Month: Październik 2021

Amerykański Sen – Jackowo

img20200727_17174050

Pewnego dnia pojechaliśmy z kolegą załatwiać jakieś sprawy na niedalekich przedmieściach. Ponieważ miało mu to zająć dłuższą chwilę postanowiłem pospacerować sobie po nowej dla mnie okolicy.

Te „kamieniczki” to jest właśnie to prawdziwe Chicago. Wieżowce zajmują tylko niewielką część „Windy City”, jak zwykło się nazywać to miasto. Te dzielnice mają swój urok, to tu koncentruje się prawdziwe życie. Małe sklepiki, niewielkie warsztaty, pralnie. To wszystko właśnie znajduje się tutaj.

img817

Podczas tego spaceru zupełnie nieoczekiwanie zaczepiła mnie młoda dziewczyna.

„ – Mówi pan po polsku!”

To było stwierdzenie a nie pytanie. Tym bardziej dziwne, że przez ostatnich kilka dni nie miałem żadnej okazji odezwać się ani słowem po polsku.

Całkowicie zaskoczony tym zdarzeniem zdążyłem wybąkać tylko jakieś niemrawe „tak”. Wówczas dziewczyna wcisnęła mi w rękę jakąś gazetę i szybko odeszła.

Czasopismo to oczywiście polska wersja „Strażnicy” Świadków Jehowy. A ja znalazłem się rzecz jasna na Jackowie, czyli w polskiej dzielnicy w Chicago. Dlatego podeszła na pewniaka. Kompletny przypadek że znalazłem się tutaj. Ale trafiła bezbłędnie.

img847

Jackowo z wyglądu nie różni się specjalnie od innych dzielnic. Miałem zresztą już wówczas takie wrażenie, że ta „polska dzielnica” zaczynała się „meksykanizować”.

img633

Pisząc o Jackowie nie da się uniknąć tematu Polonii. Jak wszędzie na świecie, można podzielić ją na „starą” oraz „nową” emigrację. Łączy je pochodzenie i język, ale poza tym dzieli wszystko. Należy pamiętać, że „stara” emigracja opuściła Polskę w zupełnie innej sytuacji polityczno – społeczno –ekonomicznej. Wytłumaczyć im, że wszystko się zmieniło jest zadaniem trudnym, bowiem oni pamiętają zupełnie inną rzeczywistość, zniekształconą często przez czas.

Schowek01

Pamiętam jak któregoś dnia starszy mężczyzna, gdy dowiedział się że jestem Polakiem zapytał mnie, czy w Polsce miałem prawo jazdy i samochód. Odpowiedziałem zgodnie z prawdą że owszem, miałem prawo jazdy już od czasów liceum a ostatnim autem jakie prowadziłem w Polsce był Nissan. Facet zrobił wielkie oczy po czym odszedł, ciągle kręcąc głową z niedowierzaniem nad moimi słowami, które nijak nie pasowały do jego wizji Polski.

img710

Mam zresztą takie nieodparte wrażenie, że często to pozostała w kraju rodzina celowo utrzymywała ich w mniemaniu, że wszystko jest niemal tak, jak było. Do tego dochodziły polonijne rozgłośnie radiowe, czasem skrajnie ksenofobiczne – aż do obrzydzenia. Pewnie dla wielu osób było to jedyne źródło informacji, bo wbrew pozorom, te osoby ze starej emigracji które poznałem, wcale nie mówiły dobrze po angielsku.

To była zresztą moja ostatnia wizyta w Jackowie.

img20200425_20070651

Muzyka w garażu – Iron Maiden

img20200721_10145725s

Zespół, od którego większość osób z mojego pokolenia zaczynała swoją „przygodę” z ciężkim graniem. Nie jest to przypadek, bowiem jest on najważniejszym przedstawicielem NWOBHM, a jego wydawnictwa były nawet oficjalnie wydawane w PRL. Chociaż nie powiedziałbym, że przez to jakoś  dostępniejsze. A okazją do wspomnień jest wydany niedawno, siedemnasty album studyjny tej formacji.

W każdym razie pierwszy raz zobaczyłem album tej grupy w zbiorach starszego brata jednego z kumpli z podwórka. Była to koncertowa płyta „Life After Death”, wydana oficjalnie przez Tonpress KAW, kilka lat zresztą po oficjalnej premierze. Oczywiście wówczas miałem możliwość tylko go obejrzeć, jednak już wówczas zwróciła moją uwagę oficjalna „maskotka” zespołu, czyli Eddie, zmartwychwstający sobie właśnie wśród płomieni na małym, zapomnianym cmentarzu. W tle zaś widać miasto, nad którym szaleje burza, błyskawice druzgoczące szklane wieżowce, a nad wszystkim unoszący się cień śmierci… Sielanka 🙂 W każdym razie grafika zapadała w pamięć i była nie do pomylenia z niczym innym.

IMG_2723

Te okładki to była również „nowa jakość” wypromowana przez Iron Maiden. Na prawie każdej z nich znajduje się ten sam motyw, jednak różnie zaaranżowany, w zależności od potrzeb i sytuacji. Ta niesłychana konsekwencja to również była nowość. Pomysł ten później podchwycili również inni muzycy, jednak to Iron Maiden byli chyba pierwsi. A na pewno pierwsi tak konsekwentni.

img20211019_22445884

Ta okładkowa konsekwencja miała dodatkowe plusy – interesujące nas wydawnictwo można było dość łatwo namierzyć, zwłaszcza w sytuacji, gdy zapomniało się nazwy zespołu, ewentualnie nie wiedzieliśmy, jak ową nazwę wymówić. Pamiętać bowiem należy, że w szkołach uczono nas wówczas rosyjskiego i mało kto miał jakąkolwiek styczność z językiem angielskim. Sprawy jednak zaczęły się szybko zmieniać.

Mieliśmy bowiem rok 1990. Komunizm, jak się wówczas wydawało, odszedł w niebyt. Zaczął się „dziki kapitalizm”, w dobie którego „prywatyzowano” wszystko, także i muzykę. Wystarczyło, że ktoś miał jakiś sprzęt do kopiowania kaset magnetofonowych oraz chęci – i już stawał się „wydawcą”. Prawami autorskimi nie przejmował się nikt, może za wyjątkiem samych artystów i prawdziwych firm fonograficznych. Oczywiście, tego typu piractwo istniało już wcześniej, jednak nie na taką skalę.

img20211019_22494780

W ten sposób pojawił się zalew kaset magnetofonowych z muzyką. Różnej jakości, wydawanych mniej lub bardziej obskurnie. Ponieważ nie posiadały one pełnych okładek, inni piraci zaczęli wydawać same „wkładki”, czyli książeczki z tekstami utworów oraz ich tłumaczeniami. Z dzisiejszego punktu widzenia kompletne kuriozum. Rzecz jasna, tłumaczenia te zwykle pozostawiały również wiele do życzenia. Cóż, takie byli czasy. Jednak dzięki temu angielski przestał być już taki „obcy”.

Właśnie w początkach tych przemian ustrojowych, na mocy jakichś dziwnych wymian barterowych, stałem się posiadaczem pierwszej własnej kasety Iron Maiden. I to od razu najważniejszej  w ich całej dyskografii.

IMG_2711

„The Number Of The Beast” to czterdzieści minut klasycznego heavy metalu najwyższej możliwej próby. Otwierający album „Invaders” to wspaniały, metalowy cios między oczy. Zanim zdążymy ochłonąć mamy kolejny, powalający na kolana „Children Of The Dammed”. Dalej, niczym kopanie leżącego, leci „The Prisoner”, po czym, na dobitkę, niesamowity, ponadczasowy „22 Acacia Avenue”. Tak kończyła się pierwsza strona kasety. Jeśli ktoś myślał, że na drugiej będzie mógł trochę odetchnąć, to bardzo się mylił. Strona B rozpoczynała się bowiem od tytułowego, całkowicie nokautującego „The Number Of The Beast” właśnie, po przesłuchaniu którego każdy nucił przez tydzień pod nosem:

„Six, Six six, the number of the beast!”

Jednak wówczas nikomu to nie przeszkadzało. Nikt nie krzyczał, że to „promocja satanizmu” i że trzeba tego natychmiast zakazać. Po upadku komuny chyba wszyscy mieli serdecznie dość zamordyzmu, nakazów i zakazów. Przynajmniej w tamtym momencie. Ogłupienie przyszło później.

Kaseta zawierała osiem numerów. Oryginalna zaś płyta dziewięć. Po raz pierwszy, ale niestety, nie ostatni, album został przez pirata okrojony, żeby utwory łatwiej zmieściły się na kasecie. Czytaj – żeby „zaoszczędzić” cennej taśmy magnetofonowej, której można użyć do wyprodukowania innych kaset i zarobienia jeszcze więcej pieniędzy.

IMG_2709

Dalej poszło już szybko, chociaż początkowo z kasetami z muzyką z gatunku szeroko pojętego metalu był problem. W mojej miejscowości bowiem królowało wówczas disco. Jednak, dziwnym trafem, w jednej z obskurnych kamienic niedaleko mojej szkoły, ktoś otworzył „wypożyczalnię płyt CD”. Wypożyczalnia to zresztą zbyt duże słowo dla tego przybytku. Ktoś zapewne w Berlinie Zachodnim znalazł na śmietniku stare płyty CD. Porysowane, w połupanych pudełkach, bez wkładek i postanowił je wypożyczać, tak jak wypożyczało się kasety VHS z filmami. Wystarczyło wynająć pomieszczenie po jakimś dawnym zakładzie szewskim gdzieś w podwórzu starej kamienicy i gotowe. Biznes się kręcił. Kapitalizm lat 90-tych XX wieku pełną gębą.

Śmiech śmiechem, ale w ten sposób uzupełniłem duże braki w dyskografii grupy. Udało mi się na przykład wypożyczyć w ten sposób „Powerslave”i „Seventh Son…”. Potem należało kupić jeszcze czyste kasety i pojechać rowerem dwanaście kilometrów w jedną stronę do kumpla, który jako jedyny posiadał odtwarzacz CD. Tam następowało uroczyste skopiowanie materiału na wspomnianą wcześniej kasetę i wskakiwało się znów na rower, żeby jak najszybciej wrócić do domu i zdążyć odrobić lekcje – oraz, oczywiście, chociaż raz przesłuchać świeżo zdobyty materiał muzyczny.

Dziś rzecz nie do pojęcia. Ale wówczas przecież normalna codzienność. Biznes z wypożyczalnią CD zniknął zresztą równie szybko i tajemniczo, jak się pojawił.

Mając trzy kasety Iron Maiden czułem się już metalowcem pełną gębą. Zespół zaś polubiłem do tego stopnia, że gdyby to było wówczas możliwe, to pewnie wydziarałbym sobie jego logo. Jednak w tamtym czasie jedyni specjaliści, którzy potrafili wykonywać tatuaże odsiadywali zwykle długoletnie wyroki. W celi zresztą zapewne uczyli się tego fachu. Inna rzecz, że gdyby ktoś wówczas przyszedł do szkoły z tatuażem, to dyrektor osobiście wywaliłby go ze szkoły. A starzy z domu.

Wobec tego dziarałem to logo gdzie się tylko dało: na zeszytach, plecaku, murach osiedla…. Jak się okazuje, nawet dziś jestem w stanie narysować je bezbłędnie z pamięci.

img20211019_22474553

Tymczasem pojawiły się w moim miasteczku sklepy muzyczne. Ba, powstał nawet jeden, który można by było nazwać „salonem”. W nim to właśnie nabyłem album „Killers”. Ze zdumieniem zorientowałem się, że Iron Maiden to nie tylko Dickinson i że ma także inne, bardziej punkowe oblicze.

IMG_2706

W międzyczasie udało mi się przegrać w sławetnym „Digitalu” jeszcze wspaniały album „Somewhere In Time”, który tylko utwierdził mnie w uwielbieniu do tego zespołu. Co poniektórzy pamiętają jeszcze sławne stanowiska do piracenia płyt CD, wynajmowane na godziny… Cóż, na piractwo muzyczne narzekano już otwarcie, jednak w rzeczywistości wszyscy z niego żyli… Nawet muzycy, ale to temat na inną opowieść. Okładka została zaś skserowana z innej kasety. Tak się wówczas robiło, jeśli była taka możliwość. Pracownicy punktów ksero stękali, marudzili, ale robili 🙂

IMG_2705

Wczesną jesienią 1990 roku prasa muzyczna – była już taka – zapowiedziała szumnie nowe wydawnictwo Iron Maiden. Oczywiście zacząłem przebierać nogami, nie mogąc się go doczekać. Jakoś w połowie października musiałem wyjechać z rodzicami na ich zaległy urlop nad morze. Z jednej strony dobrze, że tydzień wolnego od szkoły. Z drugiej tragedia dla nastolatka, czyli urlop ze starymi. Bo i co może wydarzyć się ciekawego podczas takiego wyjazdu? Jak się okazuje, coś jednak może. Spacerując po nadmorskim deptaku, w jednej z bud z pamiątkami zobaczyłem kasetę Iron Maiden. Przyjrzałem się jej uważnie i przetarłem oczy ze zdumienia. Toż to przecież zapowiadany nie tak dawno nowy album! Ale że już go piraci zdążyli spiracić? Nie było jednak czasu na zastanawianie się. Nie miałem przy sobie pieniędzy, więc trzeba było wrócić biegiem do hotelu. Czas miałem przy tym taki, że mój nauczyciel od WF w życiu by nie uwierzył. Spieszyłem się zaś dlatego, że uważałem, że cały świat również zauważył tą taśmę i teraz stado podobnych do mnie szaleńców leci biegiem na kwatery po pieniądze. A każdy z nich gotów przecież mnie ubiec.

IMG_2703

Nikt mnie oczywiście nie ubiegł, bo i któż z wypoczywających nad morzem o tej porze roku emerytów może chcieć słuchać nowej płyty Iron Maiden? Wracałem już spokojnie plażą, słuchając w pięknych okolicznościach przyrody „No Prayer For The Dying”. W tym celu zabrałem swoją podróbkę Walkmana, załadowanego świeżymi bateriami „Centry”. Zestaw dwóch sztuk tych baterii wystarczał czasem nawet na spokojne przesłuchanie jednej kasety, po czym kończył zwykle swój żywot spektakularnym wylaniem elektrolitu. Mimo tego, do końca pobytu znałem już album na pamięć, co do jednego akordu. Jak dla mnie płyta wspaniała, surowa, równa. Powrót do korzeni heavy metalu. Z niesamowitym, wstrząsającym „Bring Your Daugher…”.

„Fear Of The Dark” nie zrobił już na mnie takiego wrażenia. Prawdę mówiąc, odsunął mnie trochę od Iron Maiden. Wiem, wsadzam teraz trochę kij w mrowisko, jednak ten album trochę mnie rozczarował. Przede wszystkim jest nierówny. Utwory petardy przeplatają się tu z zapychaczami, które sprawiają wrażenie, że znalazły się tu na siłę. To pierwsza płyta Iron Maiden, przy której mam ochotę używać przycisku przewijania. O ile poprzednie albumy sprawiały wrażenie jednej, spójnej całości, to „Fear Of The Dark” bardziej przypomina mi worek, w który wrzucono pomysły na co najmniej dwie różne płyty. Gdyby wywalono z niego trzy czy cztery kawałki, byłby niesamowity. A tak, jest dla mnie tylko przeciętny. Z kilkoma wspaniałymi petardami, jak na przykład „From Here To Eternity” czy „Be Quick Or Be Dad”.

IMG_2712

W zespole nie działo się wówczas najlepiej, ale o tym dowiedzieliśmy się nieco później, wraz z odejściem Bruce Dickinsona.

Nowym wokalistą został Blaze Bayley, z którym zespół nagrał dwie płyty. Pierwsza, „The X – Factor” po latach nawet broni się nieźle. Mroczna, gęsta, posępna, klimatyczna. Jednostajna, ale nie nudna, a głos Bayleya idealnie współgra z muzyką. O drugiej można powiedzieć tylko, że jest na niej jeden utwór warty wzmianki.

IMG_2724

Oraz, że udany za to był koncert w katowickim Spodku.

IMG_2728

Swoją drogą, ciekawi mnie, co myśleli pozostali muzycy, gdy zatrudniali jako wokalistę gościa z kompletnie innym głosem i manierą śpiewania niż poprzedni, długoletni wokalista?

Tu opowieść się urywa. Życie potoczyło się swoją drogą. Studia, obrona, rozpoczęty doktorat i nagła emigracja na drugi koniec świata. Potem kolejne przeprowadzki, praca, problemy rodzinne i dnia codziennego. Z czasem z dawnej kolekcji płyt i kaset nie pozostało już prawie nic.

W tym czasie do Iron Maiden wrócił Bruce Dickinson. Zespół wydał w tym czasie rewelacyjną „Brave New World”, ciekawą „Dance Of The Dead” oraz bardzo solidną, nieco mroczną „A Matter Of Life And Death”- a ja o tym zupełnie nie wiedziałem.

IMG_2720

Aż pod koniec 2010 roku poszedłem do jednego ze sklepów z elektroniką aby zakupić jakąś pierdołę spod znaku AGD. Zatrzymałem się przypadkowo przy stoisku z płytami. Pierwszą, która sam wpadła w ręce, była właśnie „The Final Frontier” Iron Maiden. Aż się zdziwiłem, że znowu wydali płytę. Którą to już z kolei? Kiedyś bym wiedział. Teraz na serio nie miałem pojęcia. Dawniej człowiek żył muzyką i nie wiadomo kiedy dał sobie to wszystko odebrać. Zapomniał, po co się żyje. Bo przecież nie tylko po, żeby pracować.

IMG_2718

„The Final Frontier” stał się początkiem zupełnie nowej kolekcji. Chociaż początkowo wcale nie to było moim zamiarem, bo nie wydawało mi się możliwe, aby tamte dawne zbiory można było odtworzyć. Po prostu chciałem kupić tą płytę i może jeszcze kilka, które uznam za „ważne”. Dziś kolekcja liczy kilka tysięcy pozycji i z każdym miesiącem ciągle się powiększa.

W międzyczasie do zbiorów dołączyły „The Book Of Soluls” oraz najnowsze dzieło, czyli „Senjutsu”. Oba to wielkie, dwupłytowe wydawnictwa. Nie są one jakimiś kamieniami milowymi w dorobku grupy. Powiedziałbym, że na tle ich wcześniejszych dokonań są bardzo przeciętne. Przy czym zaznaczyć należy, że „przeciętna płyta Iron Maiden” oznacza bardzo dobry album heavy.

IMG_2715

Heavy metal to taki gatunek muzyki, który ogólnie nie lubi dłużyzny. Przesadnie długie albumy robią się zwykle niestrawnym zakalcem. W pewnym stopniu dotyczy to także obu ostatnich płyt, przy czym bardziej jednak „The Book Of Souls”. „Senjutsu” wychodzi na tym tle dużo lepiej. Może to zasługa tego, że jest jednak nieco krótszy, może równomierniej rozłożony pomiędzy obie płyty. Chociaż druga cześć tego dwupłytowego albumu jest zdecydowanie lepsza od pierwszej. Ale Iron Maiden osiągnęli już taki status, że wolno im łamać konwenanse. Harris słynie zresztą z tego, że robi wszystko po swojemu.

Po kilku przesłuchaniach „Senjutsu” zaczyna się podobać i te rozbudowane, przeciągnięte kompozycje przestają przeszkadzać. Można zadać sobie pytanie, co to za płyta, którą trzeba przesłuchać kilka razy, żeby „zaskoczyła”? Odpowiedź jest prosta. Iron Maiden. Ich płytę każdy metalowiec kupi w ciemno i będzie słuchał tak długo, aż ją rozgryzie. Po prostu.

img20211019_22483889

Na dwa takty – renesans

img20210207_16385837

Następne lata upływały konstruktorom na udoskonalaniu silnika czterosuwowego, który wydawał się być łatwiejszy do oswojenia i opanowania. Dwusuw nie rokował dobrze a wielu nie widziało sensu w wyważaniu kolejnych drzwi, skoro jedne – te od czterotaktowego cyklu pracy – były już otwarte. Jednak byli i tacy, którzy nie poddali się i nadal pracowali nad udoskonalaniem dwutaktu, widząc drzemiący w nim potencjał w postaci „braku pustych przebiegów”.

Jednym z nich był Anglik Dugald Clerk. Szybko określił, co jest przyczyną problemów z dwusuwem. A jak wiadomo, właściwe zdefiniowanie problemu to już połowa rozwiązania. Otóż w dwusuwie brak było sprężania mieszanki, co nie pozwało na osiągnięcie satysfakcjonującej sprawności. A skoro tak, to należy dodać urządzenie które ten ładunek spręży.

W ten oto sposób w dwusuwie pojawiła się pompa ładująca.

Clerk umieścił pompę ładującą obok cylindra głównego. Była ona połączona z wałem głównym wykorbieniem, przesuniętym o pewien kąt względem cylindra głównego. Napływ świeżej mieszanki następował w momencie, gdy spaliny uchodziły z cylindra przez okno wydechowe a tłok zbliżał się do zaworu wewnętrznego.

img20210217_18265963

Silnik z tym usprawnieniem osiągnął oszałamiającą wówczas sprawność 15%. W stosunku do wcześniejszych 2-3% był to ogromny postęp.

Obieg pracy silnika systemu Clerka z 1881 roku nie różnił się od współczesnych silników sprężarkowych. Nie nadawał się on jednak do napędu pojazdów ze względu na swoje rozmiary i masę. Każdy cylinder roboczy potrzebował bowiem dodatkowego cylindra pompującego. Jednak rewolucja w budowie silników dwusuwowych stała się faktem a ich dalszy rozwój nastąpił błyskawicznie. Zaczęto dostrzegać ich potencjał.

Wstępne sprężanie ładunku przy pomocy pompy ładującej okazało się tak wielkim i przełomowym osiągnięciem, że do dziś nazywa się ten typ pracy silników „obiegiem Clerka”.

Podróż za jedną bagietkę #2

img20210926_18052357

Sprawa zakupu pieczywa rozwiązała się dość szybko. Przy drodze stał automat do wypieku bagietek. Taki typowo francuski wynalazek. Wrzucasz 1,10 Euro i za chwilę dostajesz cieplutką, chrupiącą bagietkę. Nie jest to co prawda wymarzone rozwiązanie, bo wolałbym jednak kontakt z żywym człowiekiem a nie automatem. Ale jest niedziela, ludzie mają wolne.

IMG_1856

Mam zresztą takie wrażenie, że francuzi kochają automaty. Automatyczne, pozbawione personelu stacje paliw, które konsekwentnie odrzucają płatności niefrancuskimi kartami bankomatowymi – słuszne, po co jakiś obcy będzie im się po kraju szwędał, automatyczne bagietkomaty…

Ten zaś dodatkowo jest dowcipny. Otóż nie reaguje na dokładnie odliczoną kwotę. Gdy wrzuciłem odliczone 1,10 euro, na wyświetlaczu pojawił się napis: „Kredyt – 1,10, Koszt – 1,10” ale automat przestał reagować na przycisk „Realizacja”. Należało nacisnąć przycisk „Anuluj”, zastąpić dziesięć centów dwudziestką, wrzucić do automatu jeszcze raz jedno euro i dwadzieścia centów i dopiero wówczas zlecić realizację. Automat z radością wypluje z siebie bagietkę oraz dziesięć centów reszty.*

IMG_1855

Tego nie trzeba rozumieć. Ale w zwykłym sklepie z normalnym, żywym sprzedawcą, takich przygód nie przeżyjesz i nie będziesz rozwiązywać łamigłówek. Pouczające i rozwijające zarazem.

Tymczasem przy drodze pojawiło się COŚ.

IMG_1834

Zawróciłem w nadziei, że uda mi się dociec, co to mogło być.

IMG_1835

Próżne jednak nadzieje na odkrycie, cóż to mogło kiedyś być oraz do czego służyć. Może przydrożna knajpka. Albo warsztat. Może bardziej to drugie, skoro to coś jest okafelkowane. Przynajmniej na tyle, na ile można dostrzec.

IMG_1843

Skręcając w szutrową drogę z myślą „zobaczymy dokąd prowadzi”, dojechałem do dużego gospodarstwa rolnego. Takiego troszkę pegeerowatego, jednak najwyraźniej prywatnego.

DSC_6625

Ciekawą konstrukcją był żelazny budynek wyspawany z szyn służących chyba normalnie do umacniania głębokich wykopów. Jak się okazuje, mają one także inne zastosowania. Na przykład do konstrukcji budowli, które będą rdzewieć w malownicze ciapki.

DSC_6638

Podróżowanie starym, archaicznym pojazdem ma sporo zalet. Jedną z nich jest to, że z uwagi na stosunkowo niewielką prędkość przelotową, zauważa się o wiele więcej rzeczy niż jadąc czymś współcześniejszym. Inna sprawa, że ta niska prędkość irytuje wielu miejscowych kierowców, mimo że nie odbiega ona od dopuszczalnych 80km/h.

Ale spora część tutejszych użytkowników dróg prowadzi auta z południową manierą. Czyli kompletnie bez wyobraźni, ignorując wszystko i wszystkich.

W związku z tym w każdej miejscowości przejście dla pieszych znajduje się na dużym progu zwalniającym lub jest tymi progami niemal obłożone.

Myliłby się jednak ten, kto by sądził, że to na tutejszych ścigantach robi jakiekolwiek wrażenie. Wręcz przeciwnie. Taki próg służy według nich do wyprzedzania, bowiem delikwent którego chcą objechać na takiej przeszkodzie przecież zwolni. A zatem jest to dla nich idealne miejsce. Gdy po raz kolejny zostałem w ten sposób wyprzedzony, tym razem przez Peugetoa wytłuczonego tak, że przeleciał przez próg na „raty”, to znaczy najpierw podskoczył na nim tylko przód samochodu a dopiero potem tył, zrozumiałem, że to jest tutejsza norma. Pojazd zachowywał się tak, jakby przód i tył zamontowano do kabiny elastycznie, na jakichś zawiasach. Ten samochód był mniej sztywny niż mokra kartka papieru. Gdyby nagle znalazł się na niemieckim TÜV i został wzięty zgodnie z tamtejszą procedurą na podnośnik, to zwiesiłby się na nim jak pęto kiełbasy na wędzarni.

Można by zadać sobie pytanie, co by było, gdyby podczas takiego wyprzedzania na przejściu na progu zwalniającym, pojawił się nagle pieszy? Ano, według ścigantów, nic by się nie stało. Przejeżdżanie bowiem pieszemu po piętach czy palcach widać jest tu w dobrym tonie. Przynajmniej w małych miejscowościach dane mi było się o tym naocznie przekonać.

Przydrożny pierdolnik; o pardon, instalacja artystyczna. Gdy nie wiesz co zrobić ze starymi meblami, zawsze możesz zrobić performance.

DSC_6641

A tu zwykły, normalny, przydomowy bajzel. Gnicie tej limuzyny ma zapewne głębszy sens i rad byłbym go poznać.

IMG_1837

Znajomy zadał mi kiedyś pytanie, dlaczego na tej stronie nie zamieszczam map z trasą podróży. Bardzo dobre pytanie, na które mógłbym udzielić odpowiedzi filozoficzno – intelektualizującej, żeby zbyć na szybko pytającego. Jednak prawda jest prozaiczna. Takie mapki bowiem nie istnieją a plan wyjazdu tworzy się w jego trakcie w oparciu o staromodny, papierowy atlas drogowy. Jest zwykle tylko miejsce docelowe a trasa powstaje w trakcie. W tym przypadku nie ma nawet i tego.

IMG_1828

W związku z tym kluczenie i zawracanie nawet o kilkadziesiąt kilometrów jest stałym punktem programu. Z tym z kolei wiąże się odpowiedź na drugie pytanie – dlaczego jadę sam? A znacie kogoś, kto wytrzymałby ciągłe zatrzymywania, zawracania i kluczenie po przypadkowych, wąskich dróżkach? Ja też nie.

Skoro pewne rzeczy mamy wyjaśnione, pora wrócić na drogę. Bo to w sumie o nią tu chodzi. Kolejna boczna dróżka prowadzi do galerii „Kamienie na granicy”, międzynarodowej instalacji artystycznej.

IMG_1840

Kilka lat temu postanowiono postawić obok niej farmę wiatraków. Artyści i działacze protestowali. Na próżno. Tam bowiem, gdzie spotyka się sztuka z biznesem, wygrywa zwykle jednak biznes.

IMG_1864

Fragment jednej z rzeźb na granicy, czyli granit w granicie.

IMG_1862

Droga jako cel.

IMG_1861

Jedyna napotkana stacja paliw z normalną, ludzką obsługą. Wygląda tak, jakby zatrzymała się w czasie. O dziwo, ma aż trzy dystrybutory. Zwykle takie małe stacyjki mają po dwa – jeden dla benzyny 95 i drugi dla ON. Ta jest luksusowa, bo ma jeszcze benzynę 98 oktanową. Niech Was nie zmyli ta czwórka na dystrybutorze z benzyną 98. Na stacji naprawdę są tylko trzy stanowiska. Każdy dystrybutor wygląda zresztą nieco inaczej i mam podejrzenie, graniczące z pewnością, że pochodzą z tak zwanego „recyclingu”. Czyli mówiąc prosto – zostały zapewne odkupione z jakichś  innych stacji, jako używane ale jeszcze dobre. To też jest w sumie urokliwe.

IMG_1846

Dystrybutory są wiekowe, podczas pracy rzężą jak na starym cepeenie. Mam tylko nadzieję, że benzyna jest już bez ołowiu i nie będzie podczas jazdy zarzucać świec 😉

IMG_1832

Kolejna nawrotka i kolejne odkrycie. Tym razem znowu COŚ. Nie bardzo mam pomysł, co to mogło być. Jakaś cieciówka czy inna wartownia? Teren ogrodzony, więc może coś jest na rzeczy.

IMG_1868

Podczas przechadzki po mieście odkryłem księgarnię a na jej wystawie książkę, która mnie zaskoczyła. W pierwszej chwili jej tytuł przeczytałem jako „Vive La France” a rysunek na jej okładce kazał się domyślać różnych rzeczy. Oczywiście, tytuł brzmi „Vive La Farce” (Niech żyje farsa!) a zbieżność jest jak najbardziej zamierzona.

DSC_6839

Rzecz, której się w tym miejscu nie spodziewałem. Niemiecka tablica z Camel Trophy 1984 😮

DSC_6946

*) Na koniec zagadka: to jaki w końcu typ bagietki udało mi się zanabyć metodą kupna?

img20210926_18061950

Wskazówki dla podróżujących samochodziarzy

img20210526_21195983

Ponieważ dobrych rad nigdy nie jest za wiele, dziś kilka porad i wskazówek sprzed ponad stu lat. Z czasów, w których należało podziwiać ludzi, którym w ogóle chciało się „bawić” w jakąkolwiek motoryzację…

Dla świata samochodowego do podróży są najpiękniejszemi miesiącami lipiec i sierpień. Statystyka daje nam pewne i określone dane w jak ogromnych rozmiarach rozwinął się w ostatnich latach samochodowy ruch podróżny.

Głównym warunkiem udania się takiej przejażdżki jest dobry samochód i odpowiednio staranne przygotowanie do podróży. Pomówmy najpierw o formalnościach, które należy załatwić przed podróżą, szczególniej za granicę.

Najpierw musi posiadacz samochodu zaopatrzyć się świadectwo do przejścia granicy przez który z uznanych związków lub klubów samochodowych za pewną opłatą lub nawet darmo i które służy za poświadczenie przynależności okaziciela do klubu. Następnie winien samochodziarz posiadać jeszcze i paszport. Tablica rozpoznawcza, jak również i litera przynależności państwowej, nie powinny świecić nieobecnością.

Co się tyczy samego samochodu, to naturalnie pierwszym warunkiem jest jego stan ogólny. Nie należy puszczać się w dłuższą drogę w zupełnie nowym samochodzie, gdyż najlepszy silnik i samochód posiadają swe kaprysy dziecięce, które muszą być najpierw przezwyciężone. Każdy rozsądny samochodziarz zastosuje przy końcu zimy do swojego samochodu gruntowną rewizję. Nie jest to, co prawda, niezbędne, gdy samochód jest w dobrym stanie, prócz może tylko wypadków wyszlifowania nowych zawozów, miarkowania sprężyn zawozowych i tłuczków, oczyszczenia i rewizji aparatu magnetycznego, a przedewszystkim ulotniaka. Oczyszczenie przewodów doprowadzających benzynę, mianowicie przy samochodach, których naczynia do benzyny stoją pod naciskiem wydyszym, należy też dokładnie zbadać, tak samo zalecić należy zbadanie przewodów ulatniaka. Chłodnica i przewietrznik są również dwoma ważnemi warunkami sprawnego działania silnika. Oczyszczenie chłodnicy w ogólnie znany sposób i ewentualne założenie nowego pasa przewietrznika z właściwem jego napięciem są niezbędne. Częstokroć zaniedbywaną rzeczą jest oliwienie. Staranny kierowca powinien conajmniej co 3000 klm. wypuszczać wszystek olej ze swego pudła silnikowego, zostawić samochód przez całą noc z otwartemi kurkami spustowemi, pudło następnie starannie wypłukać, napełnić odpowiednią ilością kilogramów świeżej oliwy, gdyż szczególnie w dni upalne oliwa przecieka przez maszynę, jak woda, i nie osadza tłuszczu i posiada mało zdolności smarowania, wskutek czego silnik nietylko cierpi, ale się łatwo i rozgrzewa. Że wszystkie stworznie , mianowicie w resorach i rozrządzie muszą być zaopatrzone w świeży smar w stauferach i przedewszystkiem wszystkie stworznie w rozrządzie i zatyczki we wszystkich częściach muszą być jaknajstaranniej przekontrolowane. Że modny samochód podróżny, czy mały czy duży, musi posiadać w podróżny pewną rezerwę, mianowicie przy jazdach w górach w benzynie i oliwie jest rzeczą oczywistą; ale przychodzi niektórym na myśl dopiero wtedy, gdy utkną w miejscu. jedna lub dwie konewki oliwy tworzą kapitał żelazny. Można łatwo te ilości oliwy zabierać ze sobą w kilku kg. oliwy w małych oliwiarkach o trzy lub czworokątnym przekroju zabezpieczonym od wybuchu kanistrach do benzyny, przymocowanych do stopnia i mających 10 do 21 litrów pojemności.

img20210526_21142877

Kwestja pneumatyk jest przy wszystkich podróżach rzeczą nader ważną. Aby sobie zaoszczędzić wszelkiej irytacji, będzie najlepiej stare opony i dętki, mianowicie na kołach tylnych zamienić nowemi. Że trzeba zabrać po jednym protektorze na krzyż do kół z tyłu i naprzód jest niezbędne dla górskich gładkich dróg. Na szosie przy pięknej pogodzie jedzie się dla zaoszczędzenia pneumatyk na czterech gładkich oponach. Zamienne opony i koła umożliwiają dzisiaj prędką i wygodną wymianę gładkich pneumatyk na protektory, tak, że przy dobrej pogodzie można mieć z tyłu i przodu gładkie, a przy złej prędko protektory. Nie należy też obierać na wóz podróżny samochodu o zamałych wymiarach pneumatyk, gdy ma się ze sobą więcej bagażu i części zamiennych, niż zwykle; nie używać wozu kołami słabo dymenzjowanemi. Tak zwane „Nadwielkości”, które obecne pneumatyki puszczają na rynek, umożliwiają przecież danie mocniejszych wymiarów pneumatykom bez zmiany obręcz. Że naturalnie trzeba być zaopatrzonym w najdrobniejsze części do naprawy pneumatyk, zawozy zapasowe drążki montażowe, talk, gumę, a przedewszystkiem w manometr i butelkę z powietrzem z oplecionym kompletnym, dobrym wężem – jest samo przez się zrozumiałe. Akurat bowiem te drobnostki w razie wypadku przyczyniają masę kłopotu. Umocowanie pneumatyk jest zawsze jeszcze zawiłą kwestią. Najczęściej umieszcza się je po bokach, gdyż z tyłu leżą kufry; szczególniej trudne jest umieszczenie kół o szprychach drucianych, które umieszcza się obecnie częstokroć jedno za drugiem na całej przestrzeni prawego stopnia. Również mały, łatwo obsługiwany wulkanizator nie powinien świecić nieobecnością. Małe podróże bowiem prowadzą z czasem za sobą zniszczenie nowej, drogiej opony i dętki. Że właśnie w podróży obchodzenie się z pneumatykami ma ogromne znaczenie dla ich żywotności, trzeba pamiętać z jak bezwzględną szybkością dla ruchu towarowego i pasażerskiego niestety dzisiaj jeździ się na drogach. I takich przez djabla szybkości opętanych samochodziarzy dogania się zwykle w krótkim czasie, bo zdarza im się wypadek pneumatyczny na skutek nadmiernej szybkości. O wiele jest rozsądniej trzymać się umiarkowanego tempa i mniej więcej co 50 kil. dać ochłonąć pneumatykom w lesie lub polu.

img20210526_21145269

Dobre oświetlenie jest też w drodze niezbędne. O ile należy unikać wedle zbędnego jeżdżenia w nocy, to jednak jest nieuniknione, że niekiedy przy nastaniu zmroku można osięgnąć swój cel dopiero w nocy. Dobre latarnie są wtedy podwójnie potrzebne. Nie może być tutaj naszem zadaniem dawać wskazówki o różnych sposobach oświetlenia; czy zależy to mniej lub więcej od osobistego smaku i portmonetki, czy się zastosuje tę czy inną najaśnicę lub ten czy inny wywoływacz karbidowy, lub cieszący się popularnością autogaz, lub jednę z licznych nowych, ale zawsze jeszcze bardzo drogich sposobów oświetlenia prądnicą elektryczną, ręczna lampka do odszukiwania defektów w pneumatykach i mechanizmach jest prawie niezbędną. Nie trzeba więc o niej zapominać i lampę tę dołącza się do już egzystujących przewodów, lub używa się solidnej elektrycznej latarki kieszonkowej.

Dla otwartych wozów jest niezbędny zasłaniający od deszczu, zaopatrzony w kaptur, daszek, który trzeba przed podróżą jeszcze raz dokładnie wypróbować w deszczu i przedewszystkiem odwietrek, który w znacznej mierze ochrania pasażerów i przedmioty w samochodzie przed niedogodnościami pogody.

Najważniejszemi przedmiotami są naturalnie części zapasowe i narzędzia. Urządzimy najpierw mały przegląd: przedewszystkiem trzeba posiadać większą ilość zaworów z zaślinieniem, sprężyn i, o ile to możliwe, dźwigni do demontowania zaworów. Ostrożni kierowcy zabierają też parę pierścieni tłokowych kompletną goleń korbową z pokrywką i przy maszynach z pompką do wody wałek z kółkiem skrzydlatem. Wielka jest naturalnie ilość drobiazgów, które należy zabrać. Wspomnimy tutaj tylko sprężyny miarkownicze ulatniaka, pływak, parę dysz dla wrażliwszych ula tniaków przy jazdach górskich, śruba do nalewania benzyny, śruba zamykająca dopływ benzyny, różnego gatunku krążki uszczelniające i kurki sprężające, zapłonki, i dla przewodów wodnych, dla zamknięcia zaworów, dla oczyszczaczy oliwy i tylnej rury wydychowej, następnie uszczelnienia dla przewodów wodnych pompy, przyśrubowania przewodów olejnych i dyszy benzynowej. Dwa pasy dla przewietrznika z kilku zamkami należy też zabrać. Również poleca się zabrać igiełkę zaworową dla ulatniaka, kilka sprężyn sprzęgła, większy wybór różnych zatyczek i koniecznych ćwieczków, różnych oliwiarek kapturkowych i Stauffera, dobór śrub i naśrubków i złożyska kulkowe. Przedewszystkiem należy jednak pamiętać o zapłonkach i porządnym młotku.

img20210526_21153831

Że narzędzia muszą być w zupełnym porządku i należytym komplecie rozumie się samo przez się. Podajemy tutaj krótki przegląd, aby każdy samochodziarz mógł sam skontrolować czego mu brak: do prawidłowego t. zw. naczynia należą: różne klucze szczękowe i następnie klucze płaskie, ćwieczkowe, haczykowe sprzętowe, klucze do zaworów, płaskoszczypy, po jednym odciągaczu ze śrubą dla koła samochodowego, przednich i tylnych kół, uszczelnienia gumowe dla przewodów do wody, różne koneweczki do benzyny, oliwy, nafty, oliwy magnesowej, lejek do oliwy i benzyny z osłonką, fartuch skórzany, duża konewka do oliwy, różne klucze do aparatu magnesowego z częściami zamiennemi, lewar, dobra lampa powietrzna, kilka zapasowych wyłączników do magnesu, które łatwo można pogubić, klucze względnie owrótkę pierśną do odejmowania zdejmowanych kół i obręczy, jak również i do montowania, do tego rodzaju kół, dużą ilość skrzydlaków i t. zw. przedłużeń, dużą ilość gumowych podkładek pod skrzydlaki, odpowiednich do nich kluczy storcowych i niezbędnych, jak np. dla obręczy „Continental” owrótki pierśnej. I z żaglowego płótna kubełek na wycieczkach górskich może być bardzo przydatny.

I o taśmach izolacyjnych, papierze szmerlowym, drucie i mocnych rzemieniach należy też pamiętać.

Kto chce uczynić wszystko możliwe, niech zabierze ze sobą dużą nieprzemakalną płachtę, ponieważ w drobnych miejscowościach i w górach zachodzi często brak zajezdni i samochód musi na noc pozostać pod gołym niebem. Wtedy oddaje płachta nieocenione usługi; ale i przy nagłym deszczu da się ona doskonale zastosować, gdyż trwa zwykle dość długo, nim się zdejmie z daszka osłaniający go kaptur, porozpina rzemienie, otworzy daszek.

Bardzo ważną okolicznością jest również przed podróżą dokładne przestudjowanie tej okolicy, którą ma się zamiar zwiedzić i sprawienie sobie odpowiednich map i przewodników.

img20210526_21160515

Wiele ulgi sprawiają też t.zw. książki czekowe, wystawiane przez niemiecko-amerykańskie towarzystwo naftowe i niektóre zakłady gumowe. Można dzięki tym czekom na wszystkich stacjach benzynowych odpowiedniego towarzystwa bez natychmiastowego płacenia gotówką zabierać podane ilości benzyny. To samo dzieje się również z pneumatykami. Obrachunek następuje dopiero po powrocie do domu. W ten sposób jest się uchronionym od wszelkiego wyzysku i nie potrzebuje wydawać zbytecznych pieniędzy na benzynę i pneumatyki.

Odzienie musi być zupełnie wystarczające : t. j. trzeba odzież zastosować możliwie do pogody i niepogody. Tutaj grają główną rolę doświadczenie, osobisty smak i przyzwyczajenie.

Lotnik i Automobilista, nr 1, styczeń 1914r. Autor: S.H.

Pisownia oryginalna.

Cloef

img20200425_20103483

Być w Kraju Saary i nie zobaczyć Cloefu, to tak jakby pojechać do Ciechocinka i nie przespacerować się po tamtejszym deptaku. Porównanie może i przesadzone, ale jednak jakiś sens ma.

Przede wszystkim na Cloef można dostać się na dwa sposoby. Pierwszy, dla nowoczesnych turystów, polega na podjechaniu na parking w bezpośrednie sąsiedztwo urwiska. Płacisz i wymagasz. W gratisie masz deptak ze wszelkimi możliwymi straganami i pamiątkami, żarciem i bogowie wiedzą czym jeszcze. Moje pierwsze skojarzenie było – Ciechocinek. Tylko „grzybka” i fontanny z „Jasiem i Małgosią” brakuje tu do pełni szczęścia. Ale oczka wodne już są.

Sposób drugi polega na wjechaniu w dolinę i wspięciu się po ścieżce na urwisko. W zestawie mamy za to widoki, których nie uświadczy się, gdy wybierze się bramkę numer jeden.

Wobec powyższego decyduję się na rozwiązanie numer dwa. Trochę zastanawiałem się, czy moje sfatygowane buty motocyklowe dadzą radę wnieść mnie po skalnych osypiskach kilkaset metrów w górę. Na samym początku ścieżki ustawiono bowiem tabliczkę informującą, że droga przeznaczona jest dla doświadczonych i dobrze wyekwipowanych turystów.

IMG_0399

Takich doświadczonych turystów zresztą niebawem zdarzyło mi się napotkać. Trzeba być naprawdę doświadczonym, żeby być w stanie wdrapywać się po skalnych rumowiskach w szpilkach albo klapkach japonkach. Prawie jak na Giewoncie.

DSC_5321

Coraz wyżej i wyżej.

DSC_5331

Takie skały różnej wielkości tworzą tutejsze osypiska.

DSC_5328

Najbardziej znany widok z Kraju Saary. To właśnie w tutaj rzeka Saara wykonuje zwrot. Gdzieś na krańcu tego „półwyspu”, wśród drzew, znajduje się zamek Montclair, swego czasu najpotężniejsza twierdza w regionie. Do dziś dotrwały zaledwie relikty, świadczące jednak dobitnie o dawnej świetności.

DSC_5353

Martwy las.

DSC_5338

Najbardziej fotogeniczni mieszkańcy Cloefu.

IMG_0304

Na górze niestety, trzeba i tak obetrzeć się o cepeliadę, jednak w zdecydowanie mniejszej dawce niż „normalnie”. Jest to zdecydowanie zdrowsze. Pomijając już samą wspinaczkę, która dobrze robi kondycji.

IMG_0402

Samo podejście nie było zresztą tak ciężkie. Gdyby nie upał, można by powiedzieć, że droga jest nawet przyjemna. Jakby jednak nie było, jest przynajmniej co powspominać.