Artykuly

AD 2063 # 2

windam

Rozdział II

Przez duszny, zakurzony korytarz udał się w kierunku windy, obojętnie mijając po drodze swoich sąsiadów ze szczerą i odwzajemnioną obojętnością. Nie znał ich prawie wcale i zmieniać tego nie chciał, o ile nie byli w stanie mu pomóc albo zaszkodzić w karierze. Sąsiedzi traktowali go zresztą dokładnie tak samo.

Winda oczywiście nie działała. Paweł wiedział o tym doskonale, jednak zawsze sprawdzał w nadziei, że może pozytywnie się zaskoczy. Tym razem jednak zaskoczenia znów nie było – ekran obok automatycznych drzwi szybu wyświetlał tylko informację o wyłączeniu dźwigu z eksploatacji. Piękną, kolorową i do tego jeszcze na dodatek animowaną. Paweł przyglądał się przez chwilę komunikatowi po czym westchnął i podreptał długim, ciemnym i odrapanym korytarzem w kierunku drugiej windy.

Automatyczne drzwi do bloku bezszelestnie otworzyły się przed Pawłem, rejestrując jego wyjście. Chwilę później jego Status uaktualniła także furtka w wysokim murze otaczającym osiedle. Wyszedł na ulicę. Na brudnym, popękanym chodniku walały się śmieci. Wiatr przerzucał je na jezdnię, po której wędrowały z plastikowym szelestem jak żywe by po chwili zastygnąć przy krawężniku. Paweł przyglądał się im przez chwilę. Autonomiczne śmieciarki nie nadążały z utrzymaniem porządku w Mieście, wobec czego był to widok powszechny. W jego dzielnicy, z racji jej dość wysokiego statusu, ze śmieciami i tak nie było jakiegoś wielkiego problemu. Ale w gorszych dzielnicach na ulicach potrafiły zalegać ich całe hałdy. Paweł na szczęście w nich nie bywał i odwiedzać ich nie musiał. Na pieszo nie chodził niemal wcale, do pracy dojeżdżał metrem które nie zatrzymywało się na stacjach w gorszych dzielnicach. Paweł nawet nie był pewien czy stacje te w ogóle są jeszcze czynne, bowiem z okien wagonu widać na nich było tylko brudne, ciemne perony. Autonomiczne taksówki omijały je zaś szerokim łukiem.

Bo i czasy bezpieczne nie były. „Nieprzystosowanych” przybywało i stanowili oni już niemal połowę mieszkańców Miasta. Rekrutowali się oni z byłych robotników, rolników, rzemieślników, handlowców oraz wszystkich innych zawodów, które padły ofiarą autonomizacji procesów produkcji. Spędzano ich do wyznaczonych dzielnic w miastach, z których oczywiście próbowali się wydostać i wyrazić swoje niezadowolenie, do czego z kolei nie chciały dopuścić siły porządkowe. W związku z tym starcia bezrobotnych ze Strażą Korporacyjną stały się codziennością i nikt nie wiedział jak z tego wybrnąć. Co poniektórzy sugerowali, że być może warto by było rozważyć chociaż częściowy powrót do „starych czasów” i pozwolić tym ludziom, jeśli oczywiście zechcą, osiedlić się poza Miastami i zająć na przykład rolnictwem albo rzemiosłem. Stanowisko Korporacji było jednak inne. Argumentowała, że przecież taki powrót do czasów archaicznych jest ekonomicznie zupełnie nieopłacalny i nie stać społeczeństwa aby finansować „hobby” pewnych grup społecznych. Korporacja naprawdę stara się, żeby wszystkim żyło się dobrze i spokojnie i przecież nikt głodny nie chodzi – a przynajmniej nie aż tak bardzo. Po wtóre zaś – i ważniejsze: Korporacja nie będzie w stanie zapewnić bezpieczeństwa ludziom rozsianym na dużym obszarze a przecież to priorytet! Życie i zdrowie ludzkie to dla Korporacji przecież sprawa nadrzędna. Na potwierdzenie tego Korporacja przedstawiała swoje dane o ilości starć i potyczek Sił Porządkowych z bandami grasującymi w Strefach Zamkniętych oraz kosztach i stratach z tym związanych. Czy ktoś wyobraża sobie wypuszczenie bezbronnych mieszkańców Miasta na żer bandom przestępców? Nikt sobie tego oczywiście nie wyobrażał. Wobec tego Korporacja poszła o krok dalej i w ramach zapewnienia bezpieczeństwa mieszkańcom zaczęła fortyfikować Miasta, otaczając je murami, zasiekami i wszelkimi innymi przeszkodami, patrolowanymi przez Automaty Straży Korporacyjnej dzień i noc. Łączność między Miastami zapewniała tylko kolej i lotnictwo a odprawy przed podróżą były bardzo drobiazgowe. Znów ze względów bezpieczeństwa. Zresztą, aby wybrać się w taką podróż należało wypełnić drobiazgowy formularz i czekać na odpowiedź Zarządu Straży Korporacji, która mogła być odmowna. I taka zwykle była, jeśli podróż niezwiązana była ze sprawami zawodowymi, czyli służbie Korporacji. A takie Korporacja zlecała rzadko. Paweł odwiedził inne Miasto tylko trzy razy w życiu.

Takie właśnie myśli zaprzątały umysł Pawła w czasie oczekiwania na autonomiczną taksówkę. W pewnej chwili ulicą przejechały dwa automaty Straży Korporacji, uważnie lustrujące okolicę i nasz bohater od razu poczuł się bezpieczniej. Patrzył z dumą na białe kadłuby robotów, z głowami wyposażonymi w pięć obiektywów, przed wzrokiem których nie ukryje się nic. Dwa z nich patrzyły do przodu, kolejne dwa pozwalały widzieć na boki bez potrzeby odwracania głowy. Piąty, znajdujący się z przodu na „czole” automatu, sprzężony z laserem, był w zasadzie celownikiem działającym na podczerwień. W tej chwili był on jednak zasłonięty metalową klapką. Automaty były bowiem uzbrojone w paralizatory i pneumatyczne karabinki a zbiorniki sprężonego gazu znajdowały się w płaskich butlach na plecach automatu. Korporacja ogłaszała bowiem, że życie ludzkie jest dla niej wartością nadrzędną i wobec tego nawet wobec przestępców nie będzie używać broni palnej. Automaty wyposażone były oczywiście w jedną parę rąk, bardzo podobnych do ludzkich oraz nogi, które jednak konstrukcyjnie bardziej zbliżone były do ptasich, z wydłużoną częścią skokową. Paweł wiedział, że umożliwiało to robotom niesamowicie szybki bieg. Człowiek w normalnym terenie nie miał najmniejszej szansy na ucieczkę przed takim automatem. Obie maszyny przejechały obok Pawła na swoich trójkołowych, elektrycznych motocyklach, nie zaszczycając go jednak ani przez ułamek sekundy swoim spojrzeniem. Paweł wiedział, że i tak zlustrowały go dokładnie, łącząc się z jego Komunikatorem i sprawdzając w Systemie jego status. Wiedziały już zapewne że czeka na taksówkę, gdzie się wybiera i w jakim celu. Ale niechby zamiast niego stał ktoś bez statusu w Systemie, roboty natychmiast by się zatrzymały. Paweł był szczęśliwy że może mieszkać w tak bezpiecznym miejscu.

Wreszcie, spóźniona jak zwykle, nadjechała i taksówka. Wysłużony, poobijany i brudny autonomiczny wehikuł. Drzwi otworzyły się i Paweł zajął miejsce wewnątrz pojazdu, starając się nie ubrudzić spodni i marynarki o wyświechtane siedzenie. Wnętrze pojazdu zaśmiecone było resztkami jedzenia na wynos, puszkami po Syntetyku i innymi odpadkami. Taksówki sprzątano rzadko z bardzo prostego powodu – nie miały żadnej konkurencji. Prywatnych samochodów nie było. Nie wolno ich było posiadać. Zresztą i tak nie było dokąd nimi pojechać, wiec i posiadanie ich pozbawione było także sensu. Od tej reguły były oczywiście wyjątki, takie jak: szef Straży Korporacji, Kierownik Zarządu Okręgu oraz Burmistrz. Im, z racji pełnionych funkcji, należały się pojazdy służbowe. Kiedyś była jeszcze także instytucja Pełnomocnika Do Spraw Ludności. Szefową była młoda dziewczyna. Jej auto służbowe, w przeciwieństwie do wszystkich innych, było czerwone a nie szare. Paweł pamiętał ją, bowiem w jej dziale miał nawet pracować. Była inteligentna, energiczna i pełna zapału. Wróżono jej niesamowitą karierę. Zresztą, w jej wieku nikt nie sprawował tak ważnej funkcji. Była trzecią najważniejszą osobą w Okręgu! I nagle, pewnego dnia – zniknęła bez śladu. Tak po prostu, z dnia na dzień. Było korporacyjne śledztwo, które niczego nie ustaliło a przynajmniej Straż nie wydała żadnego komunikatu. Wszystkie informacje na jej temat zostały usunięte z Systemu. Jedni mówili że została zamordowana, inni że porwana przez bandy spoza Miasta. Jeszcze inni szeptali po cichu, że została nieczysto wyeliminowana przez „grube ryby” Korporacji, obawiające się jej szybkiej i nadzwyczajnej kariery. Jak było naprawdę – Paweł nie wiedział. Jednak intuicja podpowiadała mu, że należy się trzymać od tego z daleka.

Auto samo wybrało cel podróży i ruszyło bezgłośnie. Paweł próbował otrząsnąć się ze wspomnień. Bezskutecznie jednak. Postać młodej Pełnomocnik Do Spraw Ludności, która zaginęła tak tajemniczo nie dawała mu spokoju. Właśnie teraz. Wytężył umysł, próbując sobie przypomnieć jak wyglądała, jednak obraz jej zamazał mu się już w pamięci. Widział ją zresztą raptem kilka razy. Na pewno była drobna. Niewysoka. Włosy miała do ramion. Koloru… blond? Nie, raczej nie. Brunetką też nie była. Szatynką? Może być. Kiedy zniknęła? Będzie już ze dwa lata temu. Albo nawet trzy. Sam zdziwił się, jak w pewnym wieku pamięć zaczyna już człowieka zawodzić. A może to czas biegnie coraz szybciej i tracimy kontrolę nad biegiem wydarzeń?

Taksówka od czasu do czasu zmieniała drogę, jadąc zalecanymi przez Straż Korporacji objazdami. Pawłowi było to i tak obojętne, bo tak naprawdę nie znał Miasta w którym mieszkał od zawsze. Nowe dzielnice były jednakowe, w stare się nie zapuszczał. Pogrążony w swoich myślach patrzył za okno niewidzącym wzrokiem.

Ocknął się dopiero, gdy auto zatrzymało się na pustym placu.

– To na pewno nie tu – oprzytomniał.

Zerknął na pulpit kontrolny samochodu i oniemiał. Sprawdził jeszcze raz na swoim Komunikatorze i zamarł ze zgrozy! Brak łączności z Systemem! Ale to niemożliwe! Winda może nie działać, automat sprzątający może zwariować, ale nie System! System jest przecież wszędzie!

To jednak była prawda. Paweł złapał głęboki oddech po czym otworzył awaryjnie drzwi taksówki.

Plac był duży, otoczony z trzech stron starymi kamienicami. Z czwartej zamykała go duża budowla z wieżami, która kiedyś była kościołem. Wszystkie budynki były w opłakanym stanie, z odłażącymi tynkami i dziurawymi dachami, w których brakujące dachówki uzupełniono foliowymi torbami, deskami czy fragmentami plandek. Plac obiegały cztery ulice,  obsadzone zapewne dawniej drzewami, tworząc w każdym rogu małe skrzyżowania. Jedna z nich, ta od strony dawnego kościoła, biegła jednak bliżej środka placu. To tu właśnie zatrzymała się taksówka. Centralne miejsce zajmowała zrujnowana fontanna, zasypana odpadkami oraz zastawiona przepełnionymi kontenerami na śmieci, których nikt od dawna nie opróżniał.

– Ale tu musiało być kiedyś ładnie – powiedział Paweł sam do siebie.

Jednak coś nie dawało mu spokoju. Wreszcie zrozumiał. Na placu nie było nikogo. Żywej duszy!

Wokół panowała przejmująca cisza.

windad

CDN

 

 

Reklamy

AD 2063 # 1

Automat 02

Rozdział I

Dźwięk alarmu gwałtem wdarł się do świadomości i brutalnie wyrwał Pawła ze snu. Niemrawo podniósł się z posłania, usiadł i przetarł zaspane oczy. Wczoraj wieczorem, w klubie, przedawkował Syntetyk i dziś nie czuł się najlepiej. Syntetyk była to modna ostatnio wśród ludzi sukcesu używka o opatentowanej przez Korporację recepturze, usuwająca zmęczenie, senność oraz poprawiająca samopoczucie. A serwowano ją, rzecz jasna, w modnych wśród ludzi sukcesu klubach. Przez chwilę usiłował sobie przypomnieć jak nazywała się dziewczyna poznana wczoraj w klubie, jednak pamięć go zawiodła. Zresztą, nie było to ważne. Nie miał czasu na jakieś poważne związki. Sukces nie przyjdzie sam. Trzeba walczyć o swoją pozycję w Korporacji. Także z tą dziewczyną. Nie miał wątpliwości że bez mrugnięcia powieką wygryzłaby go z posady, gdyby tylko nadarzyła się jej taka możliwość. On zresztą zrobiłby to samo bez chwili wahania. Life is brutal.

Komunikator na jego ręku przypomniał delikatnym lecz nie znoszącym sprzeciwu głosem, że na dziś ma umówione ważne spotkanie, które może zaważyć na jego dalszej karierze. Było to urządzenie nieco większe od naręcznego zegarka, jednak o nieporównanie większych możliwościach. Zastępowało między innymi karty płatnicze, rabatowe a także wszystkie możliwe dokumenty. Oprócz tego było oczywiście telefonem, zegarkiem, kalendarzem, komputerem oraz zapewniało ciągły dostęp do Systemu.

Paweł podszedł do ściany i małej lodówki ściennej wyjął z niej pomarańczową puszkę. Był to oczywiście schłodzony Syntetyk. Paweł nie posiadał żadnych innych napojów. Po prawdzie to jego lodówka oprócz Syntetyku nie zawierała nic.

– „Czym się strułeś, tym się lecz” – rzekł Paweł do siebie, naciskając niewielki guzik na wierzchniej stronie plastikowego zasobnika, nie zdając sobie nawet sprawy że powiedzenie to ma dużo starszą historię i pierwotnie odnosiło się do czegoś zupełnie innego. Duszne powietrze małego mieszkania przeszył cichy syk po którym puszka udostępniła swoją zawartość.

Niemal w tym samym momencie z niewielkiej ściennej szafy wyjechał automat sprzątający i jak gdyby nigdy nic rozpoczął porządki. Zasadniczo powinien z tym poczekać aż Paweł opuści mieszkanie, w końcu od czegoś miał chyba te sensory. Jednak automat Pawła był uszkodzony i codziennie rozpoczynał sprzątanie punktualnie o godzinie 06:23. Dlaczego o takiej godzinie – Paweł nie miał pojęcia. Zgłaszał usterkę już wielokrotnie, jednak poza standardową, automatyczną formułką o przyjęciu zgłoszenia oraz że jest nam przykro itd., nie działo się kompletnie nic. Następnego ranka automat rozpoczynał sprzątanie punktualnie o godzinie 08:23 i tak w kółko. Paweł najchętniej wyłączyłby go w cholerę, jednak było to niemożliwe. Automatu sprzątającego nie można było bowiem wyłączyć. Po pierwsze dlatego, że urządzenie nie posiadało żadnego wyłącznika a po drugie że każda próba jego dezaktywacji, na przykład poprzez wyjęcie bezpiecznika, była bardzo poważnym naruszeniem obowiązującego regulaminu bloku w którym mieszkał. Wówczas administracja reagowała błyskawicznie a delikwent pociągany był do surowej odpowiedzialności. Tajemnicą poliszynela było to, że automat służył przede wszystkim jednak do szpiegowania, co pracownicy Korporacji porabiają w domu po pracy. Oczywiście chodziło o względy bezpieczeństwa, jakże by inaczej. Zawsze przecież mogłoby się okazać, że któryś z mieszkańców jest antysystemowcem i w domowym zaciszu majstruje bombę będącą zagrożeniem dla innych mieszkańców bloku. Możliwe czy nie? Paweł uważał że jest to możliwe, wobec tego nie protestował gdy potrójny zestaw obiektywów automatu śledził każdy jego ruch w mieszkaniu, nawet wówczas gdy siedział w łazience na sedesie albo stał pod prysznicem. W końcu to przecież wszystko dla jego dobra. Nie miał co do tego żadnych wątpliwości. W Korporacji zawsze powtarzano, że „uczciwi ludzie nie mają nic do ukrycia” i Paweł trzymał się ściśle tej zasady. Czasem tylko, niczym natrętna mucha, gdzieś z tyłu zwojów nerwowych, plątało mu się wspomnienie pewnej książki, w której społeczeństwo było w pełni inwigilowane przez ekrany w ścianach… Ta książka miała chyba w tytule coś o roku… Mimo wysiłku Paweł nie mógł sobie jedna przypomnieć tytułu. Papierowych książek już dawno nie było; wszystkie zostały przemielone na kompost w ramach akcji „Kultura Dla Środowiska”. Od tej pory wszelki pozycje literatury jakie tylko spłodziła ludzkość, miały być dostępne za darmo w elektronicznych zasobach Systemu. Po czasie okazało się, że jednak nie za darmo i nie wszystkie. Rzeczonej książki z rokiem w tytule znaleźć nie mógł, chociaż próbował wielokrotnie i na różne sposoby. Dał za wygraną dopiero po otrzymaniu wiadomości od Administratorów Systemu z informacją, że jego zainteresowania są „cokolwiek niezdrowe”. Zrozumiał ostrzeżenie i przestał szukać.

Paweł rozejrzał się po mieszkaniu. Niewielkie, brudne okna wychodziły wprost na szarą ścianę sąsiedniego bloku, dzięki czemu wpuszczały tak mało światła, że pomieszczenia trzeba było doświetlać również w dzień. Ścianę we wnęce za drzwiami w najlepsze pożerał grzyb. Automat udawał że sprząta, troszcząc się o jego zdrowie, ani na moment nie spuszczając z niego swojego zestawu trzech obiektywów.

Paweł podszedł do dużego ekranu wmontowanego w ścianę i uśmiechnął się do kamer zainstalowanych w jego obudowie. Szybko zaktualizował swój status w Systemie, wprowadził bieżący plan dnia. Nie było to obowiązkowe ale w Korporacji mile widziane, gdy pracownik meldował wcześniej, co danego dnia i o której godzinie będzie robił. Na koniec sprawdził jeszcze w Systemie, czy zarezerwowane auto na pewno po niego przyjedzie. Status był OK. To go uspokoiło. W końcu na rozmowę o własnej przyszłości w Korporacji nie wypadało jechać metrem. Tak, to był Wielki Dzień, ten który odmieni jego życie.

Szybko ubrał się w dostarczone wczoraj z automatycznej wypożyczalni eleganckie ubranie. Zwało się ono „Kreid” i było ostatnim „krzykiem mody”. Wygodne jednak nie było; piło w kroku i pod pachami. Paweł pocieszył się, że będzie musiał je nosić najwyżej kilka godzin. A na rozmówcy na pewno zrobi dobre wrażenie. Zaklął cicho gdy zauważył, że jakiś durny automat krzywo uprasował nogawkę spodni; naciągnął, poprawił – jakoś to będzie, musi być.

Wyszedł z mieszkania odprowadzany zimnym, beznamiętnym wzrokiem potrójnego zestawu obiektywów automatu sprzątającego, udającego że robi porządek.

– „Uczciwi ludzie nie mają się czego obawiać” – Paweł wyrecytował w myślach wyświechtaną formułkę. Drzwi zamknęły się za nim automatycznie a zapalona czerwona lampka nad nimi zasygnalizowała, że zostały także zaryglowane.

Automat 01

CDN

Jeźdźcy Peerelu # 5

Szosa

warsztat

Dla syna Bolesława nadszedł wielki dzień. Właśnie dziś miał wyruszyć z ojcem na wielką wyprawę motocyklem. Podekscytowany chłopak nie mógł spać całą noc. Co prawda z dzisiejszej perspektywy dystans niecałych 100 km w jedną stronę to wycieczka a nie wyprawa, ale wówczas czas i przestrzeń miały zupełnie inny wymiar.

Bolesław chciał zabrać syna do miejscowości, w której  jako dziecko, dawno temu, jeszcze przed wojną, spędzał wakacje. Co prawda w latach kalendarzowych nie było to znowu wcale tak dawno ale od tego czasu świat zmienił się całkowicie.

Wyruszyli z samego rana. Był dzień wolny od pracy i miasto jeszcze spało. Fabryczne hale z których zwykle dobiegał stukot maszyn, dziś wyjątkowo milczały. Tylko propagandowe hasła w stylu: „Naszym celem pokój, socjalizm” czy „ Gospodarni mają więcej” wypisane białą farbą na pomalowanych na bordowo wielkich płytach pilśniowych jak co dzień stały na straży nowego ładu i porządku społecznego. Miejska zabudowa z czerwonej cegły szybko została w tyle. Minęli jeszcze dwie wioski aż w końcu wyjechali na otwartą przestrzeń.

Szosa wybrukowana była jasną, granitową kostką, która przez lata pofałdowała się nieco i motocykl śmiesznie kołysał się na nierównościach. Po obu stronach drogi rósł szpaler starych lip dając podróżnym upragniony cień. Dalej, aż po horyzont, były już tylko pola i łąki. Wydawać by się mogło że tak było tu od zawsze, chociaż Bolesław pamiętał jeszcze czasy gdy droga nie posiadała twardej nawierzchni i była zwykłym, piaszczystym traktem zamieniającym się w nieprzejezdne błoto podczas deszczu.

Minęli zrujnowany dworek i w pobliżu niewielkiego oczka wodnego zrobili sobie przerwę w podróży. Przecież nigdzie się nie spieszyli. Wyciągnęli z tobołka prowiant i zaczęli jeść na trawie w cieniu drzew. Niby zwykłe śniadanie a w takiej podróży smakuje zupełnie inaczej. Wie tylko ten co sam spróbował. Po posiłku wyciągnęli się na trawie obsypanej na biało kwiatami stokrotek. Rozmawiali o dawnych czasach. O domu z kolorowymi szybkami w ganku. O młynie. I o wuju Bolesława, który pierwszy raz w życiu przewiózł go motocyklem a nawet dał mu poprowadzić swoją maszynę. Było to jeszcze przed wojną, kiedy – trudno w to uwierzyć – Bolesław był właśnie w wieku swojego syna. Motocykl nazywał się Indian. Indian Scout z 1926 roku a jeździli właśnie tu, po tej szosie, która była wtedy tylko piaszczystym duktem. Ale łąki pachniały zupełnie tak samo. I tak samo szumiały lipy, żywi ale niemi świadkowie tamtych wydarzeń.

Patrzyli na szosę. Sunęły po niej chłopskie furmanki, zupełnie jak kiedyś. Jedyną różnicą były ogumione koła wozów. Raz na jakiś czas przemknęła ciężarówka czy motocykl. W pewnej chwili przejechała Syrenka, wlokąc za sobą chmurę ciężkiego dymu w niemym proteście przeciwko fatalnej jakości oleju użytego do mieszanki.

Wreszcie spojrzeli na SHL-kę, stojącą w cieniu i sprawiającą wrażenie najwyraźniej znudzonej przedłużającym się postojem. Spakowali rzeczy i usadowili się na motocyklu. Jednak tym razem Bolesław posadził juniora przed sobą. Ruszyli. Bolesław przekazał synowi władzę nad kierownicą, dyskretnie jednak kontrolując jego poczynania.

„Zupełnie jak wtedy” – pomyślał Bolesław. Oczyma wyobraźni widział siebie prowadzącego w ten sam sposób wujowego Indiana. Ta sama szosa. Wiatr obmywał twarz jak dziś, silnik dudnił przepięknym basem a ciężka maszyna wzbijała kołami tumany kurzu. Czuł się wówczas panem świata aż nagle, zupełnie niespodziewanie kierownica zaczęła wyrywać mu się z rąk! Wuj Bolesława błyskawicznie przejął kontrolę nad sterem i bezpiecznie wylądowali na poboczu.

– Coś zepsułem! – nieśmiało wydukał Bolesław.

– To nic takiego – zaśmiał się wuj rubasznie – po prostu złapaliśmy kapcia. Teraz jesteś prawdziwym kierowcą!

W rzeczy samej – najechali na hacel – gwóźdź od podkowy, prawdziwą plagę przedwojennych dróg. Bolesław stał przerażony, podczas gdy najwyraźniej zupełnie nie przejęty całym zdarzeniem wuj zabierał się jak gdyby nigdy nic do wymiany dętki.

Bolesław zapamiętał jeszcze młodego chłopa, który widząc awarię motocykla zatrzymał swoją furmankę. Chłop okazał się zresztą znajomym wuja, który będąc młynarzem znał chyba wszystkich rolników w okolicy. Obaj uśmiali się setnie widząc wystraszoną minę Bolesława, po czym chłop wręczył mu grubą pajdę chleba z masłem.

– Nic tak nie pomaga na frasunki jak pełny brzuch – rzekł chłop.

I rzeczywiście, zmartwienia odeszły jak ręką odjął. Wuj skończył naprawiać koło, pogadał jeszcze chwilę z rolnikiem o interesach po czym chłop wskoczył na kozioł, machnął ręką na pożegnanie i odjechał w swoją stronę.

Bolesław starał się przypomnieć jak wyglądał ów rolnik, który wówczas poczęstował go pajdą chleba, jednak jego pamięć okazała się bezradna.

Niespodziewanie z tych wspomnień wyrwał go dziwny dźwięk! Coś się działo z silnikiem!

W pierwszej chwili wyglądało na to, że kończy się paliwo. Bolesław szybko przełączył kranik na rezerwę lecz nic to nie pomogło. Silnik wydał z siebie żałosne „Uuuuuuuuu…” po czym zgasł. Na dobre.

Zatrzymali się na poboczu. Próby uruchomienia silnika ze startera nie przyniosły rezultatu. Bolesław spróbował wobec tego uruchomić SHL-kę metodą „na pych”. Silnik prychnął, kichnął, zaskoczył na sekundę po czym znów zgasł. Sprawa wyglądała na coś poważniejszego. Bolesław zaczął od standardowej procedury. Zdjął kanapę, wyciągnął narzędzie i wykręcił świecę. Była mokra od paliwa. Wyczyścił ją i przytknął do głowicy silnika, jednocześnie naciskając starter. Pomiędzy elektrodami przeskoczyła iskra.

– Prąd jest, więc problem leży raczej w gaźniku – mruknął do siebie Bolesław.

Syn Bolesława stał z boku, wystraszony całą sytuacją.

– Zupełnie jak wtedy – zamyślił się Bolesław.

– Czy ja… czy ja coś zepsułem? – zapytał nieśmiało syn.

– Ależ skąd! To się zdarza – powiedział Bolesław, nieświadomie naśladując to głosu swojego wuja. Pochylił się w skupieniu nad gaźnikiem. Niby wszystko było w porządku, tylko silnik nadal nie chciał pracować. Czyżby więc zapłon? Zdjął dekiel silnika i zaczął lustrować przerwę na przerywaczu. W pewnej chwili coś przesłoniło mu światło. Spojrzał na syna ale ten stał z boku. To nie on! Bolesław odwrócił się gwałtownie. Tuż za nim, w niewielkiej odległości stała furmanka zaprzężona w gniadego konika. Na koźle siedział drobny, starszy chłopek który przyglądał mu się uważnie. Bolesław odetchnął.

– Panie, nie masz pan nic do roboty? – zapytał Bolesław, wystraszony nagłym pojawieniem się chłopa.

– W zasadzie to coś by się znalazło – odrzekł rolnik z uśmiechem, drapiąc się po głowie.

– To zajmij się pan swoimi sprawami – powiedział Bolesław, któremu chłop zaczął działać na nerwy. Nie dość że go wystraszył to jeszcze miał wrażenie że się z niego nabija. Przy synu!

– Jasne – rzekł rolnik – a to rozumiem że tak ma być? – po czym wskazał końcem bata na wylot filtra powietrza w motocyklu.

Bolesław spojrzał w kierunku wskazanym przez chłopa i osłupiał. W otworze filtra tkwiły bawełniane pakuły, których używał do wycierania rąk po drobnych naprawach czy też konserwacji motocykla. Musiały wypaść ze schowka gdzieś na wybojach, po czym razem z powietrzem zostały zassane do filtra gdzie zatamowały zupełnie przepływ powietrza. Bolesław mógł grzebać przy gaźniku i zapłonie do wieczora i nic by nie znalazł.

Bolesław poczuł się głupio że tak ostro potraktował chłopa. Wypadało mu podziękować ale rolnik już odjechał bez słowa. Trudno się dziwić. Szybko poskładał motocykl do kupy, pozbierał graty. Ostatni raz spojrzał na miejsce przymusowego postoju, które wydało mu się dziwnie znajome po czym posadził znów syna przed sobą. Nacisnął starter i silnik odezwał się znajomym głosem. Bolesław odetchnął. Ruszyli z kopyta.

Za kolejnym zakrętem dogonili znajomą furmankę zaprzężoną w gniadego konika. Wyprzedzając ją Bolesław pomachał rolnikowi. Po części z wdzięczności, trochę na pożegnanie.

Na ogorzałej twarzy chłopa zagościł dobrotliwy uśmiech…

warsztat

Na podstawie wspomnień W.

Jeźdźcy Peerelu # 4

Narzędzia

Narzedzia

Poprzednia przygoda nie zakończyła się dla Zenona happy-endem. Kolegium do spraw wykroczeń orzekło o zatrzymaniu uprawnień do kierowania pojazdami mechanicznymi, co w praktyce oznaczało uziemienie. Motocykl co prawda udało się Zenonowi odebrać z parkingu milicyjnego, jednak nadawał się on tylko do kapitalnego remontu. Nie pierwszyzna.

W gomułkowskiej rzeczywistości problemem było dostanie części zamiennych. Zresztą, generalnie wszystko było problemem. Niby nasza gospodarka produkowała wszystko, ale w sklepach nie było niczego. Pierwszy sekretarz w radiowych przemówieniach czytał długie listy sukcesów w wytwarzaniu różnych dóbr konsumpcyjnych, a zwykli ludzie jakoś nie byli w stanie tego odczuć. Na koniec zresztą z przemówienia wychodziło zawsze, że choć zdrożały: chleb, mięso, przetwory mleczne, benzyna itd. to za to staniały czołgi i lokomotywy, więc w sumie obywatel, jakby nie patrzeć, jest na plusie. Dlatego też ludzie nauczyli się doskonale odczytywać wszelkie znaki, które nieopatrznie dawała władza tzw. „ludowa”. Przykładowo, jeśli spiker w radio powiedział że „w tym roku cukru na pewno nam nie zabraknie”, oznaczało to, że należy czym prędzej udać się do sklepu i nakupić na zapas tyle cukru, ile to możliwe, bo za chwilę towar ten będzie nie do dostania. Wierszyk: „ Za Gomułki puste półki”  dokładnie oddawał ówczesne realia. I tak to było.

Dlatego naprawiało się wszystko, co tylko było możliwe. Tak też było i tym razem. Koło zenkowego Junaka zostało wycentrowane, lagi naprostowane, błotnik i lampa wyklepane i chałupniczo pomalowane. Wkład lampy udało się gdzieś „załatwić”. Zeszło się z tym do jesieni. Zresztą, nie śpieszyło się z tym Zenonowi zbytnio, skoro i tak nie miał prawa jazdy. Problem był tylko z gaźnikiem, który po wypadku nie chciał działać tak jak powinien. Zenon w końcu postanowił zrobić z nim porządek.

– Bolek, pożyczysz mi swoich narzędzi? – zapytał Zenon.

Bolesław zaczął się namyślać. Wiadomym było, że nikt w okolicy nie posiada lepszego warsztatu narzędziowego niż on. Jednak niechętnie użyczał on swoich skarbów a to z tej prostej przyczyny, że jakoś później nie bardzo chciały te narzędzia do niego wracać. A warto dodać, że narzędzia Bolesława były najwyższej klasy i w dużej części stanowiły część wyposażenia przedwojennego zakładu ślusarskiego, który należał kiedyś do jego wuja.

– Dobrze – powiedział w końcu Bolesław – tylko widzisz Zenuś, napisane jest na nich „wróć do mnie”. Żebyś o tym nie zapomniał.

– Spokojna głowa – odpowiedział Zenon.

Bolesław jakoś nie był tym wcale uspokojony.

Zenon zamknął się w swojej komórce. Wyregulował gaźnik najlepiej jak umiał po czym odpalił motocykl i zrobił nim kilka rundek wokół podwórka. Na ulicę bał się wyjeżdżać w obawie przed milicją. Jednak z efektów swoich regulacji nie był zadowolony. Gdy silnik trochę się rozgrzał, gaźnik znów zaczynał kaprysić. Zenon wyłączył silnik i znowu zaczął przy nim grzebać. Kolejna próba i znów to samo. W końcu doszedł do wniosku, że jeżdżąc wokół gruszy na podwórku nigdy nie rozgrzeje silnika jak należy. Oznaczało to wyjazd na ulicę. A na ulicy można było nadziać się na patrol milicji albo jakiegoś innego ormowca… Ale Zenon był już tak wkurzony, że w zasadzie było mu już wszystko jedno.

– Muszę porządnie go rozgrzać – powiedział do Stefana i zniknął za bramą.

Stefan tylko wzruszył ramionami, zajęty pucowaniem swojego Junaka.

Nie minęło dwadzieścia minut, gdy Zenon w panice wpadł na podwórko. Błyskawicznie schował motocykl do komórki po czym usiadł na ławce przed kamienicą, rozglądając się nerwowo.

– Gdzie byłeś Zenuś? – z udawaną troską w głosie zapytał Stefan – Coś taki wystraszony?

– Pod Katowicami; nadziałem się na patrol milicji a najgorsze że zgubiłem tam narzędzia – wypalił niemal jednym tchem Zenon, po czym wstał z ławki i szybkim krokiem zniknął w drzwiach wejściowych kamienicy.

– Co takiego?! Gdzie byłeś?! – zapytał zdumiony Stefan, lecz Zenon już go nie słyszał.

Chwilę później Stefan spotkał się z Bolesławem.

– Powiedział że był pod Katowicami i zgubił tam twoje narzędzia. Ten kurs tańca przy KC ogłupił go do reszty.

– Jeśli naprawdę zgubił moje narzędzia, to będzie musiał wymyśleć jakieś bardziej prawdopodobne wytłumaczenie – stwierdził Bolesław – idziemy do niego.

Próżno jednak dobijali się do drzwi. Zenon przepadł jak kamień w wodę.

Następnego dnia rano Bolesław jechał do pracy. Na jednym ze skrzyżowań wylotowych z miasta coś go tknęło. Zawrócił i zatrzymał się pod wielkim drogowskazem.

Na trawie pod znakiem, mokre od rosy, leżały jego narzędzia!

Bolesław wstał i spojrzał do góry na drogowskaz.

Na wielkiej blaszanej tablicy wymalowany był ogromny napis: „Katowice” a dalej, nieco mniejszą czcionką, dopisek „370 km”.

Katowice

Epilog

Zenon już nigdy nie doprowadził swego Junaka do stanu używalności. Dłubał przy nim coraz rzadziej aż w końcu zamienił go na czarno – biały telewizor „Neptun” i motorower „Żak”. Tak zakończyła się jego kariera motocyklisty, bo na motorowerze nie jeździł wcale a przynajmniej nikt go nigdy na nim nie widział. W międzyczasie ukończył WUML, podobno nawet z jakimś wyróżnieniem i wyprowadził się do stolicy robić karierę w partii. Potem słuch o nim zaginął. Można chyba jednak zaryzykować stwierdzenie, że w jego przypadku nauka nie poszła w las 😉

Bolesław wyprowadził się niedługo potem. Otrzymał mieszkanie w nowym bloku w innej dzielnicy miasta. SHL-kę trzymał u swojego kuzyna na przedmieściach, w specjalnie do tego celu zaadoptowanej komórce. Z racji sporej odległości od garażu nie jeździł już tak dużo jak kiedyś. Na początku lat osiemdziesiątych jego ukochana SHL-ka została skradziona z tejże komórki. Wobec „niewykrycia sprawców”, których najprawdopodobniej nawet wykryć nie próbowano, milicja kilka dni później umorzyła śledztwo. Motocykl przepadł na zawsze.

Stefan wyprowadził się z kamienicy ostatni. Wybudował sobie domek jednorodzinny w nowopowstałej wówczas dzielnicy „willowej.” W latach 70-tych dorobił się samochodu i na Junaku jeździł coraz rzadziej. W końcu maszyna popadła w zapomnienie i gdzieś w połowie lat 80-tych została sprzedana za grosze na wieś, gdzie dokończyła marnie swojego żywota.

pismo

Na podstawie wspomnień W. Wszelkie podobieństwo do osób i sytuacji jest całkowicie zamierzone.

Jeźdźcy Peerelu # 3

Uniwersytet

szprot

Zenon obudził się z potwornym bólem głowy. Z wielkim wysiłkiem otworzył przekrwione oczy. Cały pokój zatańczył najpierw w lewo, potem w prawo, aby po jeszcze kilku wahnięciach ustalić się w końcu we właściwej pozycji. „Jezu, jak mi niedobrze” – pomyślał.

Wokół szklanego żyrandola z jedną żarówką krążyła niestrudzenie wielka mucha. Zenon zaczął obserwować ją uważnie. Zauważył że stworzenie nie lata wokół lampy po okręgu, tylko jego lot składa się z serii prostych odcinków, poprzedzielanych gwałtownymi skrętami w lewo. Nie oznaczało to w żadnym razie, że skacowany Zenon stał się nagle wrażliwy na piękno natury. Co to, to nie! Za to na pewno zrobił się nadwrażliwy na dźwięki a brzęk muszych skrzydełek dosłownie kaleczył mu mózg. Naciągnął kołdrę na głowę ale brzęczenie wcale nie ustawało. Powoli narastała w nim wściekłość. Miarka się przebrała!

mucha

Wstał gwałtownie – i w tym samym momencie jego głowę przeszył tępy ból, potężny niczym uderzenie młotem w potylicę! Spróbował jeszcze raz, tym razem powoli. Ból głowy podczas wstawania był już znośniejszy. Odrzucił kołdrę, usiadł na łóżku i zdziwił się po raz pierwszy tego poranka. Otóż okazało się, że spał w ubraniu i to tym najlepszym, „do kościoła”. Nawet nie zdjął butów! Zwinął znaleziony na podłodze egzemplarz „Trybuny Ludu” w elegancki rulon, gotów pokazać tym orężem musze, kto tu rządzi. Jednak cwany owad chyba zorientował się co jest grane, bo nagle przepadł bez śladu.

Zenon zrezygnowany rzucił gazetę na podłogę i podszedł do kredensu. Otworzył skrzypiące drzwiczki i wyjął wyszczerbiony porcelanowy kubek z wymalowanym na nim klasztorem z podpisem „Pamiątka z pielgrzymki do Częstochowy” oraz napoczętą butelkę najpodlejszego gatunku wódki. Napełnił nią kubek. Cudowna wizualizacja pojęć „sacrum” i „profanum”.

– Czym się strułeś, tym się lecz – mruknął.

Wychylił zawartość kubka jednym duszkiem. Oczy zaszły mu łzami. Mętny płyn miał posmak oleju, palił gardło i wykrzywiał twarz. Jednak po chwili już było mu lepiej. Nalał sobie drugą porcję. Tym razem upił tylko trochę. Wódka paliła gardło tak samo jak poprzednio, ale tryby w Zenkowym umyśle zaczęły wreszcie pracować. Wróciła mu zdolność myślenia. Powoli zaczął przypominać sobie wydarzenia z poprzedniego dnia.

Otóż w życiu Zenona nastąpiły duże zmiany. Zapisał się na Uniwersytet! Sam co prawda nie do końca rozumiał jak to jest możliwe skoro ledwo ukończył podstawówkę, z podwójną repetą na dodatek. Ale fakt był faktem. Nigdy nie zapomni zdumionej miny Bolesława, gdy mu oznajmił że w piątek po południu nie może mu pomóc na działce, bo wybiera się na Uniwersytet! Zenon specjalnie położył akcent na drugą sylabę tego wyrazu.

Uczelnia Zenona nazywała się WUML (Wieczorowy Uniwersytet Marksizmu – Leninizmu – przyp. red.). Albo jakoś tak, Zenon nie był pewien. Nie potrafił rozwinąć tego skrótu, jednak wiedział na pewno że zawierał on w sobie magiczne słowo „Uniwersytet”.

Bolesław co prawda stwierdził, że ten jego „uniwersytet” to taki „kurs tańca przy KC”, jednak Zenon był pewien, że powiedział to z zawiści. Cóż, nie każdemu dane jest studiować na Uniwersytecie.

Trochę dziwny to był uniwersytet, nawet jak na mgliste wyobrażenie Zenona o tej instytucji. Mieścił się w restauracji-dancingu obok Prezydium, może z trzysta metrów w linii prostej od jego mieszkania.

– I pomyśleć – mruczał Zenon do siebie – że przez tyle lat nie wiedziałem, że koło mojego domu mieści się taka uczelnia.

Zajęcia rozpoczęły się od prelekcji, która brzmiała niemal dokładnie tak, jak transmisja radiowa z przemówienia pierwszego sekretarza KC PZPR. Zenon nie zrozumiał z niej nic. „To właśnie musi być Nauka” – pomyślał oczarowany. Pocieszył się że i on, po ukończeniu tej uczelni, będzie również potrafił mówić tak mądrze. Po części oficjalnej nastąpiła część nieoficjalna, na którą jak się okazało, wszyscy czekali mając w zasadzie całą tą wstępną prelekcję tam, gdzie zazwyczaj nie docierają promienie słoneczne. Zenon nazwałby tą część nieoficjalną „zwykłym ochlajem”, gdyby nie to, że na Uniwersytecie tak mówić chyba jednak nie wypada. Tak się przynajmniej Zenonowi wydawało. „Bankiet” jednak też nie pasuje a to z tej prostej przyczyny że „Towarzysze Wykładowcy” narzucili niewiarygodne tempo picia. Zenon nie miał pojęcia, że coś takiego w ogóle jest możliwe a sam przecież za kołnierz nie wylewał. Patrząc na to, co „Towarzysze Wykładowcy” wyczyniają przy stołach i jakie rekordy świata w chlaniu biją, po raz pierwszy ogarnęły go wątpliwości, czy aby podoła trudom tej edukacji. Długo zresztą nie dane było mu roztrząsać tych wątpliwości, bowiem wkrótce od nadmiaru „informacji” urwał mu się film i odpadł z peletonu. Obudził się dopiero w swoim łóżku.

Postawił niedopity kubek na stole, obok materiałów dydaktycznych z „Uniwersytetu”. Były to: „Zadania Partii na rok… „, „Statut PZPR” oraz najgrubsza księga, „Lenin – dzieła wybrane”. Zenon przez chwilę zastanawiał się, jak uda mu się to wszystko przestudiować. Tyle czytania… Pamiętał jeszcze dobrze szkolną traumę.

Klin widać zadziałał, bo nagle Zenon poczuł że jest głodny. Szybo zrobił rewizję kredensu, jednak nie znalazł niczego, co przeszłoby mu w tej sytuacji przez gardło. Podobnie miała się sprawa z koszykiem za oknem, spełniającym w tamtych czasach funkcję lodówki. Zenon w zamyśleniu delikatnie zamknął wypaczone okno, pilnie bacząc aby nim nie trzasnąć i przypadkiem nie odłupać resztek kitu z szyb.

Nagle olśnienie! Szprot w oleju!

– Tego mi trzeba – pomyślał Zenon.

Pomysł był zaiste dobry, bo szprot i smaczny, sycący, i pasuje do tego niedopitego pół litra wódki, co to się ostał w kredensie. Gorzej było tylko z jego realizacją w gomułkowskiej rzeczywistości.

Tak jak się Zenon spodziewał, zadanie było ciężkie. Po obejściu kilku okolicznych sklepów spożywczych stwierdził, że konieczne będzie odwiedzenie Państwowego Domu Towarowego. Ponieważ znajdował się on w innej dzielnicy, Zenon, po dojściu do wniosku że jest mu już lepiej, postanowił pojechać tam motocyklem. Wrócił do domu po klucze od komórki w której trzymał motor; przy okazji, tak dla pewności, zaklinował się jeszcze raz „dobrą setką podłej wódki”.

Jakimś cudem pijany Zenon zajechał pod PDT. Nawet udało mu się zakupić to, po co przyjechał. To że dotarł na miejsce cało wynikało jednak w dużej mierze z niesamowitego szczęścia oraz niewielkiego ruchu, jaki panował wówczas na ulicach.

szprot

Zenon schował puszkę rybną do kieszeni kurtki, z niemałym trudem uruchomił motocykl i wyjechał ze sklepowego parkingu. Na ulicy wziął zakręt o wiele szerzej niż by wypadało, ale jednak utrzymał równowagę.

Do czasu. Jadąca przed Zenonem nowiutka Syrena zatrzymała się przy znaku „Stop”. Z przeciwka w ulicę skręcał duża ciężarówka marki Żubr. Na przejście dla pieszych weszli ludzie. Babcia na rowerze po lewej stronie ulicy próbowała włączyć się do ruchu. Kierowca Żubra nacisnął klakson. Tak duża ilość informacji zablokowała zamroczony alkoholem umysł Zenona! Zamiast hamować albo chociaż próbować ominąć przeszkodę to jak urzeczony wpatrywał się w bagażnik Syrenki, który zbliżał się nieubłaganie z każdą sekundą.

Klienci Domu Towarowego tłoczyli się jak zwykle przy kasie, gdy nagle okolicą wstrząsnęło głuche uderzenie. Oczom wybiegających ze sklepu ludzi ukazał się przerażający widok! Na skrzyżowaniu stała Syrena, do której z tyłu „przykleił się” motocykl. Motocyklista powoli, bezwładnie, niczym na zwolnionym filmie, zsuwał się powoli po obłej klapie bagażnika na jezdnię. Sama pokrywa była mocno wgnieciona w centralnej części.

– Matko święta, zabił się – jęknęła starsza kobieta.

– Dzwońcie po pogotowie i milicję!

Kierowca Syreny wyskoczył z samochodu.

– O rzesz ty sku… – przerwał w pół przekleństwa, widząc krwawiącego Zenona i czym prędzej wskoczył z powrotem do wnętrza auta w poszukiwaniu apteczki.

Zenon oprzytomniał błyskawicznie. Wypluł ukruszony ząb, wytarł rękawem rozbity nos po czym błyskawicznym ruchem chwycił motocykl. Kopnął starter. Silnik zaskoczył natychmiast. Zenon wbił pierwszy bieg i ruszył z kopyta, próbując ulotnić się z miejsca wypadku, nie bacząc na uszkodzony widelec, rozbitą lampę i pokrzywione przednie koło.

Jednak syreniarz był szybszy. Wyskoczył z samochodu w samą porę by złapać Zenona za kurtkę i ściągnąć go z motocykla. Maszyna przejechała jeszcze bez jeźdźca kilka metrów, podskakując śmiesznie na skrzywionym przednim kole, wreszcie głucho zwaliła się na bok, natomiast zdumiony Zenon spadł tyłkiem na bruk.

– O rzesz ty s***** taki owaki – kierowca Syrenki tym razem dokończył przekleństwo i strzelił w twarz na odlew.

Zenon poczuł, że rusza mu się kolejny ząb. Kierowca uszkodzonego samochodu chciał przyłożyć mu jeszcze, ale tym razem powstrzymali go gapie. Po kilku minutach na skrzyżowanie na sygnałach wpadł milicyjny gazik a chwilę później także karetka pogotowia.

Zenon siedział na tylnym siedzeniu milicyjnego gazika. Kierowca Syrenki był trzeźwy. Nie dało się tego niestety powiedzieć o Zenonie. W zasadzie milicjanci nawet nie kazali mu dmuchać w balon, wystarczyło że poczuli jego oddech. Sanitariusze obejrzeli go dokładnie i opatrzyli mu tylko rozbity nos. Pobrano mu też krew do analizy.

Zenon patrzył przez okno jak milicjanci spisują zeznania świadków. Na środku skrzyżowania, w wielkiej plamie benzyny i oleju, leżał jego potłuczony motocykl. Na chodniku stała nowa Syrena z rozbitym tyłem. Pogięta klapa bagażnika nie dawała się zamknąć. W pewnej chwili dostrzegł jakiś błyszczący przedmiot leżący na jezdni. Wytężył wzrok.

Była to puszka szprotów w oleju, która w zamieszaniu musiała wypaść mu z kieszeni. Jeszcze raz omiótł wzrokiem pobojowisko na drodze.

– I to wszystko z powodu tej cholernej konserwy!!!

Zaklął szpetnie.

Minęły dwa dni. Zenon siedział w swoim mieszkaniu. Czuł się tragicznie. Alkoholowe znieczulenie puściło i teraz dopiero dotarło do niego, co się wydarzyło. Bolały obite mięśnie, zapuchnięty nos i szczęka. Zastanawiał się, co było twardsze: klapa bagażnika Syrenki czy pięść jej kierowcy. Aby zabić czas próbował przebrnąć przez „Dzieła wybrane Lenina”, lecz szło mu to bardzo opornie.

Z zadumy wyrwało go pukanie do drzwi.

Zenon z wysiłkiem podniósł się z fotela. W drzwiach stał listonosz, który bez słowa wręczył mu kopertę i pokwitowanie. Zenon posłusznie podpisał.

Zenon otworzył kopertę.

– Wez-wa-nie na ko-le-gium – przesylabizował.

Smutnym wzrokiem spojrzał na otwartą książkę, którą właśnie studiował, potem na pismo które wyjął z koperty.

– Ta nauka mnie wykończy – mruknął.

szprot2

 

Na podstawie wspomnień W.

 

Jeźdźcy Peerelu # 2

Odwiedziny

lublin

Zenon doszedł jakoś do siebie po wypadku. Nawet szybciej niż by się mogło wydawać. Jego nieskomplikowana psychika szybko poradziła sobie z szokiem prostą metodą wyparcia. Po kilku dniach opowiadał nawet o pamiętnym upadku, jednak mówił o nim w trzeciej osobie, jakby opowiadał jakąś anegdotę albo coś, co przytrafiło się komuś innemu. Jedynie po papierosy i gazety chodził już do innego kiosku, nadkładając spory szmat drogi.

Trochę gorzej było z motocyklem, który po upadku na bazaltową kostkę mocno zaniemógł i wymagał dość poważnego remontu.

Problemem Zenona było to, że w komórce w której trzymał Junaka nie było elektryczności. Dlatego tęsknym okiem spoglądał na piwnicę w kamienicy, w której dwóch jego kolegów trzymało swoje motocykle. Jednym z nich był Stefan, który trzymał tam swojego nowiutkiego Junaka. Tego motocykla zazdrościł mu Zenon straszliwie. Drugim motocyklistą był Bolesław, właściciel kilkuletniej SHL. Zwiedził na niej chyba całą Polskę a także kawałek zagranicy. Na tą SHL-kę Zenon mówił pogardliwie, że to „pół motocykla”, bo po pierwsze dwutakt a po wtóre miała tylko 175 centymetrów pojemności, czyli dokładnie połowę tego co Junak. Po prawdzie to Zenon zazdrościł również Bolesławowi tej jego SHL-ki, bowiem motocykl ten miał to do siebie, że liczba jego wyjazdów była równa liczbie powrotów o własnych siłach, czego o Zenkowym wehikule w żadnym razie nie można było powiedzieć.

Wszyscy trzej znali się już od pierwszej klasy podstawówki i dziwnym zrządzeniem losu mieszkali w tej samej kamienicy. Zenon na wspomnianej już wcześniej podstawówce zakończył definitywnie swoją edukację, zresztą z podwójną repetą. Na jednym z rozdań świadectw ukuł słynne do dziś powiedzenie: „jeszcze tylko wp****ol w domu i wakacje”. Kontaktu z ojcowskim pasem zresztą taktycznie unikał. Gdy ojciec wracał z wywiadówki Zenon przezornie uciekał z domu do zapuszczonego parku, gdzie jakiś czas koczował pod jednym ze zrujnowanych mostków, czekając aż sytuacja się uspokoi a koledzy, wśród których był i Bolesław, przynosili mu wykradane z domu jedzenie. To były czasy, rozmarzył się Zenon. Stefan i Bolesław uczyli się dalej razem w technikum. Po latach wszyscy trzej spotkali się ponownie, w największej fabryce w mieście. Stefan był kierownikiem hali, Bolesław odpowiadał za utrzymanie maszyn w ruchu. Zenon był tam stróżem. To również uważał za wielką życiową niesprawiedliwość.

Duża piwnica należała do Stefana, jednak doskonałe (jak na ówczesne warunki) zaplecze warsztatowe było dziełem Bolesława. Pomieszczenie oświetlone było dwiema potężnymi, przemysłowymi lampami rtęciowymi, dzięki któremu było w nim jasno jak w dzień. Żyć nie umierać.

Na tę piwnicę miał chrapkę Zenon. Mimo iż Stefan i Bolesław byli nierozłącznymi przyjaciółmi na dobre i na złe, to jednak całkowicie różnili się charakterami. Stefan był mrukliwy i małomówny, Bolesław to typowa „dobra dusza”. To właśnie Bolesławowi zaczął Zenon wiercić dziurę w brzuchu. Bolesław w końcu uległ namowom i poprosił przyjaciela o zgodę na udostępnienie Zenonowi miejsca w piwnicy.

– Jak tam chcesz – rzucił w swoim stylu Stefan.

Zenon bowiem miał plan nie tylko wyremontować swojego Junaka ale także mocno go „udoskonalić”, cokolwiek to w jego przypadku znaczyło. Wkrótce w Stefanowej piwnicy i przy użyciu Bolkowych narzędzi jego plan został wcielony w życie.

celma

Na początek Zenon postanowił Junaka „odchudzić” i przy okazji poprawić jego chłodzenie, wiercąc w silniku otwory gdzie się tylko dało, niewiele zastanawiając się nad tym co właściwie robi. Masy z aluminium wiele nie ujął, za to udało mu się osłabić konstrukcję do tego stopnia, że podczas próby uruchomienia motocykla jeden z odlewów silnika pękł. Zenon zawył jak pies! Nie dopuszczając do siebie myśli że sam zniszczył silnik swojego motocykla, zgodnie z duchem epoki oskarżył Stefana o sabotaż.

Odpowiedź Stefana była krótka. Kazał mu po prostu wyp****ć z piwnicy razem ze swoim złomem. Tak więc wrak Zenkowego Junaka wrócił do ciemnej komórki na węgiel. Bolesławowi zrobiło się jednak żal Zenka i wykorzystując swoje znajomości załatwił mu nieco części silnikowych pochodzących z jakiegoś rozbitego Junaka, aby ten jednak mógł postawić swój motocykl na koła. Zenon zamiast wdzięczności poczuł wściekłość.

Z początkiem lata maszyna Zenona była już mniej więcej na chodzie. Z dwóch niesprawnych silników udało mu się zrobić jeden w miarę działający. Wywiercone w deklu otwory pozaślepiał śrubami z podkładkami tak, że silnik jego motocykla z daleka wyglądał jakby był chory na ospę. Najważniejsze jednak było to, że Junak jakoś jeździł.

Oprócz przyjaźni Stefana z Bolesławem łączyło również to, że obaj mieli synów w tej samej klasie szkoły podstawowej. Któregoś dnia Zenonowi udało się podsłuchać, jak obaj przyjaciele, korzystając z kilku dni wolnego, naradzali się nad wyjazdem w odwiedziny do swoich dzieci, które akurat przebywały na koloniach w Szklarskiej Porębie. Zenon nie miał co prawda zielonego pojęcia gdzie leży Szklarska Poręba, jednak postanowił przyłączyć się do wycieczki. Ponieważ Stefan nie odzywał się do niego po pamiętnej awanturze w piwnicy, Zenon znów zaatakował Bolesława. Im ten mocniej się opierał, tym zacieklej Zenon atakował, aż w końcu, dla świętego spokoju Bolesław się zgodził.

atlas

Wczesnym rankiem w dniu wyjazdu Stefan i Bolesław wypchnęli z piwnicy budynku najpierw Junaka a potem SHL-kę, posługując się szeroką deską położoną na stromych, piwnicznych schodkach. Chwilę później obie maszyny zostały objuczone bagażami a ich jeźdźcy założyli na siebie odpowiedni strój. W tym czasie Zenon wyciągnął z komórki swój wehikuł. Stefan i Bolesław nacisnęli startery i w powietrzu rozległ się odgłos pracy dwóch silników – rytmicznie postukiwanie Junaka oraz miarowe plumkanie SHL-ki. Kierowcy wsiedli na swoje maszyny i czekali na trzeciego jeźdźca. Tymczasem Zenon walczył z oporem materii. Kopał zaciekle starter ale uparty motocykl ani myślał zapalić.

– Mówiłem ci że to bez sensu – powiedział Stefan do Bolesława, starając się mówić na tyle głośno żeby przebić się przez odgłos pracy silników. W tym samym momencie Zenon zabrał się do odpalania motocykla metodą „na pych”, biegając ze swym Junakiem wokół rosnącej na środku podwórka gruszy. Stefan przyglądał się temu widowisku z mściwą satysfakcją. Bolesław stwierdził w końcu, ze bez jego pomocy się nie obejdzie, jednak w tym momencie oporny motocykl w końcu zaskoczył. Zenon ciężko dyszał ale wzrok miał triumfujący.

– Po prostu zalał się – krzyknął Zenon w stronę kolegów. Stefan nie podzielał tego entuzjazmu.

W końcu cała trójka ruszyła. Pierwszy jechał Bolesław na SHL-ce, za nim Stefan na swoim nowiutkim Junaku a na końcu Zenon również Junakiem, chociaż może lepiej powiedzieć: jechał czymś, co kiedyś było Junakiem. Ten układ grupy również nie podobał się Zenonowi, który widział swoje miejsce na czele kawalkady. Problem polegał tylko na tym, że nie miał bladego pojęcia w którą stronę trzeba było jechać.

Po drodze cała ekipa zjechała jeszcze na niewielką stację benzynową w pobliżu dworca kolejowego. Stefan napełnił zbiornik swojego motocykla pod korek, Bolesław przygotowywał mieszankę dla swojej SHL-ki a Zenon stał z boku i przyglądał się całemu zamieszaniu.

lux

– Jak będziemy się tak guzdrać to nigdy nie dojedziemy do tej… jak jej tam… Poręby – Zenon grał twardziela.

– Bolek, powiedz z łaski swojej temu panu, że następny postój planowany jest za dwieście kilometrów, wiec lepiej żeby zamknął swój dziób i łaskawie zatankował tego rupiecia do pełna – mruknął wściekle Stefan, któremu Zenon ewidentnie działał na nerwy. Poprzysiągł sobie, że nie odezwie się do Zenona, więc zwracał się do niego pośrednio, przez Bolesława.

– Jak to za dwieście kilometrów? – wybełkotał zbity z tropu Zenon.

– Normalnie – powiedział spokojnie Bolesław, nie przerywając wytrząsania mieszanki – do Szklarskiej Poręby mamy około pięciuset kilometrów. W jedną stronę.

Pod Zenonem ugięły się nogi tak, że musiał przytrzymać się dystrybutora. Jeszcze nigdy nie odjechał od domu motocyklem na odległość dwustu kilometrów a co dopiero mówić o pięciuset! Zagryzł jednak zęby i posłusznie zatankował maszynę do pełna. Tak łatwo nie da się przestraszyć. Nie wycofa się, o nie!

Po kilku minutach cała kawalkada opuściła miasto i wyjechała na drogę krajową. Bolesław pewnie prowadził grupę dyktując tempo mieszczące się w przedziale 70-80 km/h. Silniki motocykli grały równym rytmem, szosa wiła się wśród lasów i pól Mazowsza, ciepły wiatr przyjemnie gładził twarze jeźdźców. Zenona opuściły już lęki. Nawet Stefan chyba w końcu przestał się złościć, bo uśmiech zagościł również i na jego twarzy.

Jednak nic co dobre, nie trwa wiecznie. Po kilkudziesięciu kilometrach, tuż przed R., silnik w Junaku Zenona zaczął słabnąć aż w końcu stanął.

– Zatarty – stwierdził Bolesław, bezskutecznie usiłując obrócić wałem.

– Amen – odpowiedział Stefan ponuro.

Zenon stał z boku na brukowanym poboczu, nie mogąc uwierzyć w to co się stało. Przygoda, piękny sen, marzenia o wolności – wszystko to w jednej chwili rozsypało się w drobny mak. Po kilkudziesięciu kilometrach! Miał łzy w oczach.

– Dobra, nie będziemy tu tak stać na zadupiu – odezwał się w końcu Bolesław. Nie darmo był kierownikiem wyprawy. – Do R. zostało już kilka kilometrów, przepchamy tam motocykl. Sami już nic tu nie zdziałamy.

Zenon wsiadł na uszkodzonego Junaka. Bolesław podjechał do niego z tyłu z lewej strony, zaparł się prawą nogą o podnóżek pasażera i delikatnie ruszył. SHL-ka powoli zaczęła pchać uszkodzony motocykl. Stefan zamykał ten żałobny kondukt, kręcąc głową i mrucząc coś pod nosem.

Doczłapali się w ten sposób aż do CPN-u na obrzeżach R. Motocykle odpoczywały w cieniu pod zadaszeniem stacji. Zenon nie krył łez. Stefan stał z boku i palił papierosa, napawając się widokiem pokonanego Zenona. W końcu jednak zrobiło mu się głupio i bez słowa podszedł do niego i poczęstował go papierosem. Zenon zapalił w milczeniu. W tym czasie Bolesław rozmawiał o czymś z kierownikiem stacji paliw wewnątrz budynku. Wreszcie wyszedł i również zapalił papierosa.

– Dogadałem się – powiedział, zaciągając się dymem – kierownik pozwolił mi skorzystać z telefonu. Załatwiłem ci transport do domu.

Całą trójką usiedli na zakurzonym krawężniku przy stacji. Tym razem to Bolesław poczęstował wszystkich papierosami a Zenon otworzył swój termos z kawą zbożową, która już nie była mu do niczego potrzebna. Palili w milczeniu, popijając kawą z jednego kubka. Wzrok ich utkwił gdzieś na horyzoncie, Słońce pieściło policzki, lekki wiatr targał włosy.

Po niecałej godzinie na stację wtoczyła się zakurzona ciężarówka marki Lublin z wymalowanym na drzwiach logiem pogotowia technicznego fabryki, w której wszyscy trzej pracowali. Kierowca w szarym, roboczym fartuchu oraz berecie z antenką na głowie porozmawiał chwilę z Bolesławem, po czym wszyscy razem wrzucili uszkodzonego Junaka na drewnianą pakę samochodu. Zenon wsiadł do kabiny obok kierowcy. Wypadało życzyć kolegom chociaż „szerokiej drogi”, ale słowa nie przeszły mu przez gardło. Zrezygnowany, pokonany, spuścił wzrok. Silnik ciężarówki zawarczał i auto potoczyło się w kierunku domu, podskakując na nierównościach.

lublin

– Mówiłem ci że tak będzie – powiedział Stefan, gdy ciężarowy Lublin z motocyklem na pace oddalił się.

– Daj już spokój – odparł Bolesław – To jak, jedziemy?

– Jasne że jedziemy! – uśmiechnął się Stefan. Wyrzucił niedopałek w pył drogi i zdeptał go butem. Zawarczały zapuszczone silniki i po chwili dwa motocykle popędziły szosą w kierunku zachodnim.

Lublin wtoczył się na podwórko przed kamienicą. Tak jak przewidywał Zenon, w oknach od razu pojawili się ciekawscy sąsiedzi.

– Sąsiad popatrzy, już wrócił! Mówiłam że daleko nie zajedzie na tym złomie!

– Pani kochana! I tak dojechał dalej niż myślałem!

– A mogłem się założyć że ten grat się rozleci! Wygrałbym!

Zenon słuchał tych docinków i najchętniej rozpuściłby się ze wstydu. Niestety, nie potrafił tego dokonać. Ziemia również, jak na złość, nie chciała się pod nim rozstąpić. „Wszystko przeciwko mnie” – pomyślał z goryczą.

Następnego dnia doszedł telegram. Stefan z Bolesławem pisali w nim że dotarli na miejsce, są teraz z dzieciakami a jutro rano wracają do domu. Zenon miał ochotę wyć z rozpaczy!

Wieczorem trzeciego dnia na podwórko zajechały dwa zakurzone motocykle, SHL-ka i Junak. Ich jeźdźcy witani byli jak bohaterowie. Stefan przygotowywał deskę aby sprowadzić motocykle po schodkach do piwnicy a Bolesław opowiadał o tym, co spotkało ich w czasie wyprawy.

– Mieliśmy w sumie dwie awarie. Stefan złapał kapcia a mi padła świeca. Jutro wywołam zdjęcia to zobaczycie więcej.

Zenon słuchał tego wszystkiego i czuł, że za moment z wściekłości będzie gryzł.

Bolesław dotrzymał słowa. Po południu wszyscy mieli okazje obejrzeć fotografie. Można było zobaczyć na nich piękne krajobrazy, tak różne od równin Mazowsza. Wiele przedstawiało dwa błyszczące motocykle oraz parę uśmiechniętych przyjaciół. Z każdego zdjęcia emanowało szczęście. Ba, nawet Stefan na fotografii przedstawiającej go w momencie wymiany dętki w kole także ma uśmiech od ucha do ucha.

Zenon stwierdził że ich po prostu nienawidzi.

zorka5

Na podstawie wspomnień W.

Jeźdźcy Peerelu # 1

Papierosy

Sporty opt

Zenon ziewnął i przeciągnął się leniwie w fotelu. Sięgnął ręką po leżące na stole pudełko „Sportów”, jednak tym razem zamiast upragnionego „gwoździa” z paczki wysypało mu się na rękę tylko trochę kurzu, zwanego optymistycznie „tytoniem”. Papierosy definitywnie się skończyły. Zenon zaklął szpetnie, zmiął w ręku puste opakowanie i rzucił nim ze złością, starając się trafić w stojące nieopodal kaflowego pieca blaszane wiaderko z węglem. Papierowa kulka obiła się jednak od rantu wiadra i potoczyła po odrapanych deskach podłogi w kąt pokoju. Zenon westchnął. Spojrzał smętnie na stojącą na stole szklaną popielnicę, przepełnioną mikroskopijnej długości niedopałkami. Wreszcie wstał z fotela i podszedł do okna. Deszcz przestał padać. To poprawiło mu nastrój. Z kieszeni spodni wyjął portfel, zlustrował jego zawartość po czym wyciągnął z niego monetę pięciozłotową. Przez chwilę obracał ją w palcach, przyglądając się na wpół zatartemu wizerunkowi rybaka widniejącemu na aluminiowym pieniążku. Wreszcie podjął decyzję. Zdjął z wieszaka wytartą skórzaną kurtkę i wyszedł z mieszkania.

Po drewnianych, trzeszczących schodach odrapanej klatki schodowej zbiegł na podwórze. Wilgotne po deszczu powietrze było świeże i wonne. Odetchnął głęboko. Rozejrzał się bacznie, czy aby nikt z sąsiadów go nie obserwuje ale wyglądało na to, że teren jest czysty. Uspokoił się i podszedł do mieszczących się w rogu podwórza komórek.

Ogromnym, zardzewiałym kluczem otworzył drewniane drzwiczki jednej z nich. We wnętrzu, obok pryzmy węgla stała jego duma – motocykl Junak. Maszyna była już cokolwiek zmęczona życiem, bowiem Zenon miał w zwyczaju nieustannie ją „udoskonalać”, przy czym przeróbki których dokonywał zazwyczaj przynosiły efekt odwrotny do zamierzonego. Elementy zaś motocykla, które zniszczył bezpowrotnie podczas swoich eksperymentów zastępował innymi, które zazwyczaj z Junakiem a czasem nawet w ogóle z motoryzacją nie miały za wiele wspólnego. Gdyby Zenon urodził się kilkadziesiąt lat później, można by go było pewnie nawet nazwać jednym z prekursorów stylu „rat”. Ale ponieważ urodził się za wcześnie, jego motocykl był zwykłym rupieciem na wykończeniu. Zenon pocieszał się, że jest to jedyny taki egzemplarz Junaka w całym powiecie  – a może i nawet w województwie. I to akurat była prawda.

Wyciągnął motocykl z komórki. To co robił na pierwszy rzut oka nie miało żadnego sensu. Kiosk z papierosami i prasą znajdował się zaraz za płotem, w którym nawet zrobiono specjalną furtkę. Ze swojego mieszkania do kiosku i z powrotem Zenon mógł obrócić w niecałą minutę. Motocyklem zaś musiał wyjechać przez główną bramę znajdującą się dokładnie w przeciwnym krańcu podwórza i pokonać w sumie aż trzy ulice i dwa skrzyżowania, na dodatek na każdym skręcając w lewo. Przejechać się dalej też za bardzo nie mógł z racji braku benzyny. Ale nie w tym rzecz. Zenonowi chodziło o sprzedawczynię. Młoda kioskarka wpadła mu w oko już jakiś czas temu. Problem polegał tylko na tym, że zupełnie nie reagowała na jego zaloty. Ale Zenon tłumaczył sobie, że to przez dziewczęcą skromność i dobre wychowanie, nie dopuszczając do siebie nawet przez chwilę myśli, że może się jej nie podobać. Zresztą, ogólnie był on wobec samego siebie całkowicie bezkrytyczny, jednak, jakby dla zachowania równowagi, uwielbiał krytykować innych. Teraz młoda sprzedawczyni na pewno nie będzie w stanie oprzeć się urokowi i czarowi osobistemu motocyklisty. Tak pewnie myślał Zenon kopiąc starter. Jednak uparta maszyna ani myślała zapalić. Nerwowo zatopił pływak gaźnika, aż drogocenne paliwo polało mu się po dłoni. Zaczynała ogarniać go wściekłość, tym bardziej że dzieciaki sąsiadów właśnie wróciły ze szkoły i zaczęły mu się przyglądać z szelmowskimi uśmiechami. Wreszcie, po którymś tam z rzędu kopniaku silnik prychnął, po czym wreszcie zaskoczył. Cały mokry od potu oraz purpurowy na twarzy z wysiłku Zenon, z błyskiem triumfu w oczach wskoczył na siodełko, wbił pierwszy bieg i ruszył z kopyta.

Trzy minuty później zatrzymał się przed kioskiem. Niedbale rzucił monetę na ladę.

-„Sporty” – rzucił od niechcenia chropowatym głosem, zastanawiając się, czy zabrzmiało to wystarczająco buntowniczo.

Dziewczyna w odpowiedzi wytrzeszczyła na niego zdumione oczy.

Tymczasem Zenon wczuł się w rolę. Usiadł na motocyklu. Otworzył paczkę, pstryknął palcem w jej spód aż wysunął się z niej papieros. Włożył go do ust, zapalił zapałkę i wprawnym ruchem złożył dłonie w muszlę, osłaniając płomyk przed nieistniejącym w tej chwili wiatrem. Zapalił papierosa, zaciągnął się z rozkoszą. Otoczyła go chmura ciężkiego, gryzącego dymu o znajomym zapachu świeżo kładzionego asfaltu. Zaciągnął się znowu, splunął wiórami z papierosa bez filtra które przykleiły mu się do języka, po czym nacisnął dźwignię rozrusznika, modląc się w duchu żeby motocykl nie przyniósł mu tym razem wstydu. Ciepły silnik zaskoczył od razu. Zenon wbił bieg po czym ruszył ostro po bazaltowym bruku, mając nadzieję że dziewczyna go obserwuje. Pierwszy bieg, drugi i gaz. Maszyna pruje przed siebie, podskakując lekko na kamiennych kostkach, którymi wyłożone były wówczas drogi w mieście. Pierwszy skręt w prawo… Tym razem Zenon czuje że z maszyną dzieje się coś dziwnego, aż włosy jeżą mu się ze strachu na tyłku. Przednie koło ucieka na mokrym bruku w lewo, motocykl wali się na bok i sunie po kamieniach krzesząc iskry a motocyklista zalicza efektowną glebę. Przechodnie wstrzymują oddech. Maszyna zatrzymuje się wreszcie przy krawężniku po lewej stronie skrzyżowania, jeździec leży przy chodniku po stronie prawej z głową przy studzience kanalizacyjnej. Nastaje przejmująca cisza.

Po kilku sekundach które wydają się trwać całą wieczność, Zenon powoli zaczyna się podnosić z rynsztoka. Wymazany błotem, udekorowany wszelkimi śmieciami jakie tylko można znaleźć na ulicy, w podartych spodniach stanowił obraz nędzy i rozpaczy. Prawdziwy jeździec apokalipsy. Przechodnie nie mogli powstrzymać się od śmiechu.

Zenon, jeszcze nieco chwiejnym krokiem, podszedł do leżącego motocykla. Z wielkim wysiłkiem postawił maszynę na koła. Wyglądała chyba jeszcze gorzej niż jeździec; wgnieciony bak, skrzywiona kierownica, złamana dźwignia hamulca oraz potłuczony wkład lampy, dyndający żałośnie na przewodzie od żarówki…

-„A to wszystko przez te baby” – mruknął z wściekłością Zenon, pchając powoli poturbowanego Junaka do domu przy akompaniamencie salw śmiechu przypadkowych świadków zdarzenia.

Sporty opt

Na podstawie wspomnień W.

Motocykl z wózkiem dla amatora

zaprzeg01

czyli „Zaprzęg dla opornych”

Prolog

Motocykl z bocznym wózkiem – pojazd samochodowy wielośladowy zbudowany z motocykla (…) z zamontowanym z prawej lub lewej strony dodatkowym jednokołowym wózkiem z miejscem dla jednego pasażera lub do przewożenia dodatkowego bagażu. (…) Jest pewną alternatywą dla małego samochodu, choć ze wszystkimi wadami motocykla i samochodu oraz tylko nielicznymi zaletami (większa manewrowość, mniejsza masa).(…)

Największa popularność motocykli z wózkiem bocznym przypada na okres międzywojenny i wczesne lata powojenne. W okresie II Wojny Światowej chętnie używany w wielu armiach świata. Obecnie w zasadzie na niewielką skalę wykorzystuje je tylko armia rosyjska.

Mniej więcej tak mogła by brzmieć definicja pojazdu, zwanego „motocyklem z wózkiem bocznym” lub potocznie „zaprzęgiem”. Poskładałem ją z kliku dostępnych w sieci, wykorzystując najczęściej powtarzające się określenia. Po jej przeczytaniu aż dziw bierze, że pojazdy te nie wymarły doszczętnie, wyparte przez dostępne powszechnie samochody, niejednokrotnie tańsze w zakupie, utrzymaniu i serwisie.

Mało tego, bakcyl zaprzęgu nie dość że nie zanika, to jeszcze na dodatek ma się całkiem dobrze, infekując skutecznie kolejne pokolenia motocyklistów. Ten dziwny, trochę nieporadny, romantyczny  pojazd w jakiś niepojęty sposób wzbudza sympatię.

Jak utrzymują „motocykliści sędziwi”, historia wózka bocznego rozpoczyna się we Francji w roku 1893. W tymże czasie ogłoszono bowiem konkurs na pomysł, jak zwiększyć możliwości transportowe motocykla. Jednoślad z silnikiem zapowiadał się bardzo obiecująco jako pojazd mogący zmotoryzować społeczeństwo. Problemem była tylko niewielka  ładowność. Najczęściej, idąc po najmniejszej linii oporu proponowano, coś na kształt bardzo popularnych wówczas wózków czy taksówek rowerowych, gdzie pasażerowie siedzieli w wózku z przodu, przed kierowcą.

Jednak „ryksza teściowej”, w której pasażer robi jednocześnie za zderzak, strefę zgniotu i poduszkę powietrzną, nie uzyskała (nie wiedzieć czemu) aprobaty komisji. Wygrał za to projekt jednego z oficerów armii francuskiej, w którym to wiklinowy wózek na stalowej ramie toczący się na jednym kole doczepiony został z boku motocykla.

Zaprzeg mamusia

Wtajemniczeni twierdzą że taka a nie inna konstrukcja wózka bocznego była podporządkowana sprawie podstawowej, najważniejszej – jak uczynić motocykl (i tym samym motocyklistę) atrakcyjniejszym w oczach pań. Problem polegał bowiem na tym, że zgodnie z panującą modą kobiety nosiły ciężkie, długie spódnice, które nie pozwalały na jazdę na tylnym siodełku. Drogi w tamtych czasach nie grzeszyły bynajmniej czystością. Dodatkowo, ówczesna etykieta nie pozwalała damom siadać okrakiem na czymkolwiek… Gdzie tu miejsce na romantyczną przejażdżkę?

Problemy naszych pradziadków w cudowny sposób rozwiązywał wózek boczny. Dodatkowo można było w czasie jazdy wymieniać czułe spojrzenia… W tamtych czasach same plusy.

Dama w koszyku:

Gran_Sidecar1

Ta historia może w pewien sposób tłumaczyć niesłabnącą popularność sidecarów, powstałych – jak widać, z miłości i potrzeby serca.

Brytyjczycy oczywiście twierdzą, że to właśnie oni a nie francuzi wynaleźli zaprzęg. A stało się to według nich w 1903 roku, gdy czasopismo Motor Cycling opublikowało szkic prototypu motocykla z wózkiem bocznym.

Jak było naprawdę – nie sposób chyba dziś dociec. Faktem jest, że już w 1903 roku konstrukcja wózka zostaje opatentowana i wdrożona do produkcji. Rozpoczyna się era zaprzęgów.

Czeski film

Osobiście jestem także zarażony bakcylem posiadania wozu przy motocyklu, jednak zawsze miałem w tym temacie jakieś wymówki. A to że tylko jeden motocykl i chciałoby się mieć jednak jakąś solówkę, a to że brak miejsca na trzymanie zaprzęgu, a to znowu że taki sprzęt kosztuje. „Ohne Moss nix loss” – jak zwykli mawiać Germanie. Bez pieniędzy niewiele da się wskórać.

Najprościej jest kupić gotowy motocykl z wózkiem. „Profesjonalny” zaprzęg z przebudowanym zawieszeniem motocykla to koszt od około 7 000 € (Moto Guzzi T4) do 24 500€ (BMW R 1200 Adventure). Wybrane z kilku ofert dostępnych w necie.

Jak na początek przygody to jednak zbyt duże pieniądze.

To może coś z naszego podwórka? Tu wybór niewielki, nie licząc kilku weteranów za astronomiczne pieniądze, na placu boju pozostają tylko „soviety” i inne „demoludy” w cenie 5 000 – 10 000 zł, do czego doliczyć należy „pakiet startowy” zazwyczaj zamykający się w kwocie równej cenie remontu kapitalnego, czego już ogłoszenie nie zawiera. W „dobrych wujków” oddających wypieszczone, odremontowane motocykle za pół darmo już od dawna nie wierzę.

Można jeszcze nabyć zamęczone „Japonie” z doczepionym „na szybko” wózkiem od „demoludy”, w podobnej cenie.

Niby pieniądze mniejsze, jednak nie bardzo uśmiecha mi się remont kolejnego motocykla połączonego z rozwiązywaniem logicznych łamigłówek pozostawionych przez kolejne pokolenie „mechaników” aż do zimy…

Pozostaje jeszcze jedna możliwość – budowa własnego zaprzęgu przy użyciu motocykli już obecnych w garażu. W chwili obecnej dostępne są dwie możliwości.

Pierwsza to Kawasaki GPz 750, odbudowana w zeszłym roku, stan techniczny w zasadzie bez zastrzeżeń. Propozycja bardzo kusząca. Cztery cylindry, niemal 90 KM, krótkie przełożenia skrzyni biegów, spory zakres obrotów użytecznych, chociaż może ciut za słaby dół. Dodatkowa chłodnica oleju. Potrójny hamulec tarczowy. Mechanicznie spokojnie da radę bez żadnych przeróbek. Niestety, japońscy inżynierowie chyba przeczytali przytoczoną przeze mnie na początku definicję motocykla z wózkiem bocznym i uwierzyli że czas takich konstrukcji dawno minął. W celu połączenia go z wozem trzeba by wyrzeźbić ramę pomocniczą, co jest obecnie poza zasięgiem moich możliwości. Poza tym, już sam motocykl waży niemal ćwierć tony. Dla mnie, totalnego amatora w tym temacie, powstały w ten sposób zaprzęg mógłby się okazać zbyt ciężki.

Opcja druga to Jawa 350, model 634. Wiele osób pewnie się skrzywi, że poniżej pół litra to (…) i tak dalej. Jednak wybór ten ma swoje plusy. W przeciwieństwie do konstruktorów japońskich, czescy inżynierowie albo definicji zaprzęgu (sugerującej że to już niemodne rozwiązanie i należałoby je zarzucić całkowicie) nie czytali, albo czytali, ale się nie przejęli. W związku z tym Jawa 634 i jej następca, model 638 u nas popularnie TS zwany, przystosowane są fabrycznie do jazdy w zestawie z wozem. Mało tego, przygotowano nawet specjalnie pasujący do nich wózek Velorex. Dodatkowo taki zestaw nie jest ciężki, więc do nauki i nawet dłuższych wypadów dla nowicjusza takiego jak ja może okazać się idealny.

***

W naszych rozważaniach nie bierzemy pod uwagę „siostrzanego” motocykla ČZ 350, typoszeregu 472. Jest on z wyglądu dość podobny do Jawy 634 za sprawą tego samego silnika użytego do jego napędu. Jednak na tym podobieństwa się kończą. ČZ 350 ma ramę wykonaną jako pojedynczą kołyskę (Jawy podwójną) i standardowo nikt nie zamierzał jej wyposażać w wózek boczny. Nie znaczy to że się nie da zamocować do niej wózka. Da się w tym samym stopniu co do Kawasaki GPz na przykład, czyli bez cięcia, gięcia i spawania się nie obejdzie. A my, jak zaznaczyliśmy na wstępie, chcemy przeprowadzić operację zaprzęgania motocykla możliwie bezboleśnie.

Na „placu boju” pozostają zatem dwie Jawy. Starszy model, „klasyczny” 634 i nowszy 638, popularnie TS zwany. Każdy wybór niesie ze sobą pewne „plusy dodatnie i plusy ujemne”. Po konsultacjach z redakcyjnym Kolegą Michałem, który zaprzągł już do wozu niejeden motocykl, w tym oba wymienione, dochodzimy do następujących wniosków.

Porównując suche dane techniczne dojść można do wniosku, że lepiej nadawałaby się na zaprzęg nowsza Jawa 638. Nowy silnik generuje nieco większą moc i moment obrotowy. Do tego dochodzi współczesna instalacja elektryczna z alternatorem i napięciem 12 Volt której próżno szukać w starszym modelu. Z drugiej strony, silnik motocykla 634 ma korzystniejszy z naszego punktu widzenia przebieg momentu obrotowego (ciągnie już od samego dołu) i ogólnie jest elastyczniejszy. Wieść gminna niesie, że jest on również trwalszy i ekonomiczniejszy. Wadą jest wspomniana już instalacja 6 Volt oraz mało wydajna w dzisiejszych czasach prądnica.

Oba motocykle, niezależnie od generacji, wyposażone są w antyczny, mechaniczny układ zapłonowy będący zmorą i koszmarem nocnym kiepskich mechaników oraz równie przestarzałe hamulce bębnowe.

Powyższe wady można oczywiście wyeliminować. Do Jawy TS istnieje bardzo duży wybór elektronicznych modułów zapłonowych, od bardzo prostych aż do małych cudów elektroniki ze zmiennym punktem zapłonu w całym zakresie obrotów i możliwością programowania, przy czym ich ceny nie zwalają z nóg. Dla modelu 634 wybór jest mniejszy, jednak rozrzut podobny; od prostych do bardzo skomplikowanych. Istnieje wreszcie rozwiązanie optymalne, usuwające za jednym zamachem dwa problemy – nowoczesna prądnica 12 Volt zintegrowana z modułem zapłonowym CDI, zaprojektowana specjalnie dla Jawy 634. Jeszcze tylko ta cena… Z perspektywy czasu jednak się opłaca.

Tym sposobem wybór został niejako dokonany. Zaprzęg powstanie na bazie Jawy 634 ze zmodyfikowaną instalacją elektryczną i zapłonem CDI. Wygląda to na optymalne zestawienie.

solo01

Zmiana hamulca na tarczowy w Jawie 634 jest niestety trudniejsza niż w przypadku jej młodszej siostry ze względu na inne zawieszenie przednie, jednak w tym przypadku, po długim namyśle i biciu się z myślami zdecydowałem jednak że względy estetyczne wezmą górę nad praktycznymi. Po prostu z pięknym bębnem z przodu jej „do twarzy” przy klasycznej urodzie.

Kolejną kwestią jest zakup i remont wózka bocznego. Można oczywiście kupić nowy, ale… Po zapoznaniu się z cennikiem dochodzę do wniosku że to jakby nie na moją kieszeń.

Opór materii

Nie mając w tym temacie rozeznania ani zbyt wielkiego pola manewru postanawiam pójść na łatwiznę i po prostu zlecić zakup i remont wózka komuś, kto ma na ten temat pojęcie. Tym bardziej że w chwili obecnej nie mam żadnych możliwości wykonania prac lakierniczych a chciałbym jednak wykonać zaprzęg „porządnie”, aby miało to ręce i nogi.

Pewnym problemem było dobranie lakieru do gondoli wózka. Motocykl pomalowany został dosyć nietypowo, biorąc pod uwagę czas i miejsce jego powstania. Jest to przepiękny wiśniowy metalik, nieco nadgryziony już zębem czasu, jednak wciąż oryginalny i cieszący oko. Niestety, czescy inżynierowie nie pozostawili żadnych wskazówek jaki jest kod tego lakieru. Drogą podpytywania znawców czeskich motocykli doszedłem do wniosku że najbardziej zbliżony do oryginału jest BARDOLINO RED MICA FORD XSC 2428. Zbliżony, jednak nie taki sam, choćby przez samą technikę malowania. Motocykl malowany był w trzech warstwach: srebrny lakier metalizowany, półprzezroczysty wiśniowy oraz bezbarwny. Wózek polakierowany zostanie zwyczajnie,  czyli wiśniowy metalik plus lakier bezbarwny. Liczyłem się z możliwą różnicą odcieni, jednak w tej sytuacji nie dało się tego uniknąć.

Skoro wózek jest już zamówiony, zaliczka wpłacona, bierzemy się za motocykl. Na początek zaczynamy od…

DSC_0734

… wyjęcia silnika z ramy (procedura standardowa, jak mawia redakcyjny Kolega Michał).

Miało być „prosto” i „bezboleśnie”? Nikt nie obiecywał, że nie trzeba będzie brudzić sobie rąk.

Po pierwsze i najważniejsze – należy zmienić przełożenie końcowe motocykla. Standardowo w motocyklach solowych zębatka zdawcza ma 18 zębów. Przy długich przelotach autostradowych jest nieoceniona, redukując obroty silnika i pozwalając oszczędzać paliwo. Jednak wystarczy już stosunkowo niewielkie wzniesienie żeby zorientować się że maszynie zwyczajnie brakuje siły. Z wózkiem na „osiemnastce” po prostu jeździć się nie da. Konieczna jest zmiana na zębatkę zdawczą „15”. W przypadku Jawy 638 (TS) mądrzy ludzie twierdzą że korzystne może być przejście od razu na 14 zębów z uwagi na moment obrotowy osiągany przy wyższych obrotach. Natomiast Jawa 634 doskonale radzi sobie przy „piętnastce”. Ja jednak, z uwagi na trudniejszy teren (góry), zdecydowałem się na zębatkę 14.

Druga sprawa to napęd prędkościomierza. Jawa bierze go ze skrzyni biegów, co oznacza że wraz ze zmianą zębatki zdawczej należy zmienić tez napęd prędkościomierza na właściwy dla danej liczby zębów. Inaczej wskazania prędkościomierza będą przekłamywane.

Po trzecie, praktyka pokazuje że w przypadku wiekowych już maszyn dobrze jest przyjrzeć się silnikowi od strony zużycia i możliwości ewentualnych usterek. Skoro i tak już dobieramy się do niego, to być może warto jednak zajrzeć głębiej? Należy pamiętać, że za kilka tygodni będzie miał do wykonania dużo cięższą pracę. O niemal sto kilogramów wzrośnie masa własna zestawu, drastycznie zwiększy się opór powietrza, zamiast dwóch osób maszyna będzie mogła przewieść trzy plus bagaż. Jak wygląda sprzęgło? Jak wał i układ korbowy? Według mnie lepiej zrobić to teraz za jednym zamachem niż za kilka tygodni klnąc na czym świat stoi znów dobierać się do silnika, bo pod zwiększonym obciążeniem coś się poddało.

Po rozłożeniu silnika wyszło to, co przy takim przebiegu wyjść musiało. Oprócz standardowej wymiany łańcuszka sprzęgłowego zdrowy rozsądek nakazywał skierować na zasłużoną emeryturę także (fabryczne jeszcze) tarcze sprzęgłowe. Skrzynia biegów wygląda jak nowa. Wał korbowy nie wymaga żadnych interwencji, natomiast cylindry kwalifikują się już do pierwszego szlifu. Do listy zakupów dochodzą więc nowe tłoki i pierścienie. Do tego koszty szlifu. Wartość paczki z częściami tym samym przekracza już 1200 złotych.

W międzyczasie dotarł wyremontowany wózek boczny wraz ze zregenerowanymi mocowaniami. Odświeżenia wymagają też mocowania od strony motocykla.

mocowania

Koszt kompletnego, dobrze odrestaurowanego i polakierowanego Velorexa 562 wyniósł około 3200 złotych.

Mając już w zasadzie wszystko, pewnego letniego dnia zamykamy się z redakcyjnym Kolegą Michałem w garażu. Do zbudowania zaprzęgu potrzebne będą:

  1. Motocykl,
  2. Wózek boczny,
  3. Komplet mocowań, śrub i zawleczek,
  4. Oświetlenie wózka,
  5. Narzędzia,
  6. Piwo*,
  7. Słownik wyrazów brzydkich*,

*) – opcjonalnie.

Punkt pierwszy mamy w zasadzie z głowy, bowiem motocykl został już uprzednio przygotowany. Zdejmujemy tylko gmol i w jego miejsce instalujemy mocowania. Odesłane na emeryturę zostają stare, składane podnóżki kierowcy. Na ich miejsce zamontowane zostają szersze, sztywne, ze specjalnym mocowaniem na linkę hamulca dla wózka. Na półkę wędruje także stopka boczna-nie będzie już potrzebna. Na miejscu pozostaje jednak podstawa centralna, która w razie czego pomoże nam podnieść nieco motocykl do góry. Punkt drugi – wózek, wydaje się być również bez większych zastrzeżeń.

walka z materia

Punkt trzeci przynosi ze sobą kilka niespodzianek. Pierwszą z nich jest dolne mocowanie wózka do motocykla. Po prostu nie pasuje do ramy motocykla, zapierając się o tłumik. Okazuje się, że jest krzywe. Gdyby nie „strategiczne zapasy” Michała, moglibyśmy bezpośrednio przystąpić już do realizacji punktów 6 i 7.

Odciągi to również ciekawe zagadnienie. Okazuje się, że w ich przypadku „regeneracja” oznaczała po prostu polakierowanie zardzewiałych niemal na amen gwintów. Z jednym daliśmy sobie jakoś radę, na drugi nie było mocnych. Mimo iż z odsieczą przybyła nam „kawaleria”, gwint z przeraźliwym skrzypieniem wykonał raptem tylko ¼ obrotu, po czym utknął na dobre. Nie pomogły kąpiele w różnych odrdzewiaczach, czyszczenie czy też po prostu zwyczajne użycie siły. Chcąc nie chcąc, trzeba było znów sięgnąć do zapasów strategicznych. Z kilku różnych odciągów udało się złożyć jeden działający.

Odciagi

Przy kompletowaniu odciągów warto zwrócić uwagę na ich długość, gdyż występują w wielu różnych wersjach. Tak samo jest z ich gwintowanymi główkami, które również mają różne wymiary.

Sprawdźmy również, czy wraz z wózkiem i mocowaniami, dostaniemy komplet specjalnych śrub i nakrętek; nie wierzmy, że „to przecież nie problem”. Owszem, jest to spory kłopot, jako że elementów tych nie da się po prostu kupić w sklepie i trzeba je zamawiać.

Przy montażu koła wózka wystąpił kolejny problem. Szczęki hamulcowe, zregenerowane poprzez nabicie nowych okładzin, nie mieszczą się do bębna. Problem jest zresztą dość typowy. Wyszukujemy inny komplet, który pasuje idealnie. Znów z zapasów Michała.

Z instalacją elektryczną nie było żadnych problemów. Wybraliśmy najprostszy wariant montażu lamp zespolonych na błotniku wozu, dzięki czemu uniknęliśmy żmudnego przeciągania przewodów. Stare kierunkowskazy motocykla pozostawiliśmy, odłączając je uprzednio.

Gdy wózek jest już założony, można przystąpić do ustawienia zbieżności i pochylenia. Idealnie byłoby, gdyby zbieżność wynosiła w granicach 20-30 mm a kąt pochylenia motocykla w lewo zawierał się między 2 a 3 stopnie. Warto wcześniej sprawdzić, czy tylne koło motocykla podąża dokładnie śladem przedniego i wszelkie odchyłki od normy zawczasu wyeliminować, gdyż później będą one miały wpływ na ustawienie zbieżności.

pomiary01

pomiary 02

Gdy Koledzy-Eksperci, w osobach Michała i Wolfganga, po odbyciu kilku jazd próbnych, orzekli, że zaprzęg prowadzi się dobrze, wszystkie połączenia wózka z motocyklem zostały porządnie dokręcone i pozabezpieczane.

Montaz zaprzegu

Jak jest to ważne, nie trzeba chyba nikogo specjalnie przekonywać.

sruba

Zmiana perspektywy

Tym sposobem zbudowany został zaprzęg prostego typu, ze sztywnym połączeniem wózka z motocyklem. Luksusem jest hamulec na koło wózka, sprzężony z tylnym hamulcem motocykla.

Pierwsza jazda zaprzęgiem, a raczej poprawniej „próba przejechania się” takim zestawem to nieoceniona lekcja pokory. Nieważne, jak dobrze jeździło się motocyklem solo – tu nie ma to żadnego znaczenia. Zmianie ulega całkowicie filozofia prowadzenia pojazdu. Przypięty z prawej strony motocykla wózek ma swoją bezwładność, o czym daje znać przy ruszaniu i zmianach prędkości pewną niestabilnością w prowadzeniu pojazdu. Po nabraniu wprawy staje się to naturalne i niemal nieodczuwalne, jednak przy pierwszej jeździe… Dość powiedzieć, że w kategoriach sukcesu można poczytywać sobie zmieszczenie się zaprzęgiem na drodze. Jak to mawiali starożytni: „doświadczenie jest to coś, co posiadasz chwilę po tym, gdy było Ci to bardzo potrzebne”.

Nauka jazdy zaprzegiem

Ponieważ nie mamy już możliwości pochylenia motocykla w zakrętach (jazdę z wózkiem w powietrzu pozostaw doświadczonym  woźnicom), skrętu dokonać możemy już tylko przy użyciu kierownicy. Nie należy zapominać, że mamy tylko jedno koło skrętne, na dodatek umieszczone niesymetrycznie w pojeździe. Wymusza to bardzo rozsądne pokonywanie zakrętów; w przypadku ostrzejszych skrętów konieczne jest balansowane całym ciałem. Bardzo dobrym ćwiczeniem na początek jest… kręcenie ósemek, różnej wielkości i przy różnych prędkościach. Pozwoli to na „wyczucie” zaprzęgu i zaznajomienie się z jego reakcjami.

Nieobciążony wózek ma odczuwalną tendencję do unoszenia się do góry przy skrętach w prawo, powodując u świeżo upieczonego furmana gęsią skórkę. Najlepiej jest więc początkowo go obciążyć. W moim przypadku najlepszym przyjacielem okazał się czterdziestokilogramowy worek cementu, który dzielnie towarzyszył mi w wózku jako balast przez pierwsze 700 kilometrów.

Zmianie uległa również technika hamowania. Zasadniczym hamulcem stał się teraz hamulec tylny, przedni przeszedł do roli hamulca pomocniczego. Stało się tak z prostej przyczyny-tylny, nożny hamulec, sprzężony z hamulcem wózka (i oczywiście, odpowiednio wyregulowany) zapewnia stabilność podczas hamowania-zaprzęg nie jest znoszony w żadną stronę.

Na szczęście, patrząc z własnej perspektywy, doświadczenia nabiera się stosunkowo szybko. Ważne, aby nie przecenić tylko swoich umiejętności i w każdej sytuacji pozostawić sobie pewien margines bezpieczeństwa.

Dane techniczne opisywanej Jawy 634-7-13 z wózkiem Velorex 562:

Silnik: dwusuwowy, dwucylindrowy, rzędowy,

Pojemność: 343 ccm,

Średnica cylindra/skok tłoka: 58/65mm,

Moc: 17,5 kW (24 KM) przy 5 250 obr/min,

Moment obrotowy: ~30 Nm przy 4 250 obr/min

System chłodzenia: powietrze,

Zasilanie: gaźnik Jikov 2928CE (z przejściówką),

Rozruch: kickstarter,

Zapłon: CDI,

Świece zapłonowe: Bosch: W7AC, Champion: L85C, NGK: B6HS,

Instalacja elektryczna: 12V, 200W,

Akumulator: 12V, 5Ah,

Skrzynia biegów: czteroprzekładniowa,

Olej w skrzyni biegów: motocyklowy olej przekładniowy, SAE 80W, 1,2l,

Przeniesienie napędu pierwotne/wtórne: łańcuch/ łańcuch w pełnej osłonie, 14/52

Sprzęgło: mokre, wielotarczowe, z półautomatem,

Masa własna: 193kg,

Maksymalna masa całkowita: 470 kg,

Długość/szerokość/wysokość: 2080/1470/1150mm,

Hamulce: mechaniczne, bębnowe, o średnicy 160mm, na wszystkie koła; z przodu typu duplex, tył i wózek typu Simplex,

Ogumienie: przód: 3,25-18; tył: 3,5-18; wóz: 3,25-16,

Prędkość maksymalna: 100 km/h,

Prędkość podróżna: 70 km/h,

Zużycie paliwa: ok. 5 l/100 km

Zbiornik paliwa: 17l, w tym rezerwa 3l,

Liczba miejsc: 3.

Epilog

Ostatnim etapem budowy zaprzęgu było poddanie zestawu badaniu technicznemu, dokonanie zmian w dowodzie rejestracyjnym oraz zgłoszenie faktu zmiany liczby miejsc ubezpieczycielowi.

Na szczęście nie sprawdziły się moje obawy związane z ewentualną, niską skutecznością hamulców przy zwiększonej masie własnej zestawu. Trzy bębny są znacznie więcej niż wystarczająco skuteczne, co zresztą potwierdziły odpowiednie pomiary opóźnienia hamowania podczas przeglądu technicznego.

Czy tak skonstruowany zestaw spełnił moje oczekiwania? Muszę przyznać, że bardziej niż oczekiwałem. Pomijając już takie „oczywiste oczywistości” jak niemal nieograniczoną przestrzeń bagażową czy możliwość przewożenia trzech osób, radość i frajda z jazdy zaprzęgiem jest wprost nie do opisania.

zaprzeg01

zaprzeg02

zaprzeg03

zaprzeg04

zaprzeg06

Pasażer wózka nie jest już biernym „plecakiem”, jak to dotychczas było w solówce. Teraz ma możliwość współuczestniczyć w prowadzeniu motocykla, aktywnie pomagając zachować równowagę podczas pokonywania zakrętów. Najlepszy przyjaciel człowieka również nie musi już zostawać sam w domu, podczas gdy jego właściciele podróżują w najlepsze.

Idefix

Wadą motocykla z wózkiem jest praktycznie całkowita utrata możliwości przeciskania się pomiędzy samochodami, co w połączeniu z dwusuwowym silnikiem chłodzonym wiatrem oznacza konieczność takiego planowania trasy, aby zminimalizować ryzyko utknięcia w korkach. Przy parkowaniu nie wolno również zapominać, że zestaw ten nie posiada biegu wstecznego, wiec pożądane jest takie jego ustawienie, aby można było później łatwo wyjechać. Na szczęście, zaprzęg ten okazał się niesłychanie zwrotny a jego ewentualne przepchnięcie nie stanowi żadnego problemu z uwagi na niewielką masę.

Stary motocykl otrzymał kolejną, trzecią już młodość, jeszcze ciekawszą niż dwie poprzednie. Jakby nie patrzeć, jest to również rozwiązanie proekologiczne… 😉

zaprzeg05

Cieszy świat poznawany z nowej perspektywy…

Prawa czy lewa?

Jakiś czas temu znajomy zwierzył mi się, że marzy o tym aby poznać historię jakiegoś starego motocykla, posłuchać historii weterana. Wzruszyłem ramionami, bo cóż może przekazać nam martwa przecież maszyna? Nie opowie o swoich dawnych właścicielach, podróżach, historii – bo i jak miałaby to zrobić?

A może jednak?

Całkiem niedawno natknąłem się na ciekawy okaz motocyklowego zaprzęgu. Harley – Davidson DL z lat 1929 – 1931, wypatrzony na rajdzie weteranów ADAC w Saarlouis. Nie chodzi w tym miejscu o to, że jest to Harley – Davidson, bo nazwa ta nie robi na mnie specjalnego wrażenia. Nie jest także czymś wyjątkowym obecność w Europie amerykańskiego motocykla z przełomu lat dwudziestych i trzydziestych XX wieku, bowiem były one dość powszechnie sprowadzane do Europy w tych czasach. Najbardziej interesujące w tym zaprzęgu jest to, że wózek znajduje się po „niewłaściwej”, czyli lewej stronie motocykla. Amerykański motocykl, gdzie panuje ruch prawostronny w Europie, gdzie także jeździ się po prawej?

01

No dobrze, są jeszcze Anglicy, którzy wszystko lubią robić po swojemu a najlepiej na odwrót niż reszta świata. Więc motocykl zapewne został wyprodukowany właśnie dla nich a potem dopiero sprowadzony do Niemiec. Wyjaśnienie proste i eleganckie. Temu wyjaśnieniu przeczy jednak oryginalny tachometr wyskalowany w kilometrach na godzinę i pracujący „zgodnie z ruchem wskazówek zegara”… Wielkie rzeczy, ktoś pewnie wymienił licznik na kilometrowy „z epoki”, bo wygodniej „na kontynencie” jest jednak operować kilometrami a nie milami…

02

Mój dawny Profesor zwykł mawiać że wyjaśnienie danego zjawiska powinno być tak proste jak to jest tylko możliwe, byle nie za proste. Granicę między wyjaśnieniem prostym a prostackim należy sobie postawić samemu.

Alternatywne wyjaśnienie może brzmieć tak: motocykl od początku przeznaczony był dla europejskiego klienta kontynentalnego a w latach 1929 – 1931 wózek boczny zamontowany był jednak po właściwej stronie motocykla. Ruch lewostronny na kontynencie?

03

Wychowani od dziecka w ruchu prawostronnym uważamy go za naturalny i logiczny. Ale czy funkcjonuje on „od zawsze” i czy to Anglicy są odmieńcami? Jak było dawniej?

Rzymianie, budowniczowie najlepszych dróg starożytności, nie pozostawili nam zapisków dotyczących organizacji ruchu na terenie cesarstwa. Widocznie uważali ten temat za tak oczywisty, że nie warto było mu poświęcać nawet jednej linijki tekstu albo chociażby najmniejszego malowidła lub rzeźby… Dopiero analiza kolein (okazuje się że jest to problem drogowców wszystkich epok) pozostawionych przez wozy na drodze dojazdowej do jednego ze starożytnych kamieniołomów daje pewne wskazówki. Wozy puste wjeżdżają do kamieniołomu, wyjeżdżają załadowane. A nawet przeładowane. Głębokość kolein jest proporcjonalna do obciążenia pojazdu; im cięższy wóz tym bardziej niszczy nawierzchnię. Okazało się że dużo bardziej zniszczona była lewa strona drogi a zatem w starożytnym Rzymie obowiązywał ruch lewostronny!

W sumie żadne odkrycie, tego należałoby oczekiwać. Dla praworęcznego zazwyczaj jeźdźca czy powożącego pojazdem konnym naturalną rzeczą jest wymijanie się jadąc blisko lewej krawędzi drogi. Ułatwiało to także powitanie, atak czy obronę. Nie sposób wsiąść lub zsiąść z konia mając przy lewym boku przypasany miecz inaczej jak z lewej strony wierzchowca. Zbrojnym jeźdźcom z przypasaną do lewego boku bronią ruch lewostronny umożliwiał wymijanie bez obawy zaczepienia jadącego z przeciwka. Natomiast piesi poruszali się prawą stroną drogi, ustępując miejsca nadjeżdżającym. Starożytny Rzym upadł, ruch lewostronny pozostał.

Ta zasada przetrwała przez całe średniowiecze. W 1300 roku papież Bonifacy VIII miał usankcjonować tę zasadę, nakazując poruszać się lewą stroną drogi podczas pielgrzymek do Rzymu. Problem w tym, że każdy historyk chciałby zobaczyć dokument potwierdzający tę tezę, byłby to bowiem praojciec i pierwowzór wszystkich późniejszych „Kodeksów Drogowych”.  Jednak nikt go nie widział i pierwszym dokumentem, który może poszczycić tym tytułem jest Zarządzenie Rady Miejskiej Londynu z 1756 roku odnośnie organizacji ruchu na Moście Londyńskim, który nakazywał, a jakże, poruszać się lewą stroną.

I tak przez długie wieki Europa poruszała się w spokoju i porządku, jak długa i szeroka – pojazdy i jeźdźcy po lewej stronie drogi, piesi po prawej.

04

Aż nadszedł rok 1789. Wielka Rewolucja Francuska wywraca do góry nogami także dawny porządek na drogach. Dawniej francuscy wielmoża poruszali się lewą stroną drogi, zmuszając biedotę do ustępowania drogi i schodzenia na prawo. Po zburzeniu Bastylii bezpieczniej było jednak się nie afiszować tak na gościńcach ze swoim bogactwem. W związku z tym, aby nie rzucać się za bardzo w oczy zaczęli poruszać się tak jak „pospólstwo” – prawą stroną drogi. Inna teoria mówi że chodziło o „symboliczne wyzwolenie się spod dyktatu papieży” i odrzucenie zarządzenia z 1300 roku o poruszaniu się pielgrzymek lewą stroną drogi. Zarządzenia na temat którego brak jakichkolwiek dokumentów.

Tak czy owak w 1794 roku w Paryżu ruch prawostronny staje się obowiązującym prawem. W tym samym czasie ruch prawostronny przejmuje Dania.

05

Tak pojawia się pierwszy wyłom. Francja i Dania jeżdżą „po nowemu”, czyli prawą stroną, reszta Europy hołduje „staremu dobremu” ruchowi lewostronnemu.

Wojny napoleońskie przynoszą zamęt na kontynencie. Francuzi na podbijanych przez siebie terenach bezwzględnie narzucają i egzekwują zasady ruchu prawostronnego. Wojenna zawierucha nie trwa długo ale jej efekty w postaci zmian w organizacji ruchu są niesamowicie trwałe.

Powstają bloki państw o odmiennych zasadach ruchu. Francja, Niemcy, Holandia, Włochy, Szwajcaria, Rosja oraz ziemie Księstwa Warszawskiego stosują, narzuconą przez Napoleona, zasadę ruchu prawostronnego.

Państwa które uniknęły okupacji francuskiej, czyli Austro – Węgry, Wielka Brytania, Portugalia oraz cała Skandynawia pozostają przy ruchu lewostronnym.

06

Okres międzywojenny, czyli czas powstania interesującego nas zaprzęgu, potęguje jeszcze to zamieszanie. Powstają państwa narodowe. Polska przyjmuje ruch prawostronny jako obowiązujący. Zresztą, był on już wcześniej stosowany bez względu na zabór – spuścizna po Księstwie Warszawskim. Chociaż ruch tramwajów w Krakowie jeszcze do 1925 roku odbywa się na zasadzie lewostronnej. Rozpada się cesarstwo Austro – Węgierskie. Powstają Austria, Węgry, Czechosłowacja i Jugosławia – wszystkie z ruchem lewostronnym, odziedziczonym po czasach cesarstwa. Wyjątkiem jest Tyrol, który w czasach napoleońskich przyłączony był do Bawarii i w związku z tym posiadał ruch prawostronny.

Portugalia w 1920 roku w ciągu jednego dnia zmienia organizację ruchu na prawostronną. W Hiszpanii bywa różnie. W Barcelonie jeżdżono po prawej, ale w Madrycie już po lewej stronie.  Oficjalnie Madryt przeszedł na ruch prawostronny w 1924 roku, ale całkowite uporządkowanie zasad ruchu w tym państwie przeciągnęło się do 1930 roku.

Gibraltar, mimo iż jest terytorium brytyjskim, w 1929 roku zmienia ruch na prawostronny.

Włochy teoretycznie są krajem o ruchu prawostronnym. Jednak w praktyce obowiązuje on tylko na prowincji. W miastach natomiast obowiązuje stara rzymska zasada jazdy po lewej, o czym informowały stosowne tablice ostrzegawcze na rogatkach. Rzym zmienia organizację ruchu ostatecznie na prawostronną dopiero w 1925 roku, Mediolan w 1926.

07

Bałagan na świecie spotęgował jeszcze okres kolonializmu. Stany Zjednoczone aż do 1804 roku poruszały się lewą stroną drogi. Wtedy to Nowy York za obowiązującą na wszystkich drogach publicznych zasadę ruchu prawostronnego. Jednak aż sto lat musiało upłynąć aby upowszechniła się ona na całym obszarze USA. A stało się to w roku 1908. Jednak do dziś istnieje wyjątek. Wyspy Dziewicze, formalnie terytorium USA, posiadają ruch lewostronny. Żeby było weselej, samochody tam użytkowane sprowadzane są z kontynentu i oczywiście przystosowane do ruchu prawostronnego. Nie dokonuje się w nich żadnych przekładek, ale jakoś nikomu to nie przeszkadza że jeździ z kierownicą po „złej” stronie. Same wyspy były dawną kolonią duńską. Dania zmieniła organizację ruchu na prawostronną, ale jej kolonia pozostała przy starej zasadzie jazdy po lewej stronie drogi. Tak zresztą działo się w przypadkach wielu innych dawnych kolonii.

Kanada aż do lat 20-tych XX wieku, jako dawna kolonia brytyjska, stosowała zasadę ruchu lewostronnego. Tam jednak, gdzie przeważali Francuzi (Quebec), praktykowano już wcześniej ruch prawostronny.

08

Europejski przekładaniec przetrwał aż do końca okresu międzywojennego. Czechosłowacja nosiła się z zamiarem zmiany organizacji ruchu na prawostronny już od 1925 roku, jednak zabrakło konsekwencji w działaniu.

To co w Europie zaczął Bonaparte, dokończył kolejny dyktator. Po aneksji Austrii przez III Rzeszę natychmiast zaprowadzony został w niej ruch prawostronny. Wszystko odbyło się w ciągu jednego dnia, wprowadzając chaos i zamęt. Podobnie stało się w Czechosłowacji i później w Norwegii, na Węgrzech i w Jugosławii…

Po wojnie osamotnieni w starym ruchu lewostronnym pozostali w Europie jedynie Szwedzi i Brytyjczycy. Ci pierwsi, będąc otoczeni ze wszystkich stron państwami o odmiennej organizacji ruchu, postanowili zmienić organizację ruchu na prawostronną. Stało się to 3 września 1967 roku. Brytyjczycy także nosili się podobno w latach 60-tych z zamiarem „dostosowania się” do kontynentalnych odmieńców, jednak obawy społeczeństwa oraz wizja kosztów tej zmiany spowodowały że projekt nie został zrealizowany…  Za to zachęcona udanym „szwedzkim eksperymentem” Islandia decyduje się przyjąć za obowiązujący ruch prawostronny. Stało się to w roku 1968. Obecnie około 1/3 ludności świata nadal porusza się po lewej stronie dróg.

Taką oto historię może opowiedzieć nam stary zaprzęg. Historię niesamowitą, wywracającą do góry nogami nasze rozumienie świata. Oto zasady ruchu drogowego prawostronnego, wydające się nam takie naturalne, stałe i niezmienne – wszak stykamy się z nimi od najmłodszych lat, w rzeczywistości okazują się być całkiem nowe.

Wystarczy tylko posłuchać…

Świątynia Stali

Motorrad Museum Heinz Luthrigshauser e.V.

Otterbach to zwyczajne, niewielkie miasteczko w dalekiej Nadrenii, tam gdzie diabeł mówi „gute Nacht”. Jest ono z gatunku tych, w których próżno szukać czegoś charakterystycznego. Mimo wszystko warto tu przyjechać, a to za sprawą pewnego muzeum motocykli. Dodać należy, że jest to muzeum bardzo nietypowe, zarówno ze względu na miejsca w którym się znajduje, jak i osobę jego założyciela, Heinza Luthrigshausera.

Pan Luthrigshauser swoją pasję motocyklową realizował dwutorowo. Z powodzeniem brał udział jako zawodnik w wyścigach, zdobywając w 1970 roku tytuł Mistrza Niemiec w klasie Sidecarów 500 ccm. W 1972 roku mógł pochwalić się już tytułem Vice-mistrza Świata, zaś w 1974 roku zwyciężył w Tourist Trophy (TT) podczas słynnego wyścigu na Wyspie Mann. Wielokrotnie zwyciężał również w pomniejszych imprezach.

Poza tym z zamiłowaniem kolekcjonował stare motocykle. Z czasem jego zbiory rozrosły się, osiągając imponujące rozmiary. W 1980 roku Heinz Luthrigshauser zakupił jeden z największych budynków w Otterbach – stary kościół protestancki, który po remoncie i dokonaniu koniecznych adaptacji, stał się siedzibą Motorrad Museum Otterbach. Mistrz szefował mu osobiście aż  do swojej śmierci w 1997 roku.

W swoich zbiorach muzeum posiada kilkadziesiąt maszyn, dokumentujących przeszło osiemdziesięcioletnią historię rozwoju motocykli. Oczywiście dominują tu pojazdy niemieckie; od Adlera, poprzez BMW, DKW… aż do Zündappa. Jednak w kolekcji nie brakuje także motocykli: amerykańskich, brytyjskich, czechosłowackich, duńskich, francuskich, japońskich i włoskich producentów.

Sympatycy BMW na pewno będą zadowoleni. Oprócz bogatego zbioru kompletnych motocykli podziwiać można także półlitrowy silnik M2B15 z lat 1920 – 1923, będący pierwszym bokserem BMW. Jednak pierwotnie był to przenośny silnik przemysłowy a do motocykla trafił przez przypadek i nie za sprawą BMW…

Piętro, dobudowane na wysokości chóru, bezsprzecznie należy do maszyn sportowych. Wśród nich szczególnie wyróżniają się przedwojenne dwusuwy DKW, które już pod koniec lat dwudziestych XX wieku wyposażono w chłodzenie wodą. Ciekawym eksponatem jest wyścigowy Harley – Davidson z 1968 roku. Jego silnik, o pojemności 250 ccm jest… dwusuwem i rozwija moc większą od swoich ówczesnych „braci”, potężnych V – twinów. Blok wschodni dzielnie reprezentuje rajdowa  Jawa 350 z 1952 roku, której każdy z cylindrów zasilany jest osobnym gaźnikiem.

Honorowe miejsce należy do dwóch sportowych sidecarów BMW. Jeden z nich jest w wersji szosowej, drugi terenowej. Jak nietrudno się domyślić, są to maszyny na których ścigał się i zdobywał swoje tytuły sam Mistrz Luthrigshauser. Ducha tych dawnych zmagań można poczuć dzięki licznym fotografiom i trofeom.

Kolekcję maszyn sportowych zamykają motocykle żużlowe oraz motocykl specjalny, używany dawniej podczas wyścigów kolarskich.

Zbiory obejmują także wszystko, co powiązane jest z jednośladami. Od starych banerów reklamowych, poprzez dawną odzież aż po dość prozaiczne przedmioty, których na co dzień używali nasi dziadkowie i ojcowie motocykliści. Szczególnie urzekła mnie metalowa bańka na benzynę, z dużym, ostrzegawczy napisem „Zweitakter Mischung” (mieszanka dla dwutaktów) i ręcznym mieszadłem, którym to urządzeniem, energicznie „pompując”, należało niesforny olej wymieszać z benzyną, oczywiście po uprzednim jego dokładnym odmierzeniu. Jak przez mgłę pamiętam jeszcze taki sprzęt… Cóż, życie naszych dziadków nie było lekkie…

Dla tych, którzy chcieliby odwiedzić kościół w Otterbach i tak jak ja doznać nawrócenia, mam kilka wiadomości. Dobrych i złych.

Dobra wiadomość jest taka, że wstęp kosztuje zaledwie 2€ od osoby, co na warunki zachodnioniemieckie oznacza „prawie za darmo”. Złe wiadomości są zaś takie, że Muzeum, nie dość, że czynne jest tylko w niedziele i święta w godzinach od 10.00 do 12.30 i od 13.30 do 17.00, to na dodatek tylko w okresie od kwietnia do października.

Na szczęście istnieje jeszcze możliwość telefonicznego umówienia się na zwiedzanie.

Więcej informacji na:

http://www.motorradmuseum-heinz-luthringshauser.com