywiście, „Klasyka w zieleni”, ze swoim tradycyjnym pechem załapała się na tą drugą opcję. Zimno, wiatr i padający dosłownie co kilkanaście minut ulewny deszcz spowodowały katastrofalną frekwencję zarówno wśród uczestników jak i zwiedzających. Bo cóż to za przyjemność co chwilę kryć się przed deszczem?

Mimo tak niesprzyjającej aury warto było jednak ruszyć się z domu i zobaczyć to i owo. Pocieszam się, że może w tym roku będzie lepiej. W końcu nawet po najbardziej ulewnym deszczu powinno w końcu wyjść słońce 🙂

Dookoła Linslerhof 2016

dsc_7369

Pogoda w tym roku widać się uwzięła i postanowiła pokazać, że jest w stanie zniszczyć nawet najlepiej zorganizowane imprezy. W tym roku los ten spotkał także rajd „Dookoła Linslerhof”. Impreza z dwudniowej zamieniła się w kilkunastogodzinną, a stało się to za sprawą potężnej nawałnicy która przeszła nad okolicą pierwszego dnia. Większość uczestników nie dotarła na miejsce a droga dojazdowa zamieniła się w całkiem pokaźne jeziorko. Nieliczni motocyklowi twardziele którzy jednak dojechali, musieli schować swoje maszyny pod wiatą i poszukać sobie jakiegoś zastępczego transportu do domu. Tak wyglądał w skrócie pierwszy dzień imprezy. Nie trzeba chyba dodawać, że z zaplanowanego rajdu „Dookoła Linslerhof” oraz wyścigów klasycznych samochodów i motocykli wyszły nici.

Było mi to bardzo nie na rękę, bowiem drugiego dnia miałem zaplanowane odwiedzenie kiermaszu płytowego, odbywającego się akurat tego samego dnia w innym mieście i na sam zlot w Linslerhof chciałem udać się później. Trzeba było wobec tego zmodyfikować plany i na kiermasz udałem się już z samego rana motocyklem, będąc jednym z pierwszych odwiedzających. Przez stoiska przeleciałem jak przeciąg, jednak mimo pośpiechu udało mi się wypatrzyć to i owo. Szybko spakowałem płyty do torby przy motocyklu i co koń wyskoczy popędziłem w kierunku Linslerhof, wyprzedzając po drodze wszystko co tylko się nawinęło.

Przed samym zjazdem na teren zlotu wyprzedzam jeszcze francuza na starym goldasie a tuż przed bramką doganiam Niemca na leciwym BMW. Dojeżdżamy do bramy wjazdowej – i tu następuje niemiła niespodzianka. Obsługa stwierdza, że przyjechaliśmy za późno i na teren zlotu już wjechać nie możemy, mimo iż nasze pojazdy spełniają wszelkie kryteria „zabytków”. Niestety, na nic nasze protesty; obsługa wskazuje nam wyznaczony po lewej stornie parking dla pojazdów „współczesnych”, skąd dalej na teren zlotu trzeba iść już na piechotę. W międzyczasie dojeżdża i Francuz. Niemiec jeszcze usiłuje dyskutować z obsługą, jednak nie przynosi to rezultatu; bramkarz kategorycznie wskazuje nam parking po lewej stronie.

Patrzymy po sobie; kurde, nie po to tu przyjechaliśmy na starych rupieciach żeby teraz szorować na teren zlotu na piechotę. Krótkie spojrzenie po sobie i powoli ruszamy najpierw w kierunku parkingu, po czym pełnym gazem walimy prosto na teren zlotu. W lusterku widzę jeszcze jak ochroniarz wymachuje rękoma i coś krzyczy, jednak ryk silników zagłusza całkowicie jego głos. Wpadamy między zabudowania dworu; teraz ochroniarze mogą nam… ten, tego. Parkujemy w bocznej alejce blisko głównego placu i ruszamy na zwiedzanie.

dsc_7349

Zwiedzania nie ma zresztą zbyt dużo. Pogoda wystraszyła większość uczestników do tego stopnia, że na placu pojawili się w zasadzie tylko stali bywalcy. Sami swoi. Serdeczne powitanie, krótkie wieści co i kto remontuje. Dobry znajomy poskładał wreszcie Gnome & Rhone z 1929 roku i opowiada wszystkim którzy tylko chcą słuchać swoje perypetie ze sprzęgłem. Inny opowiada o problemach z elektryką – słowem zwykły zlot starych pojazdów. Jednak co chwila i tak temat zbacza na kwestie związane z pogodą; Słońce jakoś nie może przebić się przez grubą pokrywę z chmur… Wszyscy pocieszają się wzajemnie że na pewno nie będzie już dziś padać…

Próżne nadzieje. Pół godziny później lunęło jak z cebra. Nie widząc żadnej nadziei na poprawę postanawiam zwijać żagle i opuszczam imprezę w momencie przerwy między opadami.

Na pocieszenie pozostaje kilkanaście zdjęć, które mimo wszystko udało się zrobić.

***

Wieczorem, już w domu, przeglądam swoje trofea z kiermaszu płytowego. Na jednym ze stoisk udało mi się nabyć w dobrej cenie między innymi te dwie płyty:

dsc_7388

Miałem je kiedyś na kasetach; fajne czasy kiedy człowiek nie musiał być jeszcze poważny… Wrzucam pierwszą z nich do odtwarzacza…

W sumie do dziś niewiele się zmieniło 😉

 

Linslerhof 01-02.10.2016

Wyścigi uliczne motocykli klasycznych w Sankt Wendel # 3

15-12-28-115903

Podobno pierwszy wyścig motocyklowy odbył się zaraz po tym, jak na Ziemi pojawił się drugi motocykl. Jeśli ktoś miał co do tego jakieś wątpliwości to pozbył się ich już drugiego dnia zawodów w Sankt Wendel.

Spóźniłem się nieco na rozpoczęcie zawodów i trafiłem na drugi bieg w najliczniejszej klasie „vintage”, czyli maszyn reprezentujących czasy powojenne. Oczywiście granica nie jest sztywna i w zawodach uczestniczyły również motocykle, których produkcję rozpoczęto jeszcze przed wojną, jak np. Scott. Ponieważ, jak już wyżej wspomniałem, kategoria ta jest reprezentowana najliczniej a na dodatek w wyścigach biorą udział dobrze zorganizowane teamy, nikt tu maszyn ani siebie nie oszczędzał i walka była zacięta. Nie dało się ukryć, że dominują w tej klasie motocykle włoskie, japońskie i brytyjskie.

Po kilku biegach solówek przyszedł czas na to, co tygrysy lubią najbardziej – czyli wyścigi motocyklowych zaprzęgów. Tu liczy się praca zespołu, czyli kierowcy i „pająka”. Na starcie ustawiło się kilkanaście zestawów różnych klas. Wreszcie dano sygnał do startu: silniki ryknęły i maszyny szybko nabierając prędkości, pomknęły pierwszą długą prostą po czym zgubiłem je na chwilę z oczu i tylko odgłosy pozwalały zorientować się, co się teraz z nimi dzieje. A działo się dużo: przeraźliwy pisk opon na dohamowaniu oraz podczas pokonywania pierwszego zakrętu; silniki ryknęły jeszcze przeraźliwiej-to maszyny wyjechały na odcinek prosty; znów redukcje i pisk opon – to oznacza kolejny zakręt. Teraz znów silniki w przeraźliwym jazgocie nabierają obrotów – to zaczyna się druga prosta, słychać jak kierowcy zapinają kolejne biegi, za chwilę maszyny pojawią się na serii ciasnych zakrętów… Redukcja biegów – motory wydają z siebie ryk od którego trzęsie się ziemia, strzały w tłumiki i pisk opon na dohamowaniu; pierwszy z ciasnych zakrętów w lewo – „pająki” przewieszają się przez motocykle, kierowcy trą niemal kolanem o asfalt, walcząc z siłą odśrodkową. Trochę gazu i znów dohamowanie i kolejny zakręt, tym razem w prawo: „pająki” wychylają się z gondoli wózków na ile jest to tylko możliwe, wisząc barkami i głową dosłownie kilka centymetrów od jezdni i krawężnika. Siła odśrodkowa jest bezlitosna, wózki odrywają się kołami od ziemi, kierowcy przewieszają się przez motocykle na ile to jest tylko możliwe, niemalże wchodząc do wózków aby je obciążyć jak tylko się da wiedząc jak niewiele dzieli zestaw od wywrotki. Kolejny zakręt w lewo i sytuacja się powtarza; następnie zestawy wychodzą na prostą – silniki wkręcają się na obroty, z tłumików tryskają fontanny ognia, opony jęczą tracąc przyczepność i kreślą długie czarne linie na asfalcie. Znowu prosta i znów zakręty. Najbardziej zacięta rywalizacja odbyła się pomiędzy trzema zaprzęgami BMW. Tu nie było litości – kierowcy i „pająki” jechali ramię w ramię na granicy ryzyka. Praktycznie większość zakrętów zaprzęgi pokonywały na dwóch kołach albo w uślizgu. Na kolejnym zakręcie jeden z sidecarów złapał nieco dłuższy poślizg, niż to było pierwotnie planowane i zawadził tylnym kołem o belę słomy zabezpieczającą tor i ustawioną przy barierkach dla widzów, wzbudzając wśród widzów prawdziwą panikę. Materiał w który bela była owinięta, w kontakcie z oponą nie miał żadnych szans i w ułamku sekundy zamienił się w kilkanaście żółtych strzępów a słoma rozsypała się po torze i trybunach… Na ścigających się nie zrobiło to żadnego wrażenia, pognali dalej na złamanie karku jakby nic się nie stało…

Gdy opadły emocje i zmielona przez zaprzęgi słoma, na tor wjechała „królewska klasa solówek”, czyli superbike. Tu walka była jakby mniej zacięta, chociaż prędkości osiągane przez supersporty były iście wariackie. Nie za specjalnie służyły im widać bardzo ciasne zakręty na których ciężkie maszyny pokazywały swoje „brzuchy” a kierowcy musieli podpierać się kolanami i łokciami. Za to na prostych i lżejszych łukach (były takie dwa) maszyny i ich jeźdźcy pokazywali co potrafią, przejeżdżając całą prostą w kilka sekund, często na jednym kole.

A gdy wydawało się, że już widzieliśmy wszystko, zapowiedziano nieoczekiwanie wyścigi motocykli klasy „antyk”, czyli maszyn wyprodukowanych do pierwszej wojny światowej. Na starcie pojawiło się kilkanaście staruszków zapomnianych już dziś marek jak Rudge, Motobecane czy Motosacoche, z których większość miała już ponad 100 lat! Większość widzów poszła w tym momencie coś zjeść albo napić się piwa, nie spodziewając się po tym wyścigu większych emocji. No bo cóż ciekawego mogą pokazać maszyny o mocach od 1,5 do 3 koni mechanicznych i których lata świetności minęły 90 lat temu? Okazało się, że pomylili się bardzo a wyścig dostarczył dużo emocji, chociaż na zupełnie innym poziomie. Jak się okazało, staruszki i ich jeźdźcy, często odziani z „duchem epoki” w kombinezony z białego płótna żaglowego dali pokaz umiejętności na sprzęcie, którego większość z nas nie potrafiłaby nawet uruchomić. Dość powiedzieć, że spora część z tych motocykli nie miała skrzyni biegów ani sprzęgła! Skórzane pasy napędowe ślizgały się na prostych, nie pozwalając w pełni wykorzystać mocy i tak cherlawych silników; hamulce istniały tylko w teorii… Mimo to jeźdźcy ścigali się naprawdę! Niesamowity jest widok ponad stuletniego motocykla krzeszącego podestami iskry podczas pokonywania zakrętów… Pierwotne piękno, czysta esencja pradawnych wyścigów – tylko motocykl, chęci i droga…

Kto nie był niech żałuje 🙂

Sankt Wendel, 13-08-2016

Strona Organizatora

Koniec części trzeciej i ostatniej.

Wyścigi uliczne motocykli klasycznych w Sankt Wendel # 2

15-12-28-115903

Nadano wreszcie długo oczekiwany sygnał do zbiórki na linii startu. Uczestnicy zawodów porzucili dotychczasowe zajęcia i złapali co kto tam miał pod ręką; kask, kurtka, rękawice. Ponieważ pierwszy przejazd miał mieć bardziej charakter parady niż wyścigu czy nawet biegu treningowego, nie wymagano tego od zawodników pełnego stroju ochronnego. Ryknęły zapuszczane silniki i maszyny zaczęły wyjeżdżać z boksów.

Nie pozostało mi nic innego jak udać się za nimi, po drodze pilnie wypatrując miejsc do obserwacji i fotografowania jutrzejszych zmagań. Tor został już ostatecznie wytyczony i oznakowany, newralgiczne punkty zabezpieczone. Pomyślano go dosyć ciekawie, składał się z dwóch długich prostych, przebiegających po drogach publicznych, rozdzielonych serią ciasnych zakrętów. Te z kolei wytyczono na wielkim parkingu. Czyli liczyć się będą zarówno możliwości maszyn jak i umiejętności zawodników. Zatem można się będzie spodziewać wspaniałego widowiska.

Tymczasem motocykle zaczęły się ustawiać na linii startu. Trochę potrwało zanim 250 maszyn uformowało długą kolumnę. Teraz stały tuż obok, pomrukując silnikami  i strzelając z układów wydechowych: antyczne, klasyczne, supersporty i sidecary, jedno, dwu, cztero i sześciocylindrowe, dwu i czterosuwowe we wszystkich możliwych układach silników.

Wreszcie sygnał do startu! Dwieście pięćdziesiąt silników ryknęło tak, że zatrzęsła się ziemia! Kolumna maszyn o sumarycznej mocy oscylującej zapewne w okolicach 7000-10000 koni mechanicznych ruszyła przed siebie.

Na jutro zapowiada się wspaniałe widowisko.

Sankt Wendel, 12-08-2016

Strona Organizatora

CDN…

Wyścigi uliczne motocykli klasycznych w Sankt Wendel # 1

15-12-28-115903

Kiedy dwa lata wcześniej, podczas pamiętnego Rajdu Dookoła Linslerhof wizytowałem boksy dla zawodników, dostałem zaproszenie na planowane wówczas 5 wyścigi motocykli klasycznych w Sankt Wendel. Wówczas nawet nie miałem pojęcia jak ciężkim zadaniem będzie zrelacjonowanie tego wydarzenia. Impreza okazała się nadzwyczaj udana a na linii startu zameldowało się ponad 250 kierowców wraz ze swoimi maszynami, reprezentującymi w zasadzie wszystkie najważniejsze okresy w produkcji jednośladów. Przyznaję się szczerze, że takiego rozmachu po tej imprezie to się nie spodziewałem. A w sumie powinienem, zważywszy że wyścigi drogowe organizowane były w Sankt Wendel już od 1948 roku aż do przerwy w roku 1964. Reaktywowano je ponownie w latach 1982-1992. Obecna impreza to kolejna już reaktywacja wyścigów. Dwa dni (z trzech) i ponad 1500 zdjęć – tego nie da się streścić w jednym wpisie. Dlatego postanowiłem podzielić go na części.

Dzień pierwszy teoretycznie nie obfitował w jakieś szczególne wydarzenia. Na późne popołudnie zaplanowano jeden ogólny przejazd w celu zapoznania się z trasą. Ale póki co uczestnicy dopiero się zjeżdżali, inni rozpakowywali się, jeszcze inni dokonywali ostatnich poprawek w swoich maszynach. Niejednokrotnie napotkać można było motocykl czy sidecara rozebranego na części pierwsze wprost na chodniku, w celu znalezienia i usunięcia jakiegoś problemu technicznego. Widok na dzisiejszych zlotach motocyklowych już zupełnie niespotykany a tutaj proszę – całkowicie normalny.

dsc_5068

A jeszcze niedawno znajomy narzekał przy garażowym piwie, że żeby zobaczyć takie sceny trzeba się udać na zlot na Ukrainę, bo jeszcze tylko tam mieszkają ludzie którzy nie boją się trochę rąk ubrudzić. Ci, którym udało się już doprowadzić swój sprzęt do porządku, ustawili się w kolejce do odbioru technicznego. Aby bowiem pojazd mógł wziąć udział w wyścigach, musi przejść badanie.

Czyli jednym słowem, typowe w takich sytuacjach zamieszanie i rozgardiasz, z którego skwapliwie skorzystałem, fotografując to i owo oraz rozmawiając z uczestnikami. Na jednym z motocykli znalazłem naklejkę z napisem „Japoński złom? Nie, dziękuję” oraz adekwatnym rysunkiem:

dsc_5114

Żeby było zabawniej, naklejka umieszczona była na motocyklu Suzuki z wczesnych lat 70-tych. Właściciel motocykla widząc moje zainteresowanie wyjaśnił mi, że takie naklejki rozprowadzali niegdyś po cichu sprzedawcy motocykli BMW, dla których to „japońska inwazja” była prawdziwą katastrofą. Nie jest to w żadnym wypadku przesadą. Gdzie bowiem tylko pojawiła się „japońska zaraza” tam wykresy sprzedaży lokalnych producentów motocykli ostro pikowały w dół, doprowadzając wiele fabryk i związanych z nimi dealerów do bankructwa. Japończycy, długo lekceważeni przez cały świat motoryzacyjny, szybko zbierali doświadczenia i wyciągali wnioski z własnych potknięć. Koniec końców, wkrótce potrafili zrobić wszystko lepiej, szybciej i taniej niż reszta świata. Doszło do tego, że ofensywa „Japońskiej Wielkiej Czwórki” w krótkim czasie zmiotła z powierzchni kontynentu europejskiego dużą część lokalnych producentów motocykli. Pozostałym do nokautu nie brakowało już zbyt wiele. W tej sytuacji któryś z dealerów BMW wpadł na pomysł rozprowadzania takich oto naklejek. „Tonący brzydko się chwyta”, jak mawiał klasyk. Cały pomysł jednak wziął w przysłowiowy „łeb” gdy nagle okazało się, że to właśnie właściciele japońskich motocykli postawili sobie za punkt honoru posiadanie takiej naklejki na swoim własnym motocyklu! „Tajna broń BMW” okazała się być bardzo obosieczna.

Czas szybko płynął na zwiedzaniu, fotografowaniu i rozmowach. Ani się człowiek obejrzał jak dano sygnał dla uczestników do zbiórki do pierwszego biegu treningowego w celu zapoznania się z trasą wyścigu, którego spora część odbywać się miała po odpowiednio zabezpieczonych drogach publicznych.

Tymczasem zapraszam do galerii:

Sankt Wendel, 12-08-2016

Strona Organizatora

CDN…

28 Europejski Zlot Zaprzęgów Weiswampach

dsc_6740

Trzy dni na trzech kołach. Z tak zwanych „wygód” organizatorzy zapewniają miejsce pod namiot na wielkiej łące oraz nielimitowany dostęp do jeziora. Mimo tak spartańskich warunków (jak na Europę Zachodnią), do malutkiej mieściny Weiswampach na samym krańcu Luksemburga zjechało ponad 1000 zaprzęgów motocyklowych z całej Europy.

Nie potrafię powiedzieć co za magia tkwi w tych nieco pokracznych pojazdach, że mimo upływu lat nie tylko nie wymarły doszczętnie, wyparte przez łatwiejsze i tańsze w utrzymaniu i zakupie samochody ale jakby tego było mało, ciągle zarażają kolejne pokolenia motocyklistów. Pamiętam za to dokładnie swoje pierwsze spotkanie z zaprzęgiem motocyklowym. Było to na początku szkoły podstawowej a kilkaset metrów od niej znajdowało się biuro przed którym, przez pewien czas parkował Zündapp KS 750 z wozem, należący najwyraźniej do jednego z pracowników. Nic zatem dziwnego że motocykl z wozem przez długie lata kojarzył mi się wyłącznie z ciężkim pojazdem wojskowym, szczególnie radzieckim bokserem, które to pojazdy do niedawna miały w Polsce niemal monopol na „trójkołowość.”

Okazuje się jednak, że jest to wyłącznie specyfika krajów „postRWPG” i świat zaprzęgów motocyklowych w rzeczywistości jest niesamowicie zróżnicowany i kolorowy. Mimo iż na terenie zlotu znajdowało się przeszło 1000 motocykli z wózkami bocznymi, ciężko było znaleźć dwie takie same konstrukcje. Rodzaj zaprzęgniętego motocykla, zakres przebudowy, styl i kolorystyka, wyposażenie – to wszystko w 99% przypadków jest własną inwencją twórczą właściciela. I chyba właśnie to jest w tym wszystkim najpiękniejsze.

 

Wieswampach, 26-28. 08. 2016