podróże

Reńskie klimaty – Bacharach

img20200731_21403666

Wyjeżdżam na główną szosę. Jednak nie na długo. Postanawiam bowiem, że konsekwentnie będę próbował przejechać górskimi drogami w kierunku kolejnej atrakcji – miasteczka Bacharach.

IMG_6701

Przejazd przez Hunsrück po serpentynach jest bardziej absorbujący niż mogłoby się wydawać. I to pomimo faktu dysponowania ponad stukonnym motocyklem. Po kilku kolejnych podjazdach zaczynam rozumieć, dlaczego kupcy woleli podróżować Renem na łodziach i statkach i dawać się po kolei łupić kolejnym grafom i innym, roszczącym sobie prawo do kawałka rzeki. Po prostu przejazd wozami przez góry, przy ówczesnych drogach i środkach technicznych, musiał być prawdziwym koszmarem i ten, kto tylko tego spróbował, zaraz musiał gorzko pożałować swojego pomysłu.

Wówczas było to niewykonalne. Nawet dziś, mimo dobrych przecież dróg, ciężko sobie wyobrazić na tych serpentynach i podjazdach przejazd średniej wielkości samochodem ciężarowym. A Taunus, znajdujący się po drugiej stronie Renu, jest jeszcze bardziej stromy.

IMG_6718

Przejazd górskimi drogami ma jednak swoje plusy. Jednym z nich jest znikomy ruch, drugim zaś – wspaniałe widoki.

IMG_6715

Możliwość podziwiana krajobrazów z lotu ptaka jest bezcenna.

W ten oto sposób trafiam w końcu do Bacharach, jednak od strony gór a nie Renu. Żeby dostać się na parking, trzeba przejechać przez całe miasto. Po drodze można się naocznie przekonać, dlaczego Bacharach nazywane jest często stolicą nadreńskiego romantyzmu.

Parking przy Renie.

IMG_6653

W tle – średniowieczne mury miejskie Bacharach.

IMG_6655

Miasteczko jest wyjątkowe. Pierwsze pisemne wzmianki pochodzą z XI wieku, jednak już w VII wieku istniała tu kaplica dla pielgrzymów, tak zwana „Kaplica Kuniberta”, nazwana tak od imienia ówczesnego biskupa kolońskiego.

Z czasem wpływy biskupie osłabły a do głosu doszli lokalni hrabiowie. Całej historii nie będę tu streszczał, dość powiedzieć że była ona wartka jak w dobrym filmie i nie brakowało w niej nagłych zwrotów akcji. Ot, chociażby potajemny ślub młodej hrabianki von Staufen, które to wydarzenie powoduje nieoczekiwaną zmianę właścicieli miasta.

Bacharach rosło w siłę oraz bogaciło się na cłach za przewóz towarów na Renie oraz handlu winem. Tak się bowiem złożyło, że to właśnie w porcie w Bacharach dokonywano przeładunku beczek z małych łodzi na duże statki, które nie mogły przedostać się przez płycizny w okolicy Bingen. Przeładowywane wino dostawało nową nazwę „Bacharacher”. Już wówczas wiedziano, że dobra marka to podstawa sukcesu.

DSC_1703

Duży udział w zapełnianiu kasy miejskiej miał też handel drewnem z lasów porastających góry Hunsrück. Drewno zawsze było bardzo cennym i poszukiwanym surowcem.

DSC_1710

Nad miastem górują ruiny gotyckiej kaplicy Wernera. W Wielki Czwartek 1287 roku znaleziono w okolicy zwłoki szesnastoletniego chłopca, Wernera. Miejscowy duchowny podczas kazania natychmiast wskazał „winnych” tej zbrodni. Według niego, za zabójstwem chłopca stali miejscowi Żydzi, którzy mieli ponoć potrzebować krwi ofiary na Paschę. Duchowny nie był wcale odkrywczy i wykorzystał w swoich oskarżeniach starą legendę z 1144 roku o Wilhelmie z Norwich.

DSC_7435

Skutkiem kazania były pogromy społeczności żydowskiej nie tylko w Bacharach, ale także nad Środkowym i Dolnym Renem a także nad Mozelą. Dodawać chyba nie trzeba, że na oskarżenia pod adresem miejscowych Żydów nie było nawet cienia dowodu.

Mimo tego około 1293 roku rozpoczęto budowę kaplicy Wernera. Stoi ona dokładnie w miejscu dawnej kaplicy Kuniberta i wzniesiono ją ze składek pielgrzymów. Budowano ją jednak powoli i na raty. W 1337 roku poświęcono chór a ukończono ją dopiero w 1426 roku. Przypomina mi to słowa pewnego proboszcza, który odbudowywał mały, wiejski kościółek. Zajęło mu to chyba ponad dwie dekady. W chwili szczerości przyznał sam, że zasadniczo to chodzi o to, żeby „odbudowywać”, a nie aby „odbudować”. Coś w tym jest :/

DSC_7448

Kaplica nie postała sobie zbyt długo. Jej kres nadszedł już w 1689 roku, kiedy to wojska francuskie podpaliły prochownię w znajdującym się ponad kaplicą zamku Stahleck. Zamek został bardzo poważnie zniszczony a spadający gruz zniszczył sklepienia znajdującej się poniżej twierdzy kaplicy. Ze względu na ryzyko zawalenia, rozebrano w roku 1752 północną część kapicy wraz z portalem. W 1787 roku konieczne okazało się rozebranie wszystkich dachów i sklepień. Do dziś kaplica dotrwała jako trwała ruina, od 1980 roku konserwowana.

Zamek został odbudowany jako schronisko młodzieżowe. Z tego powodu nie można go zwiedzać, istnieje jednak możliwość swobodnego wejścia na jego dziedziniec.

DSC_1711

Bacharach to miasto, w którym wydaje się, że czas stanął w miejscu. Nie bez powodu mówi się czasem, że jest to „tajna stolica reńskiego romantyzmu”. Ilość i jakość zachowanych dawnych budynków jest oszałamiająca. Większość z nich pamięta jeszcze wieki średnie.

DSC_4997

Z tego powodu zafascynowało ono wielu artystów. Gościli tu między innymi: Victor Hugo, Clemens Brentano, Achim von Arnim, Heinrich Heine, William Turner, którzy uwiecznili miasteczko na swoich obrazach oraz kartach powieści.

DSC_5006

DSC_5009

Okres od końca XVIII wieku aż do końcówki wieku XIX nazywany jest czasem romantyzmu nadreńskiego. W epoce industrializacji artyści zaczęli poszukiwać miejsc nieskażonych przemysłem, pięknych i oryginalnych. Tą wczesną fascynację można odnaleźć już u Johanna Wolfganga von Goethego, Friedricha Hölderina oraz Heinricha von Kleista, jednak dopiero opis podróży po Renie w 1802 roku oraz wiersz Brentano „Zu Bacharach am Rheine” zapoczątkowały prawdziwą reńską turystykę. Ren przestał być już tylko drogą w podróży do Włoch. Nadreńskie krajobrazy stały się celami wycieczek. Przy okazji powstawały utwory literackie i działa sztuki, które rozsławiały ten region. Od czasu do czasu stworzono przy tym jakiś mit.

DSC_1738

DSC_7465

DSC_7454

DSC_5017

W efekcie turystyka na Renie kwitła i w XIX wieku szacowano liczbę odwiedzających na około milion osób rocznie. Warto wspomnieć, że już od 1825 roku organizowano regularne wycieczki po Renie dla brytyjskiej arystokracji.

DSC_5024

Czemu to miasto tak przyciągało artystów i turystów? Wystarczy zanurzyć się w wąskie, senne uliczki, by poczuć się jak w średniowieczu.

DSC_5029

DSC_5033

DSC_7427

Do dziś zresztą jest to cel wycieczek.

DSC_7429

DSC_4995

W letnie upały najprzyjemniej jest jednak nad samym Renem. Od rzeki czuć niemal morską bryzę.

DSC_5050

DSC_5054

Syrenka i gęsi.

DSC_5047

Królestwo za konia!

IMG_0010

Część pierwsza wycieczki ->

Część druga wycieczki ->

Linia Zygfryda #2

img20200425_20103483

W tym odcinku przewodnika po zapomnianych fortyfikacjach dawnej Linii Zygfryda znajdą się aż trzy pozostałości po niewielkich bunkrach.

Podobnie jak bunkier z pierwszej części, są one raczej bezimienne. Umocnienia Linii Zygfryda znajdujące się w miastach są nieźle opisane, przynajmniej te, które się zachowały. Inne, rozrzucone po polach i lasach, są zwykle wspominane tylko ogólnie, jako grupa umocnień, bez wyszczególnienia poszczególnych obiektów. Temat jest zresztą daleki od opisania i dziś chyba już w ogóle niemożliwy do ogarnięcia. Pierwsze opracowania powstały dopiero na przełomie lat 80-tych i 90-tych XX wieku. W tym czasie wiele umocnień już nie istniało albo zostało zasypanych. Należy jeszcze nadmienić, że po wojnie wojska francuskie wysadziły w powietrze większość tych obiektów. Niemożliwa do ustalenia dziś jest nawet liczba tych umocnień, szacowana na 15500 do 18000. Niezły rozrzut.

IMG_9836

Ponieważ umocnienia, będące celem dzisiejszej wycieczki, zbudowano pośrodku lasu, więc aby je odnaleźć należy pokręcić się po różnych zadupiach, przy okazji odwiedzając dziwne miejsca.

IMG_9832

Ten znak ma naprawdę przestrzeliny, co daje nieco do myślenia.

IMG_9829

W końcu trafiam na właściwą drogę.

IMG_9826

Asfalt co prawda się skończył, jednak droga jest na tyle dobra, że da się nią przejechać jeszcze spory kawałek.

IMG_9823

Chociaż oznakowanie pozostawia jednak sporo do życzenia.

DSC_4631

IMG_9684

A oto i bunkry. Pilnowały one kawałka lasu w dolinie niewielkiego strumienia. Dwa zbudowano obok siebie na jego prawym brzegu, trzeci stał samotnie na lewym stoku doliny.

Z jednej strony ilość zbudowanych umocnień przeraża. Te trzy bunkry broniły tak w zasadzie dostępu do niczego. Z drugiej jednak strony, ten pas umocnień to była tak naprawdę jedyna linia obrony III Rzeszy, jeśli nie liczyć naturalnej przeszkody jaką był Ren. Dalej nie było już nic, co mogłoby powstrzymać marsz aliantów.

Wspomniane bunkry są ruinami w różnym stopniu zachowania. Pierwszy z bliźniaków wygląda nawet nieźle.

DSC_4610

DSC_4611

DSC_4615

Do pierwszego można nawet wejść. Co prawda do zobaczenie jest niewiele, gdyż większość pomieszczeń jest zasypana ziemią i gruzem, jednak zawsze to coś.

DSC_4616

DSC_4620

Drugi z nich jest zasypany niemal w całości i na powierzchnię wystaje tylko nieco betonu porośniętego niemal całkowicie roślinnością. Tu zwiedzać nie ma czego. Obiekt niby jest, jednak brak do niego dostępu.

DSC_4622

Trzeci z bunkrów jest największy. Dziś duża jego część znajduje się pod ziemią. Trzeba uważać na wystające z ziemi pręty zbrojeniowe, przerdzewiałe rury oraz szczeliny, na których z powodzeniem można co najmniej zwichnąć nogę.

IMG_9643

Obiekt da się zwiedzić częściowo. Większa jego część jest bowiem zagruzowana, podobnie jak to było w przypadku pierwszego obiektu.

IMG_9649

IMG_9650

IMG_9653

IMG_9676

IMG_9677

IMG_9680

Oczywiście z oryginalnego wyposażenia obiektu nie zachowało się zupełnie nic. Jedyne, co można w nim podziwiać, to wspaniałe stalaktyty i stalagmity.

IMG_9651

Rzecz jasna, bunkry nie brały żadnego udziału w walkach. Alianci po prostu je ominęli. Po wojnie zaś saperzy francuscy wysadzili je w powietrze. Dziesiątki i setki tysięcy marek utopiono w wielki projekt, który ostatecznie nie przydał się na nic.

Kawał dobrej, nikomu niepotrzebnej roboty.

IMG_9644

„Nigdy więcej wojny”. Czyli jest nadzieja dla ludzkości.

img20200425_20070651

Kontemplacja

img20200425_20191896

Wycieczka po francuskiej prowincji z gatunku tych nieplanowanych, po prostu „przed siebie”. Niczym nieskrępowana swoboda i przestrzeń czasem potrzebna jest tak, jak powietrze.

DSCI5763

DSCI5766

Trochę jak u Pirsiga, jazda motocyklem jest wspaniałą okazją do kontemplacji rzeczywistości.

DSCI5768

DSCI5773

DSCI5774

Mijane relikty przeszłości przypominają o kruchości i ulotności wszystkiego. Powoli tracą nie tylko formę, ale i znaczenie…

W 80 minut dookoła świata

img20210209_19154797

Obecne czasy spowodowały, że do łask wróciły stare, znane nam ze szkoły podstawowej, sposoby podróżowania. Znamy je pod nazwą „podróży palcem po mapie”. Jeszcze dwa lata temu kto by o tym pomyślał. Nie ma zresztą co się rozczulać, bo niewiele da się na to poradzić. Można za to ten czas wykorzystać produktywnie i spróbować zaplanować sobie jakieś wyjazdy na „lepsze czasy”, kiedy to wszystko już minie.

Siedząc przed komputerem i śledząc, co do zwiedzania polecają inni natrafiłem nagle na zdjęcia z parku miniatur. Podpisu oczywiście brakowało ale od czego jest wujek Gugle. Szybki resercz i już mamy lokalizację: Guliwerwelt Bexbach. To przecież rzut beretem. No, może dwa rzuty.

Niewiele myśląc, następnego dnia pakuję motocykl i uzbrojony w nawigację wyruszam na krótką w sumie przejażdżkę.

W samym Bexbach nawigacja oczywiście głupieje i przejeżdżam obok parku miniatur dwa razy, nawet nie mając pojęcia że to tu. Bo oczywiście żadnej tablicy nie ma. Czemu – to okaże się za chwilę.

W końcu zatrzymuję się dla orientacji na parkingu przy czymś, co w pierwszej chwili wygląda na jakiś zagajnik i okazuje się, że jestem na miejscu. Dziwna sprawa.

Park powstał w 1976 roku w czasach, gdy wydobywano tu „czarne złoto”, czyli węgiel. Niestety, pewne rzeczy mają swój koniec. A wraz z zamykaniem kopalni skończyły się też pieniądze na utrzymanie i renowację obiektów – a wiele z nich jej wymaga. Ostatnia renowacja nastąpiła w 2012 roku, czyli w sumie dawno. Tyle wstępu.

Wstęp na teren parku jest darmowy. Trzeba uczciwie przyznać, że jest on większy niż się wydaje i żeby obejść go w te tytułowe „osiemdziesiąt minut” trzeba naprawdę się postarać.

Całkiem sporą reprezentację mają obiekty „miejscowe”, jak na przykład barokowy kościół w Saarbrücken, który ponoć reprezentuje styl polskiego baroku. Ciekawe.

IMG_6443

Porta Nigra, czyli zabytek z czasów rzymskich z również nieodległego Trewiru.

IMG_6521

Reprezentacja niemieckich zamków i ich ruin nie zawiodła.

IMG_6495

IMG_6516

IMG_6533

Małe Paryżewo.

IMG_6503

IMG_6528

Krzywa wieża w Pizie jest naprawdę krzywa.

IMG_6463

Piramida może i trochę pretensjonalna, ale nie ma co wybrzydzać, gdy się zwiedza za darmochę.

IMG_6507

IMG_6530

Habemus Papam.

IMG_6489

Rio de Świebodzinejro.

IMG_6520

Partenon w lepszych czasach.

IMG_6526

Fort Knox, czyli skarbonka Stanów Zjednoczonych. Ale jak się okazuje, nie tylko. Znajduje się tu Centrum Badawcze Armii, Szkoła Wojsk Pancernych, Centrum Rekrutacji Armii, Muzeum Kawalerii i Czołgów imienia generała Pattona.

IMG_6552

Biały Dom. Niedawno jeden z urzędujących tam polityków miał problemy z odklejeniem się od stołka. W USA to nowość a w naszym regionie w sumie częsta przypadłość.

IMG_6536

Obserwatorium Palomar. Pierwsze obserwatorium, które wykorzystywało teleskop wyposażony w zwierciadło sferyczne z korektorem. Szlifowanie zwierciadła o średnicy 5,1 metra trwało aż 11 lat.

IMG_6556

Gotowa do startu rakieta Saturn V. Taki eksponat również się tu znajduje. Wykorzystywano ją podczas misji Apollo oraz Skylab. Podejrzewam, że NASA wiele by dziś dała za jeden prawdziwy i kompletny egzemplarz.

IMG_6543

Jest to tylko niewielki fragment Parku Miniatur, zwanego też Światem Guliwera. Jak się okazało, nie jest to jedyna atrakcja tego miejsca a skoro już się tu przyjechało…

IMG_4468

Tym razem będzie co nieco o czarnym złocie. Ale o tym następnym razem.

Fort Hackenberg – nieplanowana część druga

img20200425_20191896

Po pierwszym okresie fascynacji człowiek zaczyna mieć dość tematów wojennych. Co za dużo, to niezdrowo. Czasem jednak nie sposób od nich uciec. Tak jak tym razem. Mianowicie pojawił się w domu Gość. Człowiek ten postanowił zostać zawodowym żołnierzem, co jest dla mnie zupełnie niezrozumiałe. Ja jestem jednak innym pokoleniem; w moich czasach kombinowało się, jak tego wojska uniknąć. Ale to były inne czasy i inne wojsko.

Gość zapragnął zobaczyć słynną Linię Maginota. Taka ciekawość zawodowa. Wobec tego nie pozostało nic innego jak owe życzenie spełnić. Fortów, które na Linii Maginota można zwiedzać jest sporo, jednak bez wątpienia wizytówką był i pozostanie Hackenberg.

Zapakowaliśmy się do adekwatnego pojazdu i z samego rana wyruszyliśmy w kierunku Francji. Pochmurno ale najważniejsze że nie pada. Zresztą, w przypadku zwiedzania fortów warunki pogodowe nie są aż tak istotne.

DSC_8625

Amerykański niszczyciel czołgów M10 Gun Motor Carriage, zwany nieoficjalnie Wolverine czyli „Rosomakiem”, pilnujący drogi dojazdowej do Fortu, doczekał się w końcu nowej farby.

DSC_8628

Kilkanaście minut później zatrzymujemy się na dziedzińcu Bloku Amunicyjnego. To tędy, przy pomocy kolejki wąskotorowej dostarczano do fortu amunicję i zaopatrzenie.

DSC_8630

Wewnątrz fortu znajduje się specjalna bocznica, umożliwiająca zamianę lokomotyw. Na zewnątrz fortu używano lokomotyw spalinowych, natomiast we wnętrzu fortu, z wiadomych względów, używano wyłącznie trakcji elektrycznej.

DSC_8681

Fort Hackenberg ma od zawsze rangę „reprezentacyjnej” budowli na Linii Maginota. Jest on bowiem jednym z najstarszych i największych obiektów na całej linii, który miał być wzorem dla pozostałych umocnień. Tyle tylko, że wówczas nikt nie miał pełnej świadomości, ile pieniędzy trzeba będzie utopić w tym projekcie. Obiekt jest ogromny – a miał być jeszcze większy, w planach była bowiem kolejna faza jego rozbudowy.

DSC_8686

Budowę Fortu Hackenberg rozpoczęto w 1929 roku – czyli jeszcze przed dojściem do władzy w Niemczech austriackiego kaprala z wąsikiem. Rzecz, która daje dużo do myślenia. Wynika bowiem z tego, że doskonale zdawano sobie sprawę z tego, jak kruchy pokój wynegocjowano w 1919 roku.

DSC_8690

W całym projekcie utopiono zawrotną sumę 172 milionów ówczesnych franków.

DSC_8700

Fort ma kształt litery „Y”. Głowna galeria o długości niemal dwóch kilometrów rozdziela się na dwie odnogi. Pierwsza, o długości pół kilometra, prowadzi do głównych bloków bojowych. Druga, długa na kilometr, umożliwia komunikację z blokami bojowymi wschodniego skrzydła. Długość wszystkich korytarzy i chodników wynosi około 10 kilometrów, wydrążonych wewnątrz góry Hackenberg na głębokości 25-30 metrów. Dla usprawnienia komunikacji całość obsługiwana jest przez elektryczną kolejkę wąskotorową o rozstawie szyn równym 60 cm.

DSC_8707

DSC_8907

DSC_8950

Chodniki i korytarze łączą ze sobą bloki bojowe. Jest ich w sumie 17, uzbrojonych w osiemnaście dział. Budowę pierwszego etapu zakończono w 1933 roku. Do rozbudowy w ramach drugiego nigdy nie doszło.

DSC_8727

Załoga fortu oficjalnie wynosiła 42 oficerów i 1040 żołnierzy. Jednak w rzeczywistości była nieco mniejsza.

DSC_8737

W grudniu 1939 roku Fort Hackenberg wizytował brytyjski król Jerzy IV.

DSC_8740

W 1940 roku wojska Niemieckie nie zdecydowały się na bezpośredni atak na Fort Hackenberg. Zamiast tego obeszli całą linię od zachodu przy okazji rozjeżdżając stojące im na drodze państwa. Z takim obrotem sprawy nikt we Francji się nie liczył, czyli nie wyciągnięto żadnych wniosków z krwawych walk podczas Pierwszej Wojny Światowej.

DSC_8741

Fort mimo kapitulacji Francji wcale nie miał ochoty się poddać i jeszcze przez niemal dwa tygodnie nadal pozostawał poza niemiecką kontrolą.

DSC_8749

W czasie wojny Niemcy wymontowali z Linii Maginota dużą część uzbrojenia fortecznego, które użyli do budowy umocnienień Wału Atlantyckiego. W podziemiach zaś urządzono fabrykę kół zębatych i skrzyń biegów, zabezpieczoną w ten sposób przed ewentualnym alianckim bombardowaniem.

DSC_8751

Fort Hackenberg, mimo częściowego ogołocenia z uzbrojenia, narobił jednak kłopotu Amerykanom, zwłaszcza Blok numer osiem.

DSC_8753

Po Drugiej Wojnie Światowej nastał w końcu czas pokoju. Niezbyt jednak pewnego. Fort Hackenberg nie został wcale zdemobilizowany. Wręcz przeciwnie. Pojawiły się plany jego modernizacji i unowocześnienia.

DSC_8761

DSC_8766

DSC_8768

DSC_8769

DSC_8771

Obawiano się bowiem kolejnego ataku ze wschodu, tym razem ze strony wojsk Układu Warszawskiego. Do 1956 roku Fort Hackenberg wyznaczony był jako punkt obrony przed ewentualnym atakiem sowieckim. Później jego znaczenie zmalało. Francja rozwinęła swój własny program nuklearny i uznano, że atomowy straszak na komunistów będzie dużo lepszy i skuteczniejszy niż stare fortyfikacje. Fundusze przeznaczone na modernizację i utrzymanie umocnień zostały w związku z tym przesunięte na program nuklearny. Mimo tego wojsko stacjonowało w Forcie do 1968 roku. Fort opustoszał dopiero w 1970 roku. Nadal pozostał jednak w rezerwie, na wszelki wypadek.

DSC_8774

DSC_8792

DSC_8797

DSC_8804

DSC_8814

DSC_8815

DSC_8820

DSC_8821

DSC_8823

W 1975 roku okoliczni mieszkańcy zaczęli organizować wycieczki po obiekcie. Zawiązało się stowarzyszenie „Amifort”, które za cel postawiło sobie ochronę Fortu Hackenberg.

DSC_8834

DSC_8838

DSC_8839

DSC_8844

Przywrócono do działania jeden z bloków w zachodnim skrzydle. Funkcjonuje winda, obrotowa wieżyczka z kopułą pancerną wraz z podnośnikiem. Jeden z czterech generatorów jest całkowicie sprawny i przy odrobinie szczęścia można podziwiać jego pracę podczas zwiedzania.

DSC_8846

DSC_8852

DSC_8855

Sprawna jest kolejka elektryczna a przejażdżka nią jest gwoździem programu zwiedzania.

DSC_8866

Podczas wycieczki wejdziemy także do zniszczonego w czasie walk Bloku 8. Skrzydła wschodniego nie można niestety zwiedzać, ponieważ gipsowa skała z której zbudowana jest góra Hackenberg osiada i tunele są z tego powodu mocno uszkodzone.

DSC_8877

DSC_8885

DSC_8898

DSC_8946

DSC_8966

Zasadniczo to koniec zwiedzania. Tym razem jednak tak nie będzie, bowiem postanawiamy wjechać zaprzęgiem na górę Hackenberg, gdzie znajduje się punkt kierowania ogniem. Obsługiwał on nie tylko Fort Hackenberg ale również sąsiednie forty.

DSC_8637

Swego czasu wjazd na górę był wyczynem. Wiodła tam bowiem wąska, bardzo zniszczona dróżka wśród lasów, pełna ogromnych dziur i wyrw. Po obu jej stronach znajdowały się zasieki oraz tabliczki informujące o tym, że jesteśmy na terenie wojskowym. Zawsze zastanawiało mnie, czy wyzbierano stąd już wszystkie miny, którymi swego czasu góra Hackenberg była nadziewana niczym ciasto rodzynkami.

Dziś jest dużo łatwiej, bowiem droga została wyrównana i poszerzona. Żwirowa nawierzchnia nie jest może wymarzona do jazdy pod stromą górę na szosowych oponach, ale nie ma co narzekać. W porównaniu z tym, co można było tu zobaczyć jeszcze kilka lat temu można powiedzieć, że jest bajkowo. Co prawda klika razy trzeba było balansować ciałem, żeby nie przeważyło zaprzęgu na stromiźnie, jednak to nic groźnego.

A na górze, zupełnie nieoczekiwanie, mamy stary cmentarz z całkiem współczesną kaplicą. Nekropolia ta robi dość upiorne wrażenie.

DSC_8643

DSC_8662

DSC_8665

Tak w ogóle, co za pomysł aby na szczycie góry urządzać cmentarz.

Wokół cmentarza zaś wystają z ziemi stalowe kopuły schronów obserwacyjnych. Nie powiem, żebym tak sobie wyobrażał punkt kierowania ogniem.

DSC_8658

Kiedyś byłem pod wrażeniem tego cudu inżynierii. Dziś patrzę jednak na niego zupełnie inaczej. Ludzkość jednak trudno zrozumieć. Zaledwie kilka lat minęło od ostatniego, najkrwawszego konfliktu w dziejach a już Europa szykowała się do nowej wojny.

img20210511_15352627

Politycy którzy tworzyli nowy, powojenny świat najwyraźniej wiedzieli, że budują go na bombie zegarowej. Z poprzedniego konfliktu, który pochłonął miliony istnień, niczego nie zrozumiano i nie wyciągnięto żadnych wniosków na przyszłość.

Majowe perturbacje

img20200425_20103483

Jeszcze nigdy w swojej historii „siedemsetpięćdziesiątka” nie rozpoczęła sezonu tak późno, jak w tym roku. Oczywiście nie licząc czasów gdy była wrakiem przeznaczonym na części – bo wtedy żaden sezon nie był już jej pisany. Jednak po tym, jak maszyna została odratowana sezonu albo się nie kończyło, albo zaczynało najpóźniej na początku lutego.

W tym roku stało się inaczej. Jeszcze w zeszłym roku zauważyłem, że rozrusznik pracuje coraz słabiej, jednak nie zwróciłem na to większej uwagi. W końcu akumulator ma ponad siedem lat, więc żaden cud – czas już na niego. Zima trochę się przeciągnęła a w marcu okazało się, że rozruch jest niemożliwy. Cóż, zaskoczenia raczej nie było.

W międzyczasie postanowiłem jeszcze wymienić uszczelkę pod głowicą, bo zaczynała pokapywać olejem. Powoli zacząłem opracowywać zakres robót oraz listę niebędnych części. Ale z tym akumulatorem coś mnie tknęło. Bowiem „komputerek” pokazywał jego słabą kondycję tylko podczas próby rozruchu – i tylko wówczas. Postanowiłem więc odpalić drania z kabla, pożyczając prąd z samochodu.

img20210504_15402682

Oczywiście nic to nie dało. Po kablach poszedł taki prąd że aż auto jęknęło, ale rozrusznik się nie obrócił. A więc sprawa jakby się wyjaśniła. Tyle że nie tak jak chciałem. Trochę szkoda że konstruktorzy „wykopali” kopniak z tego motocykla, bo w Z 650, jego bezpośrednim protoplaście, kopajka była. Dawno temu, w pewnej Hondzie, ratowała mi tyłek.

Wymontowany rozrusznik pojechał do znajomego elektryka który obejrzał go, pokiwał głową i rzekł tylko:

„- Mehr tot als der Tod” (bardziej martwy niż śmierć).

Czyli, chcąc nie chcąc, trzeba będzie zamówić także rozrusznik. Jego ceny mogą przyprawić o ból głowy. W końcu udało się zakupić używany, wyjęty z motocykla który miał mniej szczęścia.

Wszystko to trwało oczywiście dużo dłużej niż planowałem. W końcu jednak mamy lock down. Maszynę udało się ogarnąć dopiero z końcem kwietnia.

Wymieniona została także uszczelka pod głowicą, dzięki czemu motocykl przestał już znaczyć teren – jak na produkt „Made In Japan” przystało.

A że nowa uszczelka musi trochę pojeździć i osiąść, przeto zaczęliśmy nabijanie kilometrów.

Boczne drogi mają swój urok.

DSC_4691

DSC_4686

DSC_4478

DSC_4453

DSC_4449

IMG_9580

DSC_4694

IMG_9563

DSC_4645

DSC_4600

DSC_4695

DSC_4628

Ponoć gdy są bunkry, to musi być fajnie.

DSC_4648

DSC_4649

DSC_4620

Akumulator zaś, ku mojemu bezgranicznemu zdumieniu, jeździ już ósmy sezon.

img20200425_20070651

Dzienniki epidemiologiczne

img20200727_17174050

Trudno uwierzyć, ale od pierwszego lockdownu minął niemal równy rok. Teraz mamy kolejny, nie wiadomo już nawet który z kolei. Wycieczki, z musu, ograniczone są tylko do najbliższej okolicy. To że przewidywania co do długości trwania tego całego zamieszania okazały się słuszne, raczej nikogo specjalnie nie cieszy.

DSC07799

W międzyczasie każdy zdążył wyciągnąć z tego jakieś nauki. Na przykład Ministerstwo Oświaty zrozumiało, że rozdawanie dzieciom w szkołach coronatestów do samodzielnego użytku nie jest najlepszym pomysłem. W teorii wszystko wyglądało w porządku. Test jest podobny do ciążowego. Jedna kreska – zdrowy, dwie kreski – zakażony. Nie trzeba być wielkim mędrcem, żeby przewidzieć, że uczniowie będą dostawiać pisakami drugą kreskę na testach aby z automatu i bez żadnego tłumaczenia mieć co najmniej dwa tygodnie wolnego. Dorośli może i mają wiedzę, jednak dramatycznie brakuje im wyobraźni.

DSC07798

Oczywiście raczej i w tym roku nie ma co liczyć na jakieś motobajzle, zloty czy inne imprezy. Marnym pocieszeniem będzie fakt, że wszystko to przejdzie do historii i jak mawiał Mistrz Mleczko – zajmie pewnie ze dwa akapity w podręczniku do historii dla szkół średnich.

img20210425_19555900

Tymczasem wolne od wyjazdów i imprez postanowiłem wykorzystać na ogarnięcie spraw, które leżały odłogiem już od lat i tłumaczone były zawsze nawałem bieżących spraw. Pojawi się więc trochę artykułów, literatury i innych tego typu rzeczy.

Tymczasem – bądźcie zdrowi!

Operacja „Jajeczko”

Schowek01

Znów mamy święta za pasem. Świętować oczywiście można i pewnie nawet trzeba, pytanie tylko „ile”? Wiele lat temu postanowiłem sprawdzić to zagadnienie empirycznie i pod byle pretekstem urwałem od stołu, wytargałem motocykl z mocnym postanowieniem poszwędania się trochę po najbliższej okolicy.

Bydgoszcz była całkowicie wyludniona. Nic dziwnego, wszyscy przecież siedzieli z rodzinami przy stołach.

dscn8940

Z Bydgoszczy pojechałem do Ostromecka, jednak i tu wiało nudą. Wszystko pozamykane na cztery spusty. Czy tylko mnie tak nosi?

dscn8944

Telefon do Wojtka. Okazało się, że On także chętnie by się przewietrzył. Miło wiedzieć, że nie tylko ja mam dosyć siedzenia. Wobec tego kierunek Toruń.

Jeden z ogródków przed blokiem u Wojtka. Zawsze ma odpowiedni „wystrój”, dopasowany do konkretnej pory roku. Tym razem temat przewodni: „wiosna”. Wielki jeż podkrada się do bocianiego gniazda. Trochę podjeżdża to Monthy Pythonem. Nawiązania do klasyki zawsze na plusie.

dscn8946

Dalszy plan działania wyklarował się sam. Wojtek miał dostarczyć do Wąbrzeźna kurtkę motocyklową, z tego co pamiętam. Co prawda miał zamiar wysłać ją pocztą, ale skoro i tak mamy pojeździć, więc czemu nie doręczyć jej osobiście?

Klimatyczne garaże. Ileż to skarbów z dawnych czasów musiało się kryć w ich wnętrzach. Wojtkowa Yamaha to też kawał historii. To jeszcze czasy, gdy styl Cafe Racer był czymś nowym, egzotycznym, odkrywanym na nowo i ze zdumieniem. Na ówczesnym Forum siedziało może z dziesięć osób marzących o tym, żeby być rockersami. To byli pionierzy. Na długo, zanim stało się modne.

dscn8947

Jak zaplanowaliśmy, tak zrobiliśmy. Kurtka dostarczona. A że nieopatrznie znaleźliśmy się w okolicach Kolegi, wypadało więc sprawdzić, co porabia.

U Roberta w tym czasie biesiadowała cała Rodzina. Mimo to, gdy nas tylko zobaczył, założył kurtkę, kask i pojechał z nami. W garniturze, pod krawatem, nawet w butach od garniaka. Ja to podziwiam i szanuję.

dscn8958

Z małej wycieczki zrobiła się całkiem duża, spontaniczna objazdówka bliższych i dalszych okolic. Bardzo możliwe, że Rodziny moich Kolegów wyklęły mnie jako prowodyra tego świątecznego wyjazdu, jednak najwyraźniej zostało to wszystko taktownie przemilczane.

dscn8959

Cała historia zaś poszłaby powoli w niepamięć, gdyby wujek Cukrowa Góra nie raczył o tym w swej łaskawości przypomnieć.

img20210328_20580472

Warto powspominać, bowiem te czasy już się nie powtórzą…

Reńskie klimaty – zamek Rheinstein

img20200704_19450850

Część pierwsza wycieczki ->

Zamków nad Renem jest dosłownie bez liku. Mijam właśnie jeden z nich –  Pfalzgrafenstein. Jest to chyba najciekawsza twierdza, jaką udało mi się zwiedzić. Zamek przypomina okręt i zbudowany został na wyspie. Obecnie jednak, z powodu pandemii jest niedostępny. Mały prom, który pływał w jego pobliżu, z przyczyn epidemiologicznych nie kursuje, o czym nie omieszkał się uświadomić mnie jeden z turystów. Nie dostrzegł żadnej informacji (prawdę mówiąc, ja też jej nie widziałem) i władował się z samochodem na przystań, po czym nie mógł zawrócić. Małego stateczku, który woził turystów między przystanią a zamkiem też nie widać, więc można przypuszczać, że forteca jest niedostępna. Jak za dawnych czasów.

IMG_6692

Wobec tego wracam w kierunku Bingen. Po drodze znajduje się jeden z ważniejszych zamków w dolinie Renu. Zamek Rheinstein. Wcześniej znany był pod nazwami Voitsberg lub Vaitzburg lub różnymi odmianami pisowni tychże. Obecna nazwa funkcjonuje od 1829 roku, czyli w sumie od niedawna.

Moje doświadczenia wskazują, że lepiej zwiedzać zamek tak wcześnie, jak to tylko możliwe, czyli od godziny 11 w dni powszednie albo 10 w weekendy. Później robi się tu tłoczno i problemem staje się chociażby parkowane, mimo iż są tu aż dwa parkingi. Tyle że nieduże, bo zamek stoi na skale niemal bezpośrednio nad Renem.

Zamek jest własnością prywatną, jednakże można go zwiedzać za opłatą. Wynosi ona 6 Euro i uważam, że nie tylko nie jest wygórowana, ale wręcz niska. W oficjalnym zamkowym cenniku nazywa się to „zamkową opłatą celną” i dobrze oddaje historyczne znaczenie twierdz nad Renem. Jednak ta warownia powstała pierwotnie w innym celu.

DSC_0631

Budowlę usadowiono na skale wznoszącej się 90 metrów nad doliną Renu. Wspinaczka odbywa się po kamiennych schodach a na zamek wchodzi się przez drewniany most zwodzony zawieszony na żelaznych łańcuchach. Robi to wrażenie.

Do niedawna spekulowano, jak stara może być ta warownia. Przeprowadzone ostatnimi czasy badania dendrochronologiczne, polegające na datowaniu bezwzględnym zachowanego drewna konstrukcyjnego wskazują, że budowę jego rozpoczęto w latach 1316/1317. Jest on więc stosunkowo młody, jak na region w którym się znajduje. Zgadzałoby się to zresztą z zachowanymi źródłami pisanymi. Pierwszy dokument który o nim wspomina pochodzi bowiem z roku 1323.

DSC_0663

Prawdopodobnie zamek miał za zadanie pilnowania postanowień układu pokojowego. Otóż po drugiej stronie rzeki znajdował się inny zamek, Reichenstein. Zamieszkiwali go rycerze – rabusie, panowie Hohenfels. Ich zamek został zniszczony w 1286 roku przez króla Rudolfa Habsburga. Traktat pokojowy przewidywał między innymi, zakaz odbudowy zniszczonej warowni. Panowie Hohenfels obiecali, ale wiadomo jak to jest w polityce. Zaufanie to dobra rzecz, jednak kontrola jest lepsza. Tak więc z nowej twierdzy Rheinstein miano sprawdzać, czy panowie Hohenfels o swojej obietnicy pamiętają. Tak na wszelki wypadek. Poza tym zamek miał zabezpieczać terytorium Moguncji.

Znaczenie strategiczne zamek utracił już w 1344 roku. Rzadko chyba się zdarza, żeby tak kosztowna twierdza utraciła swoje militarne znaczenie tak szybko.

DSC_0628

Ponieważ zamek militarnego znaczenia już nie miał, stał sobie spokojnie na swojej skale, nie niepokojony przez nikogo. Niestety, długi okres pokoju okazuje się zgubny w skutkach dla takich budynków. Wobec braku realnego zagrożenia nikt o nie specjalnie się nie troszczył i zamek podupadał.

DSC_0544

DSC_0548

Podczas wojny o Palatynat zamek był już prawdopodobnie w tak złym stanie, że przybyli Francuzi stwierdzili, że nie mają tu już nic więcej do roboty. Warto nadmienić, że wojska francuskie podczas wojny o Palatynat dokonały podobnych zniszczeń, co w Polsce wojska szwedzkie.

DSC_0549

DSC_0587

Dobre czasy dla zamku nastały w 1816 roku. Wówczas to zwrócił na niego uwagę pruskiego mistrza budowlanego Karla Friedricha Schinkla. Opracował on plany romantycznej odbudowy zamku, który dzięki swojemu położeniu, pasował do jego wizji idealnie. Skłoniło to księcia pruskiego Fryderyka do zakupu ruin i wcielenia zamysłów w czyn. Warto przy tym nadmienić, że książę zapewne nie wykosztował się zbytnio. Poprzedni kupiec nabył bowiem ruiny zamku za jedyne… cztery talary. Prace remontowe trwały do 1829 roku. Był to pierwszy z odbudowanych w stylu romantyzmu nadreńskiego zamków w dolinie. Wówczas właśnie dostał on swoją obecną nazwę – Rheinstein.

DSC_0553

DSC_0576

Nowa siedziba tak przypadła do gustu księciu Fryderykowi, że stał się on jego ulubioną rezydencją. To tu przyjmował najważniejsze osobistości tamtych czasów. Na zamku gościły między innymi królowa Wiktoria oraz caryca Aleksandra Fiodorowna.

DSC_0591

Obok zamku polecił zaś zbudować kaplicę wraz z kryptą grobową dla siebie oraz rodziny. Bo jest już tak przyjęte na tym świecie, że gdy biedny postawi sobie na podwórku grobowiec z którego na dodatek każdy będzie mógł zobaczyć trumny, to uznany zostanie za świra. W najlepszym przypadku. Bogaty będzie tylko ekscentrykiem.

DSC_0603

Zamek pozostawał w rękach rodziny książęcej aż do 1973 roku. W owym czasie księżna Barbara Irena postanowiła sprzedać zamek. Sama mieszkała w Kilonii, więc odległa rezydencja nad Renem przysparzała jej tylko kłopotów. Tym bardziej że wymagała pilnego remontu.

DSC_0624

Zgłasza się kupiec z Londynu. Okazuje się jednak, że metoda „na kupca z Londynu” w efekcie nie różni się wiele od znanej nam z portali aukcyjnych akcji „na afrykańskiego księcia”. „Londyński kupiec” okazał się nawet nie tyle oszustem co złodziejem. Zamek co prawda pozostał na swoim miejscu ale za to zniknęło co cenniejsze wyposażenie.

DSC_0660

Oczywiście utrata dużej części oryginalnego wyposażenia nie sprzyja sprzedaży obiektu. Co prawda konserwator wydał opinię o szczególnej wartości zamku i zalecił władzom landu Nadrenii – Palatynatu jego odkupienie, jednak te odmówiły, tłumacząc się zbyt wysokimi kosztami remontu.

DSC_0665

W końcu zamek znalazł nabywcę. Tym razem poważnego. Był nim znany wówczas śpiewak operowy Hermann Hescher, który ostatecznie kupił go w 1975 roku. Koszta remontu co prawda przerażały i jego, ale miał pewien plan. Założył fundację wspierającą odbudowę obiektu, wystąpił o pomoc do Państwowego Urzędu Ochrony Zabytków a przede wszystkim zaprzągł do pracy rodzinę, dzięki której, po trzydziestu latach pracy, zamek odzyskał dawny blask.

Na parkingu pod zamkiem:

DSC_0685

CDN