Month: Maj 2021

Amerykański sen – historia jednego dolara

img20200727_17174050

W życiu jakoś zwykle tak jest, że nie może być za łatwo. O ile z adresem żadnego problemu nie było, o tyle okazało się, że ze znalezieniem pracy w czasie wojny wcale nie jest tak prosto. Niestety, to co zwykle mawiał Ferdek Kiepski mówiąc, że „ w tym kraju nie ma pracy dla ludzi z moim wykształceniem” nie jest żartem tylko gorzką prawdą. A dorosły stajesz się z chwilą, gdy przestaje cię to śmieszyć. W USA było podobnie, tylko do tego wszystkiego doszedł problem nieznajomości realiów i ludzi. Wykorzystując nieliczne możliwości próbowałem się dowiedzieć czegoś to tu, to tam. Niestety, bez rezultatu. Gość od którego wynajmowałem lokum też miał z problemy z pracą. To znaczy zasadniczo ciągle ją miał, jednak było jej niewiele. W rezultacie jeździł do roboty co drugi albo trzeci dzień. A ponieważ po opłaceniu czynszu mój zasób gotówki uległ dramatycznemu uszczupleniu, sytuacja stała się naprawdę niewesoła.

Nie mając nic innego do roboty postanowiłem wybrać się na plażę.

img692

Jezioro Michigan wygląda na pierwszy rzut oka jak morze. Szumi, faluje – tylko nie chce być słone. Od mojego domu do jeziora było jakieś 15 mil. Rzut beretem.

img693

Włócząc się bez celu po pustej o tej porze roku Montrose Beach znalazłem na piasku pomięty banknot jednodolarowy. W pierwszej chwili myślałem że to jakaś ulotka reklamowa. Ale nie. Najprawdziwszy jeden dolar. Może to na szczęście? A więc prawdę mówili, że w Ameryce pieniądze leżą na ulicach. Na plażach widać też. Jakby to były studolarówki albo chociaż pięćdziesiątki to bym się nie martwił. Niestety, ten jeden dolar w niczym mnie nie ratował.

img716

Wracając powoli w kierunku miasta, w parku natrafiłem na znajomą fontannę. To znaczy widywałem ją w telewizji. To na pewno ona. Buckingham Fountain, znana dobrze wszystkim z czołówki serialu „Świat według Bundych”. Do tej pory nawet nie miałem pojęcia, że filmowa rodzinka mieszkała właśnie w Chicago. Co za zbieg okoliczności.

img719

Usiadłem na ławce przy fontannie bijąc się ze swoimi niewesołymi w tym momencie myślami. O swojej nieciekawej sytuacji i o Alu Bundym. Tym gościu, który – nie wiedzieć zupełnie czemu, stał się synonimem życiowego przegrywa. Bo gdy się tak nad tym wszystkim dobrze zastanowić – facet tak naprawdę odniósł w życiu sukces. Ma rodzinę, duży dom, pracę z której może to wszystko utrzymać i na dodatek dobrą paczkę kumpli, którzy zawsze chętnie wpadają do niego na piwo do klubu w piwnicy. Myślę że prawie wszyscy ludzie na tej planecie chcieliby być tak „przegrani” jak on. Ok, Bundy’s byli w stosunku do siebie chamscy i niemili, to fakt. Ale to w zasadzie sprawa najprostsza do zmiany. Wystarczy tylko chcieć.

Gdy tak siedziałem zajęty swoimi myślami, niepostrzeżenie podszedł do mnie młody chłopak. Mniej więcej w moim wieku. Na pierwszy rzut oka było widać, że jest bezdomny. Nie mam pojęcia, jakie koleje losu rzuciły go na ulicę, ale na jego widok zrobiło mi się chłodno. Czy taki los mnie czeka? Dużo w sumie już nie brakuje. Chłopak prosi o dolara. Niewiele myśląc, dałem mu znaleziony chwilę wcześniej na plaży banknot. Nie znam się na przesądach więc nie wiedziałem, czy znaleziony pieniądz należy zachować czy też wręcz przeciwnie – pozbyć się jak najszybciej. Wobec tego, wybrałem drugą opcję.

img20200425_20045652

Nieznajomy pyta, skąd pochodzę. Odpowiedziałem zgodnie z prawdą:

– I come from Poland.

Facet pomyślał chwilę po czym powiedział niepewnie:

– Holland?

A niech będzie! Yes, from Holland. Bo w sumie, co za różnica? Nie pierwszy i nie ostatni raz podczas tej przygody dane mi będzie przekonać się, że większość ludzi na świecie nie tylko nie wie, gdzie leży Polska ale nawet nie ma pojęcia o jej istnieniu. Taki pstryczek w nos, żeby nie zapomnieć o swoim miejscu w szeregu.

Rozmawialiśmy jeszcze chwilę. Do domu wracałem z myślą, że może na ulicy będę miał w razie czego jakiegoś kumpla. Funkcjonuje coś takiego w tym środowisku?

Los jednak okazał się dla mnie łaskawy i oszczędził mi tego typu próby. W domu czekały na mnie dobre wiadomości. Znajomy od gościa od którego wynajmowałem lokum pracował w dużym hipermarkecie. Ktoś z jego teamu zachorował i potrzebowali pilnie osoby na zastępstwo. Na tydzień, może dwa. Takiej okazji nie można było przegapiać.

Pierwszy dzień to było szkolenie. W pierwszej chwili myślałem sobie, że mój nowy przełożony robi sobie ze mnie jaja ucząc mnie tak prozaicznych czynności. Jednak po chwili zastanowienia uznałem, że tak ma być a to należy do jego obowiązków. Tak też było. Drugiego dnia pracowałem już sam, jednak pod nadzorem. Na trzeci dzień szef puścił mnie samopas, chociaż czułem że mnie obserwuje. Pod koniec zmiany podszedł do mnie i zapytał, czy nie chciałbym czasem dołączyć do teamu. Jednak los się w końcu do mnie uśmiechnął.

img20200425_20070651

Wszechświat równoległy

img20200425_20103483

W dobie nierozwiązywalnych problemów pierwszego świata, takich jak na przykład „czy sześćsetką da się pojechać w kilkusetkilometrową trasę” albo „czy pół litra nie będzie za małe na pierwsze moto”, w czasach nieustannej pogoni za „więcej”, „mocniej”, „szybciej”, „dalej”…

DSC_7150

Na szczęście są tacy, którzy mają na to kompletnie wylane.

DSC_7151

Myślę, że ma to wszystko swój głębszy sens. Taki motocyklowy „Włóczykij”, udowadniający że przygodę można przeżyć również bez najmodniejszego w tym sezonie markowego sprzętu. Że do rzeczy nie należy przywiązywać zbyt wielkiej wagi.

img20210215_19375064

Odwieczny problem klasyczności

img20200727_17174050

Czas płynie nieubłaganie. Wszystko się zmienia. Z jednym wszakże wyjątkiem. Ludzkiej mentalności. Ostatnio byłem świadkiem pewnej zaciętej dyskusji internetowej. Te konwersacje są nieprzebranym źródłem natchnienia. Nie żeby rozmowa ta była jakoś specjalnie ciekawa. Była ona stara jak motoryzacja. Słyszałem ją już setki razy i w różnych epokach. I zawsze konkluzja jest jedna i ta sama: „kiedyś to kurła było:…

Jeden z rozmówców zamieścił zdjęcie całkiem współczesnego motocykla z pytaniem, czy ta maszyna ma szansę stać się klasykiem, czy też należy ją zużyć i wyrzucić?

Prowokacyjne pytanie odniosło skutek. Posypała się lawina komentarzy o tym, jak to na motobajzlach  będzie się poszukiwać starych wtrysków czy wyświetlaczy i że lepiej tego nie dożyć…

Gdy widzę takie marudzenie to przypomina mi się pewien obraz z późnych lat siedemdziesiątych. Jest to zarazem jedno z moich najwcześniejszych wspomnień. Przed oczyma staje mi mój dawny sąsiad szpachlujący co niedzielę swoją starą Pobiedę i opowiadający wszystkim wokoło (tym którzy nie zdążyli w porę uciec), jakie ma wspaniałe auto. „Nie to, Panie, co teraz, jednorazowe.” Zapewne wcale nie zastanawiał się nad tym, że jego ojciec mówił pewnie to samo, picując kilkadziesiąt lat wcześniej swojego Russo – Bałta. Jego syn później będzie tak gadał o swoim polonezie a wnuk o Passacie. Sztafeta jęczących pokoleń.

Wracając do motocykli: wiecie, plastiki to plastiki a motocykle zabytkowe to…

Czasem mam takie dziwne przeczucie, że aby motocykl mógł być „zabytkiem” czy tam „klasykiem” to koniecznie musi być to taki pojazd, który można „naprawić” za pomocą drutu, sznurka czy drewnianego kołka. Najlepiej zaś, jeśli do tego byłby gratem. Jeśli jakoś wygląda i jeździ, to już na miano „klasyka” nie zasługuje. Mentalnie tkwimy chyba jeszcze ciągle w latach sześćdziesiątych.

img001

A w rzeczywistości sprawa jest bardzo prosta. Każdy pojazd bowiem był kiedyś nowy i jako taki był często szczytowym osiągnięciem swoich czasów. Na przestrzeni lat i dekad zmieniała  się technika, producenci. Niezmienne było zaś jedno: o każdym z nich było takie samo gadanie. Że to nowe to: „Panie, to już nie to co kiedyś”, „to nic nie warte”, „kto to Panu naprawi”, „gdzie Pan do tego części dostaniesz” itd.

Tak samo było 80, 60, 40 i 20 lat temu i nie zmieniło się to do dziś. Nic z tego pitolenia oczywiście się nie sprawdziło. Nic nie zapowiada też, że miałoby się to jakoś zmienić drastycznie w przyszłości.

Komputery pokładowe, wyświetlacze czy wtrysk paliwa zagościły na poważnie w motocyklach już w początkach lat 80-tych XX wieku. I jak najbardziej można je kupić na motobajzlach, przynajmniej tych zachodnich. Przez czterdzieści lat raczej był czas aby się z nimi oswoić, jednak wygląda na to, że dla wielu ciągle są wielkim zaskoczeniem.

Czas płynie nieubłaganie i na dodatek coraz szybciej. Współczesne pojazdy staną się klasykami prędzej niż nam się to wydaje.

Problem może być jedynie z naszą świadomością „boomera”, który nie może przyjąć do wiadomości, że dziś Ziemia zrobi znowu kolejny obrót.

O książce „Jak zbudować motocykl?”

img20200704_19452816

Poważna literatura techniczna która została znaleziona w dziale z książkami dla dzieci. Sprzeczność? Jak się okazuje, wcale niekoniecznie. Martin Sodomka udowadnia, że pogodzenie tych spraw jest jak najbardziej możliwe i nawet książka dla dzieci może zaciekawić także dorosłych.

Dobra historia to połowa sukcesu. Szczur Arni, wróbel Zenek i żaba Krystian postanawiają zbudować motocykl. Po co? Aby wziąć udział w wyścigu motocyklowym z miejscowym „czarnym charakterem”. Po co ukrywać przed dziećmi fakt, że motocykl służy w zasadzie do ścigania się i lansu 😉 Taktycznie przemilczana jest sprawa, czy ten wyścig jest aby legalny.

Historia wydaje się banalna, jednak wcale taka nie jest i kilka nieoczekiwanych zwrotów akcji jednak będzie.

Ponieważ motocykl ten powstaje w jedyny słuszny sposób, to znaczy przez złożenie go ze złomu, więc czeka nas droga przez remont. Na wykresach i ilustracjach wytłumaczone zostaną zawiłości konstrukcji poszczególnych podzespołów motocykla, zgodnie z dewizą „bawiąc – uczyć”. Czytelnik po kolei zmierzy się z konstrukcją ramy, zawieszenia, hamulców, silnika, sprzęgła, skrzyni biegów i gaźnika. Nie zapomniano także o instalacji elektrycznej.

DSC_4433

To co zasługuje na najwyższe pochwały to szata graficzna i wspaniałe rysunki. Książka, mimo iż nowa, wygląda tak, jakby była używana w garażu. Udawane „ubrudzone strony”, odciski palców ze smarem, plamy od oleju w rozdziale poświęconym silnikowi i chlapnięcia farbą w części dotyczącej lakierowania i wykańczania powierzchni dodają niesamowitego klimatu.

Oczywiście motocykl, który budują gryzonie, ptaki i płazy to Jawa 🙂 Czesi to jednak potrafią.

DSC_4442

Martin Sodomka, Jak zbudować motocykl, Wydawnictwo Pruszyński i S-ka, Warszawa 2016

W obiektywie

img20200425_20191896

Dział który jest pewnego rodzaju kontynuacją dawnych „Pocztówek od wuja Matta z podróży”. Tamta formuła, wywodząca się jeszcze zresztą z dawnego kwartalnika „Swoimi Drogami” jakoś niespecjalnie sprawdziła się na stronie. W moim odczuciu była zbyt niedookreślona.

Formuła formułą a zdjęć niepasujących do żadnej kategorii przybywało. Postanowiłem w końcu to uporządkować i stworzyć osobną kategorię dla tego typu wpisów.

Wpisy zamieszczane w kategorii „w obiektywie” będzie łączyć jedno – są to fotografie, zwykle jedna a maksymalnie kilka, które uznałem z jakiegoś powodu za interesujące i zasługujące na osobne wyróżnienie. Opatrzone będą przy tym komentarzem skróconym do absolutnego minimum.

Wiadomo, jedno zdjęcie mówi często więcej niż tysiąc słów.

DSC_7733

Dziś – BSA

Na dwa takty – początki dwusuwu

img20210207_16385837

Kiedy mówimy o historii motoryzacji zwykle opowieść dotyczy silników czterosuwowych. O dwutaktach trudno znaleźć jakieś informacje. Jeśli już, pisze się o nich jako o „uproszczonych czterosuwach”, co jest nieprawdą, bowiem pierwsze silniki spalinowe pracowały właśnie w cyklu dwusuwowym w czasach, gdy o czterotaktach jeszcze nikomu się nie śniło.

Silnik parowy to urządzenie ogromne i skomplikowane. Potrzebny jest ciężki kocioł, który stale musi być podgrzewany paliwem do wysokiej temperatury aby wytworzyć parę pod ciśnieniem, która z kolei potem w cylindrze wykona pracę użyteczną. Pojazd wyposażony w taki silnik siłą rzeczy musi być duży aby pomieścić to ciężkie i skomplikowane urządzenie, niezbędne zapasy paliwa, wody oraz obsługę w postaci kierowcy i palacza. Jakby tego było mało, samo urządzenie jest mało wydajne. Spalanie paliwa w kotle oraz pośrednictwo pary powoduje duże straty cieplne, co w konsekwencji przekłada się na mizerną sprawność całości.

W jaki sposób można to usprawnić? Trzeba zastąpić parę czymś innym. Czymś, co wprowadzone do cylindra i zapalone wytwarzałoby produkty o większej objętości i ciśnieniu niż przed zapłonem. Wyeliminowałoby to kocioł i wodę a więc odciążyło i uprościło pojazd, przy okazji podnosząc sprawność, bowiem spalanie paliwa następowałoby bezpośrednio tam, gdzie wykonywana byłaby praca. Obsługa pojazdu byłaby przy tym o wiele prostsza.

W ten sposób zapewne rozumował francuski wynalazca belgijskiego pochodzenia Jean – Joseph Etienne Lenoir, budując w 1859 roku swój pierwszy silnik spalinowy. Był on rozwinięciem konstrukcji silnika parowego i nie przypominał za bardzo współczesnych silników spalinowych – a już w szczególności dwusuwów jakie znamy.

Przede wszystkim, podobnie jak w maszynie parowej, tłok był dwustronnego działania. Gdy z jednej jego strony zachodziło spalanie, druga strona w tym czasie usuwała spaliny z cylindra. Gdy tłok rozpoczynał swą drogę od punktu zwrotnego rozpoczynało się również napełnianie cylindra mieszaniną gazu świetlnego i powietrza. Trwało to do połowy skoku tłoka. W tym momencie zamykał się dopływ mieszanki. Następnie wyładowanie elektryczne powodowało zapłon i ciśnienie gazów pchało tłok do końca jego skoku. Wówczas następowało otwarcie kanału wydechowego, umożliwiając ujście spalin z cylindra. W tym momencie cały cykl rozpoczynał się od nowa z drugiej strony tłoka.

Silnik posiadał rozrząd suwakowy, który umieszczony był po obu stronach cylindra i pracował pomiędzy kadłubem a pokrywami. Jeden zawór odpowiadał za wypływ spalin, drugi sterował napełnianiem cylindra świeżą mieszanką. Sterowanie odbywało się przez zmianę ilości dopływającego gazu.

Silnik ten osiągał moc 0,5 KM (0,368kW) przy 50 obr/min. Skok tłoka wynosił 215,9 mm a średnica cylindra 139,7 mm.

Lenoir nie poprzestał na tym. Dalsze prace nad silnikiem doprowadziły do uzyskania mocy 1,5 KM (1,105kW) przy 100 obr/min. Jednak nadal było to bardzo niewiele. Brak sprężania mieszanki spowodował, że sprawność tego silnika wynosiła zaledwie 2%.

img20210207_15280167

Mimo tych niedoskonałości Lenoir wbudował swój silnik do starego powozu konnego. Do przeniesienia napędu użył przekładni łańcuchowej i w 1862 (inne źródła mówią o 1863) roku wziął udział w wyścigu samochodów parowych na trasie Paryż – Joinville-Le-Point – Paryż. Na metę liczącego 18 kilometrów wyścigu przyjechał honorowo jako ostatni, pozostając daleko w tyle za pojazdami parowymi.

Należy jednak pamiętać, że w tym momencie narodził się samochód spalinowy, który za kilkadziesiąt lat odmieni całkowicie oblicze świata.

Są oczywiście tacy, którzy powątpiewają w to, czy Lenoir rzeczywiście był wynalazcą silnika spalinowego. W tym temacie nie ma zgody. Różni autorzy wymieniają różne nazwiska, przy czym charakterystyczną rzeczą jest, że rzadko się one powtarzają.

Z drugiej strony – rzadko jest tak, by skomplikowane wynalazki były od początku do końca dziełem jednego człowieka. Również silnik Lenoira zbudowany był z wielu różnych wynalazków, z czego zresztą nie robił on żadnej tajemnicy.

Silnik Lenoira posiadał tłok według patentu Streeta, działał obustronnie jak silnik Lebona, zapłon realizowany był iskrą elektryczną jak w maszynie de Rivaza, zasilany był paliwem według opracowania Herskine – Hazarda a pomysł rozrządu za pomocą kołowych tarcz zapożyczony został od Talbota.

Jednak to właśnie Lenoirowi udało się zbudować pierwszy działający silnik spalinowy, który znalazł praktyczne zastosowanie a dzięki rozdzieleniu w układzie zasilania gazu od powietrza nie groził wybuchem i tego nikt mu nie odbierze.

Majowe perturbacje

img20200425_20103483

Jeszcze nigdy w swojej historii „siedemsetpięćdziesiątka” nie rozpoczęła sezonu tak późno, jak w tym roku. Oczywiście nie licząc czasów gdy była wrakiem przeznaczonym na części – bo wtedy żaden sezon nie był już jej pisany. Jednak po tym, jak maszyna została odratowana sezonu albo się nie kończyło, albo zaczynało najpóźniej na początku lutego.

W tym roku stało się inaczej. Jeszcze w zeszłym roku zauważyłem, że rozrusznik pracuje coraz słabiej, jednak nie zwróciłem na to większej uwagi. W końcu akumulator ma ponad siedem lat, więc żaden cud – czas już na niego. Zima trochę się przeciągnęła a w marcu okazało się, że rozruch jest niemożliwy. Cóż, zaskoczenia raczej nie było.

W międzyczasie postanowiłem jeszcze wymienić uszczelkę pod głowicą, bo zaczynała pokapywać olejem. Powoli zacząłem opracowywać zakres robót oraz listę niebędnych części. Ale z tym akumulatorem coś mnie tknęło. Bowiem „komputerek” pokazywał jego słabą kondycję tylko podczas próby rozruchu – i tylko wówczas. Postanowiłem więc odpalić drania z kabla, pożyczając prąd z samochodu.

img20210504_15402682

Oczywiście nic to nie dało. Po kablach poszedł taki prąd że aż auto jęknęło, ale rozrusznik się nie obrócił. A więc sprawa jakby się wyjaśniła. Tyle że nie tak jak chciałem. Trochę szkoda że konstruktorzy „wykopali” kopniak z tego motocykla, bo w Z 650, jego bezpośrednim protoplaście, kopajka była. Dawno temu, w pewnej Hondzie, ratowała mi tyłek.

Wymontowany rozrusznik pojechał do znajomego elektryka który obejrzał go, pokiwał głową i rzekł tylko:

„- Mehr tot als der Tod” (bardziej martwy niż śmierć).

Czyli, chcąc nie chcąc, trzeba będzie zamówić także rozrusznik. Jego ceny mogą przyprawić o ból głowy. W końcu udało się zakupić używany, wyjęty z motocykla który miał mniej szczęścia.

Wszystko to trwało oczywiście dużo dłużej niż planowałem. W końcu jednak mamy lock down. Maszynę udało się ogarnąć dopiero z końcem kwietnia.

Wymieniona została także uszczelka pod głowicą, dzięki czemu motocykl przestał już znaczyć teren – jak na produkt „Made In Japan” przystało.

A że nowa uszczelka musi trochę pojeździć i osiąść, przeto zaczęliśmy nabijanie kilometrów.

Boczne drogi mają swój urok.

DSC_4691

DSC_4686

DSC_4478

DSC_4453

DSC_4449

IMG_9580

DSC_4694

IMG_9563

DSC_4645

DSC_4600

DSC_4695

DSC_4628

Ponoć gdy są bunkry, to musi być fajnie.

DSC_4648

DSC_4649

DSC_4620

Akumulator zaś, ku mojemu bezgranicznemu zdumieniu, jeździ już ósmy sezon.

img20200425_20070651

Dzienniki epidemiologiczne

img20200727_17174050

Trudno uwierzyć, ale od pierwszego lockdownu minął niemal równy rok. Teraz mamy kolejny, nie wiadomo już nawet który z kolei. Wycieczki, z musu, ograniczone są tylko do najbliższej okolicy. To że przewidywania co do długości trwania tego całego zamieszania okazały się słuszne, raczej nikogo specjalnie nie cieszy.

DSC07799

W międzyczasie każdy zdążył wyciągnąć z tego jakieś nauki. Na przykład Ministerstwo Oświaty zrozumiało, że rozdawanie dzieciom w szkołach coronatestów do samodzielnego użytku nie jest najlepszym pomysłem. W teorii wszystko wyglądało w porządku. Test jest podobny do ciążowego. Jedna kreska – zdrowy, dwie kreski – zakażony. Nie trzeba być wielkim mędrcem, żeby przewidzieć, że uczniowie będą dostawiać pisakami drugą kreskę na testach aby z automatu i bez żadnego tłumaczenia mieć co najmniej dwa tygodnie wolnego. Dorośli może i mają wiedzę, jednak dramatycznie brakuje im wyobraźni.

DSC07798

Oczywiście raczej i w tym roku nie ma co liczyć na jakieś motobajzle, zloty czy inne imprezy. Marnym pocieszeniem będzie fakt, że wszystko to przejdzie do historii i jak mawiał Mistrz Mleczko – zajmie pewnie ze dwa akapity w podręczniku do historii dla szkół średnich.

img20210425_19555900

Tymczasem wolne od wyjazdów i imprez postanowiłem wykorzystać na ogarnięcie spraw, które leżały odłogiem już od lat i tłumaczone były zawsze nawałem bieżących spraw. Pojawi się więc trochę artykułów, literatury i innych tego typu rzeczy.

Tymczasem – bądźcie zdrowi!