Month: Maj 2022

O rzeczy nieprzemijaniu

img20200425_20103483b

Kiedyś było łatwiej. Przynajmniej w niektórych sprawach. Gdy posiadałeś dwudziestopięcioletni motocykl, to już byłeś graciarzem pełną gębą. Było to proste i oczywiste. Miałeś stary motocykl to nawet wyjazd do sklepu po bułki był wyzwaniem i przygodą. Podczas takiej wyprawy wydarzyć się bowiem mogło dosłownie wszystko. Nawet dziś, gdy człowiek patrzy na dawne fotografie, to wszystko wydaje się na nich stare i podniszczone.

Dzisiaj nawet czterdziestoletni motocykl wcale nie musi wyglądać staro. Wręcz przeciwnie, może swój wiek doskonale maskować. Zarówno wizualnie, jak i technicznie.

Ot, taka GPz 900R. Mimo 37 lat na karku wcale nie odbiega w codziennym użytkowaniu od sprzętów całkiem współczesnych. Gdy na nią patrzę, to sam nie bardzo mogę w to uwierzyć. Rzecz, która chyba nigdy nie przestanie mnie fascynować – że można było wymyśleć przyszłość i zaplanować motocykl, który przez kolejną dekadę nadal będzie świeży i nowoczesny. Maszynę, która przez 19 lat produkcji nie będzie wymagała praktycznie żadnych zmian. Bo umówmy się, wymiana widelca przedniego czy hamulców to nie są jakieś istotne ingerencje w konstrukcję samego pojazdu.

IMG_8619

Kiedyś czterdziestoletni motocykl to już musiał być gruchot, którym strach było wyjechać gdziekolwiek. Dziś jedynym ograniczeniem jest w zasadzie wyobraźnia użytkownika. Do sklepu po bułki? Nie ma sprawy. Krótki, jednodniowy wypad za miasto? Jasna sprawa. A może wycieczka do innego kraju? Ależ nie ma sprawy!

To dokąd chcesz dziś pojechać?

Prasówka, czyli pod złodziejem motor gore

img20200202_10141942b

O wielkim szczęściu może mówić pewien mieszkaniec Niemiec, który po czterech długich latach odnalazł nagle swój zaginiony motocykl. Jak to zwykle bywa, gdy jeden może mówić o szczęściu, wówczas inny, dla zachowania równowagi w przyrodzie, musi mieć pecha.

Otóż obywatel ten wybrał się niedawno na zwykłą motocyklową wycieczkę, taką w stylu „trochę dalej od komina”. Podczas owego wyjazdu dostrzegł nagle na drodze motocyklistę, jadącego na maszynie łudząco podobnej do tej, którą skradziono mu przed czterema laty. Z ciekawości pojechał za nim.

Po drodze nabrał przekonania, graniczącego z pewnością, że maszyna przed nim jest nie tylko łudząco podobna do skradzionego mu przed laty motocykla – to jest właśnie ten motocykl! Wobec tego postanowił śledzić go dalej. W końcu obaj motocykliści zatrzymali się przed jednym z budynków, jak się okazało, miejscem zamieszkania człowieka podejrzanego o poruszanie się cudzą własnością. Panowie próbowali sobie wytłumaczyć pewne kwestie, do porozumienia jednak nie doszło. Wobec powyższego na miejsce wezwana został Polizei.

Ta wkrótce po przybyciu ustaliła następujące fakty. Motocykl był rzeczywiście tym samym egzemplarzem, który skradziono cztery lata temu. Miał spiłowane numery seryjne oraz został na chama przemalowany sprajem na kolor biały. Pierwotnie rzeczona Yamaha była bowiem czarna. Jak się jednak okazało, to był dopiero początek. Maszyna nie była w ogóle zarejestrowana, a więc nie miała także wymaganego ubezpieczenia, a tablica rejestracyjna była niezalegalizowana. Jakby tego było mało, to do kompletu, zatrzymany dwudziestoczterolatek nie miał prawa jazdy. Tak, dokładnie, jeździł cztery lata na przypał kradzionym motocyklem bez kwitów i uprawnień. Wobec powyższego, dla młodego złodzieja weekendowa przejażdżka potrwa nieco dłużej niż planował. Program jej bowiem zostanie rozszerzony również o sądy i w dalszej perspektywie także niemieckie zakłady penitencjarne. W każdym razie lista atrakcji będzie długa i emocji na pewno nie zabraknie. =>

img20220520_19125840

Swoją drogą, nasz polski amator cudzych motocykli i tak był lepszy, czyli jeszcze głupszy. Kilkanaście lat temu pojechał bowiem trefnym motocyklem na kradzionej tablicy rejestracyjnej (tyle że z innego moto), na wielkie święcenie motocykli do Częstochowy. Nie wiadomo, co sobie przy tym myślał i czy w ogóle myślał cokolwiek. Być może miał nadzieję, że trefny pojazd można zalegalizować boskim wstawiennictwem i po pokropku nie będzie już trefny? A może uważał, że boga nie prosi się o motocykl, bo to podobno jednak działa inaczej. Motocykl według tej teorii ponoć najpierw się kradnie, a potem prosi boga o przebaczenie. Niestety, jeśli tak kombinował, to jednak nie pykło i modły nie zostały wysłuchane. Prawowity właściciel bowiem również pojawił się na tym zlocie i rozpoznał swoją własność, po czym natychmiast zawiadomił odpowiednie służby. Te zabezpieczyły złodzieja razem z kompletnym materiałem dowodowym dla sądu. Opatrzność boża go jednak opuściła… =>

Wózki boczne do motocykli

img20210501_14251480

Sprawa od której zasadniczo powinno się zacząć omawianie zaprzęgów motocyklowych. Jest to zwykle pierwszy dylemat, jaki wózek podpiąć do danego motocykla.

Generalnie punktem wyjścia powinno być określenie potrzeb, czyli  jak wiele osób i bagażu chcemy przewozić oraz jakim budżetem dysponujemy. Następnie na tej podstawie powinno się wybrać wózek i pasujący do niego motocykl pociągowy. W praktyce jest jednak inaczej i zwykle najpierw zaczynamy od motocykla, który z reguły stoi już u nas w garażu. To do niego będziemy poszukiwać pasującego wózka.

To oczywiście zawęża nam wybór i skazuje na pewne kompromisy. Trzeba bowiem pamiętać, że ważne są parametry motocykla, takie jak jego moment obrotowy, pojemność, masa oraz typ ramy.

Jako ogólną wskazówkę należy przyjąć zasadę, że masa wózka powinna stanowić około 1/3 masy motocykla. Zbyt lekki wózek będzie miał tendencję do unoszenia się podczas pokonywania zakrętów w kierunku wozu (w naszych warunkach – w prawo); zbyt ciężki zaś spowoduje nadmierne obciążenie ramy, napędu, opon, hamulców oraz ujemnie wpłynie na dynamikę zestawu.

***

Zaprzęgowcy wyróżniają cztery rodzaje wózków bocznych, przy czym w naszych warunkach wybór jest zwykle ograniczony do dwóch, wyjątkowo trzech typów.

– Wózki luksusowe, zwane też „salonkami” czy „sedanami”, „vintage” czy „limuzynami”. Z definicji są one zadaszone, przeszklone, często mogące zabrać więcej niż jednego pasażera. Zdarzają się wozy mogące zabrać nawet cztery i więcej osób. Bywają modele wyposażone w ogrzewanie i radio.

Są one reliktem z czasów, gdy niewiele osób mogło pozwolić sobie na samochód. Były jego ekwiwalentem. Największa ich popularność przypadała na lata trzydzieste i czterdzieste XX wieku. Zaletą jest oczywiście ich duża ładowność, w ekstremalnych przypadkach pozwalająca na zapakowanie w nie całej rodziny wraz z bagażem na dwutygodniowy urlop.

Wadą jest oczywiście ich duża masa oraz duży opór czołowy. Nawet modele jednoosobowe mają współczynnik oporu powietrza zbliżony do tego, jaki ma blok mieszkalny. W związku z tym wymagają one dobrego holownika.

DSC_7234

Najczęściej spotykanym wózkiem tego typu jest Watsonian ze zdjęcia. W naszych warunkach, nieco może na wyrost, zaliczyć do nich można wózek Velorex Typ 710, który klasyfikacją jest na pograniczu wózków luksusowych oraz następnego typu.

– Wózki sportowe. Jest to najpopularniejszy typ wózka. Są to zwykle konstrukcje jednomiejscowe, bez dachu i w związku z tym lekkie, nadające się dobrze do średniej wielkości motocykli. Część z nich wyposażona jest w bagażniki umieszczone za siedzeniem, dodatkowe zewnętrzne kratki bagażowe, szyby czołowe różnej wielkości oraz plandeki z tkaniny, które pozwalają na użytkowanie pojazdu w różnych warunkach pogodowych.

Typowym przedstawicielem tego typu wózków jest Velorex 562. Taki szwajcarski scyzoryk wśród wózków bocznych.

DSC_4926

Nadaje się zarówno do przewozu pasażera, jak też bagażu. Duża liczba dostępnych akcesoriów typu: bagażniki, różnej wielkości szyby, plandeki oraz dodatkowe osłony i zderzaki pozwalają na jego dowolną konfigurację. Dodatkowo producent przewidział różne typy mocowań do wielu marek i modeli motocykli.

– Wojskowe wózki boczne. Chciałoby się napisać, że to wózkowy odpowiednik Jeepa. Jednak ze względu na specyficzne pochodzenie będzie to raczej odpowiednik GAZ-a, ewentualnie UAZ-a.

Russ

Zasadniczo otwarty wojskowy wózek boczny znanego nam dobrze typu jest dziełem Zündappa. Jednakże dzisiejsze ich wersje to postradziecka produkcja Dniepra lub Urala, ewentualnie Chang – Jianga. Oczywiście taki wózek jest wykonany w całości z blachy, wygoda i komfort nie są tu żadnym priorytetem, bo i po co? Żeby czerwonoarmista zapomniał, w jakiej armii służy? Ważne że wóz „gniotsja, nie łamiotsja” – chociaż z tym też bywa różnie.

Konstrukcja jest wytrzymała i odporna a mnogość uchwytów na dodatkowe kanistry, skrzynki amunicyjne, specjalne oświetlenie i uzbrojenie zwiększa jeszcze jego funkcjonalność. W połączeniu z dedykowanym do niego pojazdem, jeśli jeszcze ów wyposażony jest w bieg wsteczny oraz napęd na koło wózka powstaje nam fajny zestaw wyprawowy. Czy może lepiej – przeprawowy.

– Wózki robione na specjalne zamówienie. Tu ograniczeniem jest w zasadzie tylko fantazja użytkownika – oraz ewentualnie wytrzymałość jego portfela. W tej kategorii będą się mieścić wózki wyścigowe, dostosowane do danej dyscypliny sportu, specjalnie skonstruowane wozy wyprawowe do dalekiej turystyki i wózki campery.

DSC_6753

W tej kategorii znajdą się także wózki towarowe ze skrzynią ładunkową zamiast gondoli dla pasażera.

***

Rzadko kiedy motocykl użyty w zaprzęgu pozostaje niezmodyfikowany, nawet jeśli jest on fabrycznie przystosowany do jazdy z wózkiem bocznym. Zwykle konieczne jest zredukowanie przełożenia końcowego, pewne modyfikacje w instalacji elektrycznej związane z koniecznością zasilania oświetlenia wózka. Czasem zakres zmian jest większy. Zmienia się opony na „zaprzęgowe”, o przekroju „kwadratowym”, zapewniające zestawowi lepszą przyczepność. W przypadku motocykli w których nie przewidziano w fazie projektowania możliwości jazdy z wózkiem bocznym, może zaistnieć konieczność wykonania i zamontowania ramy pomocniczej. W ekstremalnych przypadkach przebudowie ulega całe zawieszenie z przednim wahaczem oraz pojawiają się opony samochodowe.

img20210501_14242746

Mają one tę przewagę nad motocyklowymi że są tańsze, wytrzymalsze, ogólnie dostępne oraz występują w wariantach letnich, zimowych i całorocznych.

***

Kusząca wydaje się idea posiadania zestawu rozłącznego. To znaczy takiego, który może być używany zarówno jako zaprzęg jak i motocykl solo. Nie jest to niemożliwe ale pojawiają się dwa problemy. Pierwszy jest natury prawnej. Otóż po zamontowaniu wózka bocznego ulegają zmianie dane pojazdu takie jak: masy, wymiary, liczba miejsc itd. Temat można ugryźć dwojako: albo w dowodzie rejestracyjnym wpisuje się nowe dane dotyczące całego zestawu i ten nie może być już rozłączny, albo pozostawia się dane motocykla solo a jako adnotację urzędową wpisuje się dane dotyczące zestawu. Wówczas można używać motocykla solo.

Jest jeszcze drugi problem. Ten ma naturę techniczną. Otóż, jak wspomniano w poprzednim akapicie, rzadko który motocykl przeznaczony do pracy z wózkiem bocznym pozostaje niezmodyfikowany. Jeśli jedyną zmianą było tylko zredukowanie przełożenia końcowego, to motocykl solo okaże się powolny, co jest sporą niedogodnością. Ale tylko uciążliwością. Poważniejsze modyfikacje ingerujące w zawieszenie czy opony w zasadzie wykluczają użycie motocykla solo.

Zasadniczo można przyjąć, że nawet w przypadku maszyn gdzie urzędnik wykazał się dobrą wolą i dopuścił motocykl pociągowy także do użytku solowego, ta możliwość jest tylko teoretyczna. Wiem, bo sprawdziłem.

Lekcja cierpliwości

img20200425_20103483b 1b

Uruchamianie starego olejaka po dłuższym przestoju nie jest łatwym zadaniem. Wymaga to cierpliwości, skupienia i opanowania emocji godnych mistrza Kung Fu. Stary motocykl starej szkoły. Dla mnie jest to pewien rytuał wypracowany przez długie lata doświadczeń. Odpowiednia sekwencja czynności, których wykonanie we właściwych momentach skutkuje uruchomieniem silnika zwykle za pierwszą, maksymalnie drugą próbą. Do wszystkiego tutaj należy podchodzić „sposobem”.

Tu nie ma miejsca na pośpiech, nerwy, czy pójście na skróty – chyba, że chcesz zalać świece na amen. Bo to nie jest motocykl dla nerwowców, którzy się ciągle śpieszą. Tu czas płynie wolniej.

IMG_8661

Cóż, skoro chciałeś mieć „oldtimera”, to masz co chciałeś 😉

Ghost Station

img20220506_14225471s

Pani z Dziekanatu westchnęła ciężko i z wyrazem największego obrzydzenia przysunęła w swoim kierunku plik dokumentów. „Podanie o rozliczenie kosztów przejazdów służbowych, kopia dowodu rejestracyjnego, kopia prawa jazdy, kopia dokumentu ubezpieczenia pojazdu, faktura ze stacji paliw, kserokopia mapy, trasa podróży, kilometrówka… – o co to, to nie!” – podniosła głos. Wyjęła z szuflady linijkę, przyłożyła do mapy, odczytała odległość w linii prostej pomiędzy zaznaczonymi punktami na mapie, po czym czerwonym długopisem poprawiła przebyty dystans. Z 216 kilometrów zrobiło się niecałe 150. Teraz w ruch poszedł kalkulator. Sto pięćdziesiąt mnożone przez groszową, chyba jeszcze przedwojenną stawkę za kilometr, to daje nam… A nie, moment, moment. Pani zerka jeszcze raz na dowód rejestracyjny. To nie ta kategoria pojazdu, dla tego jest przecież niższa stawka! Liczydło idzie w ruch jeszcze raz. Po wszystkich skomplikowanych operacjach matematycznych wychodzi kwota, która wystarczyłaby ewentualnie może na zakup hot-doga na którejś z tańszych stacji benzynowych. Bez keczupu, do tego luksusu trzeba by dopłacić.

img20220506_14244283

Na nieśmiałe zwrócenie uwagi, że przecież drogi nie są wytyczone wcale po linii prostej i mają nawet zakręty, a na stacji benzynowej paliwo sprzedają w tej samej cenie, niezależenie od „klasyfikacji pojazdu”, Pani z Dziekanatu spojrzała takim wzrokiem, jakbym próbował jej odebrać ostatnią kromkę chleba. „Proszę czekać na rozliczenie” – rzuciła tylko przez zaciśnięte zęby. Koniec audiencji.

Z przejazdami służbowymi komunikacją publiczną było trochę lepiej. O tyle, że z kwotami widniejącymi na biletach Pani z Dziekanatu nie próbowała dyskutować. Oczywiście taki rodzaj transportu wiązał się z wieloma upierdliwościami, jak na przykład wstawaniem o nieludzkich godzinach i byciem w podróży czasem po kilka dni, zamiast jednego czy dwóch. Zwykle zmieniało się też środki transportu, typowo: komunikacja miejska, PKS, PKP, własne nogi. Przy czym ostatni dystans to było zwykle dobre 15 – 20 km, z całym niezbędnym sprzętem na plecach.

Ale to, co było w tym wszystkim piękne, to właśnie te ostatnie etapy podróży. Zapomniane przez wszystkich stacyjki kolejowe, na których już dawno nikt nie urzędował, bo pociąg pojawiał się tu dwa razy dziennie. Ten sam skład zresztą, rano jechał w jedną stronę, wieczorem wracał. Stara lokomotywa spalinowa ciągnęła bez pośpiechu jeszcze starsze wagony, jeszcze z drewnianą konstrukcją i lampami oświetlającymi wnętrze z grubego, lanego szkła, które wyglądały jak słoiki. Wewnątrz tych archaicznych lamp żarówki o jakiejś mizernej mocy wieczorami bardziej żarzyły się niż świeciły, wcale nie rozjaśniając mroku, a drewniana konstrukcja wagonów skrzypiała, kołysząc się na nierównych szynach. Bywało i tak, że byłem jedynym pasażerem tego składu. Nikt tędy nie jeździł. Osady, bo wioskami trudno nazwać trzy chałupy i folwark, były tu bardzo nieliczne, miejscowi rzadko się gdzieś ruszali a jeśli już, to jeździli raczej samochodami. Pociąg kursował rzadko i poza tym jechał może w porywach z prędkością nietrzeźwego rowerzysty, bo na rozwinięcie większych szybkości nie pozwalały powyginane we wszystkie strony szyny, które ostatni raz remontowane były chyba za czasów cesarza Franciszka Józefa.

Do dziś z tamtych czasów pozostały wspomnienia, kilka wyblakłych zdjęć, oraz ogromny sentyment do takich starych, opuszczonych stacji kolejowych gdzieś na końcu świata, na których błąkają się duchy przeszłości. To tu ktoś na kogoś czekał, smutne rozstania i szczęśliwe powroty…

Właśnie z powodu takich resentymentów narodził się pomysł, aby poszukać gdzieś w okolicy takich zapomnianych dworców kolejowych, a najlepiej całych linii. Wydało mi się to całkiem fajne, jednak realizacja natrafiła na wiele nieoczekiwanych przeszkód natury różnorakiej, także obiektywnej.

Co się jednak odwlecze… Poszukiwaną linię udało się odnaleźć, a przedstawione tu zdjęcia to efekt małych rekonesansów.

Pierwsze z typowanych wcześniej miejsc to dworzec jak najbardziej czynny, chociaż część infrastruktury niszczeje, a sam budynek dworcowy  pełni już zupełnie inną rolę.

IMG_9797

Drugi dworzec jest wspaniale zapuszczony, chociaż kursują z niego jeszcze jakieś pociągi. Jakieś cztery czy pięć na dobę. Miejsce z dużym potencjałem na stację-ducha.

img20220506_14225471

Ale ma jeszcze czas.

DSC_2357

DSC_2358

DSC_2362

Wreszcie trzeci okazał się strzałem w dziesiątkę. To znaczy samego dworca już nie widać i ciężko powiedzieć, co się z nim stało. Coś czuję, że to będzie ciekawa historia.

Z całego założenia pozostał kawał peronu z zachowanym zadaszeniem, całkiem sporo różnorakich pozostałości infrastruktury, oraz ciągnące się nie wiadomo gdzie, zardzewiałe szyny.

DSC_3716

DSC_3718

DSC_3734

DSC_3740

Krótki rekonesans wykazał, że rzecz wygląda bardziej niż obiecująco. Pociągi nie jeżdżą tędy już co najmniej ze dwie dekady, ale sama linia zachowała się niesamowicie dobrze, razem z sygnalizatorami i wiaduktami.

DSC_3720

DSC_3730

To będzie miejsce kolejnej wycieczki.

IMG_9808

DSC_3727

A co do moich studenckich rozliczeń…

Gdy pod koniec studiów poszedłem w końcu przypomnieć się Pani z Dziekanatu i upomnieć się o swoje rozliczenia przejazdów służbowych, których było całkiem sporo, ta zrobiła tylko (udawane) wielkie oczy, po czym sparafrazowała słynny tekst kapitana Stopczyka:

„- Rozliczenia? Jakie rozliczenia?!”

Wspaniałe czasy ogólnej ..ujozy 🙂

img20220506_14235354