Month: Kwiecień 2019

Yamaha na żywca

DSC02961

Na imprezę „Yamaha Live 2019”, zorganizowaną przez jeden z salonów dealerskich, trafiłem zupełnym przypadkiem. Przejeżdżając przez jedną z wiosek zauważyłem dużą ilość motocykli wszelkiej maści, zjeżdżających z drogi głównej i ginąca gdzieś między zabudowaniami. Zaintrygowany, pojechałem za nimi i w ten oto sposób trafiłem na dni otwarte w salonach Yamahy połączone z otwarciem sezonu.

Trzeba dodać, że było to moje pierwsze otwarcie sezonu od jakichś piętnastu lat, w jakim zdarzyło mi się uczestniczyć. Raz, że nie przepadam za „zlotami ogólnymi”, dwa że nie widzę powodu aby świętować rozpoczęcie czegoś, co trwa już (przynajmniej w moim przypadku) od dobrych dwóch miesięcy a po trzecie wreszcie – to taka moja tradycja. Po prostu kiedyś, w dawnych czasach, na otwarcie sezonu zwyczajnie nie udawało mi się dojechać. Z przyczyn technicznych. Dziś może ciężko w to uwierzyć, ale kiedyś motocykl trzeba było sobie poskładać przed sezonem – a ja z reguły się z tym nie wyrabiałem. A gdy w końcu za którymś razem zawziąłem się, że tym razem to już na pewno zdążę, w warsztacie do którego wysłałem części do naprawy najzwyczajniej w świecie zagubiono mi wał, który oddałem tam do regeneracji… Na szczęście odnalazł się, szkoda tylko że na dwa dni przed otwarciem sezonu. W związku z tym uznałem, że po prostu tak ma być i tego typu imprezy zacząłem konsekwentnie olewać. Aż do dziś, kiedy to trafiłem na takową zupełnym przypadkiem.

A skoro już tu jestem, to wypada się trochę rozejrzeć.

DSC02966

Jak się nie śledzi nowości i informacji z rynku to można się właśnie tak zaskoczyć.

DSC02955

Nie powiem, kilka ciekawych motorków na placu się znalazło. Tak więc opłacało się zjechać na chwilę z trasy.

DSC02951

DSC02956

Bezpieczeństwo przede wszystkim:

DSC02960

Nowości od Yamahy. Jakoś niespecjalnie mnie to porwało, a prawdę mówiąc to wcale. Ogólnie to jest bardzo ciekawa sprawa, że nowe motocykle przestały mnie zupełnie interesować z chwilą, gdy zaczęło mnie na nie stać. Jest to zaskakujące zjawisko, którego sam nie umiem sobie wytłumaczyć.

DSC02959

„Szybkie Synki”:

DSC02964

DSC02965

Oczywiście, jak na porządną imprezę przystało, był też dobrze zaopatrzony bufet z żarełkiem i bar z napojami. Udałem się tam czym prędzej po coś ciepłego, bo dzień mimo wszystko był chłodny. Nie było jednak powodów do narzekania, bowiem na dziś zapowiadano deszcze. Na szczęście prognozy tym razem, póki co, się nie sprawdziły.

Niestety, do zamówienia czegoś na ząb nie doszło, gdyż okazało się, że najzwyczajniej w świecie zapomniałem portfela, który został sobie w domu w innych portkach. Czyli pech związany z otwarciami sezonu wcale o mnie nie zapomniał tylko trochę przysnął i teraz dał znać o sobie w ten właśnie sposób. Żarcie żarciem, jednak prawdziwym problemem jest to, że nie mam teraz żadnej możliwości zatankować a przejechałem już ponad sto kilometrów. To że nie mam przy sobie żadnych dokumentów to już inne zmartwienie. Tym sposobem cały misterny plan na dzisiejszy dzień poszedł sobie w …

Wobec tego nie pozostało mi już nic innego, jak tylko poturlać się pokornie w kierunku garażu w tempie emeryta z ciężką anemią, coby maszynie paliwa w zbiorniku a sobie wątpliwej przyjemności pchania oszczędzić.

Życie jak widać pisze swoje własne scenariusze.

Anatomia muzyki – Obituary

Muzyka

W końcu wpadły na normalnym, współczesnym nośniku jedne z najważniejszych dla mnie płyt. Wiem, sprawa niby oczywista, jednak z takimi rzeczami właśnie czasem jest najwięcej zachodu.

DSC_3550

Przełom lat 80-90 to dla mojego pokolenia czas odkryć muzycznych. Po części dlatego, że właśnie wówczas pojawili się ciekawi wykonawcy i wydawnictwa. Jednak najważniejszą przyczyną był fakt, że zmienił się ustrój i muzyka zagraniczna przestała być dobrem przemycanym. Wręcz przeciwnie, rozpoczęła się epoka radosnego piractwa kasetowego. Dziki kapitalizm.

DSC_3548

I tak właśnie wpadł w moje ręce pierwszy i drugi album Obituary. Słynne MG Records. Ciężar i ekstremalność muzyki przesunięte poza wszelkie dotychczas znane ludzkości granice. Wskazówka poza czerwonym polem. Wówczas byliśmy głodni tego typu doznań.

Tak się złożyło, że w moim liceum do którego wówczas uczęszczałem, w ramach ZPT uczniowie odświeżali klasy. Malowanie ścian i takie tam. Oczywiście dziś to nie do pomyślenia, jednak wówczas nikomu to nie przeszkadzało. Najmniej zresztą chyba samym uczniom. Inna sprawa, że matki i ojcowie, którzy kiedyś, w czasach swojej młodości sami brali udział w takich przedsięwzięciach, dziś pierwsi podnieśliby raban, że to niedopuszczalne żeby dzieci malowały klasy w szkole. Pokolenie, z którym nikt specjalnie się nie pieścił samo z siebie zrobiło się nagle nadopiekuńcze. Ale to temat na inną opowieść.

Później do tego samego liceum uczęszczał mój młodszy brat. Historia potoczyła się tak śmiesznie, że był on ostatnim rocznikiem który miał jeszcze zajęcia w starym budynku. Pod koniec roku szkolnego uczniowie pomagali w przeprowadzce do nowej szkoły, zdejmowali tablice, pakowali książki i pomoce naukowe. Po którymś dniu tej przeprowadzki dzwoni do mnie podekscytowany:

„- Ty, nie zgadniesz! Wiesz co znaleźliśmy na ścianie pod tablicą w sali językowej?”
„- Wiem” – odpowiadam spokojnie.
„- No co???” – nie dowierza.
„- Duże graffiti OBITUARY”
„- Kurde! Wiedziałem że to ty! A mogłem się założyć!”

Tam, gdzie diabeł nie ma komu powiedzieć „dobranoc”

dscn6661

Jakoś już tak mam, że wyjazd w więcej niż cztery motocykle to dla mnie tłok i udręka. Mój motocyklizm to samotność i całkowicie osobisty kontakt ze światem i maszyną. Nigdy nie lubiłem zbiorowych wyjazdów i ogólnych spędów motocyklowych, na których czuję się obco i bardziej samotnie, niż podczas dalekiego wyjazdu w pojedynkę. Jeden z moich znajomych mawiał, że „jadąc samotnie dźwigać musi tylko własne problemy”. Inny, jako receptę na udany wyjazd podawał trzy zasady. Brzmiały one:

  1. Jeżdżę sam.
  2. Jeżdżę sam.
  3. Jeżdżę sam.

Gdy się nad tym głębiej zastanowić, są to bardzo słuszne zasady.

Na swoją samotność sam się w sumie w pewnym momencie życia skazałem, zakupiwszy pod wpływem impulsu motocykl z epoki słusznie minionej zamiast stosunkowo nowego czopera. Motocykl ów w pierwszych etapach eksploatacji psuł się niemiłosiernie co kilkanaście – kilkadziesiąt kilometrów, osiągając imponującą prędkość przelotową w granicach 70-80 km/h, co było zasługą zużytych łożysk na wale – więcej wycisnąć się z niego po prostu nie dawało, bowiem powyżej pewnych obrotów silnik wpadał w takie wibracje, że maszyna dosłownie rozkręcała się na kawałki. Do całkowitej entropii nie dochodziło jednak tylko dlatego, że pierwszy zwykle rozkręcał się gaźnik, silnik gasł, paliwo lało się strumieniem na ziemię a ja szukałem pogubionych części. Potem oczywiście należało poskładać wszystko z powrotem do kupy a mimo to powrót do domu i tak zwykle oznaczał pchanie – zwykle brakowało benzyny na powrót. To był efekt jej utraty podczas awarii gaźnika.

Nic dziwnego że kumple, którzy poprzesiadali się na produkty „Made In Japan” ewentualnie „Made In USA”, woleli nie ryzykować wyjazdu ze mną. Jak się okazało, sytuacja ta miała swoje dobre strony, bowiem nie będąc zmuszonym do jazdy w grupie mogłem swobodnie penetrować coraz to dalsze okolice, w miarę jak systematycznie poprawiał się stan techniczny mojego pojazdu. Poprawa ta była zresztą procesem dość długotrwałym i żmudnym, bowiem o „Klasykach PeeReLu” nikt wówczas nie słyszał a stary złom był starym złomem i kropka. Jak to kiedyś ładnie ujął sprzedawca w największym wówczas regionie sklepie – salonie motocyklowym, gdy zapytałem go o jakieś części do swojego rupiecia:

„- Nie mam i mieć nie zamierzam; Jawa to motocykl do którego trzeba włożyć 1000 zł żeby dostać za niego 500 zł.”

Mimo tego mało sprzyjającego klimatu prace postępowały i z sezonu na sezon jeździło się coraz więcej i coraz dalej. Pozbawiony towarzystwa kolegów mogłem już bez problemu szturmować dalsze okolice, odkrywając przy tym miejsca gdzie nawet diabeł nie mówi „dobranoc”. Bo nie ma komu.

W ten sposób odkryłem pewne miejsce. Ale najpierw cofnijmy się jeszcze trochę w czasie. Otóż w okresie tak zwanych przemian ustrojowych Armia Czerwona, strzegąca wówczas „ładu i porządku społecznego oraz najlepszego z ustrojów” oraz „niedopuszczająca do nas zgnilizny moralnej z Zachodu” pakowała w końcu manatki i wracała wreszcie do siebie. Nikt specjalnie zresztą za nimi nie płakał. Po ich wyjeździe okazało się, że Polska zyskała nagle całkiem sporą ilość terenów, które wcześniej na mapach były białymi bądź zielonymi plamami. Tajemnica wojskowa. Trochę to śmieszne, gdy już dekadę wcześniej satelity szpiegowskie były ponoć w stanie odczytać tytuły gazet czytanych na ławce w parku… Nie ma zresztą tu nic do rozumienia.

Tak, właśnie trafiłem na dawny poligon. Wojsko nie robiło tu nic od dłuższego czasu, ludzie nie zaglądali tu wcale. Bo i po co? Idealne miejsce na relaks i wyciszenie. Niesamowite tym bardziej, że w aglomeracji kilkadziesiąt kilometrów dalej żyje ponad pół miliona ludzi. A tu nie ma nikogo. Żadnych wiosek, nic. Można było zaszyć się tu na całe dni, pamiętając jednak ciągle, gdzie właściwie się jest:

dscn6661

Pamiątki z przeszłości:

dscn6444

dscn2196

Więcej pamiątek.

dscn2148

dscn2934

Panorama poligonu. Tylko las i las.

dscn2137

dscn2140

Jeszcze więcej przyrody.

dscn2205

dscn2711

dscn2713

dscn2916

dscn2929

dscn2935

Stare zabudowania gdzie wielokrotnie chroniłem się przed deszczem:

dscn6664

Drogi bardzo różne. Od świetnego asfaltu, poprzez dziurawe ale również bitumiczne, betonowe płyty, leśne dukty aż po kopny piasek. Do wyboru, do koloru.

dscn6450

Do dziś uważam to miejsce za jedno z najciekawszych jakie udało mi się odwiedzić na motocyklu, mimo iż położone było zaledwie kilkadziesiąt kilometrów od mego ówczesnego domu. Ale  przecież przygody nie mierzy się w kilometrach.