Month: Grudzień 2019

Półokrągła rocznica

img20191231_18194791

Jakby nie patrzeć, znów mamy koniec roku. Nie jestem osobą przesądną i nie przywiązuję również specjalnej wagi do dat, szczególnie tych umownych – jak Nowy Rok. Tak się to jednak jakoś dziwnie złożyło, że mija również pięć lat od ukazania się pierwszego wpisu na tej stronie. A że będąc ludźmi mamy dziwną skłonność do świętowania rocznic, więc i ja postanowiłem z tej okazji otworzyć pół flaszki wina (chyba nawet mam gdzieś taką butelkę) oraz skreślić szybko kilka słów od siebie i wykorzystać sposobność do wypowiedzenia się na pewne sprawy, na które w innym przypadku trudno byłoby mi znaleźć okazję. A jest kilka rzeczy które powinienem jednak wyjaśnić.

img20191231_18184018

Strona powstała w październiku 2014 roku ale pierwszy wpis pojawił się na niej dopiero w listopadzie – tyle bowiem czasu zajęło mi przeredagowanie go. Albo raczej ich, bo to był cały zbiór tekstów… Nie ma rady; konieczne jest zrobienie wyjaśnienia do wyjaśnienia 😉

To był bardzo dziwny okres. Pierwsze teksty, które się tu pojawiły, pochodziły z likwidowanej wtedy internetowej „Czytelni Motocyklowej”, książki „Gawędy Motocyklowe” oraz kwartalnika „Swoimi Drogami” który właśnie wówczas miał ukazać się po raz ostatni. Są tu też artykuły które powstały pierwotnie dla „Chopper Magazin”. Wreszcie kilka tekstów przeniesionych zostało żywcem z mojej poprzedniej strony, która cierpiała na pewien „kryzys tożsamości”. To znaczy miała niby wszystko co potrzeba, czyli całkiem niezłą liczbę wpisów, odwiedzin i komentujących. Problem polegał na tym, że to zupełnie nie było to o co mi chodziło a jej prowadzenie w pewnym momencie przestało sprawiać mi jakąkolwiek przyjemność. Trzeba było podjąć „męską decyzję” i postawić sprawę jasno: dotychczasowa formuła się wyczerpała, zapał wygasł. Skoro tyle wartościowych rzeczy się kończy, to równie dobrze może i ta strona. Zlikwidowałem ją, w międzyczasie tworząc obecną, która miała pierwotnie służyć wyłącznie jako archiwum moich tekstów. Nie żebym uważał je za jakieś szczególnie ważne dla ludzkości, jednak fajnie byłoby je gdzieś zebrać do kupy i umieścić w jednym miejscu, żeby były „pod ręką”. Szczególnie że jednak trochę się przy nich człowiek narobił. Tak właśnie powstała ta strona.

Jak się okazało, na tym się nie skończyło. Kilka lat pisania spowodowało, że tej skrobaniny zaczęło mi brakować. Powstawały kolejne teksty, zwykle wycieczkowo – podróżnicze. Na tym bowiem etapie uważałem, że wypady na motocyklu (a zwłaszcza te dalsze) to coś wyjątkowo ważnego, że jest to wręcz kwintesencja posiadania motocykla. A i ja się w tym nieźle czułem, szczególnie że miałem do tego podróżowania całkiem dobrą okazję.

Jednak to też nie było to. Znów wypadałoby cofnąć się w czasie. To musiało być gdzieś na początku lat dwutysięcznych. W czasach, gdy do Internetu trzeba się było dodzwonić a „dowożenie go na dyskietkach” z wydziału, który miał do jego zasobów nieograniczony i w miarę szybki dostęp wcale nie było głupim pomysłem. Wówczas właśnie natknąłem się na pewną stronę. Prowadził ją amerykański motocyklista, fotograf i grafik w jednym. Wpisy Jego były krótkie, zwięzłe, opatrzone wspaniałymi zdjęciami oraz rysunkami, na których uwieczniał „motocyklowe życie” we wszelkich jego przejawach. Prosto, zwięźle i na temat. Pamiętam że byłem tą stroną zafascynowany, było to bowiem coś zupełnie innego niż strony, które widziałem dotychczas. Do tego stopnia, że na zaliczenie jakichś nudnych zajęć z HTMLa zbudowałem prostą stronkę w takim stylu. No dobrze, nie taką. HTML nie dawał mi takich możliwości, na dodatek nie dysponowałem wówczas nawet namiastką sprzętu fotograficznego którego używał tamten artysta. Zdolności i doświadczenie też nie te. Na dodatek motocykl w proszku. Zaliczenie jednak uzyskałem. Poza tym nabrałem przeświadczenia, że często użycie mniejszej ilości środków (zdjęć i tekstu) daje dużo lepsze efekty.

img20191231_18194791

Wróćmy do współczesności. W którymś momencie zauważyłem ze zdumieniem, że tematyka tej strony zaczyna się zmieniać. Z wycieczkowo – podróżniczej zaczyna uciekać w coś, co nazwałbym „klimatami okołomotocyklowymi”. Pojawili się „Jeźdźcy PeeReLu”, cztery opowiadania które były pewnym katharsis. Ktoś mnie pytał, czy te historie naprawdę się wydarzyły. Tak, wydarzyły się naprawdę, chociaż może niedokładnie tak, jak zostały przedstawione, bowiem większości uczestników tamtych wydarzeń dziś już wśród nas nie ma i w związku z tym nie sposób ustalić ich dokładny, rzeczywisty przebieg. Pojawiło się opowiadanie fantastyczne „A.D. 2063” – jak dotąd tylko dwie części, bowiem jego rozmiar mnie przytłoczył i brak mi czasu aby to wszystko jakoś ogarnąć. Tak naprawdę to na kartkach mojego staromodnego notatnika są jeszcze dwa kolejne… Tylko znów ten czas.

Wpisy stały się krótsze ale za to częstsze. Coś za coś. Wiem, brzmi to trochę jak: „piję dużo ale za to często”. Tak na serio to w sumie jednak chyba pozytyw. Nie tylko ja zwróciłem uwagę na to, że niewielu osobom chce się czytać długie elaboraty w Internecie. Ideałem byłoby, gdyby taki wpis pojawiał się przynajmniej raz na tydzień i do takiego stanu będę dążył. Nie żeby „mus” ale dołożenie sobie w tygodniu jakiegoś stałego punktu pozwala efektywniej zarządzać czasem. A efektywniejsze zarządzanie czasem to w sumie więcej czasu. Fajnie by było, gdyby te wpisy jakoś tematycznie rozplanować – to również w przyszłym roku będę próbował jakoś rozwiązać. Wiem że kategorii zrobiło się sporo, ale to może też dobrze. W końcu, jak mawiała Babcia mojego Kolegi: „przy jednej dziurze to i kot by zdechł” – zdaje mi się jednak, że miała coś zupełnie innego na myśli 😉

Fanpejdża nie ma i nie będzie (przynajmniej na razie). Tak, wiem – nie ma Cię na Fejsbuku to nie istniejesz. Niespecjalnie mi jednak zależy na nagłośnieniu faktu istnienia tej strony. Pomijając już całkowicie hobbistyczny jej charakter, już samo to że jak dotąd nie udało mi się natknąć na podobną, raczej słabo wróży jej popularności. Trudno. Pogodziłem się już z tym, że nie będę drugim Martyniukiem. Ani Pendereckim 😉  Nie będzie też raczej filmów – nie ma takich planów.

Nie oznacza to w żadnym razie, że nie będzie żadnych zmian. WordPress jakiś czas temu dokonał pewnych zmian w skryptach i w efekcie starsza część strony stała się nieedytowalna. Niestety, ale jedyna możliwość poprawienia tego będzie polegała na usunięciu dwóch podstron i przesunięcia ich zawartości w inne miejsce. Tak więc bez paniki gdy zauważycie że coś znikło; to nie Internety cenzurujo tylko następuje odnowa.

Tymczasem to by było na tyle. Ponieważ jest to ostatni, wpis w tym roku, na dodatek sylwestrowy, więc pijcie nie za dużo ale i nie za mało i bawcie się niegrzecznie.

Kolejny taki tekst pojawi się tu zapewne nie wcześniej niż za następne pięć lat.

O książce „Biblia turystyki motocyklowej”

DSC_0287

Święta i związany z tym czas nieudanych prezentów mamy już jakby za sobą, pora zatem na opisanie pewnej książki. Nie, nie znalazłem jej pod choinką, zakupiłem ją sam z własnej i nieprzymuszonej woli. Być może powinienem był dokonać jej opisu wcześniej, jednak nie zrobiłem tego z kilku powodów. Jednym z nich była próba „dania szansy” tej pozycji. Przeczytałem ją w sumie trzykrotnie, przy czym moje zdanie na jej temat nie uległo zmianie. Tylko opis zrobił się nieco bardziej „dyplomatyczny”.

Zacznę jednak może przekornie od tego, co mi się w tej książce podoba.

Otóż bardzo trafnie dobrano jej tytuł.

„Święta księga”, jaka by ona nie była, zakłada istnienie pewnych dogmatów, czyli twierdzeń których wyjaśniać nie trzeba. Ba, nawet nie wolno. Są i już. Autor ma ich kilka i się z tym nie kryje, czując się w temacie turystyki motocyklowej i samego, szeroko pojmowanego motocyklizmu, może nie mesjaszem ale zapewne skromnym papieżem. Do tego stopnia że na kartach książki pada tekst o odróżnieniu „motocyklistów od posiadaczy motocykli”. Ci drudzy to oczywiście tacy pożałowania godni osobnicy, którzy mają czelność mieć inne zdanie od papieża motocyklizmu. Autor ma bowiem dość specyficzne podejście do motocyklizmu jako takiego, co jest zapewne konsekwencją tego, że od ponad trzydziestu lat żyje z motocykli i motocyklistów najpierw jako redaktor kilku czasopism, potem pilot wycieczek i obecnie jako właściciel wypożyczalni motocykli. Nie mam zamiaru podważać Jego kompetencji, jednak mam takie nieodparte wrażenie, że motocykle są już dla Niego bardziej środkiem do zarabiania pieniędzy niż hobby, wobec czego nie potrafi już zrozumieć zwykłego, szarego użytkownika jednośladu. Wspaniały przykład znajduje się w rozdziale odnoszącym się do wynajmu motocykli. Fajnie że o takiej możliwości wspomniano. Gorzej że próbuje się przy tym udowodnić, że posiadanie motocykla zwykłemu Kowalskiemu się w ogóle nie opłaca i najtaniej jest sobie od czasu do czasu maszynę wynająć. Oczywiście od Autora. Business is business.

Kolejną ważną cechą charakteryzującą każdą szanującą się „świętą księgę” jest niekonsekwencja oraz chaos informacyjny. W końcu musi być jakiś kapłan, który będzie ją interpretował w zależności od okoliczności i zapotrzebowania. Problem z „Biblią turystyki motocyklowej” jest taki, że nie ma tegoż kapłana pod ręką. Efekt jest taki, że czytamy w rozdziale poświęconym odzieży motocyklowej, że „bezpieczeństwo jest najważniejsze”. Zgoda. Po czym dochodzimy do miejsca, w którym Autor prezentując swój ekwipunek stwierdza z rozbrajającą szczerością, że jedne z jego ulubionych rękawic nie zapewniają żadnego bezpieczeństwa ale są za to przewiewne. Najlepsze mamy jednak na koniec: otóż „obywatel amerykański powinien mieć prawo wyboru, czy chce jeździć w kasku czy nie”. Bo to jest „jego prawo do wolności”. Fajnie, Autor ma swoje poglądy i ma prawo je mieć. Nie będę wnikał, czy głowa amerykańskiego motocyklisty jest bardziej twarda czy też może mniej cenna niż innych. Tylko jak to się ma do polskiego czytelnika tej książki?

Korekta zresztą przespała inne kwiatki. Mamy na przykład kilkustronicowy rozdział szczegółowo opisujący, jakie dokumenty potrzebne są amerykańskiemu turyście w Europie. W polskim wydaniu. Wiedza nie tyle bezużyteczna co zbędna. Ale, jakbyście przypadkiem mieli amerykańskie obywatelstwo a dziwnym trafem stracili polskie (co wcale nie jest takie proste jakby się mogło wydawać) i chcieli przyjechać na motocyklową wycieczkę do Polski to ten rozdział jest dla Was. Na dodatek po polsku.

Chaos jest tu zresztą wszechobecny, poczynając od wstępu. Wygląda to tak, jakby Autor nie miał pomysłu od czego zacząć, więc próbuje kleić różne wątki, które niczego sensownego nie wnoszą i giną potem bez żadnego morału. Najgorszy jest jednak układ samego tekstu. Mamy główny wątek podzielony na rozdziały, który przerywany jest wtrąceniami – z reguły jest to jakaś opowieść czy anegdota. Pomysł jest dobry ale wykonanie…

Otóż te przerywniki wstawione są w główny tekst losowo, bez ładu i składu, dosłownie go rozrywając i przerywając myśl. Anegdota ciągnie się następnie przez kilka – kilkanaście stron po czym znów następuje powrót do poprzedniego tekstu. W międzyczasie czytelnik zdążył już oczywiście zgubić wątek. Trzeba przekartkować, sprawdzić  co było wcześniej i znowu wrócić do głównego tekstu, który znowu będzie przerwany w losowym miejscu. I tak dalej… Nie wiem czy w oryginale też tak jest czy to tylko ciekawostka polskiego wydania.

Nie jest tak, że ta książka jest tak zupełnie i całkowicie do niczego. Jest całkiem ładnie wydana mimo miękkiej oprawy. Zawiera od czasu do czasu ciekawe informacje. Jednak, z drugiej strony, nie jest to nic takiego, czego nie znajdzie się na internetowych forach poświęconych turystyce motocyklowej.

DSC_0287

Podsumowując: jest to książka amerykańskiego Autora piszącego z typową amerykańską manierą, która europejskiego czytelnika może irytować. Część informacji jest dla europejczyka całkowicie nieprzydatna. Napisana chaotycznie, z losowo pociętym tekstem.

Czytasz na własną odpowiedzialność.

Dzień permanentnej kontroli

DSCN4976

„Wszędzie dobrze, ale w domu najlepiej” – z tą myślą postanowiłem że czas wracać. Kumpel którego właśnie odwiedziłem niby trochę oponował, że w zasadzie to  jeszcze „mamy czas”, jednak sam wiedział, że naprawdę najwyższa pora się zbierać. Listopad nie jest miesiącem specjalnie wymarzonym do motocyklowych wycieczek. Zimno, mokro i do tego szybko zapadający zmrok a do przejechania jeszcze dokładnie 28 km. Naprawdę pora jechać, mimo że jeszcze tyle spraw do obgadania.

Kumpel odprowadza mnie jeszcze do bramy, krótkie pożegnanie i lecimy. Jest chłodno. Kończy się obszar zabudowany, można wreszcie przyspieszyć. Ale bez przesady. Za zakrętem jest mały lasek z ograniczeniem prędkości. Tam policja lubi się zaczaić z radarem. Wiem to z doświadczenia. Kiedyś u kumpla, od którego właśnie wracam, naciągaliśmy łańcuch. Wyjechałem motocyklem na próbę, nie żałując mu specjalnie ognia na tłokach. W czasie jazdy zacząłem mieć wrażenie, że chyba jedna przesadziliśmy z tym naciąganiem. Wobec tego zatrzymałem się, żeby to sprawdzić. I gdy tak stałem na poboczu próbując wymacać coś przez osłonę łańcucha, kątem oka dostrzegłem… policjanta z radarem wyłażącego z krzaków po drugiej stronie ulicy. Po chwili dołączył do niego drugi, z lizakiem. Miny mieli dość zmieszane. Dosłownie sto metrów dalej urządzili sobie kryjówkę z suszarką, słyszeli z daleka motocykl nadjeżdżający zdecydowanie za szybko, przygotowali sobiejuż wszystko ładnie i pięknie a tu nagle ofiara daje po heblach i nie dość że zwalnia to jeszcze się sama zatrzymuje – dosłownie sekundy przed pomiarem, z którego rezultatów na bank ucieszyłoby się Ministerstwo Finansów. Ale tego dnia minister musiał obejść się smakiem. Rutynową kontrolę oczywiście i tak mi zrobili, nie bardzo wierząc w tą kontrolę naciągu łańcucha. Ale niczego się nie dopatrzyli. To już były bowiem te czasy, gdy papiery motocykla i własne miałem w najlepszym porządku. Ale kilka lat wcześniej…

Uśmiecham się sam do swoich wspomnień. W kasku na głowie nikt tego nie widzi, zresztą i tak nikogo tu nie ma. Ciekawe czy w taką pogodę jak dziś też z suszarką stoj…oooooop! Stoją, stoją.

„ – Prawo jazdy i dokumenty od tego czegoś” – mówi do mnie młody mundurowy, wymownie pokazując palcem na motocykl. Ani „dzień dobry”, ani „cześć” ani „pocałuj mnie w doope”. Znaczy że jemu też jest zimno. I jeszcze na dodatek te: „dokumenty od tego czegoś” – dobre sobie. Jacy ważni. A sami siedzą w tych krzakach w Pomylonezie na którym widać jeszcze miejsce, gdzie zamalowano napisy „MILICJA”. Pewnie dlatego im zimno. Stare pudło pewnie już nie grzeje tylko się przegrzewa.*

Powoli się rozpaździerzam, próbując dostać się do ukrytego w jednej z wewnętrznych kieszeni kurtki portfela. Operacja się przedłuża, bowiem jestem ubrany „na cebulę” i nijak nie mogę się do niego dostać. Widać nerwy policjanta. Ale cóż, sam sobie winien, widział przecież co zatrzymuje. W końcu bierze papiery i idzie z nimi do radiowozu. Nie ma go chyba z pół godziny. W tym czasie nie przejeżdża tą drogą nawet jeden pojazd. Teraz rozumiem jego irytację.

W końcu wraca. Bez słowa podaje mi dokumenty.

„- Jechać” – rzuca w końcu.

Dwa razy nie musi mi tego powtarzać. Wystarczająco dużo czasu straciłem. Nie ma już chyba szans, żeby dotrzeć do domu przed zmrokiem.

Jazda w mglisty wieczór nie należy do przyjemności. Nie dość że chłodno, ciemno i mgła to jeszcze mokry asfalt pożera słabe światło motocyklowego reflektora i mam wrażenie że jadę w kompletnych ciemnościach. Pocieszam się tylko, że skoro ja niczego nie mogę dostrzec w tych warunkach, to może jednak widzą mnie inni kierowcy? W końcu do czegoś te światła chyba są.

W końcu zmęczony i zziębnięty dojeżdżam do rogatek mojego miasta. Już oczyma wyobraźni widzę siebie w ciepłej kąpieli… Albo nie, z gorąca herbatą w ręku. Tak lepiej… Nagle jeb!

Gość z lizakiem wybiega na jezdnię. Znowu kontrola!

„- Dobry wieczór, kontrola drogowa. Prawo jazdy i dowód rejestracyjny poproszę”.

„- Ale przecież…”

Policjant wcale nie słucha. Z dokumentami idzie do radiowozu i ginie w nim bez wieści. Znowu na kolejne kilkadziesiąt minut. Zaczyna powoli zalewać mnie krew.

W końcu przychodzi i oddaje mi bez słowa dokumenty. Nie wytrzymuję i wypalam, że to już druga kontrola w przeciągu pół godziny.

„- To czemu pan nic nie mówił?” – mundurowy udaje zdziwionego.

„- Mówiłem, tylko pan mnie nie słuchał”.

Już po ciemku przejeżdżam przez miasto. Te dwie kontrole kosztowały mnie od cholery czasu. Już dawno powinienem być w domu. Trudno się nie złościć.

Zjeżdżam na drogę osiedlową prowadzącą do garaży.

Nie.

Nie i jeszcze raz nie.

Kolejny patrol policji i kolejna kontrola drogowa. Mundurowy oczywiście wyciąga lizak. Szlag by was trafił. Trzeci raz! Średnio jedna kontrola co dziewięć kilometrów. Nieźle. Mają rozmach. Czy to już państwo policyjne?

Tym razem to ja nie daję policjantowi dojść do słowa i od razu mówię, gdzie jego kumple już mnie dziś kontrolowali. Robi duże oczy ale i tak chce zobaczyć moje dokumenty. Tak dla zasady, żeby nie było że na darmo mnie zatrzymywał. Ale przynajmniej już nie trzyma mnie pół godziny. Jeszcze trzy minuty i już jestem w garażu. W końcu.

Z garażu do domu idę pełen obaw. Bo w końcu dzień, jakby nie patrzeć, jeszcze się nie skończył…

DSCN4976

*) nie było to zapewne dużą przesadą. W latach 90-tych pojazdy milicyjne a potem i policyjne wcale nie bywały w najlepszej kondycji. W pierwszej połowie lat 90-tych, w wakacje, dorabiałem sobie u pewnego znajomego rolnika z „polskiego zagłębia owocowego”. Wakacje, praca i zawsze parę złotych można zarobić. Tak więc wracamy Żukiem ze skupu owoców. Auto wyjątkowo nie przeładowane do granic możliwości bo wieziemy tylko puste skrzynki. Nagle zatrzymuje nas policja do kontroli. Sprawdzanie trzeźwości oraz stanu technicznego pojazdu. Niby nie jest z tym najgorzej ale jest jeden feler, typowy zresztą dla tego wozu. W końcu stało się. Policjant łapie za kierownicę a tam luz prawie na pół obrotu. Z kierowcą patrzymy po sobie – no to przesrane jak w banku… Policjant patrzy na nas, potem na auto, znowu na nas. Wreszcie wzdycha ciężko i mówi:

„- Nie dam wam mandatu ani pouczenia. U mnie” – tu pokazuje ręką na policyjną Nyskę – „u mnie jest jeszcze gorzej”.

Weiswampach 2019 # 2

DSC_7391

Jeden z moich znajomych, gdy usłyszał, że wybieram się znów do Weiswampach na zlot zaprzęgów, wymógł na mnie zobowiązanie, że przywiozę stamtąd „masę zdjęć”. Nie da się ukryć że wykrkał, wobec czego nie było innego sposobu niż podzielić relację na dwie części. Co zresztą niniejszym czynię.

A więc, Panie i Panowie, przed Wami druga porcja zdjęć z jubileuszowego, trzydziestego już zlotu zaprzęgów motocyklowych w Weiswampach.

DSC_7221

DSC_7222

DSC_7223

DSC_7224

DSC_7225

DSC_7226

DSC_7227

DSC_7232

DSC_7234

DSC_7235

DSC_7236

DSC_7238

DSC_7239

DSC_7241

DSC_7242

DSC_7244

DSC_7245

DSC_7246

DSC_7248

DSC_7250

DSC_7251

DSC_7252

DSC_7253

DSC_7255

DSC_7257

DSC_7259

DSC_7260

DSC_7263

DSC_7264

DSC_7265

DSC_7266

DSC_7267

DSC_7268

DSC_7271

DSC_7272

DSC_7274

DSC_7275

DSC_7276

DSC_7277

DSC_7278

DSC_7280

DSC_7281

DSC_7284

DSC_7285

DSC_7287

DSC_7288

DSC_7289

DSC_7290

DSC_7293

DSC_7294

DSC_7299

DSC_7300

DSC_7302

DSC_7303

DSC_7304

DSC_7307

DSC_7308

DSC_7309

DSC_7311

DSC_7313

Weiswampach 2019 # 1

DSC_7390

Dziś kolejna relacja z Euro Gespann Treffen, czyli jubileuszowego, trzydziestego już zlotu motocyklowych zaprzęgów w Weiswampach. Jednak zanim zaproszę Was do galerii, czuję się zobowiązany do kilku (nastu) słów wstępu.

Z zaprzęgami motocyklowymi sprawa jest dość dziwna. Otóż nikt nie wie ani jakoś logicznie wytłumaczyć nie potrafi, co jest w nich takiego, co przyciąga jak magnes kolejne generacje motonitów. Te dziwaczne, trochę nieporadne pojazdy rodem z zamierzchłych czasów, łączące w sobie wszystkie wady samochodu oraz motocykla, nie mają najmniejszego zamiaru odejść w zapomnienie.

Tak sobie myślę, że jest to w dużej mierze zasługa ludzi. Dziwnych, nietuzinkowych osób dosiadających dziwnych, nietuzinkowych pojazdów. Tak jak każdy z nas jest inny, tak samo każdy zaprzęg jest wyjątkowy. Nie ma dwóch identycznych zaprzęgów, tak jak nie ma dwóch identycznych ludzi.

Chyba najlepiej skwitował to pewien Niemiec, napotkany podczas jednego z letnich wypadów. Podróżował on małym zaprzęgiem w towarzystwie znajomego na solówce. Spotkaliśmy się na małym, leśnym parkingu. Gdy spojrzeliśmy nawzajem na nasze zaprzęgi, od razu wiedzieliśmy, że to spotkanie będzie wyjątkowe. I rzeczywiście takie było. Przegadaliśmy chyba ze dwie godziny jak starzy, dawno nie widziani kumple. Chociaż On mógłby być, z racji wieku, spokojnie moim dziadkiem. W sumie to dzieliło nas wszystko: wiek, narodowość, posiadane motocykle. Ja ze swoim posocjalistycznym rupieciem i On, z najnowszym osiągnięciem techniki motocyklowej. Ale łączyło nas to, że oba nasze motocykle były sidecarami, co wszystkie te różnice usuwało w cień.

Do tego stopnia, że towarzyszący mojemu nowemu znajomemu kolega nie mógł uwierzyć, że nie znaliśmy się już wcześniej. Niewiarygodne, a jednak.

„- Bo wiesz, my zaprzęgowcy… My jesteśmy po prostu inni” – powiedział mu mój nowy znajomy.

Nie potrafię ująć tego lepiej.

My jesteśmy po prostu inni.

Zapraszam do galerii z jubileuszowego, 30-tego Zlotu w Weiswampach.

DSC_7125

DSC_7126

DSC_7128

DSC_7130

DSC_7134

DSC_7135

DSC_7137

DSC_7138

DSC_7139

DSC_7142

DSC_7143

DSC_7144

DSC_7146

DSC_7147

DSC_7148

DSC_7151

DSC_7153

DSC_7156

DSC_7158

DSC_7159

DSC_7160

DSC_7162

DSC_7163

DSC_7164

DSC_7168

DSC_7169

DSC_7170

DSC_7172

DSC_7173

DSC_7174

DSC_7175

DSC_7176

DSC_7178

DSC_7179

DSC_7181

DSC_7183

DSC_7184

DSC_7185

DSC_7186

DSC_7187

DSC_7189

DSC_7190

DSC_7191

DSC_7192

DSC_7193

DSC_7196

DSC_7197

DSC_7198

DSC_7200

DSC_7201

DSC_7204

DSC_7205

DSC_7207

DSC_7208

DSC_7209

DSC_7210

DSC_7211

DSC_7213

DSC_7214

DSC_7216

DSC_7219