Month: Sierpień 2015

Natura i klasyka 2015

DSC_0039

15/16 sierpnia 2015

Imprezy z udziałem pojazdów klasycznych obrodziły nam w tym roku do tego stopnia, że trzeba wręcz wybierać, gdzie udać się tym razem na weekend. Zloty bowiem zaczęły się dublować w tych samych terminach.

Tym razem wybór padł na „Klassik Autos im Grünen”, połączony z jubileuszem 40-lecia Margarentenhof, restauracji i hotelu organizującego już od wielu lat tę imprezę.

Prognozy pogody nie były zbyt zachęcające. Po niemiłosiernych upałach przyszło ochłodzenie a wraz z nim – deszcze. Niestety, ziścił się koszmarny sen organizatorów – padało od samego rana. Z przerwami, ale jednak. Nie wróżyło to dobrze imprezie.

Niezrażony tym faktem naciągnąłem plandekę na wózek (żeby mi tapicerka nie zamokła 😉 ) i wyruszyłem w stronę przygranicznego Berus.

DSC_0141

Tym razem nie byłem pierwszym motocyklistą na imprezie. Wcześniej bowiem pojawił się człowiek na GPz 1100 z 1982 roku, czyli pierwszej serii produkcyjnej.

Co ciekawe, motocykl wyposażono już wówczas we wtrysk paliwa! Był to jeden z pierwszych motocykli wyposażonych seryjnie w to urządzenie.

DSC_9862  DSC_9860

Deska rozdzielcza zdradza, że jest to druga wersja tej maszyny, w nomenklaturze fabrycznej nazwana „B2”; różni się ona od pierwszej zastosowaniem wyświetlaczy LCD a także, z rzeczy mniej widocznych – ulepszonym systemem wtrysku paliwa. Oraz większą mocą – o cały 1 KM.

DSC_9858

Motocykl został uruchomiony niedawno po niemal dwudziestoletnim przestoju i trapią go podobne problemy, z którymi sam walczyłem reanimując swój egzemplarz.

Gdy już myślałem że nic mnie dziś nie zaskoczy, z dźwiękiem niepodobnym do niczego innego zajechał Kawasaki Mach III.

DSC_9939  DSC_9938

Gdy kierowca wyłączył już potworny dwusuwowy agregat, podszedł do mnie starszy Niemiec.

„- Patrz pan, Japończycy potrafili skopiować wszystko. I udoskonalić do perfekcji.”

Trudno nie przyznać mu racji. Motocykl ten na przełomie lat 60-tych i 70-tych zrobił niesamowicie dobrą robotę dla KHI. Trzycylindrowy dwusuw przy pojemności skokowej 499 ccm generował moc na poziomie 60 KM. Przy masie własnej poniżej 185 kg ucinało to wówczas wszelkie dyskusje na autostradzie – maszyna bez problemów rozpędzała się do imponującej prędkości 185 km/h. Miarą nowoczesności była instalacja elektryczna 12V/400W oraz tyrystorowy układ zapłonowy CDI. Chociaż do rozruchu silnika nadal musiał wystarczyć kickstarter.

DSC_9942  DSC_9941

Mając możliwość porozmawiania z właścicielem tego wehikułu, wypytuję go o pewne szczegóły.

DSC_9945  DSC_9944

W pierwszych egzemplarzach rzeczywiście mogło dojść do zatarcia tłoka w środkowym cylindrze, później problem został wyeliminowany. Tak więc opowieści o zatartych silnikach w Mach III nie są tylko legendą ludową. Prędkość maksymalna okazywała się nawet wyższa niż przedstawiało to w swoich katalogach Kawasaki Heavy Industries. Spalanie na poziomie 11l/100km również nie należało do rzadkości, szczególnie jak ktoś miał ciężką rękę…

DSC_9946  DSC_9949

Silna grupa „harlejowców”. Ci to mają dobrze. Nieważne czy przyjechali modelem z lat 40-tych XX wieku czy też nówką prosto z salonu – jeden i drugi wyglądają tak, jakby wyciągnięto je prosto ze zbiorów muzealnych 😉

DSC_0053  DSC_9909

DSC_9911  DSC_9912

DSC_9914  DSC_9915

Ciekawostką był Renault 4CV. W Polsce ten samochód jest niemal nieznany. Popularny był za to we Francji, Hiszpanii i Japonii oraz w Kraju Saary, po wojnie gospodarczo powiązanym właśnie z Francją.

DSC_0108

Auto było alternatywą dla niemieckiego „Garbusa”. Odrzucając wszelkie sentymenty i patrząc obiektywnie – w sumie pod każdym względem lepszą. Przede wszystkim jest to samochód czterodrzwiowy, więc z zajmowaniem miejsca na tylnej kanapie nie ma problemów. Zwrócił ktoś uwagę na drobny szczegół – a mianowicie w powojennych autach francuskich próżno szukać samochodów dwudrzwiowych. Wszystkie, za wyjątkiem rzecz jasna aut sportowych, są czterodrzwiowe. Wzięło się to stąd, że samochód dwudrzwiowy we Francji był droższy w utrzymaniu a to za sprawą wyższych stawek ubezpieczeniowych.

DSC_0106  DSC_0111

Jednak najważniejsze kryje się pod tylną klapą autka. Silnik, w przeciwieństwie do „Garbusa”, jest rzędową „czwórką” chłodzoną cieczą, o pojemności 747 ccm i mocy 21 KM oraz rozrządem OHV, na swoje czasy nowoczesną i nawet dziś zachwycającą swoją kulturą pracy i cichobieżnością. Samochodzik produkowano w latach 1946 – 1961.

Nagle!

DSC_0058  DSC_0059

Czy ten motorower czegoś Wam nie przypomina? Ten „Condor” to przecież nasz rodzimy „Komar” MR 232 w wersji na rynek niemiecki. Ponieważ polski przemysł motoryzacyjny nie wypracował sobie marki rozpoznawalnej na świecie (jak np. MZ czy JAWA), czego zresztą „plony” zbieramy po dziś dzień, powstał problem ze sprzedażą naszych produktów za granicą. Rozwiązała go firma Neckermann, będąca oficjalnym dystrybutorem w RFN motocykli MZ, JAWA i CZ, firmując motorowery swoją nazwą.

DSC_0061  DSC_0060

Problem pozornie został rozwiązany i motorowery trafiły do klientów zachodnich a do kasy PRL wpływały upragnione dolary i dojczmarki.

DSC_0062  DSC_0065

Szkoda tylko, że w dalszym ciągu na zachodzie nikt nie kojarzył ich z Rometem…

Komary/Condory sprzedawane były do RFN, Wielkiej Brytanii, Szwecji, Irlandii, Turcji i Nigerii.

Wtem!

Na jednym z Citroenów 2CV wypatrzyłem taką oto tabliczkę.

DSC_0117

Tak, ten samochód wrócił właśnie niedawno z Torunia. Ponieważ dzięki różnym zawirowaniom losu związany jestem z Toruniem bardzo silnymi więzami, postanowiłem zaczepić właścicielkę auta. Tym sposobem poznałem niesamowitych ludzi, Astrid i Petera z polska Piotrem zwanego. Gdy powiedziałem o co mi chodzi, z miejsca zostałem uściskany, posadzony przy stoliku i nakarmiony… świeżymi piernikami toruńskimi! 1300 km od Torunia!

Chciałem zapytać Astrid o wrażenia z pobytu w Polsce, ale nie dała mi dojść do głosu. Sama opowiedziała wszystko.

Otóż, gdy powiedziała znajomym że wybiera się do Polski do Torunia na 21 zlot miłośników Citroena, ci popukali się tylko w czoło, dając tym samym do zrozumienia że wybiera się do krainy dzikusów.

„-Zobaczysz, już pierwszej nocy ukradną ci koła. A to będzie dopiero początek.” – tak straszyli Astrid znajomi.

Być może kogoś innego by to zniechęciło. Ale nie Astrid, która jest uparta i nie wierzy w nic, czego sama nie sprawdzi.

„Czarnowidztwo” znajomych nie sprawdziło się a Astrid i Piotr zostali oczarowani „najlepszym zlotem Citroena” na jakim kiedykolwiek byli – a wierzcie mi, bywali na wielu.

„-Powiedz mi, czy widziałeś gdzieś, żeby na paradę starych samochodów zablokowano pół wielkiego miasta? I to nie jeden raz! Czy jeszcze gdzieś jest to możliwe? Zlot był zaplanowany perfekcyjnie. P E R F E K C Y J N I E.” – jeszcze raz akcentuje to słowo.

DSC_0120

„-Poznań… Toruń… Bydgoszcz…” –Astrid pisze na kartce nazwy miejscowości, pilnie bacząc by nad „ń” koniecznie znalazła się kreseczka. Szczególnie mocno męczy się nad nazwą „Bydgoszcz”, która dla Niemców jest niemal niewymawialna, ale Astrid się nie poddaje i uparcie odmawia używania nazw niemieckich (Posen, Thorn, Bromberg). Zaimponowała mi.

Na koniec, jak relikwię, wyjęła z bagażnika samochodu program toruńskiego zlotu oraz egzemplarz „Gazety Pomorskiej” ze zdjęciem swoim i Louisa. Jak łatwo się domyśleć, Louis to imię Jej ukochanego, szarego Citroena 2CV w wersji dostawczej.

Louis (pierwszy od lewej) z kumplami:

DSC_0021

Pojawiła się druga Jawa, tym razem model 640.

DSC_0066 DSC_0068

Ciekawostką jest regulacja przedniej lampy w zależności od obciążenia. Trzeba przyznać, że problem rozwiązano sprytnie.

DSC_0071

Sportowy skuter Peugeot 103 RCX z 1988 roku. Z „komarowej” pojemności 49 ccm rozwijał moc 2,1 KM, co przekładało się na prędkość maksymalną 70km/h. Silnik chłodzony jest cieczą.

DSC_0079

Przedstawiciel samochodowego baroku, Packard Patrician 400 z 1952 roku. Samochód wyposażono w rzędowy, ośmiocylindrowy, dolnozaworowy silnik. Przy pojemności 5400 ccm rozwija moc 157 KM. Niesamowita jest praca tego motoru – cicha, równomierna, pozbawiona absolutnie jakichkolwiek wibracji. Po prostu majstersztyk.

DSC_0099

Demontaż głowicy tego silnika jest nie lada wyzwaniem. Do jej zdjęcia należy odkręcić „tylko” 38 śrub.

DSC_0085

Silnik przekazuje swoją moc na koła przy pomocy półautomatycznej skrzyni biegów o zaledwie dwóch przełożeniach. Prędkość maksymalna tego wehikułu oscyluje w granicach 150~160 km/h mimo masy własnej wynoszącej „tylko” 2500 kg.

DSC_0103  DSC_0101

Instalacja elektryczna jest oczywiście 6V z plusem na masie, żeby było oryginalniej.

Samochód wyposażono w podwójne, barwione szyby, opuszczane automatycznie we wszystkich drzwiach. Siłowniki szyb są hydrauliczne, nie elektryczne. Hydraulicznie wysuwana jest również teleskopowa antena radiowa, wspomaganie kierownicy a nawet regulacja foteli! I to wszystko w 1952 roku!

Nie klasyka, ale ciekawostka. Albo moze inaczej: „retroklasyka”. W 650 z wózkiem od sowieta też daje radę.

DSC_0139

I najstarszy motocykl na zlocie i chyba najstarszy pojazd w ogóle – przepiekny Magnat – Debon z 1921 roku, w stanie „oryginał prosto ze stodoły”. Czyli tak, jak lubię. Co prawda trochę nieoryginalnych fantów by się w nim znalazło, na przykład zbiornik paliwa w oryginale powinien być zielony, tłumik z okrągłym zakończeniem. Prądnica na pasku klinowym to również późniejszy tuning, tak samo jak zawór od pieca na olej opałowy na przewodzie olejowym…

DSC_0007  DSC_0009

DSC_0011  DSC_0012

DSC_0015  DSC_0017

Mimo to motocykl jest piękny. Przed samą II wojną światową Magnat – Debon produkowała również motocykle z silnikiem w układzie bokser. Według opinii znawców w tamtym czasie najlepsze na świecie…

Włoszczyzna 😉

DSC_0082

Deszcz wreszcie przestał padać i frekwencja się poprawiła. Mimo niesprzyjającej aury ja zaliczam ten zlot do jednych z najbardziej udanych. Organizatorzy zapewne liczyli na więcej…

Galeria:

Rodemack – małe Carcassonne

DSCI0823

O słynnym, francuskim Carcassonne słyszał chyba każdy. Średniowieczne miasto zachowane niemal w całości w nienaruszonym stanie, mekka filmowców i fotografików. Tylko trochę daleko i nieco drogo… Kiedyś na pewno się tam wybiorę, jednak jeszcze nie dziś.

„Oczywistą oczywistością” jest, że to nie jedyne miasto w całej Francji, które zachowało swój dawny charakter. Znalazłoby się ich trochę więcej. „Trochę” oznacza w tym przypadku dokładnie 156, bowiem „francuskie miasta średniowieczne” w 1987 roku zrzeszyły się  i związek ten obecnie liczy właśnie 156 członków. Zaś najbliżej, z naszego punktu widzenia oczywiście, znajduje się właśnie Rodemack.

Tak więc pewnego letniego dnia, nie zważając na prognozy pogody wieszczące upały oraz przelotne burze, pakuję się na motocykl i wyruszam w podróż do Rodemack.

DSCI1493

Prognozy pogody chyba nie kłamały – słupki rtęci już w okolicach godziny dziesiątej przekroczyły wartość +30 stopni. I wcale nie zamierzały na tym poprzestać. Upał wzrastał dosłownie z każdą minutą. Mój borze tucholski, a ja kiedyś myślałem, że +30 stopni Celsjusza to dużo!

Gorące powietrze znad autostrady powodowało, że jechało się jak w piekarniku. Pęd powietrza wcale nie chłodził, nawet przy 160 km/h nadal odczuwało się skwar. Zresztą szybciej jechać nawet nie próbowałem, bowiem przed wyjazdem zaniedbałem jedną, ale ważną rzecz. Nie zatankowałem motocykla uznając, że pół zbiornika do dostatecznie dużo aby nie opłacało się nadkładać drogi do stacji paliw a po drodze zawsze będzie przecież możliwość zakupienia benzyny. Niestety, te „pół zbiornika” widniało tylko na ekraniku wyświetlacza i nie miało wiele wspólnego z rzeczywistością. Ma on bowiem tę paskudną przypadłość, że kreseczek ubywa tym szybciej im mniej paliwa pozostało. Na dodatek, dzięki remontom na autostradzie, ostatnia stacja paliw przed granicą jest zamknięta. Jak na złość. No tak, jak się nie robi regularnie aktualizacji map w nawigacji to niestety bywa się zaskoczonym…

Po niedługim czasie wyświetlacz pokazuje, że osiągnięto już dno w zbiorniku i właśnie turlam się na rezerwie. Jak duża jest ta rezerwa? Nie mam pojęcia, jednak nie jest dobrze, skoro komputerek pokładowy strzela mi czerwoną kontrolką po oczach.

Już dawno telepię się prawym pasem autostrady z prędkością w granicach 100km/h, narażając się na kpiące i pełne politowania uśmiechy wyprzedzających mnie motocyklistów. Jednak obawiam się, że nawet taka jazda może nie wystarczyć aby doturlać się jakoś do granicy. Trzeba zredukować zużycie paliwa jeszcze bardziej. „Przyklejam się” zatem do ogona dużej ciężarówki. Prędkość spada do 80 km/h ale zużycie paliwa też, dzięki zredukowaniu oporu powietrza.

Tak mijają dalsze kilometry a każdy kolejny przybliża mnie do upragnionej granicy. Jednak taka jazda usypia czujność. W pewnej chwili powietrze przeszywa potworny huk, wokół motocykla przelatują najeżone drutami kawałki opony a ciężarówka z przeraźliwym piskiem wykonuje szaleńczy taniec po całej szerokości autostrady aby po krótkiej acz dramatycznej walce z prawami fizyki wylądować na pasie awaryjnym… Szczęśliwie udaje mi się nie oberwać żadnym z fruwających w powietrzu odłamków opony ale na najbliższym parkingu muszę zatrzymać się i trochę ochłonąć.

S0150753

Szczęśliwie udaje mi się jakoś dojechać do Schengen, jednak ostatnie zjazdy z góry pokonuję już samym rozpędem. Na stacji tankuję paliwo pod korek i zgodnie z wytycznymi nawigacji kieruję się teraz w kierunku Francji. Niestety, to nie koniec niespodzianek. Na dużym rondzie nawigacja nagle kategorycznie odmawia dalszej współpracy i ostentacyjnie wyłącza się. I już nie daje ponownie uruchomić.

Witaj przygodo!

Docieram „rozpędem” z powrotem do autostrady. Długie tunele wydrążone w górach dają odrobinę upragnionego cienia i chłodu. Dziwne uczucie, gdy z rozświetlonego pełnym słońcem dnia wpada się w ciemność tunelu, której wydają się wcale nie rozświetlać liczne światła u jego stropu, na ścianach a nawet krawężnikach. Po chwili oczy przyzwyczajają się do ciemności; wtedy nagle wyskakujemy z gęstego mroku znów w jasność od której bolą oczy.

Za kolejnym tunelem znajduje się zjazd w kierunku wioski Mondorf. Z mapy kojarzę, że jest to właściwy zjazd. Cóż poradzić, nawigacja wysiadła i trzeba przeprosić się z papierową mapą.

W kolejnej miejscowości należy zjechać z głównej drogi w lewo. Granica przechodzi środkiem rzeczki a niewielkie budynki służb granicznych znajdują się na malutkim mostku. Oczywiście, budynki od dawna stają puste i nieużywane. Dziś nikt już nawet nie pamięta o tym, że kiedyś sprawdzano tu paszporty… Chociaż pewnie i tak niezbyt rygorystycznie. Rzeczka jest tak niewielka, że można ją przeskoczyć. Trochę jak w słynnym filmie Monthy Pythona, gdzie Czarny Rycerz z uporem maniaka pilnował „przeprawy”, czyli mostku z dwóch desek nad malutką strużką, którą można z powodzeniem pokonać jednym krokiem…

Francja wita mnie szykanami, którymi „specjaliści od bezpieczeństwa ruchu drogowego” próbują „uspokoić” ruch na drodze. Wychodzi im to dość słabo, bowiem francuscy kierowcy nagminnie je ignorują, ryzykując nawet uszkodzenie pojazdów. Mam nieodparte wrażenie, że te progi zwalniające i zwężenia jezdni a także światła „inteligentne inaczej”, zapalające sygnał czerwony tuż przed nosem nadjeżdżających samochodów tylko po to, aby po ich zatrzymaniu natychmiast przełączyć się na sygnał zielony, zamiast uspokajać, tylko wywołują wśród kierowców agresję i frustrację. Ten kto to powymyślał na pewno bardzo nie lubił kierowców, bo nie uwierzę, że nie miał świadomości tego co robi.

Podróż drogami francuskimi nie trwa długo i po kilkunastu kilometrach dojeżdżam do Rodemack. Białe mury twierdzy widać zresztą dużo wcześniej z drogi. Dziś urokliwe miasteczko liczy mniej niż 1000 mieszkańców, jednak na każdym niemal kroku przypomina o swojej dawnej świetności.

DSCI0849  DSCI0845

Miasto ma długą historię, którą wyciągnąć można aż do prehistorii. Jednak nie będziemy sięgać aż tak daleko. Samo miasteczko leży na trasie starej, rzymskiej drogi – co nie wyklucza istnienia gdzieś w ziemi pozostałości budowli z tych czasów.

To, co najbardziej interesujące to fakt nadania obszarów dzisiejszego miasteczka Rodemack przez Ludwika Pobożnego opactwu w Fuldzie. Ponieważ jednak od Fuldy dzieliła Rodemack duża odległość, skutecznie utrudniająca kontrolę, przeto stał się szybko obiektem wymiany terytorialnej z opactwem w Echternach. W tym czasie zbudowany zostaje pierwszy kościół a życie płynie spokojnie. Dalsza historia Rodemack jest niejasna. Wieś staje się lennem. Z mroków historii tylko od czasu do czasu wyłaniają się, niczym cienie, dawni władcy tych ziem. W ten sposób właśnie poznajemy jednego z nich, Dipoldusa, który w roku 932 sędziuje pierwszemu turniejowi rycerskiemu w Magdeburgu. W tym też czasie powstaje pierwszy feudalny dwór obronny (jeszcze nie zamek), zbudowany na miejscu dawnego rzymskiego „castellum”, dobrze chroniony przez naturalne ukształtowanie terenu. Na tą chwilę posiadłości „panów z Rodemack” są niewielkie, otoczone zewsząd przez ziemie należące do opactwa w Echternach. Przez następne dziesięciolecia nie bardzo wiadomo, co działo się na tych terenach. Aż do 6 lutego 1016 roku. Ówczesne kroniki odnotowały bowiem udział Fredericha Rodemachera i jego sąsiada, Jeana de Soleuvre, na turnieju rycerskim w Trewirze zorganizowanym przez cesarza Konrada. Potem znowu nastaje cisza. Aż do roku 1067, kiedy to następuje pierwsze tarcie pomiędzy opactwem Echternach a władcami Rodemack. To jeszcze nadal nic wielkiego, jednak ukazuje ambicje panów z Rodemack. Prawdziwy konflikt powstaje w roku 1190; Arnoux I po prostu zagarnął własność opata z Echternach a na miejscu dotychczasowego dworu zbudował zamek z prawdziwego zdarzenia. Nie, Arnoux nie był samobójcą. Poddał się bowiem pod zwierzchnictwo potężnego hrabiego z Luksemburga, wobec czego opat mógł się co najwyżej poodgrażać z ambony podczas kazania. Zresztą, lepiej żeby odgrażał się niezbyt głośno, bowiem „panowie z Rodemack” zaczęli poczynać sobie coraz śmielej. Dzięki zwycięskim (na ogół) wojnom z sąsiadami a także rozmyślnie zawieranym małżeństwom obszar ich panowania rozrósł się w ciągu kilku stuleci do imponujących rozmiarów.

Niestety, wszystko ma swój kres. Dla „panów z Rodemack” było nim przymierze z królem Francji, na którym to układzie nie wyszli zbyt dobrze. Koniec końców, ostatni z władców Rodemack w 1492 roku został uznany za przestępcę a jego majątek skonfiskowany.

Dla Rodemack następują burzliwe czasy. Wybucha konflikt pomiędzy Francją a Hiszpanią o panowanie nad miastem. Francuzi zbrojnie zajmują Rodemack aby potem, na mocy różnych traktatów i porozumień, oddać je znów Hiszpanom. Po kilku latach sytuacja się powtarzała. Taka przepychanka trwała grubo ponad sto lat, od 1542 aż do 1678 roku, kiedy to francuzi zajmują miasto ostatecznie. Następuje okres spokoju.

W międzyczasie średniowieczny zamek staje się cytadelą.

W roku 1790 miasto trawi pożar, niszczący większość jego dawnej zabudowy. To tłumaczy poniekąd, dlaczego duża część domów pochodzi z XVIII wieku.

Jednak przygraniczne położenie miasta daje znać o sobie. W roku 1792 wojska pruskie oblegają miasto i twierdzę. Mimo ciężkich strat cytadelę udaje się utrzymać. Podczas oblężenia szczególnie wsławia się dwóch obrońców: porucznik Brune, późniejszy marszałek oraz sierżant Junot, który również dostąpił później wielu zaszczytów.

Sytuacja powtarza się w 1815 roku. Następuje słynne „studniowe” oblężenie cytadeli przez połączone wojska pruskie i austriackie. Twierdza Rodemack również z tej próby wyszła zwycięsko a obroną dowodził niejaki generał Hugo – ojciec Victora Hugo.

Jednak wygranie bitwy wcale nie oznacza wygrania wojny. Tak też było i tym razem i wkrótce po tym wydarzeniu twierdza Rodemack, na mocy traktatów pokojowych, została rozebrana.

Przygraniczne położenie Rodemack sprawia, że konflikty zbrojne przetaczały się przez miasteczko dość często. Dziwnym wydawać się może zatem fakt, że zachowało się w nim aż tak wiele dawnej zabudowy. Poniekąd jest to zasługą faktu zaliczenia Rodemack w 1905 roku do ważnych historycznie miast Francji. Jednak właściwa opieka nad zabytkami miasteczka zaczyna się dopiero od lat 70-tych XX wieku – i trwa do dziś.

Oczywiście wizytówką Rodemack jest Cytadela, widoczna już z daleka. Jej jasne mury górują nad okolicą.

DSCI1546  DSCI1490

Zbudowana na fundamentach średniowiecznego zamku, rozebrana zaledwie 200 lat temu, od 2004 roku jest mozolnie odbudowywana i restaurowana. Niestety, na jej otwarcie i zwiedzanie trzeba jeszcze trochę poczekać.

Gdy podjedziemy w region starówki (na oko obejmującej ciągle jakieś 70% zabudowy) uwagę zwracają całkiem dobrze zachowane mury obronne. Pozostało ich do dziś około 700 metrów, czyli zachowały się niemal w całości. Zbudowano je w XII wieku, jednak w późniejszych latach były wielokrotnie przebudowywane i naprawiane.

DSCI1547  DSCI1537

DSCI1508  DSCI1494

Pierwotnie wzmacniało je osiem baszt, z których do dziś przetrwało kilka.

Baszta Więzienna, pochodząca prawdopodobnie z XV wieku:

DSCI1506

Baszta Cmentarna – swoją niecodzienną nazwę zawdzięcza znajdującemu się bezpośrednio przy niej, w fosie, małemu cmentarzykowi. Jak dla nas to trochę upiorna wizja cmentarza znajdującego się raptem kilka metrów od miejskich zabudowań, jednak ludzie średniowiecza mieli na ten temat inne zdanie. Życie było krótkie a obecność śmierci odczuwana na co dzień…

DSCI1552

Kolejna wizytówka: brama miejska, zwana „Porte de Sierck” (od nazwy miejscowości do której prowadzi) lub „Porte de la Franchise” („Brama Śmiałości”). Data jej powstania pozostaje nieznana, wiadomo jednakże że istniała już na pewno w XIV wieku. Jej wygląd jest wynikiem rekonstrukcji, bowiem historia najnowsza również na niej odcisnęła swe piętno. Sklepienie bramy zostało rozebrane w 1944 roku aby umożliwić przejazd amerykańskich czołgów. Brama okazała się dla nich za niska. Łącznik odbudowano dopiero w 1989 roku.

DSC_8293  DSCI0832

Duża część zabytków znajduje się przy głównej ulicy miasta, Rue du Fort, która w formie dużej litery „S” przechodzi przez całą starówkę Rodemack, od bramy miejskiej „Porte de Sierck” aż do kaplicy Notre Dame i dalej do podnóża Cytadeli.

Pierwsza z ciekawostek znajdujących się przy głównej ulicy miasteczka. Niewielki, otwarty z każdej strony budynek, z „basenem” wewnątrz. To dawna pralnia miejska. Data budowy tego przybytku jest nieznana, wiadomo tylko że przebudowana była w 1862 roku. W „basenie” jest zawsze świeża, krystalicznie czysta, lodowata woda (prawdziwe ukojenie w tak upalny dzień jak ten), zasilany jest on bowiem ze źródła znajdującego się u podnóża twierdzy. Pralnia użytkowana była zgodnie ze swoim przeznaczeniem jeszcze na początku lat 60-tych XX wieku.

DSCI0829  DSCI1470

Przy pralni stoi późnogotycki krzyż – kapliczka z około 1500 roku. Z około dziesięciu zachowanych w Rodemack tego typu obiektów ten jest bez wątpienia najstarszy.

DSCI1473

Dawny urząd pocztowy. Mają nawet telegraf!

DSCI0823  DSC_8364

Najlepiej jest jednak zwiedzać miasto „na piechotę”, obchodząc je wzdłuż murów miejskich. Informacja dla wszystkich „przyrośniętych do siodła” – nie nałazimy się za wiele. Czas takiego spaceru to jakieś 20 – 30 minut. Za to wrażeń moc.

DSCI1474  DSCI1539

Pierwszy interesujący budynek znajduje się już pomiędzy bramą miejską a basztą więzienną. Mały, z kominkiem… Mój francuski jest bardzo ubogi, jednak wystarczył aby z szyldu odcyfrować jego przeznaczenie. Jest to „Obiekt Wyższej Użyteczności Publicznej” a napis nad drzwiami tegoż przybytku głosi wszem i wobec, że jest to „Gorzelnia Miejska”, czyli po naszemu „bimbrownia”. Rzecz nad wyraz intrygująca we Francji, znanej przecież z zamiłowania do wina.

DSCI1503

Niestety, nie dane mi było skosztować wysokoprężnych produktów destylacji alkoholowej z Rodemack (oczywiście w celach naukowo – poznawczych), mimo dopytywania się o nie w kilku sklepach a nawet informacji turystycznej.

Nieco dalej (oczywiście w skali Rodemack, bowiem w rzeczywistości tu wszędzie jest blisko) znajduje się średniowieczny ogród, założony w dawnej fosie, nieopodal Baszty Więziennej. Podzielono go na cztery części. W pierwszej możemy zobaczyć średniowieczną „aptekę’, czyli rośliny używane dawniej w celach leczniczych, takie jak piołun, tymianek czy melisa. Kolejna część zawierała przyprawy oraz rośliny będące zwykłym składnikiem pożywienia ludzi żyjących kilkaset lat temu. Następnie mamy część ozdobną, w której podziwiać można np. dawne odmiany róż, dziś niestety już przekwitłe (proszę przyjechać za rok). Na uwagę zasługuje również sposób uprawy roślin, przeprowadzony według średniowiecznych wzorców. W ogrodzie dominują proste formy geometryczne, zgodne z dawnymi kanonami.

DSCI1514  DSCI1515

DSCI1525  DSCI1526

DSCI1528  DSCI1529

Stare uliczki Rodemack. Gdyby nie parkujące samochody można by mieć wrażenie podróży w czasie.

Kaplica Notre Dame z 1658 roku.

DSCI1540  DSCI1544

Malutkie Rodemack jest oczywiście jedną z niekwestionowanych atrakcji turystycznych Francji. Jednak piękna starówka, zachowane mury obronne, czy wreszcie remontowana Cytadela to za mało, aby przyciągnąć tu turystów. Mimo dobrego położenia nie zagląda tu ich zbyt wielu. Wobec tego miasteczko radzi sobie inaczej. Raz w roku przez weekend cofa się do średniowiecza. Festyn średniowieczny w Rodemack nie zachwyci może historyków, nie odnosi się bowiem do żadnego konkretnego okresu ani nie jest rekonstrukcją jakichś ważnych wydarzeń. Chodzi po prostu o dobrą zabawę w dawnej oprawie – a klimat starego miasteczka daje odpowiednią oprawę całemu przedsięwzięciu.

Z cyklu „ginące zawody:

DSCI0481  DSCI0314

DSCI0550  DSCI0545

Średniowieczne malarstwo. Zanim jednak namalujemy „Taniec śmierci” należy samodzielnie przygotować sobie narzędzia pracy:

DSCI0310  DSCI0312

Lekcja „savoir – vivre” u stóp Cytadeli. Proszę zwrócić uwagę na ekspresję przekazu oraz użyte środki dydaktyczne:

DSCI0348  DSCI0373

DSCI0387  DSCI0389

„Zwykłe” życie:

DSCI0420  DSCI0450

Oraz rozrywki:

DSCI0424  DSCI0556

DSCI0575  DSCI0583

DSCI0680  DSCI0700

Tak oto spokojnie upływa dzień w Rodemack…

DSCI0723