Month: Luty 2015

O kupowaniu legendy

Legendy

Na początek mamy pewne ogłoszenie. I artykuł. I cenę. Bagatelka, 40 000 złotych. Ogłoszenie zresztą atakuje już po raz drugi, tylko wcześniej cena była o połowę niższa a linków prowadzących do różnych stron opisujących tę samą historię jakby mniej.

http://allegro.pl/tvn-turbo-motor-z-napadu-100-lecia-i5104076435.html

http://www.linia.com.pl/index.php/strona-glowna/regiony/otwock/7959-kto-kupi-bandycka-jawe

Przeczytać możemy wzruszającą i wyciskającą łzy opowieść o niejakim Panu Arturze z Otwocka, „miłośniku motoryzacji”, który ma podobno niezwykłe szczęście do odnajdywania „legendarnych pojazdów”. Ostatnim jego odkryciem (zupełnie przypadkowym, rzecz jasna) jest „motor Jawa 350 CZ z mroczną przeszłością”. Motocykl miał bowiem brać udział w „napadzie stulecia” na Bank w Otwocku. No dobrze, nie tyle na bank co na kasjerkę i konwojenta przewożących pieniądze do banku „Maluchem”, ale jednak pieniądze zrabowano koło banku, a to przecież prawie to samo.  (…)„Kiedy kasjerka wysiadła z walizką wypchaną pieniędzmi, jeden z bandytów próbował ją wyrwać. Kierowca rzucił się na ratunek kobiecie. Napastnik w kasku strzelił do niej, potem do niego. Zabrał walizkę, wsiadł na motor i obydwaj odjechali z piskiem opon. Pieniądze, jakie zrabowali, były w PRL rekordową kwotą. W tamtych czasach 50 mln zł stanowiło równowartość ponad 45 tys. dolarów.” (…) Brzmi grubo. Bardzo grubo. Historia jest wstrząsająca. Trochę dziwi mnie ten pisk opon, bowiem motocykl ma zwykle napęd tylko na jedno koło (zazwyczaj tylne) a silnik o mocy całych 23 koni mechanicznych, obciążony dwiema osobami (i do tego kwotą 50 000 000 złotych) raczej nie będzie miał wystarczającej siły aby zapiszczeć oponą, ale może się nie znam i adrenalina udzieliła się także maszynie – a wtedy wszystko jest możliwe.

Motor był oryginalny i niezniszczony, bo ponad ćwierć wieku stał w magazynie. Dla miłośnika motoryzacji to prawdziwy skarb, który musiałem mieć w swojej kolekcji – zdradza pan Artur. Niedawno motor stał się jego własnością. – Planowałem odrestaurować maszynę, a nawet na niej jeździć. Taką perełką warto pochwalić się innym na drodze – mówi z dumą.” Zdjęcia mówią coś innego, ale znów przesadzam. „Miłośnik motoryzacji”, którym bez wątpienia Pan Artur jest, zapewne wie lepiej a ja się nie znam.

Pan Artur odkrył sprzedaż przypadkiem, ale maszyna od razu wpadła mu w oko. – Udało mi się ją kupić, bo to była porządna maszyna, kawał pięknie zachowanej historii motoryzacji – mówi. Dopiero kiedy nowy właściciel przyjrzał się maszynie, zauważył, że nie jest to zwykły motor. Niebawem dowiedział się, że jawa, którą kupił, uczestniczyła w napadzie z 1988 r. – Byłem zaskoczony. Nie spodziewałem się, że zakurzony motor może mieć taką mroczną przeszłość – mówi pan Artur.

Czy motocykl jest autentyczny? – Na pewno. Mam na to dokumenty – zapewnia nowy właściciel zabytkowej jawy.

Pan Artur planował wyremontować motor, ale uznał, że nie chce niszczyć mrocznej historii maszyny. – Wystawiłem motocykl z napadu na licytację. Mam nadzieję, że uszczęśliwi jakiegoś kolekcjonera – mówi mieszkaniec Otwocka.” I to ostatnie zdanie, mówiące o tym że motocykl przeznaczony jest dla „jakiegoś kolekcjonera” jest wydaje się być tu kluczowe.

Tyle ogłoszenia i artykułu. Teraz pora na mały komentarz.

„Po pierwsze primo” (jak mawiał klasyk): motocykl to nie „Jawa” ani nawet „Jawa 350 CZ” (swoją drogą, ciekawe, z tym się jeszcze nie spotkałem), tylko zwykła ČZ 472.5, najbardziej pospolity model z instalacją 6V i bez obrotomierza na desce rozdzielczej. Jednym słowem, nic nadzwyczajnego. Wydawać by się mogło, że „miłośnik motoryzacji”, na jakiego kreuje się Pan Artur, powinien tak podstawowe rzeczy wiedzieć.

„Drugie primo”: na zdjęciach widzimy zakurzony, brudny motocykl z przekrzywioną i pokancerowaną owiewką, połamanymi kierunkowskazami (i zapewne uchwytami) oraz pogiętym bagażnikiem. Pan Artur „planował wyremontować motor”, co oznacza, że jednak nawet według niego w chwili obecnej nie nadaje się on do niczego. Warto zwrócić uwagę, że w ogłoszeniu nie ma nawet słowa na temat stanu technicznego motocykla. Po 26 latach garażowania w magazynach i na parkingach milicyjnych/policyjnych możemy się go tylko domyślać.

„Trzecie primo”: mimo iż w owych czasach mieszkałem w pobliżu Otwocka, jakoś nie mogłem przypomnieć sobie opisywanego w artykule i ogłoszeniu „napadu stulecia”. Z pomocą przyszedł dopiero niezawodny „wujek Google”, który… również go nie znalazł, mimo iż wyświetlił ponad 144 tyś. Stron dotyczących „napadów stulecia w Polsce”. Wychodzi na to, że źle szukałem i chodziło najwyraźniej o „napad stulecia w Otwocku”. Legenda trochę blednie.

„Czwarte primo”, czyli finansowy zawrót głowy. Przypomnijmy: „Pieniądze, jakie zrabowali, były w PRL rekordową kwotą. W tamtych czasach 50 mln zł stanowiło równowartość ponad 45 tys. dolarów (…)”. Tak jak już pisałem: brzmi grubo. Pięćdziesiąt baniek! Ale zaraz, zaraz. Średnia płaca w 1988 roku wynosiła jakieś 54 000 zł (dwa lata później każdy pracujący był już milionerem), zaś jeden dolar w dniu napadu (są to czasy hiperinflacji; w marcu dolar wart był 3 000 zł, w sierpniu już 10 000zł) to było jakieś 4 000 zł. To daje nam jakieś 12 500 $, nie zaś 45 000 $. Legenda przestaje brzmieć już tak poważnie. Na koniec przypomnijmy, że w 1995 roku nastąpiła denominacja. Od 50 milionów złotych należy obciąć cztery zera i wyjdzie nam równowartość tejże kwoty w dzisiejszych złotych. Wychodzi… No właśnie…

„Piąte primo”: to już w sumie niewielki szczegół. W „informacjach dodatkowych” w ogłoszeniu czytamy, że Pan Artur, „miłośnik motoryzacji” jest „pierwszym właścicielem” tegoż wehikułu. W artykule natomiast znajdujemy informację:  „(…) kilka dni przed napadem przestępcy kupili jawę na giełdzie samochodowej na warszawskim Żeraniu (…)”. Skoro tak, to sprzedający ją na giełdzie musiał być pierwszym właścicielem, „przestępcy” drugimi a Pan Artur „miłośnik motoryzacji” trzecim (co najmniej) albo tylko mi tak wychodzi…

Czy Pan Artur z Otwocka, „miłośnik motoryzacji”, wiedział co kupił na licytacji, czy też był tego zupełnie nieświadomy – nie jest w tym momencie istotne. Jego poziom rozeznania w temacie („Jawa 350 CZ”, mimo tego że motocykl ma na boczku wypisane jak wół: „ČZ 350”)  świadczy o tym, że jego „umiłowanie motoryzacji” ogranicza się raczej do handlu surowcami wtórnymi z tejże „umiłowanej motoryzacji” pozyskanymi i motocykl potraktował jako dar od losu, który za grube pieniądze, na fali „nostalgii za motoryzacją Peerelu” i z dopiskami „legendarny” oraz „unikat”, będzie można wcisnąć jakiemuś jeleniowi, o przepraszam, „kolekcjonerowi”.

Legendy

Bowiem Pan Artur Sprzedaje legendę – Jawa jak na zdjęciach jest dodatkiem.” Dodajmy tylko, legendę którą sam stworzył i o której wie tylko on. Bowiem w rzeczywistości jest to tylko pospolita ČZ 472.5 w kiepskim stanie technicznym (sprytnie przemilczanym w ogłoszeniu i artykule) bardzo długo nie będzie niczym innym, z uwagi na dużą liczbę zachowanych egzemplarzy. I niczego tu nie zmieni dopisana do niego rzewna historia.

Popuśćmy na chwilę wodze wyobraźni i załóżmy wariant fantastyczno – optymistyczny: co zrobić z tym motocyklem po ewentualnym zakupie? Remontować i zabić „legendęczy zostawić złoma tak jak stoi? Na to pytanie nawet sam Pan Artur, „miłośnik motoryzacji”, nie zna odpowiedzi.

Czterdzieści tysięcy złotych to niemal dziesięć tysięcy euro. Co można kupić za takie pieniądze? Oczywiście z „legend Peerelu”? Na przykład na niemieckim portalu aukcyjnym znalazłem takie oto ogłoszenie:

ss05

Jawa 500 OHC za 6 600 €. Motocykl z 1958 roku, chociaż pewne elementy (hamulce) pochodzą od starszego modelu. Odrestaurowany dwa lata temu. Jego cena na pewno będzie już tylko rosnąć. Nie muszę chyba dodawać, że wybór jest oczywisty, bardzo rzadko spotykana Jawa 500 OHC, mimo iż wystawiona w RFN jest dużo tańsza niż pospolita ČZ 472.5 w stanie do kapitalnego remontu. Co prawda Jawa 500 OHC nie ma „legendarnejbandyckiej przeszłości – albo nic na ten temat nie wiadomo 😉

Oczywiście, może być też tak że błądzę straszliwie w ciemnościach nocy i mylę się okrutnie a wystawiona na sprzedaż za 40 tyś złotych ČZ 472.5 – przepraszam, „Jawa 350 CZ” jest naprawdę świetną lokatą kapitału dla „kolekcjonera”, „legendąnie mającą sobie równych i rzeczywiścieO TYM MOTORZE BĘDZIE JUŻ TYLKO CORAZ GŁOŚNIEJ!”, „Znajomi zzielenieją z zazdrościaSąsiad będzie musiał kupić rollsa 🙂”. I tylko ja bezczelnie się czepiam, z zazdrości że nie dane mi było wypatrzeć takiej cudownej „Jawy 350 CZ” i nie mam szczęścia obcować z prawdziwą „legendą” motoryzacji, „motorem Jawa 350 CZ, unikatem z mroczną przeszłością”, który brał udział w „napadzie stulecia”. O oczywiście, motocykl ten to najprawdziwsza „Jawa 350 CZ” która jest „wielkim przebojem” i „unikatem” a nie, jak podle insynuuję, pożal-się-borze-tucholski, jakąś pospolitą ČZ 472.5, bowiem Pan Artur „miłośnikiem motoryzacji” jest i wie lepiej a jam wielki nieuk i niedouczony gamoń Amen.

Kastel am Saar

Hamm 02

Kochany pamiętniczku…*

(…)

Powrót znaną już drogą. Za śluzą zaczyna się wspinaczka. Szosa jest jeszcze węższa niż przed śluzą. Charakterystyczne dla tego motocykla wycie skrzyni biegów podczas mozolnego pokonywania stromego podjazdu na „trójce”. Dookoła lasy. Po lewej stronie widzę niewielką polankę a na niej malutką kapliczkę. Niewiele myśląc postanawiam zjechać z drogi i dać odpocząć maszynie i sobie. Szosa poprowadzona jest w zagłębieniu a więc żeby dostać się na polanę trzeba pokonać dość stromy podjazd. Oczywiście nikt nie planował, że ktoś będzie tu chciał wjechać czymkolwiek większym niż rower. W efekcie, w końcowej fazie podjazdu tylne koło traci nagle przyczepność; w powietrze wylatuje z dużą siłą ziemia przemieszana z kamieniami a przed efektowną glebą, połączoną zapewne ze stoczeniem się w dół, ratuje mnie tylko niewielka stosunkowo masa motocykla. Z największym trudem udaje mi się ją utrzymać w pionie. Powoli, z mozołem, na półsprzęgle, pomagając sobie obficie kończynami dolnymi, udaje mi się wytoczyć na polankę.

Hamm 01

Teraz dopiero zauważam, że moim zmaganiom z materią i przestrzenią przygląda się starszy człowiek, który również wybrał sobie tę polankę za miejsce wypoczynku. Jednak w przeciwieństwie do mnie, w swoją wędrówkę udał się pieszo a w drodze jest już od trzech dni! Do celu podróży pozostały mu jeszcze dwa! Podziwiam taką kondycję i samozaparcie w wieku niemal 70-ciu lat. Wędrowiec jest bardzo pozytywnie zakręconym człowiekiem, zafascynowanym przyrodą i historią regionu. Od niego dowiaduję się, że obiekt do którego zmierzam to nie klasztor a pustelnia i że na pewno nie będę żałował.

Hamm 02

Miejsce w którym aktualnie odpoczywamy również ma swoją historię. Prostą, jak dawne życie w tym regionie.

Hamm 03

„Otóż pewnego mroźnego, zimowego dnia w roku 1868 mała dziewczynka z wioski Hamm uczestniczyła w popołudniowych zajęciach szkolnych. Za przeszkadzanie w prowadzeniu zajęć lekcyjnych została przez swoją srogą nauczycielkę (dziś powiedzielibyśmy także, politycznie poprawnie, rzecz jasna: skrajnie nieodpowiedzialną), zamknięta w ciemnej komórce do przechowywania drewna na opał. Po lekcjach wszyscy poszli do domów, zapominając o zamkniętej dziewczynce. Dopiero kościelny, przechodząc opodal aby uderzyć wieczorem w dzwony, usłyszał cichy płacz i uwolnił ją z szopy. Wracając w całkowitych ciemnościach, przez porośnięte lasem góry, do tego w śnieżycy, dziewczynka zgubiła drogę i upadła na śnieg po długich i rozpaczliwych poszukiwaniach. Na szczęście jej ciche kwilenie usłyszał przejeżdżający młynarz z Taben Rodt; znalazł dziecko i zawiózł do rodziców. Ci, z wdzięczności za uratowanie córki, ustawili w miejscu jej odnalezienia krzyż, stojący tu do dziś”.

Hamm 04

Co prawda uszkodzony, ale stoi. Inna rzecz, że zamiast stawiać krzyże dziękczynne, należałoby sobie „porozmawiać” nieco na osobności z szanowną nauczycielka. Niestety, takie to były czasy, gdy do pracy z dziećmi delegowano osoby, które najwyraźniej najmniej się do tego nadawały. A przetłumaczony tekst z pamiątkowej tablicy dedykowany jest tym wszystkim dzisiejszym uczniom, którzy uważają że mają „ciężko w szkole”.

Taben-Rodt, miejscowość w której znajdowała się rzeczona szkoła. Trzeba przyznać, że z Hamm jest to naprawdę spory kawał drogi przez góry i lasy.

Hamm 06

Droga ciągle pnie się w górę.

Hamm 05

Lasy się skończyły, zaczęły się łąki i pola. Podjazd zdaje się nie mieć końca. Według licznika to już 12 kilometr przejechany na wyjącym trzecim biegu. W pewnym momencie zaczynam mieć wątpliwości, dokąd właściwie jadę. Krajobraz także zaczyna się zmieniać…

(…)

Góra okazuje się nie mieć szczytu. W zasadzie jest to płaska skała. Droga prowadzi do jej naturalnego przewężenia, odcinającego jej trójkątny w zarysie fragment, około 700 metrów długi i szeroki może na 400 metrów.

Kastel 01

To ukształtowanie terenu docenili już Celtowie, lokując w starożytności właśnie tutaj swoją osadę. Z trzech stron dostępu broniły – i bronią nadal – niedostępne, wysokie na kilkaset metrów, pionowe, skalne ściany. Do obrony pozostało w zasadzie tylko przewężenie, oddzielające ten skalny cypel od reszty płaskowyżu. Celtowie postawili tutaj mur, zabezpieczający tą jedyną drogę na płaskowyż. Nieco później odkryłem, że można dostać się tu na pieszo także od strony rzeki Saary, jednak ta ścieżka (bo drogą tego nazwać nie można), prowadzi przez wąwóz i kilka bardzo wąskich bram skalnych, więc była również łatwa do kontrolowania.

Kastel 02

Po nich walory obronne tego miejsca wykorzystali także Rzymianie. Powstała osada, wyposażona nawet w amfiteatr. Ciągle trwają tu badania archeologiczne. Po drugiej stronie Saary za czasów rzymskich zlokalizowana była druga osada.

Kilkaset lat później, odizolowany od reszty świata płaskowyż, mocno przypadł do gustu mnichom. Ich dziełem jest kościół z XII wieku. Sto lat później powstała pustelnia, w XVI wieku zaś kaplica – obie budowle, jeśli tak się mogę o nich wyrazić, znajdują się na samej krawędzi urwiska.
Wstęp jest płatny i kosztuje 3 Euro (w sezonie 2011/2012). Wchodzę na teren pustelni i… doświadczam bardzo ciężkiego opadu szczęki. Czegoś takiego jeszcze nie widziałem. Z wrażenia można zapomnieć o oddychaniu.

Kastel 03

Nad samą przepaścią mnisi wyżłobili w miękkiej skale swoją pustelnię. Powstała ona w XIII wieku.

Wewnątrz skały udało się wyrzeźbić bardzo przytulne mieszkanie z niesamowitym widokiem z okien.

Kastel 05

Kastel 06

Mnisi wiedli tu sobie spokojny, szczęśliwy żywot. W XVI wieku poprawiło im się nawet na tyle, że na samej krawędzi skalnej półki postanowili dobudować sobie dwupiętrową kaplicę.
Kastel 04

Kaplica jest zawieszona nad samą przepaścią. Metr od jej murów ściana skalna kończy się nagle jak ucięta nożem. Dalej jest już tylko przepaść z dnem kilkaset metrów niżej, niemal na poziomie Saary.
Jednak nie cieszyli się spokojem zbyt długo. W rezultacie licznych konfliktów, tereny te przechodziły z rąk do rąk. Raz były częścią Francji, innym razem Niemiec. Pechowo dla mnichów, podczas wybuchu Rewolucji Francuskiej, znajdowały się one w rękach francuzów.

W 1794 roku mnisi musieli stąd się wynieść. Opuszczony klasztor popadł w ruinę.

W 1833 roku król pruski, Fryderyk Wilhelm IV otrzymał ruiny w prezencie. Nakazał przebudować je na kaplicę grobową i umieścić w niej szczątki Jana z Czech, zwanego także Janem Luksemburskim albo Janem Ślepym.
Urodzony w 1295, był od 1309 roku hrabią Luksemburga, od 1310 roku królem Czech a w latach 1310 – 1335 także tytularnym królem Polski.
Pod koniec życia, w wyniku skazy genetycznej Luksemburgów, prawie zupełnie oślepł.

Wziął udział w wojnie stuletniej, która rozgorzała pomiędzy Anglią a Francją. Przedmiotem jej był spór o tron francuski. Jan Luksemburski opowiedział się po stronie króla Francji, Filipa VI.

26 sierpnia 1346 roku doszło do bitwy pod Crécy. Liczebną przewagę mieli w niej Francuzi, jednak dzięki mistrzowskiemu wykorzystaniu warunków terenowych przez Anglików oraz fatalnemu dowodzeniu francuskiego króla Filipa wygrali Anglicy. Kiedy Jan Luksemburski dowiedział się, że klęska jest już nieunikniona, kazał przywiązać się do dwóch rycerzy (był już wówczas prawie całkowicie ślepy), by razem z nimi wziąć udział w bitwie. Zginął, przeszyty strzałami łuczników.
Straty francuskie to kilka tysięcy poległych. Straty angielskie to zaledwie stu do trzystu zabitych. Historia mało zna podobnych przypadków, gdy armie, nie różniące się sposobem ani jakością uzbrojenia, mają tak duże dysproporcje strat.

Myliłby się jednak ten, kto sądzi, że wraz ze śmiercią Jana z Czech skończyły się jego przygody. Pochowano go w benedyktyńskiej katedrze w Münsterze. Jednak w połowie XVI wieku Karol V nakazał ją zburzyć. Ciało Jana powierzono do przechowania franciszkanom. Po odbudowie opactwa benedyktyni zaczęli domagać się zwrotu ciała króla. Nic z tego. Ciało zostało podzielone. Czaszka znajdowała się już u hrabiego z Eifel. Reszta ciała, podczas oblężenia Luksemburga przez francuzów, została ukryta u miejscowego piekarza, który następnie przekazał je przedsiębiorcy produkującemu porcelanę a ten umieścił je w swojej fabryce w Mettlach.
Gdy o całej historii dowiedział się książę Fryderyk Wilhelm IV, nakazał umieścić zwłoki Jana właśnie w kaplicy Kastel am Saar. Jednak na tym nie koniec wędrówek króla Jana. O wydanie szczątków swojego władcy ciągle zabiegało księstwo Luksemburga. Jednak ich wydanie stało się możliwe dopiero w 1946 roku. Po upadku Trzeciej Rzeszy szczątki Jana Ślepego wróciły w końcu do katedry w Luksemburgu, gdzie spoczywają do dziś.

Pusty sarkofag Jana z Czech wewnątrz kaplicy:

Kastel 07

Przy parkingu można jeszcze podziwiać „mówiące kamienie”, jak nazywano w średniowieczu głazy z wyrytymi na nich napisami.
Sztuka czytania i pisania była w tamtych czasach mocno reglamentowana. „Prostaczkom” miała wystarczyć biblia w obrazkach:
DSC_4036

Z dzisiejszej perspektywy patrząc, największym zagrożeniem dla każdego systemu religijnego jest powszechny dostęp do informacji i edukacji.

Kastel 08

Wracam tą samą drogą do śluzy i potem w prawo. Teoretycznie jazda z górki powinna być łatwiejsza – ale nie jest. Przy okazji staram się nie pogubić na licznych objazdach.

Kastel 09

I bądź tu człowieku mądry…

(…)

*Fragment nigdy niedokończonego artykułu.

O książce „Mój chłopiec, motor i ja”

DSC_6780

Z Druskiennik do Szanghaju 1934-1936

Swego czasu zazdrościłem Niemcom ich dawnych podróżników motocyklowych. Tych prawdziwych podróżników, którzy przemierzali dalekie kraje i kontynenty bez nawigacji, telefonów satelitarnych, złotych kart kredytowych załatwiających wszystko za nich. Tych twardzieli (i twardzielki?), którzy sami musieli radzić sobie z przeciwnościami losu a awaria w trasie była sprawą życia i śmierci…

Jak się okazało, zazdrościłem niepotrzebnie. Mieliśmy własnych bohaterów, którzy przemierzali – a w zasadzie właściwiej byłoby napisać: „przecierali” dalekie szlaki, które na ówczesnych mapach pozostawały jeszcze w wielu przypadkach białymi plamami a o których wyczynach tylko przez złośliwy rechot historii nie dane nam było usłyszeć wcześniej. W tym przypadku zapomniane zapiski i zdjęcia z podróży musiały przeleżeć ponad siedemdziesiąt lat, zanim pojawiła się możliwość ich wydrukowania!

Motocykl marki B.S.A. (prawdopodobnie model G34-14 Twin World Tour) koloru zielonego, 10 koni mechanicznych (…), wózek (…) także zielony, namiot, cztery koce, dwie poduszeczki, płaszcze przeciwdeszczowe, (…) swetry, trochę bielizny, buty na zmianę, kuchenka składana i aluminiowe rondle, maszyna do pisania, dwa aparaty fotograficzne, zapasowy łańcuch, opona, dętki, komplet narzędzi, sznur i łopata”. I jeszcze białe kombinezony wykonane z żaglowego płótna. Oto cały ekwipunek.

To brzmi jak dobry plan. I tak też jest w istocie.

Dokąd to? Do Szanghaju w Chinach, najodleglejszego miejsca na mapie, do jakiego można dojechać na kołach!

Tak oto rozpoczyna się romantyczna przygoda dwojga młodych ludzi, którzy zapragnęli ruszyć w świat, przed siebie. Wbrew sceptykom, próbującym „przemówić im do rozsądku”. Wbrew przeciwnościom losu; rok 1934 upływał pod znakiem ciężkiego kryzysu i ograniczeń dewizowych. Bez sponsorów, za własne pieniądze. Tak po prostu, 23 sierpnia 1934 roku, o poranku, Stanisław Bujakowski dosiadł motocykla, Halina Korolec – Bujakowska zajęła miejsce w wozie… i pojechali. Podróż zajęła im rok, sześć miesięcy i dwadzieścia cztery dni a przygód które przeżyli wystarczyłoby aby hojnie obdzielić co najmniej kilka życiorysów. Prosty motocykl na którego łaskę i kaprysy byli zdani całkowicie, jeszcze prymitywniejszy ekwipunek, mapy, na których często zamiast topografii interesującego regionu można było zobaczyć jedynie au blanc de carte i „drogi”, które dziś raczej nazwalibyśmy „ciężkim offroadem”. 24 000 kilometrów w skwarze i upale, na śniegu i mrozie, w błocie w które motocykl zapadał się po osie i pustynnym pyle, wciskającym się w najdrobniejsze szczeliny. W dżungli i na słonej pustyni a nawet po pas w wodzie na sawannie podczas pory deszczowej.

Jakże odmienne to od dzisiejszej sytuacji, gdy ważni są sponsorzy, rozgłos medialny, najnowocześniejszy ekwipunek, bez którego to przecież „nie da się jechać”. Okazuje się że ciężko żyć bez rzeczy, o których nasi dziadkowie nie mieli nawet pojęcia że będą istnieć. Czy da się podróżować bez najnowszego modelu motocykla, kombinezonu, nawigacji itd.? Cóż, w wyścigu szczurów nie ma mety, toteż nie ma w nim także wygranych. Czy my dzisiaj nie pomyliliśmy przypadkiem środków z celem?

Autorka, Halina Korolec –Bujakowska jest niekwestionowaną mistrzynią reportażu. Czuć starą, dobrą, przedwojenną szkołę. Tekst jest wciągający, wartki, nie ma tu miejsca na nudę. Nawet podczas przymusowego, półrocznego oczekiwania w dżungli na dostawę łożyska autorka nie leje wody – cały czas coś się dzieje. Jest bystrą obserwatorką. Z banalnych z pozoru sytuacji potrafi wyciągnąć nieprawdopodobną ilość informacji i szczegółów. To tylko potwierdza znaną prawdę – inteligentni ludzie nie potrafią się nudzić.

Z jej opisów wyłania się świat utracony, zapomniany. Świat lat trzydziestych XX wieku. Krótka chwila spokoju i względnej normalności pomiędzy dwiema koszmarnymi wojnami; za kilka lat nic już nie będzie takie samo…

Nie wiemy, co jutro przyniesie los. Nie warto więc odkładać marzeń.

DSC_6785

Na włościach księżnej Anny Wazówny

dscn0301

Każdy z nas ma chyba jakieś miejsca, które są mu szczególnie bliskie. Z całkiem różnych względów.

Dawno temu, w czasach „słusznie minionych”, w moim pokoju wisiał plakat. Duży, kolorowy. Nie pamiętam, skąd się wziął. Prawdopodobnie dostałem go od kogoś w prezencie. Na plakacie tym namalowany był rycerz w pełnej zbroi i rynsztunku, jadący konno w pełnym galopie. W ręku trzymał kopię skierowaną w stronę niewidocznego w tym ujęciu przeciwnika. Przed ewentualnym ciosem zasłaniał się tarczą. W oddali, w tle, widoczny był zamek. Podpis głosił: „WIELKI TURNIEJ RYCERSKI NA ZAMKU GOLUBSKIM”. Roku bodajże nie podano, tak więc plakat był uniwersalny, aktualny przez wiele sezonów.

Mając lat kilkanaście wiedziałem o zamku mniej więcej tyle, ile informacji mogła podać podręczna encyklopedia PWN. Czyli generalnie niewiele. Było to o tyle zrozumiałe że wówczas, w połowie lat 80-tych XX wieku o Internecie nikt nawet nie marzył, zaś biblioteka szkolna i miejska nie mogły za bardzo pomóc. Od mego ówczesnego miejsca zamieszkania zamek golubski dzieliła odległość dobrych kilkuset kilometrów; dziś śmieszna. Lecz wówczas, w tamtej epoce wraz z jej realiami – była po prostu nie do przeskoczenia. Pozostał więc kolorowy plakat i wyobrażenie, jak to może naprawdę wyglądać.

W pewnym momencie sytuacja się zmieniła. Moje miejsce zamieszkania „przesunęło się” znacznie bliżej Golubia-Dobrzynia a sama odległość przestała grać już jakąś znaczącą rolę. Grzechem byłoby tak to zostawić.

Tak więc pewnego czerwcowego dnia wyciągnąłem z garażu swój stary motocykl, odpaliłem, po czym skierowałem się na północ.

Pogoda była wprost wymarzona do takiego wyjazdu. Ciepło, sucho. Żadnych opadów nie przewidziano.

Motocykl, mimo iż wiekowy i „nikczemnej” pojemności, pożerał szosę jak głodny makaron. Ani się obejrzałem, jak za mną został Toruń. Po moście autostradowym „sforsowałem” Wisłę, chwilę później Drwęcę. Wzdłuż tej rzeki przebiegała niegdyś granica zaborów pruskiego i rosyjskiego.

Dalsza droga prowadzi w kierunku „bramy mazur”. Mimo iż jej ranga jest niższa niż nieukończonego (wówczas) toruńskiego odcinka autostrady, to jednak jest dużo ciekawsza.

Wreszcie dojeżdżam do właściwego skrzyżowania. Drogowskaz w prawo wskazuje Golub-Dobrzyń. Trasę tą pokonywałem już wielokrotnie samochodem. Na połataną nawierzchnię szosy rzucają cień stare drzewa, nadając jej niepowtarzalnego uroku. Rosły one tu „od zawsze”, także wtedy gdy zamiast asfaltu był tu tylko piaszczysty gościniec, chroniąc przed palącymi promieniami słońca zmęczonych podróżnych. Dziś są już stare, zmęczone życiem, coraz częściej padają ofiarą żywiołów. Kilka lat wcześniej kilka z nich powaliła wichura a droga była całkowicie nieprzejezdna. Czy w miejsce powalonych drzew posadzone zostaną nowe? Trudno powiedzieć, batalia zwolenników i przeciwników sadzenia drzew przy szosach trwa a każda ze stron ma swoje racje.

Nagle szosa skręca w lewo, spada w dół w małą dolinkę po czym równie gwałtownie znów zmienia kierunek, przy okazji wspinając się na przeciwległy brzeg zagłębienia. Miejsce zdradliwe. Znajomy miał tu kiedyś wypadek; nie zmieścił się samochodem w zakręcie, wypadł z drogi i wylądował na polu, koziołkując wcześniej kilka razy. Zanim zemdlał, zdążył wyszukać w zgliszczach telefon komórkowy i odmówić spotkania, na które był tego dnia umówiony. Zamiast zadzwonić po pomoc, przeprosił że nie dojedzie na wyznaczone spotkanie. Co się z nami dzieje?

Wreszcie dojeżdżam do miasta-a w zasadzie do dwóch miast, które połączone zostały w jedno w całkiem nieodległej przeszłości.

Samo miasto budzi we mnie dość mieszane uczucia. Ale przecież przyjechałem tu w innym celu.

dscn0298

Nad miastem bezsprzecznie góruje zamek. U jego podnóża, na dużym kampingu odbywa się zlot motocyklowy dla posiadaczy „jedynie słusznej marki motocykla”. Kiedyś podobały mi się takie zamknięte zloty, dziś uważam je za straszliwie nudne. Chyba zresztą nie tylko ja; kilku uczestników z piwem w ręku oparło się o płotek ogradzający kamping i odwróceni tyłem do całego zlotowiska odprowadzają tęsknym wzrokiem przejeżdżające motocykle, bynajmniej nie „jedynie słusznej marki”.

Sam zamek, mimo krzyżackiego pochodzenia, przypomina bardziej renesansową rezydencję magnacką, co sprawia że raczej średnio nadaje się na miejsce odpowiednie do rozgrywania średniowiecznych turniejów rycerskich.

dscn0299

Warownię wzniesiono na przełomie XIII i XIV wieku z inicjatywy komtura Konrada von Sacka, na miejscu wcześniejszego, drewniano – ziemnego założenia. Pierwotnie składała się ona z zamku wysokiego, wielkością odpowiadając obecnemu zamkowi. Wyposażona była w niezachowaną dziś jedną, wysoką, ośmioboczną wieżę. Później dobudowano przedzamcze z wieżyczkami, które nie zachowało się do czasów obecnych.

dscn0300

Budowę ukończono po 1330 roku. Zamek bezskutecznie oblegał Władysław Łokietek. W 1408 roku, w obliczu nadciągającej nieuchronnie wojny z Polską, zamek skontrolował sam wielki mistrz, Ulryk von Jungingen. Jak ocenił przygotowania warowni do wojny – nie wiadomo. W 1410 roku, na trzy miesiące przed bitwą grunwaldzką stan zaopatrzenia zamku golubskiego przedstawiał się następująco: wielka ilość żywności i nader skromne, żeby nie powiedzieć żenujące uzbrojenie. Jak liczna była załoga, nie wiadomo. Sądząc jednak po niewielkiej ilości broni, liczyć mogła kilku – kilkunastu braci zakonnych. Dlatego też nie dziwi fakt, że został on zdobyty latem 1410 roku przez wojska polskie, bez jakiegoś szczególnego wysiłku. Odbity został jednak już na jesieni przez przybyłych na odsiecz z Inflant Kawalerów Mieczowych. Dwanaście lat później wybucha wojna golubska. 20 sierpnia 1422 roku wojska polsko-litewskie zajmują Golub. Rozpoczyna się oblężenie zamku. Do akcji wkracza 14 ciężkich armat. 21 sierpnia rycerstwo polskie przystępuje do szturmu. Pada najpierw zamek niski, potem wysoki. Ginie 50 rycerzy zakonnych, 40 dostaje się do niewoli. Sam zamek doznaje bardzo poważnych uszkodzeń. Z rozkazu królewskiego zniszczony zostaje system umocnień, obalona zostaje wysoka wieża. Wkrótce po tym wojna skończyła się. Krzyżacy ponownie zajęli zamek, którego remont i odbudowa ciągnęły się do końca lat 40-tych XV wieku. W 1454 roku podczas wojny trzynastoletniej zamek bez walki przechodzi w ręce polskie. Krzyżacy jednak nie poddają się tak łatwo. W 1460 roku najemne wojska krzyżackie podstępem zajmują miasto, jednak sam zamek broniony jest przez dwa lata (!!!) przez wierne królowi załogę czeską dowodzoną przez Andrzeja Puszkarza. Dwa lata później miasto zajmuje czeski rotmistrz Ulryk Czerwonka, mianowany już wcześniej starostą. Od 1466 roku zamek pozostaje już w polskich rękach jako siedziba starostów.

W 1611 roku starostwo golubskie otrzymuje księżna Anna Wazówna, zapoczątkowująca epokę „damskich rządów”. To za jej czasów zamek przebudowano w stylu renesansowym. Mury zwieńczono attyką i ozdobiono sgraffitami. W narożnikach pojawiły się niewielkie, dwukondygnacyjne wieżyczki. Rozbudowana została frontowa przybudówka, stając się pałacykiem księżnej. Pojawiły się słynne „ogródki Jagiellonek”.

dscn0301

Później jednak coś poszło nie tak. W 1626 roku pierwszy raz zamek zajmują Szwedzi. W 1655 roku po raz kolejny, tym razem podczas „potopu”. Zamek zostaje zdewastowany. W połowie XVIII wieku w warowni stacjonują wojska rosyjskie. Po rozbiorach zamek zaczyna popadać w ruinę. W XIX wieku służy za magazyn, szkołę, budynek mieszkalny, obory, skład gnoju i więzienie. W 1817 roku w jednym ze skrzydeł zamkowych urządził sobie mieszkanie nadleśniczy, niejaki Rychter. Aby zaoszczędzić na opale zimą, porąbał i spalił w piecu… drewnianą galerię zamkową. W 1842 i później ponownie, w 1867 roku dochodzi do katastrof budowlanych. Zawaleniu ulegają renesansowe attyki niszcząc część sklepień.

W 1913 roku przeprowadzono inwentaryzację. Wybuch wojny przeszkodził jednak w dalszych pracach. W latach międzywojennych wyremontowano dachy i część pomieszczeń. Planowanego remontu generalnego nie udało się przeprowadzić. W czasie wojny, od 1941 roku aż do 1944 na zamku działał obóz szkoleniowy dla Hitlerjugend. W 1945 roku warownia została poważnie uszkodzona. W latach 1947-1953 zamek wstępnie wyremontowano. Przeprowadzono wówczas inwentaryzację oraz wysunięto propozycję odbudowy z przeznaczeniem na siedzibę władz. W 1960 roku narodziła się nowa koncepcja – na zamku powstanie hotel i instytucje kulturalne. Instytucje kulturalne z czasem zostały przeniesione do innych obiektów w mieście a na zamku w 1976 roku zorganizowano pierwszy nowożytny Międzynarodowy Turniej Rycerski.

Obecnie sława turniejów golubskich bardzo przygasła. Będąc pionierem można względnie łatwo zyskać sławę i renomę, ale także jeszcze szybciej ją stracić. Niemniej, warto pamiętać że to tutaj właśnie wskrzeszono tradycję średniowiecznych turniejów i to właśnie tu rozpoczął się rozwój współczesnych bractw rycerskich.

Ze wspaniałą tradycją kontrastuje przerażająca, żenująca wręcz ubogość oferty turystycznej. Jeszcze nie tak dawno do zwiedzania były tylko 4 komnaty, z których jedna tylko zachowała swój pierwotny, gotycki charakter. W żadnej nie zachowało się nic z oryginalnego wyposażenia. Dwie z nich były w zasadzie sklepem z pamiątkami. „Zwiedzanie” z przewodnikiem (za opłatą) zajmowało raptem kilkanaście minut. Dziś podobno jest lepiej. Warto będzie to sprawdzić przy najbliższej okazji.

Zamek ma swoją „białą damę”. Ma nią być oczywiście duch najznakomitszej starościny golubskiej i jednocześnie brodnickiej, księżnej Anny Wazówny. Przechadzać ma się ona nocami po komnatach i krużgankach, dopilnowując swojego starostwa. Inna opowieść mówi o tym, jak to duch księżnej Anny ukrytym przejściem miał wyprowadzić podczas potopu ze szwedzkiej niewoli wielu mieszkańców Golubia.

Sama postać księżnej Anny warta jest przypomnienia. Osoby niezwykłej, wyprzedzającej swe czasy o całe epoki, której imię zostało celowo i z premedytacją zatarte na kartach historii. Miała wielu potężnych i zajadłych wrogów, dla których była „omnibus scandalum”. Wytykano jej przede wszystkim „herezję”, czyli wyznanie luterańskie oraz „mieszanie się w sprawy państwowe, co kobiecie nie przystoi”.

Urodziła się w 17 a według nowego kalendarza 31 maja 1568 roku na zamku w szwedzkiej Eskilstunie. Jej matką była Katarzyna Jagiellonka, siostra Anny Jagiellonki i Zygmunta Augusta, córka Bony Sforza i Zygmunta Starego. Ojcem Anny był książę finlandzki, późniejszy król Szwecji, Jan III, drugi syn założyciela dynastii Wazów.

Sytuacja religijna była w jej rodzinie skomplikowana. Matka była katoliczką, ale „wahającą się”. Katoliccy fundamentaliści zarzucali jej przyjmowanie komunii pod dwoma postaciami. Ojciec, Jan III Waza pozostał przy wyznaniu luterańskim, chociaż, za pewne pod wpływem żony, opracował „Czerwoną Księgę”, w której zaproponował liturgię pośrednią pomiędzy obydwoma wyznaniami, co miałoby załagodzić konflikt pomiędzy katolikami a protestantami.

Anna, wraz z bratem Zygmuntem, wychowana została w duchu katolickim. Zygmunt pozostał przy tym wyznaniu, zaś Anna stopniowo konwertowała do wiary luterańskiej. Legenda głosi, że stało się to przy łożu konającej matki, królowej Katarzyny, gdy Anna miała 15 lat. Nie pasuje to jednak zupełnie do księżniczki, która niczego nie robiła pochopnie. Jej konwersja poprzedzona była głębokimi studiami i przemyśleniami. Ta przemiana zaważyła później na jej losach, ale nie uprzedzajmy faktów.

Księżniczka Anna była przedmiotem wielokrotnych planów matrymonialnych, które jednak z różnych powodów nie doszły do skutku; w jednym przypadku miała już nawet ustaloną datę ślubu na 10 kwietnia 1598 roku, otrzymała posag…  Z przyczyn politycznych nic z tego nie wyszło i Anna pozostała do końca życia niezamężna.

12 grudnia 1586 roku umiera niespodziewanie król polski, Stefan Batory a w niecały rok później jego następcą wybrany zostaje brat księżnej Anny, Zygmunt. W miesiąc później, wraz z nowym królem, przybywa ze Szwecji młoda, niespełna 19-letnia księżniczka Anna, aby służyć młodemu monarsze radą i pomocą, w przeciwieństwie bowiem do niego posiadała dobry zmysł polityczny, była inteligentna i uparta.

W 1592 roku królową Polski zostaje Anna Austriaczka, którą można określić jako fanatyczną katoliczkę, pod koroną noszącą moherowy beret. Rozpoczęły się pałacowe intrygi, do tego doszła niechęć kleru, któremu nie w smak było „tolerowanie” na Wawelu „heretyczki”, jak przezywano księżną Annę Wazównę.

W latach 1595-1598 jeszcze kilkukrotnie odwiedzała rodzinną Szwecję, gdzie zamieszkiwała wówczas na zamku Stegeborg. Jednak w 1599 roku Zygmunt ostatecznie traci koronę szwedzką, która otrzymał zaledwie pięć lat wcześniej, w dużej mierze dzięki staraniom siostry. Anna musi opuścić swoją ojczyznę na zawsze.

W 1604 roku Zygmunt nadał Annie starostwo brodnickie a od 1611 roku także golubskie, którymi administrowała aż do swojej śmierci. Oprócz normalnego administrowania powierzonymi dobrami, tereny jej podległe stały się azylem dla innowierców, prawdziwą przystanią dla osób prześladowanych na tle religijnym. A nadmienić trzeba, że był to okres kontrreformacji, czasy ogólnie dla innowierców niewesołe. Kler wykorzystywał ciemnotę i zabobon prostych ludzi do umacniania nienawiści do innowierców, tym sposobem pozbywając się konkurencji dla swego produktu o nazwie „zbawienie”. Co jakiś czas wybuchały tzw. tumulty, podczas których tłum niszczył zbory ewangelickie, demolował cmentarze i bezcześcił zwłoki protestantów (przy okazji ograbiając je z kosztowności), zazwyczaj korzystając z bezkarności. W starostwie brodnickim i golubskim takie problemy były nieznane; katolicy i protestanci żyli w pokojowej, chociaż chwiejnej, koegzystencji. Sama księżna nie faworyzowała nikogo ze względu na wiarę i wysokie urzędy w podległych jej urzędach pełnili zarówno protestanci jak i katolicy.

***

Prawdziwą pasją księżnej Anny była nauka.

Sama księżna była osobą bardzo wykształconą. Władała biegle pięcioma językami, w tym tzw. wysoką łaciną, której znajomością w ówczesnej Europie mogło poszczycić się naprawdę wąskie grono osób. Znała się na muzyce i teologii i do historii przeszły jej uczone dysputy z innymi teologami.

Jednak prawdziwą pasją księżniczki były botanika i ziołolecznictwo. Słynne stały się ogrody przy zamkach w Golubiu i Brodnicy, w których uprawiała rośliny lecznicze. Zamiłowanie to odziedziczyła zresztą po matce, która również uprawiała w Szwecji swój ogród. Anna rozwinęła jednak tą pasję. Jest autorką zielnika roślin leczniczych. Korespondowała z wieloma uczonymi, ludzie nauki byli częstymi gośćmi na jej dworze. W jednej z sal zamku golubskiego urządziła sobie nawet pracownię-laboratorium, w którym z ziół przygotowywała leki, stosowane później przez jej dwór i okolicznych mieszkańców-a epidemie nie były wówczas rzadkością. Można rzec, że była pierwszą polską chemiczką-aptekarką. To jej przypisuje się wyhodowanie pierwszych w Polsce sadzonek tytoniu z nasion przywiezionych z Turcji – wówczas traktowanego jako roślina lecznicza.

Dzielnie wspierała naukę polską. To dzięki jej staraniom i finansowemu wsparciu ukazała się drukiem obszerna praca polskiego botanika i lekarza, Szymona Syreńskiego, lepiej znanego pod imieniem Syreniusza, nad którą pracował ponad 30 lat. „Zielnik” zawiera 1584 i liczne ilustracje. Jest najwybitniejszym dziełem botanicznym polskiego renesansu. Do dziś zachowało się prawdopodobnie co najmniej 119 egzemplarzy z pierwotnego nakładu, liczącego około 1000 sztuk. Książka była powszechnie cytowana aż do XIX wieku, kiedy to utraciła znaczenie naukowe. „Zielnik” przełożony był również na język rosyjski. Warto nadmienić, że Syreniusz na wiele lat przed Linneuszem dostrzegł potrzebę wprowadzenia systematyki roślin. „Katalog roślin” Gabriela  Joanickiego  to inne dzieło, które nie ukazałoby się drukiem, gdyby nie finansowe wsparcie księżnej Anny.

dscn0302

Z Golubia-Dobrzynia wyruszam najkrótszą droga do Brodnicy. Stara, mocno połatana droga wiedzie przez las. Mam takie przeczucie, że korzystano z niej również w czasach księżnej Anny. Pierwsze, co rzuca się w oczy to ośmiokątna wieża dawnego zamku krzyżackiego.

dscn0306

Zamek powstał u progu XIV stulecia w miejscu starszej warowni drewniano-ziemnej. Budowano go w kilku etapach aż do 1415 roku. Zamek oblegany był wielokrotnie (czasem nawet skutecznie) przez wojska polskie, litewskie, szwedzkie, francuskie, rosyjskie i niemieckie. Pierwszy raz pod zamkiem pojawił się Władysław Łokietek z litewskim księciem Giedyminem w 1330 roku. Jednak ich działanie ograniczyło się do postawienia załogi zamku w stan gotowości, bowiem nie posiadali na swoim wyposażeniu odpowiedniego sprzętu oblężniczego a żołnierze koniecznego doświadczenia w zdobywaniu takich umocnień. Twierdza padła po raz pierwszy dopiero w 1410 roku, po zaciekłych walkach, by ponownie, trzy lata później, znów dostać się w ręce krzyżackie. Widmo kolejnej wojny z Polską spowodowało zwiększenie nakładów na jej uzbrojenie i wyposażenie. Zamek przeszedł ostatecznie pod polskie panowanie w 1466 roku, chociaż załoga czeska opuściła zamek dopiero w 1479 roku, gdyż Krzyżacy zalegali z żołdem. Od tego czasu aż do rozbiorów zamek był siedzibą starosty. Najprężniej region rozwijał się za panowania Anny Wazówny; po jej śmierci region nawiedziły wojny, które zrujnowały gospodarkę.

W czasach rozbiorów władze pruskie nakazały rozbiórkę zamku. Została ona powstrzymana dopiero w roku 1842, gdy z twierdzy pozostała już tylko wieża i zasypane piwnice.

dscn0307

Na przedzamczu znajduje się, zachowany do dziś, pałacyk starościny, księżnej Anny Wazówny.

Pod bramą Chełmińską (Kamienną):

dscn0303

dscn0304

dscn0305

 Ostatnie kilka lat życia królewny związane jest nierozerwalnie z Brodnicą. Czas ten to nieustanne kłopoty zdrowotne. Księżna skarżyła się na gorączkę, katar, brak apetytu, katar, zaparcia, kłopoty z sercem, zawroty głowy. Nie mogła spać z powodu napadów kaszlu, wstawać z łóżka ani chodzić. Organizm jej był wycieńczony chorobą, którą jednak dzielnie znosiła. Do tego doszły bóle w klatce piersiowej i kłopoty z oddychaniem. Tak ciężkie problemy rozpoczęły się około 1620 roku i pogorszyły jeszcze bardziej w 1624 roku. Specjalnie przysyłani przez króla do Brodnicy medycy wyrażali głębokie obawy o życie królewny. Szczególnie że księżna bardzo niechętnie poddawała się proponowanym przez nich terapiom, wiedząc doskonale, że potrafią one uśmiercić pacjenta szybciej i skuteczniej niż sama choroba.

Jak poważne były to kłopoty, okazało się dopiero w 1994 roku, podczas ekshumacji doczesnych szczątków księżnej. Odnalezione w krypcie kości wykazują silną deformację kręgosłupa, (lekka skolioza prawostronna pierwszych kręgów piersiowych, która na wysokości kręgów 8 i 9 przechodzi w gwałtowne zgięcie kręgosłupa w lewą stronę pod kątem 90 stopni) niewidoczna na obrazach, zapewne maskowana ówczesnymi strojami, jednak z pewnością bardzo bolesna i uciążliwa dla chorej. Wspomniane badania antropologiczne wykazały, że Anna Wazówna cierpiała również na rzadko spotykaną i nie do końca poznaną chorobę- impressio basillaris, tzn. wgniecenie podstawy czaszki, rozpoznaną dopiero w 1939 r. dzięki badaniom radiologicznym. Jeszcze dzisiaj jej rozpoznanie jest nadzwyczaj trudne przez wieloletni,  bezobjawowy przebieg. Choroba manifestuje się m. in. zniekształceniami kośćca( stwierdzonego u królewny), powodujące wspomnianą asymetrię twarzy oraz skrócenie szyi i wysokie ustawienie łopatek dodatkowo występuje pochylenie głowy lekko w lewą stronę i ku przodowi. Wynikające z tego powodu wady postawy były z pewnością starannie korygowane przez odpowiedni strój. Zaostrzenie przebiegu choroby następuje jako następstwo zakłócenia i tak już chwiejnej równowagi organizmu, z reguły wskutek urazu, bądź ostrej infekcji- taką mogła być ospa szalejąca Polsce w 1625 r., po przejściu której królewna już nigdy nie wróciła do zdrowia.

Ostatni list z Brodnicy został wysłany przez księżną Annę 4 grudnia 1624 roku. Pisała w nim o szalejącej w mieście dżumie. Zmarła 6 lutego 1625 roku, przeżywszy 57 lat, niewykluczone że bezpośrednią przyczyną śmierci była wspomniana wcześniej zaraza.

***

Jednak to nie koniec historii. Księżna zmarła wszak jako protestantka. Co prawda, otoczona do ostatniej chwili przez księży katolickich, jednak wyspowiadała się u swojego luterańskiego duchownego, niejakiego Andrzeja Babskiego.

Po jej śmierci rozgorzała walka o „właściwy wizerunek zmarłej” pomiędzy królem, dworem, królową Konstancją i nuncjuszem papieskim z jednej strony a protestantami z drugiej. Król chciał uniknąć możliwych problemów z pochowaniem ukochanej siostry, której jako „heretyczce” katolicy odmówią pogrzebu. Jego otoczenie pragnęło ze wszystkich sił nie dopuścić do powstania wzoru cnót do naśladowania dla innych „heretyków”. Protestanci zaś walczyli o moralny przykład dla następnych pokoleń.

Stało się, jak król przewidywał. Księżnej odmówiono pogrzebu na Wawelu, w krypcie Wazów. Nie zapomniano zapewne jej „heretyckich śpiewów” w katedrze wawelskiej, za co nawet grożono Zygmuntowi klątwą. Co teraz? Ciało jej złożone zostało w trumnie, prawdopodobnie zabalsamowane (rzecz dość powszechna w tamtych czasach) i zamknięte w niewielkim pomieszczeniu w piwnicach zamku brodnickiego. Prawdopodobnie, sądząc z opisów, pomieszczenie to zostało niedawno odkryte. Obyła się ceremonia pogrzebowa, jednak godna starościny a nie księżnej, po czym drzwi od lochu zamknięto na klucz. Z właściwym pogrzebem najwyraźniej postanowiono poczekać na właściwy moment, jednak Zygmuntowi nie udało się z tym uporać przez kolejne siedem lat, aż do śmierci. Podobno słał on listy do Watykanu z prośbą o specjalną dyspensę dla księżnej i możliwość pochowania jej na Wawelu. Listów tych jednakże nie odnaleziono. Można by się zastanawiać, co stałoby się, gdyby taką dyspensę jednak otrzymał? Czy zdecydowałby się na transport zwłok siostry z Brodnicy do Krakowa wiedząc o panujących w wielu regionach Rzeczpospolitej nastrojach religijnych? W samym Krakowie często dochodziło do ataków na kondukty pogrzebowe innowierców, do tego stopnia, że pogrzeby zaczęły się odbywać w nocy? Czy banda troglodytów powstrzymałaby się od zbezczeszczenia zwłok tylko dlatego, że należą do księżnej?

Tymczasem w Brodnicy zaczęły się „porządki”. Nową starościną została królowa Konstancja, druga żona Zygmunta. Z zapałem godnym lepszej sprawy wzięła się za niszczenie „gniazda heretyków” w Brodnicy. Akcja rozpoczęła się zaraz po tym, jak księżna wydała ostatnie tchnienie. Pierwszą ofiarą stał się ostatni spowiednik księżnej Anny, Andrzej Babski. Oskarżony został o zagarnięcie skarbu zmarłej. A to był takowy?

Okazuje się, że był; stanowiła okazała kolekcja klejnotów o wartości szacowanej wówczas na około 200 000 talarów. Część z nich księżna odziedziczyła po matce, Katarzynie Jagiellonce, część pochodziła prawdopodobnie od ciotki, Anny Jagiellonki. W każdym razie księżna Anna nie była zbytnio z nim związana o czym świadczy pewna historia, która jest gotowym scenariuszem dla filmu sensacyjnego.

W styczniu 1606 roku przybył do Krakowa sekretarz cara moskiewskiego, Dymitra Samozwańca. Car znany był z zamiłowania do błyskotek, przeto nie dziwnym było, iż wysłannik ogłosił chęć zakupu nowych klejnotów. Każdy chętny miał się stawić w Moskwie celem dokonania transakcji. Na wieść o tym wyruszyli do Rosji kupcy z całej Europy, nawet z Mediolanu. Z tej okazji postanowiła skorzystać także księżna Anna, jednak jako siostra króla nie mogła tego zrobić nawet w sposób poufny. Po co były potrzebne księżnej pieniądze – nie wiadomo; być może, jak pisano później, chodziło o przyrodniczą pasję królewny. W każdym razie wydzieliła ze skarbu część odpowiadającą wartości 70 000 zł i powierzyła zaufanemu człowiekowi, niejakiemu Niemojewskiemu, celem potajemnej sprzedaży. W marcu Niemojewski wyruszył do Moskwy w towarzystwie 15 osób, zabierając także własne klejnoty na sprzedaż. W okolicach Orszy dołączył do orszaku ślubnego Maryny Mniszchówny i jej ojca, wojewody sandomierskiego. Maryna była świeżo poślubioną żoną cara Dymitra a na jej ślubie w Krakowie była obecna księżna Anna. Cara zastępował podczas tej ceremonii jego specjalny wysłannik. W Moskwie Niemojewski został przyjęty jako jeden z gości weselnych. Jednak już wtedy zauważył tam wyraźne nastroje antypolskie i antycarskie. Car nic sobie z tego nie robił. Na audiencji, jak wspomina Niemojewski, car rozmawiał długo, chętnie i miło; obejrzał klejnoty i zaproponował, że w ramach wyceny zatrzyma je u siebie. Niemojewski przystał na to. Car jednak długo nie nacieszył się nimi, gdyż jak wspomina pamiętnik, osiem godzin później już nie żył z gardłem poderżniętym przez własnych poddanych. Zamieszki moskiewskie nie oszczędziły także gości. Niemojewski przeżył, jednak dostał się do dwuletniej niewoli. Przez ten czas nie było o nim żadnych wieści. Okazało się jednak, że specjalny wysłannik księżnej nie tylko wyszedł z tej opresji cało, ale i klejnoty księżnej zwrócił. Początkowo sam upominał się o nie w Moskwie, potem do akcji włączył się również król i tym sposobem car Wasyl Szujski wydał klejnoty wraz ze stosownym kwitem, aby niczego nie brakowało. Kwit ten dołączył Niemojewski do swoich pamiętników i dzięki temu wiemy, co zawierał skarb księżnej.

Jednak w chwili śmierci księżnej skarbu już nie było. Pozostał za to inny, który można podziwiać z wieży zamku krzyżackiego w Brodnicy oraz okien zamku w Golubiu-to przecudne krajobrazy pojezierza, umiłowane przez księżną Annę. Azyl tolerancji religijnej, zbudowany przez księżną Annę, przestał istnieć. Pozostali ludzie, którzy zostali pozbawieni opieki księżnej, na którą zawsze mogli liczyć. Do dziś zachowała się bogata korespondencja księżniczki Anny, w której wstawia się za zwykłymi, prostymi ludźmi, prosząc osoby władne o pomoc i opiekę.

Koniec końców Andrzejowi Babskiemu nie udowodniono kradzieży i ukrycia kosztowności zmarłej księżnej. Oskarżono go zatem o kradzież duszy księżniczki; spędził osiem tygodni w lochu, jego dobra zostały skonfiskowane. Następnie został wygnany z miasta.

Z rozkazu Konstancji powołano w Brodnicy specjalną komisję, której celem było zniszczenie swobód protestanckich w tym mieście. Wszyscy protestanci zostali pozbawieni stanowisk. Kaznodzieja Stanisław Topolski został wypędzony. Osoby wysokie rangą, w tym także duchowni protestanccy, zostali wtrąceni do więzienia. Uzbrojeni ludzie, dziś powiedzielibyśmy: „nieznani sprawcy” napadli na miasto i wynieśli z sali służącej do tej pory protestantom do odprawiania nabożeństw i skradli przedmioty sakralne, które zanieśli do katolickiego kościoła farnego. Z samej sali zrobiono targowisko dla szewców i piekarzy, co publicznie kazano ogłosić duchownemu protestanckiemu. Zniknął dzwon, który potem przypadkowo odnalazł się w farze. Komisja działała aż do 15 marca 1628 roku, po czym dokonała samorozwiązania. Jednak nie oznacza to wcale, że skończył się w mieście katolicki terror. W 1631 roku Konstancja znów groziła wysłaniem do Brodnicy specjalnej komisji i tylko jej śmierć przeszkodziła tym zamiarom. Po Konstancji rządy w Brodnicy objęła Anna Katarzyna Konstancja a po niej Cecylia Renata – obie katoliczki do szpiku kości.

Dopiero w roku 1646 roku król Władysław IV wydał przywilej dla protestantów, jednak było już za późno. Reformacja w Polsce została zdławiona a na placu boju pozostał triumfujący kler z jezuitami na czele. Kij ma jednak dwa końce. Ustał dialog religijny, nastąpił marazm.

***

W nocy z 5 na 6 listopada 1629 roku w Brodnicy panował zamęt. Po ponad rocznej okupacji wojska szwedzkie opuszczały miasto. Nadciągali zwycięzcy. Rozgardiasz sprzyjał aktom nie do pomyślenia podczas pokoju. Tym niemniej stało się.  Grobowiec księżnej został splądrowany a ciało sprofanowane.

Zachowała się korespondencja na ten temat pomiędzy Kanclerzem Rzeczypospolitej Jakubem Zadzikiem a Kanclerzem Królestwa Szwecji, Axelem Oxenstiernem. Strona polska obwinia o ten haniebny czyn stronę szwedzką, strona szwedzka zaś ripostuje, że zamek złupili także polscy dragoni i kozacy, że grabieże grobowców innowierców to polska domena (nawiązując do tzw. „tumultów”, które rzeczywiście zdarzały się w Rzeczypospolitej owego okresu) oraz że gdyby nie zwlekanie latami z pochówkiem ciała księżniczki, problemu by dziś nie było. Zobowiązuje się także do surowego ukarania sprawcy zbezczeszczenia grobu księżniczki – krewniaczki, w razie gdyby takowy został ujawniony wśród żołnierzy szwedzkich i na tym sprawa się zamyka. Problemem było także ustalenie, co tak w zasadzie zginęło z trumny księżnej Anny; sprawa wstydliwa ale jednak prawdziwa: otóż okazało się, że nie wiadomo, jakie klejnoty miała na sobie królewna a określenie: „(…)skradziono klejnot albo dwa(..)” nie ułatwia zadania.

Wiele lat później sztokholmski archiwariusz katedry w Uppsali odnalazł piękną bransoletę o niejasnym pochodzeniu. Wykonana została z czterech złotych blaszek spiętych razem ogniwkami. Długie na około cal i szerokie na 4/10 cala płytki pomalowane były białą i ciemnoniebieską emalią. Na pierwszej z nich znajdował się snopek ze złota na białej ukośnej belce. Na drugiej znajdowały się szwedzkie trzy korony-symbol Królestwa Szwecji. Trzecią zdobiło wyobrażenie lwa-symbol dynastii Wazów. Na czwartej zaś, pod stylizowaną koroną  znajdowały się litery: APS – Anna Princeps Sveciae czyli Anna Księżniczka Szwedzka, oficjalnie tytuł księżnej Anny.

***

W szwedzkim starodruku z 1642 roku czytamy, że król Gustaw Adolf nosił się z zamiarem pochowania, bądź co bądź, swojej krewniaczki, księżnej Anny w katedrze w Uppsali u boku jej ojca, Jana III, o czym strona polska miała być poinformowana. Jednak nie została ona zrealizowana wówczas, gdy była jak najbardziej możliwa do wykonania, czyli gdy wojska szwedzkie stacjonowały w Brodnicy. Starodruk ten to taka próba usprawiedliwienia się, wyjaśnienia… Na dodatek 6 lat po ostatecznym załatwieniu sprawy.

16 lipca 1636 roku bowiem, ciało księżnej Anny spoczęło w Toruniu, w obecnym kościele NP. Marii, który wówczas był zborem ewangelickim. W samym Toruniu przełomu XVI i XVII egzystowali obok siebie w chwiejnej, ale jednak jakiejś równowadze protestanci i katolicy. Dokonał się dzięki bratankowi księżnej, królowi Władysławowi IV, który przejął tron po śmierci Zygmunta. Pogrzeb odbył się z rozmachem;  król wykorzystał go do celów propagandowych, bowiem niedaleko, w Sztumskiej Wsi, odbywały się rokowania pokojowe po sześcioletnim rozejmie po wojnie polsko-szwedzkiej z lat 1626-29. Król pokazał, że potrafi dokończyć sprawy, których przez tyle lat  nie potrafili rozwiązać ani Zygmunt, ani Gustaw Adolf. Poza tym, w kwestiach wiary jest dużo bardziej tolerancyjny, niż  jego poprzednik. Sam król nie brał jednak udziału w toruńskich uroczystościach pogrzebowych, bojąc się niezadowolenia Watykanu; w tym samym czasie brał udział w konsekracji katedry wileńskiej. Reprezentował go książę Krzysztof Radziwiłł.  Na pogrzeb przyjechały najznamienitsze rody protestanckie Rzeczypospolitej. Cała trasa przemarszu konduktu została odpowiednio udekorowana. Wóz z trumną księżnej przystrojono na biało, zaprzężono w sześć białych koni. Obok wozu, trzymając obrzeże nakrycia, kroczyły 24 panny, ubrane na biało. Towarzyszyło im 30 młodzieńców z białymi świecami, także w białych strojach. Obok nich wartę honorową tworzyło kilku szlachciców. Sam kościół również przybrano na biało. W Toruniu rozdzwoniły się dzwony wszystkich świątyń ewangelickich; po pewnym czasie dołączył do nich potężny dzwon katedry św. Janów. Mowy pogrzebowe wygłosili: Piotr Zimmermann, rektor słynnego Gimnazjum Akademickiego oraz Paweł Orlicz, „mąż najszlachetniejszy i rzadkiej wymowy”. Dzwony znów się odezwały, po czym najznamienitsi umieścili trumnę w grobowcu a później zawieszono koronę nad marmurowym grobowcem królewny. Wreszcie, na zakończenie uroczystości, książę Krzysztof Radziwiłł zaprosił zebranych gości na stypę do ratusza. Szczegółową relację znamy z łacińskiego starodruku z 1636 roku, zgodnego z innymi przekazami kronikarskimi.

DSC_7493

Jezuici nie byliby sobą, gdyby nie wydali własnej „relacji” z tego wydarzenia. Pomijając już szczegół, że dla Władysława IV księżna Anna Wazówna nie była „stryjenką” tylko ciotką, sam tekst doskonale oddaje uczucia, jakie żywili do niej zakonnicy: „(…) ponieważ zmarła jako heretyczka, dlatego przez heretyków obyczajem heretyckim pochowana została w Toruniu (…)”. Z tekstu dowiadujemy się o „cudach”, jakie to w przeddzień pogrzebu miały się wydarzyć za sprawą „gniewu niebios”: „(…)i w Toruniu błyskawice piorunów i grzmoty wszystko wypełniały. W Gdańsku zaś uderzenie pioruna w tym czasie, tejże nocy i godziny świątynię Św. Jakuba razem z połączonym z nią szpitalem zniszczyło. W Królewcu zaś, gdy uderzenie pioruna dotknęło tę wieżę, w której prochy piorunujące i armatnie były przechowywane, ogień wznieciwszy, więcej niż 180 kamienic po części przewróciło, po części rozrzuciło, po części zerwawszy dachy straszliwie zniekształciło. W zamku wszystkie okna z wyjątkiem dwóch zostały wstrząśnięte, zamki z opraw wyrwane i bramy otwarte. Od dawna większa klęska nadchodziła na Królewiec, skoro w miejscu sąsiednim owa materia zapalając się nie sama z siebie, lecz za zrządzeniem Boga tak się zwróciła. W licznych innych miejscach Prus podobne grzmoty l błyskawice działy się tej nocy(…)”, (…)wielcy wrogowie świętych relikwii tworzyli sobie nowe bardzo próżne relikwie zasługując sobie na karę bożą(..)”.

„Ciemny lud wszystko kupi”, jak powiedziałby współczesny „klasyk”. Skąd ten straszny ból czterech liter u jezuitów, że trzeba było uciekać się aż do tak prostackich metod, by zniesławić imię księżnej w oczach zwykłych ludzi? No cóż, była to swoista „zemsta” za nieudane próby nawrócenia księżniczki. Wraz z jej śmiercią rozpoczął się żmudny proces zacierania pamięci o niej. W końcu XVII wieku zanotowano informację o przeciekającym dachu nad „szwedzką kaplicą”. W roku 1724, po przejęciu kościoła przez bernardynów, nie zadbano o jego dobrą kondycję. Pozostawiono go bez zmian, mimo iż dokonywano ich w całym kościele. Postawiono za to nowy ołtarz, który przysłonił i przyćmił optycznie grób księżnej, sam zaś nagrobek zasłonięto drewnianymi drzwiami. Pierwszej konserwacji pomnika dokonano dopiero w XIX wieku.

DSC_7495

Historia to nie tylko suche daty, jak mogło by się wydawać, patrząc przez pryzmat szkolnego nauczania. To wydarzenia rozgrywające się w pewnym kontekście, dotykające konkretnych ludzi. Patrząc w ten sposób na czasy księżnej Anny Wazówny i widząc to, co się obecnie dzieje w Polsce, można by rzec: ależ to wszystko przecież już było…

Czerwiec 2010