Jawa 634

Wakacje z gratami

img20220506_14225471s

Sezon urlopowy w pełni. Przy czym słowo „urlop” traktuję w tym roku wyjątkowo dosłownie. To znaczy staram się odpoczywać.

IMG_3613

Nie znaczy to, że wpisów na stronie w ogóle nie będzie. Pojawią się, jak tylko dojrzeją. Bo przez cały czas coś się zbiera.

IMG_3611

Pogoda jest zresztą wspaniała, co widać doskonale na dzisiejszych zdjęciach. Słońce na pełny regulator, 38 stopni w cieniu, deszcz nie padał od tygodni. Odwodnienie organizum gwarantowane po godzinie jazdy. Jazda motocyklem obecnie polega zasadniczo na szukaniu cienia. Widać to zresztą na zdjęciach, kontrasty są nie do przerobienia.

IMG_3609

Zaczynam tęsknić za jesienią…

*) Tytułowe nawiązanie do książki Adama Bahdaja jest jak najbardziej zamierzone.

Ten pierwszy

img20200425_20103483b

Po latach najlepiej wspomina się zwykle ten pierwszy motocykl. A przynajmniej takie wnioski płyną z opowieści wielu osób. Rzeczą oczywistą jest, że w tych wspomnieniach mimo wszystko pewne rzeczy się idealizuje, jednak chyba nie do końca tak jest. Za pierwszym razem wszystko bowiem smakuje inaczej. Wszystko jest nowe, dopiero odkrywane.

IMG_1421bw

Ta maszyna była moim pierwszym motocyklem, który „rokował” na przyszłość – w tym sensie, że posiadał komplet dokumentów umożliwiających jego rejestrację oraz  można było o nim powiedzieć, że coś z niego jeszcze będzie.

Pamiętam doskonale dumę, z którą nosiłem w portfelu dowód rejestracyjny. Byłem już przecież motocyklistą pełną gębą. Niczego nie zmieniał przy tym fakt, że na co dzień musiałem jeździć autobusem lub tramwajem, bowiem motocykl, jak to wówczas często bywało, kupiony był w stanie niejeżdżącej ruiny. Tę kupę złomu trzeba było sobie później doprowadzić do stanu jeżdżącego. Ten etap zajął mi kilka długich lat. Takie były czasy. Dziś może brzmieć to co najmniej dziwnie, bo ludzie narzekają, gdy muszą czekać tydzień na odbiór zamówionego motocykla, skarżąc się całemu światu, że to „długo”.

IMG_1410bw

A potem było już z górki. Pierwsze nieśmiałe wycieczki w koło komina, później coraz dalej, aż w końcu przyszedł czas na przekroczenie granic. Także tych, które podpowiadał zdrowy rozsądek.

Mimo wielu przeciwności losu zachowałem go do dziś, chociaż momentami było to piekielnie trudne wyzwanie. Gdzie my nie byliśmy…

IMG_1406

Gdyby motocykle mogły mówić… Chociaż może dobrze, że nie mogą.

Droga donikąd

img20200425_20191896

Myślę, że każdy ma swoje ulubione miejsca czy trasy. Drogi, które były zawsze idealne, ilekroć chciało się odpocząć od wszystkiego. Dawno temu, w swoim ówczesnym  miejscu zamieszkania też miałem taką. Wspaniały asfalt wśród lasów i zdziczałych łąk a także suchych wydm, wyglądających jak pustynia. Do dziś nie wiem, czy szosa ta miała jakąś nazwę. Charakterystyczną jej cechą było bowiem to, że prowadziła… do nikąd.

Kiedyś był tu poligon. Wówczas miała ona zapewne pierwszorzędne znaczenie dla obronności kraju. Jednak wtedy jej istnienie było tajemnicą państwową, tajne łamane przez poufne. Teraz ewentualnie jesienią przypominają sobie o niej lokalni grzybiarze, jednak i tak niezbyt tłumnie, jako że wojsko pozostawiło po sobie w tutejszych lasach mnóstwo „niespodzianek” mniejszego i większego kalibru. O czym nie omieszkały ostrzegać ustawione przy drodze tablice.

dscn0325

Mi to zupełnie nie przeszkadzało. Świadomość bycia jedynym przedstawicielem swojego gatunku w promieniu wielu kilometrów działała kojąco, pozwalając bez ograniczeń cieszyć się przyrodą i przestrzenią. A praktycznie zerowy ruch na drodze pozwalał na zatrzymywanie się w dowolnym miejscu i momencie.

dscn0351

Szosa ta stała się dla mnie w pewnym momencie „poligonem fotograficznym”. Odkryłem bowiem wówczas pewną stronę internetową, prowadzoną przez amerykańskiego fotografa, grafika i ogólnie artystę. Na swoich zdjęciach uwieczniał generalnie motocyklowe życie. Jego fotografie były dla mnie wówczas absolutnym mistrzostwem świata i okolic.

Ponieważ mam taką dziwną zasadę, że robiąc cokolwiek staram się to wykonać najlepiej jak to jest w danych warunkach możliwe, starałem się podpatrzeć i odgadnąć warsztat zawodowca. Z efektami raczej mało zadowalającymi. Brak umiejętności to jedna rzecz. Inna sprawa to sprzęt, którym się dysponuje. Niby każdy fotografik będzie do upadłego przekonywał i bronił tezy, że to człowiek robi zdjęcie a nie aparat, jednak prawda jest nieco bardziej złożona. Pewne minimum sprzętowe trzeba jednak mieć, żeby zasada ta mogła zadziałać.

dscn0327

Po latach dowiedziałem się, zresztą zupełnie przypadkowo, że za ową stroną internetową stoi nie pojedynczy człowiek a cały zespół.

Już mi trochę lżej na sercu.

img20200425_20070651

Samotność motocyklisty

img20200727_17174050

Początki zwykle bywają ciężkie. Żadna nowość. Szczególnie, gdy na pierwszy „prawdziwy”, a przede wszystkim legalny motocykl wybiera się starego gruza, zamiast czegoś w miarę współczesnego. Taki a nie inny wybór ma swoje zady i walety. Albo odwrotnie.

Przede wszystkim, mało kto chce z Tobą jeździć. Raz, że Twój pojazd szybki to może i był w Peerelu, pośród Maluchów i Trabantów, dziś jednak zaliczany jest raczej do kategorii pojazdów wolnobieżnych. Jakby tego było mało, psuje się średnio co siedemnaście kilometrów. W dobrych układach. Trudno wymagać od sprzętu, który ostatnie dwie dekady przeleżał w chłopskiej stodole pod stertą złomu i śmieci, aby był od razu gotowy na podbój świata. Albo choćby powiatu.

Ty masz to zrozumienie, jednak niekoniecznie inni, po wymuszonym po raz pięćdziesiąty drugi postoju technicznym. Bo znów coś się: urwało/pękło/odpadło/odkręciło/zatkało/odłączyło/itd. – niepotrzebne skreślić.

DSCN3760

Tak więc jeździsz sam. Po jakimś czasie odrywasz, że ta samotność w trasie ma jednak ma swoje plusy dodatnie. Przede wszystkim jedziesz gdzie chcesz i jak chcesz. Żadnych kompromisów. Robisz postoje, kiedy masz na to ochotę, ewentualnie kiedy tak chce Twój motocykl. Bo znów się coś: odkręciło/odpadło/urwało/itd…

Ale zmienia się coś jeszcze. Zmienia się Twoje nastawienie, zarówno do motocykla, jak i motocyklizmu w ogóle. Z motocyklem zaczyna łączyć Cię coś więcej, niż tylko rata kredytu do spłacenia, a każdy pokonany kilometr zaczyna być swoistym przeżyciem. Bo wiesz, jak mało kto, że to wcale nie jest takie oczywiste. To Twoja zasługa, że sterta metalu, plastiku i gumy jedzie dalej. Wiesz, że jakoś dacie sobie radę. Tak, dokładnie tak. Bo jesteście od siebie zależni.

Przestaje Cię interesować, co jest dziś modne, jakie gadżety warto mieć. Bo wiesz, że to Ci do niczego tak naprawdę nie jest potrzebne. Mało tego, odwracają uwagę od tego co istotne, a jednocześnie nieuchwytne i nienazwane. Już nie chodzi o to, żeby jechać szybciej, dalej… Wiesz o co chodzi, chociaż trudno ubrać to w słowa. Odkryłeś, że motocyklizm to w rzeczywistości przestrzeń wielowymiarowa. A co najciekawsze, im więcej tych wymiarów poznasz, tym więcej pozostaje jeszcze do odkrycia.

DSCN3761

Mówi się, że motocyklowi graciarze są inni.

img20200425_20070651

Coś w tym jednak jest.

Podróż za jedną bagietkę #2

img20210926_18052357

Sprawa zakupu pieczywa rozwiązała się dość szybko. Przy drodze stał automat do wypieku bagietek. Taki typowo francuski wynalazek. Wrzucasz 1,10 Euro i za chwilę dostajesz cieplutką, chrupiącą bagietkę. Nie jest to co prawda wymarzone rozwiązanie, bo wolałbym jednak kontakt z żywym człowiekiem a nie automatem. Ale jest niedziela, ludzie mają wolne.

IMG_1856

Mam zresztą takie wrażenie, że francuzi kochają automaty. Automatyczne, pozbawione personelu stacje paliw, które konsekwentnie odrzucają płatności niefrancuskimi kartami bankomatowymi – słuszne, po co jakiś obcy będzie im się po kraju szwędał, automatyczne bagietkomaty…

Ten zaś dodatkowo jest dowcipny. Otóż nie reaguje na dokładnie odliczoną kwotę. Gdy wrzuciłem odliczone 1,10 euro, na wyświetlaczu pojawił się napis: „Kredyt – 1,10, Koszt – 1,10” ale automat przestał reagować na przycisk „Realizacja”. Należało nacisnąć przycisk „Anuluj”, zastąpić dziesięć centów dwudziestką, wrzucić do automatu jeszcze raz jedno euro i dwadzieścia centów i dopiero wówczas zlecić realizację. Automat z radością wypluje z siebie bagietkę oraz dziesięć centów reszty.*

IMG_1855

Tego nie trzeba rozumieć. Ale w zwykłym sklepie z normalnym, żywym sprzedawcą, takich przygód nie przeżyjesz i nie będziesz rozwiązywać łamigłówek. Pouczające i rozwijające zarazem.

Tymczasem przy drodze pojawiło się COŚ.

IMG_1834

Zawróciłem w nadziei, że uda mi się dociec, co to mogło być.

IMG_1835

Próżne jednak nadzieje na odkrycie, cóż to mogło kiedyś być oraz do czego służyć. Może przydrożna knajpka. Albo warsztat. Może bardziej to drugie, skoro to coś jest okafelkowane. Przynajmniej na tyle, na ile można dostrzec.

IMG_1843

Skręcając w szutrową drogę z myślą „zobaczymy dokąd prowadzi”, dojechałem do dużego gospodarstwa rolnego. Takiego troszkę pegeerowatego, jednak najwyraźniej prywatnego.

DSC_6625

Ciekawą konstrukcją był żelazny budynek wyspawany z szyn służących chyba normalnie do umacniania głębokich wykopów. Jak się okazuje, mają one także inne zastosowania. Na przykład do konstrukcji budowli, które będą rdzewieć w malownicze ciapki.

DSC_6638

Podróżowanie starym, archaicznym pojazdem ma sporo zalet. Jedną z nich jest to, że z uwagi na stosunkowo niewielką prędkość przelotową, zauważa się o wiele więcej rzeczy niż jadąc czymś współcześniejszym. Inna sprawa, że ta niska prędkość irytuje wielu miejscowych kierowców, mimo że nie odbiega ona od dopuszczalnych 80km/h.

Ale spora część tutejszych użytkowników dróg prowadzi auta z południową manierą. Czyli kompletnie bez wyobraźni, ignorując wszystko i wszystkich.

W związku z tym w każdej miejscowości przejście dla pieszych znajduje się na dużym progu zwalniającym lub jest tymi progami niemal obłożone.

Myliłby się jednak ten, kto by sądził, że to na tutejszych ścigantach robi jakiekolwiek wrażenie. Wręcz przeciwnie. Taki próg służy według nich do wyprzedzania, bowiem delikwent którego chcą objechać na takiej przeszkodzie przecież zwolni. A zatem jest to dla nich idealne miejsce. Gdy po raz kolejny zostałem w ten sposób wyprzedzony, tym razem przez Peugetoa wytłuczonego tak, że przeleciał przez próg na „raty”, to znaczy najpierw podskoczył na nim tylko przód samochodu a dopiero potem tył, zrozumiałem, że to jest tutejsza norma. Pojazd zachowywał się tak, jakby przód i tył zamontowano do kabiny elastycznie, na jakichś zawiasach. Ten samochód był mniej sztywny niż mokra kartka papieru. Gdyby nagle znalazł się na niemieckim TÜV i został wzięty zgodnie z tamtejszą procedurą na podnośnik, to zwiesiłby się na nim jak pęto kiełbasy na wędzarni.

Można by zadać sobie pytanie, co by było, gdyby podczas takiego wyprzedzania na przejściu na progu zwalniającym, pojawił się nagle pieszy? Ano, według ścigantów, nic by się nie stało. Przejeżdżanie bowiem pieszemu po piętach czy palcach widać jest tu w dobrym tonie. Przynajmniej w małych miejscowościach dane mi było się o tym naocznie przekonać.

Przydrożny pierdolnik; o pardon, instalacja artystyczna. Gdy nie wiesz co zrobić ze starymi meblami, zawsze możesz zrobić performance.

DSC_6641

A tu zwykły, normalny, przydomowy bajzel. Gnicie tej limuzyny ma zapewne głębszy sens i rad byłbym go poznać.

IMG_1837

Znajomy zadał mi kiedyś pytanie, dlaczego na tej stronie nie zamieszczam map z trasą podróży. Bardzo dobre pytanie, na które mógłbym udzielić odpowiedzi filozoficzno – intelektualizującej, żeby zbyć na szybko pytającego. Jednak prawda jest prozaiczna. Takie mapki bowiem nie istnieją a plan wyjazdu tworzy się w jego trakcie w oparciu o staromodny, papierowy atlas drogowy. Jest zwykle tylko miejsce docelowe a trasa powstaje w trakcie. W tym przypadku nie ma nawet i tego.

IMG_1828

W związku z tym kluczenie i zawracanie nawet o kilkadziesiąt kilometrów jest stałym punktem programu. Z tym z kolei wiąże się odpowiedź na drugie pytanie – dlaczego jadę sam? A znacie kogoś, kto wytrzymałby ciągłe zatrzymywania, zawracania i kluczenie po przypadkowych, wąskich dróżkach? Ja też nie.

Skoro pewne rzeczy mamy wyjaśnione, pora wrócić na drogę. Bo to w sumie o nią tu chodzi. Kolejna boczna dróżka prowadzi do galerii „Kamienie na granicy”, międzynarodowej instalacji artystycznej.

IMG_1840

Kilka lat temu postanowiono postawić obok niej farmę wiatraków. Artyści i działacze protestowali. Na próżno. Tam bowiem, gdzie spotyka się sztuka z biznesem, wygrywa zwykle jednak biznes.

IMG_1864

Fragment jednej z rzeźb na granicy, czyli granit w granicie.

IMG_1862

Droga jako cel.

IMG_1861

Jedyna napotkana stacja paliw z normalną, ludzką obsługą. Wygląda tak, jakby zatrzymała się w czasie. O dziwo, ma aż trzy dystrybutory. Zwykle takie małe stacyjki mają po dwa – jeden dla benzyny 95 i drugi dla ON. Ta jest luksusowa, bo ma jeszcze benzynę 98 oktanową. Niech Was nie zmyli ta czwórka na dystrybutorze z benzyną 98. Na stacji naprawdę są tylko trzy stanowiska. Każdy dystrybutor wygląda zresztą nieco inaczej i mam podejrzenie, graniczące z pewnością, że pochodzą z tak zwanego „recyclingu”. Czyli mówiąc prosto – zostały zapewne odkupione z jakichś  innych stacji, jako używane ale jeszcze dobre. To też jest w sumie urokliwe.

IMG_1846

Dystrybutory są wiekowe, podczas pracy rzężą jak na starym cepeenie. Mam tylko nadzieję, że benzyna jest już bez ołowiu i nie będzie podczas jazdy zarzucać świec 😉

IMG_1832

Kolejna nawrotka i kolejne odkrycie. Tym razem znowu COŚ. Nie bardzo mam pomysł, co to mogło być. Jakaś cieciówka czy inna wartownia? Teren ogrodzony, więc może coś jest na rzeczy.

IMG_1868

Podczas przechadzki po mieście odkryłem księgarnię a na jej wystawie książkę, która mnie zaskoczyła. W pierwszej chwili jej tytuł przeczytałem jako „Vive La France” a rysunek na jej okładce kazał się domyślać różnych rzeczy. Oczywiście, tytuł brzmi „Vive La Farce” (Niech żyje farsa!) a zbieżność jest jak najbardziej zamierzona.

DSC_6839

Rzecz, której się w tym miejscu nie spodziewałem. Niemiecka tablica z Camel Trophy 1984 😮

DSC_6946

*) Na koniec zagadka: to jaki w końcu typ bagietki udało mi się zanabyć metodą kupna?

img20210926_18061950

Podróż za jedną bagietkę #1

img20210926_18052357

Grunt to mieć jakiś powód. Oficjalnym celem tej wycieczki będzie zakup pieczywa zwanego bagietką. Nieoficjalnym zaś, ale zdecydowanie ważniejszym, jest wycieczka po francuskiej prowincji. Temat ciekawy i mało ekspolatowany. A ponieważ, jak wszem i wobec wiadomo, najlepsze bagietki można kupić na placu Pigalle, więc jedno z drugim elegancko się wiąże.

Tak więc szykujcie się na podróż po francuskich drogach i bezdrożach. Będzie to Francja „B” w pełnej krasie. Dominować będą tu miejsca, których raczej nie zobaczycie na wycieczce z „Orbisem”. Nie będą to też obrazy, które po wrzuceniu na „fejsa” czy „instra” wzbudzą zazdrość u znajomych i sąsiadów. Bo i nie o to chodzi. Rzecz bowiem w tym aby pokazać Francję z innej strony, niż ta oficjalnie pokazywana w mediach. Może nie tak efektowną i pełną przepychu, nadal jednak ciekawą i urokliwą. Krótko mówiąc – wycieczka po francuskich zadupiach i pierdolnikach. Temat, który fascynuje mnie już od dłuższego czasu, jednak z racji sytuacji na świecie musiał zostać nieco odłożony

Jeden z ostatnich postojów w Niemczech. Wzgórza w tle to już Francja.

DSC_6622

Klasyczne, pamiątkowe zdjęcie. Gdybym dwadzieścia lat temu wspomniał komukolwiek, że będę tym gratem jeździł po Francji, to by mnie natychmiast wysłano do lekarza. Wiadomo zresztą którego. Sam bym zresztą w to nie uwierzył.

DSC_6620

Ten dziwny budynek w tle to dawny francuski urząd celny. Niby jest ta strefa Schengen i swobodny przepływ ludzi, towarów i usług… Należy jednak pamiętać, że ten niesamowity komfort mamy od niedawna. I że nie jest on dany raz na zawsze, o czy boleśnie przekonali się Brytyjczycy.

DSC_6608

Zaczynają się francuskie szosy. Inaczej niż w Niemczech, nawet te dość podrzędne drogi we Francji starają się raczej omijać miejscowości. Asfalt na nich jest chropowaty i miałby wspaniałą przyczepność, gdyby był równy.

DSC_6634

Niestety, zwykle jest jednak mniej lub bardziej zerodowany i zużyty. Ta chropowata, przyczepna warstwa, jest w wielu miejscach wytarta do gołej smoły. W przypadku gwałtownego hamowania efekt będzie zapewne odwrotny do zamierzonego.

DSC_6628

Od głównej szosy do mniejszych miejscowości odchodzą lokalne dróżki. Ta jest akurat bardzo szeroka, jednak z reguły są one dużo węższe.

DSC_6610

Wiata przystankowa lokalnego odpowiednika PKSu kryje pewną ciekawostkę. Ta skrzynka to ogólnodostępna dla wszystkich, mała biblioteczka. W oczekiwaniu na autobus, zamiast gapić się bezmyślnie w telefon, można sobie poczytać jakiś kryminał tudzież inny romans. Rzecz warta szerszego rozpropagowania także i u nas. Pod warunkiem wszakże, że nasi troglodyci tej biblioteczki nie zdemolują pierwszej nocy.

DSC_6614

Tymczasem, klucząc i kilkukrotnie zawracając, dojeżdżam do pierwszej większej miejscowości. Większa, bo liczy pewnie z kilkaset domów, z czego duża część jest już od dawna niezamieszkała.

DSC_6837

Jest to trochę dziwne, bo na logikę takie przygraniczne miejscowości powinny czerpać profity ze swojego położenia. Tymczasem, we Francji jakoś się to niespecjalnie udaje. Trudno powiedzieć dlaczego.

Stary, zapomniany mural reklamujący coś, czego nawet nazwy trudno się domyślić.

DSC_6843

Tablice i tabliczki odkryte podczas krótkiego rekonesansu. To miejsce tętniło kiedyś życiem. Dziś pozostały po nim tylko coraz mniej czytelne ślady.

DSC_6844

DSC_6848

DSC_6846

DSC_6934

DSC_6936

Za kilka lat czas, rdza i promienie słoneczne zrobią swoje.

To co mnie zawsze niezmiernie fascynowało, to restauracja obecna niemal w każdej francuskiej wiosce. Rzecz niesamowita. Bo przecież na wsi najprościej i najtaniej można zjeść w domu.

Ale taka „Café René” pełniła chyba bardziej funkcje towarzysko – kulturalno – relaksacyjne, niż zwykłej jadłodajni. Tu cała wioska zabawiała w weekendy, spotykała podczas chrzcin, ślubów i stypy…

Niestety, większość z nich od dawna wygląda w ten sposób.

DSC_6940

DSC_6942

DSC_6941

Ciekawe, co za przemiany społeczne spowodowały, że te kawiarnie przestały funkcjonować. Wygląda zresztą na to, że ich koniec nastąpił niemal w tym samym czasie.

DSC_6842

Cóż, na zbyt wiele nie można tu liczyć.

Tymczasem, żeby nie było, zamieszczam rysunek poglądowy przedstawiający najczęściej spotykane (spożywane) typy pieczywa zwanego bagietką. Jak widać, sprawa nie jest tak prosta.

img20210926_18061950

Ciąg dalszy oczywiście nastąpi.

Jeden dzień urlopu

img20200425_20191896

Co można zrobić z pojedynczym, zaległym dniem urlopowym? Na dodatek w środku tygodnia? Teoretycznie niewiele. W praktyce jednak, przy odrobinie samozaparcia, można ten czas wykorzystać całkiem przyjemnie i pożytecznie.

IMG_1505

Na przykład przeprowadzić testy i regulacje nowego gaźnika w pięknych okolicznościach przyrody. Czyli wspomniane wcześniej przyjemne z pożytecznym.

IMG_1506

W weekend drogi te zatłoczone są turystami. Dziś zaś nie ma na nich nikogo.

IMG_1515

Z nowym gaźnikiem silnik stał się elastyczniejszy i chyba nawet jeszcze bardziej oszczędny, chociaż w celu zweryfikowania tej tezy trzeba będzie wybrać się w jakąś dłuższą trasę.

IMG_1523

Zielono mi 🙂

Jeszcze zielono. Właśnie dziś zaczyna się bowiem jesień.

Można już zacząć narzekać, że lato się skończyło 😉

Dobré rady a nápady

img20200706_20330863

Czyli kilka słów o gaźniku Dell ‘Orto PHBH 28 BS w Jawie 634.

Gaźnik. To była zawsze pięta Achillesowa tego motocykla. Zakupiłem jako wrak, w którym oryginalny gaźnik był poważnie uszkodzony. Delikatnie mówiąc. Wobec niemożności dostania oryginalnego gaźnika, zastąpiłem go karburatorem od nowszego modelu, czyli Jikovem 2928CE na dedykowanej czeskiej przejściówce. Ten konkretny egzemplarz złożony został z trzech innych. Jakoś to działało. Z naciskiem na „jakoś”.

Z czasem gaźnik się wyeksploatował. Zastąpiłem go więc z musu współczesną kopią Jikova. Z tym sprawa była jeszcze gorsza. Niby działało, jednak mało zadowalająco. Z tego też powodu postanowiłem zamienić go na coś bardziej cywilizowanego.

Wybór padł na produkt renomowanej firmy Dell’Orto. Problem polegał tylko na tym, że gaźnik PHBH 28 BS do Jawy 634 nie pasuje tak łatwo, jak do modelu 638 i pochodnych. Już Jikov 2928CE wymagał specjalnej przejściówki.

Ponieważ jednak nie jestem mechanikiem, więc trudność ta mnie nie zraziła. Znalazłem tokarza – ślusarza – cudotwórcę, który zaoferował się dorobić odpowiednią przejściówkę. Pomysł został przedyskutowany, przemyślany i wkrótce powstał prototyp uniwersalnego adaptera, pozwalający na zastosowanie w żeliwniaku w zasadzie dowolnego współczesnego gaźnika.

W teorii rzecz prosta. W praktyce jest nieco inaczej. Prototyp ten ma oczywiście kilka drobnych wad. Gaźnik nie znajduje się już przy cylindrach, lecz jest przesunięty w stronę filtra powietrza. Jednak ta zmiana nie wpłynęła na charakterystykę pracy silnika, czego nieco się obawiałem. Kolejną sprawą jest nieco za mały rozstaw śrub mocujących, przez co gumowy przewód wymaga lekkiego podtoczenia. Jednak to nie problem.

W oczekiwaniu na dotoczenie przejściówki motocykl przeszedł mały przegląd…

DSC_6143

…połączony z usunięciem drobnych usterek…

DSC_6124

…oraz wymianą części eksploatacyjnych.

DSC_6129

DSC_6147

Pierwsze przymiarki. Zasadniczo to wszystko jest tylko prototypem, o którym tak nie do końca wiadomo, czy będzie w ogóle działać. Wymiary dobierane są na bieżąco, wobec czego szlifierka jest w ciągłym użyciu.

DSC_6155

DSC_6153

Sam proces montażu oraz regulacji gaźnika zostały doskonale opisane tu. Różnica w samym montażu polega na tym, że w „żeliwniaku”, z uwagi na konieczność użycia stosunkowo długiej przejściówki, należy wymontować obudowę filtra powietrza, którą zakłada się na końcu. Gaźnik w zasadzie przylega do obudowy filtra tak, że „mucha się nie przeciśnie”. Szczelność połączenia zapewnia wąska, dorobiona uszczelka, dodatkowo zabezpieczona opaską. Za szczelność połączenia pomiędzy aluminiową przejściówką a cylindrami odpowiada oring, na który zostało specjalnie wytoczone miejsce. Problem lewego powietrza, twardniejących i spadających gum, łączących airbox z gaźnikiem został, mam nadzieję, wyeliminowany.

Po pierwszych testach. Prowizorki zostały usunięte, na chwilę obecną wygląda to tak.

DSC_6213

Całość jednak działa nadspodziewanie dobrze. Silnik pracuje nieźle już przy pierwszym rozruchu. Wydłużenie kolektora ssącego nie ma wyczuwalnego wpływu na rozruch i pracę, czego się trochę obawiałem.

DSC_6157

DSC_6161

Pierwsze jazdy próbne wykazały jeszcze jeden punkt, na który należy zwrócić uwagę. Wężyk paliwowy, a konkretnie filtr paliwa, który jest na nim (zwykle) umieszczony. Ponieważ kranik paliwa w zbiorniku jest po lewej stronie motocykla, natomiast do gaźnika Dell’Orto wężyk wchodzi od strony prawej, więc siłą rzeczy idzie on nieco po skosie, a nie pionowo. Gdy jest on nieco dłuższy, pojawia się problem z przepływem paliwa przez filtr, co objawia się spektakularnym gaśnięciem silnika „z niewiadomej przyczyny”, podczas jazdy na wysokim biegu z dużym obciążeniem. Pomogło doraźne skrócenie wężyka, przez co filtr ustawił się bardziej pionowo. Drobiazg, ale potrafi napsuć krwi.

IMG_1419

IMG_1408

IMG_1410

W tej chwili pozostaje więc najprzyjemniejsza część, czyli testowanie nowego rozwiązania. Jak na razie, po kilkudziesięciu kilometrach można powiedzieć tylko, że „jeśli coś wygląda na głupie, ale działa, to nie może być głupie” 🙂