media

Muzyka w garażu – Iron Maiden

img20200721_10145725s

Zespół, od którego większość osób z mojego pokolenia zaczynała swoją „przygodę” z ciężkim graniem. Nie jest to przypadek, bowiem jest on najważniejszym przedstawicielem NWOBHM, a jego wydawnictwa były nawet oficjalnie wydawane w PRL. Chociaż nie powiedziałbym, że przez to jakoś  dostępniejsze. A okazją do wspomnień jest wydany niedawno, siedemnasty album studyjny tej formacji.

W każdym razie pierwszy raz zobaczyłem album tej grupy w zbiorach starszego brata jednego z kumpli z podwórka. Była to koncertowa płyta „Life After Death”, wydana oficjalnie przez Tonpress KAW, kilka lat zresztą po oficjalnej premierze. Oczywiście wówczas miałem możliwość tylko go obejrzeć, jednak już wówczas zwróciła moją uwagę oficjalna „maskotka” zespołu, czyli Eddie, zmartwychwstający sobie właśnie wśród płomieni na małym, zapomnianym cmentarzu. W tle zaś widać miasto, nad którym szaleje burza, błyskawice druzgoczące szklane wieżowce, a nad wszystkim unoszący się cień śmierci… Sielanka 🙂 W każdym razie grafika zapadała w pamięć i była nie do pomylenia z niczym innym.

IMG_2723

Te okładki to była również „nowa jakość” wypromowana przez Iron Maiden. Na prawie każdej z nich znajduje się ten sam motyw, jednak różnie zaaranżowany, w zależności od potrzeb i sytuacji. Ta niesłychana konsekwencja to również była nowość. Pomysł ten później podchwycili również inni muzycy, jednak to Iron Maiden byli chyba pierwsi. A na pewno pierwsi tak konsekwentni.

img20211019_22445884

Ta okładkowa konsekwencja miała dodatkowe plusy – interesujące nas wydawnictwo można było dość łatwo namierzyć, zwłaszcza w sytuacji, gdy zapomniało się nazwy zespołu, ewentualnie nie wiedzieliśmy, jak ową nazwę wymówić. Pamiętać bowiem należy, że w szkołach uczono nas wówczas rosyjskiego i mało kto miał jakąkolwiek styczność z językiem angielskim. Sprawy jednak zaczęły się szybko zmieniać.

Mieliśmy bowiem rok 1990. Komunizm, jak się wówczas wydawało, odszedł w niebyt. Zaczął się „dziki kapitalizm”, w dobie którego „prywatyzowano” wszystko, także i muzykę. Wystarczyło, że ktoś miał jakiś sprzęt do kopiowania kaset magnetofonowych oraz chęci – i już stawał się „wydawcą”. Prawami autorskimi nie przejmował się nikt, może za wyjątkiem samych artystów i prawdziwych firm fonograficznych. Oczywiście, tego typu piractwo istniało już wcześniej, jednak nie na taką skalę.

img20211019_22494780

W ten sposób pojawił się zalew kaset magnetofonowych z muzyką. Różnej jakości, wydawanych mniej lub bardziej obskurnie. Ponieważ nie posiadały one pełnych okładek, inni piraci zaczęli wydawać same „wkładki”, czyli książeczki z tekstami utworów oraz ich tłumaczeniami. Z dzisiejszego punktu widzenia kompletne kuriozum. Rzecz jasna, tłumaczenia te zwykle pozostawiały również wiele do życzenia. Cóż, takie byli czasy. Jednak dzięki temu angielski przestał być już taki „obcy”.

Właśnie w początkach tych przemian ustrojowych, na mocy jakichś dziwnych wymian barterowych, stałem się posiadaczem pierwszej własnej kasety Iron Maiden. I to od razu najważniejszej  w ich całej dyskografii.

IMG_2711

„The Number Of The Beast” to czterdzieści minut klasycznego heavy metalu najwyższej możliwej próby. Otwierający album „Invaders” to wspaniały, metalowy cios między oczy. Zanim zdążymy ochłonąć mamy kolejny, powalający na kolana „Children Of The Dammed”. Dalej, niczym kopanie leżącego, leci „The Prisoner”, po czym, na dobitkę, niesamowity, ponadczasowy „22 Acacia Avenue”. Tak kończyła się pierwsza strona kasety. Jeśli ktoś myślał, że na drugiej będzie mógł trochę odetchnąć, to bardzo się mylił. Strona B rozpoczynała się bowiem od tytułowego, całkowicie nokautującego „The Number Of The Beast” właśnie, po przesłuchaniu którego każdy nucił przez tydzień pod nosem:

„Six, Six six, the number of the beast!”

Jednak wówczas nikomu to nie przeszkadzało. Nikt nie krzyczał, że to „promocja satanizmu” i że trzeba tego natychmiast zakazać. Po upadku komuny chyba wszyscy mieli serdecznie dość zamordyzmu, nakazów i zakazów. Przynajmniej w tamtym momencie. Ogłupienie przyszło później.

Kaseta zawierała osiem numerów. Oryginalna zaś płyta dziewięć. Po raz pierwszy, ale niestety, nie ostatni, album został przez pirata okrojony, żeby utwory łatwiej zmieściły się na kasecie. Czytaj – żeby „zaoszczędzić” cennej taśmy magnetofonowej, której można użyć do wyprodukowania innych kaset i zarobienia jeszcze więcej pieniędzy.

IMG_2709

Dalej poszło już szybko, chociaż początkowo z kasetami z muzyką z gatunku szeroko pojętego metalu był problem. W mojej miejscowości bowiem królowało wówczas disco. Jednak, dziwnym trafem, w jednej z obskurnych kamienic niedaleko mojej szkoły, ktoś otworzył „wypożyczalnię płyt CD”. Wypożyczalnia to zresztą zbyt duże słowo dla tego przybytku. Ktoś zapewne w Berlinie Zachodnim znalazł na śmietniku stare płyty CD. Porysowane, w połupanych pudełkach, bez wkładek i postanowił je wypożyczać, tak jak wypożyczało się kasety VHS z filmami. Wystarczyło wynająć pomieszczenie po jakimś dawnym zakładzie szewskim gdzieś w podwórzu starej kamienicy i gotowe. Biznes się kręcił. Kapitalizm lat 90-tych XX wieku pełną gębą.

Śmiech śmiechem, ale w ten sposób uzupełniłem duże braki w dyskografii grupy. Udało mi się na przykład wypożyczyć w ten sposób „Powerslave”i „Seventh Son…”. Potem należało kupić jeszcze czyste kasety i pojechać rowerem dwanaście kilometrów w jedną stronę do kumpla, który jako jedyny posiadał odtwarzacz CD. Tam następowało uroczyste skopiowanie materiału na wspomnianą wcześniej kasetę i wskakiwało się znów na rower, żeby jak najszybciej wrócić do domu i zdążyć odrobić lekcje – oraz, oczywiście, chociaż raz przesłuchać świeżo zdobyty materiał muzyczny.

Dziś rzecz nie do pojęcia. Ale wówczas przecież normalna codzienność. Biznes z wypożyczalnią CD zniknął zresztą równie szybko i tajemniczo, jak się pojawił.

Mając trzy kasety Iron Maiden czułem się już metalowcem pełną gębą. Zespół zaś polubiłem do tego stopnia, że gdyby to było wówczas możliwe, to pewnie wydziarałbym sobie jego logo. Jednak w tamtym czasie jedyni specjaliści, którzy potrafili wykonywać tatuaże odsiadywali zwykle długoletnie wyroki. W celi zresztą zapewne uczyli się tego fachu. Inna rzecz, że gdyby ktoś wówczas przyszedł do szkoły z tatuażem, to dyrektor osobiście wywaliłby go ze szkoły. A starzy z domu.

Wobec tego dziarałem to logo gdzie się tylko dało: na zeszytach, plecaku, murach osiedla…. Jak się okazuje, nawet dziś jestem w stanie narysować je bezbłędnie z pamięci.

img20211019_22474553

Tymczasem pojawiły się w moim miasteczku sklepy muzyczne. Ba, powstał nawet jeden, który można by było nazwać „salonem”. W nim to właśnie nabyłem album „Killers”. Ze zdumieniem zorientowałem się, że Iron Maiden to nie tylko Dickinson i że ma także inne, bardziej punkowe oblicze.

IMG_2706

W międzyczasie udało mi się przegrać w sławetnym „Digitalu” jeszcze wspaniały album „Somewhere In Time”, który tylko utwierdził mnie w uwielbieniu do tego zespołu. Co poniektórzy pamiętają jeszcze sławne stanowiska do piracenia płyt CD, wynajmowane na godziny… Cóż, na piractwo muzyczne narzekano już otwarcie, jednak w rzeczywistości wszyscy z niego żyli… Nawet muzycy, ale to temat na inną opowieść. Okładka została zaś skserowana z innej kasety. Tak się wówczas robiło, jeśli była taka możliwość. Pracownicy punktów ksero stękali, marudzili, ale robili 🙂

IMG_2705

Wczesną jesienią 1990 roku prasa muzyczna – była już taka – zapowiedziała szumnie nowe wydawnictwo Iron Maiden. Oczywiście zacząłem przebierać nogami, nie mogąc się go doczekać. Jakoś w połowie października musiałem wyjechać z rodzicami na ich zaległy urlop nad morze. Z jednej strony dobrze, że tydzień wolnego od szkoły. Z drugiej tragedia dla nastolatka, czyli urlop ze starymi. Bo i co może wydarzyć się ciekawego podczas takiego wyjazdu? Jak się okazuje, coś jednak może. Spacerując po nadmorskim deptaku, w jednej z bud z pamiątkami zobaczyłem kasetę Iron Maiden. Przyjrzałem się jej uważnie i przetarłem oczy ze zdumienia. Toż to przecież zapowiadany nie tak dawno nowy album! Ale że już go piraci zdążyli spiracić? Nie było jednak czasu na zastanawianie się. Nie miałem przy sobie pieniędzy, więc trzeba było wrócić biegiem do hotelu. Czas miałem przy tym taki, że mój nauczyciel od WF w życiu by nie uwierzył. Spieszyłem się zaś dlatego, że uważałem, że cały świat również zauważył tą taśmę i teraz stado podobnych do mnie szaleńców leci biegiem na kwatery po pieniądze. A każdy z nich gotów przecież mnie ubiec.

IMG_2703

Nikt mnie oczywiście nie ubiegł, bo i któż z wypoczywających nad morzem o tej porze roku emerytów może chcieć słuchać nowej płyty Iron Maiden? Wracałem już spokojnie plażą, słuchając w pięknych okolicznościach przyrody „No Prayer For The Dying”. W tym celu zabrałem swoją podróbkę Walkmana, załadowanego świeżymi bateriami „Centry”. Zestaw dwóch sztuk tych baterii wystarczał czasem nawet na spokojne przesłuchanie jednej kasety, po czym kończył zwykle swój żywot spektakularnym wylaniem elektrolitu. Mimo tego, do końca pobytu znałem już album na pamięć, co do jednego akordu. Jak dla mnie płyta wspaniała, surowa, równa. Powrót do korzeni heavy metalu. Z niesamowitym, wstrząsającym „Bring Your Daugher…”.

„Fear Of The Dark” nie zrobił już na mnie takiego wrażenia. Prawdę mówiąc, odsunął mnie trochę od Iron Maiden. Wiem, wsadzam teraz trochę kij w mrowisko, jednak ten album trochę mnie rozczarował. Przede wszystkim jest nierówny. Utwory petardy przeplatają się tu z zapychaczami, które sprawiają wrażenie, że znalazły się tu na siłę. To pierwsza płyta Iron Maiden, przy której mam ochotę używać przycisku przewijania. O ile poprzednie albumy sprawiały wrażenie jednej, spójnej całości, to „Fear Of The Dark” bardziej przypomina mi worek, w który wrzucono pomysły na co najmniej dwie różne płyty. Gdyby wywalono z niego trzy czy cztery kawałki, byłby niesamowity. A tak, jest dla mnie tylko przeciętny. Z kilkoma wspaniałymi petardami, jak na przykład „From Here To Eternity” czy „Be Quick Or Be Dad”.

IMG_2712

W zespole nie działo się wówczas najlepiej, ale o tym dowiedzieliśmy się nieco później, wraz z odejściem Bruce Dickinsona.

Nowym wokalistą został Blaze Bayley, z którym zespół nagrał dwie płyty. Pierwsza, „The X – Factor” po latach nawet broni się nieźle. Mroczna, gęsta, posępna, klimatyczna. Jednostajna, ale nie nudna, a głos Bayleya idealnie współgra z muzyką. O drugiej można powiedzieć tylko, że jest na niej jeden utwór warty wzmianki.

IMG_2724

Oraz, że udany za to był koncert w katowickim Spodku.

IMG_2728

Swoją drogą, ciekawi mnie, co myśleli pozostali muzycy, gdy zatrudniali jako wokalistę gościa z kompletnie innym głosem i manierą śpiewania niż poprzedni, długoletni wokalista?

Tu opowieść się urywa. Życie potoczyło się swoją drogą. Studia, obrona, rozpoczęty doktorat i nagła emigracja na drugi koniec świata. Potem kolejne przeprowadzki, praca, problemy rodzinne i dnia codziennego. Z czasem z dawnej kolekcji płyt i kaset nie pozostało już prawie nic.

W tym czasie do Iron Maiden wrócił Bruce Dickinson. Zespół wydał w tym czasie rewelacyjną „Brave New World”, ciekawą „Dance Of The Dead” oraz bardzo solidną, nieco mroczną „A Matter Of Life And Death”- a ja o tym zupełnie nie wiedziałem.

IMG_2720

Aż pod koniec 2010 roku poszedłem do jednego ze sklepów z elektroniką aby zakupić jakąś pierdołę spod znaku AGD. Zatrzymałem się przypadkowo przy stoisku z płytami. Pierwszą, która sam wpadła w ręce, była właśnie „The Final Frontier” Iron Maiden. Aż się zdziwiłem, że znowu wydali płytę. Którą to już z kolei? Kiedyś bym wiedział. Teraz na serio nie miałem pojęcia. Dawniej człowiek żył muzyką i nie wiadomo kiedy dał sobie to wszystko odebrać. Zapomniał, po co się żyje. Bo przecież nie tylko po, żeby pracować.

IMG_2718

„The Final Frontier” stał się początkiem zupełnie nowej kolekcji. Chociaż początkowo wcale nie to było moim zamiarem, bo nie wydawało mi się możliwe, aby tamte dawne zbiory można było odtworzyć. Po prostu chciałem kupić tą płytę i może jeszcze kilka, które uznam za „ważne”. Dziś kolekcja liczy kilka tysięcy pozycji i z każdym miesiącem ciągle się powiększa.

W międzyczasie do zbiorów dołączyły „The Book Of Soluls” oraz najnowsze dzieło, czyli „Senjutsu”. Oba to wielkie, dwupłytowe wydawnictwa. Nie są one jakimiś kamieniami milowymi w dorobku grupy. Powiedziałbym, że na tle ich wcześniejszych dokonań są bardzo przeciętne. Przy czym zaznaczyć należy, że „przeciętna płyta Iron Maiden” oznacza bardzo dobry album heavy.

IMG_2715

Heavy metal to taki gatunek muzyki, który ogólnie nie lubi dłużyzny. Przesadnie długie albumy robią się zwykle niestrawnym zakalcem. W pewnym stopniu dotyczy to także obu ostatnich płyt, przy czym bardziej jednak „The Book Of Souls”. „Senjutsu” wychodzi na tym tle dużo lepiej. Może to zasługa tego, że jest jednak nieco krótszy, może równomierniej rozłożony pomiędzy obie płyty. Chociaż druga cześć tego dwupłytowego albumu jest zdecydowanie lepsza od pierwszej. Ale Iron Maiden osiągnęli już taki status, że wolno im łamać konwenanse. Harris słynie zresztą z tego, że robi wszystko po swojemu.

Po kilku przesłuchaniach „Senjutsu” zaczyna się podobać i te rozbudowane, przeciągnięte kompozycje przestają przeszkadzać. Można zadać sobie pytanie, co to za płyta, którą trzeba przesłuchać kilka razy, żeby „zaskoczyła”? Odpowiedź jest prosta. Iron Maiden. Ich płytę każdy metalowiec kupi w ciemno i będzie słuchał tak długo, aż ją rozgryzie. Po prostu.

img20211019_22483889

Muzyka w garażu – Black Rebel Motorcycle Club

img20210721_13392937sm

Ten niezamierzony cykl artykułów byłby mocno niepełny bez wspomnienia o jeszcze jednym zjawisku, jakim jest grupa Black Rebel Motorcycle Club. Nazwa zespołu zaczerpnięta została z filmu „Dziki” (The Wild One) i był to klub, w którego szefa wcielił się sam Marlon Brando. Filmowy Black Rebels Motorcycle Club czerpał zaś inspirację z prawdziwego, istniejącego do dziś klubu motocyklowego „The 13 Rebels”, który prasa obwiniała o słynne (albo lepiej powiedzieć: osławione) zajścia w Hollister. Pierwsza sprawa została wyjaśniona.

img20210721_13380985

Pisanie o muzyce jest rzeczą niewdzięczną. To próba opisania jakiegoś fantastycznego świata osobie, która go nigdy nie widziała. Zasadniczo sprawa skazana od początku na klęskę. Co nie znaczy, że nie trzeba próbować.

img20210721_13392937

Zespół pojawił się ze swoją muzyką w zasadzie zupełnie niespodziewanie, jakby znikąd, podobnie jak motocyklowy klub w filmie, do którego nawiązuje swoją nazwą. Styl muzyczny można określić jako garażowy rock z elementami psychodelii, bluesa oraz jeszcze wieloma innymi stylami, jeśli komuś zależy na dokładnym szufladkowaniu. Charakterystyczną cechą tej muzyki są brutalnie przesterowane gitary, tworzące zwykle jedną, potężną ścianę dźwięku. Muzyka jest tak gęsta, że można ją niemal kroić nożem. Do tego wszystkiego dochodzą wokale, śpiewane niejako od niechcenia, podobnie jak filmowy szef Black Rebel Motocycle Club wygłaszał swoje kwestie. Coś pomiędzy nonszalancją a maniem wylane na wszystko. Całość brzmi, jakby przeciągnięta została przez stare, lampowe wzmacniacze z lat sześćdziesiątych. W efekcie wychodzi wspaniałe, stare, bardzo brytyjskie brzmienie, mimo iż zespół pochodzi z San Francisco. Muzyka prosto z klubu rockersów…

IMG_0795

Oczywiście, ten opis to ogromne uproszczenie sprawy. Rzecz jest bowiem dużo bardziej skomplikowana. Mimo iż muzyka zawarta na płytach na pozór wydaje się dosyć monotonna, to jednak zupełnie taka nie jest. Jest to wieczne poszukiwanie doskonałości, perfekcji oraz unikanie nagrywania rzeczy, które już zostały nagrane. W tym sensie zespół jest dość mocno nieobliczalny, podobnie jak filmowy BRMC od którego wziął swoją nazwę. Nie przysparza to oczywiście zespołowi popularności ani przychylności krytyków, jednak muzykom chyba też niespecjalnie na tym zależy. Robią swoje i to jest chyba najważniejsze.

img20210721_13402099

Dziki

img20210624_14582942

Są takie pozycje filmowe, których nie znać wprost nie wypada. Jedną z nich jest kultowy film Laslo Benedeka „Dziki”. Możemy się dziś spierać, ile ten film zrobił złego a ile dobrego dla kultury motocyklowej. Istnieją bowiem ludzie, którym zdecydowanie wszedł on za mocno. Jedno jest jednak pewne – słyszał o nim zapewne każdy.

Oglądałem ten film kilka razy. Przy czym przyznaję, za pierwszym razem go nie zrozumiałem, popełniając przy tym typowy dla młodego człowieka błąd – oceniłem go z punktu widzenia dzisiejszego widza. Przez to film wydał mi się banalny i do tego źle zagrany.

Tymczasem sprawa jest dosyć skomplikowana. Z jednej strony faktycznie, scenariusz jest bardzo prosty. Można by rzec, że jest to kalka westernu w nowej, młodzieżowej odsłonie. Johnny i jego klub Black Rebels Motorcycle Club jeżdżą motocyklami od miasta do miasta, szukając rozrywki, którą zazwyczaj stanowi rozróba, ewentualnie psucie zabawy innym. Zewsząd przepędzani, trafiają w końcu do Wrighstville. Spokój peryferyjnego miasteczka zagłusza ryk silników motocyklowych, krzyki podpitych jeźdźców i muzyka płynąca z szaf grających. Miejscowy szeryf próbuje opanować sytuację, jednak brak mu stanowczości i zdecydowania. Tymczasem najgorsze dopiero ma nadejść – w miasteczku pojawia się nagle drugi, konkurencyjny klub motocyklowy…

DSC_3964

Scenariusz opiera się luźno na wstrząsającej relacji prasowej z „awantury w Hollister”. Artykuł był bardzo mocno przesadzony i okraszony specjalnie pozowanymi fotografiami. Zresztą, problemem nie było to, co się wydarzyło – albo lepiej –nie wydarzyło się w Hollister. Problemem nie był też sam tendencyjny artykuł, bo przecież nie była to pierwsza (ani także ostatnia) taka publikacja. Ten fenomen „moralnej paniki” doczekał się zresztą solidnej analizy naukowej. Awantura wybuchła później, wraz z reakcją AMA (American Motorcyclist Association) oraz wygłoszonym niedługo potem oświadczeniu jej sekretarza, A. Kuchlera, w którym padło słynne określenie „jednoprocentowcy”.

DSC_5387

Z drugiej strony film kreuje coś, czego jeszcze nie było. Nowy rodzaj bohatera. Buntownika który ma za nic zasady wyznawane przez społeczeństwo. W zasadzie można powiedzieć, że jest to antybohater.

No dobrze, cóż to jest za buntownik? Cóż to za „rozróba”? Według dzisiejszych standardów Hollywood, mieścina powinna być przez gang motocyklowy najpierw zdemolowana i splądrowana, potem spalona, następnie wysadzona w powietrze a na koniec na wszystko powinna spaść asteroida, żeby było bardziej efektownie i widowiskowo. Zanim jednak nastąpiłaby ostateczna zagłada, w przerwie w demolowaniu miasta główny bohater powinien wyryczeć to, co mu leży na wątrobie tak, żeby usłyszano go na drugiej półkuli.

Tyle tylko, że bunt Johnny’ego Strablera jest inny. To bunt dla samego buntu. Tu nie ma idei, którą chciałby przeciwstawić ogólnie przyjętym zasadom społecznym. On w sumie nawet nie jest przeciwko tym zasadom – on stoi obok nich, całkowicie je ignorując. Robi co chce i jak chce, a jeśli przypadkiem stanie mu na drodze społeczeństwo oraz jego normy i zwyczaje, to tym gorzej dla nich. Na tym polega właśnie „dzikość” głównego bohatera. Na jego kompletnej nieprzewidywalności. Nieprzenikniony wyraz twarzy postaci granej przez Marlona Brando jest zamierzony i nie jest skutkiem braków w warsztacie aktorskim, jak niektórzy sądzą. Podobnie jak niewyraźnie mamrotane pod nosem kwestie. Johnny ma bowiem kompletnie gdzieś, czy ktoś go słyszy i rozumie. Do tej roli Marlon Brando przygotowywał się zresztą bardzo starannie, spędzając dużo czasu z członkami ówczesnych gangów motocyklowych i podpatrując ich styl zachowania i mówienia.

Film był zakazany w Wielkiej Brytanii aż do 1968 roku, aby „nie sprowadzać młodzieży na złą drogę”. Tyle tylko, że wcale nie przeszkadzało to rockersom i modsom naparzać się między sobą według najlepszych amerykańskich wzorców. Brytyjska prasa reagowała zresztą podobnie do amerykańskiej.

Motocykl Triumph Thunderbird, którym jeździł Marlon Brando w filmie, był jego prywatną własnością. Wyjątkowo, logo producenta maszyny nie zostało ukryte. Wywołało to protesty ze strony importera motocykli Triumph, firmy Johnson Motors, która zaprotestowała przeciwko łączeniu oferowanych przez nich produktów z bohaterem granym przez Marlona Brando. Ale to oburzenie chyba nie było zbyt szczere, bowiem sprzedaż maszyn Triumph w Ameryce po premierze filmu gwałtownie wzrosła.

Lee Marvin, który tak brawurowo odegrał postać „Wino Willego”, specjalnie na potrzeby filmu nauczył się jeździć na motocyklu.

Początkowo reżyserem filmu miał być Fred Zinnemann.

Zdjęcia powstały w Burbank, Calabasas, Thousand Oaks oraz, oczywiście, w Hollister (Kalifornia, USA).

img20210624_14575787

Muzyka w garażu – Kobranocka i Kwiaty na żywopłocie

img20200721_10145725s

Są albumy ważne. Takie, które mają dla nas specjalne znaczenie. „Drugie dno” jak mawiał pewien znajomy. Ale on był politykiem, więc pewnie miał coś innego na myśli.

Nieważne. W każdym razie chodzi o związane z nią osobiste przeżycia. I taką strasznie ważną płytą jest ten właśnie album. Kobranocka – Kwiaty na żywopłocie.

Pierwszy egzemplarz, kasetę, dostałem od kuzynki gdzieś na początku 1990 roku. Uczciwie trzeba przyznać, że jest to kawał dobrego, ostrego rocka. Są tu killery w stylu „Ostrożnie trutka”, wspaniała „Zataczówka” czy też tytułowy numer… Mamy wreszcie największy hicior  Kobranocki, czyli „Irlandię”. Kawałek znany aż do przesady.

Słuchając pierwszy raz tej taśmy nie przypuszczałem nawet, jak wiele w moim życiu się zmieni i jak bardzo będzie to wszystko pasować do tej płyty.

img20200721_10145725

Przede wszystkim zespół powstał w 1985 roku Toruniu. Kiedy słuchałem tego albumu z tej kasety wiedziałem tylko tyle, że Toruń jest miastem leżącym daleko, gdzieś na północy. Gdyby mi ktoś wówczas powiedział, że spędzę w nim tyle lat oraz ile ważnych (z mojego punktu widzenia) rzeczy się tam wydarzy, to nigdy bym nie uwierzył. Życie jednak tak dziwnie się czasem układa.

Wiele lat później karta znów się odwróciła. Tym razem zmuszony byłem dojeżdżać do dziewczyny różnymi wynalazkami a połowę tej drogi stanowił Włocławek.

I tak jak w „Irlandii”:

„Wlokę ten ból przez Włocławek, kochając Cię jak Irlandię” – czyli gdzieś we Włocławku właśnie.

dscn9160

Przypomnieć należy, że wówczas tą trasę pokonywało się w około siedem godzin. Komunikacją publiczną jechało się jeszcze dłużej, więc nie starczyłoby weekendu na podróż tam i z powrotem, nie mówiąc jeszcze o spotkaniu się. Tak więc jeździłem w ten sposób rok albo i nawet dwa. Motocyklami, samochodami – co tam było akurat pod ręką.

Warto wspomnieć jeszcze o pojazdach którymi jeździło się wówczas.

Któregoś dnia kumpel z pracy naraił mi handlarza samochodów, który miał do sprzedania za niewielką sumę pojazd typu Fiat 126P, szumnie zwany samochodem. Zapłaciłem uzgodnioną kwotę i umówiłem się, że odbiorę auto w piątek po pracy, bo trzeba było zrobić przy nim jeszcze to i owo. W umówiony dzień stawiłem się u handlarza spakowany już na weekend, co nie uszło jego uwadze. Gdy dowiedział się, dokąd zaraz jadę to nogi się pod nim ugięły. Później dowiedziałem się, że dzwonił przez cały weekend do mojego kumpla z pracy z pytaniem czy dojechałem i czy nic mi się nie stało. Bo samochód przecież prosto z kanału zdjęty i od razu w taką drogę, że jakby wiedział to by mi pod jakimś pretekstem nie wydał kluczyków…

Czyli są uczciwi handlarze. Niepotrzebnie zresztą się martwił. Maluch pokonał tą trasę jeszcze wielokrotnie. Padł w końcu na posterunku – we Włocławku właśnie. Ale trzeba pamiętać, że Włocławek miał wówczas wśród kierowców przezwisko „dziurawek”, więc i tak go podziwiam, że tyle wytrzymał.

img20210313_13595773

Kaseta zaginęła gdzieś podczas którejś kolejnej przeprowadzki. Po latach jednak znów zakupiłem ten album, tym razem na CD. Tak samo przywołuje wspomnienia. Czasów nie tyle lepszych, bo to bzdura. Lepsze wcale nie były. Ale na pewno byliśmy wówczas młodsi i bardziej beztroscy. Za to na pewno rock był lepszy 😉

IMG_8615

Oczywiście, jak to w Polsce bywa – każda wersja tego albumu ma inną okładkę. Nikt nie wie dlaczego, ale tak właśnie jest. Winyl ma pełną, kaseta jakiś dziwny fragment a wersja kompaktowa kompletnie z czapy. Druga sprawa to sama jakość nagrania. Niestety, to co brałem za wadę kasety okazało się błędem samej realizacji materiału i nawet na płycie CD ma się wrażenie, że wokalista Andrzej Kraiński sepleni. Cóż, mogę Wam zaręczyć że w rzeczywistości śpiewa wyraźnie. Ale tak się nagrywało płyty w Polsce na przełomie lat osiemdziesiątych i dziewięćdziesiątych.

img20210313_13173778

Kultura kasety magnetofonowej

img20200721_10145725s

Niedawno odszedł „na stronę B” twórca kasety magnetofonowej, Lou Ottens. Znajdą się oczywiście ludzie, którzy będą krytykować ów nośnik i wytykać jego wady. W jakimś sensie będą mieli rację, bo kaseta jako nośnik dźwięku jest daleka od ideału. Jednak to były szczegóły. W momencie gdy powstała liczyło się coś zupełnie innego.

Dała ona muzyce wolność i niezależność. A dzięki swojej „plastyczności” stworzyła pewną swoistą kulturę. Coś, co nie zaistniało nigdy wcześniej i nigdy później. A przynajmniej nie na taką skalę.

Lou Ottens w jednym z wywiadów stwierdził, że za powstaniem kasety magnetofonowej stała irytacja na istniejące wówczas magnetofony szpulowe. Owszem, miały one zadowalającą jakość dźwięku, można było zapisać na taśmie dużo muzyki ale ich poręczność była żenująca.

Ideą jaka przyświecała twórcy kasety było, aby nowy nośnik bez problemu mieścił się w kieszeni kurtki. W ten właśnie sposób narodziła się kaseta magnetofonowa. Zadebiutowała ona 30 sierpnia 1963 roku.

Wynalazek wzbudził sensację. Muzyka stała się wreszcie wolna. Ulubiona muzyka zaczęła towarzyszyć nam podczas podróży samochodem czy pociągiem, wkrótce bowiem pojawiły się odtwarzacze samochodowe i Walkmany. Dobrze pamiętam swoje wakacyjne wyjazdy z walkmanem w jednej kieszeni, garścią zapasowych baterii do niego w drugiej oraz plecakiem wypchanym kasetami. Pociągi były duszne, brudne, przepełnione do ostateczności ale wówczas wcale mi to nie przeszkadzało. Stałem sobie na korytarzu, patrzyłem przez okno na mijane krajobrazy a w słuchawkach brzmiała ulubiona muzyka. Świat był piękny.

Kasety pozwalały po raz pierwszy w historii na dzielenie się muzyką. Można było je kopiować, nagrywać utwory z radia, płyt gramofonowych (a później także z CD), pozwalała wreszcie na tworzenie z różnych źródeł własnych składanek. Często tworzono do takich składankowych kaset własne amatorskie wkładki, które w niektórych przypadkach były małymi dziełami sztuki.

IMG_8621

Dużo mówiły one o ich właścicielu i jego stosunku do muzyki.

IMG_8623

Dziś, w erze muzyki streamingowej, wybór i jakość może i są lepsze (chociaż to ostatnie jest sprawą dyskusyjną), jednak tak naprawdę nic już nie należy do użytkownika. Nie ma już prywatnej własności. Twórczość własna zaś ogranicza się do wybrania playlisty.

Kasety magnetofonowe uwolniły muzykę od „władzy” wielkich koncertów płytowych. Każdy amatorski zespół muzyczny mógł nagrać teraz własne demo i rozesłać je do firm płytowych w nadziei na kontrakt albo też wydać swoje dzieło własnym sumptem. Kopiowanie kaset nie stanowiło przecież żadnego problemu. Trudno dziś nawet sobie wyobrazić początki sceny punkowej czy metalowej bez wynalazku kasety magnetofonowej. Zaryzykuję stwierdzenie, że kultura niezależna bez takiego wynalazku, jakim była kaseta magnetofonowa, nie mogłaby zaistnieć. A już na pewno nie w takim kształcie.

img20200721_10145725

Ta łatwość powielania materiału na kasetach spędzała sen z powiek niektórym producentom muzycznym, którzy obawiali się piractwa na niespotykaną skalę. Obawy ich okazały się częściowo uzasadnione. Wszyscy pamiętamy bowiem kasetowe piractwo w Polsce w pierwszej połowie lat 90-tych XX wieku. Oraz jak szybko skończyło się ono wraz z wejściem w życie odpowiednich regulacji prawnych. Czyli problemem okazał się być nie sam nośnik, tylko dziurawe prawo. Piractwo muzyczne jest zresztą o wiele starsze niż sama kaseta magnetofonowa i nie ma takiego nośnika dźwięku, którego „zawodowi” piraci nie potrafiliby spiracić. Starsi pamiętają zapewne sprzedawane na bazarach „pocztówki dźwiękowe”, które były przecież czystym piractwem. Młodszym nie muszę zaś chyba przypominać Stadionu Dziesięciolecia i dziesiątek tysięcy płyt CD z kserowanymi wkładkami, bez hologramów i z napisami wykonanymi cyrylicą.

Większość wydawnictw muzycznych zaś szybko włączyła kasety magnetofonowe do swojego katalogu produktów i od tej pory ten sam materiał był wydawany równolegle na różnych nośnikach ku radości i pożytkowi wszystkich.

img20210313_17561989

Kaseta magnetofonowa stanowiła zaś duży problem dla władz komunistycznych. Obawiano się, że skoro na taśmie można nagrać dowolny materiał i łatwo się nim dzielić z innymi, to przecież również mogą znaleźć się na nich treści mogące obalić „najlepszy z ustrojów”. Obawy te nie były nieuzasadnione i rzeczywiście, sporo „Stilonów” czy „Wiskordów” zawierało treści podpadające pod paragrafy mówiące o „działalności wywrotowej” czy też „szkalowaniu PRL” albo „o naruszaniu odwiecznej przyjaźni polsko – radzieckiej oraz sojuszu robotniczo – chłopskiego”. Podobny problem zresztą mają dziś reżimy zamordystyczne z Internetem.

Prototyp kasety magnetofonowej wykonany był z drewna, jednak nie zachował się. Zaginął gdy Lou Ottens zmieniał koło w swoim samochodzie. Proste, plastikowe obudowy pierwszych kaset z biegiem czasu ewoluowały, podobnie zresztą jak i sam nośnik.

IMG_8634

Zaczęły przybierać wymyślne formy. Pojawiły się dodatkowe mechanizmy mające za zadanie pilnować równomiernego nawijania się taśmy na rolki czy też optymalnego ułożenia jej względem głowic.

IMG_8626

Sama taśma również przeszła długą ewolucję. Pojawiły się jej nowe odmiany, jak uszlachetnione kobaltem, chromowe, żelazowo – chromowe (które szybko zresztą zniknęły z rynku) czy też metalowe. Jakość nagrań wzrastała. Doszło w końcu do tego, że w warunkach domowych na przeciętnym sprzęcie ciężko było rozpoznać, co jest źródłem dźwięku.

Kres popularności kasety magnetofonowej w Polsce to okolice 2000 roku, może nieco później. Krótko po tej dacie udało mi się kupić ostatnie „regularne” wydawnictwa.

Jednak to jeszcze nie koniec historii tego nośnika. Podobnie jak płyta analogowa, kaseta ciągle trwała. Pojawiały się ciągle nowe wydawnictwa niezależne. Dla niewielkich nakładów kaseta magnetofonowa jest nośnikiem idealnym. Ostatnimi czasy zaś przeżywa swój renesans. Powrót jej może nie jest tak spektakularny jak płyt winylowych, jednak nie sposób chyba go nie zauważyć.

Tym zaś, którzy nie mogą zrozumieć tego fenomenu, podpowiadam: wolność, niezależność, swoboda.

img20210313_13173778

Muzyka w garażu – Newsted

img20200721_10145725s

Dziś mamy podobno okragłą rocznicę dnia, w którym z zespołu zwanego „Metallica” uciekł ostatni metalowiec.
Ja to mawiają: „lepiej późno niż wcale” 😉
Newsted swoją płytą może i trzęsienia ziemi nie wywołał (prawdę mówiąc to przeszła zupełnie niezauważona), jednak ten album jest naprawdę całkiem dobry. Jest „jakiś”.

Ma swój styl, brzmienie, można tu na czymś ucho zawiesić. A przede wszystkim to naprawdę „metal”.

DSC_3728

Jedyne czego żałuję, to że nie pociągnął tego projektu dalej. Szkoda, bo miał potencjał.

img20200721_10145725

Muzyka w garażu – Van Halen

img20200721_10145725s

Miał się tu dziś pojawić zupełnie inny wpis, jednak pewne wydarzenia biegną swoim własnym trybem i nie sposób się do nich nie odnieść.

Z muzyką Van Halen spotkałem się „na poważnie” dość późno, bo dopiero na studiach. To znaczy wiedziałem że istnieje coś takiego już dużo wcześniej, widziałem płyty i kasety, znałem nawet parę kawałków z MTV, coś tam pewnie z gazet. Ale żadnego albumu nie posiadałem ani nawet nie przesłuchałem. To niestety była ta wada nośników fizycznych – jak się czegoś nie miało w ręku, to się nie słuchało. A tyle wówczas było do kupienia. O ile prościej jest dzisiaj, gdy dowolny album można sobie spokojnie przesłuchać w necie na długo przed jego zakupem!

Była to końcówka XX wieku. Do „naszego” mieszkania studenckiego wprowadził się nowy współlokator. Dziwna sprawa, bo gość nie był studentem. Miał ponad czterdzieści lat, więc z naszej perspektywy był „stary”. Nie wiem, jakie życiowe perypetie skłoniły go do tak desperackiego kroku, żeby zamieszkać razem z pryszczatymi kucami. Ale chyba wcale mu to nie przeszkadzało.

Fizycznie facet nie wyróżniał się niczym szczególnym. Dziś pamiętam go jak przez mgłę. Tak, wiem, że to określenie można różnie rozumieć. Ale zaręczam, że każda z tych interpretacji będzie prawdziwa.

bild001

Na cały jego dobytek składało się trochę ubrań, materac, PC i całkiem niezły sprzęt stereo. Oraz spora kolekcja płyt i kaset. Rzecz charakterystyczna – w tej kolekcji nie było nic innego poza Van Halen. Nic więcej.

Początkowo wszyscy byli zadowoleni, bo zawsze mógł się trafić lokator z kolekcja disco polo albo techno, więc nie ma co narzekać. Jednak po dwóch tygodniach słuchania niemal bez przerwy Eddiego  przez ścianę zaczęło się to wszystko powoli stawać chińską torturą.

img20200721_10145725

Do tego stopnia, że pierwszy album Van Halen zakupiłem dopiero po wielu latach od tamtych wydarzeń. Dziś już słucham tych płyt inaczej. Z jednej strony doceniam kunszt i talent Eddiego, który nie tyle grał co bawił się gitarą. A z drugiej – przywołują wspomnienia dawnych, szalonych lat. To jest właśnie wspaniałe w muzyce.

Dziś moja kolekcja Van Halen ma ciągle jeszcze więcej dziur niż ciągłości. Bo tyle płyt jest wciąż w planach do kupienia… To się nie zmieniło.

Muzyka w garażu – trudne sprawy, czyli Nocny Kochanek

img20200721_10145725s

Rzadko który zespół tak antagonizuje fanów „ciężkiego grania” jak właśnie Nocny Kochanek. Jedni ich lubią, inni nienawidzą a obojętnych w zasadzie chyba brak. Ktoś kiedyś powiedział, że to dobrze, jeśli zespół wzbudza tak skrajne emocje. Bo tak czy owak, mówią o nich jedni i drudzy, a czy źle czy dobrze – to już w zasadzie wszystko jedno. Ważne aby nazwy nie przekręcali.

Sam bym się zapewne zaliczył do tej grupy dla której istnienie tego zespołu nie jest problemem. Bo przecież zabawa na imprezie przy muzyce Nocnego Kochanka zapewne będzie udana, czego nie da się powiedzieć o „twórczości” Zenka. I nie mam tu na myśli Zenka z Kabanosa. Tu w zasadzie mógłbym zakończyć ten wywód, gdyby nie jedno „ale”. Zawsze jest jakieś „ale”.

 Będąc moderatorem na jednej ze stron poświęconych „ciężkiemu graniu”, w tak zwanym czynie społecznym zmuszony jestem emocje związane z tym zespołem studzić, czy to za pomocą ostrzeżeń, gróźb a czasem wlepiając po banie, tak na ochłonięcie, co bardziej zacietrzewionym dyskutantom.

A można ich podzielić na kilka grup. Pierwsi zarzekają się, że „nigdy nie słyszeli”, ale nie lubią, goovno i w ogóle. Tych można w ogóle pominąć, jako że stwierdzenie „nie bo nie” niczego do tematu nie wnosi. Ja na przykład nie piłem jeszcze piwa imbirowego. Nie wiem jak smakuje. Jednak nie mogę powiedzieć, że nie lubię, bo go nie znam. Żeby coś skrytykować to trzeba temat znać. Reszcie się podoba lub nie. Raczej częściej chyba jednak nie, ewentualnie tylko tak mówią.

Sam posiadam aż/tylko (niepotrzebne skreślić) dwie płyty Nocnego Kochanka. Pierwszą kupiłem przez przypadek zaraz po premierze. Można powiedzieć, że wcisnął mi ją sprzedawca w dziale muzycznym w Empiku w Toruniu (pozdrawiam, jeśli to czyta). Nie miałem pojęcia, co to jest, byłem pierwszy raz o długiego czasu w Polsce, więc straciłem kompletnie rozeznanie krajowego rynku muzycznego. Płytę przesłuchałem kilka razy już w samochodzie. Nie powiem, ubawiłem się nieźle. Doceniam absurdalny humor. Ale muzycznie też jest naprawdę dobrze i warsztatowo naprawdę nie ma się do czego przyczepić.

Drugi album, czyli „Zdrajców Metalu”, dostałem w prezencie. Ta już nie zrobiła na mnie tak pozytywnego wrażenia. Muzycznie nadal jest dobra. Ale tekstowo… Ktoś powiedział o zjadaniu własnego ogona. To chyba dobry trop.

Uważam, że opowiadany po raz 1001 ten sam dowcip o chlaniu, rzyganiu i ruch***niu po prostu przestaje być zabawny. W ogóle przestaje być dowcipem.

Aż chciałoby się powtórzyć  za Mistrzem Baranowskim: „Ależ wodzu, co wódz…”

I to chyba jest cały „problem”, który generalnie jednak problemem nie jest, skoro nikt do słuchania (jeszcze) nie zmusza.

Muzyka w garażu – Deserted Fear

img20200721_10145725s

Kiedyś to byli czasy. A dziś nie ma czasów”. Może jednak nie jest aż tak źle? Nie ma co porównywać dzisiejszych możliwości do tych sprzed dwudziestu, trzydziestu lat. Do czasów gdy prasa muzyczna w Polsce dopiero raczkowała i gdy któryś z kumpli poświęcił swoje zaskórniaki na zakup takiego periodyku, czytało go na przerwach na raty pół szkoły. Warto wspomnieć o książeczkach z tłumaczeniami tekstów, które czasem można było wówczas zakupić. Dla wielu z nas były to pierwsze kroki w nauce angielskiego. Dla mojego pokolenia było to przecież naturalne. Jednak gdy znajomy wykopał gdzieś na strychu kilka takich książeczek i pokazał synowi, ten nie mógł się nadziwić, że ktoś mógł na serio wydawać coś takiego. A na dodatek byli ludzie, skłonni to kupować. Jakże inne to były czasy, gdy ekspertem i przewodnikiem po muzyce był starszy kolega z imponującą kolekcją dwustu kaset magnetofonowych.

Internet zmienił wszystko. Dziś nawet ci, którzy jeszcze w sumie nie tak dawno prowadzili pamiętną wojnę z Napsterem, sami wrzucają swoje pliki muzyczne do sieci i udają, że tematu nie było. Bo już w międzyczasie zdążyli się nauczyć, że wojując z rzeczywistością bardziej jednak można sobie zaszkodzić niż dopomóc a jak nie ma Cię w Internecie, to nie istniejesz.

Muzyka i rozmowy o niej przeniosły się do sieci. Mało kto kupuje dziś tradycyjne nośniki a chyba nikt nie robi już specjalnych wycieczek do kumpli aby wspólnie posłuchać muzyki. Płyt jako takich też się już nie pożycza – bo i po co? Zresztą, nawet tradycyjne nośniki zamawia się dziś w sklepach internetowych a potem cierpliwe czeka, aż przesyłka znajdzie się w skrzynce pocztowej czy innym paczkomacie. Niby jest prościej i wygodniej a jednak, mam takie poczucie, że to wszystko się jednak stopniowo odczłowiecza.

Z drugiej strony, zakupy muzyczne w sklepie „stacjonarnym” powoli przestają być możliwe. Dziś oferta największego w moim regionie salonu muzycznego, który się jeszcze uchował, liczy może 150-200 tytułów. Zaczyna być porównywalna z moim pierwszym „źródłem”, pewnym małym sklepikiem w którym ponad trzydzieści lat temu zaopatrywałem się w kasety z muzyką. Zaglądało się tam codziennie, wracając ze szkoły. Zasadniczo był to sklep z zabawkami, jednak w głębi, nieco ukryte, znajdowało się osobne stoisko z muzyką. Potęgowało to jeszcze wrażenie undergroundu. Towar trochę jakby „spod lady”. Zawsze było tam na stanie było kilkadziesiąt, może w porywach koło setki, pirackich kaset. Wówczas wydawało mi się, że jest to dużo.

Można by powiedzieć, że historia zatoczyła koło. Jest jednak pewna różnica. Dziś moja własna, prywatna płytoteka liczy kilka tysięcy tytułów. Nigdy nie sądziłem, że przyjdzie taki moment, że moja kolekcja płyt będzie większa, niż to co oferuje największy w okolicy sklep muzyczny. Ciągle mam jeszcze w pamięci długie rzędy regałów z kasetami i płytami w takim „Digitalu” czy „Megastorze” a na nich dobro wszelakie. Ale to już było i nie wróci więcej.

Na zakończenie tego przydługiego wstępu jeszcze jedno spostrzeżenie. Nieważne jest, czy Twoja kolekcja nośników z muzyką liczy kilkadziesiąt, kilkaset czy kilka tysięcy tytułów. Gdy już staniesz rano przed półkami czy regałami, po chwili i tak dochodzisz do wniosku, że jest najwyraźniej za mała – bo jakby nie patrzeć, to ciągle nie ma czego słuchać. A obserwując fejsbukowe wpisy słynnego Maria Konopnicka stwierdzam, że skoro On ma ten sam problem, to historia ta zdaje się jednak nie mieć końca. Dobrze to i niedobrze zarazem.

Jakiś czas temu pojechaliśmy z Żoną do centrum handlowego. Takiego wielkiego grzmota na peryferiach, co to jest w nim wszystko i jeszcze więcej. Śruby, nakrętki, kondomy, dętki… Zapowiadał się zwykły, nudny dzień.

Jednak w okazało się, że w drogerii nieoczekiwanie dostawiono regał z płytami. W tym także z cięższym graniem. Oczywiście, jak za starych dobrych czasów, zanurkowałem natychmiast w jego zasobach, nie spodziewając się jednak wiele. Bo w dyskontach również pojawiają się płyty, często nawet analogowe. Tyle tylko, że zazwyczaj są to „oczywiste oczywistości”, zwykle klasyczne albumy, które goszczą w zbiorach już od wielu lat.

Tym razem czekała mnie kolejna niespodzianka. Spora część płyt była dla mnie kompletną nowością. Zespoły o których kompletnie nic nie wiedziałem bądź albumy znanych mi co prawda kapel, które jednak do tej pory gdzieś mi umykały. Widząc tyle dobra w tak niskich cenach, powiedziałem Żonie żeby pokupowała sobie, co tam kupić musi bo mi się tu jednak trochę zejdzie. Bowiem wbrew temu, co to mówią różne marudy, w muzyce chyba nigdy nie było tak dobrze, jak jest obecnie. Starzy wyjadacze wydają nowe albumy, reaktywują się dinozaury, powracając na scenę z bardzo dobrym materiałem. Wreszcie, przychodzą młodzi, który też mają coś do powiedzenia. Dzieje się bardzo dużo.

Grzebiąc w zasobach regału natrafiłem na płytę zespołu Deserted Fear. Nazwa nic mi nie mówiła, poza tym że brzmi dobrze, jak na ciężkie granie. Okładka też wyglądała ciekawie. Wielką sztuką jest narysować muzykę. A taka właśnie powinna być okładka. Powinno się wziąć płytę do ręki i od razu wiedzieć, co zawiera. Dlatego nie może ona być „jakaś”, byle jaka, aby była. To jest jeden z powodów, dla którego nie potrafię słuchać muzyki z plików czy Internetu. Brakuje mi tej wizualnej, integralnej części albumu.

Tu wszystko układało się w jedną logiczną całość. Już wiedziałem, co płyta powinna zawierać, jeśli zawartość jest tak dobra jak okładka. Oczywiście, w dzisiejszych czasach to nie problem sprawdzić, jaka muzyka jest rzeczywiście na płycie. Ma się przecież w kieszeni tego chińskiego kartofla na Androidzie i za jego pomocą dostęp do wszelkich mądrości wujka gugla oraz jutuba. Ale to by było za proste. Postanowiłem więc tego nie robić. Kolejne pół dnia zżerała mnie ciekawość, co też ta płyta może zawierać. Z każdą minutą się potęgująca. Wreszcie w domu. Rozpakowanie płyty, dotknięcie, powąchanie. Płyty, podobnie jak książki, mają swój zapach i fakturę. Wreszcie krążek ląduje w odtwarzaczu. I ta radość, gdy z głośników płynie muzyka. Wspaniały, klasyczny, techniczny Death Metal. Z wyczuwalnymi elementami Thrashu. Taki jak się spodziewałem, patrząc na okładkę. A nawet dużo lepszy. Wspaniały, klimatem tkwiący w latach dziewięćdziesiątych, mimo iż zespół powstał w 2007 roku. Ale to nieważne. Liczy się to, że chłopaki naprawdę czują klimat a muzyka natychmiast wchodzi do głowy. Coś wspaniałego. Poczułem się jakbym znowu miał te jedenaście czy dwanaście lat i wszystko było nowe, świeże i ekscytujące.

IMG_6441

Zanim płyta się skończyła, w ruch poszedł jednak chiński kartofel z szerokopasmowym dostępem do światowych zasobów internetowych i zamówione zostały kolejne wydawnictwa tego zespołu.

Już normalnie, czyli przez Internet.

O tempora, o mores…

img20200721_10252796

Muzyka w garażu – Vixen

img20200202_07060119es

Lata osiemdziesiąte XX wieku to w szeroko rozumianej muzyce rockowej czas odkryć i poszukiwań. Z dzisiejszej perspektywy wydawać by się mogło, że łatwo było wówczas zostać pionierem. W którą stronę by się człowiek nie udał, to zawsze była jakaś nowa droga do okrycia. Oczywiście, w rzeczywistości wcale tak prosto nie było i nawet na najbardziej oczywiste dziś rzeczy ktoś musiał jednak kiedyś wpaść. A gdyby tak założyć żeński zespół rockowy? Taki Vixen na przykład?

Trzeba sobie otwarcie powiedzieć, że pomysł wcale nie był nowy. Nie był to jedyny całkowicie kobiecy skład obecny na ówczesnym rynku muzycznym ani nawet najostrzej grający.

Lisice były pierwszym żeńskim zespołem, który przebił się szturmem do ówczesnej pierwszej ligi zespołów rockowych świata, stając się na scenie pełnoprawnym graczem a nie tylko ładną i ciekawą przystawką, suportem dla „prawdziwych, męskich” kapel. A tak niestety los obszedł się z innymi, ciekawymi, damskimi formacjami.

Zespół powstał w roku 1973 (inne źródła mówią o roku 1974) z inicjatywy gitarzystki Jan Kuehnemund jeszcze podczas jej nauki w szkole średniej w St. Paul w Minnesocie. W 1980 roku przeprowadziła się do Los Angeles i to wówczas, w jednym z kalifornijskich klubów udaje jej się zwerbować do swojego projektu  wokalistkę, Janet Gardner. Tak powstał zalążek późniejszego „wielkiego Vixen” oraz jego główny duet kompozytorski. Jednak do klasycznego składu droga była jeszcze bardzo daleka. Ten rodził się w bólach i mękach i wykrystalizował się dopiero siedem lat później.

Ale do tego jeszcze dojdziemy. Na razie mamy rok 1984 i do sławy droga daleka. Na zasadzie „każdy orze jak może” ówczesne Lisice, których skład uzupełniony jest przez gitarzystkę Tamarę Ivanov, basistkę Pię Miacco oraz Laurię Hedlund na perkusji, zagrały na żywo w filmie „Hardbodies” zrealizowanym dla Playboy TV. Wbrew temu, co może sugerować nazwa wytwórni, produkcja owa ukazała się jako zwykły film fabularny o imprezkach na plaży. Rola Vixen ograniczyła się do zagrania w nim sześciu utworów jako filmowy zespół „Diaper Rash”.

Po wielu perypetiach wreszcie formuje się klasyczny skład Vixen. W jego skład wchodziły: Janet Gardner (wokal i gitara rytmiczna), Jan Kuehnemund (gitara główna), Share Pedersen (bas) i Roxy Petrucci (perkusja). Pojawił się on po raz pierwszy w wywiadzie z 1987, przeprowadzonym przez Penelope Spheeris na potrzeby jej filmu o artystach rockowych The Decline of Western Civilization II: The Metal Years. Gwoli ścisłości, w ostatecznym montażu Vixen całkowicie z tego filmu wycięto, zarówno z wywiadu jak i ścieżki dźwiękowej.

W roku 1988 zespół wysyła do EMI demo zawierające cztery utwory. Po krótkiej wizycie w firmie dziewczyny podpisują kontrakt i przystępują do pracy nad debiutancką  płytą. Lata 80-te XX wieku to w USA czasy glam –rocka, zwanego też glam – metalem. Twórczość Vixen również podążała w tym kierunku. Złośliwi twierdzili, że w glam – metalu nie jest ważne jak grasz – ważne jak wyglądasz.

W przypadku Vixen o to drugie można było być od razu spokojnym, bo dziewczyny wyglądały jak milion dolarów. Ale potrafiły również grać i komponować i dobrze czuły się w tym gatunku muzycznym.

Debiutancki album ukazał się jesienią 1988 roku i sprzedał w ponad milionowym nakładzie.

IMG_3815

Wykrojono z niego trzy single, które szturmem zdobyły listy przebojów, „Cryin” doszedł do 22 miejsca amerykańskich list przebojów. Teledyski nie schodziły z anteny MTV a ponieważ był to w Polsce okres przemian ustrojowych i wielkiej fascynacji zachodem, to i „ostre dziewczyny” – jak o nich mówiono, trafiły do naszego kraju. Nie dało się nie zwrócić uwagi na motocyklowe akcenty w ich twórczości. Okładka płyty mówi sama za siebie.

Dla Vixen rozpoczął się wspaniały ale i pracowity okres. Koncerty u boku Ozzyego, Scorpions, Bon Jovi, Skid Row i Europe oraz własne trasy. Kurde, nieźle jak na debiut 😉

W roku 1990 ukazuje się „Rev It Up”, druga pełna płyta zespołu. Niemal wszystkie utwory na krążku stworzył duet Gardner/ Kuehnemund. Album zasadniczo powtarza sukces debiutu, ugruntowując pozycję Vixen jako największego żeńskiego zespołu rockowego wszechczasów. Kolejne trzy single atakują listy przebojów, chociaż już z nieco mniejszą skutecznością. W MTV pojawiają się kolejne klipy oraz koncert akustyczny Vixen. Trasy koncertowe u boku Kiss i Deep Purple…  Czy można osiągnąć więcej po zaledwie drugim albumie?

IMG_3809

W tak pięknych okolicznościach przyrody, w kwietniu 1991 roku, po koncertach u boku Deep Purple, zespół ogłasza koniec działalności z powodu różnic wizji artystycznych. Niewiarygodny koniec na szczycie sławy.

Grupa „reaktywuje się” w roku 1997, chociaż w zasadzie trudno to co się wydarzyło nazwać  reaktywacją. W nowym cieleniu Vixen ze starego składu pojawiają się tylko Gardner i Petrucci. Nie ma w nim „szefowej”  Jan Kuehnemund i ten brak będzie kluczowy. Mimo tego, niedługo potem ukazuje się trzeci album sygnowany logiem Vixen, „Tangerine”. Krążek ten przeszedł w zasadzie bez echa. Zespół odszedł od swoich glam – rockowych korzeni na rzecz modnego wówczas grunge, co zapewne również przyczyniło się do jego chłodnego przyjęcia przez starych fanów grupy. Jakby tego było mało, doszło do konfliktu z Jan Kuehnemund na tle praw do nazwy i dawnego dorobku artystycznego grupy. Wkrótce po tym zespół ponownie rozwiązano.

Z kolejnych planów „wielkiego powrotu” nic nie wychodziło. Gdy dziewczyny już raz się spotkały, to zaraz znów się pokłóciły. Mimo to, nagrały jeszcze nowy album studyjny „Live & Learn”, który można nazwać „powrotem do korzeni”, chociaż sukcesu dwóch pierwszych płyt nie miał szans już powtórzyć.

W 2012 roku w końcu klasyczny skład spotkał się znowu na planie jednego z programów telewizyjnych. Wyglądało na to, że dawne animozje zostały zapominane, na 2013 rok zaplanowano wielki powrót… Nawet wytwórnia płytowa EMI odzyskała nadzieję i z tej okazji wypuściła reedycję dwóch pierwszych albumów Vixen.

Jest takie rosyjskie przysłowie: „jeśli chcesz rozsierdzić los, powiedz głośno o swoich planach”. Na początku 2013 roku u Jan Kuehnemund zdiagnozowano chorobę nowotworową, z którą nie udało jej się wygrać. Pozostałe dawne członkinie Vixen i tak się jednak spotkały. Oczywiście, jak za dawnych czasów, nic jednak z tego spotkania nie wyszło. Każda z dawnych członkiń zespołu podążyła swoją drogą.

img20200202_07060119s

Po Vixen pozostała legenda największego żeńskiego rockowego zespołu wszechczasów, dwa świetne albumy będące klasyką gatunku, sześć teledysków oraz wspomnienia szkolnych dyskotek, na których puszczenie z pirackiej kasety rockowej ballady „Crying” (zamiast królującego na takich imprezach dicho) nie narażało nas na wywalenie z sali wraz z taśmą po trzech sekundach trwania utworu.