Month: Marzec 2019

Pamiętaj, aby dzień święty święcić…

DSC02880

Niby jesienią, zaraz po zakupie, przegląd został zrobiony, płyny powymieniane. Jednak jedna rzecz nie dawała mi spokoju – że olej, po przejechaniu w sumie niewielkiego dystansu, znów zrobił się dziwnie ciemny. Niby nie czarny jak w Dieslu, jednak mocno ciemny, jak na benzyniaka.

Poprzedni właściciel przyznał się, że ostatni raz wymieniał olej dość dawno, pewnie jakieś dwa lata temu. Jednak patrząc na to, co wylało się podczas wymiany z silnika, przypuszczam że było to jednak znacznie dawniej. Wobec tego, korzystając z tego, że zostało mi jeszcze sporo oleju – a nawet jeszcze jeden filtr, postanowiłem wymienić go znowu. W sumie wymian nigdy za wiele.

DSC_3633

„Leci strumień leci, złoty aż się świeci”

Zasadniczo w tej piosence chodziło o inną ciecz, jednak zostawmy to. Olej jednak znowu jest ciemny. Czyżby aż tyle brudu jeszcze zostało w silniku?

DSC_3636

„Ucz się”, mówili, „nie pobrudzisz sobie rąk”, mówili…

Ciekawe, że zawsze w tym momencie wszystko zaczyna Cię swędzieć albo właśnie dzwoni telefon. Nie inaczej było i tym razem.

Oczywiście, ponieważ jestem w pewnych kwestiach typowym facetem, najpierw coś psuję a potem ewentualnie czytam instrukcję. I tak jak zwykle, przy montażu filtra zapomniałem o małym o-ringu i musiałem rozbierać i składać wszystko jeszcze raz.

Ale w końcu się udało. Można świętować 🙂

DSC02880

No to sru!

DSC02613

Z dokładnie miesięcznym opóźnieniem ale jednak wpis się pojawił. Taki bowiem mniej więcej poślizg mają Internety w stosunku do życia.

17 lutego to takie symboliczne rozpoczęcie sezonu. Symboliczne, bowiem staram się jeździć cały rok, gdy tylko pogoda na to pozwala. Jednak w tym roku zima dała dość mocno popalić, więc motocykle miały przestój dłuższy niż planowałem.

Niestety, przy próbie uruchomienia 750-tki rozładowałem akumulator. System rozruchu w tej maszynie jest niestety daleki od ideału i wybudzenie go ze snu po dłuższym przestoju to dość skomplikowane przedsięwzięcie.

Zupełnie inaczej sprawa miała się z 900R, która odpaliła od pierwszego strzału, tylko rozrusznik musiał popracować kilkanaście sekund dłużej niż zwykle. Dziewięćsetka po raz kolejny pokazała swoją wyższość techniczną nad (nieco) starszą siostrą.

A więc w drogę.

DSC02618

W ten oto sposób, niespodziewanie to 900R nakręciła pierwsze kilometry w tym sezonie. Mimo chłodu zapach wiosny już czuć w powietrzu 🙂

DSC02619

Późnym popołudniem prostownik oznajmił, że naładował już akumulator od 750-tki. Niestety ale bateria w tym motocyklu powoli kończy już swój żywot po ciężkich pięciu sezonach. Cóż, lekkiego żywota to nie miała ale i tak dzielnie się spisała.

Tym razem ostrożnie, z pełnym skupieniem i… motor prychnął i zgasł. Ale jednak jest progres. Jeszcze raz i silnik zaskakuje na pierwsze dwa a po kilku sekundach także na pozostałe cylindry.

DSC02623

Tak więc i starsza GPz również otwiera sezon.

DSC02624

Do pełni szczęścia brakuje jeszcze uruchomienia zaprzęgu. Ale do tego niestety, dzień okazuje się zbyt krótki. W końcu wciąż to jeszcze luty. Jeszcze przyjdzie czas.

BMW R50S, czyli o Pierwszym Prawie Alpinizmu

DSC_1692

Mały, lokalny zlot pojazdów zabytkowych. Motocykli jak na lekarstwo, można policzyć je na palcach jednej ręki. A gdy już wydaje się, że nic więcej nie może się tu zdarzyć, nagle, jak na zawołanie,  pojawia się jeden, bardzo ciekawy egzemplarz. Zarówno pod względem konstrukcyjnym, jak i czasów w których powstał.

Połowa lat 50-tych w Niemczech to ciężki kawałek chleba dla producentów jednośladów. Społeczeństwo zaczyna się powoli wzbogacać i motocykle przestają wzbudzać zainteresowanie konsumentów, bowiem zaczynają być postrzegane jako środek transportu dla biedoty. W przeciwieństwie do samochodów a przede wszystkim mikrosamochodów, które przeżywają swoje złote czasy.

Oczywiście nadal pożądane są na przykład brytyjskie motocykle sportowe czy ciężkie amerykańskie v-twiny, czyli maszyny które kupuje się dla ich właściwości jezdnych, czyli radości z jazdy oraz, co będziemy się tu oszukiwać – jakiegoś prestiżu. Jeżeli zatem jesteś producentem jednośladów których jedyną zaletą jest możliwość przewiezienia kierowcy i pasażera z punktu A do B, to masz problem. Duży problem.

DSC_1693

BMW miało już co prawda na starcie pewien atut. Produkując motocykle z silnikiem typu bokser dawało już w standardzie ogrzewanie – co prawda tylko stóp kierowcy, ale jednak, podczas gdy w wielu samochodach z lat 50-tych za ten luksus trzeba było dopłacać. Mimo wszystko to jednak za mało.

DSC_1694

Firma podeszła więc do sprawy kompleksowo. Przede wszystkim motocykl nie może wyglądać na biedopęda. Stąd szeroka gama akcesoriów, od chromowanych osłon cylindrów i reflektora, przez aluminiowe bagażniki aż zwiększony zbiornik paliwa, obrotomierz i wisienkę na torcie: instalację 12 V. Wyposażony w taką instalację motocykl wymagał innego kickstartera, bowiem nie było wówczas na rynku motocyklowych akumulatorów dwunastowoltowych, więc należało połączyć dwie szóstki, które z kolei potrzebowały większej obudowy i o tą powiększoną puszkę zawadzał zwykły kopniak. A co, na bogato. Szkoda tylko, że nie zauważono, że motocykl ma siodło zgodne z ostatnim krzykiem mody Wehrmachtu a wojna skończyła się 15 lat wcześniej… A może tak miało być…

DSC_1696

Punkt drugi – właściwości jezdne. Te były dobre już w „zwykłej” R50, dzięki nowoczesnemu na owe czasy zawieszeniu. Jednak uznano że to za mało. R50 osiągała moc 26 KM. Na tym polu właśnie widziano spore szanse na udoskonalenie konstrukcji. Wymieniono gaźniki, zmodyfikowano rozrząd i zmieniono zawory, podniesiono także stopień sprężania. Zaowocowało to podniesieniem mocy do imponujących wówczas 35 KM. Jednak biada temu, kto chciałby wykorzystać w pełni osiągi motocykla. Cylindry nie wytrzymywały bowiem dłuższej jazdy na wysokich obrotach i potrafiły pęknąć, ponoć aż do spektakularnego „żelaznego deszczu” włącznie. Cylindry zmodyfikowano, lecz stało się to już pod koniec krótkotrwałej zresztą produkcji modelu. Powstały zaledwie 1634 egzemplarze a rolę motocykla sportowego przejął całkowicie większy BMW R69S.

DSC_1691

Tak na marginesie: w Polsce podobny kryzys jednośladów nastąpił jakąś dekadę później. Przy czym, ponieważ w PRL panował „najlepszy z ustrojów”, z problemem „poradzono sobie” w ten sposób, że sukcesywnie zakończono produkcję motocykli, zaczynając od tych najlepiej rokujących. W ten sposób problem pozornie został rozwiązany…

DSC_1692

Tyle historii. Od zakończenia produkcji R50S minęło pond 55 lat. Dziś czytam o kolejnej akcji serwisowej współczesnego motocykla, który na rynku jest raptem kilka lat a jednak ciągle ma jakieś problemy z jakością. Czasem człowiek zaczyna się zastanawiać, czy te ponad 133 lata doświadczeń ludzkości w produkcji jednośladów nie mogłoby zaowocować może nie tyle wyprodukowaniem motocykla „doskonałego”, bo takie rzeczy nie istnieją, ale chociaż takiego, który nie będzie sprawiał problemów technicznych?

Podejrzewam, że jest to jak najbardziej wykonalne i nie chodzi w tym miejscu tylko o pieniądze, bowiem akcje serwisowe także kosztują. Ale na przeszkodzie stoi właśnie wspomniane w tytule, Pierwsze Prawo Alpinizmu. A mówi ono, że gdy już osiągniesz szczyt, to nie ma rady – w którą stronę byś dalej nie poszedł, to każda droga prowadzi już tylko w dół. A jeśli Twoim celem nie jest jednorazowe wejście na ów szczyt tylko jak najdłuższe trwanie w drodze, to najlogiczniej jest się kręcić gdzieś w bezpiecznej odległości od niego.