Month: Kwiecień 2016

Grimburg – zamek czarownic

DSCI4482

Pewnego letniego popołudnia znajomy spytał mnie, czy nie przejechałbym się z nim zobaczyć i ocenić miejsce ewentualnego zlotu motocyklowego, na które to dostał właśnie namiary. Ponieważ wypadało to akurat w dni wolne od pracy na które nie miałem jeszcze żadnych planów, zgodziłem się bez marudzenia.

Na dwa dni przed wyjazdem znajomy przysłał wiadomość że jednak nie pojedzie, tłumacząc się pilną błahostką typu „wyjazd do cioci na imieniny”. Cóż, bywa i tak. Nie ma tego złego co by na dobre nie wyszło. Znajomy zwykł mawiać, że samotny podróż to recepta na udany wyjazd. Coś w tym jest.

W dniu wyjazdu wyciągnąłem po prostu zaprzęg z garażu, odpaliłem i pojechałem w kierunku południowym. Początkowo trasa przebiegała przez znane mi równiny, jednak nie trwało to długo. Po pewnym czasie zaczęły się góry a wraz z nimi również strome podjazdy i zjazdy – czyli coś, za czym zestaw o imponującej dziś mocy dwudziestu kilku koni mechanicznych niespecjalnie przepada. Drogi stawały się coraz węższe i niestety również coraz gorszej jakości, przybywało również zakrętów.

DSCI4475

Ubywało za to ludzi. Wjeżdżałem na tereny Parku Saar – Hunsrück, o czym nie omieszkały się poinformować przepiękne krajobrazy. Jednak w czasie jazdy nie za bardzo można było się na nich skupić. Akurat na zakręcie w prawo, na jakiejś dużej nierówności podbiło mi wózek do tego stopnia, że o mały włos nie straciłem panowania nad zaprzęgiem – a przede wszystkim nad sobą. Trzeba uważać, tym bardziej że budowniczowie tych dróg nie używali chyba poziomicy i jezdnie potrafiły mieć całkiem sporą odchyłkę od poziomu.

DSCI4476

 

Oczywiście na sam koniec nawigacja pogubiła się zupełnie i ostatnie kilometry pokonałem tradycyjnie, kierując się znakami drogowymi a na koniec również widoczną z oddali, charakterystyczną wieżą zamkową, górującą nad okolicą.

DSCI4474

Zamek w czasach swojej świetności miał około 300 metrów długości i 90 metrów szerokości. Zbudowano go na południowym, skalistym cyplu góry Kittelaufberg na planie nieregularnym, prawdopodobnie około 1150 roku. Niedługo później, podczas schizmy z lat 1183-1190 został uszkodzony do tego stopnia, że w zasadzie trzeba było zbudować go na nowo. Zamek pełnił funkcję centrum administracyjnego i nigdy nie odegrał jakiejś ważniejszej roli. Swoją chwilę świetności miał w 1512 roku, gdy zawitał w jego progi sam cesarz Maksymilian I. Upadek nadszedł nieco ponad 100 później. W czasie Wojny Trzydziestoletniej (1618-1638) został poważnie uszkodzony. Dzieła zniszczenia dokończyły wojska francuskie, które w 1683 roku podpaliły twierdzę. Zamek pozostawiono samemu sobie po 1690 roku. Okoliczna ludność wykorzystywała go jako kamieniołom. Dobre czasy powróciły po 1987 roku, gdy zdecydowano się na jego częściową rekonstrukcję, która  z przerwami trwa po dziś dzień.

DSCI4486

Odbudowano wieżę, część przedzamcza wraz z budynkiem gospodarczym i trzy baszty. Zabezpieczono resztki murów obwodowych, dzięki czemu widać wyraźnie ich przebieg oraz układ zabudowań.

Zamek dziś:

DSCI3993

DSCI4106

Przedzamcze:

DSCI4173

DSCI4176

Wewnątrz wieży:

DCIM101GOPRO

DCIM101GOPRO

DCIM101GOPRO

DCIM101GOPRO

DCIM101GOPRO

Panorama widziana z wieży:

DSCI4023

Plan zamku:

DSCI4098

Oraz układ murów widziany z „lotu ptaka”:

DCIM101GOPRO

DCIM101GOPRO

Zamek ten ma również swoją mroczną stronę. Jedna z niepozornych baszt nosi nazwę Hexenturm, czyli „wieży czarownic”.

DSCI4136

Nieprzypadkowo zresztą. Zamek był przecież centrum administracyjnym tego regionu a w baszcie tej urządzono więzienie dla osób „podejrzanych o czary”.

DSCI4125

Brzmi śmiesznie? W tamtych czasach nie było jednak nikomu do śmiechu.

Więcej można dowiedzieć się z położonego niedaleko zamku muzeum.

DSCI4489

U schyłku średniowiecza, jak to z końcami różnych epok bywa, doszło do napięć społecznych. Złożyły się na to różne czynniki: wojny oraz towarzyszące im zwykle głód i epidemie chorób. Do tego doszła schizma w kościele oraz odkrycia geograficzne. Stary porządek świat zachwiał się w posadach. Aby go utrzymać należało znaleźć winnych takiego stanu rzeczy, takich na których będzie można wziąć odwet. I wymyślono „czarownice”.

Czarownice przy „pracy”:

DSCI4225

DSCI4227

DSCI4228

DSCI4230

Zasadniczo nie było to nic nowego, od zarania dziejów prosty lud wierzył w czary i moce nadprzyrodzone. Jednak nigdy wcześniej podejrzanych nie karano za to śmiercią a same procesy nie przybierały charakteru masowego. Do polowań na czarownice powołano specjalny zespół prokuratorsko – śledczo – lekarski, gdyż sądzono że lekarz jest w stanie odróżnić choroby naturalne od tych „uczynionych”.

DSCI4207

Żeby zostać podejrzanym nie trzeba było wiele. Najczęściej wystarczał zwykły donosik. Dłużnicy donosili więc na wierzycieli itd. Oczywiście należało jeszcze zebrać jakieś „dowody” czy zeznania, ale z tym nie było już większego problemu. Pytano więc sąsiadów oskarżonego o jego „dziwne” zachowanie oraz czy aby nie było go w pobliżu gdy zdarzyło się coś złego, np. ktoś zmarł czy zachorował. Oczywiście w tamtych czasach choroby zbierały obfite żniwo i nikogo to nie dziwiło, bo była to rzecz normalna. Jednak w powiązaniu z osobą podejrzaną o czary cała sprawa nabierała innego znaczenia. Gdy nie udało się zebrać obciążających zeznań w rodzinnej wsi oskarżonego, udawano się do sąsiedniej i pytano chłopów o to samo. Aż do skutku. Ktoś w końcu musi chlapnąć coś głupiego.

W tym czasie oskarżonego przesłuchiwano:

DSCI4208

DSCI4209

DSCI4211

DSCI4212

DSCI4213

DSCI4215

DSCI4216

DSCI4217

Specyficznym dla zamku Grimburg narzędziem przesłuchań była… drabina. Zwykła, drewniana drabina.

DSCI4204

Podejrzanemu krępowano ręce na plecach a następnie przerzucano sznur przez ostatni szczebel drabiny i podciągano. Nic groźnego, prawda? Początkowo idzie lekko, potem u skazańca pojawia się potworny ból a następnie z głośnym chrupnięciem ręce zostają wyłamane ze stawów…

DSCI4200

Gdy już wina oskarżonego została udowodniona, nadchodził czas na wielki finał. Skazańca przywiązywano do słupa, który obłożony był chrustem tworzącym coś na kształt szałasu. To także oryginalny wynalazek inkwizytorów z tego regionu.

DSCI4206

Następnie konstrukcję podpalano.

DSCI4218

O skali procederu może świadczyć przechowywana w muzeum lista kilkuset skazanych za czary na zamku w Grimburgu, których imiona udało się ustalić. W całym tym szaleństwie nie chodziło bowiem o to, żeby wyeliminować osoby „parające się magią”. Wręcz przeciwnie. Chodziło o ich tworzenie w świadomości społecznej. Miały odwracać uwagę ludu od rzeczywistych sprawców nieszczęść, czyli rządzących i duchowieństwa. Taka średniowieczna wersja starożytnych igrzysk. Najgorsze w tym wszystkim jest to, że większość osób zamieszanych w ten proceder musiała mieć świadomość, że te całe procesy czarownic to jedna wielka ściema; w końcu co to za diler co sam bierze…

DSCI4482

Na koniec, tak dla przypomnienia: dziś właśnie w tradycji germańskiej przypada Noc Walpurgii, zwana także Nocą Czarownic.

To jak, miotły już zatankowane?  😉

Jeźdźcy Peerelu # 4

Narzędzia

Narzedzia

Poprzednia przygoda nie zakończyła się dla Zenona happy-endem. Kolegium do spraw wykroczeń orzekło o zatrzymaniu uprawnień do kierowania pojazdami mechanicznymi, co w praktyce oznaczało uziemienie. Motocykl co prawda udało się Zenonowi odebrać z parkingu milicyjnego, jednak nadawał się on tylko do kapitalnego remontu. Nie pierwszyzna.

W gomułkowskiej rzeczywistości problemem było dostanie części zamiennych. Zresztą, generalnie wszystko było problemem. Niby nasza gospodarka produkowała wszystko, ale w sklepach nie było niczego. Pierwszy sekretarz w radiowych przemówieniach czytał długie listy sukcesów w wytwarzaniu różnych dóbr konsumpcyjnych, a zwykli ludzie jakoś nie byli w stanie tego odczuć. Na koniec zresztą z przemówienia wychodziło zawsze, że choć zdrożały: chleb, mięso, przetwory mleczne, benzyna itd. to za to staniały czołgi i lokomotywy, więc w sumie obywatel, jakby nie patrzeć, jest na plusie. Dlatego też ludzie nauczyli się doskonale odczytywać wszelkie znaki, które nieopatrznie dawała władza tzw. „ludowa”. Przykładowo, jeśli spiker w radio powiedział że „w tym roku cukru na pewno nam nie zabraknie”, oznaczało to, że należy czym prędzej udać się do sklepu i nakupić na zapas tyle cukru, ile to możliwe, bo za chwilę towar ten będzie nie do dostania. Wierszyk: „ Za Gomułki puste półki”  dokładnie oddawał ówczesne realia. I tak to było.

Dlatego naprawiało się wszystko, co tylko było możliwe. Tak też było i tym razem. Koło zenkowego Junaka zostało wycentrowane, lagi naprostowane, błotnik i lampa wyklepane i chałupniczo pomalowane. Wkład lampy udało się gdzieś „załatwić”. Zeszło się z tym do jesieni. Zresztą, nie śpieszyło się z tym Zenonowi zbytnio, skoro i tak nie miał prawa jazdy. Problem był tylko z gaźnikiem, który po wypadku nie chciał działać tak jak powinien. Zenon w końcu postanowił zrobić z nim porządek.

– Bolek, pożyczysz mi swoich narzędzi? – zapytał Zenon.

Bolesław zaczął się namyślać. Wiadomym było, że nikt w okolicy nie posiada lepszego warsztatu narzędziowego niż on. Jednak niechętnie użyczał on swoich skarbów a to z tej prostej przyczyny, że jakoś później nie bardzo chciały te narzędzia do niego wracać. A warto dodać, że narzędzia Bolesława były najwyższej klasy i w dużej części stanowiły część wyposażenia przedwojennego zakładu ślusarskiego, który należał kiedyś do jego wuja.

– Dobrze – powiedział w końcu Bolesław – tylko widzisz Zenuś, napisane jest na nich „wróć do mnie”. Żebyś o tym nie zapomniał.

– Spokojna głowa – odpowiedział Zenon.

Bolesław jakoś nie był tym wcale uspokojony.

Zenon zamknął się w swojej komórce. Wyregulował gaźnik najlepiej jak umiał po czym odpalił motocykl i zrobił nim kilka rundek wokół podwórka. Na ulicę bał się wyjeżdżać w obawie przed milicją. Jednak z efektów swoich regulacji nie był zadowolony. Gdy silnik trochę się rozgrzał, gaźnik znów zaczynał kaprysić. Zenon wyłączył silnik i znowu zaczął przy nim grzebać. Kolejna próba i znów to samo. W końcu doszedł do wniosku, że jeżdżąc wokół gruszy na podwórku nigdy nie rozgrzeje silnika jak należy. Oznaczało to wyjazd na ulicę. A na ulicy można było nadziać się na patrol milicji albo jakiegoś innego ormowca… Ale Zenon był już tak wkurzony, że w zasadzie było mu już wszystko jedno.

– Muszę porządnie go rozgrzać – powiedział do Stefana i zniknął za bramą.

Stefan tylko wzruszył ramionami, zajęty pucowaniem swojego Junaka.

Nie minęło dwadzieścia minut, gdy Zenon w panice wpadł na podwórko. Błyskawicznie schował motocykl do komórki po czym usiadł na ławce przed kamienicą, rozglądając się nerwowo.

– Gdzie byłeś Zenuś? – z udawaną troską w głosie zapytał Stefan – Coś taki wystraszony?

– Pod Katowicami; nadziałem się na patrol milicji a najgorsze że zgubiłem tam narzędzia – wypalił niemal jednym tchem Zenon, po czym wstał z ławki i szybkim krokiem zniknął w drzwiach wejściowych kamienicy.

– Co takiego?! Gdzie byłeś?! – zapytał zdumiony Stefan, lecz Zenon już go nie słyszał.

Chwilę później Stefan spotkał się z Bolesławem.

– Powiedział że był pod Katowicami i zgubił tam twoje narzędzia. Ten kurs tańca przy KC ogłupił go do reszty.

– Jeśli naprawdę zgubił moje narzędzia, to będzie musiał wymyśleć jakieś bardziej prawdopodobne wytłumaczenie – stwierdził Bolesław – idziemy do niego.

Próżno jednak dobijali się do drzwi. Zenon przepadł jak kamień w wodę.

Następnego dnia rano Bolesław jechał do pracy. Na jednym ze skrzyżowań wylotowych z miasta coś go tknęło. Zawrócił i zatrzymał się pod wielkim drogowskazem.

Na trawie pod znakiem, mokre od rosy, leżały jego narzędzia!

Bolesław wstał i spojrzał do góry na drogowskaz.

Na wielkiej blaszanej tablicy wymalowany był ogromny napis: „Katowice” a dalej, nieco mniejszą czcionką, dopisek „370 km”.

Katowice

Epilog

Zenon już nigdy nie doprowadził swego Junaka do stanu używalności. Dłubał przy nim coraz rzadziej aż w końcu zamienił go na czarno – biały telewizor „Neptun” i motorower „Żak”. Tak zakończyła się jego kariera motocyklisty, bo na motorowerze nie jeździł wcale a przynajmniej nikt go nigdy na nim nie widział. W międzyczasie ukończył WUML, podobno nawet z jakimś wyróżnieniem i wyprowadził się do stolicy robić karierę w partii. Potem słuch o nim zaginął. Można chyba jednak zaryzykować stwierdzenie, że w jego przypadku nauka nie poszła w las 😉

Bolesław wyprowadził się niedługo potem. Otrzymał mieszkanie w nowym bloku w innej dzielnicy miasta. SHL-kę trzymał u swojego kuzyna na przedmieściach, w specjalnie do tego celu zaadoptowanej komórce. Z racji sporej odległości od garażu nie jeździł już tak dużo jak kiedyś. Na początku lat osiemdziesiątych jego ukochana SHL-ka została skradziona z tejże komórki. Wobec „niewykrycia sprawców”, których najprawdopodobniej nawet wykryć nie próbowano, milicja kilka dni później umorzyła śledztwo. Motocykl przepadł na zawsze.

Stefan wyprowadził się z kamienicy ostatni. Wybudował sobie domek jednorodzinny w nowopowstałej wówczas dzielnicy „willowej.” W latach 70-tych dorobił się samochodu i na Junaku jeździł coraz rzadziej. W końcu maszyna popadła w zapomnienie i gdzieś w połowie lat 80-tych została sprzedana za grosze na wieś, gdzie dokończyła marnie swojego żywota.

pismo

Na podstawie wspomnień W. Wszelkie podobieństwo do osób i sytuacji jest całkowicie zamierzone.

Jeźdźcy Peerelu # 3

Uniwersytet

szprot

Zenon obudził się z potwornym bólem głowy. Z wielkim wysiłkiem otworzył przekrwione oczy. Cały pokój zatańczył najpierw w lewo, potem w prawo, aby po jeszcze kilku wahnięciach ustalić się w końcu we właściwej pozycji. „Jezu, jak mi niedobrze” – pomyślał.

Wokół szklanego żyrandola z jedną żarówką krążyła niestrudzenie wielka mucha. Zenon zaczął obserwować ją uważnie. Zauważył że stworzenie nie lata wokół lampy po okręgu, tylko jego lot składa się z serii prostych odcinków, poprzedzielanych gwałtownymi skrętami w lewo. Nie oznaczało to w żadnym razie, że skacowany Zenon stał się nagle wrażliwy na piękno natury. Co to, to nie! Za to na pewno zrobił się nadwrażliwy na dźwięki a brzęk muszych skrzydełek dosłownie kaleczył mu mózg. Naciągnął kołdrę na głowę ale brzęczenie wcale nie ustawało. Powoli narastała w nim wściekłość. Miarka się przebrała!

mucha

Wstał gwałtownie – i w tym samym momencie jego głowę przeszył tępy ból, potężny niczym uderzenie młotem w potylicę! Spróbował jeszcze raz, tym razem powoli. Ból głowy podczas wstawania był już znośniejszy. Odrzucił kołdrę, usiadł na łóżku i zdziwił się po raz pierwszy tego poranka. Otóż okazało się, że spał w ubraniu i to tym najlepszym, „do kościoła”. Nawet nie zdjął butów! Zwinął znaleziony na podłodze egzemplarz „Trybuny Ludu” w elegancki rulon, gotów pokazać tym orężem musze, kto tu rządzi. Jednak cwany owad chyba zorientował się co jest grane, bo nagle przepadł bez śladu.

Zenon zrezygnowany rzucił gazetę na podłogę i podszedł do kredensu. Otworzył skrzypiące drzwiczki i wyjął wyszczerbiony porcelanowy kubek z wymalowanym na nim klasztorem z podpisem „Pamiątka z pielgrzymki do Częstochowy” oraz napoczętą butelkę najpodlejszego gatunku wódki. Napełnił nią kubek. Cudowna wizualizacja pojęć „sacrum” i „profanum”.

– Czym się strułeś, tym się lecz – mruknął.

Wychylił zawartość kubka jednym duszkiem. Oczy zaszły mu łzami. Mętny płyn miał posmak oleju, palił gardło i wykrzywiał twarz. Jednak po chwili już było mu lepiej. Nalał sobie drugą porcję. Tym razem upił tylko trochę. Wódka paliła gardło tak samo jak poprzednio, ale tryby w Zenkowym umyśle zaczęły wreszcie pracować. Wróciła mu zdolność myślenia. Powoli zaczął przypominać sobie wydarzenia z poprzedniego dnia.

Otóż w życiu Zenona nastąpiły duże zmiany. Zapisał się na Uniwersytet! Sam co prawda nie do końca rozumiał jak to jest możliwe skoro ledwo ukończył podstawówkę, z podwójną repetą na dodatek. Ale fakt był faktem. Nigdy nie zapomni zdumionej miny Bolesława, gdy mu oznajmił że w piątek po południu nie może mu pomóc na działce, bo wybiera się na Uniwersytet! Zenon specjalnie położył akcent na drugą sylabę tego wyrazu.

Uczelnia Zenona nazywała się WUML (Wieczorowy Uniwersytet Marksizmu – Leninizmu – przyp. red.). Albo jakoś tak, Zenon nie był pewien. Nie potrafił rozwinąć tego skrótu, jednak wiedział na pewno że zawierał on w sobie magiczne słowo „Uniwersytet”.

Bolesław co prawda stwierdził, że ten jego „uniwersytet” to taki „kurs tańca przy KC”, jednak Zenon był pewien, że powiedział to z zawiści. Cóż, nie każdemu dane jest studiować na Uniwersytecie.

Trochę dziwny to był uniwersytet, nawet jak na mgliste wyobrażenie Zenona o tej instytucji. Mieścił się w restauracji-dancingu obok Prezydium, może z trzysta metrów w linii prostej od jego mieszkania.

– I pomyśleć – mruczał Zenon do siebie – że przez tyle lat nie wiedziałem, że koło mojego domu mieści się taka uczelnia.

Zajęcia rozpoczęły się od prelekcji, która brzmiała niemal dokładnie tak, jak transmisja radiowa z przemówienia pierwszego sekretarza KC PZPR. Zenon nie zrozumiał z niej nic. „To właśnie musi być Nauka” – pomyślał oczarowany. Pocieszył się że i on, po ukończeniu tej uczelni, będzie również potrafił mówić tak mądrze. Po części oficjalnej nastąpiła część nieoficjalna, na którą jak się okazało, wszyscy czekali mając w zasadzie całą tą wstępną prelekcję tam, gdzie zazwyczaj nie docierają promienie słoneczne. Zenon nazwałby tą część nieoficjalną „zwykłym ochlajem”, gdyby nie to, że na Uniwersytecie tak mówić chyba jednak nie wypada. Tak się przynajmniej Zenonowi wydawało. „Bankiet” jednak też nie pasuje a to z tej prostej przyczyny że „Towarzysze Wykładowcy” narzucili niewiarygodne tempo picia. Zenon nie miał pojęcia, że coś takiego w ogóle jest możliwe a sam przecież za kołnierz nie wylewał. Patrząc na to, co „Towarzysze Wykładowcy” wyczyniają przy stołach i jakie rekordy świata w chlaniu biją, po raz pierwszy ogarnęły go wątpliwości, czy aby podoła trudom tej edukacji. Długo zresztą nie dane było mu roztrząsać tych wątpliwości, bowiem wkrótce od nadmiaru „informacji” urwał mu się film i odpadł z peletonu. Obudził się dopiero w swoim łóżku.

Postawił niedopity kubek na stole, obok materiałów dydaktycznych z „Uniwersytetu”. Były to: „Zadania Partii na rok… „, „Statut PZPR” oraz najgrubsza księga, „Lenin – dzieła wybrane”. Zenon przez chwilę zastanawiał się, jak uda mu się to wszystko przestudiować. Tyle czytania… Pamiętał jeszcze dobrze szkolną traumę.

Klin widać zadziałał, bo nagle Zenon poczuł że jest głodny. Szybo zrobił rewizję kredensu, jednak nie znalazł niczego, co przeszłoby mu w tej sytuacji przez gardło. Podobnie miała się sprawa z koszykiem za oknem, spełniającym w tamtych czasach funkcję lodówki. Zenon w zamyśleniu delikatnie zamknął wypaczone okno, pilnie bacząc aby nim nie trzasnąć i przypadkiem nie odłupać resztek kitu z szyb.

Nagle olśnienie! Szprot w oleju!

– Tego mi trzeba – pomyślał Zenon.

Pomysł był zaiste dobry, bo szprot i smaczny, sycący, i pasuje do tego niedopitego pół litra wódki, co to się ostał w kredensie. Gorzej było tylko z jego realizacją w gomułkowskiej rzeczywistości.

Tak jak się Zenon spodziewał, zadanie było ciężkie. Po obejściu kilku okolicznych sklepów spożywczych stwierdził, że konieczne będzie odwiedzenie Państwowego Domu Towarowego. Ponieważ znajdował się on w innej dzielnicy, Zenon, po dojściu do wniosku że jest mu już lepiej, postanowił pojechać tam motocyklem. Wrócił do domu po klucze od komórki w której trzymał motor; przy okazji, tak dla pewności, zaklinował się jeszcze raz „dobrą setką podłej wódki”.

Jakimś cudem pijany Zenon zajechał pod PDT. Nawet udało mu się zakupić to, po co przyjechał. To że dotarł na miejsce cało wynikało jednak w dużej mierze z niesamowitego szczęścia oraz niewielkiego ruchu, jaki panował wówczas na ulicach.

szprot

Zenon schował puszkę rybną do kieszeni kurtki, z niemałym trudem uruchomił motocykl i wyjechał ze sklepowego parkingu. Na ulicy wziął zakręt o wiele szerzej niż by wypadało, ale jednak utrzymał równowagę.

Do czasu. Jadąca przed Zenonem nowiutka Syrena zatrzymała się przy znaku „Stop”. Z przeciwka w ulicę skręcał duża ciężarówka marki Żubr. Na przejście dla pieszych weszli ludzie. Babcia na rowerze po lewej stronie ulicy próbowała włączyć się do ruchu. Kierowca Żubra nacisnął klakson. Tak duża ilość informacji zablokowała zamroczony alkoholem umysł Zenona! Zamiast hamować albo chociaż próbować ominąć przeszkodę to jak urzeczony wpatrywał się w bagażnik Syrenki, który zbliżał się nieubłaganie z każdą sekundą.

Klienci Domu Towarowego tłoczyli się jak zwykle przy kasie, gdy nagle okolicą wstrząsnęło głuche uderzenie. Oczom wybiegających ze sklepu ludzi ukazał się przerażający widok! Na skrzyżowaniu stała Syrena, do której z tyłu „przykleił się” motocykl. Motocyklista powoli, bezwładnie, niczym na zwolnionym filmie, zsuwał się powoli po obłej klapie bagażnika na jezdnię. Sama pokrywa była mocno wgnieciona w centralnej części.

– Matko święta, zabił się – jęknęła starsza kobieta.

– Dzwońcie po pogotowie i milicję!

Kierowca Syreny wyskoczył z samochodu.

– O rzesz ty sku… – przerwał w pół przekleństwa, widząc krwawiącego Zenona i czym prędzej wskoczył z powrotem do wnętrza auta w poszukiwaniu apteczki.

Zenon oprzytomniał błyskawicznie. Wypluł ukruszony ząb, wytarł rękawem rozbity nos po czym błyskawicznym ruchem chwycił motocykl. Kopnął starter. Silnik zaskoczył natychmiast. Zenon wbił pierwszy bieg i ruszył z kopyta, próbując ulotnić się z miejsca wypadku, nie bacząc na uszkodzony widelec, rozbitą lampę i pokrzywione przednie koło.

Jednak syreniarz był szybszy. Wyskoczył z samochodu w samą porę by złapać Zenona za kurtkę i ściągnąć go z motocykla. Maszyna przejechała jeszcze bez jeźdźca kilka metrów, podskakując śmiesznie na skrzywionym przednim kole, wreszcie głucho zwaliła się na bok, natomiast zdumiony Zenon spadł tyłkiem na bruk.

– O rzesz ty s***** taki owaki – kierowca Syrenki tym razem dokończył przekleństwo i strzelił w twarz na odlew.

Zenon poczuł, że rusza mu się kolejny ząb. Kierowca uszkodzonego samochodu chciał przyłożyć mu jeszcze, ale tym razem powstrzymali go gapie. Po kilku minutach na skrzyżowanie na sygnałach wpadł milicyjny gazik a chwilę później także karetka pogotowia.

Zenon siedział na tylnym siedzeniu milicyjnego gazika. Kierowca Syrenki był trzeźwy. Nie dało się tego niestety powiedzieć o Zenonie. W zasadzie milicjanci nawet nie kazali mu dmuchać w balon, wystarczyło że poczuli jego oddech. Sanitariusze obejrzeli go dokładnie i opatrzyli mu tylko rozbity nos. Pobrano mu też krew do analizy.

Zenon patrzył przez okno jak milicjanci spisują zeznania świadków. Na środku skrzyżowania, w wielkiej plamie benzyny i oleju, leżał jego potłuczony motocykl. Na chodniku stała nowa Syrena z rozbitym tyłem. Pogięta klapa bagażnika nie dawała się zamknąć. W pewnej chwili dostrzegł jakiś błyszczący przedmiot leżący na jezdni. Wytężył wzrok.

Była to puszka szprotów w oleju, która w zamieszaniu musiała wypaść mu z kieszeni. Jeszcze raz omiótł wzrokiem pobojowisko na drodze.

– I to wszystko z powodu tej cholernej konserwy!!!

Zaklął szpetnie.

Minęły dwa dni. Zenon siedział w swoim mieszkaniu. Czuł się tragicznie. Alkoholowe znieczulenie puściło i teraz dopiero dotarło do niego, co się wydarzyło. Bolały obite mięśnie, zapuchnięty nos i szczęka. Zastanawiał się, co było twardsze: klapa bagażnika Syrenki czy pięść jej kierowcy. Aby zabić czas próbował przebrnąć przez „Dzieła wybrane Lenina”, lecz szło mu to bardzo opornie.

Z zadumy wyrwało go pukanie do drzwi.

Zenon z wysiłkiem podniósł się z fotela. W drzwiach stał listonosz, który bez słowa wręczył mu kopertę i pokwitowanie. Zenon posłusznie podpisał.

Zenon otworzył kopertę.

– Wez-wa-nie na ko-le-gium – przesylabizował.

Smutnym wzrokiem spojrzał na otwartą książkę, którą właśnie studiował, potem na pismo które wyjął z koperty.

– Ta nauka mnie wykończy – mruknął.

szprot2

 

Na podstawie wspomnień W.