Month: Styczeń 2021

Swoimi Drogami

img20210121_10040541

Bez wątpienia najważniejszym wydarzeniem przełomu roku jest reaktywacja kwartalnika „Swoimi Drogami”. Rzecz wydawałoby się nie do pomyślenia – a jednak. Powrót magazynu stał się faktem.

Oczywiście dwa razy wejść do tej samej rzeki nie sposób. Zmieniły się czasy, my się nieco postarzeliśmy…

W związku z tym i Czasopismo zmieniło się nieco. Nie jest już kwartalnikiem tylko miesięcznikiem a w tytule pojawił się dopisek „i Motocykl”. Zmianie uległ też skład redakcji; nie całkiem ale jednak. Rzecz nieunikniona po latach. Za całość projektu odpowiada obecnie Tomasz Szczerbicki, którego Czytelnikom chyba przedstawiać nie muszę. Gwarantuje to najwyższą jakość zamieszczonych materiałów.

Nie uległa zaś zmianie idea która przyświecała powstaniu tego Czasopisma. Pozostało nadal takie, jakie było. Niebanalne, z własnym punktem widzenia. Stroniące od sztucznej sensacji. Biorące życie takim, jakie jest.

Do tej pory ukazały się już trzy kolejne numery ( Numer 10 , Numer 11oraz Numer 12), które oczywiście nadal, tak jak dawniej, można pobierać za darmo.

DSC_3729

Oprócz tego mamy także Archiwum, skąd można ściągnąć stare numery z lat 2012-2014.

Nowemu – staremu projektowi mocno kibicuję i zapraszam do lektury!

„Z tuszuś powstał i w tusz się obrócisz”

img20210122_22234783

Wiadomość spadła jak grom z jasnego nieba. Bo Papcio Chmiel wydawał się być człowiekiem, którego czas się nie imał. Podobnie jak stworzony przez Niego Tytus de Zoo, który był wiecznym chłopcem będącym ciągle gdzieś na drodze do uczłowieczenia, tak Papcio był zawsze Papciem. Dobrodusznym, cierpliwym i wyrozumiałym, z ogromnym dystansem do siebie.

Na jego komiksach wychowało się kilka pokoleń. W tym i ja. Na księdze V uczyłem się czytać. Jako dziecko znałem ją na pamięć i mogłem cytować na wyrywki. W szarzyźnie ówczesnej rzeczywistości opowieść o podróży wannolotem przez świat była czymś wspaniałym. Nie przeszkadzał nawet fakt, że z powodu „oszczędności oraz przejściowych problemów materiałowych” połowa stron była czarno – biała. W czasach gdy paszporty leżały sobie „bezpiecznie” w rządowych szufladach a za oknem obowiązywała godzina milicyjna chociaż na kartach książki można było poodwiedzać dalekie kraje.

DSC_3737

Bo cudem było, że w tamtych czasach te książeczki mogły się w ogóle pojawić. Dziś może to śmieszyć, ale początkowo w PRL-u był problem z wydawaniem komiksów. Z dzisiejszej perspektywy dziwny, bo natury ideologicznej. Bo jak to, w „najlepszym z ustrojów” wydawać komiksy w formie zeszytów jak na „zgniłym, imperialistycznym Zachodzie”? To właśnie Papciowi Chmielowi, dzięki pewnym fortelom, udało się przekonać ówczesne władze, że te obrazkowe historyjki to nic strasznego i wreszcie mogliśmy cieszyć się komiksem jak normalni ludzie. Wówczas chyba nikt się nie spodziewał, że charakterystyczna kreska Mistrza będzie nam towarzyszyć przez kolejne dekady i nigdy się nie znudzi.

Jak każdy, mam oczywiście swoje ulubione pozycje w przebogatym dorobku Papcia Chmiela. Najbardziej chyba zaczytywałem się w Księdze XI, czyli „Na odsiecz zabytkom”. To chyba lektura właśnie tego komiksu zadecydowała o mojej słabości do historii i zabytków.  Niesamowita wyobraźnia Papcia prowadziła nas przez zamek księcia Jedzosława, gdzie każdy następny z rodu był grubszy od swego poprzednika, niezapomniany turniej zorganizowany przez księcia Chytrozłota „o pół zamku” oraz zarządzone przez niego podatki „od przekleństw, kichania i ziewania”. To ostatnie politycy chyba wzięli sobie aż za bardzo do serca.

DSC_3732

Po lekturze Księgi XV miałem ogromną chęć zostania geologiem i wymusiłem na rodzinie wizytę w Muzeum Ziemi. Zwroty zaś „o wkręcaniu się na film dozwolony od 18 lat” czy też „wyjaśnienia” Tytusa, skąd wzięły się słowa „weekend” i „camping” stały się klasyką i przeszły do języka codziennego.

DSC_3734

Księgi XVII, XVIII oraz XIX to kolejne próby uczłowieczenia Tytusa poprzez umuzykalnienie, uplastycznienie oraz uteatralnienie.

Zgodnie z przyjętą przez Papcia zasadą, książki miały „bawiąc – uczyć”. Z tego zadania wywiązały się naprawdę wzorowo. Zapewne wielu z nas dowiedziało się z nich więcej o historii sztuki, niż przez cały okres edukacji szkolnej.

DSC_3735

Księga XIII to oczywiście niezapomniana pierwsza wyprawa na Wyspy Nonsensu. Jedna z najlepszych wśród nich to oczywiście wyspa palaczy, gdzie wszyscy ciągle jarają szlugi a uczniowie w szkole potrafią po jednym papierosie wykasłać kompletne abecadło a na ZPT robią fajki, fifki i polpielniczki.

Oraz oczywiście moja ulubiona, wyspa samochodziarzy, gdzie społeczeństwo osiągnęło taki stopień zmotoryzowania, że wszyscy stoją w permanentnym korku, mimo iż wszystkie lasy i łąki przerobiono na drogi i parkingi a jadąc na weekend na łono natury należy kawałek tejże natury zabrać ze sobą na przyczepce w doniczce. 

DSC_3742

W Księdze XIV Tytusowi rośnie fioł i w związku z tym przetestowane zostają na nim różne metody i systemy edukacji. Pod rozwagę wszystkim reformatorom edukacji.

DSC_3744

Księga X to z kolei powtórka z historii ludzkiej cywilizacji w pigułce, niestety ze wszystkimi zgubnymi skutkami dla środowiska naturalnego. Książka z przesłaniem w czasach, gdy nikt jeszcze o tym głośno nie mówił.

DSC_3745

Nie mogło oczywiście zabraknąć przygód Tytusa na Dzikim Zachodzie a pomysł na wskoczenie w kinie do westernu „Strzały z nikąd” uważam osobiście za przejaw geniuszu.

DSC_3748

Na koniec tego krótkiego przeglądu jedna z moich ulubionych: Księga XIV, w której Tytus zostaje dziennikarzem. Tu jest wszystko naj. Akcja wartka niczym w doskonałym filmie sensacyjnym, mamy historię wewnątrz historii oraz potężną dawkę wiedzy na temat druku oraz historii tego wynalazku, wszystko okraszone wspaniałym humorem.

Tak na marginesie – mam takie niejasne wrażenie, że w wielu redakcjach do dziś dobrze się mają Dział Kaczek Dziennikarskich oraz Dział Wiadomości Wyssanych Z Palca i że te urządzenia są ciągle w użyciu

DSC_3739

Oczywiście jest to tylko mały fragment z bogatego dorobku Papcia Chmiela. Tytus towarzyszył nam podczas przemian gospodarczych i społecznych po 1989 roku, nic a nic się nie starzejąc. Uczestniczył w ważnych wydarzeniach; np. w Księdze XXIV szykował się do wejścia do NATO.

Książki te zresztą wraz z upływem lat wcale się nie zestarzały. Bawią kolejne pokolenia czytelników a starsi odkrywają ze zdumieniem, że Papcio przemyślnie poukrywał w nich smaczki, które czytelnik odkrywa wraz z upływem lat. Z wiekiem zaczyna sie dostrzegać i doceniać inteligentny dowcip Papcia Chmiela.

Najsmutniejsze jest chyba to, że wraz z odejściem Papcia dobiega końca również historia najstarszego polskiego komiksu oraz nie ukażą się już żadne kolejne przygody Tytusa, Romka i A’Tomka…

Pozostanie jednak czterdzieści ponadczasowych Ksiąg przygód Tytusa, które będą bawić i uczyć kolejne pokolenia czytleników. Pomnik trwalszy niż ze spiżu.

Muzyka w garażu – Newsted

img20200721_10145725s

Dziś mamy podobno okragłą rocznicę dnia, w którym z zespołu zwanego „Metallica” uciekł ostatni metalowiec.
Ja to mawiają: „lepiej późno niż wcale” 😉
Newsted swoją płytą może i trzęsienia ziemi nie wywołał (prawdę mówiąc to przeszła zupełnie niezauważona), jednak ten album jest naprawdę całkiem dobry. Jest „jakiś”.

Ma swój styl, brzmienie, można tu na czymś ucho zawiesić. A przede wszystkim to naprawdę „metal”.

DSC_3728

Jedyne czego żałuję, to że nie pociągnął tego projektu dalej. Szkoda, bo miał potencjał.

img20200721_10145725

Der Teufel

img002

GPz 750 A1, 1983

Jest rzeczą dziwną i znamienną, że o motocyklizmie wie się wszystko już około pięć minut po tym, gdy się samemu weszło w to środowisko. Świat jest sympatycznie prosty i uporządkowany.

Dopiero z czasem zaczyna do Ciebie docierać świadomość, że to jednak zupełnie nie tak. Świat nie jest już płaski i prosty, okazuje się być wielowymiarowy. Przy czym ta mnogość wymiarów powoduje, że rozumiesz z tego coraz mniej, mimo iż Twoje horyzonty się poszerzają. Tak naprawdę jest to bardzo pozytywne zjawisko, bo stajesz się coraz bardziej otwarty. A że przy tym Twoje wcześniejsze „uporządkowane plany motocyklowe” biorą w łeb… Who cares…

DSC_4009

Wiele lat temu, gdy wydawało mi się, że mój świat jest już uporządkowany, przeglądając niemiecki portal z używanymi pojazdami, natknąłem się na pewne ogłoszenie. W sumie nic specjalnego. Stary japoński sport. Niekompletny grat za jakieś śmieszne pieniądze. A najgorsze jest to, że ja, miłośnik brytyjskiej klasyki, czuję, że go chcę. Bardzo.

Telefon do właściciela. Umawiamy się. W weekend jestem na miejscu. Oględziny są krótkie, bo i nie za bardzo jest co oglądać. Motocykl wybebeszony do naprawy. Gaźniki, elektryka. Sprzedający o jednych problemach mówi, inne taktycznie przemilcza. Normalka. Niemiec płakał jak sprzedawał. Ze szczęścia.

Podpisujemy umowę, dwanaście skrzynek z częściami ląduje w bagażniku samochodu. Resztę, która się nie zmieściła, biorę na plecy i niosę do domu. Jak za dawnych lat.

W ten oto sposób stałem się posiadaczem Kawasaki GPz 750 A1 z 1983 roku. Maszyny, którą niemieccy motocykliści starszej daty zwą pieszczotliwie „der Teufel” (diabeł). A ja oczywiście, w swej naiwności, uważałem że to przezwisko wzięło od kwadratowej owiewki, przypominającej nieco rogatą mordkę. Po drodze łapie mnie deszcz. Chronię się przed nim pod wiatą przystanku. Mam teraz okazję przyjrzeć się dokładniej swojemu „nowemu staremu” nabytkowi. Ogromne koła obute w nienaturalnie cienkie oponki. Charakterystyczny kształt pokrywy sprzęgła. Żebrowana miska olejowa ze specyficznym filtrem oleju. Ja to wszystko już gdzieś widziałem.

Deszcz pada, „diabeł” stoi niewzruszony pod wiatą, jego rogata mordka ma taki wyraz, jakby się ze mnie nabijał.

„-Myśl, myśl intensywnie. Jesteś na dobrym tropie”.

DSC_4322a

Pierwszy „Mad Max”! Film, który oglądałem za dzieciaka z wypiekami na twarzy. Ford Falcon oraz motocykle. KZ1000, którymi poruszali się po australijskim interiorze Jim Goose oraz Toecutter, Bubba Zanetti i inni członkowie psychodelicznego gangu znanego jako „The Acolytes”. Goście o których powiedzieć, że byli źli to jakby nic nie powiedzieć. Oni byli złem. Czystym, krystalicznym, przy których gangi motocyklowe z dzisiejszych produkcji filmowych wyglądają jak banda podwórkowych melepetów poprzebieranych za stałych bywalców baru „Niebieska Ostryga”.

GPz 750 tej generacji jest w prostej linii technicznie potomkiem dawnej serii KZ.

W miarę jak „diabeł” pochłaniał fundusze, w wyniku czego wracał powoli do stanu używalności oraz oryginalności, docierać do mnie zaczęło, ze to przezwisko nie wzięło się tylko od jego wyglądu.

Silnik uruchamia się oraz pracuje w systemie „zerojedynkowym”. Ssania nie da się dozować, można je tylko włączyć albo wyłączyć i trzeba wiedzieć dokładnie, w którym momencie to zrobić. Błąd w którąkolwiek stronę skutkuje zalaniem świec. 88 KM może i nie robi dziś wielkiego wrażenia. Jednak nieco inaczej jest, gdy zasiądzie się za sterami GPz. Do 4500 RPM nie dzieje się nic. No prawie nic. Silnik jest ospały, nie ma ciągu ale za to ma tendencję do gaśnięcia przy nagłych zmianach obciążenia, co zresztą często na początku mi się zdarzało, jako osobie przyzwyczajonej do innej charakterystyki pracy jednostek napędowych. Sprawy mają się jednak zupełnie inaczej, gdy wskazówka obrotomierza minie „magiczną” liczbę 5000 na obrotomierzu. Wówczas budzi się szatańska kawaleria a maszyna z charakterystycznym, zachrypniętym rykiem rwie do przodu jak oszalała – i tak jest już do końca skali, przy czym aż do 9500 RPM wściekłości przybywa. Cienka opona tylna często nie daje rady przenieść tego impetu na asfalt i ślizga się bezradnie. Taki urok. Zawieszenie z jednej strony jest twarde jak deska, z drugiej jednak nie nadąża za mocą silnika i już powyżej 170-180 km/h naprawdę zaczyna być ciężko trafić motocyklem w jezdnię. Jeśli chodzi o hamulce, to trzy wentylowane tarcze hamulcowe naprawdę robią wrażenie. Tylko wrażenie, bowiem wąziutkie oponki nie są znów w stanie przenieść siły hamowania na asfalt i każde gwałtowniejsze przyhamowanie kończy się spektakularnym blokowaniem kół. Stąd też w sytuacjach awaryjnych zamiast hamować, należy się raczej skupiać na wyszukiwaniu luk i innych przestrzeni na drodze a także poza nią, gdzie możesz się zmieścić wraz z motocyklem – bo przecież już z góry wiesz, że i tak nie dasz rady się zatrzymać. Zanim wyjedziesz na jakąś krętą drogę powinieneś dowiedzieć się czegoś jeszcze, żeby na środku łuku zakrętu nie przykleić portek do siedzenia. Ten motocykl to stara szkoła z wysoko położonym środkiem ciężkości, przez co jazda na zakrętach przypomina nieco balansowanie na wysokiej drabinie malarskiej. Nie znaczy to że „nie umie w zakręty”, jednak robi to inaczej niż współczesne konstrukcje. Nie zapomnij także o wąskich oponach. Na szczęście, będąc na granicy przyczepności piszczą ostrzegawczo i lepiej tego nie lekceważ.

Wypadałoby zapewne wspomnieć coś o pozycji za sterami. Jest po prostu wspaniała. Ręce do przodu, nogi podkulone i skierowane do tyłu. Cały ciężar ciała oparty na rękach. Po jakichś 400-500 kilometrach ciągłej jazdy wiesz już dokładnie, ile kości masz w nadgarstkach. O takich atrybutach męskości jak samara piwna zapomnij. W przypadku „Diabła”, w miejscu gdzie chciałbyś ją przewozić, znajduje się zbiornik paliwa.

DSC03270a

Co zatem sprawia, że, mimo tak fatalnej reputacji „der Teufel” jest nie tylko ciągle w moim posiadaniu ale, jakby tego było mało, ma u mnie swoje dożywocie. Jak to jest, że skoro jest tak źle to jest tak dobrze? No cóż, odpowiedź jest prosta. Jest nim najważniejszy z parametrów. Niemcy mają na niego specjalne określenie. Der Fahrspaß, które to słowo na polski można przetłumaczyć jako „przyjemność z jazdy”, chociaż w oryginale ma ono dużo szersze znaczenie. Kryje się pod nim także styl, radość, dopasowanie, charakter maszyny, słowem wszystko co tylko sprawia, że odczuwamy radość z jazdy. Parametr ten jest jak najbardziej mierzalny i wyrażamy go w centymetrach szerokości banana na twarzy podczas zwykłej przejażdżki…

Podobno jak się już zeszło raz do piekieł, to raczej nie uda się stamtąd łatwo wydostać. Z tego też powodu do pierwszego „diabła” dołączył kolejny. GPz 900R z 1985 roku. Ten szatan bardziej przypomina już Wolanda z „Mistrza i Małgorzaty”. Elegancki, szarmancki, z manierami… Ale to już inna historia, bo tak się rozpisałem, ze niech mnie diabli porwą…

„ – Niech mnie diabli porwą? Ależ to da się zrobić!”*

————————————————————————————————————————————–

*) – diabeł Woland, Mistrz i Małgorzata.

**) – artykuł ten został napisany dla Chopper Magazin i ukazał się w jego internetowym wydaniu 2 czerwca 2019 roku.