Jawa 634

Olej i pot

0001

Gorący olej spływający po silniku i pot zalewający oczy. Jest tak gorąco, że silnik parzy w tyłek przez ramę. Ledwie żyję.

To są właśnie klimaty południowej Francji.

0001

A poza tym zadbane wioski ze starymi, kamiennymi domkami pamiętającymi, być może, średniowiecze:

0002

Oraz przepiękna panorama Wogezów w tle.

0003

Czy przed wielu laty, kiedy wyciągałem wrak tego motocykla spod sterty złomu, gdzieś na zapomnianej mazurskiej wsi, ktokolwiek mógł przypuszczać gdzie on dojedzie? Sam nadziwić się nie mogę…

Reklamy

Przedwiośnie

DSC_0987

Temperatury niby ostatnio nawet mocno dodatnie, jednak ciągły deszcz nie zachęca do jazdy. Ale przecież nic nie stoi na przeszkodzie trochę podłubać przy motocyklach w garażu. Nie żeby coś wielkiego, ale zawsze:

  • można podładować akumulatory (szczególnie te własne, psychiczne):

DSC_0957

  • sprawdzić ciśnienie powietrza:

DSC_0945

  • uzupełnić płyny:

DSC_0963

  • sprawdzić stan zaopatrzenia w płyny i smary:

DSC_0969

  • czy wreszcie, tak po ludzku, ulżyć sobie:

DSC_0952

  • kulturalnie napić się kawy:

DSC_0954

Pomocnik czuwa nad prawidłowością wykonywanych zadań:

DSC_0966

Jest niedziela wolna od handlu jakby ktoś pytał, a więc:

DSC_0958

W tak zwanym międzyczasie deszcz nieoczekiwanie przestał padać. A skoro tak, to może uda się coś z tej niedzieli uratować.

DSC_0971

GPz zaskakuje od strzału. Skoro sprawa jest tak postawiona, to nie można tego tak zostawić.

Raz górą:

DSC_0976

A innym razem dołem:

DSC_0980

Wypad nie był długi, bo mokro, szarówka i do tego ubranie garażowe nie jest specjalnie ciepłe. Ale mimo wszystko, coś niecoś z tej niedzieli udało się uratować.

DSC_0987

Mała rzecz a cieszy 🙂

Dookoła komina

DSC_8819

Wbrew pozorom nie jest wcale tak, że nie mam już o czym pisać. Jest dokładnie odwrotnie a moje „zaległości” w tej dziedzinie sięgają już w sumie do trzech lat wstecz. Problemem jest zbyt wiele pomysłów w zbyt małej jednostce czasu. Może robię w życiu coś nie tak, że ciągle mi tego czasu brakuje. Sam już nie wiem.

Czując się tym samym w jakimś tam stopniu wytłumaczonym (przede wszystkim przed samym sobą), pozwolę sobie niniejszym przejść do wpisu właściwego.

Dawno, dawno temu, czyli dobrych dziesięć – piętnaście lat temu, gdy na nowo odkryłem „motocyklizm”, jego najwyższą formą wydawało mi się podróżowanie. Ale to dalekie. Takie z przekraczaniem granic państwowych, kontynentów, z oklejonymi symbolami odwiedzonych państw kuframi, poznawaniem innych kultur… W związku z powyższym zakupiłem kufry (założyłem je bodajże raz), zaprenumerowałem sobie czasopisma motocyklowe o podróżowaniu (były takie w Polsce, nawet dwa) i zaczytany marzyłem…

Szczęście uśmiechnęło się i do mnie i pewnego pięknego dnia wyruszyłem na motocyklu naprawdę w nieznane. Pierwsze przekroczenie granicy, pierwszy nocleg na obcej ziemi, pierwsza burza podczas podróży gdzieś po szosie w górach… Byłem tu, byłem i tam i ówdzie. Spotkałem tego i owego. Pełnia szczęścia.

Po kilku latach nadmiar szczęścia postanowił nieoczekiwanie kopnąć mnie w cztery litery. Przyszło mi bowiem troszkę potułać się po świecie. Zresztą nie pierwszy raz. Tym razem przyszło mi mieszkać również w krajach, które uprzednio odwiedziłem. Tu przyszło zdumienie. Wydawało mi się, że przecież tych ludzi już poznałem, że ich rozumiem, rozgryzłem ich zwyczaje, system wartości. Okazało się, że tak naprawdę nie wiem o nich nic. Nic. Po pewnym namyśle okazuje się, że jest to zupełnie zrozumiałe. Wszędzie przecież byłem do tej pory tylko gościem. Zatrzymałem się, zrobiłem zdjęcie, przenocowałem. To wszystko.

Przypomniało mi się, jak kiedyś, dawno temu, na wydział biologii z referatem przyjechał Pan Doktor (humanista, jak się okazało), który opowiadał z przejęciem, jak po dwóch nocach spędzonych w namiocie rozbitym w puszczy „zrozumiał las”.  Mimo powagi miejsca (w końcu uniwersytet), całe audytorium buchnęło gromkim śmiechem, jako że na owej sali przebywali ludzie, którzy spędzili na tym po dwadzieścia, trzydzieści i czterdzieści lat  – i nawet oni nie ośmieliliby się powiedzieć, że „zrozumieli las”.

Tak właśnie jest. Nie mając pojęcia ile jeszcze nie wiemy, mamy złudne poczucie posiadania wszelkiej mądrości.

W ten właśnie sposób mój zapał do dalekich podróży osłabł – co nie oznacza, że wygasł całkowicie. Przestał być w każdym razie priorytetem. Kufry motocyklowe powędrowały w kąt garażu, gdzie w najlepsze pokrywają się kurzem i patyną. Ja zaś na nowo zacząłem cieszyć się z małych, zwyczajnych wycieczek.

Takich jak ta, którą wspominam mile do dziś. Zaczęło się o poranku, który był mglisty. Inna sprawa, że powietrze było przejrzyste aż do momentu, gdy wyjechałem z garażu. Przyroda lubi jednak płatać figle.

DSC_8774

Od razu udałem się do portu rzecznego. Zawsze chciałem tam pojechać na małą sesję zdjęciową. Dowcip polega na tym, że obowiązuje tam zakaz ruchu, za wyjątkiem wszakże  jednej drogi dojazdowej, którą dosyć nieoczekiwanie odkryłem. Upewniłem się kilka razy, czy aby na pewno nie stoi tam żaden znak zakazu – ale nie. Tym samym wjechałem na przystań legalnie.

DSC_8790

Wczesna pora zapewniała mi ten komfort, że nikt po porcie jeszcze się nie kręcił i nie marudził, że przecież nie można tu wjeżdżać a mi oszczędzało żmudnych tłumaczeń że „i owszem”.

Tu już naprawdę okolice „wkołokominowe”; wszystko cudownie nowe z racji faktu, że mój komin znów zmienił swoje położenie. Może dlatego te wycieczki mi się nie nudzą?

DSC_8810

Wtem!

DSC_8816

Klasyczna „pięćsetka” w służbie reklamy już gotowa do zimy dzięki „Dębicom Frigo”.

DSC_8814

„Przyjaźń ponad granicami”, jak głosi napis na tablicy przy drodze. I tego się trzymajmy.

DSC_8819

Dobranoc 🙂

 

Pierwszy dzień wiosny

DSCI8799

Dawniej świętowało się go w ten sposób, że chodziło się na wagary. Ale ponieważ dziś jesteśmy już starsi i poważniejsi (?), postanowiliśmy uczcić ten dzień wyjazdem do największego rezerwatu przyrody w regionie celem sprawdzenia, czy wiosna aby na pewno nadeszła.

DSCI8800

Pojechaliśmy trochę z duszą na ramieniu, chwilę wcześniej bowiem zostaliśmy pouczeni przez pewnego internetowego mędrca o tym, że maszyna którą jeździmy to ogólnie nie motocykl, źle zaprojektowany, wykonany, że psuje się od samego patrzenia a remont silnika należy wykonywać pomiędzy każdą zmianą biegu. No i ogólnie katastrofa, nie da się jeździć ani nawet patrzeć, bo się od razu rozleci. I ma dwa cylindry a to bardzo źle, bo jeden rozprasza drugi, nie dając mu się skupić na pracy. Czy jakoś tak.

DSCI8799

I tak, pełni obaw, ruszyliśmy przed siebie wprost w nieznane. Na drzewach pojawiły się pierwsze pąki, ptaki zdążyły się rozśpiewać a część dróg w pobliżu zbiorników wodnych zamknięto z uwagi na sezon godowy płazów.

DSCI8801

Wróciliśmy po kilku godzinach, wychłostani zimnym wiatrem, od czasu do czasu zmoczeni deszczem, zmarznięci, przemoknięci ale szczęśliwi.

DSCI8796

Wróżby internetowego mędrca nie sprawdziły się; nic się nie zepsuło, nie odpadło ani nawet nie wybuchło.

Szczęśliwości, spokojności

dsci8629

Czy to na Szczodre Gody, Boże Narodzenie czy też prozaicznie: na te wolne aczkolwiek szczególne dni pozwolę sobie życzyć wszystkim spokoju, szczęścia, odpoczynku w miłym gronie, oraz ekscytujących i szalonych planów na przyszły sezon. Niech nas nic nie rozprasza i nie zawraca z drogi. Oby kolejny rok był lepszy i życzliwszy dla naszych planów i marzeń.

dsci8637

Z najlepszymi życzeniami.

HS

PS. Ależ poważnie mi się napisało 😉

Noc w muzeum

dscn7426.jpg

Do odkopania starego tekstu skłoniła mnie niedawna rozmowa ze znajomym. Wrzucił on do sieci filmik z „jutuba”. Kilku gości podróżuje motocyklami przez Europę i kawałek Azji. To co odróżnia tą produkcję od setek innych to naprawdę dobre wykonanie – oraz opis. I tenże właśnie opis stał się zarzewiem ciekawej i inspirującej dyskusji. W każdym razie w opisie znalazło się kilka rzeczy, których próżno było szukać w tym dziele, typu: „film o poszukiwaniu wolności i miejsca człowieka w świecie”… Oczywiście na filmie nikt nawet nie próbował rozważać tego typu zagadnień. Film sobie a opis sobie. Całkiem obok siebie.

„Wolność” ma się w sobie albo się jej nie ma. Jeśli ma się ją w sobie, tylko w sobie można ją odnaleźć. Jeśli jej się nie ma, nic nie pomoże i nie odnajdzie się jej nawet na końcu świata. Kupić jej się także nie da. Za to można ją przehandlować za iluzję że będzie „lepiej”, „dalej”, „szybciej”… Co prawda znajomy oponował, uważając że powiew wolności i wiatru targający czupryną smakuje lepiej gdy jest się daleko od domu, niż na zwykłej, wiejskiej drodze. Kiedyś też tak uważałem. Dziś myślę jednak zupełnie inaczej. To trochę jak z jedzeniem, to obce zawsze jest ciekawe. Ale gdy już objesz się tych pizz, hamburgerów i innych currywürstów nagle zaczynasz dostrzegać wspaniały smak zwyczajnego, czerwonego barszczu, domowego rosołu czy co to tam w danym regionie serwuje się najczęściej.

A co do miejsca człowieka w świecie…

Swego czasu, zastanawiając się dokąd pojechać na weekend natrafiłem na ogłoszenie w lokalnej prasie o organizowanej cyklicznie w całej Polsce „Nocy Muzeów”; wstęp wówczas jest darmowy i przy okazji można liczyć także na pewne bonusy. Wśród „poważnych” placówek muzealnych swoją ofertę wystawiał także jeden z „Parków Jurajskich”. Przewidziano nawet jakieś wykłady.

Przyznam się, że nie traktowałem tej instytucji poważnie, uważając ją za raczej park rozrywki dla dzieci, wyrosły na gruncie panującej „dinozauromanii”. Cóż, spróbować można. Jak nie wypali, zawsze można pojechać gdzieś indziej.

I chociaż wycieczka nie była imponująco długa, pogubiłem się straszliwie w dosyć skomplikowanej organizacji ruchu wokół parku. Teraz wydaje mi się to proste i logiczne, jednak za pierwszym razem objazd całości siecią dróg jednokierunkowych może sprawiać problemy. Jak skręcisz źle to nie masz już możliwości zawrócić.

Na parkingu przed Parkiem wita mnie plastikowa gadzina naturalnych rozmiarów. Tego w sumie się spodziewałem, ale skoro tu już jestem… Pamiątkowe zdjęcia, motocykl na parking i jazda do środka. Do wykładów mam jeszcze sporo czasu. Pierwsze wrażenie jest kiepskie, bo trafiam na plac zabaw dla dzieci połączony ze straganami z „pamiątkami”. No tak, to park „rodzinny”, cokolwiek to sformułowanie miałoby oznaczać. Nigdy nie pojmę dlaczego jako dzieci mieliśmy tak kiczowaty gust. Ale dalej już jest lepiej. Dużo lepiej.

dscn7426

Co ciekawe, ekspozycja obejmuje znacznie rozleglejszy obszar czasowy niż sam okres panowania dinozaurów na naszej planecie. Problemem w takich przypadkach jest skala czasowa, która dla większości ludzi jest całkowicie abstrakcyjna, bowiem nasza świadomość nie jest przystosowana do operowania tak wielkimi jednostkami czasowymi jak miliony lat. Podobne zresztą problemy mają astronomowie, zmuszeni do operowania niewyobrażalnie wielkimi odległościami. Poradzono sobie z tym w bardzo pomysłowy sposób. Ekspozycję podzielono na dwie części. Większa jej część poświęcona jest oczywiście dinozaurom (chociaż nie tylko) i ma formę ścieżki dydaktycznej. Poprowadzono ją w malowniczym lasku sosnowym i podzielono na trzy odcinki, odpowiadające okresom: triasu, kiedy to przed 237 milionami wyodrębniły się z gadów dinozaury oraz jury i kredy, gdy przeżywały swój największy rozkwit aż do wymarcia na granicy kredy i trzeciorzędu 66 milionów lat temu. Okres ich dominacji na Ziemi trwał około 135 milionów lat a jeśli dodamy że zwierzęta te żyły na wszystkich kontynentach, spodziewać się powinniśmy niesamowitego ich zróżnicowania.

Niestety, jak to w paleontologii jest normą, znamy tylko nikły procent (jeśli nie promil) różnorodności dawnego świata. Historia życia jest niczym ciągły, nieskończonej długości film. Jednak zachowały się z niego tylko bardzo nieliczne, pojedyncze klatki. Im dalej cofamy się w akcji tego filmu, tym tych klatek jest mniej i są w coraz gorszym stanie a my, na podstawie takich fragmentów, próbujemy zrekonstruować cały scenariusz. I o dziwo, udaje się to nam całkiem nieźle a postęp w ostatnich latach jest więcej niż duży.

Jesteśmy w triasie. Jeden z przedstawicieli gadów ssakokształtnych, cynodontów, uzmysławia, że ścieżki którymi podąża ewolucja nie są proste ani oczywiste.

dscn6975.jpg

Gdzieś wśród tych zwierząt musi znajdować się i nasz przodek. Były to zwierzęta „skazane na sukces” i dominację na planecie. Jednak nie wszystko ułożyło się jak trzeba. Katastroficzne wymieranie na granicy permu i triasu zmiotło z powierzchni Ziemi 70% wszystkich istot. Te, które przetrwały, musiały od nowa walczyć o swoją pozycję w całkowicie odmienionym świecie. Cynodonty walkę tę przegrały z archozaurami, niepozorną grupą gadów, przodkami między innymi dinozaurów. Najpierw zniknęły cynodonty roślinożerne, potem drapieżne. W połowie triasu po świetności cynodontów zostało już zaledwie wspomnienie. Zostały zepchnięte „do podziemia.” Potomkowie cynodontów to teraz niewielkie stworzenia wielkości myszy, prowadzące głównie nocny tryb życia i żywiące się owadami. Ale to jeszcze nie koniec. Ewolucja trwa nadal. Dzięki temu splotowi wydarzeń jesteśmy, czym jesteśmy.

Ale tymczasem nastała epoka dinozaurów, które różnicują się i zajmują kolejne nisze. Wbrew nazwie oznaczającej „straszne jaszczury”, dinozaurom do jaszczurek bardzo daleko. Najbliżsi ich kuzyni to krokodyle i… ptaki.

dscn6990.jpg

Z tego też powodu raczej odbiegały od tego, co sobie o nich wyobrażamy. Nie były to powolne, ociężałe zwierzęta jak przez długi czas świat naukowy zakładał.

dscn7001.jpg

Pierwotnie dinozaury były dwunożne, ale grupa szybko się zróżnicowała i część wróciła do poruszania się na czterech kończynach. Niektóre, jak Iguanodon, mogły chodzić zarówno na dwóch, jak i czterech nogach.

dscn7003.jpg

dscn7014.jpg

Ważnym usprawnieniem poruszania się dinozaurów, w stosunku do innych gadów, było ustawienie kończyn pod tułowiem. Niektóre nieptasie dinozaury podbiły nawet przestworza – albo przynajmniej próbowały.

dscn7020.jpg

Sielanka trwała jakieś 135 milionów lat. Niestety, wszystko ma swój kres. 66 milionów lat temu w powierzchnię Ziemi nieopodal półwyspu Jukatan uderzył meteoryt mniej więcej dziesięciokilometrowej średnicy, do szczętu unicestwiając gadzi świat. I tak jak katastrofa na granicy permu i triasu dała dinozaurom Ziemię we władanie, tak kolejna, pod koniec okresu kredowego, władzę tę im odebrała. Pozostały po nich tylko ptaki. Z cienia natomiast wyszli potomkowie cynodontów – ssaki. Nasi przodkowie.

W tym miejscu kończy się ścieżka dydaktyczna. To co wydarzyło się wcześniej i później można prześledzić w muzeum imienia nieodżałowanej pamięci paleontologa Karola Sabatha.

Przed budynkiem muzeum. Tiktaalik wychodzi z wody i wybiera się na spacer po lądzie. Zwierzę to może stanowić modelowy przykład formy przejściowej pomiędzy rybami a płazami, „brakujące ogniwo” – jak chcieliby niektórzy. Z tym jednakże zastrzeżeniem, że tych ogniw jest cała masa bo życie to niekończący się film. Warto zwrócić uwagę na budowę jego ciała. Cechy „płazie” to spłaszczenie grzbieto-brzuszne ciała, trójkątna głowa z oczami umieszczonymi na jej wierzchu a nie po bokach jak u ryb oraz występowanie szyi łączącej głowę z tułowiem w sposób umożliwiający jej ruch. Zamiast łap zwierzę to ma jednak płetwy ale zbudowane w taki sposób, że mogą się zginać w połowie i dolna ich część stanowi całkiem dobrą funkcjonalną stopę. Stworzenie to na pewno posiadało skrzela, chociaż już bez pokryw i całkiem prawdopodobnie także płuca. Tiktaalik został odkryty całkiem niedawno, bo w 2006 roku.

dscn1444

Wewnątrz muzeum szerokim „uśmiechem” wita mnie jeden z przedstawicieli ryb pancernych, dalekich przodków współczesnych ryb.

dscn1464.jpg

Nieco dalej, pod sufitem, anomalocaris – największy i najgroźniejszy drapieżca swoich czasów ściga ofiarę, dużego trylobita. Ot, zwykła scenka z kambru. O ile trylobity były znane i opisywane od dawna, to anomalocaris jest całkiem świeżym odkryciem. Chociaż może trzeba by było ująć rzecz inaczej; jego szczątki także znane były już od długiego czasu, jednak przez długie dziesięciolecia nikt nie miał za bardzo pojęcia, z czym w zasadzie ma do czynienia. Głowę stworzenia opisano błędnie jako strzykwę już w 1902 roku. Potem uznano je za gąbkę. Odnóże chwytne uznano za krewetkę, tułów za dużego stawonoga a aparat gębowy za meduzę. Dopiero w 1986 roku połączono te elementy układanki w jedną całość. Pewnym usprawiedliwieniem dla dawnych paleontologów niech będzie fakt, że stwór ten swoim wyglądem nie przypomina niczego co żyłoby obecnie!

dscn1462

Bo i samo zwierzę było zaiste fantastyczne. Mając od 1 do 3 metrów długości było największym drapieżnikiem swoich czasów. Na dużej głowie znajdowała się para wielkich oczu o średnicy 5-10 cm. Z przodu głowa zaopatrzona była w parę chwytnych odnóży, uzbrojonych w kolce. Po spodniej stronie głowy leżał otwór gębowy z ostrymi płytkami-„zębami”, ułożonymi koncentrycznie. Dalej był segmentowany tułów z trzynastoma parami odnóży przekształconymi w płetwy a na końcu ciała odnóża wykształcone w formie „ogona.” Idealny łowca. Oczywiście, zrekonstruowanie wyglądu tego fantastycznego stworzenia samo w sobie było już sukcesem, jednak jego miejsce na drzewie rodowym zwierząt było bardzo niejasne. Wiadomo że musiał mieć coś wspólnego ze stawonogami. Ale co?

dscn1463

Z pomocą przyszły odkrycia nowych okazów oraz tomografia komputerowa, która wykazała bardzo charakterystyczną strukturę mózgu i układu nerwowego zwierzęcia. Udało się nawet ustalić jego żyjących do dziś dalekich krewnych. Nagle luźne dotychczas klocki układanki życia na Ziemi zaczęły do siebie pasować.

Kolekcja trylobitów.

dscn7033.jpg

dscn7035.jpg

dscn7039

Sam posiadałem kiedyś kilka egzemplarzy znalezionych w Górach Świętokrzyskich. Niestety, gdzieś zaginęły.

Amonity:

dscn7046

Po zagładzie dinozaurów do głosu doszły żyjące do tej pory w ich cieniu ssaki, dawni potomkowie cynodontów.

dscn7024

Bardzo szybko podzieliły pomiędzy siebie schedę po wielkich gadach.

dscn1469

Aż w końcu do głosu doszedł jeden z nich, wykształcając coś niesamowitego: kulturę.

dscn7049

dscn7048.jpg

dscn7051.jpg

Ale to już inna historia.

Nadszedł wreszcie oczekiwany przeze mnie moment wykładów. Kilku utytułowanych naukowców poruszyło w swoich wystąpieniach bardzo różnorodne kwestie, od teorii powstania i budowy wszechświata, poprzez mechanizmy ewolucji – zakłócone zresztą przez dwóch starszych panów z biblią, twierdzących że to oni poznali „prawdę”, aż do popularnonaukowych referatów o zwierzętach, tyle że tych w mikroskali. Tu znowu byłem pod wrażeniem postępu w nauce w przeciągu ostatnich lat.

Na koniec zaś można było zwiedzać ścieżkę dydaktyczną z przewodnikiem, w którego rolę wcielił się tym razem jeden z profesorów z PAN.

dscn9468

Nocne zwiedzanie Parku wraz ze świetnym komentarzem zawodowca nadało wszystkiemu niesamowity klimat podróży w czasie do innego, zaginionego świata.

dscn9470.jpg