Month: Maj 2020

Majówka z gaźnikiem

img20200424_20495278

Zaczynam nabierać przekonania, graniczącego niemal z pewnością, że pewne rzeczy istnieją wyłącznie po to, aby życie nie było nudne. Do tego obszernego zbioru dziwnych przedmiotów bez wątpienia zaliczyć można także repliki gaźników Jikov.

Dziwny ten twór okazuje się żyć swoim własnym życiem. To, czy wolne obroty na przykład w ogóle się pojawią oraz ile obrotów na minutę będą wynosiły, zależy najwyraźniej od jakiegoś skomplikowanego algorytmu, nad rozszyfrowaniem którego latami będą się głowiły zespoły naukowców.

Regulować za specjalnie tego urządzenia nie można, bowiem kilkanaście kilometrów dalej sytuacja może wyglądać całkowicie odmiennie i w zasadzie tej czynności trzeba by dokonywać przy każdym zatrzymaniu.

Ale, ponieważ ten motocykl miał problemy z gaźnikami „od zawsze”, czasem mniejsze, czasem większe, przeto człowiek do wielu rzeczy zdążył przywyknąć i nauczył z tym żyć. Bo zasadniczo dopóki gaźnika nie trzeba zbierać z jezdni, dotąd jest „dobrze”.

Tak więc pozostaje cieszyć się z pięknej pogody i rozkoszować jazdą, która w wykonaniu starego motocykla ma urok szczególny.

IMG_5076

IMG_5078

IMG_5087

IMG_5090

Czasem oczywiście trzeba coś w drodze poprawić ale też na tym przecież polega jego urok. To jest właśnie jedna z rzeczy, która odróżnia stary motocykl od repliki.

Zwischenablage01

Linslerhof 2019

DSC_9170

Sytuacja na świecie pokomplikowała się na tyle, że odwoływane są nawet wrześniowe imprezy. Ciężko naprawdę stwierdzić, co się jeszcze może wydarzyć.

Tymczasem warto powspominać ostatnią imprezę 2019 roku. Tradycyjnie już, jak co roku, Linslerhof kończy definitywnie sezon.

A mimo deszczowej pogody było na czym oko zawiesić.

Zapraszam zatem na małą próbkę zdjęć.

DSC_9097

DSC_9124

DSC_9125

DSC_9127

DSC_9128

DSC_9129

DSC_9170

DSC_9172

DSC_9188

DSC_9242

DSC_9309

IMG_1000

IMG_0983

IMG_1010

IMG_1022

Do zobaczenia znów jesienią?

O dalekiej podróży motocyklem

img20200411_20140001

Była jesień, pierwsza połowa lat 90 – tych XX wieku. Z kumplem z bloku postanowiliśmy zakończyć sezon z przytupem. Plan był prosty i genialny – przynajmniej teoretycznie. Postanowiliśmy pojechać na dwa dni na Mazury. Motorem! Żaden z nas nie miał oczywiście pojęcia, że do pokonania mamy jakieś 280 km w jedną stronę i co to w zasadzie oznacza.

Spakowaliśmy się szybko i byle jak, objuczając rynsztunkiem biedną MZ ETZ 251, w czym wydatnie pomogły boczne stelaże. Wzięliśmy między innymi stary, prujący się w szwach DDR-owski namiot, z zamiarem przenocowania w nim i wyrzucenia po użyciu. Taki bagaż „tracony”, który nie będzie już sprawiał problemu w drodze powrotnej, bo już go wcale nie będzie. Wydawało się nam że jesteśmy sprytni. Narzędzi nie braliśmy prawie żadnych, bo i umiejętności specjalnych także nie było a poza tym wierzyliśmy w niezawodność sprzętu. Wschodnie bo wschodnie, ale jednak niemieckie. W ostatniej chwili kumpel wcisnął jeszcze między bagaże flaszkę Mixolu.

Odpaliliśmy, wsiedliśmy i w drogę. ETZ 251 obciążona dwiema osobami prowadzi się już raczej dość średnio, jednak nasza obładowana była na dodatek bagażami spakowanymi byle jak. Bo o sztuce pakowania motocykla również pojęcia nie mieliśmy.

Szosa była kiepska, pełna dziur i łat. Kumpel prowadził jednak jak szalony. Mijaliśmy w pędzie puste o tej porze roku pola, drzewa ubrane w kolory jesieni. Pęd powietrza podrywał z szosy opadłe liście. Zawieszenie dobijało nieprzyjemnie na nierównościach. Ale co tam, przed nami czekała przecież przygoda!

Zbliżamy się do skrzyżowania z drogą krajową. Bez mapy nawet wiem, że powinniśmy na nim skręcić w lewo. Jednak kumpel nie zwalnia wcale. Myślę sobie, że przecież wie co robi. Nie chcąc wyjść na mięczaka nie odzywam się więc. 300 metrów do skrzyżowania, 200, 100, 50… O rzesz jasna…!

Walę kumpla po plecach bo teraz już jestem pewien że nie zauważył krzyżówki! Ten orientuje się co się dzieje i rozpaczliwie wciska hamulce. Tylne koło blokuje się, motocyklem zarzuca po drodze. Przed samym skrzyżowaniem jeszcze zdążamy złapać pobocze. Teraz jest już pozamiatane. W jakiejś dziwacznej pozycji przeskakujemy ruchliwą już jak na ówczesne warunki drogę krajową, po czym efektownie wywracamy się w krzaki na poboczu już po drugiej jej stronie. Szczęśliwie dla nas, duża ciężarówka właśnie przemknęła nam przed nosem. Nic więcej w tym momencie nie jechało.

img20200411_20142341

Powoli podnosimy się z ziemi. Strat sporo. Poszło lusterko, kierunkowskaz, wyleciał cały wkład lampy. Jesteśmy trochę poobijani ale jednak cali. Mocujemy jakoś bagaże. Kierunkowskaz oraz lampę „naprawiamy” przy użyciu taśmy izolacyjnej. Decydujemy się jechać dalej.

Zajeżdżamy na jakiś zapomniany CPN na kompletnym zadupiu. Dwa poobijane i pordzewiałe dystrybutory, brudna buda z okienkiem z kasą. W środku wąsaty gość w poplamionym berecie. Jesteśmy „na musiku”, bo żeby nie tracić czasu nie tankowaliśmy przed wyjazdem uznając, że lepiej będzie zrobić to gdzieś po drodze. Wyszło na to, że owe gdzieś to właśnie tu. Tankujemy, przychodzi do odmierzenia oleju… Nie ma oleju! Butelka była tylko wetknięta w bagaże. Wyleciała pewnie podczas twardego lądowania za skrzyżowaniem. A może nawet wcześniej, na tych dołach po których kumpel gnał jak szalony.

Mixolu na naszej stacji nie ma. Luxa także. Jest za to jakiś rosyjski czy może nawet jeszcze radziecki podejrzany wyrób olejopodobny. Typ w kasie mówi, że trzeba dobrze poszolątać motorem, bo ten olej ponoć sam nie miesza się z benzyną. O losie słodki…

img20200412_17092415

Jedziemy. Motocykl dymi przeraźliwie. Dym ma kolor ni to biały, ni niebieski. Czasem jest go więcej, czasem mniej, mimo że jedziemy ze stałą prędkością. Więc albo zrobiliśmy za bogatą mieszankę albo ten olej naprawdę źle się miesza z benzyną. Albo… Na domiar złego wygląda na to, że maszyna nie rozwija pełnej mocy i gubi zapłony.

Silnik przerywa, w końcu staje na amen. Lądujemy na poboczu. Wykręcamy świecę. Czarna. Ze schowka wyjmujemy inną, wyczyszczoną. W tamtych czasach starych świec się nie wyrzucało tylko czyściło i chowało „na wszelki wypadek”. Często w silniku motocykla lądowała przechodzona świeca z samochodu. Takie były czasy i takie też obyczaje. Samo życie.

Po wymianie świecy silnik ożywa. Nie na długo jednak. Po pewnym czasie problem powraca. Potem znowu i jeszcze raz. Nawet do nas dociera powoli, że problem ma znacznie głębsze podłoże niż świeca zapłonowa i że sami niczego już raczej nie wymyślimy.

Stoimy na jakimś zapyziałym przystanku PKS w szczerym polu. Śmierdzi moczem – i nie tylko, bo wiata przystanku to jedyna osłona od strony szosy, więc każdy kto ma potrzebę fizjologiczną urządza sobie za wiatą wychodek. Kończą się nam właśnie sprawne świece zapłonowe. A wraz z nimi pomysły i widoki na przyszłość. Nie ujechaliśmy nawet połowy drogi.

img20200411_20131753

Dojeżdżamy na ostatniej świecy w pobliże jakiejś wsi. Do pierwszej chałupy motocykl musimy już jednak pchać. Chłop telefonu nie ma. Jeden jedyny znajduje się ponoć u sołtysa. Idziemy więc z naszym padłem pod dom sołtysa.

Ten początkowo nawet nie chce słyszeć o pozwoleniu skorzystania z telefonu. Bo przeca „służbowy”. Przekonuje go dopiero banknot o nominale 10 000 złotych. Dziś to niby tylko złotówka ale wówczas było to sporo pieniędzy. Kumpel dzwoni do ojca i wyjaśnia mu sprawę.

img20200412_17074919

Pozostaje czekać. Przepychamy motocykl na przystanek autobusowy. Przynajmniej jest gdzie usiąść. Podchodzi jakiś żul autochton. Chce chyba od nas bezzwrotnego, nieoprocentowanego kredytu na zakup napoju wysokoprężnego, jednak widząc nasze położenie zmienia zamiary i częstuje nas papierosami. Bierzemy zdumieni po „Czarnym Marlboro”* i patrzymy jak gość odchodzi niepewnym krokiem.

img20200412_17080835

Chwilę później podziwiamy zachód słońca nad pobliską oborą. Co prawda miało być inaczej, ale od życia bierzemy co jest.

Jakiś czas później podjeżdża Żukiem ojciec kumpla. Najpierw obaj dostajemy równy opieprz. Co prawda było wcześniej już z rodzicami ustalone, że jedziemy na Mazury. Ale tego, że zamiast pociągiem pojechaliśmy motocyklem – już w umowie nie było. Potem wspólnymi siłami wrzucamy złoma na pakę samochodu. Przy okazji wydało się także, że zaliczyliśmy po drodze glebę. Znów opieprz.

Motocykl został wkrótce sprzedany. Ojciec kumpla zrobił to „za karę”, nie dochodząc nawet przyczyny awarii. W ten sposób skończyły się wówczas nasze sny o wolności i podróżach.

img20200412_20442916

Co to jest natomiast „daleka podróż motocyklem” dowiedziałem się wiele lat później i w innym miejscu. Przy bieszczadzkim ognisku, pod rozgwieżdżonym niebem, pewien motocyklista wyjaśnił mi, co to jest daleki wyjazd.

– Daleki wypad – powiedział – to coś, co przerasta możliwości motonity i sprzętu, przy czym odległość w kilometrach nie gra tutaj żadnej roli.

Tak, to był naprawdę daleki wyjazd.

*Czarne Marlboro: papierosy o nazwie „Mocne”, zwane tak dlatego, że na ich paczce znajdowała się czarna, stylizowana litera „M”.

On the road again

img20200427_19454237

Z tego co pamiętam to taki właśnie tytuł nosiła pewna wiejska piosenka. Country znaczy. Pasuje ona jednak jak ulał do dzisiejszej sytuacji. Powoli staramy się jakoś wrócić do normalności, o ile można to w ogóle nazwać normalnością. Nie myślałem na przykład, że mimo najniższej od lat ceny paliw będę siedział w domu. Ale niestety, ta promocja łączona jest z niemożnością pojechania w zasadzie dokądkolwiek. Zawsze jest gdzieś jakiś haczyk.

Pozostaje wobec tego pokręcić się wokół komina, co ma także swój urok. Takie niezobowiązujące wycieczki sprzyjają rozmyślaniom. Na przykład o tym, że jeszcze w styczniu człowiek miał jakieś plany na ten rok. Oczywiście dziś to wszystko jest śmiesznie nieistotne. I mam niestety takie niejasne wrażenie, że do tego iż w dalszej perspektywie trudno będzie coś zaplanować trzeba będzie powoli zacząć się przyzwyczajać.

DSC_0580

DSC_0590

DSC_0609

DSC_0622

Ale póki co, przed nami najpiękniejsza pora roku. Wiosna. Trzeba mimo wszystko korzystać z niej ile jeszcze się da.

Prokrastynacja*

img20200427_08144355

Tak to już zwykle jest, że gdy ma się już zaplanowany front robót na najbliższe dni, człowiek chodzi i rozmyśla, co by tu wykombinować, żeby jednak tego nie zrobić albo przynajmniej trochę odwlec nieuniknione. Tym bardziej, że te zaplanowane sprawy nie są skomplikowane, ale jednak mimo wszystko dość upierdliwe.

Tak więc szukając sobie zajęcia alternatywnego zacząłem porządki w garażu. W jednej z metalowych szaf natknąłem się na fanty, które dostałem wraz z zakupioną GPz 900R. Nie było tego dużo. Klocki hamulcowe, kilka drobiazgów, filtr oleju. Szkoda że nie od 750-tki, bo naprawdę przydałoby się jej zmienić oliwę. Nie pamiętam już nawet kiedy wymieniałem w niej olej a to oznacza tylko jedno – dawno.

Ale zaraz, zaraz. Czy te filtry aby nie są identyczne?  Nie pozostaje wobec tego nic innego, jak sprawdzić to organoleptycznie, starą sprawdzoną metodą „na oko”.

IMG_4677

Bingo! Filtry są dokładnie takie same w GPz 750 i GPz 900R. Tym samym lista elementów wspólnych rozszerza się do świec zapłonowych, oleju, żarówek i teraz filtra oleju. Niby nie jest tego dużo ale, ponieważ są to najczęściej używane materiały eksploatacyjne, znakomicie upraszcza serwisowanie. Mała rzecz a cieszy.

IMG_4681

Tym sposobem praca zastępcza została z sukcesem wynaleziona i można było poświęcić się jej bez reszty, skutecznie zapominając o tym, co zostało na dziś pierwotnie zaplanowane.

IMG_4685

A po skończonej, dobrze wykonanej pracy, należy się nam przecież odrobina przyjemności i relaksu. Jazdę próbną w końcu, tak czy siak, trzeba wykonać, prawda?

img20200427_19493038

*Prokrastynacja lub zwlekanie, odwlekanie, odkładanie na potem czy też ociąganie się (z łac. procrastinatio – odroczenie, zwłoka) – tendencja, utożsamiana z odwlekaniem, opóźnianiem lub przekładaniem czegoś na później, ujawniająca się w różnych dziedzinach życia. Zwana często „syndromem studenta”.

 

Szkoda że za moich czasów studenckich, jeśli przyszedłeś na zajęcia nieprzygotowany to mówiło się że jesteś nieuk, leń i gamoń. A dziś – proszę. Cierpisz na prokrastynację. Znaczy w gruncie rzeczy to samo, ale jak dobrze i mądrze brzmi! 😉