podróże

Saar – Lux – Lor, część 2/3

img20200425_20191896

Region Saary, Luksemburga i Lotaryngii jest dość spójny kulturowo i historycznie. Zajmuje on powierzchnię 36 700 km2 a zamieszkuje go niemal pięć milionów osób. Czasem w jego skład zalicza się jeszcze część niemieckiej Nadrenii oraz Belgijskiej Walonii. Wówczas mówi się o „Wielkim Regionie”.

Niesamowitą jest to, że mimo różnych historycznych zaszłości i doświadczeń, ludzie potrafią jednak ze sobą współpracować w swoim własnym, dobrze rozumianym interesie.

A w dzisiejszym odcinku: Schengen i Muzeum Europejskie oraz Kolumny Narodów, spacer nad Mozelą oraz luksemburska „parada słoni”.

DSC07840

DSC07842

DSC07875

DSC07890

DSC07892

DSC07894

DSC07902

DSC07906

Ciąg Dalszy Nastąpi…

img20200425_20070651

Las Zły

img20200425_20103483

Wiem że jest książka o takim tytule. Ale ja nie o niej. Mam inne skojarzenie.

IMG_0692

W roku 1999 ukazał się pewien film. Dość niezwykły. Do tego stopnia, że zdołał przekonać pół świata, że nie jest filmem tylko relacją z autentycznych wydarzeń, które naprawdę miały miejsce.

Fabuła była bardzo prosta. Do nawiedzonego ponoć lasu wybiera się troje śmiałków. Wcześniej robią mały wywiad z mieszkańcami pobliskiego miasteczka, którzy ten pomysł na wszelkie sposoby próbują im wyperswadować. Normalny człowiek by zrozumiał i dał sobie spokój. Ale nasi bohaterowie postanawiają jednak wejść do nawiedzonej puszczy, uzbrojeni w książkę – poradnik o sposobach przetrwania w lesie. Co zresztą rodzi uzasadnione podejrzenie, że żaden z trójki bohaterów jej nie przeczytał.

DSC_5694

Dialogi są jeszcze prostsze niż te, do których przyzwyczaiły nas filmy dla dorosłych, chociaż może to wydać się niemożliwe. A jednak. Bohaterowie biegają po lesie i bez końca krzyczą: „Heather, gdzie jesteś?”, „Josh, gdzie jesteś?”, „Mike, gdzie jesteś?” – i tak przez cały film. Dzięki temu, mimo że od obejrzenia filmu upłynęło niemal ćwierć wieku, to do dziś pamiętam imiona bohaterów.

Jednak to nie Heather, Josh ani Mike są głównymi bohaterami tej opowieści. To patyki, kamienie, drzewa grają tutaj pierwszoplanowe role. Oraz jeszcze więcej patyków i kamieni.

Oczywiście wszyscy już wiedzą, o jaki film chodzi. Mowa oczywiście o „Blair Witch Project”. Wkraczając do tego lasu mam właśnie takie skojarzenia. Jest ciemny, ponury i dziki. Na jego dnie (i nie tylko) leży mnóstwo gałęzi, z których nawet ktoś uformował „twarze”. Są także kamienie. Graniczne, z 1779 roku.

IMG_0602

IMG_0605

IMG_0606

IMG_0609

DSC_5793

DSC_5795

IMG_0670

DSC_5680

Brakuje tylko tajemniczych szmerów oraz biegania z kamerą i filmowania swoich własnych butów. Ewentualnie pleców jakiegoś faceta – jak w końcówce filmu.

IMG_0685

Ale to już niestety zostało wymyślone.

Zarobić kasy już się na tym nie da.

Saar – Lux – Lor, część 1/3

img20200425_20191896

Są na mapie miejsca wyjątkowe. Takie, gdzie w jednym miejscu schodzą się granice trzech państw. Teoretycznie są to trzy odrębne państwa i trzy różne regiony, jednak w zasadzie więcej je łączy niż dzieli.

Pewnego letniego popołudnia wpadłem na pomysł, aby spróbować pokazać to specyficzne miejsce na zdjęciach, ale w ten sposób, by nie dzielić go na poszczególne państwa i raczej postarać się ukazać jako jedną całość. Którą w jakimś stopniu przecież jest.

Same fotografie mają być dość przypadkowe. Nie ma jakiegoś sprecyzowanego planu, co do tematyki. Generalnie, na zdjęciach będzie to, co mnie w danym miejscu zainteresuje w jakiś szczególny sposób.

Żeby było trudniej, zdjęcia postanowiłem robić najprostszym kompaktem jaki udało mi się znaleźć, tak zwaną „Idiotenkamerą”. W myśl zasady że „mniej znaczy więcej”. W domyśle mniej techniki. Będzie to taki mały eksperyment. Sam jestem ciekaw, co z tego wyniknie.

Tymczasem pierwsza próbka zdjęć.

DSC07846

DSC07850

DSC07852

DSC07855

DSC07857

DSC07864

Ciąg Dalszy Nastąpi…

img20200425_20070651

Ghost Station

img20220506_14225471s

Pani z Dziekanatu westchnęła ciężko i z wyrazem największego obrzydzenia przysunęła w swoim kierunku plik dokumentów. „Podanie o rozliczenie kosztów przejazdów służbowych, kopia dowodu rejestracyjnego, kopia prawa jazdy, kopia dokumentu ubezpieczenia pojazdu, faktura ze stacji paliw, kserokopia mapy, trasa podróży, kilometrówka… – o co to, to nie!” – podniosła głos. Wyjęła z szuflady linijkę, przyłożyła do mapy, odczytała odległość w linii prostej pomiędzy zaznaczonymi punktami na mapie, po czym czerwonym długopisem poprawiła przebyty dystans. Z 216 kilometrów zrobiło się niecałe 150. Teraz w ruch poszedł kalkulator. Sto pięćdziesiąt mnożone przez groszową, chyba jeszcze przedwojenną stawkę za kilometr, to daje nam… A nie, moment, moment. Pani zerka jeszcze raz na dowód rejestracyjny. To nie ta kategoria pojazdu, dla tego jest przecież niższa stawka! Liczydło idzie w ruch jeszcze raz. Po wszystkich skomplikowanych operacjach matematycznych wychodzi kwota, która wystarczyłaby ewentualnie może na zakup hot-doga na którejś z tańszych stacji benzynowych. Bez keczupu, do tego luksusu trzeba by dopłacić.

img20220506_14244283

Na nieśmiałe zwrócenie uwagi, że przecież drogi nie są wytyczone wcale po linii prostej i mają nawet zakręty, a na stacji benzynowej paliwo sprzedają w tej samej cenie, niezależenie od „klasyfikacji pojazdu”, Pani z Dziekanatu spojrzała takim wzrokiem, jakbym próbował jej odebrać ostatnią kromkę chleba. „Proszę czekać na rozliczenie” – rzuciła tylko przez zaciśnięte zęby. Koniec audiencji.

Z przejazdami służbowymi komunikacją publiczną było trochę lepiej. O tyle, że z kwotami widniejącymi na biletach Pani z Dziekanatu nie próbowała dyskutować. Oczywiście taki rodzaj transportu wiązał się z wieloma upierdliwościami, jak na przykład wstawaniem o nieludzkich godzinach i byciem w podróży czasem po kilka dni, zamiast jednego czy dwóch. Zwykle zmieniało się też środki transportu, typowo: komunikacja miejska, PKS, PKP, własne nogi. Przy czym ostatni dystans to było zwykle dobre 15 – 20 km, z całym niezbędnym sprzętem na plecach.

Ale to, co było w tym wszystkim piękne, to właśnie te ostatnie etapy podróży. Zapomniane przez wszystkich stacyjki kolejowe, na których już dawno nikt nie urzędował, bo pociąg pojawiał się tu dwa razy dziennie. Ten sam skład zresztą, rano jechał w jedną stronę, wieczorem wracał. Stara lokomotywa spalinowa ciągnęła bez pośpiechu jeszcze starsze wagony, jeszcze z drewnianą konstrukcją i lampami oświetlającymi wnętrze z grubego, lanego szkła, które wyglądały jak słoiki. Wewnątrz tych archaicznych lamp żarówki o jakiejś mizernej mocy wieczorami bardziej żarzyły się niż świeciły, wcale nie rozjaśniając mroku, a drewniana konstrukcja wagonów skrzypiała, kołysząc się na nierównych szynach. Bywało i tak, że byłem jedynym pasażerem tego składu. Nikt tędy nie jeździł. Osady, bo wioskami trudno nazwać trzy chałupy i folwark, były tu bardzo nieliczne, miejscowi rzadko się gdzieś ruszali a jeśli już, to jeździli raczej samochodami. Pociąg kursował rzadko i poza tym jechał może w porywach z prędkością nietrzeźwego rowerzysty, bo na rozwinięcie większych szybkości nie pozwalały powyginane we wszystkie strony szyny, które ostatni raz remontowane były chyba za czasów cesarza Franciszka Józefa.

Do dziś z tamtych czasów pozostały wspomnienia, kilka wyblakłych zdjęć, oraz ogromny sentyment do takich starych, opuszczonych stacji kolejowych gdzieś na końcu świata, na których błąkają się duchy przeszłości. To tu ktoś na kogoś czekał, smutne rozstania i szczęśliwe powroty…

Właśnie z powodu takich resentymentów narodził się pomysł, aby poszukać gdzieś w okolicy takich zapomnianych dworców kolejowych, a najlepiej całych linii. Wydało mi się to całkiem fajne, jednak realizacja natrafiła na wiele nieoczekiwanych przeszkód natury różnorakiej, także obiektywnej.

Co się jednak odwlecze… Poszukiwaną linię udało się odnaleźć, a przedstawione tu zdjęcia to efekt małych rekonesansów.

Pierwsze z typowanych wcześniej miejsc to dworzec jak najbardziej czynny, chociaż część infrastruktury niszczeje, a sam budynek dworcowy  pełni już zupełnie inną rolę.

IMG_9797

Drugi dworzec jest wspaniale zapuszczony, chociaż kursują z niego jeszcze jakieś pociągi. Jakieś cztery czy pięć na dobę. Miejsce z dużym potencjałem na stację-ducha.

img20220506_14225471

Ale ma jeszcze czas.

DSC_2357

DSC_2358

DSC_2362

Wreszcie trzeci okazał się strzałem w dziesiątkę. To znaczy samego dworca już nie widać i ciężko powiedzieć, co się z nim stało. Coś czuję, że to będzie ciekawa historia.

Z całego założenia pozostał kawał peronu z zachowanym zadaszeniem, całkiem sporo różnorakich pozostałości infrastruktury, oraz ciągnące się nie wiadomo gdzie, zardzewiałe szyny.

DSC_3716

DSC_3718

DSC_3734

DSC_3740

Krótki rekonesans wykazał, że rzecz wygląda bardziej niż obiecująco. Pociągi nie jeżdżą tędy już co najmniej ze dwie dekady, ale sama linia zachowała się niesamowicie dobrze, razem z sygnalizatorami i wiaduktami.

DSC_3720

DSC_3730

To będzie miejsce kolejnej wycieczki.

IMG_9808

DSC_3727

A co do moich studenckich rozliczeń…

Gdy pod koniec studiów poszedłem w końcu przypomnieć się Pani z Dziekanatu i upomnieć się o swoje rozliczenia przejazdów służbowych, których było całkiem sporo, ta zrobiła tylko (udawane) wielkie oczy, po czym sparafrazowała słynny tekst kapitana Stopczyka:

„- Rozliczenia? Jakie rozliczenia?!”

Wspaniałe czasy ogólnej ..ujozy 🙂

img20220506_14235354

Droga donikąd

img20200425_20191896

Myślę, że każdy ma swoje ulubione miejsca czy trasy. Drogi, które były zawsze idealne, ilekroć chciało się odpocząć od wszystkiego. Dawno temu, w swoim ówczesnym  miejscu zamieszkania też miałem taką. Wspaniały asfalt wśród lasów i zdziczałych łąk a także suchych wydm, wyglądających jak pustynia. Do dziś nie wiem, czy szosa ta miała jakąś nazwę. Charakterystyczną jej cechą było bowiem to, że prowadziła… do nikąd.

Kiedyś był tu poligon. Wówczas miała ona zapewne pierwszorzędne znaczenie dla obronności kraju. Jednak wtedy jej istnienie było tajemnicą państwową, tajne łamane przez poufne. Teraz ewentualnie jesienią przypominają sobie o niej lokalni grzybiarze, jednak i tak niezbyt tłumnie, jako że wojsko pozostawiło po sobie w tutejszych lasach mnóstwo „niespodzianek” mniejszego i większego kalibru. O czym nie omieszkały ostrzegać ustawione przy drodze tablice.

dscn0325

Mi to zupełnie nie przeszkadzało. Świadomość bycia jedynym przedstawicielem swojego gatunku w promieniu wielu kilometrów działała kojąco, pozwalając bez ograniczeń cieszyć się przyrodą i przestrzenią. A praktycznie zerowy ruch na drodze pozwalał na zatrzymywanie się w dowolnym miejscu i momencie.

dscn0351

Szosa ta stała się dla mnie w pewnym momencie „poligonem fotograficznym”. Odkryłem bowiem wówczas pewną stronę internetową, prowadzoną przez amerykańskiego fotografa, grafika i ogólnie artystę. Na swoich zdjęciach uwieczniał generalnie motocyklowe życie. Jego fotografie były dla mnie wówczas absolutnym mistrzostwem świata i okolic.

Ponieważ mam taką dziwną zasadę, że robiąc cokolwiek staram się to wykonać najlepiej jak to jest w danych warunkach możliwe, starałem się podpatrzeć i odgadnąć warsztat zawodowca. Z efektami raczej mało zadowalającymi. Brak umiejętności to jedna rzecz. Inna sprawa to sprzęt, którym się dysponuje. Niby każdy fotografik będzie do upadłego przekonywał i bronił tezy, że to człowiek robi zdjęcie a nie aparat, jednak prawda jest nieco bardziej złożona. Pewne minimum sprzętowe trzeba jednak mieć, żeby zasada ta mogła zadziałać.

dscn0327

Po latach dowiedziałem się, zresztą zupełnie przypadkowo, że za ową stroną internetową stoi nie pojedynczy człowiek a cały zespół.

Już mi trochę lżej na sercu.

img20200425_20070651

Wysokie loty

img20200425_20103483b

Nie wiem czym to było spowodowane, ale dziś, mimo wreszcie pięknej pogody, bardzo niewielu motocyklistów zdecydowało się wyjechać na drogi. Z jednej strony to dobrze, bo lubię jeździć w samotności. Z drugiej, jest to jednak nieco zastanawiające.

IMG_6425

Być może chodzi o ceny paliwa, które biją niechlubne rekordy. Niby giełdy światowe ogłosiły spadek cen, jednak na stacjach benzynowych jakoś tego na razie nie widać.

IMG_6426

Inna rzecz, że jakoś człowiek czuje się nieswojo, bawiąc się i sprawiając sobie takie drobne przyjemności, mając świadomość tego, że niedaleko rozgrywa się niewyobrażalna tragedia i cierpienie. Podobno w górach, za mgłą, człowiek uwalnia się od zmartwień. Chyba jednak nie jest to do końca prawdą.

I wcale mojego samopoczucia nie poprawia fakt, że zużywam jeszcze zeszłoroczne, „przedwojenne” paliwo…

Wieczór na Erbeskopf

img20200425_20191896

Czasem bywa tak, że coś kusi aby sprawdzić, co kryje się na końcu drogi. Taka właśnie ciekawość zaprowadziła mnie pewnego letniego popołudnia na szczyt góry Erbeskopf. Jest to najwyższy szczyt pasma Hunsrücku.

Jeszcze do niedawna wjazd na górę był niemożliwy. Nie chodzi przy tym o trudności w podjeździe, bo ten jest łatwy i przyjemny. Oraz wspaniale oznakowany. Znaki pokazują, na jakiej wysokości aktualnie się znajdujemy.

DSC_1486

Problem polegał na tym, że szczyt ten upodobali sobie wojskowi. W 1939 roku, w przededniu wojny, szczyt zaanektowano na wojskową stację radiową. Wojna na wschodzie była już zaplanowana. Jednak nie było pewności, jak na to wszystko zareaguje Francja. Później zapewniała łączność pomiędzy Berlinem a Wałem Atlantyckim.

W 1945 roku bazę przejęli wojska USA. Na szczycie powstała baza radarowa, szalony świat szykował się bowiem do kolejnej wojny. Tym razem Zimnej Wojny.

DSC_1463

Dopiero po odprężeniu wojska USA opuściły Erbeskopf a na ich miejsce weszła Bundeswehra. Baza została, urządzenia też. Jednak już widać nie tak tajne, jak poprzednio, skoro szczyt udostępniono cywilom. Zasieki zniknęły dopiero w 2004 roku.

DSCI4308

Chociaż jednak nie do końca. Wieża widokowa jest zamknięta z powodu złego stanu technicznego. Mimo wydania morza pieniędzy na rewitalizację szczytu po dekadach zasiedlenia przez wojsko, nie znalazły się środki na jej renowację.

I zapewne już się nie znajdą, zważywszy na rosyjską inwazję na Ukrainię. Czy w związku z zaistniałą sytuacją szczyt znowu wróci we władanie wojska – zobaczymy.

DSCI4316

Wysokość Erbeskopf, według ostatnich pomiarów z 2008 roku, wynosi dokładnie 816,32m n.p.m. Z jednej strony może się to wydawać niedużo. Z drugiej, w tak upalny dzień, zapewnia odpoczynek od gorąca. Temperatura na szczycie jest dużo niższa, niż u jej podnóża. Tak plus minus o dziesięć stopni. W tej chwili termometry wskazują przyjemne szesnaście stopni na plusie.

DSC_1451

DSC_1479

DSC_1480

Wystarcza to w zupełności, aby pokrywa śnieżna utrzymywała się na szczycie przez ponad 80 dni w roku a jej grubość dochodziła do metra. Zimowy wjazd na Erbeskopf mógłby być ciekawy.

DSC_1484

Zresztą, przy odrobinie szczęścia, wcale nie trzeba czekać do zimy. Zdarzały się tu przypadki opadów śniegu w lipcu.

DSCI4340

DSCI4345

Jednak zwykle tak dobrze nie ma. Dobrze dla Ośrodka Sportów Zimowych, Przyrody i Edukacji Ekologicznej Erbeskopf, który ma tutaj swoją siedzibę, stoki narciarskie oraz wyciągi. Podobno najdłuższy sezon trwał 88 dni. Jednak Ośrodek nie próżnuje także latem. Posiada w zanadrzu letni tor saneczkowy a trasa narciarska w czasie bezśnieżnym dobrze sprawdza się jako miejsce wyścigów dla kolarzy górskich.

DSC_1441

Przynajmniej w czasie, gdy dopisuje pogoda. Deszcz pada tu bowiem często (i dużo), średnio 1100 ml przez dwieście dni w roku. Mniej więcej też tyle dni w roku szczyt góry pokrywa mgła.

DSC_1453

Reasumując, pozostaje niewiele dni w roku, w których można spędzić tu czas, ciesząc się z ładnej pogody. Takie dni należy doceniać.

DSCI4346

Wieczorem, z każdą minutą, zaczyna robić się coraz przyjemniej. To znaczy chłodniej. Za chwilę trzeba będzie zjechać znowu na dół, w upał, gdzie temperatury nawet o tej porze bliskie są trzydziestu stopniom.

Na koniec nieco kulawe zdjęcie panoramiczne. Pierwsze na stronie.

DSCI4378

Proszę to docenić 😉

Do ostatniej kropli

img20211109_16423303

Jazda o kropelce przez francuską prowincję, jest zabawą ryzykowną. Stacji paliw nie ma zbyt dużo, zaś te, na które natrafiam, są przeważnie automatyczne. Zasadniczo nie ma w tym nic złego, poza pewnym drobnym, acz istotnym szczegółem – zwykły one ignorować moją obcokrajową kartę płatniczą.

IMG_2309

Może robię coś źle i powoli zaczyna przerastać mnie tak prozaiczna czynność, jak uregulowanie płatności kartą? Czas już zwracać się do siebie per „boomer”?

IMG_2297

Inna sprawa, że tak prywatnie nie lubię takich bezludnych stacji paliw. Paliwo jest może i jeden czy nawet dwa centy tańsze, niż na zwykłych stacjach benzynowych. Jednak ktoś dzięki temu nie ma pracy. Tak, to ciężka robota. Jednak lepsza taka, niż żadna.

IMG_2311

Wiem, że może zbyt mocno przejmuję się nieuniknionym, czyli zabieraniem miejsc pracy na stacjach paliw przez automaty, sklepami internetowymi, które wykwalifikowanych sprzedawców, pojazdami elektrycznymi, które jako mniej skomplikowane od swoich spalinowych odpowiedników, potrzebują również mniej osób do produkcji i obsługi serwisowej…

IMG_2299

Patrząc na wyświetlacz i znikające kolejne podziałki na wskaźniku poziomu paliwa pocieszam się jednym: że w razie czego jednak o wiele łatwiej dźwiga się kanister benzyny aniżeli spalinowy generator prądotwórczy.

IMG_2318

Poza tym dużo łatwiej o kanister z benzyną niż o generator. Przynajmniej póki co…

Reńskie klimaty – zamek Rheinfels

img20200731_21403666

Z Bacharach postanawiam udać się do St. Goar.

IMG_6671

Znajduje się tu jeden z największych zamków w regionie. Niestety, zachował się tylko w postaci ruiny.

IMG_6702

IMG_6681

Ponieważ zabawiłem w mieście nieco zbyt długo, więc na parking przed zamkiem trafiam na dwie i pół godziny przed zamknięciem obiektu.

IMG_6721

W pierwszej chwili obsługa nie chce mi sprzedać biletu, uznając że jest już za późno na zwiedzanie. Po chwili jednak zmienia zdanie. „Młody, to jeszcze powinien zdążyć”. Dzięki za słowa otuchy. Wraz z biletem otrzymujemy plan twierdzy. I tego planu radzę pilnować, bo bez niego nie wydostaniesz się z zamku do rana.

DSC_0687

Nie ma w tym cienia przesady. Są zamki pięknie, bajeczne, romantyczne, ciekawe, fantastyczne i niesamowite. Zamek Rheinfels należy właśnie do tej ostatniej kategorii.

DSC_0689

Wielokrotne przebudowy i modernizacje twierdzy spowodowały, że jest ona bardzo rozległa. Niby nic nowego, nie jest on jedynym zamkiem, który ma duże rozmiary. Jednak zamek Rheinfels jest rozległy w 4D, czyli wzdłuż, wszerz, w górę… – i w dół.

DSC_0691

Dokładnie tak. Pod zamkiem znajduje się niezliczona ilość przejść, lochów, klatek schodowych a nawet podziemnych skrzyżowań. Do tego dochodzi także niesamowita ilość bram, przesmyków i innych zakamarków, także powyżej poziomu gruntu. Ja wiem, że w zamkach jest to w zasadzie rzecz normalna. Jednak nie w takiej ilości jak tu. Można by tym obdzielić kilkanaście innych warowni i jeszcze by sporo zostało. Ten zamek to jeden wielki labirynt i te dwie i pół godziny, które zostały na zwiedzanie to naprawdę jest bardzo niewiele.

DSC_0694

DSC_0720

Zamek został zbudowany w 1245 roku przez Dietera V jako, jakże by inaczej, miejsce poboru cła od statków płynących w górę Renu. W ten sposób jednak Dieter nadepnął na odcisk miastu Moguncji. Chodziło, rzecz jasna, o pieniądze. Wobec tego Reńska Liga Miast postanowiła „ręcznie” wytłumaczyć panu Dieterowi, że sobie poboru cła nie życzy.

DSC_0729

Niestety dla Ligi, wysłane przez nią wojska nie podołały zadaniu. Zamek Rhenfels okazał się być nie do zdobycia. Opowieść o oblężeniu twierdzy prawdopodobnie została później przez heskiego kronikarza Wiganda Gerstenberga „nieco ubarwiona”.

DSC_0732

Zamek ulega poważnej rozbudowie w latach 1332 – 1385. W 1370 roku, po drugiej stronie Renu powstaje nowy, mniejszy zamek. Umożliwia on pobieranie podwójnego cła. Tak się robi interesy.

DSC_0735

DSC_0736

Zamek był jeszcze parokrotnie rozbudowywany i modernizowany. Nie ominęły go również problemy i spory dynastyczne, aż do oblężenia w celu wykonania wyroku sądu cesarskiego.

DSC_0743

DSC_0752

Gdy sytuacja zdawała się już być opanowana, rozrzutny graf Ernst, pan na zamku Rheinfels, zaoferował warownię królowi Francji, w zamian za odpowiednio wysoką gratyfikację finansową.

DSC_0753

Transakcja doszłaby do skutku, gdyby nie inny z grafów, Karl von Hessen, który dowiedziawszy się o zamiarach Ernsta, szybko zajął zamek. Król Francji nie zamierzał zostawić tak tej zniewagi. Jednak kilkukrotne oblężenie nie dało rezultatów. Do czasu. W końcu, co się odwlecze…

DSC_0761

DSC_0772

Kilka lat później nastała Wojna o Palatynat. Jeśli chodzi o skutki dla zamków w zachodnich Niemczech, to chyba można porównać go do Potopu Szwedzkiego w Polsce. Wojska francuskie nie oszczędzały absolutnie niczego.

DSC_0773

W grudniu 1692 roku pod zamkiem Rheinfels staje 28000 żołnierzy francuskich pod wodzą generała – porucznika, hrabiego de Tallard. Obiecał on królowi Ludwikowi XIV jako prezent noworoczny zdobycie zamku Rheinfels. W końcu napsuł on Jego Wysokości już tyle błękitnej krwi…

DSC_0775

DSC_0802

Okazało się jednak, że z tym prezentem to nie będzie taka prosta sprawa. Co prawda obrońców było tylko 3000, jednak kolejne dwa szturmy przyniosły armii francuskiej tylko ogromne straty. A twierdza, jak stała, tak stała.

DSC_0819

Wobec tego sam generał – porucznik, hrabia de Tallard, w towarzystwie swoich oficerów, udał się na zwiad. Znany był on zresztą z brawury i nieostrożności. Tym razem miał pecha. Nie umknął on uwadze członka kompanii strzeleckiej z St. Goar, Johanna Kretscha. Gdy ten zobaczył wrogich oficerów na zwiadzie, wycelował swoją hakownicę w najdostojniej ubraną postać. Odległość wynosiła ponad 200 metrów, praktycznie poza skutecznym zasięgiem ówczesnej broni. Mimo to Johann oddał strzał.

DSC_0822

DSC_0831

Celny, jak się okazało. Kula nie tylko trafiła w cel, ale przebiła wspaniały pancerz oraz odzianego w nią dostojnika na wylot. Trafionym był oczywiście nie kto inny, jak generał – porucznik, hrabia de Tallard. Przeżył on co prawda tą przygodę, jednak ciężko ranny musiał przekazać dowodzenie. Przejął je marszałek Thomas de Choisy, który zwinął oblężenie.

DSC_0839

Tym sposobem twierdza została uratowana. Nie tylko bowiem atakujący ponosili straty. Po dwóch szturmach z pierwotnej liczby około 3000 obrońców, zdolnych do walki została mniej niż połowa.

DSC_0851

Czasem naprawdę jedna osoba pojedynczym wystrzałem może zmienić losy wojny.

DSC_0879

W roku 1794 francuskie wojska rewolucyjne ponownie stają pod zamkiem w sile trzydziestu tysięcy żołnierzy. Twierdza jest jednak dobrze zaopatrzona. Garnizon liczy co prawda tylko trzy tysiące żołnierzy, lecz oprócz nich na okolicznych wzgórzach stacjonowali również żołnierze z baterii dział. Obroną dowodził niemłody już, bo 77-cio letni Philipp Valentin von Resius.

DSC_0887

DSC_0899

DSC_0900

1 listopada dzieje się rzecz niebywała. Gdy francuscy dobosze dają rozkaz do natarcia, załoga zamku Rheinfels w pośpiechu opuszcza warownię i poddaje ją bez walki. Odwrót był do tego stopnia paniczny, że żołnierze francuscy zajmujący twierdzę, na stołach zastali jeszcze posiłki, których obrońcy nie zdążyli dojeść.

DSC_0885

Za ten paniczny odwrót Philipp Valentin von Resius został skazany na karę śmierci, którą później zamieniono mu na dożywocie. W jego wieku wyszło to w sumie prawie na to samo; zmarł w więzieniu trzy lata później.

DSC_0890

Francuskie wojska zniszczyły zamek. Jednak ze względu na jego wielkość dewastacja trwała dwa lata i odbywała się etapami.

DSC_0924

Od 1812 roku ruiny były eksploatowane jako kamieniołom. Dopiero interwencja księcia Wilhelma, późniejszego cesarza Wilhelma I, położyła kres dewastacji zamku. Od 1925 roku zamek jest własnością miasta St. Goar, które przeprowadziło w międzyczasie kilka poważniejszych remontów.

DSC_0933

W tym miejscu można by zakończyć sprawy własności zamku, gdyby nie fakt, że to wcale nie koniec. Otóż w 2018 roku do sądu w Koblencji wpłynął pozew o zwrot zamku Rheinfels. Pozew złożył nie kto inny, tylko sam książę Jerzy Fryderyk. Sąd pozew oddalił a książę zawarł pozasądową ugodę z miastem.

DSC_0948

Dobrze że czasy się zmieniają i nie można już nasłać wojska…