podróże

Krowie zdjęcia albo powrót do przeszłości

Krowy RAZ

Dawno, dawno temu wybraliśmy się z kilkoma kumplami na pierwszy daleki wyjazd. Był to wypad w Góry Świętokrzyskie, przede wszystkim z tego powodu że mieliśmy do nich najbliżej. Raptem coś około 170 km. Dziś to odległość śmieszna, jednak wówczas, na naszych sprzętach był to prawdziwy kosmos. Doświadczenia żadnego, bo przecież prawo jazdy świeżo co wypisane. Nie obyło się bez drobnych awarii, błądzenia, deszczu i tym podobnych. Mimo to wyjazd był wspaniały a wrażenia niezapomniane. Wrażenia te zresztą dzielnie dokumentował jeden z moich Kolegów aparatem fotograficznym marki „Zenit” na jednym jedynym filmie – całe 36 klatek! Dziś, w dobie cyfrówek zastanawiam się mocno jak to było możliwe, że udało mu się nie tylko obfotografować cały wyjazd ale jakby tego było mało, zostało mu trochę filmu. Dokładnie jedna jedyna klatka.

Dzień powrotu. Pogoda w kratkę. Ostatni postój na CPN-ie w szczerym polu, gdzieś w dawnym województwie radomskim. Na łące za stacją pasą się krowy. Szybka akcja – motocykle na łąkę, my obok, za nami krowa i zdjęcie zrobione na pałę z samowyzwalacza. Koniec filmu, ostatnia klatka.

DSCI0200

Po powrocie do domu niespodzianka. Z całego filmu wyszło tylko jedno jedyne zdjęcie. Właśnie to z krową. Reszta filmu została prześwietlona, do dziś nie jest jasne czy stało się to w czasie wyjazdu czy też u fotografa… Trochę ciężko było przekonać Starych że naprawdę byliśmy w Górach Świętokrzyskich mając tylko jedno zdjęcie spod Radomia z krową. Technicznie zresztą świetne.

Oryginalne zdjęcie znajduje się w postaci analogowej w albumie moich Rodziców, ja zaś, przy każdej nadarzającej się sposobności robię kolejne „krowie zdjęcia”. Ożywają wspomnienia 🙂

 

Reklamy

Urlopowo

DSCI9706

W „chAmeryce” mawiali, że „Kansas to jeszcze nie jest koniec świata, ale stamtąd już go widać. Jeśli to prawda to jakieś francuskie Kansas powinno być już całkiem blisko.

Ogólnie to wszystko normalnie, jak to na urlopie. Piękne widoki i postój pośrodku niczego, kończy się paliwo oraz zbiera na burzę.

A tak poza tym to pełen relaks 🙂DSCI9711

 

Dookoła komina

DSC_8819

Wbrew pozorom nie jest wcale tak, że nie mam już o czym pisać. Jest dokładnie odwrotnie a moje „zaległości” w tej dziedzinie sięgają już w sumie do trzech lat wstecz. Problemem jest zbyt wiele pomysłów w zbyt małej jednostce czasu. Może robię w życiu coś nie tak, że ciągle mi tego czasu brakuje. Sam już nie wiem.

Czując się tym samym w jakimś tam stopniu wytłumaczonym (przede wszystkim przed samym sobą), pozwolę sobie niniejszym przejść do wpisu właściwego.

Dawno, dawno temu, czyli dobrych dziesięć – piętnaście lat temu, gdy na nowo odkryłem „motocyklizm”, jego najwyższą formą wydawało mi się podróżowanie. Ale to dalekie. Takie z przekraczaniem granic państwowych, kontynentów, z oklejonymi symbolami odwiedzonych państw kuframi, poznawaniem innych kultur… W związku z powyższym zakupiłem kufry (założyłem je bodajże raz), zaprenumerowałem sobie czasopisma motocyklowe o podróżowaniu (były takie w Polsce, nawet dwa) i zaczytany marzyłem…

Szczęście uśmiechnęło się i do mnie i pewnego pięknego dnia wyruszyłem na motocyklu naprawdę w nieznane. Pierwsze przekroczenie granicy, pierwszy nocleg na obcej ziemi, pierwsza burza podczas podróży gdzieś po szosie w górach… Byłem tu, byłem i tam i ówdzie. Spotkałem tego i owego. Pełnia szczęścia.

Po kilku latach nadmiar szczęścia postanowił nieoczekiwanie kopnąć mnie w cztery litery. Przyszło mi bowiem troszkę potułać się po świecie. Zresztą nie pierwszy raz. Tym razem przyszło mi mieszkać również w krajach, które uprzednio odwiedziłem. Tu przyszło zdumienie. Wydawało mi się, że przecież tych ludzi już poznałem, że ich rozumiem, rozgryzłem ich zwyczaje, system wartości. Okazało się, że tak naprawdę nie wiem o nich nic. Nic. Po pewnym namyśle okazuje się, że jest to zupełnie zrozumiałe. Wszędzie przecież byłem do tej pory tylko gościem. Zatrzymałem się, zrobiłem zdjęcie, przenocowałem. To wszystko.

Przypomniało mi się, jak kiedyś, dawno temu, na wydział biologii z referatem przyjechał Pan Doktor (humanista, jak się okazało), który opowiadał z przejęciem, jak po dwóch nocach spędzonych w namiocie rozbitym w puszczy „zrozumiał las”.  Mimo powagi miejsca (w końcu uniwersytet), całe audytorium buchnęło gromkim śmiechem, jako że na owej sali przebywali ludzie, którzy spędzili na tym po dwadzieścia, trzydzieści i czterdzieści lat  – i nawet oni nie ośmieliliby się powiedzieć, że „zrozumieli las”.

Tak właśnie jest. Nie mając pojęcia ile jeszcze nie wiemy, mamy złudne poczucie posiadania wszelkiej mądrości.

W ten właśnie sposób mój zapał do dalekich podróży osłabł – co nie oznacza, że wygasł całkowicie. Przestał być w każdym razie priorytetem. Kufry motocyklowe powędrowały w kąt garażu, gdzie w najlepsze pokrywają się kurzem i patyną. Ja zaś na nowo zacząłem cieszyć się z małych, zwyczajnych wycieczek.

Takich jak ta, którą wspominam mile do dziś. Zaczęło się o poranku, który był mglisty. Inna sprawa, że powietrze było przejrzyste aż do momentu, gdy wyjechałem z garażu. Przyroda lubi jednak płatać figle.

DSC_8774

Od razu udałem się do portu rzecznego. Zawsze chciałem tam pojechać na małą sesję zdjęciową. Dowcip polega na tym, że obowiązuje tam zakaz ruchu, za wyjątkiem wszakże  jednej drogi dojazdowej, którą dosyć nieoczekiwanie odkryłem. Upewniłem się kilka razy, czy aby na pewno nie stoi tam żaden znak zakazu – ale nie. Tym samym wjechałem na przystań legalnie.

DSC_8790

Wczesna pora zapewniała mi ten komfort, że nikt po porcie jeszcze się nie kręcił i nie marudził, że przecież nie można tu wjeżdżać a mi oszczędzało żmudnych tłumaczeń że „i owszem”.

Tu już naprawdę okolice „wkołokominowe”; wszystko cudownie nowe z racji faktu, że mój komin znów zmienił swoje położenie. Może dlatego te wycieczki mi się nie nudzą?

DSC_8810

Wtem!

DSC_8816

Klasyczna „pięćsetka” w służbie reklamy już gotowa do zimy dzięki „Dębicom Frigo”.

DSC_8814

„Przyjaźń ponad granicami”, jak głosi napis na tablicy przy drodze. I tego się trzymajmy.

DSC_8819

Dobranoc 🙂

 

Pierwszy dzień wiosny

DSCI8799

Dawniej świętowało się go w ten sposób, że chodziło się na wagary. Ale ponieważ dziś jesteśmy już starsi i poważniejsi (?), postanowiliśmy uczcić ten dzień wyjazdem do największego rezerwatu przyrody w regionie celem sprawdzenia, czy wiosna aby na pewno nadeszła.

DSCI8800

Pojechaliśmy trochę z duszą na ramieniu, chwilę wcześniej bowiem zostaliśmy pouczeni przez pewnego internetowego mędrca o tym, że maszyna którą jeździmy to ogólnie nie motocykl, źle zaprojektowany, wykonany, że psuje się od samego patrzenia a remont silnika należy wykonywać pomiędzy każdą zmianą biegu. No i ogólnie katastrofa, nie da się jeździć ani nawet patrzeć, bo się od razu rozleci. I ma dwa cylindry a to bardzo źle, bo jeden rozprasza drugi, nie dając mu się skupić na pracy. Czy jakoś tak.

DSCI8799

I tak, pełni obaw, ruszyliśmy przed siebie wprost w nieznane. Na drzewach pojawiły się pierwsze pąki, ptaki zdążyły się rozśpiewać a część dróg w pobliżu zbiorników wodnych zamknięto z uwagi na sezon godowy płazów.

DSCI8801

Wróciliśmy po kilku godzinach, wychłostani zimnym wiatrem, od czasu do czasu zmoczeni deszczem, zmarznięci, przemoknięci ale szczęśliwi.

DSCI8796

Wróżby internetowego mędrca nie sprawdziły się; nic się nie zepsuło, nie odpadło ani nawet nie wybuchło.

Vicus Belginum Morbach

dsci2286

W życiu czasem jest tak, że nie warto być upartym, bo niechcący można przedobrzyć. Tak właśnie w moim przypadku stało się z wycieczką do parku archeologicznego Belginum w Morbach. Pierwszy raz byłem tu dwa lata temu, jednak przyjechałem niemal godzinę przed otwarciem i stwierdzając że przez ten czas zdążę co najmniej dojechać do doliny Renu a może i nawet przeprawić się na jego drugą stronę, odpuściłem.

Tym razem trasę zaplanowałem sobie tak, żeby przejazd przez Morbach wypadał w godzinach otwarcia parku. Pogoda mi sprzyjała, sierpniowe słońce, skryte za chmurami,  nie grzało zbyt mocno i temperatura była wprost wymarzona do jazdy. Wszystko szło doskonale aż do Morbach. Tu, już niemal na miejscu, okazało się, że skrzyżowanie prowadzące do parku archeologicznego jest w remoncie i nie da się dojechać do niego inaczej jak objazdem. Trochę to głupie, skoro muzeum widać jak na dłoni i brakuje dosłownie może siedemdziesięciu metrów drogi do parkingu przed budynkiem. Gdyby nie zakazy ruchu i jacyś robotnicy to przejechałbym po prostu po szutrze. Trudno, trzeba jechać objazdem, dużo drogi nie powinienem przecież nadłożyć.

Spodziewaj się niespodziewanego. Żeby objechać brakujący siedemdziesięciometrowy kawałek asfaltu należy pojechać ponad dwudziestokilometrowym objazdem wiodącym przez tak dziwne miejsca i po tak fatalnych drogach, że naprawdę nie miałem pojęcia o istnieniu takich zadupi w tzw. Europie Zachodniej. Cóż, podróże kształcą. Na dodatek, dzięki cudownemu oznaczeniu tegoż objazdu, dołożyłem od siebie ekstra coś koło dziesięciu kolejnych kilometrów. To mój mały wkład w antropogeniczną emisję CO2 oraz globalne ocieplenie.

W końcu dotarłem na miejsce. Epitety którymi zdążyłem po drodze obdarzyć tutejszych drogowców w żadnym razie nie nadają się do publikacji.

Mimo niemal całkowitego braku turystów (ciekawe dlaczego 😉 ) muzeum było czynne a piękny, nowoczesny budynek zachęcał do odwiedzin. I to niestety koniec pozytywów.

dsc_5004

Jak mawiał mój dobry znajomy z Chicago, jakość usług bankowych poznajemy po siedzibie banku. Im bardziej wypasiony budynek, tym gorsze usługi. Coś jak u nas z ZUS. Niestety, ta zależność zdaje się również rozciągać i na inne dziedziny życia, z muzeami włącznie.

Dziewczyna z obsługi nie wyglądała na specjalnie zachwyconą moją wizytą. Cóż, dzięki remontowi drogi dojazdowej miała zapewne najwspanialszą pracę w całym powiecie w której to najwyraźniej jej przeszkodziłem. Uiściłem opłatę, pani wyklepała swoją formułkę informując mnie że zwiedzanie muzeum trwa około pół godziny po czym można przejść się do parku archeologicznego za budynkiem, lojalnie uprzedzając że to „daleko”.

Między I a IV wiekiem naszej ery istniała tu osada nazwana „Belginum”, tak jak prowincja w której się znajdowała. Osada ta była po prostu przystankiem na dość ważnej drodze z Bingen do Trewiru, gdzie strudzeni podróżni mogli odpocząć i przenocować, oporządzić konie i dokonać napraw ekwipunku. Belginum było zaznaczane jeszcze w V wieku na rzymskich mapach drogowych (tak, były takie!), jednak najprawdopodobniej osada wówczas już nie istniała a kartografowie zaznaczali ją posługując się metodą znaną nam dziś pod nazwą „kopiuj – wklej”, czyli przepisując jej nazwę i położenie ze starszych map. Nieopodal osady znajdował sie przez pewien czas rzymski obóz wojskowy.

Szczerze mówiąc, nie bardzo wiem co można robić w tym muzeum przez pół godziny. Zbiory muzeum nie są imponujące zarówno pod względem ilości jak i jakości. Składają się na nie fragmenty naczyń i narzędzi poukładane w kilkunastu gablotach. To wszystko. To trochę tak, jakby w muzeum paleontologicznym pokazać zwiedzającym luźną stertę kości i podpisać że tu mamy tyranozaura, brontozaura i dwa diplodoki. Najwyraźniej komuś zabrakło zupełnie pomysłu na przedstawienie życia w dawnej osadzie przy antycznej autostradzie. Temat na pewno ciekawy, jednak po wizycie w muzeum naprawdę nie potrafię sobie wyobrazić jak to wszystko mogło tu funkcjonować. Mamy narzędzia, mamy porcelanę, mamy szkło, ale co z czym, po co i do czego – tego nie wiadomo.

Żeby było zabawniej, w muzeum obowiązuje całkowity zakaz fotografowania, o czym krzykiem raczyła poinformować mnie miła pani z obsługi. Nie bardzo potrafiła powiedzieć dlaczego ale zakaz to zakaz. Być może dlatego, że znajdował się tu rzymski obiekt wojskowy i można by było jeszcze wynieść stąd jakieś tajemnice… 😉

Dużo ciekawiej przedstawia się za to wycieczka „w teren” za budynkiem muzeum. Warto przejść się kawałkiem słynnej rzymskiej drogi poza obszar dawnej osady Belginum wśród cudownie pachnących o tej porze roku łąk i pól. Próżno szukać tu pozostałości po osadzie oraz obozie wojskowym. Na powierzchni ziemi nie zachowało się nic. Za to kilkaset metrów za osadą, przy rozstajach dróg znajdował się wielki gallo-rzymski cmentarz ze zrekonstruowanymi kurhanami oraz fundamentami świątyń – niesamowite pomieszanie kultury celtyckiej i rzymskiej. Dużą pomocą są tablice informacyjne z opisem, stojące przy drodze. Szczerze powiedziawszy, zwiedzanie muzeum można sobie spokojnie darować i zamiast tego ruszyć od razu na ścieżkę. Nie dość że dowiedziałem się dużo więcej niż w budynku to jeszcze nie trzeba płacić za wstęp i można robić zdjęcia bez żadnych ograniczeń.

Wracając na parking przed muzeum patrzę jak z objazdem radzą sobie miejscowi. Otóż nie przejmując się niczym jadą po prostu polną drogą przez łąkę aż do głównej szosy, olewając całkowicie objazd. Postanawiam zrobić tak jak oni i po przejechaniu może 300 metrów wyjechałem na drogę główną.

Zaś dla wszystkich, których jeszcze nie zniechęcił do końca mój opis jedna rada: zamiast podjeżdżać na parking przed muzeum można zostawić swój pojazd na parkingu przy szosie przy ruinach wieży. Potem należy przejść tylko na drugą stronę Hunsrückhöhenstraße i już jesteśmy na terenie antycznego cmentarzyska.

dsci2286Voilà!

Szlak romański

Strzelno – Kruszwica

zdjecie0560

W ramach noworocznego sprzątania czeluści starego peceta dziś wpis z gatunku „pułkowników” czy może lepiej „dyskowników”. Chociaż może trudno będzie w to uwierzyć, ma on grubo ponad dekadę i pochodzi z czasów, gdy na stacjach benzynowych dostępna była benzyna U95. Granice wówczas były jeszcze zamknięte i nawet głupi wyjazd na Słowację wiązał się z każdorazowym, skrupulatnym kontrolowaniem oraz stemplowaniem paszportów. Cyfrowe aparaty fotograficzne dopiero zaczynały się nieśmiało pojawiać i odejście do muzeum fotografii tradycyjnej wydawało się być jeszcze sprawą bardzo odległą. Do Internetu najpierw trzeba było się dodzwonić aby potem „surfować” z oszałamiającą prędkością 56 kb/s oraz drżeć na samą myśl o rachunku za telefon… Niby nie tak dawno a jednak trochę się zmieniło 😉

 

Do dobrego człowiek szybko się przyzwyczaja. Gdy mieszkałem w mieście typowo robotniczym*, XIX wiecznym, zbudowanym zupełnie od podstaw to brakowało mi w nim dawniejszych klimatów. Wiecie, średniowieczne zamki, mury obronne, legendy z nimi związane… Po przeprowadzce do miasta gotyku* mającego w swoich granicach administracyjnych aż trzy zamki średniowieczne zachciało mi się zabytków jeszcze dawniejszych. Przed gotykiem była sztuka romańska, tak więc narodził się pomysł odwiedzenia wszystkich możliwych zabytków wykonanych w tym stylu, jakie można znaleźć w Polsce.

Plan został przyjęty do realizacji i któregoś pięknego dnia po zatankowaniu do pełna wyruszyłem bocznymi drogami w kierunku Strzelna, gdzie ponoć zachowały się dwa kościoły romańskie, w tym jeden niemal w oryginale. O nawigacji GPS nikt wówczas nawet nie słyszał, więc trochę udało mi się pobłądzić, tym bardziej że tak planowałem trasę aby wracać później przez Kruszwicę, gdzie znajduje się również romańska katedra.

Zdjęcie0412.jpg

Jako że wyjazd miał charakter typowo turystyczno – krajoznawczy, tym błądzeniem specjalnie się nie przejmowałem, tym bardziej że podróż przebiegała przez ciekawe miejsca. Niestety, ze zdjęciami musiałem sobie dać nieco na wstrzymanie, mimo iż targałem ze sobą aż dwa aparaty, w tym jeden cyfrowy. Powód tego stanu rzeczy był prozaiczny, chociaż z dzisiejszej perspektywy dość trudny do zrozumienia. Mianowicie do mojej „wczesnej cyfrówki” dołączona była tzw. startowa karta pamięci o pojemności zaledwie 16 MB. Prawdopodobnie nie zwróciłem na ten szczegół uwagi albo może uznałem że to nie jest problem? Nie pamiętam. W każdym razie okazało się, że jednak jest to problem ponieważ aparat (zakupiony na innym kontynencie) pracował na kartach CF, które z kolei jakoś specjalnie popularne w Polsce nie były. Gdy już się takowe pojawiły, to od razu w wariancie 1GB i większe, których aparat nie przyjmował… Z kolei w fotografii analogowej umiłowałem sobie czarno-białe filmy Fomy i Kodaka, które z biegiem czasu były coraz trudniejsze do dostania aż w końcu moje źródełko zaopatrzenia wyschło całkowicie i zmuszony byłem do zużywania swoich rezerw strategicznych, z przerażeniem obserwując jak znikają kolejne rolki cennej kliszy… Takie życie.

W samym Strzelnie pogubić się chyba nie sposób. Kościoły odnalazłem od razu. Trochę problemu sprawiło mi zaparkowanie na wielkim, brukowanym placu nieopodal budowli, jako że miejsc postojowych na nim nie wyznaczono. Miejscowi parkowali jak leci, na środku placu a nie na jego obrzeżach. Wolno tak czy jednak nie wolno? Nie mogąc dojść z tym do ładu pozostawiłem motocykl tak jak inni, na środku i udałem się na zwiedzanie.

W tym miejscu aż chciałoby się zakrzyknąć: „cudze chwalicie, swego nie znacie!” Zabytki sztuki romańskiej są ogólnie nieliczne. Raz że nie zbudowano ich zbyt wiele a po wtóre większość z nich uległa w wiekach późniejszych gruntownej przebudowie albo zniszczeniu.

Tu, na niewielkim wzgórzu na krańcu osady wzniesiono aż dwa kościoły w tym stylu. Obydwa zresztą unikatowe na skalę światową. Świątynie powstały równocześnie w drugiej połowie XII wieku; tak przynajmniej uważa większość naukowców, „na surowym korzeniu”, czyli terenie bez jakichkolwiek śladów wcześniejszego osadnictwa. Obie mają związek z przybyciem w te rejony zakonu Norbertanek.

Jak zapewne większość odwiedzających zaatakowałem od razu mniejszy kościółek. Powód jest prozaiczny – zbudowana niemal w całości z granitowych ciosów niewielka rotunda Św. Prokopa ma niesamowity, prymitywny urok.

12xp018

Kościółek wydaje się niewielki, jednak w rzeczywistości jest to największa w Polsce rotunda romańska. Budowla na planie koła to była wówczas typowa forma niewielkich kościołów. Do tak powstałej nawy głównej doklejano półkolistą absydę mieszczącą prezbiterium – i kościółek gotowy.

dscn4530

To co odróżnia tą świątynię od innych to fakt, że nawa zakończona jest kwadratowym prezbiterium. To powoduje, że rotunda ze Strzelna jest jedyną w swoim rodzaju w całej Europie.

12xp017

Rotunda ma jednak absydy – nawet dwie, niesymetrycznie, obok siebie, naprzeciw wejścia.

12xp009

Po przeciwnej stronie prezbiterium znajduje się okrągła wieża z emporą – swego rodzaju galerią bądź trybuną na piętrze dla ważniejszych dostojników, którzy z góry mogli patrzeć na swoich poddanych. Taki wówczas był ustrój. Co ciekawe, tutejsza empora także jest wyjątkowa gdyż jest to biforium.

dscn4529.jpg

Piękna romańska kolumienka z motywem liści dzieli okno na dwie części. Można wejść na emporę po straszliwie trzeszczących schodkach, czyli coś dla osób o mocnych nerwach 😉

dscn4574

W prezbiterium znajduje się kopia tympanonu fundacyjnego kościółka. Oryginał został zniszczony w 1945 roku. Gdyby się zachował, byłby najstarszym tympanonem fundacyjnym w Polsce. Konkurencja nie jest zresztą zbyt duża; romański tympanon fundacyjny oprócz Strzelna ma jeszcze tylko katedra we Wrocławiu.

dscn4576

Normanie tympanon powinien znajdować się nad drzwiami wejściowymi do kościoła. Jednak ten nie pasuje wymiarami. Przedstawiony jest na nim Chrystus, fundator kościółka z jego modelem oraz prawdopodobnie przeorysza zakonu Norbertanek. Gdzie wisiał pierwotnie – nie wiadomo. Faktem jest jednak że odnaleziony został w roku 1892 w… gnojowni obok kościoła. Pojęcie „zabytku” jest jednak bardzo młode.

Powstaje pytanie: po co nasi przodkowie postawili w pocie czoła (o kosztach tego przedsięwzięcia nawet nie wspominając) aż dwa kościoły obok siebie i w tym samym czasie? Jednym z wyjaśnień tego fenomenu może być fakt, iż pierwotnie kościół nosił wezwanie Św. Krzyża, zmienione dopiero około 1779 roku. Być może kościółek mieścił pierwotnie jego relikwie. Pod podłogą z kolei odkryto całkiem niedawno grobowiec – tyle że pusty. Czyżby w zamyśle miał on być czyjąś kryptą? Zapewne tak. Najprawdopodobniej pełnił on też rolę zwykłego kościoła parafialnego dla świeckich, ponieważ duża bazylika przeznaczona była dla Norbertanek. Teorię tą potwierdza także, odkryty również niedawno, najstarszy cmentarz znajdujący się wokół rotundy.

Sąsiadujący kościół Św. Trójcy powstał w tym samym czasie, jako datę konsekracji podaje się rok 1216. Zbudowano go na planie krzyża łacińskiego z prezbiterium zakończonym półkolistą absydą i dwiema kaplicami po bokach. Przebudowywany kilkukrotnie, raz w stylu gotyckim, potem ponownie w stylu barokowym, swoim wyglądem zazwyczaj myli turystów. Fasada jego jest bowiem barokowa i kościół wygląda na dużo młodszy niż jest w rzeczywistości. Jednak to tylko pozory. Pod tynkami znajdują się grube, romańskie mury zachowane w swoim całym obwodzie.

dscn4598

To co w tej bazylice jest najcenniejsze to słynne romańskie kolumny międzynawowe. Dwie z nich noszą nazwy kolumn „przywar” i „cnót”. Odkryte zostały dopiero w 1946 roku. Do tego czasu były szczelnie zamurowane w barokowych, ceglanych filarach przez co najmniej 200 lat. Są one swego rodzaju „Biblią w obrazkach”, jako że w tamtych czasach mało kto umiał czytać. Południe kojarzone było od zawsze z dobrem, światłością, zatem na południowej kolumnie przedstawiono cnoty czyli dobre cechy człowieka. Na kolumnie północnej, zła i ciemności, przedstawiono zaś grzechy. Miały one znaczenie wychowawcze, pokazując co należy robić a czego unikać aby zasłużyć sobie na życie wieczne. Na każdej z kolumn wyrzeźbiono po osiemnaście postaci symbolizujących cnoty bądź przywary w trzech kondygnacjach, oddzielonych od siebie ornamentem roślinnym. Mamy więc: wiarę, sprawiedliwość, mądrość, cierpliwość, pokorę, posłuszeństwo, wstrzemięźliwość, czystość, pokój chrystusowy po stronie cnót oraz gniew, morderstwo, pychę, krzywoprzysięstwo, obżarstwo, rozpustę, swawolę, bluźnierstwo i zawiść po stronie przywar. Część przedstawień z powodu zniszczeń i utraty atrybutów jest niemożliwa do zidentyfikowania.

dscn4538.jpg

dscn4541

dscn4542

dscn4543

dscn4544.jpg

W kaplicy świętej Barbary znajduje się kolejna romańska kolumienka, podtrzymująca tym razem gotyckie sklepienie palmowo – krzyżowe; pierwsze tego typu w Polsce.

dscn4551

Kolumienka pierwotnie znajdowała się w portalu północnym, tam gdzie obecnie znajduje się muzeum a na nowe miejsce trafiła podczas przebudowy świątyni w stylu gotyckim.

Muzeum.

dscn4571

Dzięki uprzejmości strzeleckich przewodników zostałem wpuszczony jeszcze raz do rotundy Św. Prokopa. Mogłem jeszcze raz, w samotności popodziwiać zgromadzone tam skarby. Takie jak np. XV-wieczna droga krzyżowa, odnaleziona na jednym z cmentarzy, gdzie niszczała na deszczu i mrozie…

dscn4579

dscn4580

Motocykl stał na placu przed kościołami nieruszony. Żadne służby porządkowe się nim nie zainteresowały, więc może tak się tu jednak parkuje. Ze Strzelna najkrótszą drogą udałem się więc do Kruszwicy, tym razem jednak nie do Popiela i Mysiej Wieży, którą to odwiedziłem przy innej okazji.

Trochę błądząc po mieście, trochę znów podpytując przechodniów wreszcie trafiam we właściwe miejsce.

Jednym z najcenniejszych zabytków miasta jest romańska kolegiata Piotra i Pawła. Zbudowana ze starannie obrobionych ciosów piaskowca i granitu trójnawowa bazylika jest jednym z najlepiej zachowanych zabytków sztuki romańskiej w Polsce. Jej budowę rozpoczęto w 1120 roku, jednak już w trakcie trwania prac zmieniono projekt świątyni. Około 1125 roku mamy przerwę w budowie. Potem następuje wznowienie prac, które ukończono około 1140 roku. Sama budowla jest dość zagadkowa i wykazuje pewne niekonsekwencje. Wiele jej cech wskazuje na to, iż początkowo miała to być budowla klasztorna, być może benedyktyńska, jednak coś pokrzyżowało te plany.

07

Wnętrze również zachowało surowy, romański charakter.

08

09

10.jpg

Prawdopodobnie do 1148 roku była siedzibą biskupstwa, które to po tej dacie przeniesiono do Włocławka.

Sama bazylika jest stara, jednak uważny obserwator odnajdzie na niej, kilka metrów nad ziemią na jednej ze ścian coś z o wiele starszym rodowodem.

11

Jest to podwójna swastyka, przez Słowian swojsko zwana swargą lub swarożycą (czasem także swarzycą lub świąszczycą).  Jako symbol Słońca miała płoszyć zło. Skąd się wzięła na kościele i to na dodatek siedzibie biskupa? Kościół od zawsze nie znosił konkurencji, wszelkimi metodami dążąc do jej unicestwienia. A więc dlaczego pozwolono, by budowniczowie wyryli na ścianie bazyliki symbol dawnych wierzeń, prawdziwych korzeni kultury europejskiej? A może kamienie użyte do budowy kościoła są od niego o wiele starsze i pochodzą ze zniszczonej wcześniejszej świątyni? Jest to prawdopodobne, kościół katolicki bardzo często tak postępował, niszcząc rodzime miejsca kultu i stawiając na ich miejscu własne. Inna wersja mówi, że wczesne chrześcijaństwo przejęło na pewien czas ten symbol, nazywając go „wirującym krzyżem” który miał mieć moc odpędzania „złego”.

Tak czy inaczej, jest to dla mnie zagadka. Czy ktoś zna odpowiedź?

zdjecie0560

* tak czy inaczej, oba miasta są dziś wpisane na listę Światowego Dziedzictwa UNESCO/

 

Noc w muzeum

dscn7426.jpg

Do odkopania starego tekstu skłoniła mnie niedawna rozmowa ze znajomym. Wrzucił on do sieci filmik z „jutuba”. Kilku gości podróżuje motocyklami przez Europę i kawałek Azji. To co odróżnia tą produkcję od setek innych to naprawdę dobre wykonanie – oraz opis. I tenże właśnie opis stał się zarzewiem ciekawej i inspirującej dyskusji. W każdym razie w opisie znalazło się kilka rzeczy, których próżno było szukać w tym dziele, typu: „film o poszukiwaniu wolności i miejsca człowieka w świecie”… Oczywiście na filmie nikt nawet nie próbował rozważać tego typu zagadnień. Film sobie a opis sobie. Całkiem obok siebie.

„Wolność” ma się w sobie albo się jej nie ma. Jeśli ma się ją w sobie, tylko w sobie można ją odnaleźć. Jeśli jej się nie ma, nic nie pomoże i nie odnajdzie się jej nawet na końcu świata. Kupić jej się także nie da. Za to można ją przehandlować za iluzję że będzie „lepiej”, „dalej”, „szybciej”… Co prawda znajomy oponował, uważając że powiew wolności i wiatru targający czupryną smakuje lepiej gdy jest się daleko od domu, niż na zwykłej, wiejskiej drodze. Kiedyś też tak uważałem. Dziś myślę jednak zupełnie inaczej. To trochę jak z jedzeniem, to obce zawsze jest ciekawe. Ale gdy już objesz się tych pizz, hamburgerów i innych currywürstów nagle zaczynasz dostrzegać wspaniały smak zwyczajnego, czerwonego barszczu, domowego rosołu czy co to tam w danym regionie serwuje się najczęściej.

A co do miejsca człowieka w świecie…

Swego czasu, zastanawiając się dokąd pojechać na weekend natrafiłem na ogłoszenie w lokalnej prasie o organizowanej cyklicznie w całej Polsce „Nocy Muzeów”; wstęp wówczas jest darmowy i przy okazji można liczyć także na pewne bonusy. Wśród „poważnych” placówek muzealnych swoją ofertę wystawiał także jeden z „Parków Jurajskich”. Przewidziano nawet jakieś wykłady.

Przyznam się, że nie traktowałem tej instytucji poważnie, uważając ją za raczej park rozrywki dla dzieci, wyrosły na gruncie panującej „dinozauromanii”. Cóż, spróbować można. Jak nie wypali, zawsze można pojechać gdzieś indziej.

I chociaż wycieczka nie była imponująco długa, pogubiłem się straszliwie w dosyć skomplikowanej organizacji ruchu wokół parku. Teraz wydaje mi się to proste i logiczne, jednak za pierwszym razem objazd całości siecią dróg jednokierunkowych może sprawiać problemy. Jak skręcisz źle to nie masz już możliwości zawrócić.

Na parkingu przed Parkiem wita mnie plastikowa gadzina naturalnych rozmiarów. Tego w sumie się spodziewałem, ale skoro tu już jestem… Pamiątkowe zdjęcia, motocykl na parking i jazda do środka. Do wykładów mam jeszcze sporo czasu. Pierwsze wrażenie jest kiepskie, bo trafiam na plac zabaw dla dzieci połączony ze straganami z „pamiątkami”. No tak, to park „rodzinny”, cokolwiek to sformułowanie miałoby oznaczać. Nigdy nie pojmę dlaczego jako dzieci mieliśmy tak kiczowaty gust. Ale dalej już jest lepiej. Dużo lepiej.

dscn7426

Co ciekawe, ekspozycja obejmuje znacznie rozleglejszy obszar czasowy niż sam okres panowania dinozaurów na naszej planecie. Problemem w takich przypadkach jest skala czasowa, która dla większości ludzi jest całkowicie abstrakcyjna, bowiem nasza świadomość nie jest przystosowana do operowania tak wielkimi jednostkami czasowymi jak miliony lat. Podobne zresztą problemy mają astronomowie, zmuszeni do operowania niewyobrażalnie wielkimi odległościami. Poradzono sobie z tym w bardzo pomysłowy sposób. Ekspozycję podzielono na dwie części. Większa jej część poświęcona jest oczywiście dinozaurom (chociaż nie tylko) i ma formę ścieżki dydaktycznej. Poprowadzono ją w malowniczym lasku sosnowym i podzielono na trzy odcinki, odpowiadające okresom: triasu, kiedy to przed 237 milionami wyodrębniły się z gadów dinozaury oraz jury i kredy, gdy przeżywały swój największy rozkwit aż do wymarcia na granicy kredy i trzeciorzędu 66 milionów lat temu. Okres ich dominacji na Ziemi trwał około 135 milionów lat a jeśli dodamy że zwierzęta te żyły na wszystkich kontynentach, spodziewać się powinniśmy niesamowitego ich zróżnicowania.

Niestety, jak to w paleontologii jest normą, znamy tylko nikły procent (jeśli nie promil) różnorodności dawnego świata. Historia życia jest niczym ciągły, nieskończonej długości film. Jednak zachowały się z niego tylko bardzo nieliczne, pojedyncze klatki. Im dalej cofamy się w akcji tego filmu, tym tych klatek jest mniej i są w coraz gorszym stanie a my, na podstawie takich fragmentów, próbujemy zrekonstruować cały scenariusz. I o dziwo, udaje się to nam całkiem nieźle a postęp w ostatnich latach jest więcej niż duży.

Jesteśmy w triasie. Jeden z przedstawicieli gadów ssakokształtnych, cynodontów, uzmysławia, że ścieżki którymi podąża ewolucja nie są proste ani oczywiste.

dscn6975.jpg

Gdzieś wśród tych zwierząt musi znajdować się i nasz przodek. Były to zwierzęta „skazane na sukces” i dominację na planecie. Jednak nie wszystko ułożyło się jak trzeba. Katastroficzne wymieranie na granicy permu i triasu zmiotło z powierzchni Ziemi 70% wszystkich istot. Te, które przetrwały, musiały od nowa walczyć o swoją pozycję w całkowicie odmienionym świecie. Cynodonty walkę tę przegrały z archozaurami, niepozorną grupą gadów, przodkami między innymi dinozaurów. Najpierw zniknęły cynodonty roślinożerne, potem drapieżne. W połowie triasu po świetności cynodontów zostało już zaledwie wspomnienie. Zostały zepchnięte „do podziemia.” Potomkowie cynodontów to teraz niewielkie stworzenia wielkości myszy, prowadzące głównie nocny tryb życia i żywiące się owadami. Ale to jeszcze nie koniec. Ewolucja trwa nadal. Dzięki temu splotowi wydarzeń jesteśmy, czym jesteśmy.

Ale tymczasem nastała epoka dinozaurów, które różnicują się i zajmują kolejne nisze. Wbrew nazwie oznaczającej „straszne jaszczury”, dinozaurom do jaszczurek bardzo daleko. Najbliżsi ich kuzyni to krokodyle i… ptaki.

dscn6990.jpg

Z tego też powodu raczej odbiegały od tego, co sobie o nich wyobrażamy. Nie były to powolne, ociężałe zwierzęta jak przez długi czas świat naukowy zakładał.

dscn7001.jpg

Pierwotnie dinozaury były dwunożne, ale grupa szybko się zróżnicowała i część wróciła do poruszania się na czterech kończynach. Niektóre, jak Iguanodon, mogły chodzić zarówno na dwóch, jak i czterech nogach.

dscn7003.jpg

dscn7014.jpg

Ważnym usprawnieniem poruszania się dinozaurów, w stosunku do innych gadów, było ustawienie kończyn pod tułowiem. Niektóre nieptasie dinozaury podbiły nawet przestworza – albo przynajmniej próbowały.

dscn7020.jpg

Sielanka trwała jakieś 135 milionów lat. Niestety, wszystko ma swój kres. 66 milionów lat temu w powierzchnię Ziemi nieopodal półwyspu Jukatan uderzył meteoryt mniej więcej dziesięciokilometrowej średnicy, do szczętu unicestwiając gadzi świat. I tak jak katastrofa na granicy permu i triasu dała dinozaurom Ziemię we władanie, tak kolejna, pod koniec okresu kredowego, władzę tę im odebrała. Pozostały po nich tylko ptaki. Z cienia natomiast wyszli potomkowie cynodontów – ssaki. Nasi przodkowie.

W tym miejscu kończy się ścieżka dydaktyczna. To co wydarzyło się wcześniej i później można prześledzić w muzeum imienia nieodżałowanej pamięci paleontologa Karola Sabatha.

Przed budynkiem muzeum. Tiktaalik wychodzi z wody i wybiera się na spacer po lądzie. Zwierzę to może stanowić modelowy przykład formy przejściowej pomiędzy rybami a płazami, „brakujące ogniwo” – jak chcieliby niektórzy. Z tym jednakże zastrzeżeniem, że tych ogniw jest cała masa bo życie to niekończący się film. Warto zwrócić uwagę na budowę jego ciała. Cechy „płazie” to spłaszczenie grzbieto-brzuszne ciała, trójkątna głowa z oczami umieszczonymi na jej wierzchu a nie po bokach jak u ryb oraz występowanie szyi łączącej głowę z tułowiem w sposób umożliwiający jej ruch. Zamiast łap zwierzę to ma jednak płetwy ale zbudowane w taki sposób, że mogą się zginać w połowie i dolna ich część stanowi całkiem dobrą funkcjonalną stopę. Stworzenie to na pewno posiadało skrzela, chociaż już bez pokryw i całkiem prawdopodobnie także płuca. Tiktaalik został odkryty całkiem niedawno, bo w 2006 roku.

dscn1444

Wewnątrz muzeum szerokim „uśmiechem” wita mnie jeden z przedstawicieli ryb pancernych, dalekich przodków współczesnych ryb.

dscn1464.jpg

Nieco dalej, pod sufitem, anomalocaris – największy i najgroźniejszy drapieżca swoich czasów ściga ofiarę, dużego trylobita. Ot, zwykła scenka z kambru. O ile trylobity były znane i opisywane od dawna, to anomalocaris jest całkiem świeżym odkryciem. Chociaż może trzeba by było ująć rzecz inaczej; jego szczątki także znane były już od długiego czasu, jednak przez długie dziesięciolecia nikt nie miał za bardzo pojęcia, z czym w zasadzie ma do czynienia. Głowę stworzenia opisano błędnie jako strzykwę już w 1902 roku. Potem uznano je za gąbkę. Odnóże chwytne uznano za krewetkę, tułów za dużego stawonoga a aparat gębowy za meduzę. Dopiero w 1986 roku połączono te elementy układanki w jedną całość. Pewnym usprawiedliwieniem dla dawnych paleontologów niech będzie fakt, że stwór ten swoim wyglądem nie przypomina niczego co żyłoby obecnie!

dscn1462

Bo i samo zwierzę było zaiste fantastyczne. Mając od 1 do 3 metrów długości było największym drapieżnikiem swoich czasów. Na dużej głowie znajdowała się para wielkich oczu o średnicy 5-10 cm. Z przodu głowa zaopatrzona była w parę chwytnych odnóży, uzbrojonych w kolce. Po spodniej stronie głowy leżał otwór gębowy z ostrymi płytkami-„zębami”, ułożonymi koncentrycznie. Dalej był segmentowany tułów z trzynastoma parami odnóży przekształconymi w płetwy a na końcu ciała odnóża wykształcone w formie „ogona.” Idealny łowca. Oczywiście, zrekonstruowanie wyglądu tego fantastycznego stworzenia samo w sobie było już sukcesem, jednak jego miejsce na drzewie rodowym zwierząt było bardzo niejasne. Wiadomo że musiał mieć coś wspólnego ze stawonogami. Ale co?

dscn1463

Z pomocą przyszły odkrycia nowych okazów oraz tomografia komputerowa, która wykazała bardzo charakterystyczną strukturę mózgu i układu nerwowego zwierzęcia. Udało się nawet ustalić jego żyjących do dziś dalekich krewnych. Nagle luźne dotychczas klocki układanki życia na Ziemi zaczęły do siebie pasować.

Kolekcja trylobitów.

dscn7033.jpg

dscn7035.jpg

dscn7039

Sam posiadałem kiedyś kilka egzemplarzy znalezionych w Górach Świętokrzyskich. Niestety, gdzieś zaginęły.

Amonity:

dscn7046

Po zagładzie dinozaurów do głosu doszły żyjące do tej pory w ich cieniu ssaki, dawni potomkowie cynodontów.

dscn7024

Bardzo szybko podzieliły pomiędzy siebie schedę po wielkich gadach.

dscn1469

Aż w końcu do głosu doszedł jeden z nich, wykształcając coś niesamowitego: kulturę.

dscn7049

dscn7048.jpg

dscn7051.jpg

Ale to już inna historia.

Nadszedł wreszcie oczekiwany przeze mnie moment wykładów. Kilku utytułowanych naukowców poruszyło w swoich wystąpieniach bardzo różnorodne kwestie, od teorii powstania i budowy wszechświata, poprzez mechanizmy ewolucji – zakłócone zresztą przez dwóch starszych panów z biblią, twierdzących że to oni poznali „prawdę”, aż do popularnonaukowych referatów o zwierzętach, tyle że tych w mikroskali. Tu znowu byłem pod wrażeniem postępu w nauce w przeciągu ostatnich lat.

Na koniec zaś można było zwiedzać ścieżkę dydaktyczną z przewodnikiem, w którego rolę wcielił się tym razem jeden z profesorów z PAN.

dscn9468

Nocne zwiedzanie Parku wraz ze świetnym komentarzem zawodowca nadało wszystkiemu niesamowity klimat podróży w czasie do innego, zaginionego świata.

dscn9470.jpg

Zamek Pfalzgrafenstein

dsci3861

Spoglądając dziś przez okno z niedowierzaniem uświadamiam sobie, że jeszcze zupełnie nie tak dawno, bo dwa miesiące temu, narzekałem na upały sięgające nawet +40 stopni Celsjusza w cieniu. W silniku gotował się olej, przegrzewały się cylindry… Obecnie to już niestety przeszłość. Temperatura wynosi jakieś osiem stopni na plusie a za oknem dominuje typowa jesienna słota.

Najlepsze co można zrobić, to powspominać „dobre dni”, kiedy pogoda zachęcała do szalonych przygód. Tak jak na przykład pewien sierpniowy poranek, który zastał mnie jadącego niespiesznie krętą szosą wzdłuż Doliny Środkowego Renu. Tempo było niezbyt szybkie, tak aby nadążyć podziwiać wciąż zmieniające się cudowne krajobrazy, winnice, panoramę Renu a przede wszystkim średniowieczne zamki. Duże, małe, średnie, na stoku, na szczycie, nad przepaścią – spotkać tu można wszelkie możliwe kombinacje. Nigdzie do tej pory nie spotkałem więcej warowni niż tu. A gdy już myślałem że nic mnie nie zaskoczy…

dsci3861

… zdumionym oczom mym ukazał się zamek w kształcie okrętu, stojący na małej skalistej wysepce na środku Renu. Żeby zbudować coś takiego trzeba było mieć naprawdę ponadprzeciętną fantazję.

Aby dostać się do zamku trzeba przeprawić się promem na drugi brzeg rzeki, do miasteczka Kaub. Stamtąd, co pół godziny, odpływa niewielka łódź dowożąca turystów do stóp zamku.

DSCI3862.jpg

Prom przypływa punktualnie. Oprócz mnie na drugą stronę przeprawia się tylko dwoje rowerzystów. Oto korzyści podróżowania wczesną porą. Po niecałych dziesięciu minutach już jestem na drugim brzegu rzeki. Odnalezienie przystani łodzi nie jest trudne, znajduje się kilkadziesiąt metrów w dół rzeki od miejsca cumowania promu.

Z racji wczesnej pory oczekujących na podróż na wyspę zamkową nie ma zbyt wielu. Kapitan okazuje się wdzięcznym rozmówcą i chętnie opowiada o swojej pracy. Mówi dużo i chętnie o zagrożeniach w żegludze na Renie, o powodziach, zimowych zatorach lodowych. Dla mnie to zupełnie inny świat.

dsc_1033

Podróż trwa kilkanaście minut. Z pokładu widać zamek jak na dłoni. Teraz dopiero widać w całej okazałości kunszt dawnych budowniczych.

dsc_1038

Zamek zbudowano etapami. Najpierw, w latach 1326-27 powstała pięciokątna wieża-donżon. Następnie, w latach 1338-40 powstał charakterystyczny, sześcioboczny mur obronny, upodabniający warownię do okrętu unoszącego się na falach Renu, którego maszt tworzy wieża. Długość murów-kadłuba od „dziobu do rufy” wynosi 47 metrów, ich wysokość to około 13 metrów, wysokość wieży z kopułą wynosi 37 metrów. Wieża, mimo iż z zewnątrz jest pięciokątna, to jej pomieszczenia wewnętrzne są całkiem normalne, prostokątne. Ma ona sześć poziomów połączonych wewnątrz spiralnymi schodami. Trzecie piętro jest łącznikiem pomiędzy murami i domem mieszkalnym załogi, mieszczącym się w kurtynie południowej. Przejście z murów do wieży i domu zapewniają specjalne krużganki-pomosty rozpostarte nad dziedzińcem. Szczególne wrażenie robi mieszkanie dowódcy załogi zamkowej, mieszczące się w południowym bastionie. Składa się ono z trzech niewielkich pomieszczeń z kuchnią-kominkiem, umeblowanych bardzo prosto i skromnie. Wyślizgane deski drewnianej podłogi, zapach starego drewna, okopcony kominek i uszkodzone tu i ówdzie tynki sprawiają wrażenie przenosin w czasie; oto komendant wyszedł gdzieś na chwilę w jakiejś sprawie służbowej i za moment wróci. Ale póki co można posiedzieć sobie na jego krześle o popatrzeć przez okno na Ren.

Oczywiście zamek na wyspie nie miał być w żadnym razie romantyczną rezydencją. Jego przeznaczenie było jak najbardziej praktyczne. Służył on, wraz z znajdującym się na prawym brzegu zamkiem Gutenfels oraz warownym miastem Kaub jako punkt poboru opłat i ceł za żeglugę na Renie, tworząc z nimi jeden zintegrowany system obronny. Statki opornych kupców, po złożeniu propozycji nie do odrzucenia cumowane były przy specjalnym nadbrzeżu a opornych handlarzy aresztowano i więziono. Niewielki loch znajdował się w wieży; wejście do niego zabezpieczała żelazna krata w podłodze jednego z pomieszczeń. Skazańca spuszczano na linie do pomieszczenia bez drzwi i okien, znajdującego się kilkanaście metrów poniżej. Z takiego więzienia nie było ucieczki.

Przystań, za nią warowne miasteczko Kaub a nad nim zamek Gutenfels:

dsc_1053

Największe przebudowy to lata 1607 i 1755. Stary zamek został przystosowany do wymogów nowoczesnej techniki wojskowej. Zbudowano narożne wieżyczki, powstały stanowiska strzelnicze oraz bastion.

Zamek szczęśliwie w swej historii uniknął zniszczeń wojennych i dotrwał do naszych czasów praktycznie nietknięty, nie licząc wielokrotnego zalewania niższych kondygnacji przez wodę podczas powodzi. Po ostatniej wojnie zdecydowano o udostępnieniu zamku zwiedzającym. W tym celu wykonano szereg remontów, przywracając wygląd wnętrz z czasów średniowiecza. Samo malowanie elewacji odpowiada wzorowi z XVII wieku.

dsc_1256

Po dwóch godzinach, tym razem w drodze powrotnej, znów podziwiam z pokładu promu zamek „Pfalz, „kamienny okręt wiecznie płynący na falach Renu”, jak mawiał Poeta.

Zielone wzgórza nad Mozelą

DSCI6967

Czyli Luksemburg na weekend

Pakowanie zaprzęgu to czysta przyjemność. Ograniczenia miejsca czy masy bagażu przestają nas dotyczyć. Po prostu wrzucamy do wozu wszystko jak leci z rzeczy które uważamy że „mogą nam się przydać”. Jeśli podróżujemy w pojedynkę to nawet lepiej, bo przynajmniej dociążymy wóz i pojazd będzie się lepiej prowadził.

Swoje pierwsze kilometry jednak kieruję w stronę Francji. Mimo iż to Luksemburg jest państwem docelowym to jednak wycieczka ma również nieco sentymentalny charakter. Wiele lat temu na tym samym motocyklu właśnie gdzieś nieopodal przekraczałem po raz pierwszy granicę z Francją i dziś, korzystając z okazji, chciałbym odnaleźć to miejsce. W końcu mam urlop i czas mnie nie goni, pełny bak paliwa oraz cudowna pogoda zachęcają do wydłużenia wycieczki.

Niestety, most na rzece Nied jest w remoncie i przeprawa jest niemożliwa. Musiałem gdzieś przegapić tablicę z planem objazdu, bowiem po 45 km kręcenia się po wioskach, lasach i polach, wylądowałem w końcu znów w okolicach rozebranego mostu. Niestety, po tej samej stronie rzeki co poprzednio. Kolejna próba idzie mi już lepiej, znaną sobie z dawniejszych czasów wąziutką dróżką przez las omijam most. Dróżka jest tak wąska, że zaprzęg ledwo na niej się mieści. Kilka razy zmuszony jestem zjeżdżać z asfaltu aby minąć się z samochodami nadjeżdżającymi z naprzeciwka, modląc się w duchu aby wózek w wysokiej trawie rosnącej na poboczu nie znalazł czasem jakiegoś pieńka czy innego głazu, który mógłby nagle zakończyć podróż. Szczęśliwie jednak nic złego się nie wydarza i w końcu docieram do „swojego” przejścia granicznego. Wielkie słowo, bo to „przejście” to tylko zardzewiały szlaban i tablica informująca o tym, że właśnie przekroczyło się granicę. Jednak szlaban pozostał, przypominając swoim istnieniem że komfort podróżowania bez wiz, odpraw paszportowych i kontroli bagażu nie jest dany raz na zawsze – o czym, mam wrażenie, wielu ludzi ostatnimi czasy zdaje się zapominać.

DSCI6947

Francja wita mnie również inną nawierzchnią – jest ona bardzo chropowata, zapewniając dobrą przyczepność. Jednak z drugiej strony, „pożera” opony w zastraszającym tempie – bieżnik niemalże topnieje w oczach.

DSCI6948

W oddali mijam pięknie odremontowany zamek Malbrouck, stojący dumnie na wzgórzu górującym nad okolicą. Twierdzę zbudowano w pierwszej połowie XV wieku a w końcówce XX wieku została ona perfekcyjnie zrekonstruowana, łącznie z drewnianą zabudową dziedzińca. Budowla warta zwiedzenia, jednak tym razem postanawiam sobie ją sobie odpuścić mając w pamięci bardzo stromy podjazd na drodze do niej prowadzącej. Motocykl, wówczas solo, musiał wspinać się z mozołem na pierwszym biegu a dziś dodatkowo musi ciągnąć wóz… Nie, to nie jest chyba dobry pomysł.

DSCI6951

Przed Sierck – les – Bains dogania mnie niewielka kawalkada „harlejowców”. Jednak nie próbują mnie wyprzedzić. Nie wiem czy zniechęciła ich wąska droga opadająca stromo wzdłuż doliny Mozeli, czy też może ciekawi są, jak stareńki zaprzęg poradzi sobie z wyhamowaniem na dole, przed skrzyżowaniem z główną drogą. Dobre pytanie, bo ja też chciałbym to wiedzieć – na razie lecę na łeb, na szyję w dół doliny na luzie – zgodnie ze sztuką postępowania z dwusuwem, oszczędzając hamulce na decydującą chwilę. Wreszcie właściwy moment nadchodzi. Duszę dźwignie do oporu, zaprzęg hamuje na wszystkie trzy koła; koło wózka zaczyna popiskiwać. Odpuszczam hamulce, celując w lukę pomiędzy pojazdami na drodze głównej. Zestaw jedzie jeszcze ciut za szybko, jednak spokojnie wyrobi się na zakręcie w prawo – co najwyżej będzie troszkę „efektownie”. Jest efektownie – siła odśrodkowa powoduje, że koło wozu odrywa się od jezdni i zaprzęg pokonuje zakręt jak na motocykl przystało – na dwóch kołach, chociaż pochylony w „niewłaściwą stronę”.

Z „harlejowcami” rozstaję się dopiero przed mostem granicznym – ja skręcam w lewo, w stronę Luksemburga, oni jadą prosto, do Niemiec.

Teraz jadę już sam, kierując się na szosę wiodącą wzdłuż rzeki Mozeli. Z racji dość wczesnej pory ruch na drodze jest niewielki. Podczas jazdy odczuwa się komfort termiczny, jednak pierwszy postój uzmysławia mi, że mimo rannej godziny panuje już niesamowity upał! Strach pomyśleć co będzie dalej. Na niebie ani jednej chmury a Słońce grzeje na pełny regulator.

DSCI6954

Kolejny postój wypada nieopodal Muzeum Wina. Rejon rzeki Mozeli słynie od wieków właśnie z tego szlachetnego trunku.

DSCI6958

Muzeum powstało w starym gospodarstwie winiarskim z przełomu XVIII-XIX wieku i oprócz ciekawych eksponatów związanych z wyrobem wina oraz innych alkoholi a także przemiłej obsługi oferuje również degustację miejscowych trunków, wliczoną w cenę biletu wynoszącą raptem 3,5€. Tak więc w cenie jednego kieliszka wina w średniej kategorii knajpie mamy zwiedzanie plus kieliszek wina którym można rozkoszować się w spokoju na dziedzińcu gospodarstwa, bez tłoku, ścisku i hałasu. Dodatkowym „smaczkiem”, że pozwolę sobie to tak ująć, jest fakt, iż wino serwowane w muzeum jest wyrobem specjalnym i nie można go kupić w żadnym sklepie. Dla osób niepijących alkoholu przewidziano sok z winogron – również wyprodukowany specjalnie dla gości Muzeum.

Wszędzie, jak okiem sięgnąć – winnice.

DSCI6967

Sieć darmowych autostrad w Luksemburgu jest bardzo rozbudowana, biorąc pod uwagę niewielkie rozmiary kraju oraz trudne, górzyste ukształtowanie terenu, bardzo utrudniające budowę dróg. Są rejony, gdzie trudno o „normalny” kawałek autostrady – jak nie kilometrowej długości tunele to dla odmiany, mosty albo wiadukty.

Ja postanawiam trzymać się z daleka od tras szybkiego ruchu i zwiedzać kraj z perspektywy dróg lokalnych. Te, w przeciwieństwie do autostrad są w większości przypadków wąskie i bardzo kręte, z dużą ilością stromych podjazdów. Ruch na nich jest raczej niewielki, chociaż zdarzają się trasy o wyjątkowo nasilonym ruchu.

DSCI6974

Opuszczam rejon winnic i zagłębiam w zalesiony obszar Ardenów. Mały zaprzęg z trudem wspina się na stromych podjazdach, by za chwilę z jeszcze większym wysiłkiem wyhamowywać na spadkach. I znowu kolejny stromy podjazd. Zazwyczaj konieczna staje się redukcja do drugiego biegu; motor wyje na wysokich obrotach w piekielnym upale. Silnik znosi to wszystko ze stoickim spokojem. Do czasu.

Na którymś z prostszych odcinków drogi moje ucho wyłapuje fałszywy ton, który niepostrzeżenie wkradł się w muzykę silnika. To delikatne grzechotanie czy też dzwonienie, pojawiające się w okolicy 3000 obrotów na trzecim i czwartym biegu. Nie mogąc go zlokalizować, gdyż na innych biegach zjawisko nie występuje a mając w tym temacie pewne podejrzenia, na kolejnej stacji paliw tankuję motocykl do pełna benzyną o najwyższej możliwej liczbie oktanowej. Chyba pomogło, bo dzwonienie ustało.

DSCI6986

Całkiem nieoczekiwanie zjeżdżam w jedną z wielu dolin rzecznych i z wrażenia dostaję trwałego opadu szczęki! Otóż znalazłem się na obszarze Małej Szwajcarii Luksemburskiej. Ardeny zostały tu pocięte przez rzeki i strumienie na szereg przepięknych dolin – wąwozów. Są one porośnięte lasami bukowo – świerkowymi a ich często pionowe wapienne ściany przybrały fantazyjne formy, które zachwyciły by niejednego scenografa filmów s-f. Przecudne wodospady, mosty nad potokami, które wyglądają jak zrobione rękoma elfów a nie ludzi… Tego nie da się opisać, to trzeba naprawdę zobaczyć na własne oczy!

Na jednym z postojów grupka Niemców chce koniecznie odkupić ode mnie mój motocykl. „Biznes” nie dochodzi jednak do skutku. Powodem jest mój całkowity brak zainteresowania transakcją.

DSCI6991

Dalsza droga prowadzi w kierunku Vianden.

DSCI6992

To miasteczko to obowiązkowy gwóźdź programu dla każdego szanującego się turysty. Urokliwe miasteczko, liczące zaledwie około 1500 mieszkańców, położone jest w dolinie rzeki Our. Zachowała się dawna zabudowa oraz średniowieczne mury obronne.

Kilka kilometrów od celu:

DSCI6996

Najważniejszym zabytkiem Vianden jest książęcy zamek położony na wzgórzu górującym nad miastem.

DSCI7002

Nad rzeką Our. W górze zamek Vianden:

DSCI7006

Powstał ma miejscu rzymskiej strażnicy z V wieku. Budowę jego rozpoczęto prawdopodobnie około XI wieku. Przez wieki rozbudowywany i wielokrotnie przebudowywany wykazuje mieszankę stylów romańskiego, gotyckiego i renesansowego. Zamieszkały był aż do XIX wieku, później popadł w ruinę. W 1977 roku przeszedł na własność państwa, został odbudowany i udostępniony zwiedzającym.

W rzeczywistości udostępniona do zwiedzania została tylko część zamku. Muszę przyznać, że zamek rozczarował mnie trochę. Nie żebym był niezadowolony, jednak liczyłem na więcej. Znacznie więcej, zważywszy na reklamę jaką ma ten obiekt w mediach.

Największe wrażenie robi zamkowa kaplica. Ma ona dwa poziomy. Górny, wraz z ołtarzem, bogato zdobiony, służył księciu i szlachetnie urodzonym. Na środku kaplicy widnieje coś, co w pierwszej chwili można uznać za ocembrowanie studni. Studnia w kaplicy? To jednak nie jest studnia, chociaż tak wygląda. Za ocembrowaniem znajduje się otwór w podłodze; pod nią znajduje się drugi poziom kaplicy. Jest on nieco większy od górnego, jednak w odróżnieniu od niego nie posiada wcale zdobień. To tu pospólstwo mogło słuchać mszy odprawianej dla księcia. Tak, właśnie słuchać. Przez niewielki otwór ludzie nie byli w stanie zobaczyć niczego. Takie małe uświadomienie stosunków społecznych panujących w średniowieczu.

Przy wyjeździe z Vianden obowiązkowe tankowanie. Droga znów wiedzie wśród winnic w dolinie rzeki Our. Niestety, w korkach wąskich uliczek Vianden oraz na stromych podjazdach silnik rozgrzał się do tego stopnia, że powietrze z cylindrów parzy przez spodnie. Upał staje się nie do zniesienia.

DSCI7011

Co jakiś czas zatrzymuję się, dając maszynie odetchnąć. Niewiele to pomaga; mechaniczne hamulce podczas stromych zjazdów przegrzewają się a na domiar złego dzwonienie w silniku wróciło. Akurat przed serią paskudnych podjazdów. Maszyna mozolnie wspina się w górę doliny na drugim biegu, zostawiając za sobą ciężką chmurę spalin. To zły znak. Silnik zaczyna dzwonić również na niskich przełożeniach i na dodatek przy znacznie niższych obrotach niż poprzednio. Niestety, nie mogę się tu zatrzymać. Zresztą w tym miejscu, wśród łąk, bez skrawka cienia, niewiele pomogę maszynie. Jeszcze trochę, za chwilę droga główna. Tam, przy wyższych prędkościach, silnikowi powinno być lżej.

DSCI7013

Pół godziny później jadę drogą ekspresową. Upał nie słabnie, powietrze nad ulicą jest gorące niczym w piekarniku. Mam nadzieję że chociaż silnik odczuwa poprawę.

Próżne nadzieje. W pewnym momencie z maszynowni dobiega znajomy, chociaż dawno nie słyszany, grzechoczący dźwięk. Dźwięk, na którego samo wspomnienie jeżą się włosy na głowie!

Błyskawicznie, najszybciej jak tylko się da wciskam sprzęgło, prawą ręką szukając rozpaczliwie dźwigni ssania. Za późno. Silnik niemal natychmiast staje. Złapało tłok! W tej sytuacji pozostaje szukać dogodnego miejsca na zatrzymanie zaprzęgu. Na szczęście obok przebiega droga dla rowerów, więc gdy już zestaw zwolnił wystarczająco zjeżdżam na nią a potem na trawiaste pobocze.

Chwila odpoczynku dla nerwów i maszyny i można przystąpić do oceny strat. Czy to już koniec podróży, czy jednak zaprzęg pojedzie dalej?

Wał się obraca. Próba odpalenia – silnik zaskakuje od razu. Kamień z serca. Można będzie kontynuować jazdę.

Do domu docieram już nocą, bez żadnych dodatkowych problemów – nie licząc korków na drogach, jak to po weekendzie.

DSCI7017

Tego dnia padł rekord ciepła – termometry w Luksemburgu zanotowały niemal +37oC w cieniu.

Zamek Baldenau

 

DSCI2286

Hunsrückhochstraβe to jedna z tych dróg, które z powodzeniem można zaliczyć do najpiękniejszych tras motocyklowych w Europie. Równy asfalt, wspaniałe zakręty a do tego przecudne górskie krajobrazy to jej niepodważalne atuty. Niestety, należy do dróg dość mocno uczęszczanych w sezonie i to w zasadzie jest jej jedyny minus.

DSCI4289

Zaczyna się ona w St. Goar. Przed wyjazdem z tej miejscowości odwiedzam jeszcze pewien punkt gastronomiczny, którego nazwa była dość intrygująca. „Orient Grill Bar” zwał się ów przybytek. Pozwoliłem sobie zapoznać się z jego menu, co spowodowało że wyjechałem z St. Goar w nastroju filozoficznej zadumy nad wieloznacznością słowa „orientalny” oraz mając namacalny dowód że Ziemia jest jednak okrągła i z każdego jej punktu można dojść do dowolnego innego. W menu bowiem znajdowały się tak wyszukane potrawy jak: hamburger, hot-dog, pizza i frytki. Do tego obowiązkowa Cola. W tym konkretnym przypadku „orientalny” znaczyło najwyraźniej „amerykański” albo „włoski”, względnie „brytyjski”. Dodać należy przy tym, że menu nie zawierało żadnych innych pozycji.

Opuszczony motel na Hunsrückhochstraβe:

DSCI2290

Hunsrückhochstraβe przebija się dziesiątkami zakrętów i serpentyn przez najwyższe, mocno zalesione pasmo gór Hunsrück. Zbudowano ją w lato 1938 roku i zajęło to ponoć 100 dni. Z prostych rachunków wychodzi mi, że musiano budować około 1,4 km dziennie. Ile jest w tym prawdy a ile propagandy „ciężkich czasów” – trudno mi powiedzieć. Faktem jest że droga robi duże wrażenie. Warto wiedzieć, że miała ona ważne znaczenie strategiczne – dzięki niej można było szybko przemieścić armię w rejon granicy z Francją.

Gdzieś na Hunsrückhochstraβe:

DSCI2286

Mniej więcej w połowie trasy mijam tabliczkę z napisem „Burgruine”. Doświadczenie podpowiada mi, że takich informacji lekceważyć nie należy. Tym sposobem trafiam do jednego z najprzytulniejszych zamków średniowiecznych jakie zdarzyło mi się odwiedzić.

DSCI4298

Zameczek zbudowano z polecenia Balduina von Luxemburg w 1308 roku. Oficjalnie był on jego letnią rezydencją służącą jako pałacyk myśliwski. W rzeczywistości zaś zabezpieczał interesy Balduina przed sąsiadującymi z nim panami von Sponheim.

DSCI4302

Sama budowla była niewielka. Zbudowano ją na planie trójkąta o nieproporcjonalnie krótkiej podstawie, za to bardzo wydłużonych bokach. Długość założenia nie przekraczała 50 metrów, zaś szerokość wynosiła maksymalnie około 20 metrów.

DSC_0972

Podstawę stanowił duży budynek mieszkalny, wierzchołkiem zaś była jedyna ale za to potężna wieża. Miała ona średnicę 10,5 metra oraz ściany grube na 3,5 metra. Pierwotnie miała wysokość 25 metrów a jej wejście znajdowało się mniej więcej w połowie wysokości. Dostać się do niej można było wyłącznie po schodkach i galeryjce prowadzącej z północnego muru obronnego. Widoczne na zdjęciu wejście na poziomie gruntu zostało wybite dużo później, około 150 lat temu.

DSC_0977

Dziedziniec zamkowy był bardzo niewielki, bowiem wewnątrz, wzdłuż murów, znajdowały się budynki gospodarcze. Brama wjazdowa znajdowała się w południowej kurtynie zamku. Całość otaczała wyjątkowo szeroka fosa co sprawiało, że niewielki zameczek zdawał się być zbudowany na wyspie.

DSC_0979

Zameczek był tylko początkiem wielkich planów Balduina. W jego zamyśle wokół małej twierdzy miało powstać całe miasto. Planów tych jednak nie udało mu się nigdy zrealizować.

DSC_0981

Pozostał tylko niewielki zamek, który powoli, acz systematycznie, nabierał znaczenia. Pełnił on funkcję ośrodka administracyjnego dla okolicznych terenów, co w średniowieczu było rzeczą normalną. W XV wieku podlegał mu całkiem rozległy obszar.

DSC_0989

Po raz pierwszy zamek został zniszczony podczas wojny trzydziestoletniej (1618-1648). Znając co nieco historię tego regionu należało się tego spodziewać. Niespodzianką zaś jest fakt, że dzieła destrukcji dokonali Szwedzi – skąd my to znamy?

DSC_1000

Po wojnie przystąpiono niezwłocznie do jego odbudowy i w 1654 roku zamek znów pełnił swoje funkcje.

DSC_1010

Nie na długo jednak. W 1689 po całym regionie przejechał francuski walec, niszcząc wszystko na swej drodze. Francuscy wojskowi okazali się tak skuteczni, że po ich wizycie zamek (ten i wiele innych) nie nadawał się już do jakiegokolwiek remontu. Zdewastowana budowla została porzucona i wraz z upływem czasu popadała coraz bardziej w ruinę.

DSC_1014

W 1982 roku zapadła decyzja o ratowaniu pozostałości dawnych marzeń Balduina. Poszczerbiona wieża została nadbudowana i nie grozi już zawaleniem, uzupełniono i częściowo zrekonstruowano mury obronne a w oczyszczonej fosie zamieszkały ryby.

DSCI3624

Ostatnie pożegnanie z zamkiem:

DSCI4305