Month: Wrzesień 2020

Opowieść o wolnym człowieku # 2

img20200728_20195639

Marcin szedł ulicą, nie bardzo wiedząc, co ma począć dalej. Do urzędu pracy nie było po co się zgłaszać. Przecież zwolnił się sam i nawet nędzny zasiłek mu nie przysługiwał. A o przypadku aby poprzez urząd udało się komuś dostać pracę nawet najstarsi Indianie nie słyszeli. W dziwnym nastroju wrócił autobusem do domu.

Kobieta od której wynajmował mieszkanie od razu się zorientowała, że coś jest nie tak. Przecież nigdy nie wracał do domu przed zapadnięciem zmroku. Do tego na piechotę.

– Jezusmaria! Zwolnili cię z pracy!

– Sam się zwolniłem.

– O Jezusiczku, oczadział do reszty, z czego ty będziesz czynsz płacił…

Marcin nie miał ochoty tego słuchać. Zszedł do garażu. Pod ścianą, przykryty plandeką, stał motocykl. Jego motocykl. Popatrzył na stare, zakurzone żelazo. Zdjął garnitur i rzucił go w kąt, przysięgając sobie że już nigdy nie będzie chodził pod krawatem. Ubrał stare, poplamione olejem dżinsy oraz skórzaną kurtkę motocyklową, którą wiele lat temu kupił razem z kumplem w sklepie z używaną odzieżą zachodnią. Tak w zasadzie to kurtkę znalazł w tym sklepie jego kumpel. Wygrzebał i schował gdzieś w kącie po czym przyjechał natychmiast po Marcina. To były czasy i przyjaźnie. Nie było wówczas sklepów z ciuchami motocyklowymi. Ale jakoś człowiek umiał sobie radzić. Do tego glany z obowiązkowymi, czerwonymi sznurówkami. Miał je jeszcze na studiach. Też kawał historii. Stare czasy. Kiedy jeszcze naiwnie z przyjaciółmi planowali swoją przyszłość. Życie i tak każdemu napisało jego własny scenariusz. Zwykle nie miał on nic wspólnego z marzeniami. Wszyscy ugrzęźli beznadziejnie w tej swojej dorosłości. Jeszcze przed trzydziestką a już nudni, starzy i zużyci.

Włożył kluczyk do stacyjki. Kolorowe kontrolki zaświeciły się wesoło. To dobrze. Oznaczało to, że akumulator jeszcze nie padł na amen. Otworzył dopływ benzyny i włączył ssanie. Odczekał chwilę po czym nacisnął starter, raz, potem drugi. Silnik ożył, wskazówki zatańczyły na zegarach.

Marcin wyprowadził popierdujący motocykl przed garaż, zawiązał chustę pod szyją i zapiął kask. Ruszył przed siebie, bez celu. Przejechał przez centrum miasta, będąc trochę jak w transie. Zatrzymał się w końcu przed nową galerią handlową. Nową dla Marcina. Otwarta była już pewnie z rok temu, tylko nigdy nie miał czasu do niej zajrzeć. Był korposzczurem który wydostał się z firmy na wolność i odkrył ze zdumieniem, że poza nią istnieje jednak jakiś inny świat. Wszystko było w zasadzie dla niego nowe. Patrzył przez chwilę na swoje odbicie w lustrzanych witrynach. Wreszcie miał czas dla siebie. Czy nie tego właśnie chciał? Jednak wciąż, gdzieś z tyłu głowy, miał pewną natrętną myśl. Że to co się dziś wydarzyło, było zbyt pochopne. Z jednej strony czuł dumę i radość z tego, co zrobił. Wyszedł i trzasnął drzwiami. Z drugiej – bał się o jutro. Wyjął z kieszeni telefon i spojrzał na ekran. Żadnych wiadomości, brak nieodebranych połączeń. Na co czekał? Na telefon z firmy? Że niby szef zmięknie, przemyśli sprawę i zadzwoni? Uśmiechnął się gorzko. Takie rzeczy to tylko w produkcjach z Hollywood. Nigdy w prawdziwym życiu. Rozdział zamknięty.

Nie wiedział co ze sobą począć. Urwał się z uwięzi, jednak potrzebował jakiegoś punktu zaczepienia. Jechał bez celu przez miasto aż trafił na znajome peryferia. Tu gdzieś niedaleko była knajpka, w której kiedyś zbierali się motocykliści. Ciekawe czy ciągle jeszcze działa.

Okazało się, że jest jak najbardziej czynna. Marcin zatrzymał się na podjeździe i zamówił colę. Był tu o tej porze jedynym gościem. Dziewczyna za barem spojrzała na niego zdziwionym wzrokiem i powolnym ruchem podała mu butelkę, jednak dała przy tym odczuć, że nie jest tu mile widziany i najzwyczajniej w świecie jej przeszkadza. Tak. Życie to nie film. Tylko w nich kelnerki same wyskakują z bielizny na sam widok motocyklisty. A rzeczywistość jest jaka jest – tu barmanka najchętniej wykopałaby go na zbity pysk i bardzo cierpi z tego powodu, że mimo wszystko zrobić tego nie może.

Marcin nie miał jednak czasu dłużej zastanawiać się nad tym. Na podjazd wtoczyło się właśnie kilka motocykli. Jeden z przyjezdnych uważnie przyjrzał się wehikułowi Marcina po czym pewnym krokiem podszedł do stolika.

– Cześć! Kopę lat. Widzę że kurtka ci służy!

To był Tomek, zwany Thomasem. Marcin prowadził z nim kiedyś interesy, całkiem udane zresztą. I to właśnie Thomas wynalazł w szmatexie kurtkę Marcina. Thomas kolejno przedstawił przybyłych. Marcin kojarzył z widzenia tylko jedną osobę, reszty nie znał. Jeden z nich okazał się być właścicielem knajpki. Szybko przywołał kelnerkę i złożył kolejne zamówienie dla wszystkich. Dziewczyna skrzywiła się jeszcze bardziej. Właściciel zdawał się tego nie widzieć.

– Dobrze że cię widzę – rzekł wesoło Thomas do Marcina – co porabiasz?

– Od dziś w zasadzie nic – rzekł Marcin ponuro – właśnie zwolniłem się z pracy.

– O, to bardzo dobrze się składa – uśmiech nie znikał z twarzy Thomasa – bo widzisz, mam do ciebie pewną sprawę. Pracuję nad pewnym projektem i potrzebuję wykładowcy. Nie na już. Powiedzmy za miesiąc. Ale takiego, który będzie miał coś do powiedzenia i jak wyjdzie już na środek sali to nie zapomni jak się nazywa. Kiedyś już coś takiego dla mnie robiłeś. Więc jakbyś nie miał nic lepszego do roboty… Wiesz, tak na marginesie to ten garnitur do ciebie zupełnie nie pasował.

Marcin nie wierzył własnym uszom. Problem który nie dawał mu spokoju rozwiązał się sam jeszcze tego samego dnia. Już był spokojny. Miał już jakiś punkt zaczepienia. Oraz dużo wolnego czasu.

Następnego dnia spakował się, postanawiając odwiedzić rodzinę. Miał do przejechania jakieś 250 km. Jednak im bliżej był celu, tym bardziej w głowie dojrzewał mu pewien plan. A gdyby tak rzucić wszystko i… Tak, właśnie.

Bo w końcu, szczerze – kiedy to ostatni raz był na urlopie? Raczej dawno. Tak dawno, że już sam nie był pewien, kiedy to było. Podczas tankowania podjął decyzję. Do rachunku doliczył sobie zapas oleju do silnika i papierową mapę Polski. Nawigacji wówczas jeszcze nie było. Tak swoją drogą, ciekawe, jak wówczas ludzie trafiali do celu?

dscn9165

Jak pomyślał, tak zrobił. W swoim rodzinnym mieście zatrzymał się tylko aby uzupełnić paliwo i napić kawy. Nie anonsował się ze swoją wizytą. Na szczęście. Nie będzie musiał się tłumaczyć ze swoich życiowych decyzji a to byłoby przecież nieuniknione. Zapłacił i szybko ruszył w drogę. Coś gnało go z powrotem na szosę.

Część pierwsza =>

Część trzecia = >

Mały poradnik woźnicy #1

img20200412_17083925

Złośliwi twierdzą, że motocykl z wozem w sposób genialny łączy w sobie wszystkie najgorsze wady samochodu i motocykla. All inclusive. Kiedyś był to substytut samochodu. A dziś? Jaki ma to sens?

Ale skoro już tu zajrzałeś to oznacza, że mało interesuje Cię to, co na temat zaprzęgów motocyklowych mówią inni. I bardzo słusznie.

W zaprzęgach (pomijając radość z jazdy nimi) najwspanialsze jest to, że praktycznie nie ma dwóch identycznych zestawów. Nawet te które są zestawami fabrycznymi, są zwykle przez swoich użytkowników „personalizowane” a co dopiero mówić o zestawach indywidualnych…  Ta różnorodność powoduje, że ciężko udzielić tu jakichś konkretnych rad.

Jednak pewne podstawy podstaw warto znać. Porady są bardzo ogólne i odnoszą się do zestawu klasycznego, zbudowanego z prostego motocykla spiętego z wozem „na sztywno” – czyli to, co tygrysy lubią najbardziej.

Przede wszystkim warto pamiętać, że wózek boczny jest wspaniałym pożeraczem mocy silnika. Trzeba mieć to na uwadze i jako ciągnika nie powinno się używać zbyt słabego pojazdu. Z tej też przyczyny warto zwiększyć przełożenie między silnikiem a tylnym kołem o około 10-20%. Zwykle dokonuje się tego poprzez zmianę wielkości kół zębatych – tu napęd realizowany za pomocą łańcucha jest prostszy w modernizacji. Jeśli tego nie zrobimy to może okazać się, że podczas przyspieszania rosnąć będzie nam szybciej broda niż prędkość a bieg bezpośredni będzie można wrzucić dopiero jadąc za ciężarówką (o ile jakąś w ogóle uda się dogonić).

Przy tej okazji spadnie nam oczywiście prędkość maksymalna. Wzrośnie za to zużycie paliwa. W rezultacie jednak będziemy mieli do dyspozycji więcej siły napędowej na tylnym kole.

Jeśli Cię to jeszcze nie zniechęciło…

Wózek boczny mocowany jest do ramy motocykla w kilku punktach – zwykle trzech lub czterech. Łączniki, zwane też zastrzałami, mają możliwość regulacji długości i oprócz funkcji mocującej służą także do regulacji kąta pochylenia kół zaprzęgu względem jezdni. Jeśli Twój zaprzęg prowadzi się jak nawalony gość, który usilnie stara się przekonać cały świat, że jeszcze ciągle jest trzeźwy, to wiedz że koniecznie musisz sprawdzić jego ustawienia.

img20200413_20140501

Wielkości A i B powinny mieścić się w granicach 6-12 mm.

img20200413_20143314

C to zwykle 2-3 cm, D około 5-25 cm.

A jak się tym jeździ – o tym w następnym odcinku.

Powrót do korzeni

img20200427_19454237

Bezkresne łąki i pola. Dopiero dziesiąta godzina a już żar leje się z nieba. Tym razem jednak nie jestem turystą. Przybyłem tu bowiem służbowo.

DSC_2244

Życie potrafi zaskakiwać w nieoczekiwany sposób. Dwadzieścia lat po ukończeniu studiów, gdy już byłem pewien że ten rozdział życia jest zamknięty na zawsze, dostałem nieoczekiwaną propozycję – a w zasadzie prośbę, aby przyłączyć się do corocznego liczenia zwierząt. Niestety, jestem osobą o niskim poziomie asertywności i jakoś niespecjalnie umiem odmówić.

IMG_6368

Powstaje pytanie, czy ja się aby na tym jeszcze znam? Czy po dwudziestu latach jeszcze coś pamiętam? Wszystko się przez ten czas zmieniło.

IMG_6386

Notatki zapisuje się dziś w specjalnej aplikacji w smartfonie, zdjęć można robić ile dusza zapragnie. Czasem żałuję, że dwadzieścia lat temu nie mieliśmy dostępu do takiej techniki. W temacie smartfona to do dziś mam mieszane uczucia. Ale fotografii cyfrowej jestem fanem, chociaż przez wiele lat jakoś nie mogłem się do niej przekonać. Może miałem złe podejście. Możliwość zdjęć seryjnych, praktycznie nieograniczona przestrzeń na karcie pamięci, dzisiejsze lekkie zoomy… Pamiętam, jak kiedyś, dawno temu, podczas zajęć terenowych miałem do dyspozycji jedną rolkę filmu na cały tydzień. Klisza była ręcznie przycinana z taśmy filmowej do specjalnych, wielorazowych kaset. Umiejętnie dobrany wymiar i odpowiednia technika zakładania błony do aparatu pozwalała, przy odrobinie szczęścia, wykonać na niej Zenitem bądź Prakticą od 42 do 44 zdjęć. Czad. Oczywiście, tak długi film stawiał duży opór przy przewijaniu i wcale nierzadkim zjawiskiem było zrywanie perforacji. Wówczas, zamiast większej ilości zdjęć miało się… Właśnie. Później taki film należało wywołać, zrobić odbitki i zeskanować. Skaner na porcie LPT, czyli podczas skanowania można było spokojnie zaparzyć sobie kawę… Ale mnie wzięło na wspomnienia. Mam dużo czasu na myślenie i wspominanie.

Powoli coś zaczyna się dziać. Czapla siwa. Z tego miejsca widzę przez teleobiektyw cztery sztuki.

IMG_6280

Nad polem krąży kania ruda. Na razie jedna. Trzeba zanotować.

IMG_6309

Prace polowe płoszą gryzonie a to ściąga w to miejsce drapieżniki. Mam szczęście.

IMG_6278

Zobaczymy, co z tego wszystkiego wyjdzie.

DSC_2239

Imperium rzymskie i reszta świata

img20200729_21362863

Z Koperkowa wyruszam na poszukiwanie kolejnego celu. Jest nim zrekonstruowana rzymska strażnica z I wieku, strzegąca przebiegającej wówczas nieopodal granicy Imperium Rzymskiego. Istniała tu cała sieć takich budowli obsadzonych legionistami i połączonych brukowanymi drogami, co zapewniało w razie konieczności szybki transport wojska. Strażnice te rozmieszczone były w takiej odległości od siebie, aby miały możliwość komunikowania się ze sobą za pomocą sygnałów, na przykład ogniowych.

Problem zasadniczo jest jeden. Przy żadnej z dróg wyjazdowych z Dill nie ma tablicy która informowałaby, w którym kierunku należy się udać. Nie pozostaje nic innego, jak zapytać jakiegoś autochtona.

Łatwo powiedzieć, trudniej zrobić. Gdy tylko jakiegoś udaje mi się namierzyć, to zaraz znika w domu albo innej stodole. W końcu, gdy już zrezygnowany tracę nadzieję i coś czuję, że z tą wieżą pójdzie mi tak samo dobrze jak z zamkiem, nagle, na moście, dostrzegam dwie nastolatki. Na moście, w około żadnych zabudowań – może chociaż one mi nie uciekną.

Zatrzymuję się więc obok nich i pytam, w którym kierunku trzeba jechać do rzymskiej strażnicy. Te patrzą na mnie zdziwione. Wobec tego powtarzam pytanie, starając się mówić najwyraźniej jak potrafię. Dziewczyny zaczynają się chichrać jakby właśnie usłyszały dobry dowcip.

To jest właśnie ten moment, gdy dociera w końcu do człowieka, że jest już stary. Gdy w końcu trafia do niego, że przestaje całkowicie rozumieć nastolatków. Kompletnie nie ma pojęcia, co je rozśmieszyło.

Wobec tego próbuję podejść je inaczej. Z wiochy wychodzą trzy drogi. Jedną przyjechałem i żadnej wieży nie widziałem, więc to raczej nie może być ta. Więc pozostaje jedna z dwóch.

– Lewa czy prawa? – pytam.

Zamiast odpowiedzi jedna z dziewczyn pokazuje ręką na prawo. Ha! Działa! Ruszam zatem w prawo.

Dziewczyny robią się czerwone od śmiechu. I tylko one wiedzą, z czego się śmieją.

Tak zapewne będzie wyglądał nasz pierwszy kontakt z cywilizacją pozaziemską. My przygotujemy jakąś mowę powitalną, taką na kilka stron maszynopisu i w kilku językach – a oni będą się pokładać ze śmiechu. I tyle sobie pogadamy :/

Z tego wszystkiego zapomniałem zapytać, jak daleko trzeba jechać do tej strażnicy. Z mapy wujka gugla wychodzi, że to jest gdzieś pomiędzy Dill a sąsiednią miejscowością. Ale jednak dużo bliżej Dill. Gdy po trzech kilometrach dojeżdżam do kolejnej wsi wiem, że przestrzeliłem i jestem za daleko. Zawracam więc. Sam się sobie dziwię, skąd we mnie tyle determinacji i samozaparcia.

Tym razem powoli. I jest. Jedyny parking pomiędzy wioskami. Bingo!

IMG_6731

Jest nawet tablica z opisem, szkoda jednak że widoczna jest tylko z parkingu a nie z drogi.

IMG_6729

Są na tym świecie rzeczy, których pojąć nie jestem w stanie. Na przykład tego: robisz atrakcję turystyczną, po czym chowasz ją przed turystami. dlaczego tak? Na to pytanie nie znam odpowiedzi.

IMG_6728

Ponieważ zapowiada się dłuższa wędrówka na piechotę, robię na parkingu krótki odpoczynek, rozkoszując się cieniem rzucanym przez drzewa, po czym ruszam w poszukiwaniu wieży.

DSC_2157

Początkowo klimatyczna, piaszczysta droga prowadzi wśród pól. Później znika w niewielkim wąwozie. A zamiast piachu mamy solidną, brukowaną rzymską drogę.

DSC_2177

Do przejścia jest w sumie spory kawałek. Szacunkowo koło kilometra. Jednak na szczęście większość w cieniu i po rzymskim bruku.

W końcu jest i wieża. To tylko rekonstrukcja. Z zewnątrz licowana kamieniem, środek jest betonowy.

DSC_2213

Po drewnianych schodach – drabinach można dostać się na taras obserwacyjny.

DSC_2211

Widok na Imperium Romanum. Albo Barbaricum. Dziś to wszystko jedno.

DSC_2194

Takich strażnic było dużo więcej. Kamiennych, ceglanych, konstrukcji mieszanej czy wreszcie całkowicie drewnianych. Wszystkie one strzegły granicy Imperium na dystansie wielu setek kilometrów. Niesamowita sprawa. Jest to w sumie coś na kształt chińskiego Wielkiego Muru. Tyle że w Europie. Rozmach może mniejszy ale za to subtelniej.

„Reszta świata”.

DSC_2144