Month: Lipiec 2018

Teoria Wielkiej Ucieczki

DSC_1724

Kluczyki, dokumenty. Co jeszcze? Powycierana skórzana kurtka ramoneska. Co ciekawe, mając w szafie różne gore-texy i inne high-texy używasz starej wyświechtanej skóry. Zresztą, nie tylko od święta. Także na co dzień. Stare glany z czerwonymi sznurówkami, pamiętające na pewno okres studiów.  Czerwone sznurówki oznaczały ponoć anarchię. Dziś już nie bardzo wiesz, co to w twoim przypadku ma znaczyć, ale skoro są to niech zostaną.

DSC_1717

W garażu podchodzisz do najmniejszego motocykla. Lekkie pohuśtanie maszyną aby wymieszać olej z paliwem w zbiorniku. Co prawda od lat nie trzeba już tego robić, bo współczesne oleje mieszają się z benzyną same w wystarczającym stopniu, jednak nawyk pozostał. Przy okazji, po chlupotaniu, jego głośności i odstępach miedzy falami uderzającymi o ścianki można określić, ile cieczy pędnej jest jeszcze w gąsiorze. Na ucho wychodzi że jest jeszcze około pół zbiornika, może trochę mniej. Oznacza to, że przez jakieś 100-120 km nie trzeba się martwić o paliwo.

DSC_1715

Ustawiasz kranik na „otwarty” a wszelkie inne „wichajstry” na pozycje właściwe, cokolwiek to w przypadku twojego motocykla oznacza. Dla osoby postronnej uruchamianie tego zaprzęgu może przypominać pod względem skomplikowania procedurę startu wahadłowca. Ale to pozory. Tu wszystko jest bardzo proste i logiczne, z tym że:

– instalacja elektryczna uległa daleko idącym modyfikacjom, stąd nic nie jest tu takie jakim być się wydaje;

– gaźnik nie jest tym, jaki przewidział w tym modelu producent;

– układ zapłonowy również;

– również i prądnica uległa wymianie;

– podobnie jak regulator napięcia i część oprzyrządowania…

To jest właśnie to, co fachowo nazywamy „personalizacją systemu”.

DSC_1726

Pamiętasz pewną sytuację z przeszłości, kiedy na zlocie kumple zabrali ci kluczyki od motocykla na wieść o tym, że nudno tu jak nie powiesz gdzie i już masz ochotę wracać. Oraz ich zdumione miny, gdy mimo to odpaliłeś motocykl bez ich użycia, jak gdyby nigdy nic. Niczego przy tym nawet nie musiałeś demontować. Ot, po prostu znasz ten motocykl. Ile to już lat? 12? 15? Czy może 17? W każdym razie kawał czasu razem.

Kask jest nowy. Z interkomem, bluetooth i inne bajery. Dodali w promocji. „Będzie pan zadowolony”, mówili. Jesteś tak zadowolony, że użyłeś tego bodaj raz czy dwa. Bo przecież nie po to wyjeżdżasz motocyklem przewietrzyć umysł po całym dniu pracy, żeby jeszcze w czasie jazdy urządzać sobie w kasku telekonferencje albo sprawdzać aktualny kurs dolara Zimbabwe do rubla czy tam odwrotnie.

Silnik pracuje, wypełniając garaż niebieskim dymem. Jedynka wskakuje z cichym trzaskiem. Kierunek – gdziekolwiek, byle za miasto. Obojętne dokąd. Byle śpiewały ptaki, szumiały łąki i brzęczały owady.

Bo ponoć wszędzie dobrze, gdzie nas nie ma…DSC_1724

Motobajzel Wadgassen Outlet Center 2018

DSC_1149

Życie graciarza to nie tylko niekończące się pasmo radości związane z obcowaniem na co dzień z rupieciami i przyjemności z tym związane. Choćby takie jak: naprawy, remonty, przywracanie do życia i walka z materią. Od czasu do czasu nawet przejażdżka – taki luksus.

O nie. Tak prosto nie jest. Oprócz wspomnianych wyżej przyjemności są też i obowiązki, takie jak aktywne uczestnictwo na motobazarach i innych motobajzlach w poszukiwaniu części do motocykli, o których producenci zdążyli już dawno zapomnieć że takowe kiedyś wytwarzali. Ba, czasem nawet ludzkość zdążyła zapomnieć o rzeczonych producentach, którzy z kolei, zanim pogrążyli się w mrokach historii motoryzacji, sami wcześniej zdążyli zapomnieć o swoich dawnych wyrobach… Jeśli części nie potrzeba, bo nasze graty akurat chwilowo jeżdżą, możemy przecież zawsze nakupić na zapas. Tak na wszelki wypadek. Oczywiście nigdy nie uda się przewidzieć, co w wysłużonej maszynie akurat zepsuje się w następnej kolejności i w związku z tym każdy taki zakup będzie kompletnie nietrafiony i zagracimy sobie w ten sposób pół garażu… Tym niemniej próbować można i nawet trzeba. Strzeżonego ponoć, tego… A jak tego złomu mamy już rzeczywiście tyle, że spokojnie można sklecić z tego dwa kompletne motocykle i jeszcze pół trzeciego, możemy zawsze nakupować pierdół. Tudzież kolejnego złoma do reanimacji.

I właśnie z myślą o pierołach, ewentualnie o kolejnym rupieciu – bo tego, jak wiadomo, nigdy dość – udałem się wcześnie rano do Wadgassen, na trzeci już z kolei Motobajzel.

Tak było:

Dzień spędzony na grzebaniu w śmieciach uważam za bardzo owocny i udany. Przywiozłem ze sobą między innymi dwie stare peruwiańskie motocyklowe tablice rejestracyjne do kolekcji – powoli zaczyna mi już brakować na nie ścian w garażu, oraz, o mały włos – nie przytargałem ze sobą kolejnego motocykla do reanimacji. Zakupu poniechałem dopiero po stanowczym sprzeciwie Małżonki.

Ale to nic. Odbijemy to sobie jakoś.

Bo jeszcze tu kurde wrócimy!

Anatomia muzyki – Mötley Crüe

radio

Lubię swoją pracę. A najbardziej nocną zmianę. W biurze jestem wówczas sam. Oprócz komputerów, faksów, drukarek i telefonów znajduje się tu również nieskomplikowane urządzenie techniczne potocznie zwane radioodbiornikiem. Sam w sobie aparat ten jakimś cudem nie jest. Jednak w połączeniu z pewną stacją radiową, której program bazuje na starych, sprawdzonych, rockowych numerach, proste to urządzenie nadaje życiu sens i kolor, sprawiając że żmudne wklepywanie w system kodów części i podzespołów, które później w cudowny sposób zamieniają się w gotowe samochody, staje się przyjemnością.

To co szczególnie miłe to fakt, że prowadzący audycję wygrzebuje co noc nowe – stare płyty, przez co każdy program jest niepowtarzalny. Jest to zupełnie inny schemat niż ten, którym operuje dziś większość stacji, które puszczają cały czas te same kawałki, powodując w końcu u słuchaczy odruch wymiotny i rozstrój żołądka. Na szczęście „moja” stacja puszcza stare utwory a audycje realizowane są starymi metodami. To się ceni.

Te nocy prowadzący wygrzebał coś znajomo ciekawego. Krótką chwilę zajęło mi skojarzenie, co to za utwór. Zaczyna się odgłosem uruchamianego silnika motocyklowego. Potem mamy charakterystyczną mieszankę glam i hard-rocka, dobrze wpadającą w ucho. Pewien znajomy twierdził, że słychać tam też szelest banknotów dolarowych – że niby takie komercyjne granie. Nie bez pewnej w sumie racji. Mimo iż zdecydowanie fanem Mötley Crüe nie jestem, ku własnemu zaskoczeniu, zidentyfikowałem utwór dość szybko.  To tytułowy numer z czwartego albumu grupy, zatytułowanego po prostu „Girls Girls Girls”. Tytuł tłumaczy chyba wszystko.

DSC_1615

Chociaż, jak już wspomniałem, fanem Mötley Crüe bym się nie nazwał, to jednak z takowym zdarzyło mi się pomieszkiwać w czasach studenckich pod jednym dachem, w związku z czym dyskografię grupy mam z grubsza opanowaną.

Jak dla mnie Mötley Crüe to w sumie raczej zjawisko niż zespół. Muzycznie prochu nie odkryli. Początek lat 80-tych XX wieku w USA to czasy glam-rocka. W ów nurt grupa wpisała się doskonale. Styl ten przyprawili po swojemu hard-rockiem, dzięki czemu powstała całkiem przyjemna i strawna muzyka. I co najlepsze – dobrze się sprzedawała.

Ale w glam-rocku muzyka to jeszcze nie wszystko. Ważny jest też wygląd i styl bycia. Tu chłopaki z Mötley Crüe byli nie do pobicia. Szczególnie jeśli chodzi o to drugie. Pal sześć te dziwaczne stroje, wysokie koturny czy wymyślne makijaże. Ale ten styl życia!

Już w pierwszych latach kariery, podczas trasy koncertowej po Kanadzie dali taki popis, przy którym  wyczyny dawniejszych gwiazd rocka były dziecinnymi igraszkami. Na lotnisku w Edmonton zostali najpierw zatrzymani pod zarzutem „posiadania broni i nielegalnych materiałów”. Tą bronią były najeżone ćwiekami skórzane kostiumy muzyków, w których umyślili sobie przemaszerować przez bramki na lotnisku. „Nielegalne materiały” zaś to pornole, które zajmowały większą część bagażu podręcznego Vince. Następnie muzycy zdemolowali pokój hotelowy i wyrzucili z niego przez okno telewizor, co wraz z innymi wybrykami zaowocowało „zaszczytnym” , dożywotnim zakazem przebywania na terenie miasta Edmonton. Dalej, rzecz jasna, było tylko lepiej. To znaczy gorzej.

Bowiem dekadencja, posunięta aż do samodestrukcji była przez lata znakiem rozpoznawczym muzyków z Mötley Crüe. Gorzała lała się szerokimi strumieniami, nie tylko zresztą podczas tras koncertowych. Muzycy dawali w kanał z tych samych strzykawek i spali z tymi samymi dziewczynami. Alkohol, seks, dragi i motocykle to był motor napędowy zespołu.

DSC_1622

W miarę upływu czasu tempo życia muzyków wcale nie słabło. Było wręcz przeciwnie. Doszło w końcu do tego, że Neil, będąc w stanie wielokrotnie wskazującym, uczestniczył w wypadku ze skutkiem śmiertelnym a ofiarą był muzyk z innego zespołu. Jakiś czas później Nikki przedawkował heroinę. Lekarz stwierdził śmierć i zaczął wypisywać akt zgonu. Jeden z sanitariuszy zaryzykował jeszcze podanie adrenaliny. Dwa zastrzyki dosercowe wzbudziły muzyka ze stanu śmierci klinicznej. Nikki chyba niespecjalnie się tym przejął, skoro tryb życia członków zespołu się nie zmienił. A przynajmniej nie na lepsze.

W końcu odwołano trasę koncertową po Europie. Istniało bowiem pojrzenie, graniczące z pewnością, że muzycy, jeśli z niej powrócą, to w plastikowych workach.

Po odwyku dobra passa Mötley Crüe trwała jeszcze jakiś czas, aż do połowy lat 90-tych, gdy wszystko powoli zaczęło się psuć. Paliwo napędzające zespół wyczerpało się a kolejne wydawnictwa nie spełniały pokładanych w nich nadziei i pod koniec 2015 roku przestał istnieć.

Jednak jakiej miary by nie przyjąć, nie da się ukryć że zespół odniósł niebywały sukces. Ponad 100 milionów egzemplarzy sprzedanych płyt – to robi wrażenie.

Kilka płyt Mötley Crüe udało mi się zlokalizować również w swoich własnych zbiorach. Wśród nich wspomniany na początku wpisu „Girls Girls Girls”. W całkiem zresztą ciekawym wydaniu CD z 2000 roku, które imituje płytę gramofonową.

DSC_1620

Powoli odświeżam sobie ich dyskografię.

A na koniec oficjalny teledysk do utworu „Girls Girls Girls” z najlepszych albo najgorszych czasów Mötley Crüe. Zależy jak patrzeć link ->

Sex, drugs and rock’n’roll. And motorcycles, of course 😉

Muzyka