Month: Listopad 2021

Amerykański Sen – Navy Pier

img20200727_17174050

Któregoś dnia, podczas przerwy na lunch kumpel z pracy zagaił:

– Ty podobno jesteś biolog, tak?

– Teoretycznie – odpowiedziałem taktycznie, nie bardzo wiedząc, o co mu chodzi.

W takich sytuacjach trzeba się asekurować. Bywa bowiem i tak, że po takim pytaniu koledzy przyniosą ci jakiegoś robala wielkości pół talerza i później będą się nabijać, że nie znasz fauny innego kontynentu. A seriale telewizyjne przyzwyczaiły ludzi do tego, że jak ktoś jest „naukowcem” to automatycznie i natychmiast zna się na wszystkim. Śpiewa, tańczy, recytuje…

– Pytam – powiedział kolega, nie przerywając jedzenia – bo nie wiem, czy byłeś już w Field Museum.

– Nie byłem – odpowiedziałem zgodnie z prawdą. O jego istnieniu wiedziałem, jednak nigdy nie miałem okazji tam być.

– A więc załatwione. Mamy plan na weekend – ucieszył się.

Bardzo lubię tą bezpośredniość. Tu ludzie nie bawią się w jakieś podchody, mówią co myślą i czego chcą wprost. To cecha której warto się nauczyć, bo na dłuższą metę bardzo ułatwia i upraszcza życie.

W sobotę, tak jak to było wcześniej umówione, pojechaliśmy do Downtown. Tym razem „skrótami”, o których istnieniu nie miałem zielonego pojęcia.

img841

Ten cudzysłów jest w pełni zasłużony, bowiem według mojej oceny wyszło dłużej niż normalnie.

img843

Kumpel jednak uparcie twierdził, że wszystko jest jak najbardziej OK. Jak dla mnie nie ma problemu, zwiedzanie podziemi Chicago jest ok, „kruzing” też jest fajną sprawą.

img680

O samym Field Museum można by dużo pisać. Faktem jest, że obiekt jest nieporównywalny z niczym, co do tej pory miałem okazję zwiedzać.

img753

Wizyta w tym obiekcie wprawiła mnie jednak w dość markotny nastrój. Po części dlatego, że kolega pochwalił się kasjerce, że jestem studentem doktorantem i automatycznie dostałem bilet ze zniżką, zanim zdążyłem cokolwiek powiedzieć.

– O co ci chodzi? Jesteś studentem to ci się należy – skwitował kolega.

Tak i nie. Nie pierwszy i niestety nie ostatni raz przyszło mi się zmierzyć z faktem, że pewne typowo polskie „standardy” będą dla innych nacji kompletnie niezrozumiałe i wytłumaczenie tego stanu rzeczy może być naprawdę dużym wyzwaniem.

Ten melancholijny nastrój nie pozostał niezauważony.

img704

img705

img706

Podczas obiadu na Navy Pier, który wymusiłem w ramach rewanżu za ten zniżkowy bilet wstępu do muzeum, kumpel zapytał wprost:

– Jedziesz czy zostajesz?

Znowu ta amerykańska bezpośredniość. Doskonale wie, że kończy mi się czas pobytu. Oraz że wielu obcokrajowców decyduje się w tej sytuacji na jego nielegalne przedłużenie. Oczywiście też biłem się z myślami. Bo każda decyzja którą trzeba podjąć niesie za sobą negatywne konsekwencje. I co tu teraz odpowiedzieć?

– Wybieraj tak, żebyś później nie żałował.

Wybór nie jest tak oczywisty, jakby się mogło wydawać. Poznałem już kilku takich, którzy wybrali. nielegalny pobyt w USA. Z jednej strony pracują legalnie, płacą podatki i rozliczają się z nich, nabywają i wynajmują nieruchomości, kupują samochody. Niby normalne życie, ale jednak nie. Bo w każdej chwili może „przypomnieć sobie” o nich urzędnik imigracyjny i wysłać ich w podróż w jedną stronę do ojczyzny. Bez prawa powrotu do USA. Tak więc żyją sobie z dnia na dzień, nie otwierają drzwi osobom, z którymi wcześniej nie byli umówieni, nie odbierają telefonów poza tymi uzgodnionymi wcześniej, nie pojawiają się w miejscach „newralgicznych”, gdzie możliwość spotkania urzędnika jest duża. Nie znając dnia ani godziny. Będąc de facto uwięzionymi w Stanach Zjednoczonych, bo wyjechać stąd też nie mogą. Chyba że na zawsze.

Ja tak nie chciałem. Decyzję już podjąłem. Mam już nawet bilet na samolot. Powiem, ale później. Jeszcze nie teraz.

Ale już się chyba domyślał. Za długo mnie znał.

img20200425_20070651

Listopadowe rozmyślania

img20200727_17174050

Pierwsze zdziwienie – że to już. Tak, właśnie człowiek uświadamia sobie ze zdumieniem, że to już w zasadzie koniec roku. Jak to zwykle bywa pod koniec sezonu, chciał czy nie chciał, następuje małe podsumowanie. Zwykle polega ono na wyliczaniu, czego to znowu nie udało się w tym roku dokonać, a co sobie obiecywaliśmy już od dawien dawna.

DSC07762

W tym roku będzie jednak inaczej. Początek sezonu zaczął się wyjątkowo pechowo. Tak więc fakt, że udało się zrealizować cokolwiek, graniczy z cudem.

DSC_3949

Kolejny dziwny rok uczy jednego. Że nie warto niczego planować. Bo wbrew temu, co mówią różnej maści „kołcze”, okazuje się, że człowiek na wiele rzeczy nie ma żadnego wpływu.

DSC07813

I tym optymistycznym akcentem…

O książce „8 tysięcy mil motocyklowej przygody”

img20200704_19452816

Ciekawych czasów dożyliśmy. Transmisję z meczu naszej reprezentacji, które to widowisko tradycyjnie streścić można jednym zdaniem: „niby człowiek wiedział, a jednak się łudził” zobaczymy zawsze. Natomiast o takim wydarzeniu, jak udział polskiego Sokoła w prestiżowym, wytrzymałościowym wyścigu Cannonball 2014 nie zająknie się nikt.

Na szczęście współczesna technika pozawala nam oglądać wydarzenia, którymi nie zainteresują się żadne oficjalne media w kraju. Tak też było z rzeczonym wyścigiem. Relację można było za to śledzić na bieżąco na fejsbuku. Nasi plamy nie dali – i to pod żadnym względem.

Jakiś czas później, w ramach akcji „przeżyjmy to jeszcze raz”, ukazała się książka Leszka Domagały, pod wszystko mówiącym tytułem „8 tysięcy mil motocyklowej przygody”. Książka to w zasadzie kronika rajdu, ale także pamiętnik oraz dziennik podróżny w jednym.

DSC_5715

Mamy więc opis trasy rajdu oraz stanów, przez które aktualnie przebiega wyścig. Dla człowieka, który nigdy w USA nie był, odległości o których mówimy, są niewyobrażalne. Dlatego też każdy rozdział poprzedza krótki wstęp „geograficzno – historyczny”, który ten ogrom przestrzeni pozwala sobie uzmysłowić. Jak mawiał Klasyk: „podróż, która niczego nie nauczyła, to tylko stracone paliwo”.

Oczywiście osią całej tej historii jest wyścig Cannonball 2014 i startujący w nim Sokół M111. Maszyna, której nie dało się nie zauważyć. Po części jest to związane z jej unikatowością, wspaniałą jazdą, bez straty mili czy punktu, rewelacyjną ekipą oraz perfekcyjnym przygotowaniem zaplecza.

Zaplecze zaś to nie tylko transport oraz warsztat z częściami zamiennymi i rękami do pracy przy maszynie. To także „części aluminiowe”, czyli puszki z polskim piwem, pozwalające odstresować się po ciężkim dniu, oraz pomagające w rozmowach i dyskusjach z innymi uczestnikami wyścigu. W myśl starej zasady mówiącej, że na trasie jesteśmy rywalami, ale poza nią pozostajemy przecież przyjaciółmi.

Tym co czyniło naszą ekipę wyjątkowo widoczną, były imprezowe gadżety. To koszulki i smycze z Sokołem i trasą rajdu, w których paradowała później połowa uczestników. Ktoś powie, że to nic wielkiego. Zgadzam się. Trochę podobnie jak z kołem. Też przecież nic specjalnego. Tyle tylko, że trzeb było na to wpaść, zaprojektować, wyprodukować oraz przetransportować za Ocean. W bagażu podręcznym. Dokumentacja fotograficzna imprezy pokazuje zaś dobitnie, że pomysł raczej był mocno odosobniony, bo nie wpadł na niego nikt więcej.

Oczywiście, gdyby komuś zależało na czepianiu się, to rzecz jasna można. Dla chcącego nic trudnego. Można Autorowi wytknąć literówki w tekście, czy pewne drobne niezręczności językowe… Nie wiem, czy nie jest to zresztą tylko cecha pierwszego wydania tej książki. Można, tylko szczerze mówiąc, w tej formie relacji z rajdu i zapisków z podróży takie drobiazgi nie tylko nie przeszkadzają, ale dodają całej książce autentyczności. Czuje się, że jest to tekst który powstał w trasie, podczas jazdy, na parkingach i w pokojach moteli, często po całym dniu pracy. Nie ślęczał nad nim sztab korektorów obłożonych słownikami i dobierających najlepsze słowa i zwroty.

DSC_5717

To żywa historia rajdu i podróży przez USA. Wydana w takiej formie, w jakiej powstała. I to się ceni.

Leszek Domagała, 8 tysięcy mil motocyklowej przygody, KSM Radom, 2015

Paliwowy zawrót głowy

img20211109_16423303

Ceny paliw płynnych biją niechlubne rekordy. Kolejna bariera psychologiczna została złamana. Tych barier zresztą już trochę było. Trzy złote, potem cztery, pięć a teraz na totemach pojawiła się i szóstka z przodu. Sytuacja wesoła nie jest i żadnym pocieszeniem jest fakt, że drożyznę powoli zaczynają odczuwać wszyscy. Nawet politycy zauważyli już problem i jednocześnie także szansę na ugranie paru procent w słupach sondażowych, zapowiadając, że gdy tylko dojdą do władzy, to wtedy… Oczywiście, każdy z obiecujących rządził już co najmniej kilka razy, jednak epokowe pomysły dziwnym trafem ma tylko wówczas, gdy jest w opozycji. Gdy miał realny wpływ na politykę, wówczas jakoś drożyzna mu nie przeszkadzała. Ale ja nie o tym.

Niezawodny jest za to humor internautów. W sieci pojawiły się pomysły na to, jak wyrwać dziewczynę na stacji benzynowej. Wystarczy podjechać i krzyknąć do pompiarza, tak aby na pewno wszyscy wkoło usłyszeli:

– Do pełna poproszę!!!

Należy przy tym pilnować, żeby przed wjechaniem na stację poziom paliwa był w okolicach ¾ albo w najgorszym razie połowy zbiornika. Tankowanie do pełna z poziomu rezerwy może spowodować konieczność potwierdzenia w banku kwoty przelewu, która oczywiście nie będzie mieścić się w zadanym limicie.

Podobno na stacjach paliw pojawił się nowy typ „blachar” – „benzyniary”, które nie wypatrują już facetów w drogich samochodach, tylko tych, którzy tankują do pełna. Ładna fura przestała już cokolwiek znaczyć.

img20211109_16442531

Śmiech śmiechem, jednak swego czasu przeżyłem coś podobnego, tylko sytuacja była nieco mniej zabawna. Cena benzyny zbliżała się do 5,50 za litr. Byłem akurat w Polsce, w celu załatwienia kilku spraw. Przy okazji odwiedziny i te sprawy. Tak się złożyło, że w podróży byłem autem na polskich numerach rejestracyjnych, niemłodym już i dodatkowo „mało prestiżowym”, cokolwiek to w sumie znaczy. Odwiedzając tradycyjnie ciotki, wujków, teściów i znajomych wysuszyłem zbiornik praktycznie do zera. Nastał czas powrotu. Nie chcąc tracić czasu, postanowiłem, że nie będę już wracał się do miasta, tylko zatankuję po drodze. Akurat takowa stacyjka znajdowała się niedaleko, w jednej z sennych, podmiejskich wiosek.

Na stacji, o dziwo, był spory ruch. Przy dystrybutorach stało kilka aut, które polska prowincja uważa za „prestiżowe”. Wszyscy tankowali jakieś drobne ilości paliwa, za dwie albo trzy dychy. Większość zresztą LPG albo diesla. Podjechałem pod dystrybutor. Pompiarz spojrzał ma mojego grata na miejscowych tablicach, po czym podszedł do większej „limuzyny”, gdzie widocznie liczył na większy zarobek. Jednak „limuzyna” również tankowała za odliczone skrupulatnie kilkadziesiąt złotych. Wobec tego pompiarz zatankował również drugi samochód, po czym nagle zaczął mi się przyglądać z niekłamanym zdziwieniem. Na liczydle bowiem dawno już przeskoczyły dwie stówy i to nadal nie był koniec tankowania. Mało tego, obok stał przygotowany dwudziestolitrowy kanister. Do przejechania bowiem miałem około 1200 km. Na pokonanie tego dystansu sam zbiornik nie wystarczał. Ale zbiornik plus dwudziestolitrowy kanister już tak. Mógłbym co prawda zatankować te brakujące litry w trasie, jednak szkoda tracić czas na stacji, gdzie trzeba często czekać pod dystrybutorem i potem w kolejce do kasy. A z kanistra można przelać paliwo na pierwszym lepszym parkingu. Praktyka wynikająca z doświadczenia.

Pompiarz w końcu podszedł do mnie, pytając czy może w czymś pomóc. Jednak cały czas zerkał to na mnie, to na mój stary samochód, to na wyświetlacz na dystrybutorze, próbując znaleźć w tym wszystkim jakąś styczną. Nic mu chyba jednak z tego nie wychodziło, bo przestał obsługiwać innych klientów i tylko stał i patrzył. Patrzeć zaczęli też i inni klienci. Liczydło stanęło w końcu i wskazywało niemal czterysta złotych. W tamtym momencie była to mniej więcej jedna trzecia ówczesnej standardowej wypłaty, nie mającej oczywiście nic wspólnego z oficjalną średnią krajową. Jeśli nie więcej.

img20211109_16432484

Zapłaciłem i podszedłem do samochodu, widząc, że wszyscy się na mnie gapią. Nie były to jednak wcale życzliwe spojrzenia.

Przez jakiś czas zerkałem jeszcze w lusterko wsteczne, czy aby „z ciekawości” ktoś za mną nie jedzie. Odetchnąłem jednak dopiero na autostradzie.

Jeszcze raz o ustawieniu wózka bocznego

img20200412_17083925

O tym jak prawidłowo ustawić wózek boczny było mówione już kilka razy. Tymczasem wypadałoby chyba wspomnieć, co się dzieje gdy wózek jest ustawiony źle.

Zbyt duża zbieżność objawia się jako uczucie spychania motocykla przez wózek w czasie jazdy na wprost.

Zbieżność zbyt mała daje znać o sobie gdy zaprzęg ma problem z utrzymaniem kierunku jazdy. Kierowca podczas jazdy na wprost zmuszony jest ciągle korygować tor jazdy przez ciągnięcie kierownicy w kierunku od wózka.

Za duże odchylenie motocykla od wózka powoduje że zaprzęg ma tendencję do skręcania w kierunku od wózka. Zakładamy oczywiście, że zbieżność jest prawidłowa.

Analogicznie, jeśli odchylenie jest zbyt małe, to zestaw będzie skręcał w stronę wozu.

Przy ruchu prawostronnym zestaw z wozem zamontowanym po prawej stronie powinien mieć nieco większe odchylnie niż zaprzęg z wózkiem po lewej stronie.

Zaprzęg z dużym ładunkiem w wózku wymaga przeregulowania odchylenia na nieco większe niż zwykle.

Ciężkie zaprzęgi, np. M-72 z wozem mogą mieć większe odchylenie niż zestawy lekkie (Jawa z Velorexem), gdyż istnieje ryzyko, że lekki wózek na zakrętach będzie się samoczynnie unosił.

img20210412_18220187

Zestaw który z jakichś powodów stracił swą zbieżność na pewno stracił też swoje pierwotne odchylenie. Dlatego przy ponownym regulowaniu zbieżności nie wolno zapominać też o korekcie odchylenia.

Literatura:

Mały poradnik woźnicy #1

Mały poradnik woźnicy #2

Rezerwat Wolferskopf

img20200425_20191896

Paradoksem jest, że zwykle wie się najmniej o rzeczach położonych blisko naszego miejsca zamieszkania, wręcz tuż za miedzą. Przekonałem się o tym wielokrotnie. Tak się bowiem w życiu złożyło, że przeprowadzałem się wiele razy i zawsze chciałem zacząć poznawanie nowego miejsca od najbliższej okolicy. Zwykle próbowałem podpytać miejscowych, jakie atrakcje mogliby polecić. Często jednak padała odpowiedź: „przecież tu nic nie ma”. Oczywiście, zwykle okazywało się, że jak najbardziej jest co zwiedzać. Mało tego; miejscowi później często sami się dziwili, że są tu takie atrakcje. Żeby nie było – wcale nie zamierzam się z tego śmiać. Gdybym bowiem, jako nastolatek, w miejscu w którym mieszkałem od urodzenia przez bite osiemnaście lat miał wskazać pięć atrakcji turystycznych, też bym miał z tym wówczas ogromny problem. Marnym pocieszeniem byłby fakt, że w tamtych czasach ze swobodniejszym podróżowaniem był pewien problem.

Aby uniknąć podobnych wpadek w przyszłości, postanowiłem zwiedzić jedną z większych gór w mojej obecnej okolicy. Nie jest ona największa, najwyższa czy najbardziej stroma i tym sposobem trudna do zdobycia. Wręcz przeciwnie. Wznosi się jakieś 400 metrów nad poziom morza. Jest więc niewysoka, ale za to rozległa. Z jednej strony schodzi aż do rzeki Saary, z drugiej ogranicza ją dolina Haustadt. Góra ta nosi nazwę Fischerberg. A na jej szczycie znajduje się jeden z największych w południowo – zachodnich Niemczech rezerwatów przyrody.

IMG_0350

O poranku postanawiam zaatakować górę od strony zachodniej. Początkowo podjazdy są bardzo strome, jednak im bliżej wierzchołka tym nachylenie się zmniejsza.

IMG_0365

Jest to między innymi zasługą szerokich zakrętów, którymi prowadzi tu droga. Na dole dominują lasy, później łąki. Przed samym szczytem droga jeszcze raz idzie ostro w górę. Wierzchołek znów porośnięty jest lasem.

IMG_0368

Podjazdy tu są wyjątkowo długie, dodatkowo nie można się na nich zbytnio rozpędzić z uwagi na liczne zakręty. Wobec tego warto zerkać na wskaźnik temperatury cieczy chłodzącej.

Wyjątkowość góry bierze się z jej budowy geologicznej. Przypomina ona makowiec – jest podobnie uwarstwiona. Na samym dole znajdują się dwie grube warstwy piaskowca. Dzięki dużej zawartości żelaza ma on specyficzną, czerwoną barwę. Jest on pozostałością po starych górach, które erozja starła na piasek z powierzchni ziemi. Na tych warstwach piaskowca 215 milionów lat temu pradawny ocean osadził kolejne warstwy, tym razem wapienia. Dwie z nich to wapień muszlowy o miąższości kilkudziesięciu metrów. Ostatnia warstwa wapienia to z kolei dzieło lilowców. Później to wszystko zostało wydźwignięte podczas ostatniego fałdowania alpejskiego i mamy znowu nowe – stare góry.

img20210614_21303470

Taki paradoks geologii. Nowe góry, bo wypiętrzone niedawno. Stare, bo w miejscu dawnych i zbudowane z ich starego materiału.

Jak jest wapień, to człowiek oczywiście musiał to wykorzystać. Na szczycie góry mamy wobec tego kamieniołom. Funkcjonował od połowy XIX wieku do lat 60-tych XX wieku. Nie jest to więc niestety pozostałość „zaawansowanych starożytnych cywilizacji”. Znowu nie.

DSC_5284

IMG_0261

Jakoś ostatnimi czasy, gdy tylko widzę kamieniołom, od razu przed oczami staje mi pewien doktor, który wszędzie doszukuje się „starożytnych zaawansowanych technicznie cywilizacji”. A miałyby być one tak zaawansowane, że ho ho! A być może nawet bardziej.

Wiecie, ja w sumie nawet faceta rozumiem. Namęczył się, zrobił nawet doktorat. Tylko co z tego? Żadnych sensacyjnych odkryć na miarę Indiany Jonesa albo Lary Croft. Nic. Null. Zero. 95% ludzi nawet nie ma pojęcia, czym gość się zajmuje. Bo jak doktor to powinien przecież znać się na hemoroidach albo czyrakach… Koleżanki i koledzy po fachu nie dość że nie pochwalą, to jeszcze skrytykują jego pracę; że nie taka bibliografia, że przeoczyłeś jakiś ważny artykuł, że nie taka metodologia… Żadnych odczytów, sławy, fleszy. Tylko trud i znój i żadnych widoków na sławę.

I nagle pojawia się, niczym Lord Vader Erich von Däniken. Wyciąga swą dłoń i mówi:

– „Come to the Dark Side!”

Więc facet podaje mu rękę. Zaczyna pleść od rzeczy i nagle okazuje się, że całkiem spore grono ludzi go rozumie. Pojawia się upragniona sława i odczyty. Co prawda w salce obok schowka na szczotki, ale zawsze coś. Koleżanki i koledzy po fachu albo go ignorują, albo próbują polemiki. To ostatnie jest oczywiście z góry skazane na niepowodzenie, bowiem gość doskonale wie, że plecie trzy po trzy. Takie drobnostki jak fakty go przecież zupełnie nie interesują. Oni natomiast tracą czas i siły na szukanie jakichś dowodów i argumentów. Dobrze im tak!

Jeśli tylko dobrze wczuje się w rolę, kto wie? Może czeka go sława Dänikena?

Zostawmy jednak sławę i karierę. Rezerwat Wolferskopf pokazuje nam dobitnie, jak trudna i złożona jest kwestia ochrony przyrody.

DSC_5252

W roku 1926 przyrodnik Heinrich Andres z Bonn zwrócił uwagę swojemu uczniowi, Paulowi Haffnerowi, na to wyjątkowe miejsce. Na południowych zboczach góry spotykał bowiem gatunki roślin, które zwykle występują dużo dalej na południe i na zachód. Haffner prowadził badania nad tutejszymi zbiorowiskami roślinnymi od 1934 roku. Pięć lat później udało mu się doprowadzić do uznania tego obszaru za rezerwat przyrody. Jednak dopiero w 1959 roku ustalono granice rezerwatu oraz oficjalnie nazwano go „Wolferskopf”. Nazwę zresztą zaproponował Haffner już przed wojną. Obszar rezerwatu powiększono dwukrotnie, w roku 1987 oraz w 1995, gdy objął on swoim zasięgiem imponujące 337 hektarów.

DSC_5275

Charakterystycznym elementem krajobrazu rezerwatu Wolferskopf są sady owocowe oraz suche łąki wapienne. Jedne i drugie są efektem działalności człowieka. Są one pielęgnowane i odnawiane.

IMG_0395

DSC_5241

DSC_5273

Jak to? Czy aby w rezerwacie nie powinno się pozwolić naturze rządzić swoimi prawami? Odpowiedź wydaje się na pozór prosta. Ale wcale taka nie jest. Unikatem na skalę światową są tu bowiem suche, wapienne łąki. Są one siedliskiem rzadkich roślin, między innymi storczyków.

IMG_9716

O skali unikatowości tego miejsca może świadczyć fakt, że na 450 gatunków roślin rosnących w rezerwacie, 54 znajduje się na czerwonej liście gatunków zagrożonych wyginięciem.

IMG_9691

Tutejsze łąki to także raj dla entomologów. Suche łąki rezerwatu Wolferskopf są domem dla połowy gatunków motyli charakterystycznych dla tej części Europy.

IMG_9706

Co by się zatem stało, gdyby człowiek przestał gospodarować na tym terenie? Odpowiedź poznaliśmy w latach 60-tych XX wieku, gdy zakończono wydobycie wapienia w tutejszych kamieniołomach. Działalność ludzka w tym miejscu ustała niemal całkowicie.

DSC_5222

Unikatowe łąki zaczęły natychmiast zarastać krzewami i drzewami. Las upomniał się o swoje. Gdyby w porę nie zareagowano, po tej niesamowitej bioróżnorodności, rzadkich storczykach i motylach pozostałoby tylko wspomnienie.

DSC_5266

IMG_9736

Okazuje się bowiem, że ochrona środowiska i korzystanie z niego nie tylko nie stoją w sprzeczności, ale są wręcz nieodzownym warunkiem trwania tego wyjątkowego ekosystemu.

DSC_5254

Od tematów wojennych także tu nie da się uciec. Ci, co w latach trzydziestych XX wieku głosili wszem i wobec, że „wcale nie chcą wojny” i zbroili się przy tym na potęgę, także i tu zbudowali bunkry. Jedyny pożytek z tej masy betonu i stali był taki, że już po wojnie francuscy saperzy mieli na czym ćwiczyć wysadzanie umocnień.

DSC_5202

DSC_5211

DSC_5215

Innym świadkiem historii jest dawny kamień graniczny, przypominający że linie na mapie wytyczone przez ludzi nie są stałe.

IMG_0225

Podjazd od strony doliny Haustad.

IMG_0374

Opisy o półpustynnych łąkach Wolferskopf nie są wcale przesadzone. Już o dziesiątej rano upał staje się nieznośny.

IMG_9755

IMG_0379

Po południu zaś staje się naprawdę nie do wytrzymania i błogosławieństwem jest kawałek cienia. Na szczęście spora część dróg prowadzi także przez las.

IMG_0386

Rezerwat oczywiście najlepiej zwiedza się pieszo. Ścieżek i dróg dla turystów jest sporo, różnej długości. Na jakieś spektakularne klify czy urwiska co prawda nie można tu liczyć, ale 17 kilometrów na pieszo po całkiem niezłych stromiznach i czasem półpustynnych łąkach na pewno da nieźle w kość.

IMG_0394

Ciekawostką jest ścieżka poświęcona pamięci Paula Schrödera. Drogowskazy w kształcie gitary każą się domyślać, że chodzi o zapewne o jakiegoś muzyka. Jednak trudno wyszukać o nim jakieś informacje. Powodem jest może fakt, że muzyk ma bardzo popularne imię i nazwisko i wujek Gugle gubi się sam w wynikach wyszukiwania.

Wychodzi na to, że z tą pamięcią bywa jednak różnie :/

IMG_0241

Na niektórych tablicach zamieszczono fragmenty utworów muzyka. To okazało się lepszym tropem. Po dwóch wersach wyskoczyły mi linki do jutuba. Jednak brawurowego wykonania niemieckiej wersji szlagieru „szumią jodły na gór szczycie” zagranej na akordeonie i po czterech (dużych) kuflach piwa Wam oszczędzę.

IMG_0371

Bo co się raz widziało, tego nie da się później odzobaczyć 😉

Skyteam DAX

img20200425_20103483

Dziś temat jeszcze trochę zaduszkowy. Będzie bowiem traktował o motocyklu który jest, chociaż w sumie to go jednak już nie ma.

W roku 1969 na rynku zadebiutował większy brat Hondy Monkey – Honda Dax. Większy oczywiście z „małpiego” punktu widzenia. Dax stanął na tłustych, dziesięciocalowych kołach, zamiast na „ósemkach”, jak Monkey. Sama idea małego motocykla, który można wrzucić niemal do bagażnika samochodu wywodziła się z dawnych wojskowych motocykli desantowych. Podobnie jak one, Dax zachował dużą dzielność terenową. Marketingowy Hondy planowali zresztą sprzedawać te motorki głównie amerykańskim farmerom i leśnikom.

Pierwotna Honda Dax wyposażona była w instalację 6V, której cechą charakterystyczną była żenująco niska wydajność. Do tego stopnia, że po włączeniu świateł na biegu jałowym zwyczajnie zaczynało brakować prądu. Pierwsze podobno głupiały wskaźniki. Brzmi jakby znajomo. Cóż, instalacja 6V widać wszędzie spisuje się tak samo.

Nowoczesną instalację 12V Honda Dax otrzymała dopiero w 1988 roku w modelu AB23. Oprócz zmian w instalacji elektrycznej i systemie zapłonowym, nowy model różnił się od pierwotnej wersji również poprawionym zawieszeniem oraz innymi drobnymi szczegółami, na przykład zmienionym mocowaniem osłony łańcucha czy wreszcie dostępną podstawą centralną. Tak zmodernizowana Honda Dax była dostępna w Niemczech do 1994 roku a na świecie do roku 1999.

Posunięcie trochę dziwne, bowiem jak się okazało, zapotrzebowanie na takie pojazdy wciąż było. Wobec tego do akcji wkroczyli Chińczycy, wypuszczając własne wersje tych pojazdów w różnych wersjach pojemnościowych.

DAX1

Jednym z producentów licencyjnych kopii Daxa jest firma Skyteam z Hongkongu. Chiński Dax z wyglądu niemal nie różni się od oryginału. To pokazuje, jak nowoczesna i nowatorska była Honda w momencie wejścia do produkcji.

Ciekawe, jak bardzo Honda Dax i Monkey (szczególnie ta druga) inspirowały projektantów naszego Rometa Pony…