media

Muzyka w garażu – Europe

img20200721_10145725s

Czy można osiągnąć sukces tak wielki, że staje się on kulą u nogi? Logika podpowiada, że nie. Jednak w pewnym momencie wchodzi życie i mówi: „potrzymaj mi piwo”. Dziś będzie wspomnienie o bardzo ważnej dla mojego pokolenia grupie muzycznej, chociaż mocno już dziś zapomnianej. Zespół, który stał się ofiarą swojego własnego sukcesu. Mowa oczywiście o szwedzkiej grupie „Europe”.

img20220828_19285849

Zespół powstał w 1979 roku, pierwotnie pod szyldem „Force”. Plan był prosty – gramy hard rocka. Początki były trudne. Zespół nagrał taśmę demo z sześcioma utworami, która jednak pozostała zupełnie bez odzewu. Podobny los spotkał kolejne dema.

Przełom nastąpił w 1982 roku. Przemianowany na „Europe” zespół wziął udział w konkursie dla młodych grup rockowych Rock – SM. Główną nagrodą w konkursie był kontrakt płytowy z wytwórnią Hot Records. Europe wykonało dwa utwory: „In the Future to Come”, oraz „The King Will Return” i wygrało konkurs.

Pierwsza płyta zespołu ukazała się w 1983 roku pod niewyszukanym tytułem „Europe” i odniosła spory sukces, docierając do ósmego miejsca listy przebojów. Całkiem nieźle, jak na debiut. Album „pociągnęły” utwory: „In the Future to Come” oraz „Seven Doors Hotel”.

IMG_3719

Idąc za ciosem, w 1984 roku muzycy wydali kolejny album, „Wings of Tommorow”. Najbardziej znanym utworem z płyty jest chyba otwierający krążek „Stormwind”, jednak to nie on utorował grupie drogę do sławy. Z albumu wykrojono singiel „Open Your Heart” i to on zwrócił uwagę wytwórni płytowej CBS. Kontrakt podpisano w roku 1985.

IMG_3710

Zespół zabrał się do pracy nad kolejną płytą. Przyznać trzeba, że wytwórnia także się przyłożyła. Do współpracy zaproszono producenta Kevina Elsona, znanego choćby ze współpracy z grupą Lynyrd Skynyrd. Efektem tej pracy był chyba jeden z największych hitów muzycznych lat 80-tych XX wieku.

W maju 1986 roku ukazał się nowy album grupy. Na promujący krążek singiel wybrany został tytułowy utwór „The Final Countdown”. Wtedy się zaczęło…

Piosenka z miejsca stała się hitem. Utwór leciał wszędzie i zawsze. W radio i w telewizji, także w naszej szarej części świata. Był taki moment, że człowiek naprawdę bał się otworzyć konserwę, żeby zaraz nie usłyszeć „Its the Final Countdown”. Piosenka była niesamowicie chwytliwa, a tekst jej bardzo dopomagał. Każdy sobie w duchu tłumaczył go na swój własny sposób.

To był jeden z pierwszych moich kontaktów ze „światowym rockiem”. To chyba od tego utworu już jako dzieciak wiedziałem, że chcę być „metalowcem”. Utwór „The Final Coutdown” miałem nagrany na kasecie chyba ze trzy razy, jednak nawet mowy nie było o tym, aby zdobyć cały album. Bo i skąd? Okazja nadarzyła się na giełdzie samochodowej w Słomczynie. W tamtych czasach giełda samochodowa to był odrębny świat, gdzie handlowano absolutnie wszystkim. Nie tylko samochodami. Ojciec miał znajomego, z którym często na tą giełdę jeździł. Znajomy miał mały warsztat, w którym „uzdatniał” wyeksploatowane produkty polskiej motoryzacji, a mój ojciec pomagał mu jako drugi kierowca, przyprowadzając naprawione samochody na sprzedaż, a potem odprowadzał świeżo zakupionego gruza na warsztat. Ponieważ giełda odbywała się w niedzielę, więc dość często zabierałem się razem z nimi. Spacer wśród samochodów i motocykli, części i wszelkiego innego dobra był o wiele ciekawszy, niż siedzenie pod blokiem.

Właśnie na giełdzie w Słomczynie miałem teoretyczną możliwość zakupienia kasety z płytą „The Final Countdown”. Na jednym ze stoisk stał facet z dużym dwukasetowym magnetofonem, podłączonym na chama bezpośrednio do samochodowego akumulatora. Na poczekaniu kopiował różne kasety, w tym właśnie rzeczoną. Zapytałem ojca, czy kupiłby mi taśmę. Ojciec spojrzał na to stoisko, wziął mnie na bok, po czym wyjaśnił, że nie wypada wspierać człowieka, kopiującego muzykę na takiego bezczela. Byłem zawiedziony, chociaż dziś doskonale rozumiem. Ojciec sam miał sporą, jak na ówczesne czasy, kolekcję płyt i na przegrywane kasety patrzył z pewnym obrzydzeniem. W jego kodeksie honorowym jako jedno z praw zasadniczych stało to, że za wykonaną pracę należy się zawsze zapłata.

img20220828_19295377

Tym sposobem reszty, skądinąd bardzo dobrego albumu, nie było mi wówczas dane mi poznać. Ja nie bardzo mogłem, a reszta ludzi chyba nie bardzo chciała. Zespół, chcąc nie chcąc, stał się „gwiazdą jednej piosenki”. Było to bardzo to niesprawiedliwe, jednak tak właśnie się stało. „The Final Countdown” zeżarł cały dorobek zespołu. Sukces miał swoją cenę. Także wizerunkową, gdyż grupa zaczęła być postrzegana jako zespół „komercyjny”, co w środowisku nie jest wcale mile widziane. W listopadzie odszedł gitarzysta zespołu, swoją decyzję tłumacząc właśnie komercyjnym kierunkiem obranym przez resztę grupy. Album bowiem, w przeciwieństwie do poprzednich wydawnictw, więcej wspólnego miał z glamem i popem, niż z hard rockiem. Oraz posiadał jedną z bardziej obciachowych okładek w historii rocka.

IMG_3704

Dopiero po dwóch latach ukazało się kolejne wydawnictwo zespołu. „Out of This World” był całkiem dobrym albumem, pojawił się nawet na dalszych miejscach list przebojów, jednak do sukcesu poprzednika było bardzo daleko.

IMG_3713

Kolejny album, „Prisoners in Paradise”, wydany w 1991 roku, przeszedł w zasadzie niemal niezauważony. Nie jest to zła płyta, jednak nie ma tu hitów. Na pewno nie spełniła oczekiwań muzyków.

IMG_3725

W 1992 roku, w wyniku nieporozumień artystycznych, grupa została rozwiązana. Tym sposobem nastąpił koniec pewnej epoki. Część muzyków nadal wydawała płyty, sygnując je swoimi nazwiskami. Zespół w końcu reaktywował się w 2004 roku, ale to już zupełnie inna historia.

Jakiś czas temu wpadł mi w ręce pięciopłytowy box, zawierający wszystkie pięć początkowych pełnych wydawnictw zespołu. Dzięki temu, po trzydziestu latach (z okładem), mam możliwość przesłuchać kompletną dyskografię zespołu.

DSC_5077

Doceniam początkowe, hard rockowe dokonania grupy, które ujmują szczerością. Z rozrzewnieniem wspominam czasy „The Final Countdown”, gdy z kumplami postanowiliśmy, że będziemy „metalowcami”. Wreszcie, mam możliwość przesłuchania kolejnych wydawnictw, które same w sobie nie są wcale złe.

Bo oczywiście, w tamtych latach już do „Europe” nie wróciłem. Był to bowiem ten okres, w którym moja „edukacja muzyczna” biegła bardzo szybko. Dużo się działo. Pod koniec 1986 roku byłem już muzycznie bardzo daleko.

Dziś myślę, że może i dobrze się stało, że dotarłem do tych płyt tak późno. Myślę, że wtedy nie byłbym w stanie należycie ich docenić, będąc pod wielkim wpływem i wrażeniem „mocniejszych brzmień”.

O filmie „Top Gun: Maverick”

img20220620_11373334sm

Nakręcenie po latach drugiej części dobrego filmu jest trudnym wyzwaniem. Zrobienie zaś kontynuacji największego hitu kinowego sprzed ponad trzech dekad jest zadaniem karkołomnym, które generalnie najłatwiej jest kompletnie położyć. Jakby nie patrzeć, pierwszy „Top Gun” tym hitem był i do niego należy rekord, którego pobić się już nie da. Otóż film ten jest światowym rekordzistą, jeśli chodzi o ilość sprzedanych kopii na VHS. Wynik ten byłby zapewne jeszcze bardziej imponujący, gdyby doliczyć pirackie kopie krążące w latach osiemdziesiątych nielegalnie po krajach byłego bloku wschodniego, z których to większość osób mojego pokolenia poznała to dzieło…

Mając powyższe wątpliwości na uwadze, z pewnym niepokojem udałem się do kina. Takiego klimatycznego, małego i starego. Zaopatrzony w coś do szeleszczenia i siorbania podczas seansu szykowałem się na najgorsze. A przynajmniej nie spodziewałem się niczego dobrego.

img20220620_11382641

Podczas seansu mile się zaskoczyłem. Otóż twórcom udało się niewykonalne, czyli wyjść obronną ręką z konfrontacji z legendarną już, pierwszą częścią filmu. „Maverick” jest nie tylko udaną kontynuacją pierwszego „Top Gun”. To w ogóle bardzo dobry film, wnoszący do starego tematu zupełnie nową jakość. Oczywista oczywistość, że są w nim nawiązania do jedynki, szczególnie na początku oraz w końcowych scenach filmu, jednak udało się uciec od jej schematów i naleciałości.

Oczywiście fabuła nadal nie jest zbyt skomplikowana. Trwają przygotowania do arcytrudnej akcji militarnej, bo wiadomo, to przecież armia. Czasu jest niewiele a okoliczności wyjątkowo niesprzyjające. Wokół tego zadania kręci się akcja filmu, jednak na całe szczęście nie jest to przytłaczające. Wróg niby jest, ale bez twarzy i imienia. To w sumie też dobrze.

IMG_1550

Sprawą wartą osobnego podkreślenia są sceny powietrznych akrobacji. Powiedzmy sobie szczerze – w kinie akcji wszystko już było. Do tego stopnia, że takie sceny zaczynają nużyć. Ale nie w Mavericku! Jakość scen, ich montaż, realizm – w końcu wszystko dzieje się naprawdę w powietrzu – to jest absolutne mistrzostwo świata i okolic. Jeśli ktoś powie, że są to najlepsze sceny lotnicze w historii kina, to jestem skłonny bez wahania przyznać mu rację.

img20220620_11373334

Wcale nie mniej dzieje się na ziemi. Mamy opowieść o dalszych losach bohaterów znanych nam z części pierwszej oraz ich potomków, bowiem jednak trochę lat już minęło. Oczywiście wraca wątek miłosny, bo czemu by nie. Jednak jest on dojrzały i poważny. W tle mamy rozgrywki personalne na wysokich szczeblach, podkładanie sobie świni i nóg, bo to przecież życie. Bohaterowie są przecież podobnie jak i my, o te 35 lat starsi, więc i tematyka jest poważniejsza. Chociaż jest także i całkiem spora dawka humoru. Udało się przy tym pogodzić stare z nowym. Nie ma się uczucia, że coś jest dodane na siłę. Dawne postaci, znane z pierwszej części filmu są tu umieszczone sensownie, nowe również dodano zgodnie z duchem czasu. Wyszła z tego trochę nostalgiczna opowieść o przemijaniu i przekazywaniu dalej międzypokoleniowej pałeczki w sztafecie pokoleń… A może to tylko nasze pokolenie tak to odczuwa?

img20220620_11402133

Ale co jest jeszcze ważniejsze, to postaci, które stały się dużo bardziej wyraziste i ludzkie niż w pierwszej części. Nie są to oczywiście pełne typy charakterologiczne, bo w tego typu kinie nie ma czasu ani miejsca na aż tak szczegółowo rozrysowanie postaci. Jednak czuć, że są to ludzie. Najbardziej oczywiście sam Maverick przedstawiony jest tutaj jako zwykły, ludzki bohater. Nie jest wszechmocny ani wszechwiedzący, popełnia błędy, przyznaje wprost, że o pewnych sprawach nie ma zielonego pojęcia. Poza tym jest graciarzem, za co darzę go wielką sympatią. Tak, Maverick w swoim hangarze ma całkiem sporą kolekcję starych motocykli.

A skoro o motocyklach mowa – oczywiście pojawiają się one w filmie, jednak nie tak często jak bym chciał. Ale jednak. Trudno powiedzieć, który gra tu ważniejszą rolę: czy stara GPz 900R, czy też nowy Ninja H2 Carbon. Co ciekawe, liczba scen w których pojawiają się oba motocykle jest mniej więcej zbliżona.

Więcej opowiadał nie będę, bo film wciąż można obejrzeć w kinach. W moim przypadku dwugodzinny seans minął nie wiadomo kiedy. Momentów nudnych czy też względnie zbędnych nie odnotowałem. Do tego stopnia, że nawet nie zdążyłem dojeść popcornu.

img20220620_11392098

Dużo można by jeszcze pisać na ten temat, chociaż nie wiem, czy to jest potrzebne. Jeden z moich kolegów, kiedy próbowałem mu zrelacjonować jeszcze na gorąco wrażenia po seansie, przerywał mi pytaniem w pół słowa:

„- Dobra, dobra. GPz 900R była?

– Oczywiście, jasne że była!

– Dobra, to idę!”

Cały ten zgiełk

img20220102_16114867s

Przeszukiwanie krańców Internetu dało nieoczekiwany efekt w postaci odnalezienia filmu – dokumentu z 2000 roku pod raczej mało szczęśliwym tytułem „Cały ten zgiełk”. Pamiętam go jak przez mgłę, gdy puszczono go w TV o jakiejś nieoczywistej godzinie. Przyznam się szczerze, że powrót do przełomu wieków jest jednak dość szokującym przeżyciem. I nie chodzi tu tylko o wszechobecne wąsy oraz świecące marynarki 😉

Przede wszystkim był to okres zachłyśnięcia się Zachodem. „My już są Amerykany”, jak wówczas mawiano. A ta „amerykanizacja”, czy też jak to mówili złośliwi – „hamburgeryzacja” społeczeństwa dotykała również nielicznych jeszcze wówczas motocyklistów. Tak jak słusznie zauważono na początku dokumentu, zaczęli się oni dzielić na „harlejowców” i całą resztę. Sprawą dyskusyjną jest, kto tego podziału dokonał. Czy to sprawka mediów, społeczeństwa, a może samych motocyklistów? Inna rzecz, że prawie każdy użytkownik jednośladu miał w swoim życiorysie epizod fascynacji motocyklami spod znaku HD i całą otoczką z nimi związaną. Przy czym nie musiał być to od razu Harlej, wystarczyło coś „czoperowatego”. Czasem sam zastanawiam się, dlaczego tak było. Czy chodziło o te „born to ride”, czy też może o wziętą nie wiadomo skąd obiegową opinię, że to harlejowcy są tymi, którzy „wiedzą”, o co w tym wszystkim chodzi?

Tymczasem wracamy do filmu. Mamy rok dwutysięczny; garażowe dłubanki przy starym WLA odeszły w przeszłość. Teraz Harley to wydatek kilkudziesięciu tysięcy, plus dodatkowe koszty na „odpowiedni strój”, bez którego nie ma nawet co pokazywać się publicznie. Motocykli nie serwisuje się już w garażu, tylko w wyspecjalizowanych warsztatach. Bo nowocześni harlejowcy to ludzie sukcesu: menadżerowie, dyrektorzy, lekarze, biznesmeni, wiecznie zalatani, zawsze z komórką przy uchu. „Tak jest, pani Beatko”, „oczywiście, panie prezesie”. Kamera towarzyszy im w pracy, w domach, podczas przejażdżek wkoło komina, dalszych wycieczek, a także w czasie wielkich spendów, podczas których nasi bohaterowie przeistaczają się w weekendowych wojowników.

ctzn1

Z drugiej strony mamy Daniela z Wołowa, który chciałby do nich przynależeć. Problem polega jednak na tym, że Daniel nie dysponuje niczym, poza starym Junakiem, którego przerabia na choppera. W tym celu jeździ po motobajzlach i kupuje stare części, które później montuje do swojego wehikułu. Marzenia ma proste – Harley oraz własny kąt, bo póki co, mimo swej pracowitości, ciągle musi mieszkać u siostry w starej, odrapanej kamienicy. Widać tu ten nieszczęsny podział na Polskę A, czyli krainę wielkich możliwości oraz jej wersję B, gdzie „wyżej wiesz-Pan-czego nie podskoczysz”.

ctzn2

Wielkość tego dokumentu polega na tym, że nie ma w nim narratora. Bohaterowie mogą mówić sami o wszystkim. Nikt nie przeszkadza im się wygadać. Tak po prostu było.

img20220102_16104155

Film jest dostępny pod tym linkiem. Radzę go oglądać, zanim znów go ktoś „zniknie”.

Muzyka w garażu – Metallica

img20200721_10145725s

Obrodziło nam ostatnio w światku muzycznym wydarzeń i rocznic. Nie tak dawno, bo 28 października, obchodziliśmy rocznicę powstania jednego z najważniejszych zespołów muzyki metalowej. Jeden z „Wielkiej Czwórki Thrashu”, chociaż od ponad dwóch dekad nie ma z tym gatunkiem już w zasadzie nic wspólnego. Mimo wszystko wywarł ogromny wpływ na muzykę w latach 80-tych XX wieku. Kolejny zespół, którego logo mogłem sobie wydziarać na łapie. Dobrze jednak, że wówczas tatuaże nie były w modzie, bo później musiałbym sobie tą rękę chyba odgryźć i dziś bym jej nie miał.

Kiedyś muzykę poznawało się inaczej niż dziś. Nie było fachowej prasy muzycznej, Internetu. Czasem nadawano coś w audycjach radiowych, ale to sporadycznie i w późnych godzinach nocnych. Najczęściej coś nowego polecali znajomi. A najlepsi byli „nowi”, którzy obracali się w innych kręgach. Była to wspaniała okazja do poszerzenia horyzontów i wymiany kulturalnej. A sytuacja zasadniczo nam sprzyjała.

W szkole podstawowej byliśmy rocznikiem „echa wyżu demograficznego” i w związku z tym przeprowadzano w klasach roszady, żeby dzieciaki jakoś się pomieściły. Klasy łączono i dzielono, co miało tą dobrą stronę, że dzięki temu pojawiały się nowe znajomości. W ten właśnie sposób pojawił się nowy kumpel, który z kolei miał kumpla… Tak to wówczas wyglądało.

Któregoś dnia wracaliśmy razem ze szkoły. Kumpel zaproponował, żebyśmy podeszli jeszcze razem do jego kolegi, mieszkającego na tym samym osiedlu.

Musze powiedzieć, że gość mi zaimponował. Miał bowiem prawdziwe gitary elektryczne oraz całkiem sporą wówczas kolekcję płyt analogowych. Chłopaki coś tam obgadywali a ja siedziałem i słuchałem muzyki. To było coś nowego. Ostrego jak nic przedtem. To było Ride The Lightning. Płyta była zgrana niemal do cna. Ale wówczas to nie przeszkadzało.

Zdobycie nagrań nowo poznanego zespołu nie było łatwym zadaniem. Najprościej byłoby pożyczyć płytę. Tyle że wówczas nie wchodziło to za bardzo w grę, bowiem gościa w sumie prawie nie znałem. Pozostawało szukanie kaset, które w 1990 roku zaczęły się tu i ówdzie nieśmiało pojawiać. W małym miasteczku nie było z tym specjalnego szału, przynajmniej jeśli chodzi o muzykę rockową.

W grę wchodziły w zasadzie tylko dwa sklepiki. I w końcu, w jednym z nich pojawiła się kaseta ze znajomym logo. Nie było to jednak „Ride The Lightning”, które tak zapadło mi w pamięć, mimo że słyszałem przecież tylko raz kilka utworów ze zdartej płyty. Wróciłem do domu, wysępiłem pieniądze na kasetę, chyba coś koło 10000 złotych, czyli na dzisiejsze cała złotówka i pognałem z powrotem do sklepu. Kaseta na szczęście jeszcze była. Tym sposobem stałem się posiadaczem „…And Justice For All”. Dziś może się to wydawać śmieszne, ale wówczas w moim miasteczku na zadupiu „najlepiej zaopatrzony sklep” to była niewielka lada na końcu dużego pasażu z zupełnie innym asortymentem. Za szklaną witryną wystawione były kasety. Może trzydzieści – czterdzieści sztuk na raz. Oczywiście wszystko to pojedyncze egzemplarze. Przegapiłeś moment – to masz pecha.

Wróciłem do domu niosąc swój skarb i oglądając go z przejęciem w słabym świetle latarni ulicznych. Ponieważ akurat była to zimowa odwilż, udało mi się w ten sposób całkowicie przemoczyć buty i cała wyprawa skończyła się chorobą i kilkudniowym leżeniem w łóżku. Co za szczęśliwy zbieg okoliczności – mogłem do woli, aż do znudzenia, słuchać swojego nowego nabytku 🙂

IMG_3363

Album wzbudził we mnie nieco mieszane uczucia. Przede wszystkim potężne, rozbudowane kompozycje nie były tym, co słyszałem na „Ride The Lightning”. Ale gitary brzmiały tak samo. O wykastrowanym basie nikt wówczas nie mówił.

Kaseta miała jeden feler, o którym wówczas nie wiedziałem. Pirat, który piracił ten album okroił kasetę z ostatniego utworu, żeby materiał łatwiej dzielił się na dwie strony i tym samym pozwolił na zaoszczędzenie nośnika. Przekonałem się o tym dopiero wówczas, gdy udało mi się kupić ten album na normalnym, oryginalnym CD. Ostatni utwór do dziś brzmi dla mnie dziwnie i jakoś nie pasuje do reszty płyty. O takim drobiazgu, jak zmieniona kolejność utworów nawet nie ma co wspominać. Mam nadzieję, że jest w piekle specjalne miejsce dla takich piratów. Do dziś nie jestem w stanie tego wybaczyć.

IMG_3365

Relikt z dawnych czasów, czyli kaseta mojego dobrego kolegi, zgrana „w epoce” z płyty analogowej. Tak się to wówczas robiło 🙂

IMG_3373

Niedługo potem wybuchł piracki boom i dostęp do kaset z muzyką przestał być problemem. Szybko uzupełniłem braki. „Killem All” oraz „Master Of Puppets” zdobyłem za jednym zamachem w najlepszym możliwym wówczas wydaniu.

IMG_3367

Problemem pozostawała tylko „Ride The Lightning”, którą w końcu, w akcie desperacji, zgrałem sobie z CD w warszawskim „Digitalu”. Piractwo oficjalnie potępiano, ale tylko u innych. Bo wszyscy z tego żyli.

IMG_3371

Pierwsze trzy albumy zespołu uważam za największe i najważniejsze osiągnięcia w ich dorobku. Przynajmniej po latach. Oczywiście wówczas świat uważał, że najlepszą i najdojrzalszą płytą jest „…And Justice For All”. W ówczesnej prasie pisano nawet, że jest to ich „praca maturalna”. Cóż, czas pokazał, że dorosłość jest strasznie przereklamowana.

Tymczasem nastał rok 1991. Wkrótce po wakacjach MTV zaczęła bombardować widzów teledyskami z nowego albumu zespołu. To było coś niespodziewanego, bowiem do tej pory Metallica miała na koncie tylko jeden teledysk i raczej wydawała się stronić od świateł, blichtru i rozgłosu. Takie swojskie chłopaki z ulicy. Nawet ubierali się zwyczajnie, na czarno, beż żadnych fajerwerków.

W końcu pojawiła się i płyta, która wywołała mieszane uczucia. Z jednej strony wspaniale wyprodukowana, z niezłymi killerami typu „Sad But True”… Z drugiej strony, zawierająca także chwytliwą balladkę „Nothing Else Matters”, którą zaczęto puszczać nawet na dyskotekach. MTV nie była gorsza i teledysk do tego utworu można było zobaczyć o każdej porze.

Album nosił niewydumaną nazwę „Metallica” i równie wymyślną, czarną okładkę, na której w sumie nic nie było widać. Pozostawiało to pole dla inwencji twórczej piratów muzycznych, którzy wymyślali własne okładki i nazwy dla tej płyty. Poniżej jedna z takich radosnych twórczości.

IMG_3376

To nic, że na okładce jest co prawda Metallica, lecz z zupełnie innego okresu. Swoją drogą szkoda, że nie ma tam jeszcze Mustaine’a 😀 Pirat nie byłby sobą, gdyby przy okazji nie pozmieniał na kasecie kolejności utworów. Ale niczego nie wyciął. Szacun.

Nikt tego wówczas głośno nie odważył się powiedzieć, ale wraz z „Czarnym Albumem” skończył się okres wyznaczania trendów w muzyce a zaczął czas zarabiania pieniędzy. Niby nie ma w tym nic złego, jednak są pewne granice tolerancji. Kolejne albumy, „Load” oraz „Reload” okazały się dla wielu ortodoksów nie do przełknięcia. Może byłoby inaczej, gdyby płyty te ukazały się pod szyldem innym niż Metallica? Pytanie jednak, czy wówczas osiągnęłyby aż taki sukces komercyjny?

Jeśli ktoś miał co do tego wątpliwości, to rozwiały się one podczas głośnego procesu z serwisem Napster. Piractwo to rzecz zła, jednak osobiste zaangażowanie się w sprawę Ulricha i dostarczanie listy użytkowników serwisu zamiast zostawienie tej sprawy adwokatom, spowodowało tylko dodatkowy niesmak. Głupia sprawa walczyć osobiście z kradzieżą własności intelektualnej, podczas gdy nazwa twojego zespołu jest również kradziona. Nie jest w końcu tajemnicą, że nazwę „Metallica” wymyślił Ron Quintana dla swojego czasopisma promującego muzykę metalową. Pechowo jednak zwierzył się ze swego pomysłu właśnie Ulrichowi. Ronowi nie pozostało nic innego, jak nazwać swoje wydawnictwo „Metal Mania”. Walka z Internetem zakończyła się w sumie ostatecznym zwycięstwem Internetu, co prorokowali zresztą mądrzy ludzie. Dziś nie ma już zespołu, którego nagrań nie byłoby w sieci. Doszło wręcz do tego, że jeśli nagrań jakiegoś artysty nie ma w sieci, to tak jakby wcale nie istniał.

W roku 2001 odszedł Jason Newsted i w zasadzie od tego momentu przestałem śledzić losy zespołu. Kupiłem jeszcze z rozpędu kilka płyt, do „Death Magnetic” włącznie. Bo nazwa „Metallica” i czasy, gdy jako szczeniak nosiło się z dumą koszulkę z tym logo, bo głupio nie posiadać w kolekcji jednej czy dwóch płyt. Dziś uważam, że kupiłem je niepotrzebnie. Po kilku przesłuchaniach stoją tylko na półce, zabierają miejsce i zbierają kurz. Nie są to dzieła wybitne, na miarę wczesnych dokonań zespołu. Nie są to żadne dzieła. Czas innowacji i wyznaczania trendów minął bezpowrotnie. Gdzieś w międzyczasie powstał album z Lou Redem, który można skwitować jednym zdaniem: wielcy ludzie popełniają wielkie błędy. Muzycy ze zwykłych „chłopaków z sąsiedztwa” przeistoczyli się w biznesmenów. Ważne że kasa się zgadza.

img20211108_20224855

Czasem zastanawiam się, czy Ulrich i spółka czasem nie siadają gdzieś przy piwku i nie wspominają dawnych czasów, gdy liczyło się coś więcej… Ale ponoć punkt widzenia zależy od punktu siedzenia. A „pecunia non olet”.

Muzyka w garażu – Iron Maiden

img20200721_10145725s

Zespół, od którego większość osób z mojego pokolenia zaczynała swoją „przygodę” z ciężkim graniem. Nie jest to przypadek, bowiem jest on najważniejszym przedstawicielem NWOBHM, a jego wydawnictwa były nawet oficjalnie wydawane w PRL. Chociaż nie powiedziałbym, że przez to jakoś  dostępniejsze. A okazją do wspomnień jest wydany niedawno, siedemnasty album studyjny tej formacji.

W każdym razie pierwszy raz zobaczyłem album tej grupy w zbiorach starszego brata jednego z kumpli z podwórka. Była to koncertowa płyta „Life After Death”, wydana oficjalnie przez Tonpress KAW, kilka lat zresztą po oficjalnej premierze. Oczywiście wówczas miałem możliwość tylko go obejrzeć, jednak już wówczas zwróciła moją uwagę oficjalna „maskotka” zespołu, czyli Eddie, zmartwychwstający sobie właśnie wśród płomieni na małym, zapomnianym cmentarzu. W tle zaś widać miasto, nad którym szaleje burza, błyskawice druzgoczące szklane wieżowce, a nad wszystkim unoszący się cień śmierci… Sielanka 🙂 W każdym razie grafika zapadała w pamięć i była nie do pomylenia z niczym innym.

IMG_2723

Te okładki to była również „nowa jakość” wypromowana przez Iron Maiden. Na prawie każdej z nich znajduje się ten sam motyw, jednak różnie zaaranżowany, w zależności od potrzeb i sytuacji. Ta niesłychana konsekwencja to również była nowość. Pomysł ten później podchwycili również inni muzycy, jednak to Iron Maiden byli chyba pierwsi. A na pewno pierwsi tak konsekwentni.

img20211019_22445884

Ta okładkowa konsekwencja miała dodatkowe plusy – interesujące nas wydawnictwo można było dość łatwo namierzyć, zwłaszcza w sytuacji, gdy zapomniało się nazwy zespołu, ewentualnie nie wiedzieliśmy, jak ową nazwę wymówić. Pamiętać bowiem należy, że w szkołach uczono nas wówczas rosyjskiego i mało kto miał jakąkolwiek styczność z językiem angielskim. Sprawy jednak zaczęły się szybko zmieniać.

Mieliśmy bowiem rok 1990. Komunizm, jak się wówczas wydawało, odszedł w niebyt. Zaczął się „dziki kapitalizm”, w dobie którego „prywatyzowano” wszystko, także i muzykę. Wystarczyło, że ktoś miał jakiś sprzęt do kopiowania kaset magnetofonowych oraz chęci – i już stawał się „wydawcą”. Prawami autorskimi nie przejmował się nikt, może za wyjątkiem samych artystów i prawdziwych firm fonograficznych. Oczywiście, tego typu piractwo istniało już wcześniej, jednak nie na taką skalę.

img20211019_22494780

W ten sposób pojawił się zalew kaset magnetofonowych z muzyką. Różnej jakości, wydawanych mniej lub bardziej obskurnie. Ponieważ nie posiadały one pełnych okładek, inni piraci zaczęli wydawać same „wkładki”, czyli książeczki z tekstami utworów oraz ich tłumaczeniami. Z dzisiejszego punktu widzenia kompletne kuriozum. Rzecz jasna, tłumaczenia te zwykle pozostawiały również wiele do życzenia. Cóż, takie byli czasy. Jednak dzięki temu angielski przestał być już taki „obcy”.

Właśnie w początkach tych przemian ustrojowych, na mocy jakichś dziwnych wymian barterowych, stałem się posiadaczem pierwszej własnej kasety Iron Maiden. I to od razu najważniejszej  w ich całej dyskografii.

IMG_2711

„The Number Of The Beast” to czterdzieści minut klasycznego heavy metalu najwyższej możliwej próby. Otwierający album „Invaders” to wspaniały, metalowy cios między oczy. Zanim zdążymy ochłonąć mamy kolejny, powalający na kolana „Children Of The Dammed”. Dalej, niczym kopanie leżącego, leci „The Prisoner”, po czym, na dobitkę, niesamowity, ponadczasowy „22 Acacia Avenue”. Tak kończyła się pierwsza strona kasety. Jeśli ktoś myślał, że na drugiej będzie mógł trochę odetchnąć, to bardzo się mylił. Strona B rozpoczynała się bowiem od tytułowego, całkowicie nokautującego „The Number Of The Beast” właśnie, po przesłuchaniu którego każdy nucił przez tydzień pod nosem:

„Six, Six six, the number of the beast!”

Jednak wówczas nikomu to nie przeszkadzało. Nikt nie krzyczał, że to „promocja satanizmu” i że trzeba tego natychmiast zakazać. Po upadku komuny chyba wszyscy mieli serdecznie dość zamordyzmu, nakazów i zakazów. Przynajmniej w tamtym momencie. Ogłupienie przyszło później.

Kaseta zawierała osiem numerów. Oryginalna zaś płyta dziewięć. Po raz pierwszy, ale niestety, nie ostatni, album został przez pirata okrojony, żeby utwory łatwiej zmieściły się na kasecie. Czytaj – żeby „zaoszczędzić” cennej taśmy magnetofonowej, której można użyć do wyprodukowania innych kaset i zarobienia jeszcze więcej pieniędzy.

IMG_2709

Dalej poszło już szybko, chociaż początkowo z kasetami z muzyką z gatunku szeroko pojętego metalu był problem. W mojej miejscowości bowiem królowało wówczas disco. Jednak, dziwnym trafem, w jednej z obskurnych kamienic niedaleko mojej szkoły, ktoś otworzył „wypożyczalnię płyt CD”. Wypożyczalnia to zresztą zbyt duże słowo dla tego przybytku. Ktoś zapewne w Berlinie Zachodnim znalazł na śmietniku stare płyty CD. Porysowane, w połupanych pudełkach, bez wkładek i postanowił je wypożyczać, tak jak wypożyczało się kasety VHS z filmami. Wystarczyło wynająć pomieszczenie po jakimś dawnym zakładzie szewskim gdzieś w podwórzu starej kamienicy i gotowe. Biznes się kręcił. Kapitalizm lat 90-tych XX wieku pełną gębą.

Śmiech śmiechem, ale w ten sposób uzupełniłem duże braki w dyskografii grupy. Udało mi się na przykład wypożyczyć w ten sposób „Powerslave”i „Seventh Son…”. Potem należało kupić jeszcze czyste kasety i pojechać rowerem dwanaście kilometrów w jedną stronę do kumpla, który jako jedyny posiadał odtwarzacz CD. Tam następowało uroczyste skopiowanie materiału na wspomnianą wcześniej kasetę i wskakiwało się znów na rower, żeby jak najszybciej wrócić do domu i zdążyć odrobić lekcje – oraz, oczywiście, chociaż raz przesłuchać świeżo zdobyty materiał muzyczny.

Dziś rzecz nie do pojęcia. Ale wówczas przecież normalna codzienność. Biznes z wypożyczalnią CD zniknął zresztą równie szybko i tajemniczo, jak się pojawił.

Mając trzy kasety Iron Maiden czułem się już metalowcem pełną gębą. Zespół zaś polubiłem do tego stopnia, że gdyby to było wówczas możliwe, to pewnie wydziarałbym sobie jego logo. Jednak w tamtym czasie jedyni specjaliści, którzy potrafili wykonywać tatuaże odsiadywali zwykle długoletnie wyroki. W celi zresztą zapewne uczyli się tego fachu. Inna rzecz, że gdyby ktoś wówczas przyszedł do szkoły z tatuażem, to dyrektor osobiście wywaliłby go ze szkoły. A starzy z domu.

Wobec tego dziarałem to logo gdzie się tylko dało: na zeszytach, plecaku, murach osiedla…. Jak się okazuje, nawet dziś jestem w stanie narysować je bezbłędnie z pamięci.

img20211019_22474553

Tymczasem pojawiły się w moim miasteczku sklepy muzyczne. Ba, powstał nawet jeden, który można by było nazwać „salonem”. W nim to właśnie nabyłem album „Killers”. Ze zdumieniem zorientowałem się, że Iron Maiden to nie tylko Dickinson i że ma także inne, bardziej punkowe oblicze.

IMG_2706

W międzyczasie udało mi się przegrać w sławetnym „Digitalu” jeszcze wspaniały album „Somewhere In Time”, który tylko utwierdził mnie w uwielbieniu do tego zespołu. Co poniektórzy pamiętają jeszcze sławne stanowiska do piracenia płyt CD, wynajmowane na godziny… Cóż, na piractwo muzyczne narzekano już otwarcie, jednak w rzeczywistości wszyscy z niego żyli… Nawet muzycy, ale to temat na inną opowieść. Okładka została zaś skserowana z innej kasety. Tak się wówczas robiło, jeśli była taka możliwość. Pracownicy punktów ksero stękali, marudzili, ale robili 🙂

IMG_2705

Wczesną jesienią 1990 roku prasa muzyczna – była już taka – zapowiedziała szumnie nowe wydawnictwo Iron Maiden. Oczywiście zacząłem przebierać nogami, nie mogąc się go doczekać. Jakoś w połowie października musiałem wyjechać z rodzicami na ich zaległy urlop nad morze. Z jednej strony dobrze, że tydzień wolnego od szkoły. Z drugiej tragedia dla nastolatka, czyli urlop ze starymi. Bo i co może wydarzyć się ciekawego podczas takiego wyjazdu? Jak się okazuje, coś jednak może. Spacerując po nadmorskim deptaku, w jednej z bud z pamiątkami zobaczyłem kasetę Iron Maiden. Przyjrzałem się jej uważnie i przetarłem oczy ze zdumienia. Toż to przecież zapowiadany nie tak dawno nowy album! Ale że już go piraci zdążyli spiracić? Nie było jednak czasu na zastanawianie się. Nie miałem przy sobie pieniędzy, więc trzeba było wrócić biegiem do hotelu. Czas miałem przy tym taki, że mój nauczyciel od WF w życiu by nie uwierzył. Spieszyłem się zaś dlatego, że uważałem, że cały świat również zauważył tą taśmę i teraz stado podobnych do mnie szaleńców leci biegiem na kwatery po pieniądze. A każdy z nich gotów przecież mnie ubiec.

IMG_2703

Nikt mnie oczywiście nie ubiegł, bo i któż z wypoczywających nad morzem o tej porze roku emerytów może chcieć słuchać nowej płyty Iron Maiden? Wracałem już spokojnie plażą, słuchając w pięknych okolicznościach przyrody „No Prayer For The Dying”. W tym celu zabrałem swoją podróbkę Walkmana, załadowanego świeżymi bateriami „Centry”. Zestaw dwóch sztuk tych baterii wystarczał czasem nawet na spokojne przesłuchanie jednej kasety, po czym kończył zwykle swój żywot spektakularnym wylaniem elektrolitu. Mimo tego, do końca pobytu znałem już album na pamięć, co do jednego akordu. Jak dla mnie płyta wspaniała, surowa, równa. Powrót do korzeni heavy metalu. Z niesamowitym, wstrząsającym „Bring Your Daugher…”.

„Fear Of The Dark” nie zrobił już na mnie takiego wrażenia. Prawdę mówiąc, odsunął mnie trochę od Iron Maiden. Wiem, wsadzam teraz trochę kij w mrowisko, jednak ten album trochę mnie rozczarował. Przede wszystkim jest nierówny. Utwory petardy przeplatają się tu z zapychaczami, które sprawiają wrażenie, że znalazły się tu na siłę. To pierwsza płyta Iron Maiden, przy której mam ochotę używać przycisku przewijania. O ile poprzednie albumy sprawiały wrażenie jednej, spójnej całości, to „Fear Of The Dark” bardziej przypomina mi worek, w który wrzucono pomysły na co najmniej dwie różne płyty. Gdyby wywalono z niego trzy czy cztery kawałki, byłby niesamowity. A tak, jest dla mnie tylko przeciętny. Z kilkoma wspaniałymi petardami, jak na przykład „From Here To Eternity” czy „Be Quick Or Be Dad”.

IMG_2712

W zespole nie działo się wówczas najlepiej, ale o tym dowiedzieliśmy się nieco później, wraz z odejściem Bruce Dickinsona.

Nowym wokalistą został Blaze Bayley, z którym zespół nagrał dwie płyty. Pierwsza, „The X – Factor” po latach nawet broni się nieźle. Mroczna, gęsta, posępna, klimatyczna. Jednostajna, ale nie nudna, a głos Bayleya idealnie współgra z muzyką. O drugiej można powiedzieć tylko, że jest na niej jeden utwór warty wzmianki.

IMG_2724

Oraz, że udany za to był koncert w katowickim Spodku.

IMG_2728

Swoją drogą, ciekawi mnie, co myśleli pozostali muzycy, gdy zatrudniali jako wokalistę gościa z kompletnie innym głosem i manierą śpiewania niż poprzedni, długoletni wokalista?

Tu opowieść się urywa. Życie potoczyło się swoją drogą. Studia, obrona, rozpoczęty doktorat i nagła emigracja na drugi koniec świata. Potem kolejne przeprowadzki, praca, problemy rodzinne i dnia codziennego. Z czasem z dawnej kolekcji płyt i kaset nie pozostało już prawie nic.

W tym czasie do Iron Maiden wrócił Bruce Dickinson. Zespół wydał w tym czasie rewelacyjną „Brave New World”, ciekawą „Dance Of The Dead” oraz bardzo solidną, nieco mroczną „A Matter Of Life And Death”- a ja o tym zupełnie nie wiedziałem.

IMG_2720

Aż pod koniec 2010 roku poszedłem do jednego ze sklepów z elektroniką aby zakupić jakąś pierdołę spod znaku AGD. Zatrzymałem się przypadkowo przy stoisku z płytami. Pierwszą, która sam wpadła w ręce, była właśnie „The Final Frontier” Iron Maiden. Aż się zdziwiłem, że znowu wydali płytę. Którą to już z kolei? Kiedyś bym wiedział. Teraz na serio nie miałem pojęcia. Dawniej człowiek żył muzyką i nie wiadomo kiedy dał sobie to wszystko odebrać. Zapomniał, po co się żyje. Bo przecież nie tylko po, żeby pracować.

IMG_2718

„The Final Frontier” stał się początkiem zupełnie nowej kolekcji. Chociaż początkowo wcale nie to było moim zamiarem, bo nie wydawało mi się możliwe, aby tamte dawne zbiory można było odtworzyć. Po prostu chciałem kupić tą płytę i może jeszcze kilka, które uznam za „ważne”. Dziś kolekcja liczy kilka tysięcy pozycji i z każdym miesiącem ciągle się powiększa.

W międzyczasie do zbiorów dołączyły „The Book Of Soluls” oraz najnowsze dzieło, czyli „Senjutsu”. Oba to wielkie, dwupłytowe wydawnictwa. Nie są one jakimiś kamieniami milowymi w dorobku grupy. Powiedziałbym, że na tle ich wcześniejszych dokonań są bardzo przeciętne. Przy czym zaznaczyć należy, że „przeciętna płyta Iron Maiden” oznacza bardzo dobry album heavy.

IMG_2715

Heavy metal to taki gatunek muzyki, który ogólnie nie lubi dłużyzny. Przesadnie długie albumy robią się zwykle niestrawnym zakalcem. W pewnym stopniu dotyczy to także obu ostatnich płyt, przy czym bardziej jednak „The Book Of Souls”. „Senjutsu” wychodzi na tym tle dużo lepiej. Może to zasługa tego, że jest jednak nieco krótszy, może równomierniej rozłożony pomiędzy obie płyty. Chociaż druga cześć tego dwupłytowego albumu jest zdecydowanie lepsza od pierwszej. Ale Iron Maiden osiągnęli już taki status, że wolno im łamać konwenanse. Harris słynie zresztą z tego, że robi wszystko po swojemu.

Po kilku przesłuchaniach „Senjutsu” zaczyna się podobać i te rozbudowane, przeciągnięte kompozycje przestają przeszkadzać. Można zadać sobie pytanie, co to za płyta, którą trzeba przesłuchać kilka razy, żeby „zaskoczyła”? Odpowiedź jest prosta. Iron Maiden. Ich płytę każdy metalowiec kupi w ciemno i będzie słuchał tak długo, aż ją rozgryzie. Po prostu.

img20211019_22483889

Muzyka w garażu – Black Rebel Motorcycle Club

img20210721_13392937sm

Ten niezamierzony cykl artykułów byłby mocno niepełny bez wspomnienia o jeszcze jednym zjawisku, jakim jest grupa Black Rebel Motorcycle Club. Nazwa zespołu zaczerpnięta została z filmu „Dziki” (The Wild One) i był to klub, w którego szefa wcielił się sam Marlon Brando. Filmowy Black Rebels Motorcycle Club czerpał zaś inspirację z prawdziwego, istniejącego do dziś klubu motocyklowego „The 13 Rebels”, który prasa obwiniała o słynne (albo lepiej powiedzieć: osławione) zajścia w Hollister. Pierwsza sprawa została wyjaśniona.

img20210721_13380985

Pisanie o muzyce jest rzeczą niewdzięczną. To próba opisania jakiegoś fantastycznego świata osobie, która go nigdy nie widziała. Zasadniczo sprawa skazana od początku na klęskę. Co nie znaczy, że nie trzeba próbować.

img20210721_13392937

Zespół pojawił się ze swoją muzyką w zasadzie zupełnie niespodziewanie, jakby znikąd, podobnie jak motocyklowy klub w filmie, do którego nawiązuje swoją nazwą. Styl muzyczny można określić jako garażowy rock z elementami psychodelii, bluesa oraz jeszcze wieloma innymi stylami, jeśli komuś zależy na dokładnym szufladkowaniu. Charakterystyczną cechą tej muzyki są brutalnie przesterowane gitary, tworzące zwykle jedną, potężną ścianę dźwięku. Muzyka jest tak gęsta, że można ją niemal kroić nożem. Do tego wszystkiego dochodzą wokale, śpiewane niejako od niechcenia, podobnie jak filmowy szef Black Rebel Motocycle Club wygłaszał swoje kwestie. Coś pomiędzy nonszalancją a maniem wylane na wszystko. Całość brzmi, jakby przeciągnięta została przez stare, lampowe wzmacniacze z lat sześćdziesiątych. W efekcie wychodzi wspaniałe, stare, bardzo brytyjskie brzmienie, mimo iż zespół pochodzi z San Francisco. Muzyka prosto z klubu rockersów…

IMG_0795

Oczywiście, ten opis to ogromne uproszczenie sprawy. Rzecz jest bowiem dużo bardziej skomplikowana. Mimo iż muzyka zawarta na płytach na pozór wydaje się dosyć monotonna, to jednak zupełnie taka nie jest. Jest to wieczne poszukiwanie doskonałości, perfekcji oraz unikanie nagrywania rzeczy, które już zostały nagrane. W tym sensie zespół jest dość mocno nieobliczalny, podobnie jak filmowy BRMC od którego wziął swoją nazwę. Nie przysparza to oczywiście zespołowi popularności ani przychylności krytyków, jednak muzykom chyba też niespecjalnie na tym zależy. Robią swoje i to jest chyba najważniejsze.

img20210721_13402099

Dziki

img20210624_14582942

Są takie pozycje filmowe, których nie znać wprost nie wypada. Jedną z nich jest kultowy film Laslo Benedeka „Dziki”. Możemy się dziś spierać, ile ten film zrobił złego a ile dobrego dla kultury motocyklowej. Istnieją bowiem ludzie, którym zdecydowanie wszedł on za mocno. Jedno jest jednak pewne – słyszał o nim zapewne każdy.

Oglądałem ten film kilka razy. Przy czym przyznaję, za pierwszym razem go nie zrozumiałem, popełniając przy tym typowy dla młodego człowieka błąd – oceniłem go z punktu widzenia dzisiejszego widza. Przez to film wydał mi się banalny i do tego źle zagrany.

Tymczasem sprawa jest dosyć skomplikowana. Z jednej strony faktycznie, scenariusz jest bardzo prosty. Można by rzec, że jest to kalka westernu w nowej, młodzieżowej odsłonie. Johnny i jego klub Black Rebels Motorcycle Club jeżdżą motocyklami od miasta do miasta, szukając rozrywki, którą zazwyczaj stanowi rozróba, ewentualnie psucie zabawy innym. Zewsząd przepędzani, trafiają w końcu do Wrighstville. Spokój peryferyjnego miasteczka zagłusza ryk silników motocyklowych, krzyki podpitych jeźdźców i muzyka płynąca z szaf grających. Miejscowy szeryf próbuje opanować sytuację, jednak brak mu stanowczości i zdecydowania. Tymczasem najgorsze dopiero ma nadejść – w miasteczku pojawia się nagle drugi, konkurencyjny klub motocyklowy…

DSC_3964

Scenariusz opiera się luźno na wstrząsającej relacji prasowej z „awantury w Hollister”. Artykuł był bardzo mocno przesadzony i okraszony specjalnie pozowanymi fotografiami. Zresztą, problemem nie było to, co się wydarzyło – albo lepiej –nie wydarzyło się w Hollister. Problemem nie był też sam tendencyjny artykuł, bo przecież nie była to pierwsza (ani także ostatnia) taka publikacja. Ten fenomen „moralnej paniki” doczekał się zresztą solidnej analizy naukowej. Awantura wybuchła później, wraz z reakcją AMA (American Motorcyclist Association) oraz wygłoszonym niedługo potem oświadczeniu jej sekretarza, A. Kuchlera, w którym padło słynne określenie „jednoprocentowcy”.

DSC_5387

Z drugiej strony film kreuje coś, czego jeszcze nie było. Nowy rodzaj bohatera. Buntownika który ma za nic zasady wyznawane przez społeczeństwo. W zasadzie można powiedzieć, że jest to antybohater.

No dobrze, cóż to jest za buntownik? Cóż to za „rozróba”? Według dzisiejszych standardów Hollywood, mieścina powinna być przez gang motocyklowy najpierw zdemolowana i splądrowana, potem spalona, następnie wysadzona w powietrze a na koniec na wszystko powinna spaść asteroida, żeby było bardziej efektownie i widowiskowo. Zanim jednak nastąpiłaby ostateczna zagłada, w przerwie w demolowaniu miasta główny bohater powinien wyryczeć to, co mu leży na wątrobie tak, żeby usłyszano go na drugiej półkuli.

Tyle tylko, że bunt Johnny’ego Strablera jest inny. To bunt dla samego buntu. Tu nie ma idei, którą chciałby przeciwstawić ogólnie przyjętym zasadom społecznym. On w sumie nawet nie jest przeciwko tym zasadom – on stoi obok nich, całkowicie je ignorując. Robi co chce i jak chce, a jeśli przypadkiem stanie mu na drodze społeczeństwo oraz jego normy i zwyczaje, to tym gorzej dla nich. Na tym polega właśnie „dzikość” głównego bohatera. Na jego kompletnej nieprzewidywalności. Nieprzenikniony wyraz twarzy postaci granej przez Marlona Brando jest zamierzony i nie jest skutkiem braków w warsztacie aktorskim, jak niektórzy sądzą. Podobnie jak niewyraźnie mamrotane pod nosem kwestie. Johnny ma bowiem kompletnie gdzieś, czy ktoś go słyszy i rozumie. Do tej roli Marlon Brando przygotowywał się zresztą bardzo starannie, spędzając dużo czasu z członkami ówczesnych gangów motocyklowych i podpatrując ich styl zachowania i mówienia.

Film był zakazany w Wielkiej Brytanii aż do 1968 roku, aby „nie sprowadzać młodzieży na złą drogę”. Tyle tylko, że wcale nie przeszkadzało to rockersom i modsom naparzać się między sobą według najlepszych amerykańskich wzorców. Brytyjska prasa reagowała zresztą podobnie do amerykańskiej.

Motocykl Triumph Thunderbird, którym jeździł Marlon Brando w filmie, był jego prywatną własnością. Wyjątkowo, logo producenta maszyny nie zostało ukryte. Wywołało to protesty ze strony importera motocykli Triumph, firmy Johnson Motors, która zaprotestowała przeciwko łączeniu oferowanych przez nich produktów z bohaterem granym przez Marlona Brando. Ale to oburzenie chyba nie było zbyt szczere, bowiem sprzedaż maszyn Triumph w Ameryce po premierze filmu gwałtownie wzrosła.

Lee Marvin, który tak brawurowo odegrał postać „Wino Willego”, specjalnie na potrzeby filmu nauczył się jeździć na motocyklu.

Początkowo reżyserem filmu miał być Fred Zinnemann.

Zdjęcia powstały w Burbank, Calabasas, Thousand Oaks oraz, oczywiście, w Hollister (Kalifornia, USA).

img20210624_14575787

Muzyka w garażu – Kobranocka i Kwiaty na żywopłocie

img20200721_10145725s

Są albumy ważne. Takie, które mają dla nas specjalne znaczenie. „Drugie dno” jak mawiał pewien znajomy. Ale on był politykiem, więc pewnie miał coś innego na myśli.

Nieważne. W każdym razie chodzi o związane z nią osobiste przeżycia. I taką strasznie ważną płytą jest ten właśnie album. Kobranocka – Kwiaty na żywopłocie.

Pierwszy egzemplarz, kasetę, dostałem od kuzynki gdzieś na początku 1990 roku. Uczciwie trzeba przyznać, że jest to kawał dobrego, ostrego rocka. Są tu killery w stylu „Ostrożnie trutka”, wspaniała „Zataczówka” czy też tytułowy numer… Mamy wreszcie największy hicior  Kobranocki, czyli „Irlandię”. Kawałek znany aż do przesady.

Słuchając pierwszy raz tej taśmy nie przypuszczałem nawet, jak wiele w moim życiu się zmieni i jak bardzo będzie to wszystko pasować do tej płyty.

img20200721_10145725

Przede wszystkim zespół powstał w 1985 roku Toruniu. Kiedy słuchałem tego albumu z tej kasety wiedziałem tylko tyle, że Toruń jest miastem leżącym daleko, gdzieś na północy. Gdyby mi ktoś wówczas powiedział, że spędzę w nim tyle lat oraz ile ważnych (z mojego punktu widzenia) rzeczy się tam wydarzy, to nigdy bym nie uwierzył. Życie jednak tak dziwnie się czasem układa.

Wiele lat później karta znów się odwróciła. Tym razem zmuszony byłem dojeżdżać do dziewczyny różnymi wynalazkami a połowę tej drogi stanowił Włocławek.

I tak jak w „Irlandii”:

„Wlokę ten ból przez Włocławek, kochając Cię jak Irlandię” – czyli gdzieś we Włocławku właśnie.

dscn9160

Przypomnieć należy, że wówczas tą trasę pokonywało się w około siedem godzin. Komunikacją publiczną jechało się jeszcze dłużej, więc nie starczyłoby weekendu na podróż tam i z powrotem, nie mówiąc jeszcze o spotkaniu się. Tak więc jeździłem w ten sposób rok albo i nawet dwa. Motocyklami, samochodami – co tam było akurat pod ręką.

Warto wspomnieć jeszcze o pojazdach którymi jeździło się wówczas.

Któregoś dnia kumpel z pracy naraił mi handlarza samochodów, który miał do sprzedania za niewielką sumę pojazd typu Fiat 126P, szumnie zwany samochodem. Zapłaciłem uzgodnioną kwotę i umówiłem się, że odbiorę auto w piątek po pracy, bo trzeba było zrobić przy nim jeszcze to i owo. W umówiony dzień stawiłem się u handlarza spakowany już na weekend, co nie uszło jego uwadze. Gdy dowiedział się, dokąd zaraz jadę to nogi się pod nim ugięły. Później dowiedziałem się, że dzwonił przez cały weekend do mojego kumpla z pracy z pytaniem czy dojechałem i czy nic mi się nie stało. Bo samochód przecież prosto z kanału zdjęty i od razu w taką drogę, że jakby wiedział to by mi pod jakimś pretekstem nie wydał kluczyków…

Czyli są uczciwi handlarze. Niepotrzebnie zresztą się martwił. Maluch pokonał tą trasę jeszcze wielokrotnie. Padł w końcu na posterunku – we Włocławku właśnie. Ale trzeba pamiętać, że Włocławek miał wówczas wśród kierowców przezwisko „dziurawek”, więc i tak go podziwiam, że tyle wytrzymał.

img20210313_13595773

Kaseta zaginęła gdzieś podczas którejś kolejnej przeprowadzki. Po latach jednak znów zakupiłem ten album, tym razem na CD. Tak samo przywołuje wspomnienia. Czasów nie tyle lepszych, bo to bzdura. Lepsze wcale nie były. Ale na pewno byliśmy wówczas młodsi i bardziej beztroscy. Za to na pewno rock był lepszy 😉

IMG_8615

Oczywiście, jak to w Polsce bywa – każda wersja tego albumu ma inną okładkę. Nikt nie wie dlaczego, ale tak właśnie jest. Winyl ma pełną, kaseta jakiś dziwny fragment a wersja kompaktowa kompletnie z czapy. Druga sprawa to sama jakość nagrania. Niestety, to co brałem za wadę kasety okazało się błędem samej realizacji materiału i nawet na płycie CD ma się wrażenie, że wokalista Andrzej Kraiński sepleni. Cóż, mogę Wam zaręczyć że w rzeczywistości śpiewa wyraźnie. Ale tak się nagrywało płyty w Polsce na przełomie lat osiemdziesiątych i dziewięćdziesiątych.

img20210313_13173778

Kultura kasety magnetofonowej

img20200721_10145725s

Niedawno odszedł „na stronę B” twórca kasety magnetofonowej, Lou Ottens. Znajdą się oczywiście ludzie, którzy będą krytykować ów nośnik i wytykać jego wady. W jakimś sensie będą mieli rację, bo kaseta jako nośnik dźwięku jest daleka od ideału. Jednak to były szczegóły. W momencie gdy powstała liczyło się coś zupełnie innego.

Dała ona muzyce wolność i niezależność. A dzięki swojej „plastyczności” stworzyła pewną swoistą kulturę. Coś, co nie zaistniało nigdy wcześniej i nigdy później. A przynajmniej nie na taką skalę.

Lou Ottens w jednym z wywiadów stwierdził, że za powstaniem kasety magnetofonowej stała irytacja na istniejące wówczas magnetofony szpulowe. Owszem, miały one zadowalającą jakość dźwięku, można było zapisać na taśmie dużo muzyki ale ich poręczność była żenująca.

Ideą jaka przyświecała twórcy kasety było, aby nowy nośnik bez problemu mieścił się w kieszeni kurtki. W ten właśnie sposób narodziła się kaseta magnetofonowa. Zadebiutowała ona 30 sierpnia 1963 roku.

Wynalazek wzbudził sensację. Muzyka stała się wreszcie wolna. Ulubiona muzyka zaczęła towarzyszyć nam podczas podróży samochodem czy pociągiem, wkrótce bowiem pojawiły się odtwarzacze samochodowe i Walkmany. Dobrze pamiętam swoje wakacyjne wyjazdy z walkmanem w jednej kieszeni, garścią zapasowych baterii do niego w drugiej oraz plecakiem wypchanym kasetami. Pociągi były duszne, brudne, przepełnione do ostateczności ale wówczas wcale mi to nie przeszkadzało. Stałem sobie na korytarzu, patrzyłem przez okno na mijane krajobrazy a w słuchawkach brzmiała ulubiona muzyka. Świat był piękny.

Kasety pozwalały po raz pierwszy w historii na dzielenie się muzyką. Można było je kopiować, nagrywać utwory z radia, płyt gramofonowych (a później także z CD), pozwalała wreszcie na tworzenie z różnych źródeł własnych składanek. Często tworzono do takich składankowych kaset własne amatorskie wkładki, które w niektórych przypadkach były małymi dziełami sztuki.

IMG_8621

Dużo mówiły one o ich właścicielu i jego stosunku do muzyki.

IMG_8623

Dziś, w erze muzyki streamingowej, wybór i jakość może i są lepsze (chociaż to ostatnie jest sprawą dyskusyjną), jednak tak naprawdę nic już nie należy do użytkownika. Nie ma już prywatnej własności. Twórczość własna zaś ogranicza się do wybrania playlisty.

Kasety magnetofonowe uwolniły muzykę od „władzy” wielkich koncertów płytowych. Każdy amatorski zespół muzyczny mógł nagrać teraz własne demo i rozesłać je do firm płytowych w nadziei na kontrakt albo też wydać swoje dzieło własnym sumptem. Kopiowanie kaset nie stanowiło przecież żadnego problemu. Trudno dziś nawet sobie wyobrazić początki sceny punkowej czy metalowej bez wynalazku kasety magnetofonowej. Zaryzykuję stwierdzenie, że kultura niezależna bez takiego wynalazku, jakim była kaseta magnetofonowa, nie mogłaby zaistnieć. A już na pewno nie w takim kształcie.

img20200721_10145725

Ta łatwość powielania materiału na kasetach spędzała sen z powiek niektórym producentom muzycznym, którzy obawiali się piractwa na niespotykaną skalę. Obawy ich okazały się częściowo uzasadnione. Wszyscy pamiętamy bowiem kasetowe piractwo w Polsce w pierwszej połowie lat 90-tych XX wieku. Oraz jak szybko skończyło się ono wraz z wejściem w życie odpowiednich regulacji prawnych. Czyli problemem okazał się być nie sam nośnik, tylko dziurawe prawo. Piractwo muzyczne jest zresztą o wiele starsze niż sama kaseta magnetofonowa i nie ma takiego nośnika dźwięku, którego „zawodowi” piraci nie potrafiliby spiracić. Starsi pamiętają zapewne sprzedawane na bazarach „pocztówki dźwiękowe”, które były przecież czystym piractwem. Młodszym nie muszę zaś chyba przypominać Stadionu Dziesięciolecia i dziesiątek tysięcy płyt CD z kserowanymi wkładkami, bez hologramów i z napisami wykonanymi cyrylicą.

Większość wydawnictw muzycznych zaś szybko włączyła kasety magnetofonowe do swojego katalogu produktów i od tej pory ten sam materiał był wydawany równolegle na różnych nośnikach ku radości i pożytkowi wszystkich.

img20210313_17561989

Kaseta magnetofonowa stanowiła zaś duży problem dla władz komunistycznych. Obawiano się, że skoro na taśmie można nagrać dowolny materiał i łatwo się nim dzielić z innymi, to przecież również mogą znaleźć się na nich treści mogące obalić „najlepszy z ustrojów”. Obawy te nie były nieuzasadnione i rzeczywiście, sporo „Stilonów” czy „Wiskordów” zawierało treści podpadające pod paragrafy mówiące o „działalności wywrotowej” czy też „szkalowaniu PRL” albo „o naruszaniu odwiecznej przyjaźni polsko – radzieckiej oraz sojuszu robotniczo – chłopskiego”. Podobny problem zresztą mają dziś reżimy zamordystyczne z Internetem.

Prototyp kasety magnetofonowej wykonany był z drewna, jednak nie zachował się. Zaginął gdy Lou Ottens zmieniał koło w swoim samochodzie. Proste, plastikowe obudowy pierwszych kaset z biegiem czasu ewoluowały, podobnie zresztą jak i sam nośnik.

IMG_8634

Zaczęły przybierać wymyślne formy. Pojawiły się dodatkowe mechanizmy mające za zadanie pilnować równomiernego nawijania się taśmy na rolki czy też optymalnego ułożenia jej względem głowic.

IMG_8626

Sama taśma również przeszła długą ewolucję. Pojawiły się jej nowe odmiany, jak uszlachetnione kobaltem, chromowe, żelazowo – chromowe (które szybko zresztą zniknęły z rynku) czy też metalowe. Jakość nagrań wzrastała. Doszło w końcu do tego, że w warunkach domowych na przeciętnym sprzęcie ciężko było rozpoznać, co jest źródłem dźwięku.

Kres popularności kasety magnetofonowej w Polsce to okolice 2000 roku, może nieco później. Krótko po tej dacie udało mi się kupić ostatnie „regularne” wydawnictwa.

Jednak to jeszcze nie koniec historii tego nośnika. Podobnie jak płyta analogowa, kaseta ciągle trwała. Pojawiały się ciągle nowe wydawnictwa niezależne. Dla niewielkich nakładów kaseta magnetofonowa jest nośnikiem idealnym. Ostatnimi czasy zaś przeżywa swój renesans. Powrót jej może nie jest tak spektakularny jak płyt winylowych, jednak nie sposób chyba go nie zauważyć.

Tym zaś, którzy nie mogą zrozumieć tego fenomenu, podpowiadam: wolność, niezależność, swoboda.

img20210313_13173778

Muzyka w garażu – Newsted

img20200721_10145725s

Dziś mamy podobno okragłą rocznicę dnia, w którym z zespołu zwanego „Metallica” uciekł ostatni metalowiec.
Ja to mawiają: „lepiej późno niż wcale” 😉
Newsted swoją płytą może i trzęsienia ziemi nie wywołał (prawdę mówiąc to przeszła zupełnie niezauważona), jednak ten album jest naprawdę całkiem dobry. Jest „jakiś”.

Ma swój styl, brzmienie, można tu na czymś ucho zawiesić. A przede wszystkim to naprawdę „metal”.

DSC_3728

Jedyne czego żałuję, to że nie pociągnął tego projektu dalej. Szkoda, bo miał potencjał.

img20200721_10145725