Month: Grudzień 2021

Ślepy zaułek

img20211204_13015395s

Tytuł zaczerpnięty bezczelnie z piosenki pewnego zespołu rockowego, jednak pasuje jak ulał do sytuacji, jaka miała miejsce podczas jednej z ostatnich wycieczek w tym roku. Spontanicznym celem podróży było sprawdzenie, co znajduje się na końcu jednej z dróg, którą zawsze pomijałem jadąc w kierunku jednej z najpiękniejszych dolin, jakie widziałem. Czasem udaje się odkryć w ten sposób miejsca niesamowite, o których istnieniu człowiek nawet nie miał pojęcia.

IMG_3264

Jednak nie tym razem. Po kilkudziesięciu kilometrach, z czego dobra połowa to serpentyny na których nie dawało się przekroczyć sześćdziesiątki, dojechałem do końca drogi. Dosłownie. Szosa kończy się ślepo pośrodku lasu.

IMG_3275

Ktoś planował tu chyba coś większego, może jakiś zakład przemysłowy albo coś w tym rodzaju, jednak musiało to być dawno temu. Nie zdziwiłoby mnie, gdyby rzecz miała miejsce w latach osiemdziesiątych XX wieku. Albo i dawniej. Co tu miało być – pewnie już nikt nie pamięta.

IMG_3280

Jak by nie patrzeć, nie ma nieciekawych miejsc. To tylko my patrzymy czasem mało uważnie. Jak się okazuje, nawet tu, pośrodku niczego, jest ciekawie. A przede wszystkim refleksyjnie.

IMG_3285

Bowiem tym sposobem dojechaliśmy do końca. Końca roku, rzecz jasna. Kolejnego dziwnego, w którym wydaje się, że wydarzyło się niewiele – tak szybko zleciał. Też taki rok donikąd, bo z uwagi na sytuację pandemiczno – gospodarczą, nie dało się nic specjalnego zaplanować.

img20211204_13015395b

Co przyniesie kolejny?

Zobaczymy.

Amerykański Sen – Świątynia Wszystkich Wyznań

img20200727_17174050

– Zanim stąd wyjedziesz chciałbym abyś coś zobaczył – powiedział kolega.

Prowadził bez słowa. Bo i nie było o czym rozmawiać, skoro wszystko zostało już powiedziane. Minęliśmy centrum i wyjechaliśmy na przedmieścia.

img814

Nie zatrzymując się jechaliśmy dalej aż znane mi rejony pozostały daleko w tyle.

W końcu dojechaliśmy do osiedla willi, które zdawało się nie mieć końca. Porządne domy, wszystkie w jednym stylu, trawniki uprzątnięte, wszystko elegancko uporządkowane. Od razu widać, że to „lepsza dzielnica”.

– To tutaj –rzekł Kolega, zatrzymując samochód.

Po drugiej stronie ulicy, na niedużym wzniesieniu stała niewątpliwie świątynia. Ale nieco dziwna. Przede wszystkim trudno było określić, do jakiej religii czy wyznania ona przynależy. Im bliżej podchodziliśmy, tym to wrażenie dziwności coraz bardziej się potęgowało.

W końcu sprawa się wyjaśniła. Ta ażurowa budowla, wyglądająca z bliska jak zrobiona na szydełku, należy do wszystkich. Niesamowite ale to prawda. Na dodatek funkcjonuje. Bo tak na logikę – czemu miałoby nie funkcjonować? Różnorakie religie tak naprawdę więcej łączy niż dzieli, a jeśli „dni święte” wypadają w różne dni tygodnia, to nie ma powodu, dla którego jeden budynek nie może obsłużyć wszystkich.

img836

Bo tak naprawdę ludzie mogą i potrafią żyć w zgodzie. Jeśli tylko tego chcą.

Rozmyślania jaskiniowca

img20200704_19452816

Żyjemy w dziwnych czasach. W zasadzie jest to pewna oczywistość, wystarczy zerknąć na wiadomości, aby się o tym dobitnie przekonać. Człowiek powinien być zasadniczo gotowy na wszystko i nic już nie powinno go dziwić. Nie, nie pogorszyło mi się i nie mam tu zamiaru pisać o polityce. Nic z tych rzeczy. Myślę tu o pewnych przemianach społeczno – kulturowych, które, chciał czy też nie, dzieją się tu i teraz, na naszych oczach.

Przy kasie, do torby z zakupami motocyklowymi, sprzedawczyni włożyła mi „coś do poczytania”, jak sama to ładnie ujęła. W tamtej chwili nie zwróciłem na to żadnej uwagi, sklep ów ma bowiem w zwyczaju dorzucać coś do zakupów. A to ulotki, czasem jakieś ankiety czy informacje o promocjach. Niby nic nowego.

Tym razem jednak było to coś nowego. Jak się okazało, tym „czymś do poczytania” okazał się być kompletny numer czasopisma motocyklowego „Motorrad”. Z adnotacją, że jest to specjalna, „ekskluzywna i bezpłatna próbka lektury”. Czyli że to już jest ten moment?

IMG_3342

Jestem realistą. Czasy publikacji papierowych i ogólnie nośników fizycznych miną. Prasa, jeśli będzie można ją jeszcze w ogóle nazwać prasą, przejdzie do Internetu. Jest to pewne. Czy to dobrze, czy też raczej kiepsko, to temat na osobne rozważania. Na razie chyba jednak nie wychodzi to prasie na dobre.

Skąd ten pesymizm? Na naszym rodzimym podwórku dzieje się to już od dawna. Jedno z „papierowych” wydawnictw przeszło całkowicie do Internetu, stając się „portalem”. Niestety, dramatycznie odbiło się to na jego poziomie. Bliżej mu dzisiaj do „Pudelka” czy innego tabloidu, niż porządnej gazety, którą był kiedyś. Cóż, taki jest widać koszt pogoni za klikami, komciami i żebrolajkami… Pytanie, czy tak być musi? Czy taki spadek jakości jest naprawdę nieunikniony? Czy miejsce dawnych artykułów zajmą tekściki długości SMS-a albo wręcz memy? Kolejny temat do rozmyślań i analizy. Ale ja nie o tym.

Aż do dziś nie śmiałem przenosić polskich doświadczeń prasowych na rynek światowy. Jak to mawiają, „gdzie Rzym a gdzie Wąchock”. Albo jakoś tak. Gdzie bowiem polskiej, lokalnej gazetce z nakładem w porywach pewnie kilku tysięcy egzemplarzy do „Motorrad”, jednego z największych i najstarszych czasopism motocyklowych świata?

Jak się okazuje, nasze polskie podwórko było dobrym poligonem doświadczalnym. Jego małe rozmiary tylko przyspieszyły i spotęgowały pewne procesy. Dobrą dekadę później także wielkie, stabilne rynki muszą zmierzyć się ze spadkiem czytelnictwa tradycyjnych wydawnictw, skoro nawet „Motorrad” ma problemy i rozdaje „bezpłatne próbki”.

Rzecz jasna, nie przyniesie to raczej żadnych zmian. Cudownego odwrócenia trendów nie będzie. Nowe generacje potencjalnych czytelników nie są przyzwyczajone do prasy papierowej. Stara zaś dobrze wie, co to jest „Motorrad”; miała w końcu grubo ponad stulecie na zapoznanie się z nim i jeśli do tej pory go nie prenumerowała, to raczej teraz też się to nie zmieni.

Zanim zaczniemy wylewać pomyje na młodych, warto uświadomić sobie kilka spraw. Po pierwsze, świat pełen elektroniki to my im stworzyliśmy. Narzekanie, że siedzą cały czas w necie, podczas gdy sami nie potrafimy oderwać nosa od smartfona, jest również słabe. Podobnie twierdzenie, że nie interesują się niczym. Owszem, mają swoje zainteresowania, tylko przejawia się to inaczej niż kiedyś. Manifestacja przeniosła się w świat wirtualny. My tego nie widzimy, bo „fejsbuk” to dla nich platforma tak stara, jak dla nas mazanie węglem po ścianie.

Czy to się komuś podoba, czy też nie, przyszłość należy do nowego pokolenia. To ich zdanie, tak czy owak, zawsze będzie na wierzchu, jakkolwiek z dzisiejszej perspektywy wydaje się to nam dziwne. Ale tak samo dziwne wydawało się to naszym rodzicom, dziadkom itd. Tak się dzieje od zarania cywilizacji.

Mając powyższe na uwadze, żywię nadzieję, że czarny scenariusz się nie spełni i przynajmniej przez jeszcze przez jakiś czas, drukowane czasopisma – także te motocyklowe – będą jeszcze ciągle obecne.

img20211108_20351392

Tak sobie tylko głośno marzę…

Muzyka w garażu – Metallica

img20200721_10145725s

Obrodziło nam ostatnio w światku muzycznym wydarzeń i rocznic. Nie tak dawno, bo 28 października, obchodziliśmy rocznicę powstania jednego z najważniejszych zespołów muzyki metalowej. Jeden z „Wielkiej Czwórki Thrashu”, chociaż od ponad dwóch dekad nie ma z tym gatunkiem już w zasadzie nic wspólnego. Mimo wszystko wywarł ogromny wpływ na muzykę w latach 80-tych XX wieku. Kolejny zespół, którego logo mogłem sobie wydziarać na łapie. Dobrze jednak, że wówczas tatuaże nie były w modzie, bo później musiałbym sobie tą rękę chyba odgryźć i dziś bym jej nie miał.

Kiedyś muzykę poznawało się inaczej niż dziś. Nie było fachowej prasy muzycznej, Internetu. Czasem nadawano coś w audycjach radiowych, ale to sporadycznie i w późnych godzinach nocnych. Najczęściej coś nowego polecali znajomi. A najlepsi byli „nowi”, którzy obracali się w innych kręgach. Była to wspaniała okazja do poszerzenia horyzontów i wymiany kulturalnej. A sytuacja zasadniczo nam sprzyjała.

W szkole podstawowej byliśmy rocznikiem „echa wyżu demograficznego” i w związku z tym przeprowadzano w klasach roszady, żeby dzieciaki jakoś się pomieściły. Klasy łączono i dzielono, co miało tą dobrą stronę, że dzięki temu pojawiały się nowe znajomości. W ten właśnie sposób pojawił się nowy kumpel, który z kolei miał kumpla… Tak to wówczas wyglądało.

Któregoś dnia wracaliśmy razem ze szkoły. Kumpel zaproponował, żebyśmy podeszli jeszcze razem do jego kolegi, mieszkającego na tym samym osiedlu.

Musze powiedzieć, że gość mi zaimponował. Miał bowiem prawdziwe gitary elektryczne oraz całkiem sporą wówczas kolekcję płyt analogowych. Chłopaki coś tam obgadywali a ja siedziałem i słuchałem muzyki. To było coś nowego. Ostrego jak nic przedtem. To było Ride The Lightning. Płyta była zgrana niemal do cna. Ale wówczas to nie przeszkadzało.

Zdobycie nagrań nowo poznanego zespołu nie było łatwym zadaniem. Najprościej byłoby pożyczyć płytę. Tyle że wówczas nie wchodziło to za bardzo w grę, bowiem gościa w sumie prawie nie znałem. Pozostawało szukanie kaset, które w 1990 roku zaczęły się tu i ówdzie nieśmiało pojawiać. W małym miasteczku nie było z tym specjalnego szału, przynajmniej jeśli chodzi o muzykę rockową.

W grę wchodziły w zasadzie tylko dwa sklepiki. I w końcu, w jednym z nich pojawiła się kaseta ze znajomym logo. Nie było to jednak „Ride The Lightning”, które tak zapadło mi w pamięć, mimo że słyszałem przecież tylko raz kilka utworów ze zdartej płyty. Wróciłem do domu, wysępiłem pieniądze na kasetę, chyba coś koło 10000 złotych, czyli na dzisiejsze cała złotówka i pognałem z powrotem do sklepu. Kaseta na szczęście jeszcze była. Tym sposobem stałem się posiadaczem „…And Justice For All”. Dziś może się to wydawać śmieszne, ale wówczas w moim miasteczku na zadupiu „najlepiej zaopatrzony sklep” to była niewielka lada na końcu dużego pasażu z zupełnie innym asortymentem. Za szklaną witryną wystawione były kasety. Może trzydzieści – czterdzieści sztuk na raz. Oczywiście wszystko to pojedyncze egzemplarze. Przegapiłeś moment – to masz pecha.

Wróciłem do domu niosąc swój skarb i oglądając go z przejęciem w słabym świetle latarni ulicznych. Ponieważ akurat była to zimowa odwilż, udało mi się w ten sposób całkowicie przemoczyć buty i cała wyprawa skończyła się chorobą i kilkudniowym leżeniem w łóżku. Co za szczęśliwy zbieg okoliczności – mogłem do woli, aż do znudzenia, słuchać swojego nowego nabytku 🙂

IMG_3363

Album wzbudził we mnie nieco mieszane uczucia. Przede wszystkim potężne, rozbudowane kompozycje nie były tym, co słyszałem na „Ride The Lightning”. Ale gitary brzmiały tak samo. O wykastrowanym basie nikt wówczas nie mówił.

Kaseta miała jeden feler, o którym wówczas nie wiedziałem. Pirat, który piracił ten album okroił kasetę z ostatniego utworu, żeby materiał łatwiej dzielił się na dwie strony i tym samym pozwolił na zaoszczędzenie nośnika. Przekonałem się o tym dopiero wówczas, gdy udało mi się kupić ten album na normalnym, oryginalnym CD. Ostatni utwór do dziś brzmi dla mnie dziwnie i jakoś nie pasuje do reszty płyty. O takim drobiazgu, jak zmieniona kolejność utworów nawet nie ma co wspominać. Mam nadzieję, że jest w piekle specjalne miejsce dla takich piratów. Do dziś nie jestem w stanie tego wybaczyć.

IMG_3365

Relikt z dawnych czasów, czyli kaseta mojego dobrego kolegi, zgrana „w epoce” z płyty analogowej. Tak się to wówczas robiło 🙂

IMG_3373

Niedługo potem wybuchł piracki boom i dostęp do kaset z muzyką przestał być problemem. Szybko uzupełniłem braki. „Killem All” oraz „Master Of Puppets” zdobyłem za jednym zamachem w najlepszym możliwym wówczas wydaniu.

IMG_3367

Problemem pozostawała tylko „Ride The Lightning”, którą w końcu, w akcie desperacji, zgrałem sobie z CD w warszawskim „Digitalu”. Piractwo oficjalnie potępiano, ale tylko u innych. Bo wszyscy z tego żyli.

IMG_3371

Pierwsze trzy albumy zespołu uważam za największe i najważniejsze osiągnięcia w ich dorobku. Przynajmniej po latach. Oczywiście wówczas świat uważał, że najlepszą i najdojrzalszą płytą jest „…And Justice For All”. W ówczesnej prasie pisano nawet, że jest to ich „praca maturalna”. Cóż, czas pokazał, że dorosłość jest strasznie przereklamowana.

Tymczasem nastał rok 1991. Wkrótce po wakacjach MTV zaczęła bombardować widzów teledyskami z nowego albumu zespołu. To było coś niespodziewanego, bowiem do tej pory Metallica miała na koncie tylko jeden teledysk i raczej wydawała się stronić od świateł, blichtru i rozgłosu. Takie swojskie chłopaki z ulicy. Nawet ubierali się zwyczajnie, na czarno, beż żadnych fajerwerków.

W końcu pojawiła się i płyta, która wywołała mieszane uczucia. Z jednej strony wspaniale wyprodukowana, z niezłymi killerami typu „Sad But True”… Z drugiej strony, zawierająca także chwytliwą balladkę „Nothing Else Matters”, którą zaczęto puszczać nawet na dyskotekach. MTV nie była gorsza i teledysk do tego utworu można było zobaczyć o każdej porze.

Album nosił niewydumaną nazwę „Metallica” i równie wymyślną, czarną okładkę, na której w sumie nic nie było widać. Pozostawiało to pole dla inwencji twórczej piratów muzycznych, którzy wymyślali własne okładki i nazwy dla tej płyty. Poniżej jedna z takich radosnych twórczości.

IMG_3376

To nic, że na okładce jest co prawda Metallica, lecz z zupełnie innego okresu. Swoją drogą szkoda, że nie ma tam jeszcze Mustaine’a 😀 Pirat nie byłby sobą, gdyby przy okazji nie pozmieniał na kasecie kolejności utworów. Ale niczego nie wyciął. Szacun.

Nikt tego wówczas głośno nie odważył się powiedzieć, ale wraz z „Czarnym Albumem” skończył się okres wyznaczania trendów w muzyce a zaczął czas zarabiania pieniędzy. Niby nie ma w tym nic złego, jednak są pewne granice tolerancji. Kolejne albumy, „Load” oraz „Reload” okazały się dla wielu ortodoksów nie do przełknięcia. Może byłoby inaczej, gdyby płyty te ukazały się pod szyldem innym niż Metallica? Pytanie jednak, czy wówczas osiągnęłyby aż taki sukces komercyjny?

Jeśli ktoś miał co do tego wątpliwości, to rozwiały się one podczas głośnego procesu z serwisem Napster. Piractwo to rzecz zła, jednak osobiste zaangażowanie się w sprawę Ulricha i dostarczanie listy użytkowników serwisu zamiast zostawienie tej sprawy adwokatom, spowodowało tylko dodatkowy niesmak. Głupia sprawa walczyć osobiście z kradzieżą własności intelektualnej, podczas gdy nazwa twojego zespołu jest również kradziona. Nie jest w końcu tajemnicą, że nazwę „Metallica” wymyślił Ron Quintana dla swojego czasopisma promującego muzykę metalową. Pechowo jednak zwierzył się ze swego pomysłu właśnie Ulrichowi. Ronowi nie pozostało nic innego, jak nazwać swoje wydawnictwo „Metal Mania”. Walka z Internetem zakończyła się w sumie ostatecznym zwycięstwem Internetu, co prorokowali zresztą mądrzy ludzie. Dziś nie ma już zespołu, którego nagrań nie byłoby w sieci. Doszło wręcz do tego, że jeśli nagrań jakiegoś artysty nie ma w sieci, to tak jakby wcale nie istniał.

W roku 2001 odszedł Jason Newsted i w zasadzie od tego momentu przestałem śledzić losy zespołu. Kupiłem jeszcze z rozpędu kilka płyt, do „Death Magnetic” włącznie. Bo nazwa „Metallica” i czasy, gdy jako szczeniak nosiło się z dumą koszulkę z tym logo, bo głupio nie posiadać w kolekcji jednej czy dwóch płyt. Dziś uważam, że kupiłem je niepotrzebnie. Po kilku przesłuchaniach stoją tylko na półce, zabierają miejsce i zbierają kurz. Nie są to dzieła wybitne, na miarę wczesnych dokonań zespołu. Nie są to żadne dzieła. Czas innowacji i wyznaczania trendów minął bezpowrotnie. Gdzieś w międzyczasie powstał album z Lou Redem, który można skwitować jednym zdaniem: wielcy ludzie popełniają wielkie błędy. Muzycy ze zwykłych „chłopaków z sąsiedztwa” przeistoczyli się w biznesmenów. Ważne że kasa się zgadza.

img20211108_20224855

Czasem zastanawiam się, czy Ulrich i spółka czasem nie siadają gdzieś przy piwku i nie wspominają dawnych czasów, gdy liczyło się coś więcej… Ale ponoć punkt widzenia zależy od punktu siedzenia. A „pecunia non olet”.

Żaba

img20200425_20103483

Specyfika podróży motocyklem polega na tym, że zapuszcza się nim człowiek w takie rejony, w które nigdy w życiu nie dotarłby samochodem. Bo by mu przez myśl nie przeszło, żeby w ogóle tam jechać. Na przykład sprawdzić, dokąd prowadzi wąska droga gdzieś na francuskiej prowincji?

IMG_1232

Dokąd prowadzi droga, tego się nie dowiedziałem. Wiem natomiast, co się przy niej znajduje.

IMG_1225

A więc, obok drogi leży sobie stara łódź.

IMG_1227

A na łodzi siedzi sobie gipsowa żaba.

IMG_1229

Po co i dlaczego? Co ona symbolizuje? To pytania, na które ludzkość na razie nie zna odpowiedzi.

img20200425_20070651

Maszyna czasu – o jeździe motocyklem w zimie

img20210328_20571262

Nie będzie zapewne dla nikogo tajemnicą, że mam pewien sentyment do dawnej motoryzacji. Jednym z jego objawów jest słabość do starych książek i artykułów o niej traktujących. O ile z książkami specjalnego problemu nie ma, bowiem spokojnie można zrobić ich opis czy też recenzję i wrzucić na stronę, o tyle ze starymi artykułami jest to trudne do wykonania. Tym bardziej, że zwykle są to pojedyncze strony ze starych gazet, kserokopie albo ich skany. Dla jasności – mówmy tu o artykułach które mają po kilkadziesiąt lat i wartość zasadniczo wyłącznie sentymentalną.  Postanowiłem zamieszczać je od czasu do czasu w postaci obszernych cytatów wraz z opisem – o ile możliwe będzie ustalenie źródła, daty powstania i autora.

Dziś pierwszy z nich. Zachował się w postaci kserokopii i pochodzi prawdopodobnie z „Motoru” z lat 60/70.

Podpisany jako (szel.). Tytuł oryginału: „Chcecie jeździć motocyklem w zimie?”

 

„Jeżeli koniecznie chcecie jeździć motocyklem w zimie, musicie przede wszystkim dobrze się ubrać. Nadmierna utrata ciepła powoduje sztywnienie mięśni, zwolnienie reakcji, uczucie zmęczenia nawet po przejechaniu niewielkich odcinków tras.

Pamiętajmy, że górna część ciała bardzo szybko traci ciepło. Twarz, szczególnie narażona na zimne podmuchy, powinna też być osłonięta – o czym najczęściej zapominają nasi motocykliści. W jaki sposób ją osłonić, pokazują ilustracje. W każdym razie musimy twarz pokryć warstwą kremu.

img20210328_20564541

Przystępując do ubierania się pamiętajmy, że najlepszą izolacją cieplną jest warstwa powietrza. Bynajmniej nie wełna was ogrzewa, ale niezliczone pęcherzyki powietrza, kryjące się między włóknami. Dlatego ciepła, wełniana bielizna jest nieodzownym elementem zimowej odzieży motocyklisty.

img20210328_20582718

Najlepszy byłby jedno- lub dwuczęściowy kombinezon, ale jak go doradzać jeżeli wciąż brak u nas ubioru motocyklowego z prawdziwego zdarzenia. Ubranie nie może być opięte, bowiem utrudnia swobodne krążenie krwi. Nie mogą być ciasne wasze buty, najlepiej z cholewką do kolan, spodnie lepsze są na szelkach niż na ciasno zapiętym pasku. Na głowie osłona twarzy (patrz zdjęcia), hełm, okulary, rękawice najlepiej jednopalcowe.

img20210328_20574923

Przed zimowym wyjazdem konieczny jest ciepły posiłek, gorąca (bardzo) herbata też na pewno dobrze wam zrobi.

W czasie jazdy nie radzimy siedzieć na motocyklu bez ruchu. Nawet napinanie mięśni rąk, nóg, brzucha, barku, pozwoli na lepsze zachowanie ciepła. Jeżeli już poczujecie zimno, radzimy motocykl zatrzymać, silnik zgasić i… popchać maszynę przez kilkaset metrów. Na pewno taka rozgrzewka dobrze wam zrobi!”

FSO Maraton, czyli historia zapomniana

img20211121_16002391

Jakiś czas temu, podczas standardowej rozmowy o pogodzie oraz ogólnej sytuacji na świecie, znajomy przypomniał mi o pewnym epizodzie z historii polskiej motoryzacji. Mowa o motocyklu FSO Maraton. Wielu o nim nawet nie słyszało, a ci co słyszeli, zdążyli już pewnie zapomnieć, o co w tym wszystkim chodziło. W każdym razie był to pojazd, o którym mówi się dziś, że był „straconą szansą polskiej motoryzacji” oraz miał „zawojować świat” a także być „następcą kultowej WSK”. Podobno od produkcji seryjnej dzieliło go bardzo niewiele. Czyżby? Entuzjazm to jedno, a zdrowy rozsądek drugie. Logika podpowiada zaś, że aby coś można było stracić, trzeba było to najpierw posiadać. Czy Maraton rzeczywiście miał jakąś szansę?

W teorii wydawać by się mogło, że tak. W praktyce wszystko wyszło jak zwykle. Historia FSO Maraton zaczęła się w 1994 roku. O dziwo w Poznaniu. To właśnie tam padła idea, aby w pustych halach FSO Ciechanów rozpocząć produkcję jednośladu. Teoretycznie wszystko pasuje. Po zakończeniu (wreszcie) produkcji FSO 1500, czyli sędziwego Polskiego Fiata 125p, FSO posiadała wolne moce produkcyjne, które można było wykorzystać. Na przykład na montaż motocykli. Wstępnych porozumień dokonują dyrektorzy Maciej Motelski z FSO, Lech Barbarski z FSO Ciechanów oraz redaktor Włodzimierz Gąsiorek. Sprawa wygląda zatem na poważną, skoro stoją za tym tak grube ryby jak dyrektorzy FSO.

Na przełomie lutego i marca 1995 roku określono założenia konstrukcji nowego motocykla. Do pracy zaangażowano Włodzimierza Kwasa, konstruktora, zawodnika motocrossowego i trialowego a także redaktora magazynu Motocykl, oraz Włodzimierza Gąsiorka – postać równie legendarną. Do współpracy wciągnięto również specjalistów z Instytutu Mechanizacji Budownictwa I Górnictwa Skalnego z Warszawy – żeby było dziwniej.

Podstawowe założenia konstrukcyjne można streścić jednym zdaniem – ma być tanio, ale w miarę możliwości nowocześnie i atrakcyjnie. Silnik zatem miałby być jednocylindrowy, czterosuwowy, o pojemności 125 – 400 cm3, zblokowany ze skrzynią biegów o pięciu lub sześciu przełożeniach. Kompletna jednostka napędowa miałaby pochodzić od koreańskiego Hyosunga, co pozwoliłoby na redukcję kosztów związanych z opracowaniem własnego silnika, przyspieszyć prace konstrukcyjne oraz, co chyba najistotniejsze, nadać całemu przedsięwzięciu chociaż pozory opłacalności. Często bowiem zapomina się, że w normalnym, realnym świecie dobra wszelkiego rodzaju produkuje się po to, aby je potem sprzedać – i to z zyskiem. Pamiętać również trzeba, że w latach 90-tych motocykle nie były w Polsce w modzie, więc atut cenowy był bardzo ważny i teoretycznie mógł skusić młodego człowieka do zakupu jednośladu. Dobrem pożądanym był bowiem wówczas samochód.

Ustalono także, że motocykl ma być klasy „adventure”, szosowo – terenowy, czyli generalnie do wszystkiego. Próbowano w ten sposób wstrzelić się trochę w ewentualne zapotrzebowanie służb mundurowych, takich jak Straż Graniczna, wojsko, Policja a także ewentualnie Poczta.

Oprócz kompletnego układu napędowego, z importu miałoby pochodzić również zawieszenie przednie oraz układ hamulcowy, jednak już bez tarcz. Te miałby być produkowane w kraju. Podobnie jak tylne zawieszenie, którego produkcję zakładano wstępnie w fabryce w Krośnie. Błotniki i zbiorniki paliwa z tworzyw sztucznych miały pochodzić z FSO w Annopolu, osprzęt elektryczny z FSO w Ełku, dźwignie, kierownice i podnóżki zaś z FSO w Ciechanowie. Również ramy i koła miałby być produkowane w Polsce. Projekt zaczyna być coraz konkretniejszy. Przynajmniej w teorii.

img20211121_16002391b

W maju 1995 roku na Targach Motoryzacyjnych w Poznaniu zaprezentowano nowy motocykl. W zasadzie nawet nie tyle motocykl, co jego makietę, z racji faktu, że prezentowany egzemplarz nie był wówczas zdatny do jazdy. Prototypowy FSO Maraton budził jednak mieszane uczucia, żeby nie powiedzieć: kontrowersje. Z jednej strony, jego żółto – czerwone malowanie było bardzo efektowne, a sam design był wówczas także nawet niczego sobie, z drugiej – wykonanie budziło dużą nieufność oraz wątpliwości. Rama i mocowania silnika wyglądały bowiem na mało solidne. Obsmarkane i nieobrobione spawy oraz brak wielu elementów wskazywały na pośpiech w przygotowaniu prototypu. Okazało się, że tak też było i makieta powstała w ciągu zaledwie dwóch tygodni, a zbudowana została przez konstruktora i dwóch pomocników, z których żaden nie był zresztą spawaczem.

FSO Maraton 125:

img20211121_15554093

Żeby było zabawniej, prototyp motocykla wystawiono w jednej z bocznych hal, z dala od oficjalnego stoiska FSO. Tak jakby FSO się swojego dziecka wstydziła. Coś zresztą było na rzeczy, skoro na oficjalnej konferencji prasowej nie padło nawet jedno słowo na temat wystawionego motocykla, a pytania dziennikarzy wywołały prawdziwy popłoch. Nikt nie potrafił powiedzieć nic sensownego, poza tym, że jest to przedprototyp i wszystko w zasadzie może się jeszcze zmienić…

Największe zdziwienie budził jednak silnik. W prototypie użyto bowiem oryginalnej japońskiej jednostki napędowej z motocykla Suzuki GN 125. Tymczasem od początku mówiło się o koreańskim Hyosungu. Czyżby japoński silnik miał być tańszy niż koreański? Okazało się, że co prawda Koreańczycy mają licencję na produkcję dokładnie takich samych silników Suzuki, jednak są wątpliwości natury prawnej, czy mogą sprzedawać je FSO. Zaczyna się czeski film.

Cały projekt, z początku nawet dość sensowny, zaczął nieubłaganie odpływać w stronę fantazji. Założono bowiem, że Maraton miałby być produkowany w trzech wersjach, różniących się dość poważnie pod względem konstrukcyjnym. Standardowa wersja S miała mieć zwykły silnik o mocy 14 KM. Mocniejsza wersja M miała dysponować mocą 16 KM, a topowa E miała być podkręcona aż do 19 KM. Na tym nie koniec. Różne miały być także ramy w swojej tylnej części dla poszczególnych wersji, a także zawieszenia. Oprócz tego przewidziano inne koła dla wersji S i M oraz dla wersji E, zarówno pod względem techniki wykonania jak i rozmiaru. Te ostatnie miały dysponować hamulcami tarczowymi – na obu kołach. Po co tarcza na tylnym kole przy pojemności 125 cm3? Wersja najuboższa miała zaś mieć tylko bębny na obu osiach. Przypomnijmy, mamy 1995 rok i jesteśmy już u progu XXI wieku. Wszystko to dawało dużo do myślenia.

FSO Maraton w wersji M (tylko w planach):

img20211121_15564938

FSO Maraton w wersji E (tylko w planach):

img20211121_15573938

W sierpniu 1995 roku doprowadzono makietę do stanu jezdnego i udostępniono ją dziennikarzom motoryzacyjnym do jazd testowych. To, co na początku tylko wydawało się być niedoróbką, okazało się nią być także w rzeczywistości. Motocykl, który miał być pokazem możliwości technicznych, okazał się być bublem na miarę FSO. Poskładany byle jak, na odwal się, jak dla obcego, z krzywą ramą wyglądającą jakby zrobiono ją z tego, co akurat wpadło w rękę, na zasadzie: „Zdzisiu, weź mnie to tu przyspawaj”. Co zresztą było w sporej części prawdą. Prototyp naprawdę był dwuśladem. Z największych dział wytoczonych przez FSO wyszło zaledwie jedno, małe pierdnięcie. Przerośnięta do granic możliwości biurokracja FSO pogubiła się w tym wszystkim sama. Miało być przede wszystkim tanio, więc zamawiano tanie rzeczy – szkoda tylko że niekoniecznie to, czego potrzebowali konstruktorzy.

20211121

Dziennikarze jednak nad motocyklem zbytnio się nie znęcali. Chwalili co się dało, próbowali bagatelizować wady, zapominając zupełnie, że każde urządzenie jest tylko tak dobre, jak dobry jest jego najgorszy element. W prasie co chwilę pojawiały się artykuły w których zapewniano, że już za chwileczkę, już za momencik drogi zapełnią się polskimi motocyklami, bo planowana produkcja ma wynosić 50 albo i nawet 100 tysięcy sztuk rocznie, a kosztować miałyby 40 albo 46 milionów ówczesnych złotych za egzemplarz. W międzyczasie przyszła denominacja i z dawnych dziesiątek milionów zrobiły się tysiące nowych złotych. Mimo to w kolejnych artykułach prasowych cena urosła do 5000 nowych złotych, w miarę jak przestawano fantazjować i zaczęto powoli schodzić na ziemię. Jeszcze później znalazłem sugerowaną cenę 6000 zł. W kwestii liczb gazety były bardzo niejednomyślne, co pokazuje tylko, że te wartości brane były z sufitu i tak naprawdę nikt nie wiedział, jakiej wielkości w ogóle był rynek. Z dzisiejszej perspektywy wiemy, że ta planowana wielkość produkcji i sprzedaży była przeszacowana o co najmniej jeden rząd wielkości. Co poniektórzy dziennikarze zwracali już wówczas na to delikatnie uwagę w swoich artykułach, pisząc mimo wszystko optymistycznie, że boom na motocykle dopiero nadejdzie, może za jakieś 2-3 lata. Dziś wiemy, że trzeba było czekać niemal dwie dekady, a i tak o sprzedaży 100000 egzemplarzy nowych motocykli nie ma nawet co marzyć.

img20211121_16050827

Tak czy owak, japoński motocykl podobnej klasy pojemnościowej wyceniany był wówczas na jakieś osiemdziesiąt milionów złotych, czyli 8 tysięcy nowych, więc czy FSO Maraton ze swoją ostatnią sugerowaną ceną 6000 zł byłby aż tak wielką okazją, to już każdy musi rozważyć sobie sam. Mimo tego snuto dalsze fantazje o polskich motocyklach klasy 250 i 350 cm3, które miały się pojawić „już niebawem”.

img20211121_16055420

img20211121_16064711

img20211121_16075155

img20211121_16085581

Tymczasem nadszedł rok 1996. Oficjalnie ciągle trwały prace nad prototypem. Dodajmy – jedynym, bowiem rzecz jasna, nie powstał żaden inny. Czy w ramach tych prac wyprostowano chociaż krzywą ramę, by motocykl z logiem FSO w końcu stał się prawdziwym jednośladem – nie wiadomo. W ogóle nie wiadomo, co wówczas się działo – i czy w ogóle działo się cokolwiek. Wygląda na to, że początkowy zapał szybko się wyczerpał w chwili, kiedy ktoś zrobił coś, od czego powinno się zacząć zanim podjęto jakiekolwiek zobowiązania. A mianowicie wziął do ręki kalkulator i policzył, ile to wszystko będzie kosztować.

img20211121_15592627

Wyszło imponujące wówczas 12 milionów nowych złotych, czyli jakieś 4,8 miliona dolarów, koniecznych do uruchomienia produkcji. Rzecz jasna, w FSO nikt takich pieniędzy nie miał. Patrzono tylko tęsknym wzrokiem na portfel Koreańczyków z Daewoo. W temacie FSO Maraton zapadła niezręczna cisza.

W końcu, w 1997 roku Warszawa, Ciechanów i Seul wspólnie dogadały sprawę i wydały zielone światło – do pogrzebu tego projektu. Jedyne zwłoki FSO Maraton nakazano wydać, a o całej sprawie jak najszybciej zapomnieć. W tle zaś rozgrywało się typowe „polskie piekiełko” ze wzajemnymi oskarżeniami i niespłaconymi zobowiązaniami…

Dziś pozostały już tylko dawne artykuły prasowe o naiwnych tytułach typu: „Lepszy niż myślisz” czy „FSO na dwóch kółkach” a także te bardziej realistyczne, w rodzaju:  „Maraton z przeszkodami” albo „Maraton 3,2,1… Start?”. Sukces ma wielu ojców a porażka jest sierotą. Dziennikarze mimo wszystko próbowali jakoś tą klęskę usynowić. Tu był właśnie problem, bowiem do RWPG już nie należeliśmy, a do UE jeszcze nawet nie aspirowaliśmy, więc ciężko było na kogoś to zwalić. W końcu jednak wymyślono rozwiązanie i wszelką winę za niepowodzenie przerzucono na… księgowych.

img20211121_15583903

Podstawowe dane techniczne FSO Maraton 125:

Silnik: jednocylindrowy, czterosuwowy, SOHC, dwa zawory na cylinder, pojemność 125 cm3, moc 14KM/8000 RPM

Skrzynia biegów: pięciobiegowa.

Rama: zamknięta, podwójna kołyska, spawana z rur stalowych, górna belka pojedyncza, głowka na łożyskach stożkowych.

Zawieszenie przednie: widelec teleskopowy

Zawieszenie tylne: wahacz wleczony z rur stalowych o przekroju prostokątnym, ułożyskowany na łożyskach igiełkowych uszczelnionych.

Koła: przód 19 cali, opona 2,75; tył 17 cali, opona 3,25 lub 3,50

Hamulce bębnowe.

Zbiornik paliwa: z tworzywa, pojemność 21 litrów

Siedzenie: dwuosobowa kanapa zachodząca na zbiornik paliwa

Prędkość maksymalna: ok. 110 km/h

Zasięg: 700 km

Masa: około 90 kg

Pewnego razu na Dzikim Zachodzie…

img20200425_20103483

Stare zdjęcia mają magiczną moc przywoływania wspomnień sprzed wielu lat. A wydawałoby się, że to wszystko było wczoraj.

Dzień był niesamowicie upalny. Wracając z jakiejś mazurskiej wycieczki pomyliłem drogi – wówczas rzecz zwyczajna. Siedziało się bowiem dosłownie na mapie i orientowało według drogowskazów. Wystarczyło przegapić jeden zjazd i efektem tego była niespodzianka. Taka jak ta. Wyjechałem na co prawda na trasę wiodącą do Bydgoszczy, jednak od strony, od której nigdy jeszcze nie jechałem. Miało to zresztą swoje praktyczne uzasadnienie. Żeby dojechać do mojego ówczesnego miejsca zamieszkania, musiałbym przedzierać się przez całe miasto, co niespecjalnie jakoś mi się uśmiechało.

Zawsze jednak musi być ten pierwszy raz. I gdy tak sobie w myślach wizualizowałem przedzieranie się przez miejskie korki w godzinach szczytu, moim oczom ukazał się widok, który w pierwszej chwili można było uznać za omam spowodowany upałem. Ot, po prostu chłopu dogrzało Słońce i ma halucynacje.

dscn9941

Jednak obraz przed oczyma był jak najbardziej realny. Ktoś poświęcił dużo czasu i wysiłku, aby swój hotel i restaurację uczynić niecodziennymi. Wygląda na to, że mu się to udało.

dscn9944

Mając do dyspozycji takie plenery, nie tracąc czasu, zrobiłem kilka zdjęć. Tak, wiem, kadrowanie szwankuje, jednak chciałem uniknąć na fotografii widoku współczesnych, europejskich aut.

dscn9950

dscn9953

Efekt tej sesji był rozczarowujący także z innego powodu – mój ówczesny aparat fotograficzny skapitulował przed takimi kontrastami. W sumie nic dziwnego. Słońce świeciło niczym w Arizonie.

dscn9947

Dziś żałuję, że nie zatrzymałem się tam na posiłek. Podobno wnętrze robi jeszcze większe wrażenie.

Wycieczka sentymentalna w stylu Mad Maxa

img20200425_20103483

Są rzeczy i sprawy, których wytłumaczyć nie sposób osobom, które ich bezpośrednio nie doświadczyły. Fenomeny, które występowały tylko w konkretnych okolicznościach i po ich ustaniu straciły jakikolwiek sens i znaczenie.

Pewnego dnia podbiegł do mnie podekscytowany siostrzeniec.

– Wujek, wujek, a ty wiesz, że były trzydrzwiowe Polonezy? – krzyczy od progu.

Dzieciak odkrył właśnie coś nowego, coś, o czym według niego mogę nie wiedzieć. Dla mnie to oczywiście żadna nowość, ale nie będę przecież gasił zapału dziecka. To dla niego arcyważne podzielić się z dorosłym czymś nowym, o czym może nie wiedzieć. Wobec tego stwierdziłem tylko, że tych trzydrzwiowych musiało być mało, skoro na ulicy ich nie widać.

Młody zasępił się, po czym stwierdził że jest ich rzeczywiście mało, bo ludzie w salonach woleli jednak praktyczniejsze wersje pięciodrzwiowe, więc ich nie kupowali. O losie słodki…

Wytłumacz teraz dziecku, że Polonezów nie kupowało się w czasach PRL-u w salonach. Że samochody w ogóle nie czekały na klientów, tylko klienci na samochody. Że posiadanie odpowiedniego zasobu gotówki wcale nie upoważniało nikogo do zakupu nowego auta. Chyba że tą gotówką były dolary albo dojczmarki, które otwierały drzwi do świata nowych możliwości. Inna rzecz, że twardej waluty nie wolno było posiadać. Oficjalnie. Wytłumacz to teraz dziecku.

Nie trzeba zresztą uciekać w tak ekstremalne przykłady. Nie tak dawno miałem bardzo pouczającą rozmowę z człowiekiem, który był zaledwie kilkanaście lat młodszym ode mnie. Urodzonym niby jeszcze w PRL-u, jednak dorastał już po jego końcu. Człowiek ten nie rozumiał zupełnie fenomenu filmów VHS. Szczerze mówić, to mu się nawet nie dziwię.

Był to bowiem pewien fenomen. W połowie lat osiemdziesiątych w domach nielicznych szczęśliwców zaczęły pojawiać się odtwarzacze wideo. Często najprostsze modele, podłączone do rodzimych Heliosów czy rachitycznych ruskich Rubinów. Najważniejsze jednak, że to działało. W czasach gdy w telewizji były tylko dwa kanały, które dziś, po zsumowaniu nie dałyby nawet jednego, była to namiastka normalności. Zachodni film w oficjalnej telewizji pojawiał się tylko od wielkiego dzwonu, zapowiadany był zresztą z kilkumiesięcznym wyprzedzeniem. Ratunkiem były więc odtwarzacze wideo i kasety z zachodnimi filmami. Ponieważ sprzęt ten znajdował się tylko w domach nielicznych wybrańców losu, więc urządzało się „seanse”. Do mieszkania schodziła się cała gromada dzieciaków, ustawiało krzesła, niczym w kinie, przygotowywało przekąski, zasłaniało okna i rozpoczynano seans.

img20211204_13025377

Przy czym bardziej niż fabuła, interesowało nas życie, utrwalone na tych obrazach. Ludzie i ich zajęcia, moda, ulice i pojazdy. Przede wszystkim pojazdy. U nas był siermiężny schyłek Peerelu a tam… Właśnie wówczas na filmie wideo zobaczyłem po raz pierwszy GPz 900R. Olać scenariusz, dawać więcej scen z motocyklem! Więcej motocykla!

Czytałem wspomnienia człowieka, który na początku lat siedemdziesiątych uczestniczył w nielegalnym seansie „Easy Ridera”. Jego wypowiedź była w podobnym tonie. Mało interesował go scenariusz. Patrzył jak urzeczony na motocykle, krajobrazy… Myślę, że zrozumielibyśmy się doskonale. Innej opcji na zajrzenie za żelazną kurtynę przecież nie było.

Tym bardziej, że łączyło nas jeszcze coś. Przecież te nasze seanse wideo również były nielegalne. Niby wszyscy to podświadomie czuli, chociaż nikt nie mówił tego głośno. Była to prawda o tyle, że przez granicę PRL nie wolno było przewozić kaset wideo.  W ogóle, w żadnym kierunku. Uświadomiła mi to dobra znajoma, która w tych ciemnych latach uciekła do Kanady na pokładzie statku „Batory”. Ta nielegalność spotkania na pewno dodawała jeszcze smaku całemu przedsięwzięciu.

Jednak pierwszym filmem, który obejrzałem na takim seansie, był Mad Max. Oczywiście, nie interesowała mnie wówczas fabuła. Bez reszty pochłonęły mnie pojazdy utrwalone na taśmie. Fordy Falcony grzejące na pełnym gazie przez jakąś zapomnianą pustynię, po szosie o jakości sto razy lepszej, niż nasza ówczesna trasa katowicka. Oraz oczywiście motocykle należące do gangu The Acolytes, terroryzującego to pustkowie. Wspaniałe KZ 1000, rzecz trudna wówczas do objęcia wyobraźnią. Szczególnie gdy najmocniejszym motocyklem, z którym miało się wówczas do czynienia, była WSK Kobuz.

Życie to nie bajka. Ani film. Są jednak miejsca i momenty, gdy wspomnienia atakują same. Tak jak właśnie tutaj, w północnej Lotaryngii, gdzieś pośrodku niczego. Tylko łąki i pastwiska ciągnące się po horyzont. Puste szosy, na których nie ma niemal żadnego ruchu i gdzieniegdzie senne miasteczka i wioski, gdzie życie płynie powoli i leniwie. Pojawienie się tu „obcego” rośnie do rangi lokalnej sensacji.

IMG_3042

Pokrzywione, zardzewiałe znaki drogowe tylko potęgują to poczucie dystopii. Pięć minut przed końcem świata.

IMG_3047

Krzywy znak „STOP” nakazuje ustąpić pierwszeństwa na skrzyżowaniu. Zatrzymuję się posłusznie, chociaż wiem, że nic nie jedzie drogą główną. Przejeżdża tu pewnie jeden samochód na godzinę. A może nawet i nie.

IMG_3053

Motocykl lekko przechyla się, szybko nabiera prędkości. Wskakują kolejne biegi, chociaż maszyna bez problemu jest w stanie przekroczyć obowiązującą tu dopuszczalną prędkość już na drugim przełożeniu.

IMG_3039

IMG_3045

To gdzieś na podobnym pustkowiu, tylko po drugiej stronie globu, działał filmowy gang „The Acolytes” pod wodzą psychodelicznego Toecuttera. Powiedzieć, że ci goście byli źli, to jakby nic nie powiedzieć. Oni byli złem. Scena na dworcu kolejowym jest jedną z najlepszych w historii kina. Do dziś człowiek ma ciarki na plecach, kiedy przypomni sobie dialog Toecuttera z urzędnikiem kolejowym.

IMG_2663

IMG_3058

Nieobliczalni ludzie jeździli na nieobliczalnych motocyklach. Sam po latach zakupiłem jednego z następców KZ 1000, nie bardzo zresztą wiedząc wówczas, czemu to robię. Wspomnienia mają jednak dużą moc.

DSC_6944

IMG_3049

Ten świat seansów VHS skończył się dość szybko. Na początku lat 90-tych wszystko uległo radykalnej zmianie. Magnetowid przestał być już czymś rzadkim, stał się niemal obowiązkowym wyposażeniem mieszkania, niczym pralka albo lodówka. Także kaset wideo nie trzeba było już przemycać. Od wypożyczalni zaczęło się roić. Dosłownie. Jakby tego było mało, pojawiła się telewizja kablowa, a w niej co najmniej 98 programów telewizji satelitarnej. Więcej niż człowiek był w stanie kiedykolwiek obejrzeć. Dodatkowo zaczęły się mnożyć lokalne stacje telewizyjne, działające bardziej lub mniej legalnie. Zwykle jednak mniej. Od przesytu można dostać niestrawności. Do tego stopnia, że telewizora pozbyłem się ze swojego pierwszego „samodzielnego” lokum już w 1996 roku – i nie posiadam go do dziś. Jeśli mam zamiar obejrzeć jakąś nowość, wolę wybrać się do kina. Uważam, że „dziesiąta muza” zasługuje na jakąś lepszą oprawę i wyróżnienie. Zaś te kilkanaście filmów, do których lubię czasem wracać, stoi na półce w formacie DVD. Czasem wrzucę coś do napędu komputera i jak za dawnych czasów, bardziej skupiam się na obrazach niż fabule. Dawać więcej scen z motocyklem! Więcej motocykla!