Month: Maj 2015

Trylogia w pięciu częściach – Werner

DSC_7346

„Jest to kino, dziesiąta muzyka” – rzekł niegdyś klasyk. Ano jest. Mamy też wiele filmów, które można by zrecenzować na stronie poświęconej (w ten czy inny sposób) motocyklom. Tylko nie zawsze warto – większość tematów jest do tego stopnia wtórna, że czytając kolejny raz to samo robi się kwaśno na żołądku. Bo i po cóż pisać kolejny raz np. o kolejnej odsłonie SOA, skoro każdy zainteresowany i tak wie, o co chodzi a niezainteresowany ma to gdzieś. Szkoda czasu. I prądu.

Pierwszy wpis w nowej kategorii powinien być w pewien sposób szczególny. I taki też będzie, głównie za sprawą filmu, którego dotyczy.

Ponieważ na RG wszystko dzieje się w poprzek ogólnie panujących trendów i schematów, dlatego też film o którym za chwilę powiemy kilka słów, zaliczyć możemy do gatunku „niszowych” – przynajmniej poza granicami kraju, w którym powstał.

Albo może nawet lepiej powiedzieć – pięciu filmów zebranych w jedno kolekcjonerskie wydawnictwo, pod przewrotnym tytułem: „Trylogia w pięciu częściach”.

DSC_7346

Poszczególne części „Trylogii”, których, jak nadmieniliśmy wcześniej, jest pięć, nie stanowią jakiegoś zamkniętego cyklu. Może za wyjątkiem ostatniej, w której można dopatrywać się pewnego, chociaż bardzo luźnego, zakończenia.

Werner „narodził się” w roku 1978. Najpierw był komiks, narysowany przez Rotgera Feldmanna (pseudonim Brösel), ukazujący się cyklicznie w jednej z niemieckich gazet. Feldmann opisywał w nim między innymi swoje problemy z motocyklem na przeglądach technicznych oraz kontakty z policją. Komiksy zyskały dużą popularność w środowisku motocyklowym. Zaowocowało to wieloma nowymi znajomościami oraz, w konsekwencji – pomysłami na kolejne części przygód Wernera. Dalej wszystko potoczyło się szybko – komiksy zaczęły ukazywać się gazecie krajowej. Potem komiksy stały się samodzielnymi zeszytami. Aż wreszcie, w 1990 roku pojawił się pierwszy film.

DSC_7353

Rotger Feldmann jest nie tylko rysownikiem, ale również motocyklistą z krwi i kości. Zaczynał od motocykla Horex Regina, który nieustannie ulepszał i przerabiał, co było źródłem kłopotów ze strony Policji, diagnostów i urzędników z wydziału komunikacji. Wiele lat później zbudował „Czerwonego zabójcę Porsche”, czyli potworny motocykl z czterema silnikami Horex (maszyna pojawia się w części I i V) a jego wyścig z Porsche 911T na płycie lotniska odbył się naprawdę. Wyścig co prawda przegrał (rewanż zresztą także) z powodu problemów ze skrzynią biegów, ale to nieważne. Warto w tym miejscu nadmienić, że pseudonim „Brösel” znaczy tyle, co „okruch” i wziął się stąd, że pierwsze motocykle Rotgera Feldmanna dosłownie rozpadały mu się pod tyłkiem.

Nie będzie chyba wielkim zaskoczeniem fakt, że Werner, główny bohater filmów i komiksów to alter ego samego Rotgera Feldmanna i że są one w dużej mierze jego autobiografią.

DSC_7360

Andi – brat Wernera, to drugi bohater, występujący we wszystkich epizodach. Jest troszkę mniej szalony. Ale tylko troszkę. Andi jest postacią mającą swój pierwowzór w rzeczywistości i, jak nietrudno zgadnąć, w realnym świecie jest nim najprawdziwszy brat Brösela, Andreas. Przez wiele lat był on najbliższym współpracownikiem Rotgera a w filmach udziela Andi’emu głosu. Można go oglądać zresztą w piątej części, gdzie gra… samego siebie. Andreas w rzeczywistości jest nie mniej szalony od Rotgera. Mianowicie ścigał się on z 450 – cio konnym Audi motocyklem, za którego napęd posłużyły… 24 silniki od pił łańcuchowych!

Mistrz Röhrich – pierwotnie nazywał się Schurich, jednak nakazem sadowym nazwisko trzeba było zmienić. Nietrudno się domyśleć, że u Schuricha rzeczywiście praktykował młody Brösel. Jak zwał, tak zwał – bez Juliusza Röhricha film nie byłby taki sam. W firmie „JULIUS RÖHRICH, HEIZUNGSBAU-SANITÄRE ANLAGEN-KLIMA-UND SCHWIMMBADTECHNIK“ (albo, jak to mówią skrótowo na wsi w Schleswig – Holstein: gaz, woda, g***o) młody Werner uczy się zawodu hydraulika. Mistrz Röhrich pojawia się zawsze z cygarem w ustach oraz brudnymi okularami, co sprawia że jego pomiary obarczone są dużym błędem. Jakby tego było mało, ma bardzo niekonwencjonalne metody pracy („rozwiązywania problemów”, jak sam mówi), które zwykle kończą się katastrofą budowlaną. Ogólnie znaną prawda jest bowiem, że ci, co nic nie potrafią – uczą innych. Czasem w demolowaniu domu klientów pomaga mu przyjaciel, pierdołowaty architekt Hüpenbecker. Warto wiedzieć, że całe cytaty z mistrza Röhricha (które niestety, nie dają się dobrze przetłumaczyć na język polski) weszły w Niemczech do języka potocznego. Z Röhrichem wiąże się również postać czeladnika „Eckata” (Eckharda).

MC Klappstuhl (składane krzesło) – żeby było śmieszniej, motocyklowy klub o takiej nazwie istnieje naprawdę. O filmowym wcieleniu klubu można pisać dużo, jednak nie sposób nie wymienić dwóch osób:

Der Präsi (prezes) – składa się głównie z adrenaliny. Tak, jest cholerykiem. Ponosi go dość często i staje się wówczas nieobliczalny. W głębi duszy jest jednak romantykiem i potrafi nawet zrobić na szydełku serwetkę pod ostatnią porcelanową filiżankę po babci. Strzeżcie się zatem, gdy będziecie w okolicach Hamburga – Präsi wraz ze swoim gangiem rockerów są tam.

Herbert – „prawdziwy Hamburger, jeszcze ze starego uboju” – jak mawia o sobie. Drugi najważniejszy człowiek w MC Klappstuhl i jednocześnie zupełne przeciwieństwo prezesa. Najspokojniejszy i najmądrzejszy w klubie. Zawsze w ciemnych okularach i czapce – „podwójnie zabezpieczony przed dziurą ozonową”.

Bruno i Helmut – stróże prawa i porządku publicznego, policjanci z Schnarup-Thumby. Zgrany duet, jako żywo przypominający sławnych Flipa i Flapa. Cwany, gruby Bruno Kozlowski (!) oraz chudy i głupkowaty Helmut są również bardzo ważnymi postaciami. Spotkania Wernera i Andiego z Brunem i Helmutem dotyczą zazwyczaj przekraczania prędkości, braku przeglądu technicznego, kasków, za wysokiej emisji hałasu oraz jazdy z przekroczonym (wielokrotnie) dopuszczalnym poziomem alkoholu we krwi…

Wymieniać można by dalej… Pozostałe osoby występujące w filmach Brösela również mają swoje mniej lub bardziej wierne odbicie w rzeczywistości. Pora przejść do kolejnych odcinków trylogii, których, jak wiemy, jest pięć.

Werner – Beinhart!

001

Jest to adaptacja komiksu o tym samym tytule. Prawdziwy film fabularny przeplata się tu z kreskówką. Po raz pierwszy zobaczymy tu mecz piłkarski na targu (sprzedawcy kontra kupujący), który mimowolnie sędziować będą policjanci Bruno i Helmut. Spotkamy się z Mistrzem Röhrichem, który pokaże co potrafi; czyli od cieknącego kaloryfera do całkowitej demolki dużej kamienicy. Będzie co nieco o niemieckich przeglądach technicznych, gdzie aż do przesady sprawdzany jest stan i oryginalność podzespołów pojazdów. To zresztą tylko kilka fragmentów. Cała akcja filmu rozgrywa się wokół kompletnie wyjałowionego z pomysłów Brösela, który właśnie podpisał kontrakt na produkcję swojego pierwszego filmu. Bezwzględny producent naciska, grozi, szantażuje; dwukrotnie gotowy już materiał trafia szlag i trzeba zaczynać od początku. Przy pomocy sił nieczystych całość kończy się szczęśliwie, chociaż w ostatniej scenie Brösel dowiaduje się, że przecież kontrakt obejmuje także kolejne części przygód Wernera…

Werner – Das muss kesseln!!!

002

Film w całości animowany, opowiadający historię pewnego zakładu. Dzięki temu powstają najszybsze sanki do wyścigów na lodzie (napędzane silnikiem od amerykańskiego bombowca). Dowiemy się, jaką moc ma bimber produkowany według tajemnej receptury Mistrza Röhricha oraz dlaczego interesują się nim mafia i służby specjalne. Niejako przy okazji zobaczymy, jak Niemcy rozliczają się ze swoją wojenną przeszłością, czego pięknym przykładem jest Bauer Horst. Twierdzi on, że całą wojnę pracował w kuchni polowej. Dopiero po kolejnej butelce zaczyna opowiadać, co robił naprawdę…

Werner – Volles Rooäää!!!

003

Z tej odsłony dowiemy się, ile znaczeń może mieć określenie „pełna rura”. Rzecz ma miejsce w starej dzielnicy portowej, w której to ma powstać nowoczesne centrum handlowe. Jednak, aby tego dokonać, inwestor musi zburzyć stare kamienice i garaże. Problem polega na tym, że w jednej z tych kamienic mają swój klub rockersi, sławetny klub motocyklowy MC Klappstuhl… Do akcji wchodzi policja w osobie Bruna i Helmuta, neonazistowskie zbiry a nawet sam Adolf H. Problem centrum handlowego rozwiązuje w typowy dla siebie sposób Majster Röhrich. Po tej katastrofie budowlanej połączonej z zanieczyszczeniem środowiska, samorząd opanowany przez „Zielonych” cofa zgodę na budowę.

Werner – Gekotzt wird später!

004

Rysunkowy film drogi. Otwiera go scena meczu piłkarskiego na Korsyce, zakończonego wynikiem 2:2 i kompletną demolką kampingu. Wspomnienia powodują, że Werner, Andi i Eckat postanawiają udać się na urlop na Korsykę. Podróż z północy na południe obfituje w wiele nieporozumień natury językowej oraz efektowne pościgi policyjne. Dowiemy się, dlaczego gra w kości jest niebezpieczna oraz z jakiego powodu, posiadając Golfa II (miałem) trzeba koniecznie zaopatrzyć się w kasetę zespołu „Modern Talking”  z obowiązkową piosenką „Cherry Lady” (nie miałem). Tymczasem, pozbawiony swoich pracowników Majster Röhrich, niszczy kamienicę z pomocą architekta Hüpenbeckera. Nawet pozbawiony swoich pomocników Majster Röhrich jest nadal bardzo niebezpieczny.

Werner – Eiskalt.

005

Ostatnia część, podobnie jak pierwsza, jest mieszanką filmu fabularnego i rysunkowego. W związku z wszechobecną modą na mangę wydawca odrzuca materiał na kolejną część przygód Wernera. Zrezygnowany Brösel wsiada na motocykl i wyrusza, śladem swych bohaterów, na wakacje na Korsykę. Na plaży próbuje zaimponować dwóm dziewczynom… Niestety, nie wszystko wychodzi tak, jak zaplanował i ląduje w… kostnicy. Tymczasem na wieść o śmierci Brösela sprzedaż jego komiksów i filmów bije wszelkie rekordy. Emerytowani policjanci Bruno i Helmut ze łzami w oczach wspominają Brösela. Teraz każdy przyznaje się do znajomości z nim. Chciwy wydawca postanawia nieuczciwie zarobić na tej nagłej popularności… W międzyczasie niezawodny MC Klappstuhl postanawia wykraść zwłoki Brösela z francuskiej kostnicy i przywieźć je do kraju…

DSC_7988

Ciekawostką jest fakt, że każdy z filmów spotkał się w Niemczech z zaciekłą krytyką, na którą to krytykę Brösel ma kompletnie wysprzęglone. Zarzucano filmom szorstkość, brak artyzmu, ciężki humor lub wręcz jego brak. Cóż, lubimy opowiadać stereotypy o innych nacjach i nie chcemy słuchać, jacy naprawdę jesteśmy. Co prawda w krzywym zwierciadle, ale jednak dokładnie odrysowane zostały pewne typy ludzkie. Majster Röhrich, który nic nie potrafi, za to ciągle wszystkich poucza. Opoje, lenie i maminsynki z MC Klappstuhl. Obibok Eckat i naiwny Werner. Wszyscy zalewający się bez umiaru piwem. Problemy z komunikacją na poziomie ogólno niemieckim, bohaterowie bowiem przekornie mówią gwarą – jedną z ponad 300 w Niemczech. Do tego w kilku odcinakach smród nierozliczonej przeszłości w tle…

Mimo niepochlebnej prasy większość filmów z Wernerem odniosła spory sukces; „Werner – Beinhart” uplasował się nawet na trzecim miejscu najlepszych hitów kinowych w Niemczech (zaraz za „I kto to mówi” oraz „Pretty Woman”), więc chyba nie jest tak źle, zważywszy na dość specyficznego odbiorcę. Krytycy swoje, zwykli ludzie swoje.

Za to bezspornym faktem jest, że bardzo duża część sformułowań, czy całych tekstów Wernera czy Mistrza Röhricha weszła do języka potocznego, co może świadczyć o popularności serii.

Z racji specyficznego humoru, opartego w dużej mierze na grze słów i specyfice języka dolnoniemieckiego, tzw. Niederdeutsch lub Plattdeutsch, filmy te byłyby bardzo trudne w przekładzie na język polski – o ile byłoby to w ogóle możliwe, bez utraty ich klimatu i specyfiki. Tym niemniej czekam cierpliwie; być może ktoś zechce się zmierzyć z tym wyzwaniem. Póki co, pozostaje mi tylko wersja niemiecka.

DSC_8088

Warto wiedzieć, że piwo, którym bez umiaru raczą się bohaterowie filmów i komiksów, Bölkstoff, istnieje naprawdę, chociaż jest dość trudno dostępne. Powstało na życzenie fanów, którzy domagali się komiksowego piwa „Bölkstoff”, na który to napój składali przysięgę bohaterowie. Nazwa pochodzi z gwary północnej; słowo Bölken oznacza „mówić (za) głośno” ale też „czkawkę”. Samo piwo jest jasne, średnio mocne, o charakterystycznej goryczce, stosunkowo gorzkie.

Cóż, chyba już wszystko co było do powiedzenia zostało powiedziane. Nie pozostaje mi wobec tego nic innego, jak zaprosić do obejrzenia „Trylogii w pięciu częściach” i wyrobienia sobie na jej temat własnej opinii.

Ja zaś muszę zajrzeć do butelki i sprawdzić, jak późno już jest…

DSC_8089

Strona „urzędowa” Wernera

Chełmno – w cieniu Torunia

dscn9446

„Cudze chwalicie, swego nie znacie” – te słowa klasyka pasują do Chełmna jak ulał. Urokliwe średniowieczne miasteczko schowało się bowiem w cieniu swojego słynnego „brata” Torunia do tego stopnia, że mało kto wie w ogóle o jego istnieniu. A samo miasto jest bardzo ważne i zasłużone dla historii.

Wstyd się przyznać, ale dotychczas bywałem w Chełmnie tylko przejazdem i nie udało mi się nigdy zwiedzić go chociaż pobieżnie. Tym razem, korzystając z niemal całkowicie wolnego dnia, postanowiłem te zaległości wreszcie nadrobić.

Ten „niemal” wolny dzień zaczął się od przymusowej wizyty w Bydgoszczy. Ponieważ okazało się, że jestem niemal godzinę za wcześnie, postanowiłem udać się do pobliskiego Żołędowa. Znajduje się tam całkiem klimatyczny bar:

Sceneria trochę kiczowata, ale co tam. Po wykonaniu serii zdjęć wróciłem do Bydgoszczy, gdzie już bez przeszkód udało mi się pozałatwiać swoje sprawy.

Jeszcze rzut oka na Brdę:

No właśnie. Czas na wycieczkę był co najmniej nieszczególny. Na przełomie maja i czerwca 2010 roku,  po obfitych opadach deszczu Wisła wzbierała w oczach i jej wystąpienie z brzegów było już tylko kwestią czasu. Ogłoszono już alarm powodziowy, rozpoczęto ewakuację zagrożonych obszarów. Czyli jednym słowem: niewesoło.

Jadąc z dala od głównej szosy kilkakrotnie miałem okazję zobaczyć na własne oczy, jak wygląda Wisła:

W Toruniu sytuacja także nie wyglądała zbyt różowo. Na Kępie Bazarowej woda wzbierała w oczach.

Bulwar na szczęście nie był jeszcze zamknięty. Korzystając z okazji, postanowiłem również pozałatwiać sprawy w Toruniu, których to uzbierało się trochę.

Niestety, na starówce zostałem zaatakowany przez ekipę jednej z telewizji, której nazwy z litości nie wymienię. Na nic moje uniki – o tej porze byłem jednym z niewielu przechodniów na Szerokiej. Mimo brawurowej ucieczki zostałem osaczony. Na starcie zostałem zaatakowany pytaniem o sposób przeprowadzenia wyborów na terenach zalanych przez powódź – „na amfibiach czy może lepiej na pontonach?” Debilność pytania w pierwszej chwili ścięła mnie z nóg. Zdołałem tylko wykrztusić, że są w tej chwili ważniejsze problemy a szanowna Pani zajęłaby się może czymś pożyteczniejszym niż robienie z ludzi idiotów. Na tym wywiad się skończył a ja tym sposobem nie zostałem gwiazdą TV – o przepraszam, celebrytą*.

Z Torunia już bez przeszkód udałem się prosto w kierunku Chełmna. Jeszcze w kilku miejscach mam okazję przejeżdżać przez szosę przykrytą już wodą przesączającą się przez namoknięte wały powodziowe… Nazwa „Chełmno” ma bardzo stary rodowód. Pochodzi ona od słowa „chełm” (czyli wzgórze) i dosłownie oznacza ona „miasto na wzgórzu”.

Przejeżdżam przez niepozorną wieś Kałdus. To właśnie tu lokowano po raz pierwszy Chełmno, które stanowiło wówczas gród wyznaczający północną granicę państwa pierwszych Piastów. O skali ważności grodu świadczy fakt odkrycia w nim pozostałości romańskiej katedry, równowiekowej z podobnymi budowlami z Gniezna, Poznania, Wrocławia i Krakowa.

Miasto później wędrowało, długo nie mogąc znaleźć dla siebie miejsca. Najpierw przeniesiono je w miejsce dzisiejszej wsi Starogród i w XI-XII wieku pełniło rolę grodu kasztelańskiego.

Starogród dziś:

dscn0102

Widok z dawnej góry zamkowej:

Oraz smutna historia zamku:

dscn0269

W 1228 roku Krzyżacy wybrali Chełmno na stolicę ziemi chełmińskiej a w latach 1236 – 1251 pełniło ono rolę stolicy państwa zakonnego. 28 grudnia 1233 roku, wraz z Toruniem, otrzymało ono prawa miejskie. Stało się ono wzorcem dla lokacji niemal 200 miast wschodniego Pomorza  i Mazowsza. Prawa miejskie odnowiono w roku 1251, po pożarze który spustoszył miasto.

W XIII wieku miasto przeniesiono na obecne miejsce, lokując je „na surowym korzeniu”. Samo pojęcie oznaczało, iż miasto zakładano w miejscu dotychczas niezagospodarowanym i niezamieszkałym. Mimo wielu niedogodności takiego rozwiązania miało ono również swoje zalety – pozwalało na od samego początku na zaplanowanie jego wyglądu w najdrobniejszych szczegółach, wyznaczenie głównego placu, ratusza, kościołów, wytyczenie ulic.

Kilkanaście kilometrów przed Chełmnem – kościółek o ciekawej architekturze. Niestety, zamknięty na głucho.

dscn9432

Chełmno na nowym miejscu przeżywało najlepszy okres w swojej historii. Wstąpiło nawet do Hanzy, jednak nigdy nie uzyskało takiego znaczenia jak Toruń. Największy rozkwit przypadał na wiek XIII i XIV; planowano nawet utworzyć tu uniwersytet. Potem bywało różnie a od XVII/XVIII wieku można już mówić o upadku miasta. Pewien rozkwit następuje w wieku XIX – powstają nowe kamienice. Niestety, rozbiórce ulegają za to dawne bramy miejskie – z siedmiu ocalały tylko dwie, dawny szpital i klasztor.

Mimo wszystko miasto utrzymało swój dawny klimat i regularną, średniowieczną zabudowę.

Swój pobyt w mieście zaczynam od objechania rynku. Nie jest to zbyt dobry pomysł. Mimo iż jest sucho, to jednak kamienna nawierzchnia jest śliska. Na dodatek pasy dla pieszych wymalowano akurat na zakręcie w taki sposób, że nie sposób ich ominąć. Żeby było zabawniej – chyba chlorokauczukiem. Dodać tylko mogę, że motocykl miałem „obuty” w sławetne opony „Mitas”, które są trwałe, ale mają dość kiepską przyczepność. W efekcie następuje piękny uślizg przedniego koła i już tylko krok dzieli mnie od efektownej gleby.

dscn9443

Rynek stanowi plac o wymiarach 111 metrów na 156 metrów. W jego centrum stoi biały ratusz, chyba najbardziej znana budowla Chełmna. Wzniesiono go około 1298 roku. Pierwotnie był dużo mniejszy i niższy niż obecnie, posiadał dwa piętra i wieżę. Mieścił skarbiec, wagę miejską a także pomieszczenia reprezentacyjne. Z tego czasu pochodzi także „pręt chełmiński” na zachodniej ścianie. Był to podstawowy wzorzec długości w średniowiecznym Chełmnie.

dscn0175

W latach 1567-1597 ratusz rozbudowano. Budynek zwiększył swoje rozmiary ponad dwukrotnie. Wybudowano nową wieżę z zegarem, ratusz zyskał wygląd renesansowy. Raz jeszcze przebudowany został w XIX wieku, wybito wtedy nowe otwory okienne.

Zmieniło się też otoczenie. Zniknęły kramy, dom kupiecki, studnia i pręgierz. Dawne, gotyckie kamienice zastąpiły XIX i XX – wieczne budynki.

dscn0206

Z dawnego Chełmna pozostał tylko dawny układ ulic, mury miejskie i kościoły. Pobudowano tu ich sporo w tym trzy duże – pierwotnie Krzyżacy planowali uczynić z Chełmna swoją stolicę. Wszystkie powstały w tym samym czasie, pod koniec XIII wieku. Nie udało się dotrwać do naszych czasów tylko jednemu.

dscn9435

Największym z nich jest fara, czyli pod wezwaniem Wniebowzięcia Najświętszej Marii Panny. Była to również jedna z największych budowli sakralnych państwa krzyżackiego i zarazem wzór do budowy kolejnych tego typu obiektów. Jest ściśle orientowana na osi wschód – zachód. Powstawała najprawdopodobniej w dwóch etapach w latach 1280 – 1320 na miejscu wcześniejszej świątyni drewnianej.

dscn9436  dscn9437

Charakterystyczną cechą kościoła jest jego dwuwieżowa fasada. Jest ona niesymetryczna; prawa wieża jest o wiele niższa niż lewa. Według legendy, prace nad wieżą przeciągały się i aby dotrzymać  planu zdecydowano się pracować także w niedziele i święta. Nie zyskało to niebiańskiej aprobaty i w ledwie ukończoną wieżę trafił piorun, niszcząc jej górne kondygnacje.

dscn0236

Prawda jest dużo bardziej prozaiczna. Podczas budowy w prawej wieży wybuchł pożar, co było przyczyną klasycznej, średniowiecznej katastrofy budowlanej – rzecz wówczas wbrew pozorom dość częsta. Nic nadzwyczajnego. Jednak w wyniku tych nieprzewidzianych komplikacji przekroczono plan finansowy oraz terminy i na dokończenie nieszczęsnej wieży nie starczyło już zwyczajnie pieniędzy… Istoty niebiańskie być może i potrafią stworzyć świat w kilka dni, ale na pewno zupełnie nie radzą sobie w kwestiach finansowych 😉

Lewa wieża została jednak ukończona a dziś udostępniono ją do zwiedzania.

dscn0169

Z jej szczytu można podziwiać przepiękną panoramę miasta.

Czy trzeba mówić więcej?

dscn0246

Wewnątrz świątyni, przy jednym z filarów znajduje się ołtarz, który ostatnio, na fali mody, rozsławia Chełmno w całym kraju: zawiera on bowiem relikwiarz a w nim szczątki św. Walentego. Nie jedyne w Polsce, które uznaje się za resztki ziemskiej powłoki tegoż świętego, ale jednak najbardziej znane. W pobliżu wejścia zawieszony jest świecznik w kształcie głowy jelenia. Oprócz tego, że wygląda oryginalnie, jest on także… barometrem.

dscn0249

Dzieje się tak za sprawą reagującej na zmiany wilgotności konopnej liny, na której świecznik jest zawieszony. Gdy jest ładna pogoda, głowa obraca się w kierunku ołtarza. Podczas złej pogody spogląda ona w kierunku wejścia.

Tym razem nie może się zdecydować.

Posadzka a w niej coś dużo starszego od samej fary:

dscn0254

„Lepsze jutro było wczoraj…”

dscn0107

Inną budowlą, która pamięta lepsze czasy, jest podominikański kościół pod wezwaniem św. Piotra i św. Pawła. Powstał na początku XIII wieku, jednak jego budowa trwała niemal 100 lat. Aż do kasaty zakonu w 1829 roku służył on dominikanom. Potem, jakby było mało, budynek został uszkodzony przez pożar. Wreszcie, w 1841 roku przekazano go ewangelikom. Mimo to jego stan techniczny jest, ogólnie mówiąc – dość kiepski.

dscn0181

Wnętrze kościoła kryje resztki malowideł oraz płytę grobową pierwszego biskupa chełmińskiego.

Inną ciekawą budowlą jest kościół św. Ducha. Zbudowano go w latach 1280-1290, w XIV wieku dodano do niego wieżę.

dscn9446

Jest to druga świątynia orientowana w osi wschód – zachód. Przez długie lata był to kościół szpitalny. Sam szpital został rozebrany w XIX wieku a od tego czasu kościół pełnił różne funkcje. Był między innymi magazynem wojskowym. Wewnątrz znajduje się ciekawe, drewniane sklepienie kolebkowe.

dscn0226

Również stan tego obiektu pogarsza się z każdym rokiem.

Niedaleko znajduje się najmniejsza i najmłodsza budowla gotycka w mieście – kaplica św. Marcina. Powstanie jej datuje się na XIV wiek. Niestety, zamknięta na głucho.

Największym powodem do dumy są miejskie mury obronne. Dziś liczą sobie aż 2270 metrów długości, co stanowi niemal 90% ich pierwotnej długości. Jest to unikat na skalę światową. Oprócz tego zachowały się 23 baszty. Pierwotna ich liczba nie jest dokładnie znana. Było ich 25 lub 27. Tak jak już wcześniej wspomnieliśmy, nie zachowało się pięć z siedmiu bram miejskich.

dscn9452

Zamku w mieście nigdy nie było – znajdował się nieopodal w Starogrodzie.

Tak to powoli mija dzień na chełmińskiej starówce. Opis i zdjęcia to oczywiście tylko mała część skarbów tego miasta.

dscn0193

Po więcej wrażeń polecam udać się samemu. W końcu to tak niedaleko…

*Celebryta – człowiek znany z tego, że jest nikim.