Month: Kwiecień 2015

Willa Borg

DSCN8404

Z Nennig jadę teraz w kierunku Perl. Plus tej sytuacji jest taki, ze wiatr nie wieje już od czoła, tylko nieco z boku a czasem także z tyłu. Wtedy nawet udaje mi się rozpędzić zaprzęg do „cywilizowanych” prędkości, przynajmniej na głównej szosie. O takiej drobnej niedogodności jak „zawiewanie” spalin przez wiatr, dzięki czemu podróżuję monetami w obłoku dymu z własnych rur wydechowych nawet nie ma co wspominać. Kto jeździł dwutaktem, ten wie. „Najkrótsza droga” zaproponowana przez nawigację jest dość zaskakująca. Szosa jest tak wąska, że chwilami wymijanie staje się problematyczne. Cóż, jak powiedział kiedyś klasyk: „zaprzęg motocyklowy w idealny i całkowicie genialny sposób łączy w sobie wszystkie najgorsze wady samochodu i motocykla, tracąc jednocześnie zalety każdego z nich”. Klasyk trochę przesadził. Nie jest wcale tak źle. Poza tym w tego typu pojazdach walory użytkowe dawno ustąpiły już miejsca czemuś trudno mierzalnemu, jednak jak najbardziej realnemu: przyjemności i radości z jazdy. Jeśli przyjąć, że jazda motocyklem solowym leży gdzieś w okolicy maksimum doznań, to dla zaprzęgu brak miejsca na tej skali. Urocze, wiejskie dróżki mają niestety swój koniec. Wjeżdżam do Perl. W miasteczku, z racji jego przygranicznego położenia, ruch samochodowy jest ogromny. Stary motocykl z wózkiem raczej kiepsko się w nim czuje. Niestety, okazuje się, że trzeba przebić się niemal przez całą miejscowość. Z ulgą zjeżdżam na wąską dróżkę prowadzącą do wioski Borg. Tu kilka razy zdarza mi się pobłądzić, bowiem szosa kilka razy gwałtownie zmienia swój kierunek. Jednak wreszcie trafiam na właściwą drogę. Kilka kilometrów wśród pól i łąk pozwala odpocząć od ulicznego zgiełku. Na samym końcu wąziutkiej dróżki czeka miła niespodzianka. DSCN8402 Jest nią park archeologiczny „Villa Borg”. Ponad 100 lat temu odkryto w tym miejscu pozostałości wiejskiej willi z czasów rzymskich. Wykopaliska rozpoczęto jednak dopiero w 1987 roku. Wkrótce okazało się, że willa wraz z przylegającymi do niej budynkami zachowała się w tak dobrym stanie, że możliwa jest jej całkowita rekonstrukcja! DSCN8404 Dzięki temu można przenieść się w czasie i na własnej skórze doświadczyć, jak żyło się na dalekiej rzymskiej prowincji niemal dwa tysiące lat temu. Można się bardzo zaskoczyć. Na teren dawnej posiadłości wchodzi się przez bramę. Wstęp jest płatny i kosztuje 5€. Podobno normalnie wejściówka jest dwa razy droższa, ale trafiłem na wiosenną promocję. Tak czy owak warto. DSC_7928 Po przejściu przez bramę można dopiero oszacować rozmach całego założenia. Willa wraz z przyległymi ogrodami zajmuje obszar 7,5 ha. Sam budynek składa się z budynku głównego oraz dwóch skrzydeł. Środkowa część pełniła funkcję mieszkalną, ale przede wszystkim reprezentacyjną. Prawe skrzydło pełniło funkcje mieszkalne. Z „technicznego” punktu widzenia najciekawsze było skrzydło lewe, w którym znajdowały się toalety, łaźnie, kuchnia i jadalnie. DSC_7819 DSC_7853 DSC_7858 DSC_7819

Nad basenami wypoczywają nimfy… Główny holl ma około 100 m2 i służył do przyjmowania gości. Bezpośrednio z niego można dostać się do innych pomieszczeń, dawniej mieszkalnych a dziś pełniących funkcję muzeum. W jego zbiorach znajdują się liczne znaleziska z terenu willi.

DSC_6812 DSC_6815

Ciekawostką jest „muzeum żywe”, czyli wystawa na której samemu można „podotykać eksponaty”. W tym miejscu można spróbować swych sił w dawnym warsztacie tkackim. Tak na marginesie – była to jedyna praca fizyczna, która „przystawała” wolnej kobiecie. W bogatych domach było to zasadą, w mniej zamożnych – w teorii.

DSC_7917 DSC_7919

Jak zabijano nudę 2000 lat temu? Podobnie jak dziś – grano w różne gry. Najpopularniejsza była gra w kości, jednak nie bardzo wiadomo jaki system punktacji wówczas stosowano. Oprócz zwyczajnego rzutu kośćmi z kubeczka praktykowano bardziej skomplikowane wersje tej gry: rzut na specjalną planszę w kształcie trójkąta z ponumerowanymi polami lub poprzez specjalną wieżę z systemem schodków wewnątrz. DSC_6862 Inną grą bardzo popularną grą, tym razem planszową, której pozostałości znajduje się na terenie całego  imperium, jest „Tabula Lusoria”, czyli rzymska wersja gry w „kółko i krzyżyk”. W skrócie: polega ona na takim ustawieniu swoich trzech pionów, aby utworzyły one linię prostą. W przeciwieństwie do naszej wersji gry w „kółko i krzyżyk”, jej rzymski odpowiednik nigdy nie kończy się remisem.

DSC_6820 DSC_6861

Spacer po muzeum:

DSC_6816 DSC_6823  DSC_6828 DSC_6831  DSC_6836 DSC_6842  DSC_6848 DSC_7901  DSC_7902 DSCN7706

Powszechnie wiadomym jest, że rzymianie czcili wiele bóstw. Jednak to nie wszystko. Powszechnie czczono również bóstwa opiekuńcze, zwane „Larami” i „Penatami”. Lary były bóstwami opiekuńczymi domu oraz szczęścia. Według wierzeń, były one duchami przodków. Posiadały one w domach swoje kapliczki w „atrium” a czasem nawet specjalne pomieszczenie – „lararium”. Przykład lararium (kopia lararium pompejskiego): DSC_7920 Ołtarzyk w lararium w willi Borg: DSC_6952 Nieprzypadkowo na obydwu malowidłach występuje postać węża. Był on w starożytnym Rzymie symbolem szczęścia, urodzaju i płodności oraz trzymał pieczę nad pomyślnym losem całej rodziny. Czyli całkowicie odwrotnie niż w mitologii żydowskiej. Oprócz „Lar” domowych występowały i inne, mające opiekować się marynarzami, żołnierzami, rolnikami, strażniczki dróg i rozstajów (wtedy posiadały na rozstajach dróg swoje kapliczki) a także dobre duchy miast czy całego państwa. Niesamowite wrażenie robi dawna kuchnia. Bez dużej przesady można powiedzieć, że byłaby ona uznana za luksusową jeszcze w dużej części domów w drugiej połowie XX wieku!

DSC_6904 DSC_7821 DSC_7822 DSC_7825 DSC_7830 DSC_7833 DSC_7841 DSC_7843

Wyposażenie wyposażeniem ale co jadano i pijano w bogatszych domach 2000 lat temu? Zacząć należy od tego, że jadano zwykle trzy posiłki dziennie – czyli tak jak dziś. Z tą drobną różnicą, że głównym posiłkiem była kolacja. Każdy posiłek zaczynał się od przekąski, którą z reguły były jajka, kończył się zaś owocowym deserem. Stąd też rzymskie powiedzenie: „ab ovo usque ad mala”, czyli „od jajek do jabłek”, oznaczające że daną sprawę należy załatwić od początku do końca. Podstawą każdego dania był chleb z różnych rodzajów mąki. Z warzyw używano kapusty, sałaty, porów a także czosnku i cebuli, które uważano za rośliny mające wyjątkowe właściwości. Z mięs serwowano głównie wieprzowinę, wołowinę, dziczyznę i ryby. A może wypadałoby powiedzieć: przede wszystkim ryby. Danie główne składało się zwykle z mięsa lub ryb z warzywami. Znano również produkty mleczne i sery, chociaż nie używano masła. Specjalną przyprawą rzymskiej kuchni było „garum”, czyli sos rybny, wzmacniający smak potraw. Była to przyprawa droga i produkowana w specjalnych zakładach według tajnych receptur. „Garum” uważane było zresztą również za środek leczniczy. Każdy posiłek był obficie zakrapiany winem z miodem. Szczególnie ceniono wina aromatyzowane mirrą lub nardem a także żywicą i trzciną. W tym samym celu dodawano także imbir, szafran i kopytnik. Picie wina nierozcieńczonego uważano za duży nietakt. Wino przechowywano w amforach. Drewniane beczki klepkowe są wynalazkiem celtyckim i pojawiły się w rzymskich spiżarniach stosunkowo późno. Kontaktom z celtami rzymianie zawdzięczają również piwo, mimo iż znane było ono już im już wcześniej. Co prawda oficjalnie gardzono nim, twierdząc że to „napój barbarzyńców” i „bezsensowne marnowanie dobrego ziarna”. Warto jednak nadmienić, że było ono ulubionym napojem Juliusza Cezara i jego legionistów. Cezar zresztą uważał je za napój niezwykły, który zapewniać miał Galom słynną odwagę i niespotykaną waleczność. Mimo tego jednak najpopularniejszym napojem w Imperium Romanum pozostało wino.

Z kuchni pora udać się do łaźni.

DSC_6928 DSC_6933

Na początek przebieralnia wraz z podręcznym zestawem kosmetyków. Zanim przejdziemy dalej, mijamy niewielkie pomieszczenie – to toaleta.

DSC_7865 DSC_7868

Tak, wiem. Minimum intymności może nie zapewnia, chociaż w czasach Imperium nikomu to nie przeszkadzało. Toaleta była wówczas doskonałym miejscem spotkań i wymiany poglądów. Coś jak dziś kawiarnie 😉 Ustęp jest stale spłukiwany bieżącą wodą. 2000 lat temu na dalekiej rzymskiej prowincji! Jak sobie przypomnę jeszcze nie tak dawne drewniane sławojki…

Dalej przechodzimy do pomieszczenia do zimnych kąpieli (frigidarium).

DSC_6929 DSC_7869

Za nim znajduje się łaźnia z gorącą wodą (caldarium).

DSC_7874 DSC_7893

Warto wspomnieć, że w średniowieczu, czyli 1000 lat później nawet król czy cesarz zażywał kąpieli w drewnianej balii! Niezbyt często zresztą; średniowiecze miało ogólnie niechętny stosunek do higieny. Zupełnie odwrotnie do antyku. Dalej mamy pomieszczenie do wypoczynku „tepidarium”  z ogrzewaniem podłogowym (hypocastum).

DSC_7876 DSC_7888

Słowo „hypocastum” oznacza dosłownie „podogień”. W pomieszczeniu ogrzewanym tym systemem podłoga była podniesiona około 80 cm powyżej poziomu gruntu i wsparta na szeregu podpórek zwanych pilae. Przestrzenie pomiędzy nimi tworzyły system kanałów powietrznych, które wypełniało gorące powietrze ze specjalnego pieca.

DSC_7877 DSC_7878

System ten zapewniał duży komfort, jednak był kosztowny oraz wymagał stałego dozoru. Mimo tych wad przetrwał upadek imperium rzymskiego i stosowany był z niewielką modyfikacją aż do XVI wieku w klasztorach, zamkach (zamek w Malborku), a nawet w miejskich kamienicach (Toruń). Średniowieczna modyfikacja polegała na dodaniu do starożytnego hypocastum „akumulatora ciepła”. Za tą mądrą nazwą kryły się… polne kamienie, które rozgrzane w ogniu paleniska oddawały później ciepło powietrzu wypełniającemu kanały w podłodze. System przegrał z piecem kaflowym, tańszym, prostszym i ekonomiczniejszym.

Przyznaję, że jestem nieco oszołomiony stopniem zaawansowania rzymskiej techniki. Dla odmiany rzymskie ogrody:

DSC_7921 DSC_7922 DSC_7925 DSC_7935

Jak to się mogło stać, że tak wysoka cywilizacja upadła a ludzkość musiała cofnąć się w rozwoju o całe stulecia? Po wizycie w Willi Borg chyba nigdy nie przestanie mnie to zadziwiać.

Rzymski pałac Nennig

DSCN8411

Kwietniowe słońce, mimo wczesnej pory, grzało już całkiem mocno. Na tyle mocno, że wypychając zaprzęg z garażu zacząłem na serio zastanawiać się, czy aby nie przesadziłem z ubraniem. Jednak za dużo grubej odzieży to nie problem. Zawsze można coś zrzucić. Gorzej w drugą stronę. Niestety, kwietniowa pogoda pokazała, na co ją stać. Kilka godzin później nadciągnęły chmury i chociaż nie padało, to nagle zrobiło się bardzo chłodno a ja zacząłem naprawdę żałować, że nie wziąłem jeszcze więcej ciepłych ubrań oraz zimowych rękawic. A miało być tak cudownie… Na dodatek z silnika zaczęły dobiegać specyficzne odgłosy. Wskazywały one, że jednostka napędowa pracuje z największym wysiłkiem. Czyżby działo się coś niedobrego? Po zatrzymaniu okazało się, że z zestawem jest wszystko w porządku. Przyczyną dziwnych odgłosów silnika był silny wiatr. Niestety, wózek – a w szczególności jego niemal pionowa szyba, to duża powierzchnia czołowa. W sumie to mogłem ją zdemontować i zostawić, jednak jeszcze kilka godzin temu było bezwietrznie… A teraz nie mam jak. Wszystkiego, panie, nie przewidzisz. Pozostaje męczyć silnik i siebie, drąc na trójce pod górę i zjeżdżając na czwórce, przy czym nawet wówczas zestaw nie bardzo ma ochotę się rozpędzać. Mam tylko nadzieję, że przy nieco większej prędkości i niższych obrotach uda się chociaż trochę schłodzić spracowany silnik. Na chwilę zatrzymuję się we francuskiej wiosce pod miniaturką wieży Eiffla. Byłem tu już kiedyś, kilka lat temu. Jest to bardzo ciekawe miejsce i nie chodzi bynajmniej o samą wieżę. To tutaj stykają się granice trzech państw-Francji, w której się obecnie znajduję, Luksemburga kilkadziesiąt metrów dalej za rzeką Mozelą oraz Niemiec, znów kilkadziesiąt metrów w prawo. Gdyby ktoś powiedział mi 15 lat temu, gdzie będę podróżował (i czym), to na pewno bym  nie uwierzył… DSCN8418 Dalej jadę w stronę Niemiec. Wiejskie drogi wiją się wśród wzgórz. Pagórki pokryte są mozaiką lasów i pól. Czuć już wiosnę. Drzewa całe w pąkach i kwiatach, na polach już niedługo zakwitnie rzepak. Od czasu do czasu czuć przemiły, słodki zapach, delikatny ale jednak wyraźny. Dochodzi od strony lasu. To podobno mech tak pachnie. Kto by pomyślał. Lasy się kończą. Ostatnie zakręty wiejskiej szosy. Następnie skrzyżowanie z drogą główną. Z niej można dojechać do węzła autostradowego albo do jednej z ostatnich wiosek – Nennig. Skręcam w kierunku wsi. Znajdują się tu jedne z najciekawszych zabytków z czasów rzymskich po tej stronie Alp. Kilkaset metrów przed wsią daje się zauważyć ciekawy kopiec – pagórek. DSCN8411 Dawne podania mówiły, że mieszkały w nim krasnoludy i elfy. W rzeczywistości jest to kurhan – grobowiec z czasów rzymskich. Rzymianie władali tym terenem od I w p. n. e. aż do V w n. e. Sam kopiec zwany jest przez mieszkańców „Mahlknopf” i współcześnie datowany jest na II wiek n. e. Jest konstrukcją ziemną jednak prawdopodobnie w czasach swojej świetności wyłożony był warstwą wapienia. DSC_7577 Średnica jego to około 44,5 metra a wysokość dochodzi do 10 metrów, co daje łącznie około 30 000 metrów sześciennych ziemi. Podobno otwarto go w 1819 roku, przy okazji odnajdując wyroby ze szkła, ceramikę i żelazny miecz. Jednak przedmioty te zaginęły bez śladu. DSCN8409 Bardzo prawdopodobne jest, że jest to miejsce ostatniego spoczynku dawnych właścicieli pobliskiej willi rzymskiej, od której dzieli mnie już tylko kilkaset metrów. DSCN8407 Wśród ciasnej zabudowy wsi Nennig wprawne oko wypatrzy niepozorną bramę. Może trudno w to uwierzyć, ale znajdują się tu pozostałości jednej z największych rzymskich willi na północ od Alp. DSC_7632 Chociaż „willa” to zbyt małe słowo dla tej budowli. Sam tylko budynek główny miał 140 metrów długości a powierzchnia hollu to, bagatelka, co najmniej 160 metrów kwadratowych. A do tego należy dodać jeszcze kuchnię, łaźnię oraz spinające to wszystko w jedną całość łączniki!

DSC_7622 DSC_7630 DSC_7618 DSC_7619

Tak wyglądał pałac w czasach swojej świetności:

DSC_7594 DSC_7606

Jak to zwykle bywa, pozostałości pałacu odkryto zupełnym przypadkiem. W 1852 roku pewien rolnik, (o ironio) podczas kopania buraków natknął się na kolorowe kamyki które układały się w obraz przedstawiający lwa i strażnika. W latach 1866-76 przeprowadzono tu pierwsze prace archeologiczne, w wyniku których odkryto pozostałości jednego z największych domów rzymskich w tej części świata a także największe i najlepiej zachowane mozaiki podłogowe. Kompletność ich wynosi ponad 90%. Brakuje tylko jednego fragmentu, w miejscu którego umieszczono napis upamiętniający ich odkrycie i rekonstrukcję. DSCN8116 DSCN8117 DSC_7593 DSC_7616

Możemy zobaczyć „typowe rozrywki” tamtych czasów: walki gladiatorów, polowanie na zwierzęta, krwawe walki zwierząt.

DSC_7586 DSC_7588 DSC_7599 DSC_7600 DSC_7611 DSC_7589

Widząc na mozaice lwa tarmoszącego oderwaną, krwawiącą głowę innego zwierzęcia, walki ludzi na śmierć i życie ku uciesze gawiedzi czy szlachtowanie zwierząt dla rozrywki przypomina mi się niedawna rozmowa ze znajomym na temat „dzisiejszego upadku obyczajów”, poruszonego jakimś debilnym „szoł” w telewizji. Cóż, tania sensacja zawsze dobrze się sprzedawała, sprzedaje i najprawdopodobniej tak już pozostanie. DSC_7612 Z drugiej strony patrząc, jedyną powszechnie dziś akceptowalną formą rozrywki z tamtych czasów są muzykanci… To w sumie pocieszające. Oznacza że jako ludzkość jednak złagodnieliśmy. DSCN8147

Kamienie na granicy

Zdjęcie0027

Dziś granica pomiędzy Niemcami a Francją istnieje tylko jako linia na mapie. Stare budynki graniczne stoją puste lub zmieniły całkowicie swoje przeznaczenie, zniknęły szlabany i kontrole…

Nie znaczy to, że zawsze tak było. Przypominają o tym chociażby nieliczne już umocnienia „Linii Zygfryda” po stronie niemieckiej oraz potężne schrony i bunkry słynnej „Linii Maginota” na terytorium francuskim.

Złe czasy poniekąd już minęły, jednak samo pojednanie jest procesem długofalowym, pracochłonnym i wymaga chęci z obu stron. Cienie przeszłości kładą się na wzajemnych stosunkach pomiędzy narodami do dziś.

Sama granica w tym miejscu przebiega przez rozległe pustkowia z porozrzucanymi gdzieniegdzie wioskami. Teren jest lekko pagórkowaty a dominującym elementem krajobrazu są pola i łąki.

I kamienie. Tak, kamienie.

Zdjęcie0027

W 1986 roku rzeźbiarz Paul Schneider zorganizował sympozjum rzeźbiarskie, na które zaprosił kolegów po fachu z Niemiec, Francji, Luksemburga i Szwajcarii.

Zdjęcie0023

Wykonane wówczas rzeźby zostały ustawione przy polnej drodze biegnącej wzdłuż granicy pomiędzy obydwoma krajami. Nieme kamienie jako symbol przyjaźni i wzajemnego zrozumienia, harmonijnie wkomponowane w otwartą przestrzeń.

DSC_4006 DSC_4012

Podobna inicjatywa pojawiła się po stronie francuskiej. Obecnie, po szóstym sympozjum galeria „w szczerym polu” liczy już sobie 30 rzeźb wykonanych przez 28 artystów z całego świata.

DSC_4016 DSC_4017

Od 2002 roku oba projekty zostały ze sobą połączone i poświęcone pamięci artysty Otto Freundlicha, pacyfisty i wizjonera, który chciał przez sztukę połączyć kraje i narody. Projektu tego nie udało mu się zrealizować. Zginął zamordowany w obozie koncentracyjnym na Majdanku w 1943 roku.

Zdjęcie0030

Jak długo jeszcze „Kamienie na granicy” będą cieszyć nasze oczy – nie wiadomo. Ich niepowtarzalny charakter jest obecnie zagrożony przez plany budowy w tym miejscu farmy wiatrowej…