Month: Luty 2021

Amerykański Sen – oszukać przeznaczenie

img20200727_17174050

Historia niestety prawdziwa, po której zostały wspomnienia oraz kilka cudem ocalałych i odnalezionych filmów ze zdjęciami. Przyznam się szczerze, że długo biłem się z myślami, czy nie pozostawić tego dla siebie. Ale skoro od opisywanych wydarzeń minęło niemal dwadzieścia lat, uznałem że opublikują w celach kronikarskich.

Będzie trochę o „życiu w ciekawych czasach”, podróżach, nieco o motoryzacji. Ale przede wszystkim jest to opowieść o ludziach.

 

Czasem bywa tak, że mimo iż zrobisz wszystko najlepiej jak można, czynniki których nie można przewidzieć potrafią zniweczyć cały wysiłek. Bo czy może być coś gorszego od bezrobocia? Okazuje się że może. Jest to bezpłacie. Właśnie mnie to spotkało, chociaż do niedawna uważałem, że udało mi się oszukać przeznaczenie. Wysiłek, ciężka praca, doświadczenie i z tego wszystkiego robi się nagle wielkie g. Wzniosłe idee, służba nauce i proza życia. Niestety, już po wszystkich egzaminach oraz całym procesie rekrutacji wyszło na to, że będę doktorantem bez stypendium. Tak się nazywa pensja doktoranta żeby przypadkiem nikogo nie rozśmieszyć, gdy się zapyta ile zarabiasz. Więc dlatego mówimy na to stypendium. W ogóle doktorant to taki student tylko z nazwy. Z jednej strony, jak to student, ma swoje egzaminy i zaliczenia, z drugiej robi doktorat a z trzeciej ma normalne obowiązki, jak pełnoetatowy pracownik. Najniższy poziom łańcucha pokarmowego. Teraz okazało się, że można ludzi upodlić jeszcze bardziej.

img20200329_20081510

Trzeba zastanowić się, co dalej. Rynek, nazwijmy to pracy, wyglądał jak wyglądał. To znaczy wcale nie wyglądał, dlatego nawet państwowe uczelnie zaczęły robić to samo co inni i próbowały wykorzystać ludzi ile tylko się dało. „Będziesz pracował za darmo i w nagrodę napiszesz to sobie w CV.” Niewolnictwo XXI wieku. Szkoda tylko, że ta sama instytucja w drugą stronę nie zgadzała się na regulowanie należności „bógzapłaciami” i za akademik i inne rzeczy chce jakichś pieniędzy. Dziwne.

img20210201_17193136

W tej sytuacji poprosiłem o urlop, żeby przemyśleć i poukładać sobie wszystkie sprawy. O dziwo –nawet go dostałem. Z drugiej strony to co im zależało? Przecież pensji, przepraszam – „stypendium” i tak płacić nie chcieli.

W ciągu kolejnych tygodni próbowałem wymyśleć jakiś plan B, czyli znaleźć pracę. Po kilkunastu tak zwanych „rozmowach kwalifikacyjnych”, podczas których jakoś nikt nie zapytał mnie o kwalifikacje oraz kilku rekrutacjach w modnym wówczas „nowoczesnym stylu”, przypominającym bardziej eliminacje do jakiegoś durnego szoł w podrzędnej telewizji zacząłem mieć tego wszystkiego serdecznie dosyć.

Oczywiście miałem na koncie również tak zwane sukcesy. W jednej firmie załapałem się na bezpłatny staż. Gdy okres próbny minął, zapytałem głupio co dalej. Okazało się, że miło już było. Dowiedziałem się, że jestem chamski i arogancki. Bo jak w ogóle śmiem pytać swojego dobrodzieja o jakąś głupią umowę. Co, może jeszcze będziemy rozmawiać o jakimś dziwnym wynagrodzeniu za pracę? Naturalnie zostałem wylany z firmy, w której oficjalnie nigdy nie pracowałem. W kolejnej szef ciągle powtarzał, że kontrahenci cały czas próbują „posadzić go na lewe sanki”. Słyszałem to od niego minimum kilka razy dziennie. O co chodzi z tymi „lewymi sankami”? Sprawa wyjaśniła się dosyć szybko, gdy wyszło na jaw że to on nie ma w zwyczaju wywiązywać się z zawartych umów. Czyli ostrzegał mnie przed samym sobą. W tej sytuacji trzeba było podziękować za „współpracę”, której zresztą oficjalnie nie było, bo ten też nie miał czasu i chęci zajmować się jakimiś „formalnościami.

img20210208_16495209

 A więc na razie, póki co, ciągle oficjalnie jestem studentem doktorantem na urlopie. Może to jakoś wykorzystać? Tylko jak? W Polsce nic mi to już nie daje. A wyjazd za granicę? Status studenta może być ułatwieniem. Tylko dokąd? Mamy rok 2002 i Polska w strukturach UE to dopiero mgliste wizje. Takie bardzo odległe i nieśmiałe marzenie. Co zatem robić?

Kilka dni później, wracając z cyrku pod tytułem „rekrutacja”, przypadkiem znalazłem się koło ambasady USA. Może jednak to jest ten „plan B”? Szaleństwo. Ale czemu nie spróbować? Kierunek tak samo dobry jak inne. Skoro metody „rozsądne” zawiodły, to co pozostaje? Jeszcze tego samego dnia umówiłem się telefonicznie na rozmowę z konsulem. Nie miałem przecież już nic do stracenia.

Wizyta w ambasadzie to bardzo pouczające przeżycie. Przede wszystkim istnieją co najmniej dwie kategorie ludzi. Nikt tego oficjalnie nie powie ale da się to odczuć. Przed ambasadą oczywiście kolejka, w środku tłum ludzi. W końcu siedzimy z numerkiem w rękach w oczekiwaniu na rozmowę z konsulem.  Większość czeka jak na ścięcie. Działa oczywiście „giełda newsów”, czyli kto z urzędników daje wizy a kto nie, co mówić a czego nie wypada. Ten targ jest oczywiście kompletnie bezużyteczny, bowiem w rzeczywistości nie wiesz na kogo trafisz i nie masz na to absolutnie żadnego wpływu. Podobnie zresztą jak na przebieg rozmowy. Bezsensowne podkręcanie poziomu stresu. Ludzie segregują jakieś dokumenty, potwierdzenia że są właścicielami nieruchomości, firm, gruntów. Ja nie mam nic poza zaświadczeniem z uniwersytetu, że jestem studentem doktorantem na urlopie. Tyle udało mi się uzyskać od uczelni. Co ma być, to przecież będzie.

Nadchodzi moja kolej. Konsul przegląda moje dokumenty z zainteresowaniem. Tak mi się przynajmniej wydaje. Wygląda na to, że to dla niego coś nowego. Rozmawiamy chwilę po angielsku o poznawaniu świata, nauce języka, moich studiach i zainteresowaniach. Po wszystkim wychodzę oszołomiony z ambasady – z wizą. Oraz, to już zupełnie nieformalnie, adresem, pod którym mogę się zatrzymać na jakiś czas w Chicago.

Przygoda się zaczyna.

img20200425_20070651

Krokodyle łzy

img20200202_07043643es

Marian otworzył browara i włączył komputer. Przeglądał bezwiednie portal społecznościowy aż wzrok jego przykuł chwytliwy tytuł artykułu „Unijna norma Euro 5 zabija motocykle”. Wymieniono w nim modele maszyn, które nie będą już dostępne w sprzedaży po wprowadzeniu nowej normy. Marianowi natychmiast podniosło się ciśnienie. Z wrażenia omal nie oblał się piwem. Jak to!? Jakim prawem ktoś „z zagranicy” będzie mu zabraniał kupowania tego, na co ma ochotę? No jakim!? Przecież on jest klientem i wymaga! No dobrze, nie jest. Nigdy nie był. Ale mógłby przecież być! Czy to nie wystarczy?

Marian chłonął łapczywie tekst artykułu, pomijając całe akapity. Czuł narastającą w nim wściekłość. Tak naprawdę to nigdy nie kupił nowego pojazdu. Rower otrzymany jako prezent komunijny się nie liczy. Bo przecież nie będzie nabijał kabzy cwaniakom, co to będą chcieli zmusić go do płacenia za przeglądy gwarancyjne. Bo nowy traci na wartości, bo niesprawdzony, bo kiedyś to były motocykle, nie to co dzisiaj, bo nie z Marianem takie numery. Marian jest na to za sprytny.

Na logikę więc powinno mu to być obojętne skoro jeździł używanymi, ale Marian czuł się tak, jakby unijny urzędnik wyciągał mu właśnie motocykl spod tyłka. Koniecznie musiał coś z tym zrobić.

„Komuniści, złodzieje, eurokołchoz, cholerni postępowcy” – ryczał Marian w komentarzach pod artykułem z włączonym Caps Lokiem, aż z przerażenia zaczął mu się zacinać klawisz z literką „O”. Przyjrzał się uważnie swemu dziełu, po czym dopisał jeszcze „faszyści” i uśmiechnął się, uznając że jest wystarczająco obelżywie. Nie wiedział co prawda, czy słowo „komuniści” pasuje do określenia „faszyści” ale nie chciało mu się sprawdzać w Wikipedii ich znaczenia. Wiadomo przecież o co chodzi. Otarł pot z czoła i wziął głęboki wdech. Czuł że spełnił swój obowiązek.

Marian zerknął na artykuł i uronił łzę. Jedną za FJR, motocykl który swoje dobre dni miał dwie dekady temu. Drugą za XV i SCR; nie bardzo był w stanie sobie przypomnieć, czy je w ogóle kiedykolwiek widział na drodze. Zapłakał rzewnie za VFR, H2, Super Tenere i Tigerem Sportem oraz wieloma innymi, które nie spełniły nadziei pokładanych w nich przez producentów a ich sprzedaż nie osiągnęła założonego poziomu. Ale wiadomo – Unia. Ktoś musi być tym „złym”. Marian od razu poczuł się lepiej. Czarno – biały świat jest jakiś taki bardziej swojski.

Bo świat w którym żył Marian był prosty. Chodził do pracy aby zarabiać pieniądze. Za tą harówkę należało mu się. To oczywiste. Jednak dziwiło go niezmiernie, że inni ludzie też chcieliby otrzymywać za swoją pracę wynagrodzenie. Marian tego nie mógł pojąć. Mało jeszcze mieli? Złodzieje!

Zapłakał nawet nad Sportsterem, którego unijni urzędnicy „zabili” także w Stanach, czyli tam gdzie ich władza nie sięga. Tyle że ta łza była jeszcze mniej szczera. Bo to przecież „przereklamowany” Harley – Davidson. Chociaż Sportster to ponoć jednak nie Harley… Sami wiecie, rozumiecie…

img20210215_18245943

Marian został oczywiście wymyślony. Artykuł zaś oraz komentarze już niestety nie :/

Czeska legenda

img20200727_17174050

Wiele lat temu, gdy zaczynałem pisać zalążek artykułu o czeskich twinach, nie miałem zbyt wielkiego dostępu do literatury przedmiotu. Trochę różnych stron internetowych, z których część powielała tylko informacje zaczerpnięte z innych witryn. Informacji drukowanych w zasadzie nie było. Stąd liczyłem się z możliwymi błędami i nieścisłościami, gdy z wielu różnych wersji historii trzeba było wybrać jedną.

Artykuł nie został zresztą nigdy dokończony, bowiem, co ciekawe, nie było zainteresowania tematem. Szkic, który powstał, zamieściłem na wcześniejszej wersji tej strony. I się zaczęło. Bo wiecie, w Polsce jest zwykle właśnie tak, że bezinteresownych krytyków znajdziesz zawsze, tylko pomocników niekoniecznie. W efekcie straciłem zapał i nie zdecydowałem się na jego dokończenie.

Tymczasem, jakiś czas temu wpadł mi w ręce egzemplarz czeskiego czasopisma motocyklowego, gdzie na jedenastu stronach opisana jest „od a do z” (a w zasadzie to nawet do „ż”) historia Jawy 634, pod nieco pretensjonalnym tytułem „Czeska legenda”. W tym miejscu należy się małe wyjaśnienie. Określenie „czeska legenda” w Czechach odnosi się zwykle do postaci świętego Nepomucena. Czy model 634 był taki święty oraz czy zasłużył sobie na miano „męczennika”, to już inna sprawa.

IMG_8427

Natomiast faktem jest, że był to motocykl przełomowy w historii firmy, z którym wiązano wiele nadziei. Wiedzieliście, że niektóre zastosowane w nim rozwiązania chronione były patentami? Jawa 634 od początku projektowana była jako motocykl eksportowy na wiele różnych rynków o diametralnie odmiennych wymaganiach i z tego też powodu w jej konstrukcji nie ma przypadków. Oczywiście, jak to w „miłującym pokój socjalizmie” było w zwyczaju, istniała odmiana wojskowa „żeliwniaka”.

IMG_8430

Artykuł opisuje w sposób pełny kulisy powstania oraz historię Jawy 634, krok po kroku dokumentując zmiany dokonywane w modelu na przestrzeni 11 lat produkcji. Nieoceniona pomoc dla osób chcących restaurować wczesne egzemplarze. Nie zapomniano o następcy, Jawy 638, oraz historii dziwnej Jawy 632. Tak jak pisałem w swoim szkicu, artykuł potwierdza że za jej powstaniem stoją kłopoty techniczne związane z pierwszymi 638. Wady tego silnika były tak poważne, że kraje Zachodnie zakazały sprzedaży Jawy 638 na swoich rynkach. A to była prawdziwa katastrofa. Oznaczało to brak dewiz, czyli koniec dopływu prawdziwych pieniędzy. Stąd na szybkości pojawiła się Jawa 632 i dlatego też na niektórych rynkach musiała być oferowana tak długo, razem z 638. Był to swego rodzaju wybieg prawny, który pozwalał na sprzedaż motocykli.

IMG_8431

Za problemy z Jawą 638 odpowiadała nie tyle firma, ile absurdalny system socjalistyczny, w którym musiała ona funkcjonować. A system socjalistyczny opierał się na planowaniu produkcji. W tym konkretnym przypadku plan powstały w 1981 roku zaplanował już produkcję do 1995 roku i zgodnie z harmonogramem Jawa 638 miała pojawić się na rynku w 1983 roku. Ponieważ jednak tak się nie stało, wymuszono przyspieszenie prac i wypuszczenie na rynek silnika de facto w fazie prototypu. Z wiadomym skutkiem. Klient zachodnioeuropejski nie ma zrozumienia dla takich rzeczy.

Piszę zaś o tym dlatego, że po pewnych przemyśleniach zacząłem prace nad przetłumaczeniem tego artykułu, uznając że może jednak kogoś to zainteresuje. Zamierzam publikować go tu w odcinkach w jakiejś nieodległej przyszłości, jak tylko uporam się z innymi sprawami. Prościej byłoby pewnie uzupełnić stary szkic i zrobić z niego jeden artykuł, jednak poprzestanę na pozostawieniu go tak jak jest, uzupełniając go ewentualnie o pewne fakty i daty.

 

Ze spraw bardziej ogólnych, zamierzam wprowadzić pewną regularność w terminach publikacji na tej stronie oraz jej tematyce. Czy i na ile to się uda to już wyjdzie w trakcie.

Linia Zygfryda #1

img20200425_20191896

Są miejsca na w Europie, gdzie ziemia jest nadziewana bunkrami niczym ciasto rodzynkami. Taki obszar znajduje się na zachodzie Niemiec, między Holandią a Szwajcarią. Na odcinku około 630 kilometrów zbudowano około 15 500 bunkrów i innych umocnień. Według niektórych źródeł było ich nawet 18 000.

Był to jeden ze sztandarowych programów wojskowo – propagandowych małego austriackiego kaprala z wąsem, który w 1933 roku został kanclerzem Niemiec.

DSC_3787

Budowę rozpoczęto w 1936 roku i w kilku etapach prowadzono ją do 1940 roku. Początkowo ten system obronny nie miał żadnej oficjalnej nazwy. Mówiono o nim „Linia Todta”, „Schutzwall”, „Program Limes” – ta nazwa miała nawiązywać do dawnej rzymskiej linii granicznej, oddzielającej cesarstwo od „Barbaricum”. Kręgi wojskowe chciały oczywiście nazwać linię imieniem wodza, jednak nieoczekiwanie pojawiła się samoistnie nazwa „Westwall”, którą wymyślili robotnicy pracujący przy jej wznoszeniu. Nazwa spopularyzowała się do tego stopnia, że nie pozostało nic innego jak tylko ją zaakceptować. W naszym piśmiennictwie zwykło się używać nazwy „Linia Zygfryda”. Podobnie zresztą zwali ją Francuzi.

DSC_3786

Tysiące robotników pracowało w pocie czoła, zużywając 17,5 miliona ton betonu oraz 1,2 miliona ton stali, które można było wykorzystać w dużo mądrzejszy sposób. Warto pamiętać, że w tamtych czasach brakowało w Niemczech 1,5 miliona mieszkań. Z tego powodu budownictwo cywilne w regionie zamarło zupełnie. Ktoś może powiedzieć, że przynajmniej ludzie mieli pracę. Faktycznie. Jedni mieli pracę i wznosili bunkry, inni tracili gospodarstwa rolne, na których te umocnienia budowano. Z tego powodu około 5600 gospodarstw uległo likwidacji. Utrzymywało się z nich 30 000 osób. W całym przedsięwzięciu utopiono zaś 3,5 miliarda ówczesnych marek.

DSC_3788

Po co to wszystko? Wojna to głupia sprawa. Gdy bowiem chce się przylać jednemu, trzeba uważać, by nie dostać kopniaka od innego. Tym innym zaś była Francja, co do której nie było pewności, czy będzie się biernie przyglądać napaści na Czechosłowację i Polskę.

W związku z tym od 1938 roku prace nabrały tempa. Oficjalna propaganda twierdziła, że to w celu ochrony ludności. Nie dodając oczywiście, że przed atakiem który chce się samemu sprowokować.

Ataku francuskiego obawiano się zaś do tego stopnia, że uzbrojenie i wyposażenie przewożono z twierdzy na łuku Odry i Warty, której budowę wstrzymano. Budowano fortyfikacje na zachodzie kosztem wschodu.

IMG_8436

Okazało się, że zagrożenie nie było tylko teoretyczne. Francja co prawda nie interweniowała podczas zajmowania Czechosłowacji w 1938 roku, lecz w 1939 roku już nie było tak dobrze i Niemcy po raz pierwszy na własnym terenie odczuli, co to znaczy wojna. Jednak ofensywa francuska w Saarze zatrzymała się właśnie na Linii Zygfryda.

IMG_8437

Prace nad budową umocnień zakończono w 1940 roku po kapitulacji Francji tylko po to, by w pośpiechu i panice przystąpić do nich znowu w 1944 roku. Tyle że na to było już za późno a istniejące fortyfikacje były już technicznie przestarzałe i nie przystawały do nowych realiów. Losów wojny już nie odmieniły, bo i odmienić nie mogły. Ale o tym przy innej okazji.

IMG_8435

Bunkier uwieczniony na zdjęciach nieoczekiwanie wyłonił się z ziemi podczas robót melioracyjnych w grudniu ubiegłego roku i w związku z tym stał się obiektem pierwszej wycieczki A.D. 2021. Pochodzi on z jednego z pierwszych etapów budowy systemu Linii Zygfryda, czyli zapewne z połowy 1938 roku. Trudno powiedzieć, czy zniszczeniu uległ w walkach czy też już po wojnie. Francuscy saperzy bowiem z wielkim upodobaniem wysadzali niemieckie bunkry w powietrze. Nie znalazłem na jego temat żadnych opracowań, nie figuruje on nawet w dostępnych wykazach. Być może ostatnie 75 lat spędził w ziemi.

Prawdopodobnie zostanie on zniszczony, więc całkiem możliwe że są to jedne z jego ostatnich zdjęć.

img20200425_20070651