Month: Wrzesień 2015

Zaprzęgowo w Hucie Völklingen

DSC_1629

„Motor bez wozu to **** nie motor” – mawiał klasyk. Z powyższym stwierdzeniem na pewno zgodziłaby się większość uczestników Drugiego już Zlotu Zabytkowych Zaprzęgów Motocyklowych w Hucie Völklingen. Mimo typowo jesiennej pogody frekwencja dopisała. W sumie pojawiło się kilkadziesiąt maszyn, reprezentujących ponad 80 lat historii motoryzacji – od wczesnych lat 30-tych XX wieku aż po konstrukcje współczesne. Od Adlera do Zündappa. Najliczniej reprezentowane były oczywiście marki niemieckie i… francuskie. Oprócz wymienionych już Adlera i Zündappa nie zabrakło oczywiście „pospolitych” BMW oraz NSU i DKW. Z pojazdów francuskich warto wspomnieć chociażby motocykle takich marek jak: Terrot, Magnat – Debon, Gnome & Rhone, Rene Gillet z Paryża czy jednego z „białych kruków” – boksera Ratier. Smutne to i dziwne zarazem, że z tak potężnego francuskiego przemysłu motocyklowego nie pozostało dziś w zasadzie nic. „Brytyjską stal” reprezentowały maszyny Triumph i Panther. Honoru jankesów bronił jeden Harley – Davidson z arcyciekawym zawieszeniem wózka bocznego. Pojawiły się w sumie aż trzy Jawy – jedna 634 z wózkiem oraz dwie 640-tki, w tym jedna w zaprzęgu. Z byłego DDR dojechała również jedna MZ z wozem. „Włoszczyzna” to oczywiście wspaniałe zaprzęgi Moto Guzzi oraz solówka Ducati. Wreszcie, na sam koniec, nie mogło zabraknąć pojazdów z „Kraju Kwitnącej Wiśni”. Tu bezapelacyjnie prym wiodły zaprzęgi Kawasaki oraz Hondy.

Jedną z najwspanialszych rzeczy w motocyklowych zaprzęgach jest to, że w większości przypadków nie istnieją dwa jednakowe pojazdy. Tylko wyjątkowo można zakupić gotowy, fabryczny zaprzęg. W 99% pozostałych przypadków jego wygląd i rozwiązania konstrukcyjne są własną, oryginalną inwencją ich właścicieli. To właśnie sprawia, że wizyty na takich imprezach oraz rozmowy z uczestnikami są tak ciekawe i inspirujące.

Huta Völklingen, 06.09.2015

Loreley

DSCI3881

Podobno najtrudniej jest zacząć. Tak też było i tym razem. Do wyjazdu w dolinę środkowego Renu zbierałem się przeszło dwa lata. Ostatnia wizyta była stanowczo za krótka, jednak zdecydował o tym fakcie czynnik, na który (jak do tej pory) ludzkość nie ma żadnego wpływu – czas.

Dwie wieże

Tym razem wszystko wskazywało na to, że tego deficytowego czynnika mam pod dostatkiem. Nie wolno jednak cieszyć się przedwcześnie. Wyjazd opóźnił się z przyczyn technicznych – wytypowana do wyjazdu GPz „złapała” gwoździa. Prawdę powiedziawszy, nawet nie wiem kiedy. Sprawa wyszła zupełnym przypadkiem a sam sprawca zamieszania starł się aż do poziomu gumy i „przycupnął” w zagłębieniu bieżnika. Powietrze niby nie schodziło, jednak świadomość niesprawności ogumienia nie dawała mi spokoju. Ponieważ naprawa niemłodej już opony nie miała ekonomicznego uzasadnienia, postanowiłem ją wymienić na nową. Pech chciał jednak, że serwisie właściwej na stanie nie było i chcąc nie chcąc, trzeba było takową zamówić, modląc się w duchu o szybką dostawę. A czas płynął nieubłaganie…

Wreszcie, po kilku dniach, późnym popołudniem długo wyczekiwany telefon z serwisu: „opona doszła, koło wyważone, maszyna do odbioru”.

Następnego dnia blady świt zastaje mnie w drodze. Podróż autostradami przebiega bez niespodzianek. Staram się trzymać prędkość w granicach 110-130 km/h, bowiem wówczas jazda jest najprzyjemniejsza. Wiatr nie szarga za mocno a pracy silnika niemal nie słychać.

Autostradowa stacja benzynowa. Tankowanie pod korek i gorąca kawa z tekturowego kubka. Szybkie spojrzenie na rachunek za tankowanie i licznik przebiegu dziennego pozwalają ustalić zużycie benzyny na poziomie nieco poniżej 5l/100 km. Ubytków oleju również nie stwierdzono. Jest dobrze.

Już około godziny dziesiątej robi się nieznośnie gorąco. Tegoroczne upały biją wszelkie rekordy. Po drodze coraz częściej widuję motocyklistów w samych podkoszulkach i krótkich spodenkach. Ja nie mam tyle odwagi żeby podróżować „na zdrapkę”. Albo za dużo już w swoim życiu nazbierałem „liszai asfaltowych”.

W międzyczasie autostrada zmienia się w drogę ekspresową, która niepostrzeżenie staje się obwodnicą miasta Bingen nad Renem. Byłem tu już kiedyś. Pierwsze moje skojarzenia związane z pobytem w tej miejscowości to koszmarne korki w centrum i przeraźliwy chłód. Dziś jest inaczej; upał jest nie do wytrzymania. Obecnego poziomu natężenia ruchu drogowego w Bingen postanawiam jednak nie sprawdzać i zgodnie z drogowskazami, przedmieściami, kieruję się w kierunku St. Goar.

Na samym wylocie z miasta, już nad Renem, odwiedzam ostatnią w Bingen stację benzynową. Tankowałem na niej trzy lata temu. Nie wiedząc kiedy będzie następna możliwość uzupełnienia cieczy pędnej, tankuję motocykl znów do pełna. Do tego koniecznie litrowa butelka wody mineralnej, którą wypijam niemal jednym duszkiem. Jeszcze nie ma południa a już jest pewnie +35 stopni w cieniu – a może i więcej. W lekkich ciuchach motocyklowych robi pocę się niemiłosiernie. Kask niemal parzy w głowę. Na następny sezon sprawię sobie chyba biały.

Zaczyna się cudowna, kręta szosa wzdłuż Renu. Na niemal pionowych skałach po obu stronach rzeki, dosłownie jeden obok drugiego, stoją średniowieczne zamki. Jedne w stanie ruiny, inne odrestaurowane i pięknie utrzymane. Niektóre znowu w remoncie. Część w rękach prywatnych, inne dostępne zwiedzającym. Coś niesamowitego.

Jako że jadę „po niewłaściwej” stronie Renu, pilnie wypatruję przeprawy promowej, która powinna być kilka kilometrów za stacją benzynową w górę rzeki. Mostów tu nie przewidziano.

Niestety, „mojej” przeprawy promowej nie ma. Tak po prostu. Była, ale nie ma. Czy zamknięto ją ze względu na niski stan wody w rzece? Nie mam pojęcia. Źle to wróży całej wycieczce. Na opuszczonej przystani nie ma również żadnej informacji. W sumie nie powinno mnie to już dziwić. W krajach „niemieckojęzycznych” jest to dość typowe. Miejscowi wiedzą o co chodzi, a przyjezdni… Cóż, jakoś sobie poradzą.

No właśnie. Trzeba sobie jakoś radzić. Co teraz robić? Czy wracać do Bingen i przedzierać się przez całe miasto do przystani? Tamtej przecież chyba by nie zamknęli??? Czy może jechać dalej, do St. Goar licząc, że jakaś przeprawa po drodze będzie jednak czynna a w najgorszym razie trzeba będzie nadrzucić kolejne kilkadziesiąt kilometrów do Koblencji?

Wspomnienia ostatniej wizyty w Bingen pomagają mi podjąć decyzję. Jadę dalej, w dół Renu.

Nie żałuję decyzji. Szosa biegnie wąskim skrawkiem lądu pomiędzy skałami a Renem. Te niemal pionowe urwiska tu ostatnie pasmo gór Hünsrucku. Po drugiej stronie rzeki wznoszą się góry Taunus. Średniowiecznych zamków nastawiano tu tyle, że ciężko je nawet zliczyć. Nie mogąc się powstrzymać odwiedzam w sumie trzy z nich, ale to temat na osobny wpis. W każdym razie wszystkie trzy robią niesamowite wrażenie. Każdy z nich inne, będąc budowlą na wskroś unikatową i niepowtarzalną.

Po drodze mam jeszcze okazję przejeżdżać przez trzy miasteczka, w których ma się wrażenie że zatrzymał się czas. Stan zachowania dawnych średniowiecznych umocnienień oraz stara zabudowa jest po prostu niesamowity.

Widoki są cudowne, jednak sama droga jest zdradliwa, o czym przypominają stosowne znaki drogowe, ostrzegające o śliskiej nawierzchni oraz stosowne ograniczenia prędkości do 70 i 50 km/h. o dziwo, większość kierowców nawet się do nich stosuje. Z pewnym „okładem”, ale jednak.

Przed St. Goar Ren się zwęża, wykonując kilka zakrętów i omijając w ten sposób kilka oporniejszych na wietrzenie skał. W tym jedną, słynną.

Loreley.

DSC_9574

Któż nie słyszał tej nazwy – czy może poprawniej należałoby napisać imienia? A w zasadzie jednego i drugiego. Samo pochodzenie nazwy-imienia nie jest jasne. Niektórzy wywodzą ją z języka celtyckiego, w którym słowo „Ley” miałoby oznaczać „skałę”. Według tej teorii nazwa Loreley miałaby oznaczać po prostu „Szemrząca Skałę”. W tym miejscu Ren jest najwęższy.

Ponieważ rzeka się zwęża, siłą rzeczy jej nurt musi przyspieszyć. A jeśli dodamy zakręty i oporną skałę wrzynającą się w jej nurt, wiadomym jest że powstaną w tym miejscu silne prądy i wiry. I byłaby to „oczywista oczywistość”, jak mawiał pewien „klasyk”, gdyby nie fakt, że Ren, jedna z najdłuższych rzek Europy (1233 km), od niepamiętnych czasów wykorzystywany był przez ludzkość do celów „gospodarczo – transportowych”. A wiry na rzece to miejsce potencjalnie niebezpieczne dla żeglugi.

Ponieważ w dawnych czasach w każdym zjawisku dopatrywano się jakichś intencji, dobrych lub częściej – złych, toteż istnienie zagrożenia w ruchu statków i barek próbowano wytłumaczyć sobie czyimś złośliwym działaniem.

Najsłynniejsza jest legenda o młodej dziewczynie. Nazywać się miała, a jakże, Loreley. Z powodu zwodu miłosnego lub też, w innej wersji, zdrady kochanka w dniu ślubu, miała rzucić się ze skały w odmęty Renu. Dziwnym zbiegiem okoliczności nie zginęła jednak w odmętach a zamieniona została w nimfę/rusałkę czy inną syrenę, która swoim śpiewem uwodzić miała rybaków czy nieostrożnych żeglarzy i kierować ich w wiry i na skały. A gdy ginęli  odmętach Renu, Loreley nadal snuła swą pieśń, rozczesując swoje złote włosy…

Legenda ta ma wiele wersji. Dodawane są do niej kolejne postaci, jak na przykład biskup próbujący negocjować z samobójczynią (niedoszłą?), czy też diabeł, który czekać ma na duszę nieszczęsnej niedoszłej panny młodej, do której to jednak z jakichś tajemniczych względów dobrać się nie może.

W innym wydaniu tej opowieści Loreley czeka na swojego lubego, rycerza Eberharda, który ginie na jej oczach w odmętach Renu u stóp skały. Dziewczyna z rozpaczy skacze z tejże skały do wody i wszelki ślad po niej ginie. Skałę nazwano później na jej cześć Loreley. Oczywiście, nie wyczerpuje to wszystkich możliwych wersji tej opowieści.

Postać Loerley inspiruje nadal kolejne pokolenie poetów i muzyków.

Nie jedyna legenda związana z tym miejscem. Według innej, pod skałą Loreley ukryty miał być słynny skarb Nibelungów. Czyli po naszemu złoto krasnoludów, którego podobno miało być aż 144 wozy (12*12). Opisywany jest on w eposie rycerskim „Pieśni o Nibelungach” z około 1200 roku a odwołuje się do zdarzeń z okresu wędrówki ludów na przełomie IV/V wieku. Na jej podstawie Ryszard Wagner skomponował swój czteroczęściowy dramat muzyczny pt. „Pierścień Nibelunga”. Według niego, ze złota pochodzącego ze skarbu krasnoludów ukrytego w Renie wykuty został przeklęty pierścień, dający właścicielowi władzę nad światem. Przechodzi on z rąk do rąk aby na koniec znów spocząć w odmętach rzeki, oddany córkom Renu. Jednak szkody jakie wyrządził po drodze są już nie do naprawienia. Nic już nie będzie takie samo.

Jak nietrudno się domyśleć, z legendy związanej ze skałą Loreley pełnymi garściami czerpał niejaki Tolkien, pisząc „Władcę pierścieni”.

W St. Goar wjeżdżam wąską dróżką na jedną ze skał doliny Renu, chcąc uzyskać lepsze rozeznanie sytuacji. Niewiele mi to pomaga. W tym momencie jeszcze nie wiedziałem, że przejechałem już obok Loreley dwa, może trzy kilometry wcześniej, tylko zauroczony „pięknymi okolicznościami przyrody” po prostu tego nie zauważyłem.

DSC_9545  DSC_9554

Przy okazji odkryłem szosę tak krętą, że na zakrętach widziałem niemal swoją tablicę rejestracyjną 😉 Jak się okazało, takich dróg jest tu całkiem sporo po obu stronach rzeki. Raj dla miłośników zakrętów.

Za to ze szczytu wąwozu doskonale widać przeprawę i prom o wdzięcznej nazwie… „Loreley”.

DSCI2109  DSCI2114

Ponieważ skała Loreley znajduje się po drugiej stronie rzeki, nie pozostaje mi nic innego jak zaokrętować się ze swoim dobytkiem na statek. Prom kursuje mniej więcej co 20-30 minut a przeprawa to koszt 3€ za motocykl z kierowcą. Za zaprzęg 3,50€ a za każdego pasażera 1,20€ od łebka. Tyle zdążyłem wyczytać z cennika. Płatność tylko gotówką.

DSCI2245  DSCI2249

Sama podróż promem trwała kilka minut. Jeszcze się człowiek nie zdążył w miarę porządnie rozzuć a już trzeba się znów opaździerzać.

DSCI2251  DSCI2253

Rzecz ciekawa ale o tej porze prom był niemal pusty. Dziwne.

DSCI2258  DSCI2257

Po zjeździe ze statku udałem się w kierunku wskazanym tablicą „Centrum Loreley”. No, to jestem w domu. Niestety, tak mi się tylko zdawało. Po wjechaniu na górę w kierunku wskazanym strzałkami, dotarłem do wielkiego parkingu z bramą zamykaną przez szlabany. Wjazd jest darmowy, wyjazd kosztuje 2€. Co tam te dwa ojro, skoro jestem u celu. Niestety, nie jestem. Ta skała to nie Loreley, tylko jedna z sąsiadujących, dróżka prowadząca na tzw. „Taras widokowy” prowadzi w rzeczywistości do knajpy z cenami chorymi nawet jak na niemieckie realia, do Loreley trzeba trzaskać jakąś dróżką diabli wiedzą ile. Na dodatek, żeby się stąd wydostać, trzeba naprawdę zabulić dwa euro w tzw. „Centrum turystycznym”, które jest w rzeczywistości małą knajpą-restauracją a z turystyką ma tyle wspólnego, że leży tam na stole kilka darmowych folderów. Na dodatek barman widząc, że nie mam zamiaru niczego u niego kupować, zanim wydaje mi kartę daje mi wyraźnie odczuć, w jak głębokim poważaniu ma takich jak ja. Cudowny pomysł na biznes. Dwa euro za parking na zadupiu przy dwóch knajpach. Czy coś wypijesz czy też nie – i tak jesteś golony. A do Loreley tak samo daleko jak z dowolnego innego miejsca.

DSC_9611  DSC_9614

Zjeżdżam tą samą drogą w dół. Tym razem jestem mądrzejszy i przynajmniej orientuję się już co do kierunku i miejsca.

Po drodze zahaczam jeszcze o stary port.

DSCI2266  DSCI2263

Wreszcie jestem na miejscu u stóp Loreley. Parking nad samym Renem jest o dziwo za darmo. To sk****y tam na górze w tym samozwańczym „Centrum”!!!

DSCI2271  DSCI2270

Na końcu sztucznego półwyspu na Renie stoi to, co podejrzewałem. Pomnik – rzeźba Loreley.

DSC_9652  DSC_9638

Te około 200 metrów wyglądają może na łatwy spacerek – ale nie w motocyklowych jeansach, z kurtką i kaskiem pod pachą przy niemal czterdziestostopniowym upale.

DSCI2199

Ren – 555 kilometr:

DSC_9636

Gdy wróciłem do motocykla byłem już nieźle zmęczony. Jednak to był dopiero początek. Teraz czeka mnie wspinaczka na szczyt Loreley, czyli jakieś 132 metry. Z parkingu prowadzi na szczyt „Treppenweg”, co po naszemu oznacza „Drogę Schodów”. Nie brzmi to dobrze. Całe szczęście że buty mam niemotocyklowe, w sam raz do tej wspinaczki.

DSCI2278

Schody okazują się być strome i niewygodne. Każdy z nich jest dość wysoki i na dodatek innej szerokości, więc nie udaje się trzymać jednego tempa marszu. To że część drogi przebiega w cieniu drzew niewiele pomaga. Dojście na szczyt zajmuje mi ponad 20 minut.

DSC_1274  DSC_1275

Na zdjęciach może tego nie widać, ale skała Loreley od strony rzeki jest niemal pionowa. Tu naprawdę można było zrobić sobie krzywdę. Przede mną ponad 120-to metrowa przepaść – i piękny widok na Dolinę Środkowego Renu w najwęższym jej miejscu.

DSC_1290  DSC_1278

Korzystając z tego, że chwilowo nie ma tu żadnych innych turystów, odpoczywam, sam na sam z legendarną Loreley.

W dole nieustannie przepływają barki i statki. Wydawać by się mogło, że współczesna technika i inżynieria wodna zapewniły już w tym miejscu bezpieczeństwo żegludze. Nic podobnego. Rzadko bo rzadko ale jednak; Loreley budzi się czasem ze snu, by uwieść kolejną ofiarę. Ostatni duży wypadek miał tu miejsce w 2009 roku.

Powrót na dół jest dużo łatwiejszy.

Na parkingu przy motocyklu „dopada” mnie starszy Niemiec, który przyjechał tu na wakacje starym VW „ogórkiem”. Wypytuje o pomnik Loreley oraz jak dostać się na samą skałę. Mówię mu to do czego sam doszedłem oraz lojalnie ostrzegam przed „Centrum Loreley”, w którym straci tylko czas, paliwo, nerwy i 2€ na koniec.

– „2€ mówisz” – wyraźnie go to rozbawiło – „to jest skandal!” – śmieje się jak z dobrego dowcipu.

Teraz ja wypytuję go o to, co zdążył już zobaczyć. Jak się okazało, przyjechał tu z żoną wczoraj a nocował na kempingu dokładnie naprzeciwko miejsca w którym teraz stoimy, po drugiej stronie Renu. Zostałby jeszcze, tylko upał stał się tam nie do zniesienia.

– „Przecież tam nie ma ani jednego drzewa! Ani odrobiny cienia! To nie jest normalne. To jest… To jest…” – nie może znaleźć odpowiedniego słowa.

– „Skandal?” – podpowiadam życzliwie.

-„Tak, właśnie! Skandal!” – facet zatacza się od śmiechu – „SKANDAAAL!!! SKANDAAAL!!!” – ryczy w stronę kempingu.

Rozstajemy się w bardzo wesołym nastroju. Moi nowi znajomi wyruszają w stronę Koblencji, ja mam zamiar zrobić mały wypad w kierunku Bingen, tylko drugą stroną Renu.

DSCI2284

W tak zwanym międzyczasie na parking podjechały dwa motocykle. Nowiutkie rasowe turystyki. Ich właściciele, chłopak i dziewczyna, w nowiuteńkich kombiakach trochę z pobłażaniem popatrzyli na moją starą, tekstylną kurtkę i wytarte motocyklowe dżinsy. Ja popatrzyłem na nich podobnie, zastanawiając się, jak wysoko uda im się wspiąć po „Treppenweg” na Loreley. Świeżo przybyli rozpięli nieco zamki w swoich kombinezonach, schowali kaski do kufrów, po czym udali się w kierunku ścieżki na szczyt skały.

Nie myliłem się. Wrócili nawet szybciej niż się spodziewałem, kapitulując zaledwie po kilku minutach. W takim upale…

Dopiłem resztę wody z butelki i nie czekając dłużej ruszyłem w stronę Bingen. Początkowo wszystko szło mi dobrze, jednak kilkanaście kilometrów za miasteczkiem Kaub kilometrach wbijam się w ogromny korek. Po przeciśnięciu się pomiędzy kilkudziesięcioma stojącymi pojazdami orientuję się, że dalsza jazda nie ma sensu, bowiem jeden pas ruchu jest w remoncie i obowiązuje tu ruch wahadłowy. Postanawiam zawracać, jednak z uwagi na to, że manewr ten trzeba było przeprowadzić szybko i na bardzo ograniczonej przestrzeni, niewiele brakuje abym zaliczył klasyczną glebę „niemal parkingową”, przy prędkości może 2km/h. Zły na siebie wracam w kierunku St. Goarshausen.

Kilka kilometrów dalej zatrzymuje się przy „plaży”. Poziom wody w Renie jest tak niski, że w wielu miejscach można swobodnie spacerować po dnie rzeki. Ta plaża jest akurat kamienista, ale są fragmenty piaszczyste, gdzie ludzie przychodzą z klasycznym sprzętem plażowym. ja przyszedłem tutaj w konkretnym celu – zdobycia „pamiątki”. Jest nią niewielka, elegancka płytka z czarnego łupku, pięknie oszlifowana przez wody Renu. Obróbka ta trwała może nawet i setki lat a sama skała jest identyczna jak ta, z której zbudowana jest skała Loreley. Pamiątka darmowa i bardzo wiele mówiąca o odwiedzonym miejscu.

DSC_9580  DSC_9588

Podczas kolejnego postoju przy jednym z nielicznych zacienionych parkingów, dobiegł mnie charakterystyczny dźwięk dużego silnika. Odgłos bardzo charakterystyczny, potężny, znajomy. Narastał bardzo powoli. W pewnej chwili, zza zakrętu „wypadł” stary traktor Lanz – Bulldog z przyczepką, pełniący obecnie najwyraźniej rolę urlopowozu, kabrioletu i kampera w jednym. Zastanawiałem się tylko, jak kierowca i pasażerka wytrzymują na dłuższą metę piekielny huk jednocylindrowego silnika o pojemności dziesięciu litrów (!!!), którego każdy suw wydechu, mimo potężnego tłumika spalin, po prostu ugniata czaszkę!

DSCI3864  DSCI3865

Sprawa wyjaśniła się kilkanaście minut później, gdy wyprzedzałem ten wehikuł. Otóż zarówno kierowca, jak i pasażer, mieli uszy pozatykane stoperami. Mimo tego pasażerka wyglądała tak, jakby za chwilę miała wyzionąć ducha – co mnie wcale nie dziwi, bo ja sam, przejeżdżając obok niego miałem wrażenie że zaraz puszczą mi szwy w czaszce – ogłuchnięcie to najmniejszy problem.

Kilka kilometrów dalej udało mi się znaleźć miłą knajpkę, w której zjadam późny obiad w bardzo przyzwoitej cenie. Obsługująca mnie kelnerka mówi ze śmiesznym akcentem. Obstawiam na 99% że pochodzi z południa, zapewne z Austrii.

DSCI2285  DSCI3866

Kilka minut po podaniu posiłku, z potwornym hukiem, od którego rozdzwoniły się naczynia na stołach, przetoczył się po szosie Lanz Bulldog z przyczepką, razem ze swoją pasażerką ze wzrokiem utkwionym martwo w jednym punkcie na horyzoncie.

Powrót do St. Goar. Według rozkładu pływania promów łapię się na jeden z ostatnich kursów w tym dniu. Całe szczęście, bo gdybym się spóźnił to byłby problem. Oprócz mnie na przeprawę oczekują tylko dwa samochody. Zbliża się wieczór. W ostatniej chwili podjeżdża jeszcze dziewczyna na Gladiusie. Zasadniczo to nie zwracałem nigdy uwagi na „współczesne” motocykle. Jednak tym razem nie bardzo mogłem sobie przypomnieć, kiedy to ostatni raz widziałem Gladiusa w „cywilnym” użyciu. W Polsce (dzięki „dziwnym” przepisom) motocykl ten wpisał już chyba na stałe jako pojazd do nauki jazdy i zdawania egzaminu państwowego.

Na promie, z racji faktu spędzania przez obsługę motocykli w jedno miejsce, na dziób przy lewej burcie, mieliśmy okazje trochę porozmawiać. Dziewczyna okazała się być studentką z Trewiru, od dwóch dni podróżującą motocyklem po Dolinie Środkowego Renu. Właśnie zbiera się do powrotu, ale przedtem jeszcze chciała sobie pośmigać jakąś fajną trasą. Z jednej strony – do Trewiru specjalnie daleko nie ma, z drugiej – jest mocno wymęczona upałami. Zresztą, ja pewnie też wcale nie wyglądam lepiej.

Podpowiadam jej trasę do Bingen, radząc zawrócić przy stacji benzynowej z przegrzebkiem w logo. Trasa ta ma to do siebie, że w każdą stronę jedzie się zupełnie inaczej i na pewno nie będzie się nudzić.

Na przystani się rozstajemy. Dziewczyna rusza w lewo, w stronę Bingen, ja odbijam w prawo, na tzw. Hunsrück Hochstrasse czyli drogę przebitą w najwyższym paśmie tutejszych gór. Trasa jest kręta i niesamowicie malownicza, chociaż czasem także dość mocno zatłoczona. Ale widoki i świetna nawierzchnia pozwalają wybaczyć ten drobny mankament.

Po chwili jednak uświadamiam sobie, że o czymś jednak zapomniałem. Zawracam na najbliższym skrzyżowaniu. Chwilę później opuszczam także St. Goar i jadę w kierunku Bingen.

Po kilometrze, może dwóch, parkuję na poboczu.

Zapomniałem przecież się pożegnać.

DSCI3879  DSCI3880

Pożegnać z Loreley.

DSCI3881