Uncategorized

Naprawianie nienaprawialnego

spszedam

Podobno sens istnienia urzędnika państwowego dowolnego szczebla sprowadza się do dwóch zagadnień:

1). Wymyślania problemów

2). Szukana rozwiązań dla tych wymyślonych problemów.

Nie sposób uwolnić się od tego skojarzenia czytając wiadomości o nowych zasadach przeglądów okresowych pojazdów. Na przykład tutaj albo tutaj.

Wypowiada się ekspert, będą nowe narzędzia w postaci opłaty z góry za badanie, systemu informatycznego który zawierać ma również informację o negatywnym wyniku badania technicznego, wydruk listy usterek, skończy się przymykanie oka diagnostów, którzy pieniądze za badanie dostaną „z góry”…

Dlaczego nic to nie da?

Problem polega bowiem na tym, że Stacje Kontroli Pojazdów w Polsce prowadzą prywatni przedsiębiorcy. A robią to nie dlatego że się w domu nudzą i nie mają akurat nic lepszego do roboty albo takie dziwne hobby. Prowadzą te Stacje po to, żeby zarabiać pieniądze. A żeby zarabiać pieniądze trzeba mieć klientów. Nietrudno sobie wyobrazić co się stanie ze Stacją Kontroli Pojazdów, której pracownicy zaczną „uwalać” na przeglądach samochody swoich klientów. Za rok mogą zacząć szukać sobie nowej pracy, bo nikt z tych, których pojazdy nie przeszły przeglądów nie pojawi się tu ponownie. Jest to proste i oczywiste dla każdego, z wyjątkiem naszych posłów, osłów i innych środków od kapusty. Banalnie prosty mechanizm konkurencji – ludzie pojadą tam, gdzie „podbijają”..

Warto zwrócić uwagę na jeden szczegół. Nikt nawet słowem nie zająknął się, z jakim zjawiskiem tak naprawdę chcemy walczyć. A chcemy walczyć z tak zwanymi „lewymi przeglądami”. I nie chodzi nam tu o gościa który na przeglądzie dowiaduje się, że poci mu się amortyzator albo że tylne zawieszenie zaczyna mieć luzy i ze stempla w dowodzie nici. Taki człowiek potencjalnie mógłby próbować zrobić przegląd na innej Stacji Kontroli Pojazdów i zostać tym „turystą przeglądowym”. Jednak w tym przypadku chodzi nam o pojazdy które systemowo, od wielu już lat nie powinny być dopuszczone do ruchu z powodu swojego zatrważającego stanu technicznego, przerdzewiałe na wylot, ponaprawiane w sposób jeżący włosy na głowie i z użyciem przedmiotów zupełnie nie przewidzianych do takich napraw… Właściciele tych wehikułów nie są jednak żadnymi „turystami przeglądowymi”. Oni doskonale wiedzą na którą Stację Kontroli Pojazdów i o której godzinie mają się udać. Ba, często jedzie tam tylko sam dowód rejestracyjny. Czy nasi eksperci wierzą, że w przypadku tych wraków opis usterek będzie wykonany rzetelnie? Chyba śnią.

Co się więc zmieni? Zasadniczo nic. Tyle tylko że kilkudziesięciu osłów i innych środków od kapusty miało okazję się wykazać i udowodnić nam wszystkim, jak bardzo są potrzebni.

 

Reklamy

Przy piwku albo największy koszmar motoryzacyjny # 2

Mocne

Sytuacja uległa zmianie o tyle, że w międzyczasie przyjechała klientka po Fiata 126P, którym dotychczas dojeżdżałem do pracy. Zostawiła pieniądze, zabrała pojazd. Tym sposobem jedynym środkiem lokomocji, jaki mi pozostał, były zwłoki Golfa.

Chcąc nie chcąc, zacząłem nim jeździć. O takich drobiazgach jak przegniły zbiornik paliwa, do którego można było nalać maksymalnie 10 litrów oleju napędowego, bo każdy dodatkowy mililitr lądował na ziemi pod wrakiem, nawet nie ma co wspominać. Zbiornik wynalazłem dość tanio na złomowisku. Innym razem urwał się kompletny układ wydechowy. Znajomy mechanik zamocował mi go oraz dorobił brakujące elementy. Jeszcze innego dnia zapaliła się instalacja elektryczna. Zatrzymałem się na poboczu, spokojnie zabrałem z auta swoje rzeczy, usiadłem na trawie i obserwowałem jak samochód popełnia efektowne samobójstwo. Chwilę później z piskiem opon zatrzymał się Polonez; jego właściciel wyskoczył z gaśnicą w rękach i zdębiał, widząc jak leżę w trawie i spokojnie przyglądam się kłębom dymu wydostającym się spod maski auta.

– Panie, nie gasisz pan?

– Nie. Chce pan popatrzeć to zapraszam.

Facet chwilę popatrzył czy nie robię sobie jakiegoś głupiego kawału ale w końcu się uspokoił i w zadumie przyglądaliśmy się widowisku. Zresztą, wiele do oglądania nie było. Dym, jak nagle się pojawił tak też zniknął. Koniec końców, wróciłem do domu na holu ciągniętym przez tegoż Poloneza. Spalony fragment instalacji ogarnąłem własnym sumptem, po stopione plastiki udałem się znów na szrot.

Pozytywna wiadomość: hamulce zaczęły działać. No dobrze, tylko z przodu, na dodatek nierównomiernie, z biciem krzywej tarczy i piskiem zużytych klocków. Ale jednak. Na tym koniec dobrych wieści. Tylne okazały się tak zapieczone, że na razie dałem sobie z nimi spokój.

Opony w Golfinie znikały w tempie zastraszającym. Ścinał brzegi, ząbkował, wyrywał całe kawały gumy w losowych miejscach… Trzeba było coś z tym zrobić. Oczywiście najprościej byłoby przeprowadzić kompletny remont zawieszenia a potem ustawić zbieżność i po sprawie. Jednak coś powstrzymało mnie przed tym desperackim krokiem. Znajomy, pracujący w dużym serwisie samochodowym po godzinach obejrzał mego trupa, pomierzył na szybko to i owo, po czym stwierdził, że w tym aucie prawidłowo ustawić zbieżności najprawdopodobniej nie da się w ogóle.

–  Jak to w ogóle?

– Bo to składak. Ulep. Krzywy na dodatek. Ten samochód nie ma osi symetrii.

Tego można było się spodziewać, ponieważ w dokumentach auta figurowały dwie daty produkcji: 1986 i 1992. Tak więc albo samochód przez 6 lat nie mógł zjechać z linii produkcyjnej, albo…

Rozwiązanie tej zagadki zostawiłem sobie jednak na później, gdy będę miał trochę więcej wolnego czasu. Golf tymczasem woził mnie do pracy jak miał ochotę, jak nie miał to się psuł. Czasem zaś tylko rozładowywał akumulator do zera, czego przyczyny nie mogłem dociec. Czyli normalnie. Któregoś popołudnia wychodzę z biura. Zamyślony wchodzę na teren parkingu, na którym, na ostatnim, ustronnym miejscu, nie na widoku, parkuję swojego złoma. Wyciągam z kieszeni klucze, szukam właściwego… coś się tu nie zgadza. I nagłe olśnienie! Nie ma samochodu! Została po nim tylko plama oleju. Kamień z serca! A więc ktoś połaszczył się na mojego szrota! Mam tylko nadzieję, że nie zrobi sobie krzywdy. Czym prędzej obiegłem na komendę Policji ogłosić tą radosną nowinę.

Niestety, nie dane było cieszyć się zbyt długo spokojem. Następnego dnia zadzwonił telefon. Oficer dyżurny z drugiej strony słuchawki poinformował mnie z dumą w głosie, że chociaż co prawda sprawcy kradzieży są nieznani, to jednak udało im się odzyskać auto. A niech was piekło i szatani…

Do odbioru samochodu konieczna była laweta. Złodzieje bowiem kilkaset metrów od miejsca kradzieży pojazdu, na łuku przez który przechodziły tory tramwajowe, zaskoczeni najwyraźniej „nietypową geometrią zawieszenia pojazdu”, stracili nad nim panowanie i uderzyli w latarnię uliczną. Niezbyt mocno, na tyle jednak dobrze, by dobić całkowicie chłodnicę. Niedługo potem silnik ugotował się ostatecznie i zatarł na amen. Wówczas złodzieje porzucili go i więcej już nie wrócili a policję zaalarmowała właścicielka posesji, przed którą silnik wydał swe ostatnie tchnienie… Co zaskoczyło mnie najbardziej to fakt, że policjanci ani słowem nie odnieśli się do fatalnego stanu technicznego wehikułu, być może zgodnie z zasadą że nie kopie się leżącego. Przypomnieli za to że niedługo minie trzydziestodniowy termin przewidziany na przerejestrowanie samochodu. Nie wiem czemu uśmiechali się przy tym z politowaniem… Tym sposobem nieoczekiwanie wróciłem z wrakiem Golfa i dowodem rejestracyjnym; tego drugiego bowiem nie spodziewałem się już więcej ujrzeć.

Uszkodzeń było znacznie więcej niż można było się spodziewać. Oprócz zdemolowania chłodnicy i silnika, złodziejom udało się dobić także do reszty przednie zawieszenie; wjazdu na krawężnik nie wytrzymał zardzewiały wahacz i auto stało teraz w szpagacie. Życie zakończyły także opona i felga.

Z ciekawości wstawiłem samochód do zaprzyjaźnionego warsztatu, celem dokonania oględzin tego cudu motoryzacji, gdyż od tego zależała dalsza decyzja co do jego przyszłości.

Okazało się to, co w sumie wiadomo było już wcześniej. Samochód to składak. Czy tam ulep, jak stwierdził znajomy mechanik. Tyle że dużo bardziej zaawansowany, niż by się to początkowo mogło wydawać. Z pierwotnego, bordowego Golfa pochodziły bodajże podłużnice i ściana grodziowa z tabliczką znamionową. Oraz prawdopodobnie tylna klapa, sądząc po pierwotnym kolorze. Kabina to dwa inne golfy, połączone misternie w okolicach słupka „B”. Za wyjątkiem dachu z moim ulubionym szyberdachem; ten bowiem należał dawniej do jeszcze innego egzemplarza, skąd został wycięty i wspawany do mojego rupiecia. Wspawany oczywiście źle, dzięki czemu otwory okienne w nadwoziu były większe i mniej regularne niż szyby. To właśnie było przyczyną wodospadów, gejzerów i siklaw we wnętrzu pojazdu podczas każdego deszczu. Drzwi, błotniki, maska – to wszystko wzięto z jeszcze innych egzemplarzy. Zagadką nie do odszyfrowania nawet dla najlepszych detektywów było pochodzenie elementów wyposażenia, jezdnego oraz napędowego (z zatartymi numerami). Wspominałem już że dach naprostowany był przy pomocy kilkunastu kilogramów szpachli, dzięki czemu był zupełnie niemagnetyczny? Odkryliśmy to całkiem przypadkowo, znajomy instruktor odwiedzający akurat warsztat dla żartu próbował zamocować na nim magnetyczną tablicę „L” od nauki jazdy; nie trzymała się wcale. Nic dziwnego. Dach był betonowy. Wyjaśniało to też kwestię nieszczelności szyberdachu.

Po prostu dzieło sztuki nie samochód. Albo Frankenstein na kołach. Jak kto woli.

Przypomniało mi się, jak swego czasu Adam Słodowy opisywał, jak z pojedynczych części udało mu się złożyć kompletną Syrenę zaczynając od jednego reflektora, który dostał od kogoś, czy też może znalazł… Jak widać, sztuka ta w historii motoryzacji udawała się wielokrotnie, z tym że twórca mojego Golfa raczej wolał to ukryć niż chwalić się całemu światu…

Ten samochód to byłby wspaniały materiał do dyskusji z kreacjonistami, twierdzącymi że proste prawdopodobieństwo powstania samorzutnego hemoglobiny jest porównywalne z przypadkowym złożeniem przez wiatr na złomowisku kompletnego Boeinga 747. Szach-mat kreacjoniści. Proszę bardzo. Oto Golf ze złomowiska, na dodatek zarejestrowany, dopuszczony do ruchu i jeszcze, jakby było mało, z ważnym przeglądem technicznym! To dopiero cud!

Takie miałem mniej więcej myśli, gdy wpychałem pozostałości samochodu w krzaki za warsztatem. Miał w nich pozostać już do końca świata, ewentualnie do czasu aż ochłonę i nabiorę weny aby napisać ogłoszenie o sprzedaży części do Golfa…

Miał, ale tak się nie stało. Nie zdążył nawet dobrze wrosnąć. Ten samochód miał niesamowite zdolności do zmartwychwstawania. Nie pamiętam już, kto mi sprzedał tą informację. W każdym razie brzmiała mniej więcej tak: „znajomy znajomego ma znajomego, który z kolei posiada dziki warsztat samochodowy gdzieś na wsi; w tymże przybytku na stanie znajduje się silnik do twojego Golfa. Niekompletny ale to czego ci brakuje to akurat jest i to nawet w niezłym stanie”.

Zasadniczo to nie widziałem interesu w dalszym ładowaniu pieniędzy w truchło, które nigdy już nie będzie samochodem. Najchętniej to zrobiłbym z niego kurnik. Przed tym krokiem powstrzymywała mnie chyba tylko obawa, że zwierzętom mogłaby stać się w nim jakaś krzywda… Jednak oferta zawierała jeszcze coś, co powodowało że jednak, mimo wszystko, należało ją poważnie i, że tak sobie pozwolę się wyrazić, na trzeźwo rozważyć. Cena silnika wyrażona była bowiem w FRN, co czyniło ją wyjątkowo atrakcyjną.

Słowniczek:

FRN  (Finansowy Równoważnik Alkoholowy) – nieformalna, tradycyjna metoda wyceny wartości towarów i usług, wywodząca się prawdopodobnie jeszcze z czasów prehistorycznych. W przeciwieństwie do innych walut, kurs FRN nie jest prosty i proporcjonalny i do próby jego zrozumienia konieczne jest opanowanie matematyki wyższej, w tym liczb urojonych, na co wskazuje redukcja wartości towarów i usług podczas ich przeliczania z PLN na FRN. Przelicznik jest dodatkowo funkcją wielu zmiennych, przez co wartość tego samego dobra wyrażona w FRN za każdym razem może być inna. Te skomplikowane operacje logiczno – matematyczne powodują w konsekwencji zmniejszenie wartości danego dobra, zwykle o około 2/3 w stosunku do wartości sprzed przeliczenia. Dzięki temu zakup danych dóbr w walucie FRN jest wyjątkowo korzystny dla nabywcy; jakie korzyści odnosi z tego sprzedający, nie jest do końca jasne i wyjaśnione będzie być może podczas dalszych badań i eksperymentów.

Prawdopodobnie w skutek pomyłki FRN z frankiem szwajcarskim (CHF), wiele osób w Polsce wzięło kredyty mieszkaniowe właśnie we frankach i dziś twierdzą, że zostali oszukani.

Mocne

Tym sposobem zaprzyjaźniony mechanik wkrótce zaczął po godzinach składać z dwóch padłych silników jeden, który przy odrobinie szczęścia może nawet będzie działał. Brakujące elementy typu chłodnica, pas przedni, atrapa, zderzak – to wszystko zakupiłem na złomie. Pracownicy tegoż przybytku zaczęli mnie już rozpoznawać i mówić mi po imieniu.

Kilka dni później dzwoni lakiernik z zaprzyjaźnionego warsztatu. Mówi że będzie malował samochód na kolor bardzo podobny do mojego Golfa; jak się dorzucę do lakieru i dam mu 1 FRN to pomaluje i mojego złoma. Warunek jest tylko taki, że sam go sobie do malowania przygotuję. Nie ma sprawy, samochód i tak już jest wybebeszony. Chcąc nie chcąc biorę się za reanimację gruchota na poważnie. Całą wolna sobotę spędzam na warsztacie, szykując truchło do lakierowania. Wybebeszona Golfina trafia jeszcze w międzyczasie w ręce blacharza, który klnie jak szewc ale spawa wrak cały dzień. Rozliczamy się w sposób mieszany, PLN plus reszta w FRN. Golf wreszcie ma podłogę.

Z właścicielem warsztatu, prywatnie kolegą jeszcze z piaskownicy, próbujemy ogarnąć skrzynię biegów i zawieszenie. Kolejna wyprawa na szrot z długą listą zakupów. Pracownicy złomowiska kłaniają już mi się niemal w pas. Przy okazji przytulam komplet oryginalnych golfowskich felg, które to właściciel tegoż przybytku odłożył specjalnie dla mnie. Zaczynam się czuć tu jak celebryta. Szkoda tylko, że złomowisko nie przyjmuje płatności w FRN…

Elektryk ogarnął instalację. Przyczyną notorycznego, samoczynnego rozładowywania akumulatora był jakiś dziwny alarm, wpięty na chama, bez ładu i składu. Za pożar odpowiedzialne było ogólne zapuszczenie elektryki. W skrzynce z bezpiecznikami zamiast drutu i starych monet pojawiły się nawet bezpieczniki. No dobrze, było kilka już wcześniej, jednak o takich wartościach, które spokojnie zabezpieczyć mogły halę produkcyjną w fabryce Volkswagena a nie samochód.

Samochód polakierowany, wyszedł nawet ładnie. Może dlatego, że lakiernik wziął zapłatę w FRN z góry i widocznie zdążył ją już przynajmniej częściowo spożytkować. Blacha (w miarę) cała, elektryka nie iskrzy i nie płonie, silnik wstawiony i nawet pracuje całkiem nienajgorzej, skrzynia ogarnięta i biegów nie trzeba już szukać po całej kabinie, tor jazdy bolidu stał się przewidywalny, pas przedni, w przeciwieństwie do starego, był prosty i światła dało się przyzwoicie wyregulować, nawet atrapa chłodnicy ma właściwą liczbę otworów i nie straszy pustymi oczodołami, woda przestała lać się do środka (za wyjątkiem szyberdachu, który przeciekał nadal)… Zameldowały się nawet hamulce z tyłu! Słowem zrobił się z trupa kawałek samochodu.

Tylko zbieżności nadal nie można było wyregulować i nic na to nie można było poradzić. Tak więc jeździłem do pracy a Golf podczas tych podróży zjadał opony. Pomoc nadeszła znów z nieoczekiwanej strony. Za drobną opłatą (2 FRN) wynająłem opony od firmy dysponującej flotą kilkunastu samochodów osobowych. Okazało się bowiem że koła ówczesnych samochodów służbowych miały ten sam rozmiar co mój szrot. W praktyce wyglądało to tak, że to co oni kwalifikowali jako ogumienie zużyte, dostawał Golf do dobicia a ja oddawałem im te, które dojechał do cna. Tym sposobem sztuki się zgadzały i wszyscy byli zadowoleni. Wychodzi na to, że staliśmy się w ten sposób prekursorami wynajmu eksploatacyjnych części samochodowych na długo wcześniej, zanim niektóre firmy ogłosiły to jako absolutną nowość (na przykład wynajem akumulatorów w samochodach elektrycznych).

Dzięki temu miałem możliwość przetestowania opon różnych producentów, w tym również bardzo egzotycznych. Raz trafiły się bardzo dziwne sztuki, jakiejś firmy z nazwą nie do wymówienia. Co zastanawiające, były w świetnym stanie, niemal zupełnie nie zużyte, jeszcze z „włosami”. Założyłem je do Golfa, szczęśliwy że starczą na dłużej. Moja radość trwała krótko. Do pierwszego deszczu. Wówczas to okazało się, że opony te nie trzymają zupełnie na mokrej nawierzchni a ja dowiedziałem się o tym zatrzymując centymetr od samochodu, który zatrzymał się przede mną na czerwonym świetle. Sytuacja wyglądała groźnie do tego stopnia, że ja i kierowca auta poprzedzającego aż wyszliśmy z samochodów aby sprawdzić, czy naprawdę nie było trafienia. Nie było, za to jest odstęp grubości gazety. Okazało się później, że te opony o śmiesznej nazwie to jakiś produkt do krajów gdzie w ogóle nie pada deszcz, dzięki czemu ślizgały się na mokrej nawierzchni jak na mydlinach a trafiły do nas dzięki jakiemuś „biznesmenowi – cebularzowi”, który sprowadził je dlatego, że były bardzo tanie, sprzedał szybko kilka kontenerów po czym ulotnił się z biznesem, zupełnie nie przejmując się, czy coś się komuś stanie czy też nie. Takie to „byli” czasy.

Minęła wiosna, minęło lato. Wczesną jesienią pojawiło się przed domem nowsze auto i nadeszła pora rozstać się z Golfem. Znów ogłoszenie do gazety i znów…

Znów wizyty dziwnych ludzi o alternatywnym sposobie myślenia.

„- Panie, ałto malowane, opuść pan cenę” – zanim w ogóle zaczęliśmy rozmawiać o pieniądzach.

„- Ja to w zasadzie wolałbym Pasata…”  – to jedź pan po Pasata, przecież w ogłoszeniu napisane jest wyraźnie, że to Golf!

Oprócz tego standardowo, handlarze cwaniaczki.

Jesienią na zlocie absolwentów spotykam się z kumplami ze studiów. Siadamy, wspominamy, mówimy co u nas. Wspominam o swoim problemie ze sprzedażą samochodu.

– A czegóż to nie możesz sprzedać? – pyta Krzysiek.

Olśnienie. To przecież jest człowiek który może mi pomóc! Krzysiek jest handlowcem, ma firmę komputerową, zawsze miał smykałkę do interesów. Szybko wyłuszczam mu swój problem.

Krzysiek myśli chwilę.

– Jeździ to jakoś?

– Jeździ. Z naciskiem na słowo „jakoś.”

Krzysiek bierze kartkę papieru, koślawymi literami pisze na niej:

„SPSZEDAM

VOLKSWAGEN GOLF 2 TDI PO REMĄCIE

ROK PRODUKCJI 1986/92

Telefon …..”

– „Sprzedam” i „po remoncie” piszemy inaczej – wtrącam nieśmiało.

-Wiem jak się to pisze! – mówi Krzysiek – To ogłoszenie nie jest dla ciebie ani dla mnie tylko dla klienta! To ma przemawiać do niego w języku jaki on zna i rozumie.

-Krzysiek… – zaczynam znów nieśmiało.

-Co znowu?!

-Ten samochód to zwykły Diesel, żadne TDI…

-Nie ułatwiasz mi zadania, wiesz?

Wyszliśmy na parking żeby pokazać Krzyśkowi moją zmorę. Obejrzał, i stwierdził że nie powinno być problemu. Tylko auto należy doinwestować.

– Jak to doinwestować?

-Normalnie. Jedziemy do Geanta!

W markecie Krzysiek kupuje pokrowce na fotele „Carbon”, dywaniki udające blachę ryftowaną oraz radio marki „Nikaragua” czy coś w ten deseń. Dziewczyna z działu sprzedaży proponuje nam droższy model znanej marki mówiąc, że z tego to na pewno nie będziemy zadowoleni. Krzysiek odpowiada jej, że ważne jest że radio robi „Umcy-umcy” i ma duży wyświetlacz świecący na niebiesko. Reszta jest nieistotna.

Wszystko to montuje szybko na parkingu przed sklepem.

-Co teraz?

-A teraz jedziemy na lody!

Myślałem że Krzychu żartuje. Ale nie. Pojechaliśmy na dwa samochody do C*******. Mojego golfa z kartkami na szybach zaparkowaliśmy w centrum w widocznym miejscu, po czym usiedliśmy w kawiarni i zamówiliśmy lody, cały czas mając samochód na oku. Już po kwadransie zaczęli kręcić się koło niego jacyś ludzie.

-To jeszcze nie ci właściwi – mówi Krzysiek.

Po jakimś czasie podchodzi inny. Ogląda samochód, odchodzi, podchodzi znowu, wyciąga telefon, dzwoni gdzieś, znów odchodzi. Krzysiek przygląda mu się w milczeniu. Za jakiś czas to samo robi jeszcze jeden. Obaj ubrani są po sportowemu.

-Któryś z nich powinien się odezwać – stwierdza Krzysiek, zamawiając kawę.

I rzeczywiście, po chwili dzwoni telefon. Krzysiek odbiera. Krótka rozmowa. Potem kolejna. I jeszcze jedna.

spszedam

Koniec końców, Golf został sprzedany jeszcze tego samego dnia. Krzysiek z nabywcą targowali się tak zawzięcie, że przedwojenni kupcy żydowscy popadliby w kompleksy. Kwota którą uradzili była satysfakcjonująca, chociaż oczywiście nie pokryła kosztów związanych z zakupem i uzdatnieniem samochodu. Krzysiek stwierdził, że to dlatego, że zbyt poważnie podszedłem do kwestii remontu. Czy tam „remątu”. Jak kto woli. Umowa została podpisana na formularzu wydartym z gazety z anonsami, po czym nowy właściciel odjechał Golfem w siną dal.

Więcej już go nie widziałem. Przez kilka nocy budziłem się jednak na każdy klekot diesla przejeżdżającego pod domem w obawie, że to nowy właściciel przyjechał zwrócić mi pojazd. Nic takiego jednak nie nastąpiło.

To co w tej opowieści natomiast nie jest zabawne to fakt, że takie auta wówczas jeździły po naszych drogach i był to niestety standard a nie wyjątek. Alternatywa bowiem nie istniała. Większość zaś pieniądzy które zainkasowałem za Golfa, pochłonęły opłaty za kolejne auto, w tym Kartę Pojazdu, która wówczas kosztowała 500 zł…Takie to były czasy…

Przy piwku albo największy koszmar motoryzacyjny # 1

Mocne

Kilka dni temu wpadł znajomy w odwiedziny. Rozmowa zeszła na tematy motoryzacyjne, jak to u facetów bywa (wiem, nudy). W pewnej chwili kolega zapytał mnie o mój największy koszmar motoryzacyjny. Trochę się wahałem. Mógłbym wspomnieć zwłoki Junaka, którym przejechałem może ze 200 km w ciągu dwóch lat. Albo Jawę, która po wyciągnięciu ze sterty złomu w której zalegała przez ostatnich kilkanaście (???) lat, przejechała o własnych siłach 20 km po czym rozsypała się w drobny mak – swoją drogą muszę to kiedyś opisać. Ale nie. To byłoby za proste. Te pojazdy były wyciągnięte bezpośrednio i własnoręcznie z krzaków (Junak) albo ze złomowiska (Jawa) i fakt że cokolwiek w nich jeszcze działało było cudem i bonusem, czymś ekstra, z czego należało się cieszyć.

Nie. Mój koszmar miał cztery koła (każde inne) i nosił szumną nazwę „Volkswagen Golf II”. Diesel. Ale aby należycie zrozumieć tę wstrząsającą i rzewną niczym „Pieśń o spustoszeniu Podola” historię, należy cofnąć się w czasie do wczesnych lat 90-tych XX wieku.

O przynależności Polski do Unii Europejskiej nikomu się nawet nie śniło (bo i jak) a nawet jeśli ktoś marzył to po cichu, nikomu o tym nawet nie wspominając, żeby nie uznano go za wariata i nie wysłano do Tworek albo innego Świecia na przymusowe leczenie. Kochany rząd (obojętne jaki) łoił swoich rodaków podatkami od sprowadzanych samochodów aż furczało. Zresztą, nie tylko od sprowadzanych. Dzięki odpowiednim manipulacjom stawkami podatków Fiat Cinquecento w salonie był droższy od Poloneza, co tylko potwierdza tezę, że ekonomia zalicza się do nauk humanistycznych a nie matematyczno – przyrodniczych. W takich to warunkach rodacy sprowadzali do kraju z tej Unii wszelki złom samochodowy jaki tylko udało się znaleźć na tamtejszych śmietnikach, „uzdatniając” go w kraju przy pomocy metod od których włosy stają dęba na głowie.

Ładnych parę lat później pożyczyłem człowiekowi z wąsami i w czapce z żółwia pewną, całkiem dużą wówczas, sumę pieniędzy. Trochę pochopnie, bo dopiero po niewczasie zorientowałem się, że odzyskanie tych pieniędzy może okazać się w praktyce trudniejsze niż odnalezienie bursztynowej komnaty i złotego pociągu razem, jednego dnia… I gdy już pogodziłem się ze świadomością, że gotówki mogę więcej nie ujrzeć, nieoczekiwanie zadzwonił dłużnik.

– Słuchaj, nie mam pieniędzy.

– A to mnie zaskoczyłeś…

– Pieniędzy nie mam ale mam za to samochód. Golfa. W „dizlu”. Dam ci go w rozliczeniu.

– No nie wiem…

– Niezawodny „Folkswagen w dizlu”, rozumiesz, tania i ekonomiczna jazda, rozumiesz…

Rozumiałem, chociaż nie do końca – czemu nie sprzeda samochodu i nie odda mi gotówki? Chociaż z drugiej strony pojazd, którym wówczas się poruszałem (nie powiem: „samochód”), czyli PF 126P, był w moim mniemaniu na wykończeniu i wydawało mi się, że koniecznie potrzebuję innego wozu. O naiwności…

– Jeździ toto chociaż?

– Jak to jeździ? A co ma nie jeździć?! Toż to GOLF! – zaperzył się mój rozmówca – i to jak jeździ! Do tego pali „czy” litry ropy, rozumiesz? „Czy” litry!

Jakoś nie chciało mi się wierzyć w te „czy” litry ropy, chociaż z drugiej strony nie miałem podstaw by tezę ową podważyć – bo w końcu nie powiedział na jakim to dystansie pali te „czy” litry. I czy te „czy” znaczy to samo co „trzy”. Czyli że kłamstwa nie mogę mu zarzucić. Niechby nawet palił i 6 litrów oleju napędowego na 100 km – to będzie i tak dużo taniej niż mój obecny wehikuł, były to bowiem czasy kiedy olej napędowy był dużo tańszy od benzyny. Na samą myśl o taaaakich oszczędnościach mój wewnętrzny, nieuświadomiony do tej pory wąsaty Janusz uśmiechnął się szeroko i szczerbato. Bo chyba każdy z nas nosi w sobie, gdzieś w tyle głowy, za najgłębszymi zwojami najprymitywniejszej ewolucyjnie części mózgu wąsatego Janusza, który właśnie w takich momentach wypełza na światło dzienne i kradnie nam rozsądek, chowając go do jednej z miliona kieszeni swej zapoconej wędkarskiej kamizelki, bez szans na rychłe odnalezienie.

Tak też się stało. Umówionego dnia dłużnik przyszedł do biura w którym wówczas pracowałem, z wypełnioną już umową. Podpisaliśmy, zostawił klucze i dokumenty na biurku sekretarki, pokazał przez okno gdzie zaparkował wóz i zniknął bez słowa. Nigdy więcej już go zresztą nie spotkałem.

W ten oto sposób stałem się (nieco mimowolnym) posiadaczem legendarnego samochodu. Owocem wielkiej miłości włoskich designerów i niemieckich inżynierów. Ten związek był jednak trójkątem, czego jednak w tamtym momencie nie wiedziałem. Tym trzecim tajemniczym kochankiem była „polska kultura i myśl techniczna” a ja jeszcze nie miałem świadomości, jak zaważy ona na całym związku.

Mocne

Być może do myślenia powinien mi dać pęk pięciu kluczyków do auta (PIĘĆ SZTUK), spiętych razem zardzewiałym kółkiem do breloka wielkości i ciężaru małego kowadła. Albo wyświechtany dowód rejestracyjny z pieczątką stacji diagnostycznej z najgorszego zad***a, mimo iż właściciel mieszkał w centrum jednego z największych miast w Polsce.

Późnym popołudniem postanowiłem pojechać swoim „nowym nabytkiem” do domu. Pierwsze wkurzenie (żeby nie użyć dosadniejszego słowa) – szukanie klucza pasującego do drzwi. Nie dość że każdy zamek w tym wehikule ma swój własny kluczyk (przednie drzwi lewe, przednie drzwi prawe, stacyjka, bagażnik i wlew paliwa), nie dość że są one identyczne, to jeszcze wkładki są tak powycierane że klucz należy włożyć pod odpowiednim kątem żeby móc otworzyć drzwi. Klnąc na czym świat stoi mocowałem się dobre 10 minut na parkingu przed firmą z zakichanym zamkiem w drzwiach, potem kolejne 10 ze stacyjką. Wewnętrzny Janusz schował się gdzieś ze strachu i nie wypełzł z kryjówki do dziś.

Rozejrzałem się po wnętrzu. Deska rozdzielcza wesoła niczym życie w radzieckim łagrze, wypierdziane do drutów fotele w kolorze rozwolnienia, arrasy na podsufitce, dziura po radiu ze zwisającymi smętnie kablami…

Próba odpalenia gruza dostarczyła przeżyć nieporównywalnych z niczym innym. Przekręcenie właściwego kluczyka w stacyjce spowodowało ogólny łomot w komorze silnika, pod podłogą, w bagażniku, deska rozdzielcza o mało co nie odpadła… Nie ma powodów do paniki, to tylko wybite do cna poduszki mocujące układ napędowy do resztek nadwozia plus zamocowany na sztywno wydech dają takie wibracje i odgłosy. Maszyna w końcu odpaliła, wyrzucając z siebie chmurę czarnego dymu, sadzy i popiołu jak z małego wulkanu, czyniąc zapewne podobne spustoszenie w środowisku oraz zmiany klimatyczne. Klekot silnika zagłusza myśli, deska rozdzielcza i resztki wyposażenia (nie ma tego wiele) od wibracji latają po całej kabinie, obraz przed oczami zaczyna się rozmywać, czuję że za chwilę pękną mi bębenki w uszach, dym z nieszczelnego układu wydechowego dostaje się do środka… Opuścić pokład, ratuj się kto może!

Auto jednak się nie rozpada. Wobec tego jedziemy. Nie tak szybko. Najpierw należy znaleźć bieg. A nie jest to proste. Mechanizm ma bowiem takie luzy, że jedynka odnajduje się niemalże w komorze silnika. Samochód w ogóle zresztą jest totalnie wyluzowany. Przy wyjeździe z parkingu zaskoczyłem się, jak lekko chodzi w nim kierownica. „Ki diabeł, ma toto wspomaganie?” To jednak nie było wspomaganie; kierownica chodziła ciężko niczym w Starze 25, a ta „lekkość” to tylko luzy na przekładni kierowniczej, wynoszące mniej więcej ¾ obrotu.

Pierwsze hamowanie przy wyjeździe na drogę główną uświadamia mi, że układ hamulcowy jest zapowietrzony do ostateczności a szczęki i okładziny prawie nie istnieją – za wyjątkiem przedniego prawego koła, gdyż to wokół niego wrak próbował wykonać piruet. Ruszam dalej, resztki sprzęgła wpadają w wibracje, samochód trzęsie się jakby miał się rozpaść, wydając z siebie potępieńcze jęki; koścista pani w ciemnym habicie z kosą, siedząca obok na prawym fotelu, zapina nerwowo pasy bezpieczeństwa. Nadaremnie; klamra nie trzyma i pas sam się rozpina – ale nie zwija.

Zawieszenie nie trzyma zbieżności w ogóle. Razem z całkowicie wybitymi amortyzatorami oraz luzami zawieszenia których suma równa się w przybliżeniu odległości stąd do centrum Radomia, skutkuje to całkowicie losowym torem jazdy wehikułu. Przekonuję się o tym na jednym z rond, na którym mam skręcić w lewo. Zaczynam powoli z lewego pasa… Pech chciał, że na łuku trzeba przejechać przez tory tramwajowe… Samochód podskakuje na nich tak, że mimo moich rozpaczliwych prób utrzymania toru jazdy kończę skręt na skrajnym prawym pasie (przy wściekłym akompaniamencie klaksonów i epitetów innych uczestników ruchu drogowego). Auto dosłownie przeleciało przez dwa pasy ruchu. Śmierć prosi, wręcz błaga, by wysadzić ją na najbliższym przystanku; dalej pojedzie sobie spokojnie tramwajem. Kilka nierówności na drodze wylotowej z miasta i znów samochód skacze jak piłka po całej szerokości jezdni… Jak on tym jeździł???

Jakimś cudem wyjeżdżam za miasto. Zauważam że prędkościomierz działa tu zupełnie inaczej niż w znanych mi do tej pory pojazdach. Otóż nie wskazuje on konkretnej ani nawet przybliżonej wartości w kilometrach czy milach na godzinę. Ten egzemplarz pokazuje przedział, w którym mieści się dana wartość prędkości. W tym przypadku przedział (otwarty) zawiera się gdzieś w granicach 20 – 80 km/h, wskazówka szybkościomierza skacze bowiem jak porąbana pomiędzy tymi wartościami. Niezależnie od prędkości.

Zapada zmrok, pora zatem włączyć światła. W tym miejscu czuję się w obowiązku dać pewne małe wyjaśnienie dla młodszych czytelników: otóż w zamierzchłych czasach świateł używało się inaczej niż dziś. Włączało się je kiedy zapadał zmrok i wyłączało w dzień. Prawda że zupełnie bez sensu? No więc zgodnie z ówczesną modą włączam światła; wyłącznik znajduje się we właściwym sobie miejscu, nawet chyba jest oryginalny, co jest pierwszym pozytywnym zaskoczeniem podczas tej podróży. Przekręcam pstryczek… i nic. Deska rozdzielcza pozostaje ciemna jak umysł religijnego fanatyka. Ale światła działają, o czym nie omieszkają się informować mnie kierowcy nadjeżdżający z przeciwnego kierunku, błyskając wściekle światłami drogowymi, trąbiąc i klnąc.

Pora wjechać na drogę ekspresową. Tak, byłem szczęściarzem i miałem wówczas do dyspozycji takową, chyba nawet całe 24 km. Jedną z bodajże dwóch na całą Polskę. Wjeżdżam na pas włączania, redukcja biegu (znalazł się nawet szybko, bo już za trzecim razem), pedał w podłogę i ogień… Ogień? Jaki ogień? Poza jeszcze większym natężeniem hałasu (możliwe to?) nie dzieje się nic. Diesel bez turbo przyspiesza jak tankowiec; tektonika płyt kontynentalnych jest przy tych przyspieszeniach okamgnieniem. Za samochodem chmura dymu jak z Wezuwiusza a ten kloc nie może nabrać prędkości. Mam wrażenie że z większą prędkością wędruje rdza po jego karoserii (to zresztą okazało się prawdą). Jakoś wczłapaliśmy się na tą ekspresówkę. Potem zjazd na drogę lokalną i silnik gaśnie. Na amen. Zero reakcji. Nic. Światła też szlag trafił. Noc w lesie. Nie ma prądu. Przy zapalniczce grzebię przy instalacji elektrycznej, może prąd wróci. Wrócił. Ale akumulator zdążył się rozładować na tyle, że nie ma szans na zakręcenie rozrusznikiem. Pozostaje palenie diesla na pych. Diesla! I to szybko, póki złom jeszcze ciepły. Próba pierwsza, piąta a także siódma nieudane. Potykam się o własny język, płuca na wierzchu, w ustach Sahara. Ostatnia próba, na więcej nie mam sił. Trup zaskakuje. Piłuję złoma ile wlezie. Już go nienawidzę. O dziwo samochód dojeżdża bez przeszkód pod dom. Na wszelki wypadek parkuję go na wzniesieniu. Strzeżonego… wiadomo.

Następnego dnia rano robię przegląd „nabytku”, po którym dochodzę do wniosku że chyba lepiej było stracić te pieniądze niż zostać obdarowanym tym Golfem. Auto z zewnątrz pomalowane było na kolor bordowy, mocno zbliżony do minii. Prawdopodobnie wałkiem. Ale tylko z zewnątrz. Wewnątrz nikt się nie silił nawet na zachowanie pozorów, dzięki czemu drzwi zachowały swój oryginalny kolor – każde inny. Po części wyjaśniało to obecność aż pięciu kluczyków. Zamek w prawych drzwiach nie działał zupełnie, zamiast oryginalnego zamknięcia zbiornika paliwa był plastikowy korek od jakiejś beczki… Tym sposobem zredukowałem liczbę kluczyków do trzech, znakując je podkradzionymi dziewczynie lakierami do paznokci. Jedna rzecz opanowana. Rozpiera mnie duma. Ale to dopiero początek.

Instalacja elektryczna przedstawiała obraz nędzy i rozpaczy. Na zaizolowanie porwanych i poskręcanych chamsko przewodów ktoś zużył całe kilometry plastra i starej szmacianej taśmy izolacyjnej – tak, tej co się sama rozkleja, produkując zwarcia i przebicia oraz gustowne firanki z postrzępionych końcówek… To tak od strony estetycznej. Stacyjka za to była podłączona – tu zdziwienie – na kostkę, piękną, białą, gustowną, porcelanową… wprost z babcinego żyrandola. Dżizus Krajzler… Pod silnikiem oczywiście przepiękne, czarne jezioro z oczkami jak w rosole, takie z metr na metr. Na te oczka nie zwróciłem wówczas uwagi i to był błąd. Ze skrzyni za to nie ciekło – bo już nie miało co cieknąć. Po prostu nie było oleju. Uszedł całkiem przez mgliste wspomnienie po uszczelniaczach.

Uzupełniłem olej i w drogę, do roboty. Pech (a może i szczęście) chciał, że trafiłem na jakiś kondukt czy inną pielgrzymkę. Niby nic ale spod maski poszły nagle kłęby pary. Zatrzymałem trupa na poboczu i myślę, co teraz? Wskaźnik temperatury pokazuje normę; później okazało się że zawsze pokazuje normę bo jest uszkodzony i wskazówka nie może się dalej wychylić. A powinna. Wentylator na chłodnicy nie działa. Silniczek wentylatora zatarty na amen. Obrócić łopatkami można by było chyba razem z chłodnicą, która jest pogięta i połatana artystycznie we wszystkich możliwych miejscach. W związku z tym ktoś „naprawił” usterkę i wybebeszył termostat, który teraz był zawsze w pozycji „otwarty”, dzięki czemu ogrzewania też nie było. Zresztą, nagrzewnica była odłączona od układu bo ciekła, do czego doszedłem po pewnym czasie. Silnik okazał się być ugotowany na twardo już wcześniej i planowanie głowicy nic by nie pomogło, bowiem pękł także blok… Shit happens…

Za to szyberdach działał. Dawał się nawet uchylić, co poprawiło mi humor. Przynajmniej do pierwszego deszczu, podczas którego sprawił mi prawdziwy prysznic. Druga wezbrana rzeka polała się z podszybia, trzecia przez bagażnik. To tłumaczyło poniekąd niemal zupełny zanik podłogi oraz ogólną sztywność nadwozia na poziomie kartki papieru, objawiającej się na przykład niemożnością zamknięcia klapy bagażnika w sytuacji, gdy auto nie stało na równym podłożu.

Czując się przygniecionym, wręcz zmiażdżonym taką masą usterek w jednym samochodzie (to oczywiście nie było wszystko), postanowiłem złoma sprzedać. Mając jednak na uwadze jego prowadzenie się – a może lepiej powiedzieć: brak prowadzenia, lojalnie nadmieniłem że auto jest uszkodzone chociaż (jeszcze) jeździ i nadaje się tylko na dawcę części (ciekawe jakich?), ewentualnie do kapitalnego remontu – to opcja adresowana do odważnych i wytrwałych. Albo pozbawionych instynktu samozachowawczego.

ogloszenia

Dałem ogłoszenie do lokalnej gazety z ogłoszeniami („olx”, „tablica” ani nawet „alledrogo” jeszcze wówczas nie istniały; to informacja dla najmłodszych). Jak można było się spodziewać, rozdzwonił się telefon. Ale zamiast normalnych kupców zwaliły mi się na głowę tabuny cwaniaczków – handlarzy, którzy zlecieli się jak muchy mięsne do padliny – jakże trafne porównanie.

– Chłopak, daje „stopindzisiont” i biere, pisz „umowe”, nie mam czasu!

– „Stoosiemdzisiont”, ostatnie słowo, albo jadę do domu.

To jedź. Złoma oczywiście nie sprzedałem. Uznałem że trzeba podejść do tematu inaczej, tym bardziej że w międzyczasie zmieniła się sytuacja.

Ale o tym przy kolejnym piwku.

CDN

Pocztówka z podróży # 2

DSC_3645

Dziś mamy pierwszy maja, Święto Pracy i dlatego właśnie w ten dzień nie pracujemy. 😉 Logiczne. A skoro o pracy mowa – dużo sił i środków pochłonęłaby zapewne próba przywrócenia do ruchu tej oto przypadkowo napotkanej Hondy, której stan wskazuje że integruje się ze środowiskiem już całkiem długo…

DSC_3645

Jak widać, całkiem skutecznie gnić można nie tylko samochody.

Garażowe akrobacje i posylwestrowy kac

dsci8706

Właśnie dotarło do mnie, że sezon motocyklowy dobiegł zdecydowanie do końca i raczej nic nie wskazuje na rychłe rozpoczęcie aktywności w tym temacie. Z jednej strony trochę późno, z drugiej zaś dopiero teraz aura zrobiła się naprawdę niesprzyjająca do jazdy pojazdami pozbawionymi karoserii. Niby jest jeszcze sucho chociaż zimno, jednak dopiero białe od soli jezdnie skutecznie mnie zniechęciły. Postanowiłem wobec tego przygotować maszyny do zimowego snu.

Niby wszystko z grubsza robione jest na bieżąco, w zasadzie pozostaje tylko wyciągnięcie akumulatorów z motocykli. Nosiłem się z tym zamiarem już dość długo, jednak jak to zwykle w tygodniu bywa – brakuje czasu. Garaż na chwilę obecną znajduje się daleko od domu, więc każdy wypad oznacza specjalną wycieczkę przy pogodzie akurat niespecjalnie zachęcającej do spacerów. Koniec końców, pod pretekstem spaceru z psem, wybrałem się na grzebanie przy motocyklach w niedzielę.

Jak można było się spodziewać już pierwszy z akumulatorów posiadał poziom elektrolitu na minimum. Nic dziwnego po sezonie. Jednak próba uzupełnienia go wodą destylowaną napotkała na dość niespodziewany problem. Woda bowiem zamarzła na kamień. Niby nic dziwnego ale jeszcze przedwczoraj miałem tą butelkę w ręku i jej zawartość była jak najbardziej płynna a dziś…

dsci8708

Gdybym miał jeszcze kilka takich flaszek to można by było pomyśleć o budowie iglo. Kiedy sobie przypomnę, że kiedyś miałem ogrzewany garaż.

W tak niesprzyjających okolicznościach przyrody zrezygnowałem już całkowicie z wyjmowania drugiej baterii i uznawszy się za pokonanego przez bezlitosną aurę wycofałem się na z góry upatrzoną pozycję.

dsci7911

Z rozrzewnieniem wspominając dni, kiedy to narzekało się na upały, dokonałem jeszcze jednego spostrzeżenia. Otóż od kilkunastu lat robię w sezonie bardzo podobne przebiegi. Plus/minus rokrocznie są do siebie mocno zbliżone, mimo iż każdym kolejnym rozpoczęciu sezonu obiecuję sobie sam, że „w tym roku wykorzystam sezon maksymalnie”. Niby przygody nie mierzy się w kilometrach, jednak świadomość że kiedyś jeździło się dużo więcej jest nieco dołująca.

dsc_8239

Chociaż z drugiej strony może to oznaczać, że najlepszy sezon jest ciągle przede mną.

Szczęśliwości, spokojności

dsci8629

Czy to na Szczodre Gody, Boże Narodzenie czy też prozaicznie: na te wolne aczkolwiek szczególne dni pozwolę sobie życzyć wszystkim spokoju, szczęścia, odpoczynku w miłym gronie, oraz ekscytujących i szalonych planów na przyszły sezon. Niech nas nic nie rozprasza i nie zawraca z drogi. Oby kolejny rok był lepszy i życzliwszy dla naszych planów i marzeń.

dsci8637

Z najlepszymi życzeniami.

HS

PS. Ależ poważnie mi się napisało 😉

Niebieski albo prosta historia

pismo

Motocykl był niebieski. Albo raczej błękitny. Jak każdy normalny facet, Marcin rozróżniał tylko trzy kolory: zaje***y, ped**ski i ch** a dobór malowania maszyny leżał w jego pojęciu gdzieś w okolicach dwóch ostatnich kategorii. Kumple z pracy twierdzili, że lakier najbardziej przypomina kolor spranych majtek i to było chyba najwłaściwsze porównanie. Przez moment Marcin nosił się nawet z zamiarem przemalowania motocykla, jednak po dłuższym namyśle stwierdził że nie ma to najmniejszego sensu. Maszyna była niewielka, garbata a do tego miała dziwne proporcje. Przez nadanie jej „nowoczesnej” linii producent usiłował ukryć mizerię techniczną swojego produktu. Z równie mizernym skutkiem. Filigranowa i do tego wiotka rama pojazdu była w zasadzie tylko wieszakiem na silnik i koła. Najbardziej jednak drażniącym elementem była rura wydechowa tego wynalazku. Wyglądało to tak, jakby konstruktorzy wehikułu przypomnieli sobie o niej w ostatnim momencie i doczepili ją na szybkiego – bez ładu, składu i porządku. Pal sześć że pasowała do reszty jak pięść do oka. Gorszą sprawą było to, że łatwo było się o nią poparzyć, czego Marcin zdążył już niestety kilka razy doświadczyć.

Marcin stał się właścicielem swojego „brzydala” trochę przypadkiem. Myślał o całkiem innym motocyklu, jednak marzenie pozostawało wówczas  całkowicie poza jego zasięgiem finansowym. Znajomy akurat sprzedawał swój motocykl a że Marcin miał zasób gotówki satysfakcjonujący kolegę, uległ wkrótce jego namowom i stał się posiadaczem garbatego jednośladu o kolorze spranych gaci. W sumie nawet dość szczęśliwym, bowiem maszyna od strony technicznej była bez zarzutu. Nie przyznałby się nikomu ale nawet zdołał polubić ten pojazd i po jakimś czasie zamiast „brzydalem” zaczął nazywać go „niebieskim”, nie przyjmując do wiadomości uwag koleżanek z pracy, że z kolorem niebieskim nie ma on nic wspólnego.

Tak właśnie Marcin go zapamiętał.

Marcin z kaskiem w ręku zbiegł po schodach kamienicy. Przechodząc przez długi korytarz na parterze zajrzał do skrzynki pocztowej. Rachunek, ubezpieczenie, znów rachunek…

– Całe szczęście, jeszcze ktoś o mnie pamięta – mruknął z przekąsem.

Poranek był chłodny i mglisty. Według kalendarza był jeszcze środek jesieni ale czuć było już oddech nadciągającej szybkimi krokami zimy.

Marcin wytoczył motocykl z garażu. Otworzył dopływ benzyny, włączył ssanie, zapłon i nacisnął starter. Silnik zaskoczył, pomrukując gniewnie na wzbogaconej mieszance. Marcin założył kask i zamknął garaż. Usiadł na siodełku i założył rękawice. Wyłączył ssanie i silnik się uspokoił. Szczęknął pierwszy bieg – Marcin poczuł nagły, krótkotrwały ucisk na żołądku, jakby nagle, na moment odzywały się w nim jakieś podświadome lęki, obawy. Przychodziły one zawsze z chwilą wyjazdu. Wszystko to trwało jednak zaledwie sekundę czy dwie i mijało natychmiast jak ręką odjął gdy tylko motocykl ruszał.

Centrum miasta pozostawało w tyle. Zaczęły się przedmieścia. Ruch na ulicach był spory, ludzie jechali do pracy. Poranna nerwówka udzielała się wszystkim i Marcin całą siłą swej woli próbował się jej nie poddać, sprawnie ale rozważnie lawirując pomiędzy samochodami.

Marcin jeździł ostrożnie. Czasy szaleństwa minęły mu już dawno i znajomi śmieli się, że na temat bezpiecznej jazdy mógłby pisać poradniki. Właściwy odstęp, unikanie potencjalnie niebezpiecznych sytuacji, ograniczone zaufanie do innych uczestników ruchu drogowego… To wszystko znał na pamięć i stosował. Sam twierdził, nie bezpodstawnie zresztą, że 80% wypadków jest przewidywalnych i można by było ich uniknąć, gdyby tylko zachować ostrożność.

Do pracy pozostało mu już tylko kilka kilometrów. Marcin zwalnia, wjeżdżając na skrzyżowanie równorzędne. Nie lubił go nigdy, uważając że przez swoją wielkość i dołożenie kilku wysepek oraz masy znaków drogowych zostało ono niepotrzebnie udziwnione i przekombinowane. Sprawę jeszcze komplikowało przechodzące przez jego środek torowisko tramwajowe. Sam nie miał z nim problemu, jednak wiedział z doświadczenia, że przyjezdni kierowcy mogą się w tej łamigłówce nie połapać. Marcin jedzie powoli, przepuszczając tramwaj. Prawą stronę ma wolną więc zaczyna przyspieszać.

Nagle, zza tramwaju, wpada na skrzyżowanie w wielkim pędzie białe kombi. Marcin wciska dźwignie hamulców do oporu widząc, że na jakikolwiek manewr nie ma już żadnych szans. Opony piszczą rozpaczliwie. Samochód nawet nie próbuje hamować.

Okolicą wstrząsa głuchy huk, docierający do świadomości Marcina jako bardzo stłumiony, daleki odgłos. Motocykl uderza w prawy bok rozpędzonego samochodu na wysokości błotnika i drzwi przednich. Rama pęka, motor garbi się jeszcze bardziej, wyrzucając jeźdźca w powietrze. Świat na krótką chwilę, która wydaje się Marcinowi wiecznością, zaczyna wirować w szalonym tańcu. Na koniec tępe uderzenie w powierzchnię planety. Marcin pada na twarz i brzuch na trawnik niedaleko torowiska. Szeroko rozstawione w mimowolnym odruchu ręce nie są w stanie złagodzić siły uderzenia. Szyba kasku pęka i odpryskuje gdzieś na bok, wpuszczając do środka mieszaninę piachu, trawy, liści i kamieni.

Uderzenie o ziemię pozbawiło Marcina całkowicie tchu. Usta ma pełne ziemi. I czegoś jeszcze. Czegoś mokrego, lepkiego. Pierwszy oddech, w klatce piersiowej czuje kłucie. Nie może oddychać przez nos, coś go zalewa od środka. Lepki, gorący płyn zapełnia także usta.

Ktoś podbiega, odwraca Marcina na lewy bok.

– Ostrożnie – prosi w myślach Marcin.

Próbuje otworzyć oczy ale nie może. Coś leje mu się po twarzy, zalewa komorę nosa, wypełnia usta. Marcin słyszy jak rośnie wokół niego zbiegowisko. Nagle jego ciało zaczyna ogarniać przejmujący chłód, ma już tylko chęć skulić się w sobie. I zasnąć. Czy to już? Tak po prostu? To wszystko?

Ktoś mówi do niego, ale Marcin nie jest w stanie zrozumieć słów. Docierają do niego jak przez mgłę. Słyszy przeraźliwy, histeryczny krzyk jakiejś kobiety. Nagle wszystko odpływa gdzieś w dal i Marcin zapada w ciemność.

***

Marcin z trudem otwiera oczy. Z przerażeniem stwierdza, że widzi ciemność. Po chwili się uspokaja. Leży w łóżku. Do pomieszczenia w którym się znajduje wpada przez niedomknięte drzwi strużka światła z korytarza. Przy każdym oddechu boli klatka piersiowa. Próbuje poruszyć kończynami. Lewa ręka i lewa noga są usztywnione. Dodatkowo ma założoną kroplówkę. Całe ciało ma obolałe jakby przejechał po nim samochód. Samochód! Powoli zaczyna kojarzyć fakty.

– A więc jestem w szpitalu. Miałem wypadek. Miałem wypadek!

To odkrycie zaczyna go cieszyć. Przypomniał sobie kolegę, który po podobnym zdarzeniu stracił pamięć krótkotrwałą i ciągle zapominał gdzie się znajduje. Biedak musiał pisać sobie na kartkach albo w wysyłanych do siebie SMS-ach co mu się przytrafiło i dlaczego jest w szpitalu. Po jakimś czasie na szczęście mu to przeszło i sytuacja wróciła do normy. Marcin cieszył się, że nie musi przez to przechodzić.

Zdrową ręką zaczyna sprawdzać całe ciało. Z przerażeniem odkrywa, że zabandażowane ma niemal pół twarzy.

– Aż tak źle jest ze mną?

Sytuacja wyjaśnia się rano. Oprócz pękniętych żeber, nadgarstka i kostki ma zgruchotaną przegrodę nosa oraz odpryski kości w zatokach, oraz dodatkowo uszkodzoną żuchwę. Ordynator nalega na operację. Marcin bez wahania podpisuje zgodę.

Dzień przed operacją zaczynają nachodzić go wątpliwości. Z ulotki dołączonej do zgody na zabieg doczytał, że mogą zdarzyć się sytuacje „nieprzewidziane…” Strach umiejętnie podsycają inni pacjenci opowiadający o różnych błędach lekarskich. Marcin postanawia trzymać się dzielnie i nie dać plotkom, jednak w głębi duszy ziarno niepokoju zostaje zasiane. Gdyby nie leki i potworne wymęczenie organizmu, pewnie by nie zasnął.

003

Rano dwie pielęgniarki przygotowują go do operacji. W końcu zostaje w samych slipach, strach próbuje zamaskować dowcipem gdy jedna z pielęgniarek podaje mu tabletkę. Lekarstwo ma kolor niebieski.

– Czy to Viagra? – pyta Marcin – w takim razie poproszę o damski personel na sali operacyjnej.

Pielęgniarki śmieją się. Marcin dowcipkuje ale wcale nie jest mu do śmiechu. Chciałby żeby to wszystko już w końcu minęło. Przygląda się pracy pielęgniarek, które myją go przed zabiegiem. Sam wykąpać się nie będzie mógł jeszcze przez długi czas. Teraz widzi jak niewdzięczną mają pracę.

Wreszcie jest gotów do operacji. Pielęgniarki pchają wózek przez długi labirynt korytarzy ogromnego szpitala; Marcin widzi tylko sufit i od czasu do czasu pochylone nad sobą z ciekawością twarze pacjentów i odwiedzających.

– Pewnie zastanawiają się, czy jeszcze żyję – przemknęło mu przez myśl.

Windą zjeżdżają aż do piwnic szpitala. To tu mieszczą się sale operacyjne. Marcinowi zaczyna robić się zimno. Nie wie czy to ze strachu czy też w metalowym pudle windy było rzeczywiście tak chłodno.

Sala operacyjna wita go zwiędłą zielenią. Pielęgniarki które dowiozły tu Marcina wybuchają krótkim śmiechem na wspomnienie niedawnej rozmowy o „Viagrze” oraz widok trzech kobiet – lekarek w zielonkawych kitlach i maseczkach na twarzach, które najwyraźniej będą przeprowadzały zabieg. Marcin jest wdzięczny pielęgniarkom za rozładowanie atmosfery; jego obawy maleją. Lekarki za to patrzą po sobie zdumione, nic nie rozumiejąc.

– Wszystko wyjaśnię. Ale chyba jednak później – mówi Marcin.

– Dobrze – zgodziła się łaskawie anestezjolog, zakładając Marcinowi maskę – a teraz proszę się odprężyć i głęboko oddychać. Dokąd chce pan pojechać?

Marcin chciał coś odpowiedzieć ale nie zdążył. Jego płuca wypełnił gaz i zapadł w mrok i chłód.

001

Jak długo był nieprzytomny? Godzinę, dzień? Nie miał pojęcia. Z trudem otworzył oczy. Znów otaczała go ciemność. I ponownie wąska struga światła z korytarza wpadała do pokoju przez wpółotwarte drzwi.

– Czy na tej planecie panuje już tylko noc?

Dotknął ręką twarzy i zdziwił się po raz kolejny. Była to teraz jedna wielka, zabandażowana opuchlizna.

– Zapewne sam bym siebie teraz nie poznał – pomyślał.

Kolejne odkrycie. Nie może oddychać przez nos. Jest zatkany na amen przez opatrunki.

– Może to i dobrze; przynajmniej nie będę chrapał – pociesza się.

Marcin próbuje się poprawić na łóżku. Zdrową ręką złapał się barierki chcąc podciągnąć się wyżej. Żaden wysiłek. Jednak nawet to wystarcza. Marcin z przerażeniem czuje, jak coś ciepłego znów zalewa mu zatoki, nos, przelewa się do ust. Krew. Jest jej już dużo i ciągle napływa coraz więcej. Ma jej już pełne usta i nie może oddychać! Zupełnie nie wie co ma robić! Nie może znaleźć przycisku alarmowego przy łóżku, jest w zupełnie innym pokoju. Zawołać z ustami pełnymi krwi też nie może. Najgorsze że zaczyna się dusić!

– Mój borze tucholski, utopię się we własnej krwi!

Nie mając żadnego innego pomysłu zaczyna połykać krew. Jednak do ust ciągle napływają świeże jej porcje. Jednak między jednym a drugim potopem ma czas aby złapać oddech. Wreszcie krwotok ustaje. Marcin nigdy w życiu nie podejrzewałby, że można stracić aż tyle krwi i przeżyć. Wykończony walką o przeżycie i utratą krwi zapada w sen.

Nie na długo jednak. Budzi go straszliwy skurcz w żołądku. Napełniony potężną dawką krwi układ pokarmowy kapituluje i wywiesza białą flagę. Na sali nadal panuje mrok – a więc ciągle jest noc. Marcin próbuje powstrzymać wymioty, jednak bezskutecznie. Odruch organizmu jest silniejszy od siły woli. Przez zaciśnięte usta bryzga na pościel fala nadtrawionej krwi, potem druga i kolejna…

Ktoś krzyczy, Marcin nie wie kto. Nagle w sali zapala się światło i wpada pielęgniarka z miską w ręku.

– Zwykła micha. Tego mi było trzeba – myśli Marcin.

Najgorsze że od wysiłku znów otwiera się rana pooperacyjna i strumienie świeżej krwi zaczynają mieszać się ze starymi… Marcin czuje, jak wypływa z niego życie. W końcu wycieńczony zapada w ciężki sen.

***

Budzi się dopiero po południu. Teraz ma okazję ocenić straty. Pościel w połowie jest zachlapana krwią, która zdążyła już przybrać rudobrązowy kolor.

– Jak w rzeźni – przeszło mu przez myśl.

Miska też była w 1/3 pełna starej krwi. Marcin nie mógł się nadziwić że można stracić tyle krwi i wciąż żyć. O odpowiednie nawodnienie organizmu pielęgniarki jednak zadbały. Marcin ze zdumieniem spostrzegł, że nad jego łóżkiem wiszą aż trzy kroplówki a w lewą rękę rzeczywiście ma wbite aż trzy wenflony.

– Jedna flaszka to zapewne glukoza, druga roztwór soli. Trzecia – nie mam pojęcia co to może być.

004

Nie dane było jednak Marcinowi nad tym się dłużej zastanawiać. Ruch dostrzegł bowiem sąsiad z łóżka obok. Średniego wzrostu facet, średniej tuszy, w średnim wieku ze średniej wielkości łysiną i średniej wielkości wąsami – gość ogólnie cały był średni.

– Aleś kolego narobił tu bałaganu w nocy! Cześć! Andrzej jestem – tubalnym głosem przedstawił się Andrzej.

– Ma… Ma… rcin… – Marcinowi słowa nie chciały przejść przez gardło.

– Coś nieśmiały ten nasz koleżka – huknął pan Andrzej w kierunku nadchodzącej pielęgniarki, która widać czekała aż Marcin się obudzi aby wymienić skrwawioną pościel – a co on, na meczu był czy w knajpie że taki obity? Z kim się pobiłeś? – ostatnie zdanie rzucił w kierunku Marcina.

– Z nikim – wyręczyła go pielęgniarka – wypadek komunikacyjny.

– Wypadek? – zagrzmiał pan Andrzej – na pewno jakimś g….m na „ef” jechałeś, co kolego? Jakbyś kupił sobie porządne auto to byś tak nie wyglądał. Ja to przyjacielu uważam tylko auta marki xxxx – snuł dalej swój wywód pan Andrzej.

Marcin poczuł że od nadmiaru decybeli i głupot zaczyna boleć go głowa. Nie wiedział jednak jak przerwać ten słowotok.

– Zawsze mówiłem że „FIAT gówno wart a Ford jego brat”… – ciągnął niestrudzenie swój wywód pan Andrzej.

– Nie… rymuje… się… nawet – wykrztusił z wysiłkiem Marcin

– Nie? – zdziwił się pan Andrzej – ale to samiusieńka prawda.

Cel został jednak osiągnięty. Pan Andrzej, zbity z tropu, skończył swój wywód, zastanawiając się najwyraźniej w którym miejscu pogubił rymy. Marcin zaś, korzystając z chwili spokoju, ponownie zapadł w sen.

***

Obudziło go lekkie szturchnięcie w ramię. Otworzył oczy. Ciągle był dzień. Przy jego łóżku siedziały dwie starsze kobiety. Wzięty przez zaskoczenie Marcin wytężył mózgownicę, próbując sobie przypomnieć kim one mogły by być, ale zupełnie nic nie przychodziło mu do głowy. Żadnych pomysłów, zero skojarzeń. Może jakieś ciotki? Teoretycznie mogłyby to być ciotki. Od strony matki czy ojca? Skąd się tu wzięły? Nie znał ich! Myśli niczym błyskawice przelatywały mu przez głowę; powoli zaczął wpadać w panikę!

Nagłe olśnienie:

– Mam amnezję! Nie poznaję ludzi! – ta myśl jednak wcale go nie uspokoiła.

Wreszcie jedna z kobiet przemówiła.

– Dzień dobry, my w sprawie wyborów.

– Jakich znowu wyborów??? – wybełkotał zdumiony Marcin. – Co tu się do cholery dzieje? – pomyślał.

– No, najważniejszych. Samorządowych – odparła starsza pani nieco zbita z tropu, kładąc szczególny nacisk na ostatnie słowo – nie widział pan ogłoszenia na korytarzu?

– Nie byłem jeszcze na korytarzu – wystękał Marcin.

– To bardzo źle – rzekła starsza pani – bo to przecież pański obywatelski obowiązek oddać kraj w ręce uczciwych ludzi. Musi zgłosić pan chęć głosowania w szpitalu, lokal wyborczy jest na parterze… – starsza pani trajkotała jak nakręcona.

– A ja zagipsowany, podłączony do kroplówek, niemogący nawet usiąść i leżę na ósmym piętrze – pomyślał wściekły Marcin. Czuł jak podnosi mu się ciśnienie krwi a to bardzo zły znak, znów znajome gorąco w zatokach…

I stało się. Z ust poleciała mu fontanna krwi. Starsze panie krzyknęły przerażone. Chwilę później niczym bomba wpadła do sali oddziałowa z miską i szmatą, przy okazji wyganiając starsze panie.

– Wreszcie spokój – pomyślał z ulgą Marcin, znów zapadając w sen.

***

Nagły hałas wyrwał Marcina ze snu. Był wieczór.

– Dobrze wam tak, ku**y, złodzieje, zdrajcy, sprzedawczyki! – wykrzykiwał pan Andrzej w stronę szpitalnego telewizora.

Marcin rzucił okiem na ekran i zrozumiał już wszystko. Wyborów ciąg dalszy. Witamy znów w matrixie.

– O, nie śpisz! – ucieszył się pan Andrzej.

– Nie da się – wymamrotał Marcin.

Pan Andrzej nie zwrócił na to żadnej uwagi. Podszedł szybko do telewizora i włożył do wrzutnika kolejną monetę. Automat połknął ją łapczywie i skrupulatnie odliczył kolejne pół godziny transmisji z wyborów. Marcin z przerażeniem zauważył, że jego współlokator ma całą reklamówkę dwuzłotówek.

– Zobacz, Naród wreszcie się obudził – ciągnął pan Andrzej – widzisz, Ixiński,  „nasz człowiek”, dostał 50% głosów! „Pindzisiont!”- cieszył się podniecony pan Andrzej.

Marcin zauważył, że na pasku na dole ekranu jak wół napisali, że frekwencja wyborcza wyniosła całe 10%, czyli te 50% głosów to w rzeczywistości jest zaledwie 5%, czyli nic, plankton… Czy pan Andrzej to zauważył? Zapewne tak. I co? Nic, podkolorował sobie sam rzeczywistość, tak aby pasowała do jego wyobrażeń. Czy wierzy w to co sam wygaduje? Tego już Marcin nie był pewien ale nie byłby zdziwiony, gdyby odpowiedź na to pytanie również była twierdząca. Ta niesamowita pokrętność ludzkiej natury była dla niego niesamowicie fascynująca i przerażająca zarazem.

***

Nadszedł dzień zdjęcia opatrunków, jak to ładnie w szpitalnym żargonie nazywano. Marcin cieszył się na samą myśl, że oto jest już jedną nogą poza murami szpitala. Trochę przedwcześnie, jak się okazało.

Wszedł do gabinetu. Lekarz przywitał się po czym poprosił o zajecie miejsca w fotelu, jednocześnie informując że będzie trochę bolało. Marcin był na to przygotowany, jednak zupełnie nie spodziewał się tego, co miało zaraz nastąpić. Trochę niepokoiły go dwie pielęgniarki, które stanęły po obu stronach fotela w pozycjach „szachujących”.

Chirurg wziął do ręki słusznych rozmiarów szczypce, chwycił końcówki bandaża wystające z marcinowego nosa i szarpnął z dużą siłą… Bandaże, które zdążyły już wrosnąć w przeorane skalpelem tkanki, wyskoczyły wraz ze skrzepami starej krwi i bogowie tylko raczą wiedzieć z czym jeszcze…

Marcin miał wrażenie że lekarz wyciąga mu na żywca przez nos mózg wraz z wnętrznościami. Jednak nie trwało to długo. Wszechświat przed oczami pociemniał, następnie wyeksplodował tysiącami świetlnych rozbłysków i wreszcie zgasł. Marcin zemdlał z bólu.

***

Pan Andrzej okazał się być maniakiem telewizji. Zdawało się, że nie jest w stanie przeżyć dwóch godzin odłączony od programu. Dla Marcina było to pewną nowością, jako że sam telewizora nie posiadał od lat. Trochę bardziej z przypadku niż świadomego wyboru. Ot, po prostu stary odbiornik mu się zepsuł i z różnych przyczyn nie kupił nowego a po jakimś czasie stwierdził, że ten sprzęt w ogóle nie jest mu do szczęścia potrzebny. Dlatego też z zaciekawieniem obserwował sąsiada. Najbardziej urzekające dla Marcina było to, że pan Andrzej oglądał wszystko, jak leci: obrady sejmu, kiczowate do granic możliwości serialidła od których prostowały się zwoje mózgowe, reklamy dla inteligentnych inaczej, chłonąc wszystko jak gąbka. Jego zasób dwuzłotówek do automatu telewizji szpitalnej był niewyczerpany, bo żona i córka na przemian, niestrudzenie, dostarczały mu nowe ich zasoby.

002.jpg

Właśnie leciał szmirowaty dramat wojenny. Marcin próbował czytać książkę, jednak nie mógł się skupić wśród strzelaniny, krzyków i wybuchów. Mimowolnie zaczął oglądać film. Zrozumiał z niego tyle, że źli zaatakowali dobrych, gwałcąc, mordując, grabiąc i paląc. Potem ci zaatakowani dobrzy się zorganizowali, przegrupowali i rozgromili tych złych, przy okazji gwałcąc, mordując, grabiąc i paląc. Marcin pogubił się w końcu, kto tu jest zły a kto dobry. A może niepotrzebnie starał się roztrząsać takie dylematy? Bo w końcu z fabuły filmu wyszło na to, że należy współczuć agresorowi… Ale gdyby to agresorowi się powiodło to współczuć należałoby ofierze… Królestwo za Walkmana i stos kaset!

***

W ten oto sposób minęły dwa długie tygodnie. Marcin został wreszcie wypisany ze szpitala. Wyszedł odmieniony psychicznie i fizycznie.

Wracali do domu samochodem. Właśnie spadł pierwszy śnieg, który tradycyjnie kompletnie zaskoczył drogowców. Nie tylko ich zresztą. Marcina również, bowiem w tym roku przyszedł wyjątkowo szybko.

Marcin po drodze kazał się zatrzymać przy zaprzyjaźnionym warsztacie motocyklowym, dokąd przewieziono resztki „Niebieskiego” po wypadku. Nikt nic przy nim nie robił, czekając na decyzję Marcina w tej sprawie. Ubezpieczyciel już się wypowiedział, orzekając szkodę całkowitą, co zresztą nie było żadnym zaskoczeniem.

Koledzy przywitali Marcina ciepło, spodziewali się zresztą jego wizyty, chociaż niekoniecznie tak szybko.

– Gdzie jest? – spytał Marcin.

Właściciel warsztatu bez słowa wskazał drzwi prowadzące na podwórze za zakładem.

Marcin poszedł sam. Pod wiatą, pośród innych rupieci, na wpół zawiany śniegiem, leżał pokrzywiony wrak „Niebieskiego”. Teraz miał dopiero świadomość co się tak naprawdę wydarzyło i ile miał szczęścia w nieszczęściu.

Marcin odetchnął głęboko – zimne powietrze ukłuło świeżo zagojone rany. Wytarł nos – na chusteczce znów pojawiła się krew, zagubiona kropla spadła na świeży śnieg czerwoną kropką o poszarpanych brzegach…

– Najważniejsze teraz jest zdrowie, pomyślał Marcin.

Spojrzał jeszcze raz na potłuczony motocykl pod wiatą.

– A to… to się odbuduje.

Pocztówka z podróży # 1

dsci7742

Na kilku forach motocyklowych spotkałem się z działem w którym użytkownicy zamieszczali zdjęcia z niejasnymi, dwuznacznymi, dziwnymi czy też w końcu śmiesznymi drogowskazami. Bo przecież świat jest taki piękny 🙂 Podążając tym tropem postanowiłem i ja wykonać zdjęcie napotkanego podczas urlopu drogowskazu. Oto i on:

Mam jednak takie niejasne wrażenie, że gdy powiem gdzie byłem, to mogę zostać źle zrozumiany…

Rzecz o oszczędzaniu albo zasada GIGO w praktyce

pismo

Jak się okazuje, blogerem każdy być może. Chociaż może w tym przypadku lepiej napisać „blogerę”. Dobry znajomy podesłał mi link do pewnego artykułu, w którym to Autor próbuje porównać roczne koszty eksploatacji samochodu osobowego oraz motocykla klasy 125 cm3.

Jedynym pewnym sposobem porównania byłoby zapisywanie sobie stanu licznika samochodu i motocykla na początku roku oraz na jego końcu oraz zbieranie wszelkich rachunków związanych z użytkowaniem tych pojazdów do osobnych teczek i na koniec można by policzyć cenę za przejechanie jednego kilometra każdym z wymienionych.

W innym przypadku do porównania trzeba wprowadzić pewne założenia. Niestety, zawsze jest tak że rezultat końcowy w dużej mierze zależy właśnie od nich i przy oderwaniu ich od życia wynik końcowy nijak ma się do rzeczywistości. Kłania się tu sławna zasada GIGO (Garbage In, Garbage Out) czyli po naszemu: śmieciowe dane na wejściu, śmieciowy wynik na wyjściu.

Tyle mojego wstępu. Przejdźmy zatem do artykułu który pokazuje dobitnie że nieznajomość realiów w żaden sposób nie jest przeszkodą w stawianiu śmiałych tez. Czyli każdy może być ekspertem w dowolnej dziedzinie.

Na początek Autor zakłada przebieg roczny motocykla na poziomie 10 000 km rocznie. Dla motocykla 125 cm3! Grubo, bardzo grubo. Powstrzymam się na chwilę od komentarza na ten temat i zobaczmy, jaki wobec tego przebieg Autor zakłada dla samochodu osobowego. Ktoś, kto przez kilka miesięcy trwania sezonu ma zamiar przejechać malutkim motorkiem 10 tysięcy kilometrów do pracy i szkoły ile może robić wobec tego autem? 20 000 km?  30 000? 40 000? Pudło moi Drodzy. Dla samochodu Autor założył przebieg… również 10 000! W powiedzmy siedem miesięcy 10 tysięcy i w dwanaście miesięcy również dziesięć klocków! Czy tylko ja nie dostrzegam tu żadnej logiki i jakiegokolwiek sensu czy też może jest to taka „alternatywna matematyka”??? Przekracza to moje zdolności pojmowania 😀

Ok. Teraz spróbujmy zachować odrobinę powagi. 10 000 kilometrów rocznie to dla zwykłego użytkownika motocykla 125 cm3 przebieg astronomiczny, praktycznie nieosiągalny. Skąd się to Autorowi wzięło? No cóż, najwyraźniej nie ma On żadnego doświadczenia z motocyklami i automatycznie założył, że przeciętny przebieg motocykla jest równy przeciętnemu przebiegowi samochodu. Oczywiście jest to założenie całkowicie błędne w przypadku motocykli klasy 125 cm3. Praktycznie będzie on wynosił mniej, dużo mniej. Stąd dalsze obliczenia nadają się tylko do kosza.

W tym miejscu można by w zasadzie skończyć. Jednak Autor dopiero się rozpędza i najlepsze jest ciągle przed nami.

Autor porównuje bowiem również koszty zakupu motocykla 125 cm3 i samochodu osobowego segmentu B. I tu ciekawostka, bo Autor porównuje cenę nowego motocykla japońskiego z… używanym Oplem Corsą! Jednak jeszcze zabawniejsza jest argumentacja tego porównania:

Silniki małych motocykli nie mają dużej żywotności wg mechaników (…) do tego cała masa patologi w stylu kręcenia liczników i sprzedaży motocykli po ciężkich wypadkach. Tak że jak chcemy bezproblemowo jeździć do pracy lub szkoły zakup nowego moto wydaje się być najlepszym pomysłem”.

„Koszty samochodu: dla przykładu posłużę się Oplem Corsą C 1.2 75 km, tak samo jak 125 to niższy segment wśród motocykli, tak samo do porównania biorę auto z niższego segmentu. Ponieważ zakup auta używanego jest bardziej opłacalny bierzemy używkę”.

Ciężko za tym Autorem nadążyć. Z jednej strony używany samochód jest cacy i pewny, z drugiej używane moto już nie? Czy mam rozumieć że w przypadku rynku używanych samochodów patologia w stylu kręcenia liczników nie istnieje? Autorowi przypomnę, że prawdopodobnie 90-95 % samochodów na polskim rynku wtórnym ma mocno zaniżony przebieg. Nawet głośno mówi się o tym, jaki przebieg jest w danym sezonie „modny”. Kiedyś było to około 100 000 km, plus minus 2 000 dla dziesięciolatka niezależnie od klasy i rodzaju silnika. Dziś jest to około 170 000 km, również niezależnie od rodzaju silnika 😛 Co do sprawdzenia stanu technicznego „u zaprzyjaźnionego mechanika” – dramatycznej i wstrząsającej przeszłości samochodu czasem nie jest w stanie odkryć nawet autoryzowany serwis danej marki o czym często kupujący dowiaduje się grubo po fakcie, w najgorszym wypadku w chwili, gdy podczas niegroźnego „zdarzenia drogowego” auto rozpada się na poszczególne ćwiartki z których zostało niegdyś pracowicie pospawane w warsztacie przez jakiegoś blacharza-artystę. Nieprzypadkowo w USA istnieje powiedzenie: „uczciwy jak handlarz używanymi samochodami” – i w żadnym wypadku nie jest to komplement. Warto wiedzieć również, że określenie „samochód bezwypadkowy” w języku osób sprowadzających używane samochody oraz nimi handlujących oznacza jedynie że „nikt w nim nie zginął”. A przynajmniej nie od razu, na miejscu.

Oczywiście w przypadku motocykli patologia również istnieje, jednak zdiagnozowanie używanego motocykla nie jest jakimś szczególnym problemem, szczególnie gdy jak większość 125-tek wszystkie podzespoły tego pojazdu – łącznie z ramą i zawieszeniem są na wierzchu a koszty ewentualnych napraw nie są wysokie.

Za używanym motocyklem (ewentualnie nowym Chinolem) przemawia jeszcze jedna rzecz: motocykliści dzielą się na tych co już leżeli oraz na tych, co będą leżeć. Pierwsza gleba jest nieunikniona i pewna i nie ma się co oszukiwać że nam się „na pewno nie zdarzy”. Zdarzy się, zdarzy. W najmniej oczekiwanym momencie. Wobec tego lepiej żeby zdarzyła się na używanym pojeździe lub tanim chińczyku niż nowiutkiej Japonii za 15 000 czy 20 000 zł. Ból psychiki kierowcy i jego portfela będą mniejsze.

O trwałości podzespołów małych motocykli powiem tylko tyle, że ich wytrzymałość jest wystarczająca do zadań jakie dla nich zaplanowano a przekonanie o tym że trwałość silników, opon, hamulców czy napędów jest niska wynika tylko z błędnego wstępnego założenia Autora co do rocznego przebiegu tych maszyn, niezrozumienia specyfiki prowadzenia motocykla oraz zwykłej niewiedzy. Opony w małych motocyklach nawet po 20 000 km mają często całkiem uczciwy bieżnik i ich wymiana nie ma jakiegokolwiek sensu. Autor nie ma pojęcia również o tym, że opony motocyklowe zużywają się w specyficznym rytmie i rzadko wymienia się komplet, bowiem przednia wytrzymuje o wiele więcej niż tylna. Łańcuchy współczesnej produkcji, z małymi wyjątkami, nie wyciągają się jednak jak guma w starych majtkach i normalnie również nie wymagają wymiany co każde 10 000 km. Jak mawiał klasyk: „nie znam się to się wypowiem”.

Ciekawostką jest kwota wydawana na smarowanie łańcucha w motocyklu. W przekonaniu Autora wynosi ona rocznie 1 000 zł!!! Nie wiem czy istnieją smary platynowe, bo naprawdę nie mam pojęcia jaki środek smarny może być aż tak drogi. Ewentualnie należałoby postawić pytanie, gdzie Autor mieszka i czy naprawdę w drodze do pracy musi codziennie przejeżdżać przez rzekę bez użycia mostu…

Rzeczywisty koszt smarowania łańcucha może wynieść kilkadziesiąt do stu złotych. A Autorowi przypomnę, że skoro zajmuje się oszczędzaniem i według Niego konserwacja łańcucha kosztuje 1000 zł rocznie przy jego wartości 250 zł (kwota wzięta z artykułu z zestawienia rocznych kosztów), to czy nie lepiej przesmarować go byle jakim smalcem żeby nie skrzeczał a na koniec roku po prostu go wymienić na nowy i zaoszczędzić w ten sposób 750 zł? Ile kosztuje puszka towotu? No przecież to jest żelazna logika.

Na temat odzieży motocyklowej można by zrobić doktorat. Autorowi za skompletowanie ubioru wyszło 3 000 zł. Jasne. Można i tak. Prawda jest jednak taka, że spokojnie można dobrze się odziać i za połowę tej kwoty i jeszcze coś nam zostanie. Wystarczy odrobina rozeznania w temacie oraz wyczekanie dobrego momentu na zakupy. Warto przypomnieć że takie ubranie kupuje się raz na długi czas, no chyba że ktoś bardzo lubi się wywracać.

Ciekawostką jest, że Autor wielokrotnie powtarza, że bezpieczeństwo jest najważniejsze i nie wolno na nim absolutnie oszczędzać. Zgadzam się z powyższym. Tylko z drugiej strony jak to się ma do zakupu wypierdzianego samochodu używanego za kilkanaście tysięcy złotych o niewiadomej przeszłości. Nie wiadomo czy nie jest czasem z dwóch połówek, czy zamiast poduszek powietrznych nie ma starych gazet, czy pas bezpieczeństwa spełnia jeszcze swoją rolę czy jest już tylko atrapą bo po stłuczce o której nie wiemy nie został wymieniony „dla oszczędności”. Tu jakoś o kwestiach bezpieczeństwa cicho.

A na deser wyniki. Co ciekawe, nawet przy tak abstrakcyjnych założeniach wyszło Autorowi że nowy motocykl w ciągu trzech lat eksploatacji będzie droższy w utrzymaniu od starego samochodu o całe dwa tysiące złotych (odpowiednio 27 170 zł i 24 910 zł). Czyli gdyby kupić Chinola to Autorowi wyszedłby o zgrozo wynik na korzyść motocykla! Tak czy owak, wyniki przy założeniach początkowych wziętych chyba z kosmosu są i tak o kant d**y otłuc.

I jeszcze jedna uwaga Autora:

„Corsa posłuży nam jeszcze ładnych parę lat, a moto jest już mocno wyeksploatowane”. Proszę pamiętać że mówimy o współczesnym japońskim motocyklu kupionym w salonie jako nowy, który aktualnie ma przebieg 30 000km! Mam czasem wrażenie, że Autor myśli ciągle o WSK, dla której był to rzeczywiście koniec drogi i czekał ją albo remont kapitalny albo smutny kres dni gdzieś pod płotem. Tymczasem świat się zmienił i przed tym motocyklem ciągle jeszcze co najmniej dwa albo i trzy razy tyle a uczciwie serwisowany ma się świetnie – w przeciwieństwie do starej Corsy której rozpad, korozja oraz utrata wartości będą postępować a naprawy i serwis powoli staną się nieopłacalne.

No, chyba że Autor jest zwolennikiem smarowania łańcuchów motocyklowych kosztujących 250 zł smarami wartymi 1000 zł. Wtedy może być różnie J

I jeszcze kilka screenów tego wiekopomnego artykułu, dla potomności, żeby przypadkiem nie „zaginął” gdzieś w czeluściach Internetu.

EDIT:

Screeny zostały ukryte na prośbę Autora artykułu.

Dobranoc 🙂