Month: Luty 2017

Vicus Belginum Morbach

dsci2286

W życiu czasem jest tak, że nie warto być upartym, bo niechcący można przedobrzyć. Tak właśnie w moim przypadku stało się z wycieczką do parku archeologicznego Belginum w Morbach. Pierwszy raz byłem tu dwa lata temu, jednak przyjechałem niemal godzinę przed otwarciem i stwierdzając że przez ten czas zdążę co najmniej dojechać do doliny Renu a może i nawet przeprawić się na jego drugą stronę, odpuściłem.

Tym razem trasę zaplanowałem sobie tak, żeby przejazd przez Morbach wypadał w godzinach otwarcia parku. Pogoda mi sprzyjała, sierpniowe słońce, skryte za chmurami,  nie grzało zbyt mocno i temperatura była wprost wymarzona do jazdy. Wszystko szło doskonale aż do Morbach. Tu, już niemal na miejscu, okazało się, że skrzyżowanie prowadzące do parku archeologicznego jest w remoncie i nie da się dojechać do niego inaczej jak objazdem. Trochę to głupie, skoro muzeum widać jak na dłoni i brakuje dosłownie może siedemdziesięciu metrów drogi do parkingu przed budynkiem. Gdyby nie zakazy ruchu i jacyś robotnicy to przejechałbym po prostu po szutrze. Trudno, trzeba jechać objazdem, dużo drogi nie powinienem przecież nadłożyć.

Spodziewaj się niespodziewanego. Żeby objechać brakujący siedemdziesięciometrowy kawałek asfaltu należy pojechać ponad dwudziestokilometrowym objazdem wiodącym przez tak dziwne miejsca i po tak fatalnych drogach, że naprawdę nie miałem pojęcia o istnieniu takich zadupi w tzw. Europie Zachodniej. Cóż, podróże kształcą. Na dodatek, dzięki cudownemu oznaczeniu tegoż objazdu, dołożyłem od siebie ekstra coś koło dziesięciu kolejnych kilometrów. To mój mały wkład w antropogeniczną emisję CO2 oraz globalne ocieplenie.

W końcu dotarłem na miejsce. Epitety którymi zdążyłem po drodze obdarzyć tutejszych drogowców w żadnym razie nie nadają się do publikacji.

Mimo niemal całkowitego braku turystów (ciekawe dlaczego 😉 ) muzeum było czynne a piękny, nowoczesny budynek zachęcał do odwiedzin. I to niestety koniec pozytywów.

dsc_5004

Jak mawiał mój dobry znajomy z Chicago, jakość usług bankowych poznajemy po siedzibie banku. Im bardziej wypasiony budynek, tym gorsze usługi. Coś jak u nas z ZUS. Niestety, ta zależność zdaje się również rozciągać i na inne dziedziny życia, z muzeami włącznie.

Dziewczyna z obsługi nie wyglądała na specjalnie zachwyconą moją wizytą. Cóż, dzięki remontowi drogi dojazdowej miała zapewne najwspanialszą pracę w całym powiecie w której to najwyraźniej jej przeszkodziłem. Uiściłem opłatę, pani wyklepała swoją formułkę informując mnie że zwiedzanie muzeum trwa około pół godziny po czym można przejść się do parku archeologicznego za budynkiem, lojalnie uprzedzając że to „daleko”.

Między I a IV wiekiem naszej ery istniała tu osada nazwana „Belginum”, tak jak prowincja w której się znajdowała. Osada ta była po prostu przystankiem na dość ważnej drodze z Bingen do Trewiru, gdzie strudzeni podróżni mogli odpocząć i przenocować, oporządzić konie i dokonać napraw ekwipunku. Belginum było zaznaczane jeszcze w V wieku na rzymskich mapach drogowych (tak, były takie!), jednak najprawdopodobniej osada wówczas już nie istniała a kartografowie zaznaczali ją posługując się metodą znaną nam dziś pod nazwą „kopiuj – wklej”, czyli przepisując jej nazwę i położenie ze starszych map. Nieopodal osady znajdował sie przez pewien czas rzymski obóz wojskowy.

Szczerze mówiąc, nie bardzo wiem co można robić w tym muzeum przez pół godziny. Zbiory muzeum nie są imponujące zarówno pod względem ilości jak i jakości. Składają się na nie fragmenty naczyń i narzędzi poukładane w kilkunastu gablotach. To wszystko. To trochę tak, jakby w muzeum paleontologicznym pokazać zwiedzającym luźną stertę kości i podpisać że tu mamy tyranozaura, brontozaura i dwa diplodoki. Najwyraźniej komuś zabrakło zupełnie pomysłu na przedstawienie życia w dawnej osadzie przy antycznej autostradzie. Temat na pewno ciekawy, jednak po wizycie w muzeum naprawdę nie potrafię sobie wyobrazić jak to wszystko mogło tu funkcjonować. Mamy narzędzia, mamy porcelanę, mamy szkło, ale co z czym, po co i do czego – tego nie wiadomo.

Żeby było zabawniej, w muzeum obowiązuje całkowity zakaz fotografowania, o czym krzykiem raczyła poinformować mnie miła pani z obsługi. Nie bardzo potrafiła powiedzieć dlaczego ale zakaz to zakaz. Być może dlatego, że znajdował się tu rzymski obiekt wojskowy i można by było jeszcze wynieść stąd jakieś tajemnice… 😉

Dużo ciekawiej przedstawia się za to wycieczka „w teren” za budynkiem muzeum. Warto przejść się kawałkiem słynnej rzymskiej drogi poza obszar dawnej osady Belginum wśród cudownie pachnących o tej porze roku łąk i pól. Próżno szukać tu pozostałości po osadzie oraz obozie wojskowym. Na powierzchni ziemi nie zachowało się nic. Za to kilkaset metrów za osadą, przy rozstajach dróg znajdował się wielki gallo-rzymski cmentarz ze zrekonstruowanymi kurhanami oraz fundamentami świątyń – niesamowite pomieszanie kultury celtyckiej i rzymskiej. Dużą pomocą są tablice informacyjne z opisem, stojące przy drodze. Szczerze powiedziawszy, zwiedzanie muzeum można sobie spokojnie darować i zamiast tego ruszyć od razu na ścieżkę. Nie dość że dowiedziałem się dużo więcej niż w budynku to jeszcze nie trzeba płacić za wstęp i można robić zdjęcia bez żadnych ograniczeń.

Wracając na parking przed muzeum patrzę jak z objazdem radzą sobie miejscowi. Otóż nie przejmując się niczym jadą po prostu polną drogą przez łąkę aż do głównej szosy, olewając całkowicie objazd. Postanawiam zrobić tak jak oni i po przejechaniu może 300 metrów wyjechałem na drogę główną.

Zaś dla wszystkich, których jeszcze nie zniechęcił do końca mój opis jedna rada: zamiast podjeżdżać na parking przed muzeum można zostawić swój pojazd na parkingu przy szosie przy ruinach wieży. Potem należy przejść tylko na drugą stronę Hunsrückhöhenstraße i już jesteśmy na terenie antycznego cmentarzyska.

dsci2286Voilà!

Anatomia muzyki – Alice Cooper, czyli witaj w moim koszmarze

anatomia-muzyki

Jest początek lat 70-tych XX wieku. Wydawać by się mogło, że w szeroko rozumianym rockowym „szołbiznesie” wszystko już było. Jak się wkrótce okazało, to co najlepsze – albo i najgorsze, było jeszcze przed nami 😉

Właśnie wówczas niejaki Vincent Damon Furnier zaczął święcić swoje triumfy. Przyjął on pseudonim artystyczny Alice Cooper i zaczął ogłaszać wszem i wobec, że jest wcieleniem wiedźmy. Brzmi nieźle, prawda? Ale to dopiero początek.

Recepta Alice Coopera na sukces była w sumie prosta: „rób wszystko żeby znienawidzili cię dorośli a pokochała młodzież”. Na swoich koncertach zespół Alice Cooper fundował swoim fanom taką jazdę, przy której wybryki z udziałem wcześniejszych gwiazd rocka to był mały pikuś. Tak więc na scenie lała się krew, pełzały potwory, w najlepsze wędrowały sobie zombie a sam wokalista tańczył z blond pięknością, albo raczej z tym co z niej zostało, czyli ze szkieletem w blond peruce. Ubrany był przy tym w kostiumy, których nie powstydziliby się najlepsi (najgorsi?) bohaterowie filmów grozy a jego makijaż mógłby przestraszyć samą Mortycję Adams. Nieodłącznymi rekwizytami na scenie były gilotyna, szubienica albo krzesło elektryczne, na których Alice Cooper w sposób efektowny „ginął” pod koniec każdego występu. Bardzo praktyczne, przynajmniej zespół nie musiał bisować 😉 W ślad za tym szły makabryczne teksty, pełne przemocy, śmierci czy także dewiacji seksualnych. Nie trzeba chyba dodawać, że naturalne w takich warunkach protesty tzw. „środowisk”, mediów i osób publicznych tylko przysparzały mu fanów.

Alice Cooperowi talentu nie można było odmówić, jednak takie balansowanie na granicy artyzmu i kiczu zawsze jest groźne. Jego pomysły dość szybko stały się oklepane i w niedługim czasie zaczęto wytykać muzykowi tandetę i bezguście. Jednak uczciwie należy powiedzieć, że jego niektóre pomysły sceniczne wykorzystywali później inni muzycy, jak np. Kiss, Slipknot czy Marylin Manson (szczególnie ten ostatni zrzynał z Alice Coopera bez żenady wszystko jak leciało). Jak było do przewidzenia, po kilku latach jego projekt szybko się wypalił, przyszedł twórczy kryzys a do tego wysokiego, jakby było mało, doszły jeszcze problemy osobiste i rodzinne. Na początku lat osiemdziesiątych kariera prekursora „shock-rocka” zwanego także „horror-rockiem” załamała się i wszystko wskazywało na to, że po tym upadku już się nie podniesie.

Triumfalny powrót nastąpił w roku 1989 wraz z wydaniem heavymetalowego albumu „Trash”, od którego zresztą zaczęła się moja przygoda z dorobkiem muzycznym Alice Coopera.

dsc_8388

Co starsi czytelnicy zapewne pamiętają nocne oglądanie Headbangers Ball na MTV i pikantny teledysk do utworu „Poison” z tej właśnie płyty. Ten sukces okazał się już być trwały a artysta stał się klasykiem rocka.

dsc_8386

Oczywiście warto zaznajomić się z większą częścią dorobku Alice Coopera, w czym pomocne są liczne albumy kompilacyjne, jak chociażby ten:

dsc_8389

Wizerunek sceniczny to jedno. Kim się staje Vincent Damon Furnier kiedy schodzi ze sceny i przestaje być makabrycznym Alicem Cooperem? Okazuje się, że muzyk w zanadrzu ma jeszcze jedno ciekawe hobby – poza grą w golfa, która zdecydowanie nie jest ciekawa 😉 Tak, zgadliście. Lubi motocykle i trajki i często był na nich fotografowany, szczególnie w początkowych latach swojej kariery.

alice-cooper-trike

Najbardziej znanym z jego motocykli był Sportster XL 1200X, w indywidualnym malowaniu „Billion Dollar Baby”(tytuł jednej z wczesnych płyt Alice Coopera), który artysta wystawił na aukcji charytatywnej, z której dochód przeznaczony został na pomoc dla dzieci dotkniętych chorobą autystyczną. Sam muzyk prowadzi fundację „Alice Coopers Solid Rock”. Jej celem jest zachęcenie młodych ludzi do rozwijania swoich zainteresowań kulturalnych, takich jak muzyka, taniec, wychodząc z założenia że najczęstszą przyczyną popadania młodych ludzi w konflikt z prawem jest nadmiar niezagospodarowanego wolnego czasu.

Taka jest prawdziwa twarz „twardego rockmana”. A w związku z faktem, że właśnie wczoraj  artysta obchodził swoje urodziny…

alice-cooper

Wszystkiego najlepszego!