Jawa 634

Dookoła komina

DSC_8819

Wbrew pozorom nie jest wcale tak, że nie mam już o czym pisać. Jest dokładnie odwrotnie a moje „zaległości” w tej dziedzinie sięgają już w sumie do trzech lat wstecz. Problemem jest zbyt wiele pomysłów w zbyt małej jednostce czasu. Może robię w życiu coś nie tak, że ciągle mi tego czasu brakuje. Sam już nie wiem.

Czując się tym samym w jakimś tam stopniu wytłumaczonym (przede wszystkim przed samym sobą), pozwolę sobie niniejszym przejść do wpisu właściwego.

Dawno, dawno temu, czyli dobrych dziesięć – piętnaście lat temu, gdy na nowo odkryłem „motocyklizm”, jego najwyższą formą wydawało mi się podróżowanie. Ale to dalekie. Takie z przekraczaniem granic państwowych, kontynentów, z oklejonymi symbolami odwiedzonych państw kuframi, poznawaniem innych kultur… W związku z powyższym zakupiłem kufry (założyłem je bodajże raz), zaprenumerowałem sobie czasopisma motocyklowe o podróżowaniu (były takie w Polsce, nawet dwa) i zaczytany marzyłem…

Szczęście uśmiechnęło się i do mnie i pewnego pięknego dnia wyruszyłem na motocyklu naprawdę w nieznane. Pierwsze przekroczenie granicy, pierwszy nocleg na obcej ziemi, pierwsza burza podczas podróży gdzieś po szosie w górach… Byłem tu, byłem i tam i ówdzie. Spotkałem tego i owego. Pełnia szczęścia.

Po kilku latach nadmiar szczęścia postanowił nieoczekiwanie kopnąć mnie w cztery litery. Przyszło mi bowiem troszkę potułać się po świecie. Zresztą nie pierwszy raz. Tym razem przyszło mi mieszkać również w krajach, które uprzednio odwiedziłem. Tu przyszło zdumienie. Wydawało mi się, że przecież tych ludzi już poznałem, że ich rozumiem, rozgryzłem ich zwyczaje, system wartości. Okazało się, że tak naprawdę nie wiem o nich nic. Nic. Po pewnym namyśle okazuje się, że jest to zupełnie zrozumiałe. Wszędzie przecież byłem do tej pory tylko gościem. Zatrzymałem się, zrobiłem zdjęcie, przenocowałem. To wszystko.

Przypomniało mi się, jak kiedyś, dawno temu, na wydział biologii z referatem przyjechał Pan Doktor (humanista, jak się okazało), który opowiadał z przejęciem, jak po dwóch nocach spędzonych w namiocie rozbitym w puszczy „zrozumiał las”.  Mimo powagi miejsca (w końcu uniwersytet), całe audytorium buchnęło gromkim śmiechem, jako że na owej sali przebywali ludzie, którzy spędzili na tym po dwadzieścia, trzydzieści i czterdzieści lat  – i nawet oni nie ośmieliliby się powiedzieć, że „zrozumieli las”.

Tak właśnie jest. Nie mając pojęcia ile jeszcze nie wiemy, mamy złudne poczucie posiadania wszelkiej mądrości.

W ten właśnie sposób mój zapał do dalekich podróży osłabł – co nie oznacza, że wygasł całkowicie. Przestał być w każdym razie priorytetem. Kufry motocyklowe powędrowały w kąt garażu, gdzie w najlepsze pokrywają się kurzem i patyną. Ja zaś na nowo zacząłem cieszyć się z małych, zwyczajnych wycieczek.

Takich jak ta, którą wspominam mile do dziś. Zaczęło się o poranku, który był mglisty. Inna sprawa, że powietrze było przejrzyste aż do momentu, gdy wyjechałem z garażu. Przyroda lubi jednak płatać figle.

DSC_8774

Od razu udałem się do portu rzecznego. Zawsze chciałem tam pojechać na małą sesję zdjęciową. Dowcip polega na tym, że obowiązuje tam zakaz ruchu, za wyjątkiem wszakże  jednej drogi dojazdowej, którą dosyć nieoczekiwanie odkryłem. Upewniłem się kilka razy, czy aby na pewno nie stoi tam żaden znak zakazu – ale nie. Tym samym wjechałem na przystań legalnie.

DSC_8790

Wczesna pora zapewniała mi ten komfort, że nikt po porcie jeszcze się nie kręcił i nie marudził, że przecież nie można tu wjeżdżać a mi oszczędzało żmudnych tłumaczeń że „i owszem”.

Tu już naprawdę okolice „wkołokominowe”; wszystko cudownie nowe z racji faktu, że mój komin znów zmienił swoje położenie. Może dlatego te wycieczki mi się nie nudzą?

DSC_8810

Wtem!

DSC_8816

Klasyczna „pięćsetka” w służbie reklamy już gotowa do zimy dzięki „Dębicom Frigo”.

DSC_8814

„Przyjaźń ponad granicami”, jak głosi napis na tablicy przy drodze. I tego się trzymajmy.

DSC_8819

Dobranoc 🙂

 

Reklamy

Pierwszy dzień wiosny

DSCI8799

Dawniej świętowało się go w ten sposób, że chodziło się na wagary. Ale ponieważ dziś jesteśmy już starsi i poważniejsi (?), postanowiliśmy uczcić ten dzień wyjazdem do największego rezerwatu przyrody w regionie celem sprawdzenia, czy wiosna aby na pewno nadeszła.

DSCI8800

Pojechaliśmy trochę z duszą na ramieniu, chwilę wcześniej bowiem zostaliśmy pouczeni przez pewnego internetowego mędrca o tym, że maszyna którą jeździmy to ogólnie nie motocykl, źle zaprojektowany, wykonany, że psuje się od samego patrzenia a remont silnika należy wykonywać pomiędzy każdą zmianą biegu. No i ogólnie katastrofa, nie da się jeździć ani nawet patrzeć, bo się od razu rozleci. I ma dwa cylindry a to bardzo źle, bo jeden rozprasza drugi, nie dając mu się skupić na pracy. Czy jakoś tak.

DSCI8799

I tak, pełni obaw, ruszyliśmy przed siebie wprost w nieznane. Na drzewach pojawiły się pierwsze pąki, ptaki zdążyły się rozśpiewać a część dróg w pobliżu zbiorników wodnych zamknięto z uwagi na sezon godowy płazów.

DSCI8801

Wróciliśmy po kilku godzinach, wychłostani zimnym wiatrem, od czasu do czasu zmoczeni deszczem, zmarznięci, przemoknięci ale szczęśliwi.

DSCI8796

Wróżby internetowego mędrca nie sprawdziły się; nic się nie zepsuło, nie odpadło ani nawet nie wybuchło.

Szczęśliwości, spokojności

dsci8629

Czy to na Szczodre Gody, Boże Narodzenie czy też prozaicznie: na te wolne aczkolwiek szczególne dni pozwolę sobie życzyć wszystkim spokoju, szczęścia, odpoczynku w miłym gronie, oraz ekscytujących i szalonych planów na przyszły sezon. Niech nas nic nie rozprasza i nie zawraca z drogi. Oby kolejny rok był lepszy i życzliwszy dla naszych planów i marzeń.

dsci8637

Z najlepszymi życzeniami.

HS

PS. Ależ poważnie mi się napisało 😉

Noc w muzeum

dscn7426.jpg

Do odkopania starego tekstu skłoniła mnie niedawna rozmowa ze znajomym. Wrzucił on do sieci filmik z „jutuba”. Kilku gości podróżuje motocyklami przez Europę i kawałek Azji. To co odróżnia tą produkcję od setek innych to naprawdę dobre wykonanie – oraz opis. I tenże właśnie opis stał się zarzewiem ciekawej i inspirującej dyskusji. W każdym razie w opisie znalazło się kilka rzeczy, których próżno było szukać w tym dziele, typu: „film o poszukiwaniu wolności i miejsca człowieka w świecie”… Oczywiście na filmie nikt nawet nie próbował rozważać tego typu zagadnień. Film sobie a opis sobie. Całkiem obok siebie.

„Wolność” ma się w sobie albo się jej nie ma. Jeśli ma się ją w sobie, tylko w sobie można ją odnaleźć. Jeśli jej się nie ma, nic nie pomoże i nie odnajdzie się jej nawet na końcu świata. Kupić jej się także nie da. Za to można ją przehandlować za iluzję że będzie „lepiej”, „dalej”, „szybciej”… Co prawda znajomy oponował, uważając że powiew wolności i wiatru targający czupryną smakuje lepiej gdy jest się daleko od domu, niż na zwykłej, wiejskiej drodze. Kiedyś też tak uważałem. Dziś myślę jednak zupełnie inaczej. To trochę jak z jedzeniem, to obce zawsze jest ciekawe. Ale gdy już objesz się tych pizz, hamburgerów i innych currywürstów nagle zaczynasz dostrzegać wspaniały smak zwyczajnego, czerwonego barszczu, domowego rosołu czy co to tam w danym regionie serwuje się najczęściej.

A co do miejsca człowieka w świecie…

Swego czasu, zastanawiając się dokąd pojechać na weekend natrafiłem na ogłoszenie w lokalnej prasie o organizowanej cyklicznie w całej Polsce „Nocy Muzeów”; wstęp wówczas jest darmowy i przy okazji można liczyć także na pewne bonusy. Wśród „poważnych” placówek muzealnych swoją ofertę wystawiał także jeden z „Parków Jurajskich”. Przewidziano nawet jakieś wykłady.

Przyznam się, że nie traktowałem tej instytucji poważnie, uważając ją za raczej park rozrywki dla dzieci, wyrosły na gruncie panującej „dinozauromanii”. Cóż, spróbować można. Jak nie wypali, zawsze można pojechać gdzieś indziej.

I chociaż wycieczka nie była imponująco długa, pogubiłem się straszliwie w dosyć skomplikowanej organizacji ruchu wokół parku. Teraz wydaje mi się to proste i logiczne, jednak za pierwszym razem objazd całości siecią dróg jednokierunkowych może sprawiać problemy. Jak skręcisz źle to nie masz już możliwości zawrócić.

Na parkingu przed Parkiem wita mnie plastikowa gadzina naturalnych rozmiarów. Tego w sumie się spodziewałem, ale skoro tu już jestem… Pamiątkowe zdjęcia, motocykl na parking i jazda do środka. Do wykładów mam jeszcze sporo czasu. Pierwsze wrażenie jest kiepskie, bo trafiam na plac zabaw dla dzieci połączony ze straganami z „pamiątkami”. No tak, to park „rodzinny”, cokolwiek to sformułowanie miałoby oznaczać. Nigdy nie pojmę dlaczego jako dzieci mieliśmy tak kiczowaty gust. Ale dalej już jest lepiej. Dużo lepiej.

dscn7426

Co ciekawe, ekspozycja obejmuje znacznie rozleglejszy obszar czasowy niż sam okres panowania dinozaurów na naszej planecie. Problemem w takich przypadkach jest skala czasowa, która dla większości ludzi jest całkowicie abstrakcyjna, bowiem nasza świadomość nie jest przystosowana do operowania tak wielkimi jednostkami czasowymi jak miliony lat. Podobne zresztą problemy mają astronomowie, zmuszeni do operowania niewyobrażalnie wielkimi odległościami. Poradzono sobie z tym w bardzo pomysłowy sposób. Ekspozycję podzielono na dwie części. Większa jej część poświęcona jest oczywiście dinozaurom (chociaż nie tylko) i ma formę ścieżki dydaktycznej. Poprowadzono ją w malowniczym lasku sosnowym i podzielono na trzy odcinki, odpowiadające okresom: triasu, kiedy to przed 237 milionami wyodrębniły się z gadów dinozaury oraz jury i kredy, gdy przeżywały swój największy rozkwit aż do wymarcia na granicy kredy i trzeciorzędu 66 milionów lat temu. Okres ich dominacji na Ziemi trwał około 135 milionów lat a jeśli dodamy że zwierzęta te żyły na wszystkich kontynentach, spodziewać się powinniśmy niesamowitego ich zróżnicowania.

Niestety, jak to w paleontologii jest normą, znamy tylko nikły procent (jeśli nie promil) różnorodności dawnego świata. Historia życia jest niczym ciągły, nieskończonej długości film. Jednak zachowały się z niego tylko bardzo nieliczne, pojedyncze klatki. Im dalej cofamy się w akcji tego filmu, tym tych klatek jest mniej i są w coraz gorszym stanie a my, na podstawie takich fragmentów, próbujemy zrekonstruować cały scenariusz. I o dziwo, udaje się to nam całkiem nieźle a postęp w ostatnich latach jest więcej niż duży.

Jesteśmy w triasie. Jeden z przedstawicieli gadów ssakokształtnych, cynodontów, uzmysławia, że ścieżki którymi podąża ewolucja nie są proste ani oczywiste.

dscn6975.jpg

Gdzieś wśród tych zwierząt musi znajdować się i nasz przodek. Były to zwierzęta „skazane na sukces” i dominację na planecie. Jednak nie wszystko ułożyło się jak trzeba. Katastroficzne wymieranie na granicy permu i triasu zmiotło z powierzchni Ziemi 70% wszystkich istot. Te, które przetrwały, musiały od nowa walczyć o swoją pozycję w całkowicie odmienionym świecie. Cynodonty walkę tę przegrały z archozaurami, niepozorną grupą gadów, przodkami między innymi dinozaurów. Najpierw zniknęły cynodonty roślinożerne, potem drapieżne. W połowie triasu po świetności cynodontów zostało już zaledwie wspomnienie. Zostały zepchnięte „do podziemia.” Potomkowie cynodontów to teraz niewielkie stworzenia wielkości myszy, prowadzące głównie nocny tryb życia i żywiące się owadami. Ale to jeszcze nie koniec. Ewolucja trwa nadal. Dzięki temu splotowi wydarzeń jesteśmy, czym jesteśmy.

Ale tymczasem nastała epoka dinozaurów, które różnicują się i zajmują kolejne nisze. Wbrew nazwie oznaczającej „straszne jaszczury”, dinozaurom do jaszczurek bardzo daleko. Najbliżsi ich kuzyni to krokodyle i… ptaki.

dscn6990.jpg

Z tego też powodu raczej odbiegały od tego, co sobie o nich wyobrażamy. Nie były to powolne, ociężałe zwierzęta jak przez długi czas świat naukowy zakładał.

dscn7001.jpg

Pierwotnie dinozaury były dwunożne, ale grupa szybko się zróżnicowała i część wróciła do poruszania się na czterech kończynach. Niektóre, jak Iguanodon, mogły chodzić zarówno na dwóch, jak i czterech nogach.

dscn7003.jpg

dscn7014.jpg

Ważnym usprawnieniem poruszania się dinozaurów, w stosunku do innych gadów, było ustawienie kończyn pod tułowiem. Niektóre nieptasie dinozaury podbiły nawet przestworza – albo przynajmniej próbowały.

dscn7020.jpg

Sielanka trwała jakieś 135 milionów lat. Niestety, wszystko ma swój kres. 66 milionów lat temu w powierzchnię Ziemi nieopodal półwyspu Jukatan uderzył meteoryt mniej więcej dziesięciokilometrowej średnicy, do szczętu unicestwiając gadzi świat. I tak jak katastrofa na granicy permu i triasu dała dinozaurom Ziemię we władanie, tak kolejna, pod koniec okresu kredowego, władzę tę im odebrała. Pozostały po nich tylko ptaki. Z cienia natomiast wyszli potomkowie cynodontów – ssaki. Nasi przodkowie.

W tym miejscu kończy się ścieżka dydaktyczna. To co wydarzyło się wcześniej i później można prześledzić w muzeum imienia nieodżałowanej pamięci paleontologa Karola Sabatha.

Przed budynkiem muzeum. Tiktaalik wychodzi z wody i wybiera się na spacer po lądzie. Zwierzę to może stanowić modelowy przykład formy przejściowej pomiędzy rybami a płazami, „brakujące ogniwo” – jak chcieliby niektórzy. Z tym jednakże zastrzeżeniem, że tych ogniw jest cała masa bo życie to niekończący się film. Warto zwrócić uwagę na budowę jego ciała. Cechy „płazie” to spłaszczenie grzbieto-brzuszne ciała, trójkątna głowa z oczami umieszczonymi na jej wierzchu a nie po bokach jak u ryb oraz występowanie szyi łączącej głowę z tułowiem w sposób umożliwiający jej ruch. Zamiast łap zwierzę to ma jednak płetwy ale zbudowane w taki sposób, że mogą się zginać w połowie i dolna ich część stanowi całkiem dobrą funkcjonalną stopę. Stworzenie to na pewno posiadało skrzela, chociaż już bez pokryw i całkiem prawdopodobnie także płuca. Tiktaalik został odkryty całkiem niedawno, bo w 2006 roku.

dscn1444

Wewnątrz muzeum szerokim „uśmiechem” wita mnie jeden z przedstawicieli ryb pancernych, dalekich przodków współczesnych ryb.

dscn1464.jpg

Nieco dalej, pod sufitem, anomalocaris – największy i najgroźniejszy drapieżca swoich czasów ściga ofiarę, dużego trylobita. Ot, zwykła scenka z kambru. O ile trylobity były znane i opisywane od dawna, to anomalocaris jest całkiem świeżym odkryciem. Chociaż może trzeba by było ująć rzecz inaczej; jego szczątki także znane były już od długiego czasu, jednak przez długie dziesięciolecia nikt nie miał za bardzo pojęcia, z czym w zasadzie ma do czynienia. Głowę stworzenia opisano błędnie jako strzykwę już w 1902 roku. Potem uznano je za gąbkę. Odnóże chwytne uznano za krewetkę, tułów za dużego stawonoga a aparat gębowy za meduzę. Dopiero w 1986 roku połączono te elementy układanki w jedną całość. Pewnym usprawiedliwieniem dla dawnych paleontologów niech będzie fakt, że stwór ten swoim wyglądem nie przypomina niczego co żyłoby obecnie!

dscn1462

Bo i samo zwierzę było zaiste fantastyczne. Mając od 1 do 3 metrów długości było największym drapieżnikiem swoich czasów. Na dużej głowie znajdowała się para wielkich oczu o średnicy 5-10 cm. Z przodu głowa zaopatrzona była w parę chwytnych odnóży, uzbrojonych w kolce. Po spodniej stronie głowy leżał otwór gębowy z ostrymi płytkami-„zębami”, ułożonymi koncentrycznie. Dalej był segmentowany tułów z trzynastoma parami odnóży przekształconymi w płetwy a na końcu ciała odnóża wykształcone w formie „ogona.” Idealny łowca. Oczywiście, zrekonstruowanie wyglądu tego fantastycznego stworzenia samo w sobie było już sukcesem, jednak jego miejsce na drzewie rodowym zwierząt było bardzo niejasne. Wiadomo że musiał mieć coś wspólnego ze stawonogami. Ale co?

dscn1463

Z pomocą przyszły odkrycia nowych okazów oraz tomografia komputerowa, która wykazała bardzo charakterystyczną strukturę mózgu i układu nerwowego zwierzęcia. Udało się nawet ustalić jego żyjących do dziś dalekich krewnych. Nagle luźne dotychczas klocki układanki życia na Ziemi zaczęły do siebie pasować.

Kolekcja trylobitów.

dscn7033.jpg

dscn7035.jpg

dscn7039

Sam posiadałem kiedyś kilka egzemplarzy znalezionych w Górach Świętokrzyskich. Niestety, gdzieś zaginęły.

Amonity:

dscn7046

Po zagładzie dinozaurów do głosu doszły żyjące do tej pory w ich cieniu ssaki, dawni potomkowie cynodontów.

dscn7024

Bardzo szybko podzieliły pomiędzy siebie schedę po wielkich gadach.

dscn1469

Aż w końcu do głosu doszedł jeden z nich, wykształcając coś niesamowitego: kulturę.

dscn7049

dscn7048.jpg

dscn7051.jpg

Ale to już inna historia.

Nadszedł wreszcie oczekiwany przeze mnie moment wykładów. Kilku utytułowanych naukowców poruszyło w swoich wystąpieniach bardzo różnorodne kwestie, od teorii powstania i budowy wszechświata, poprzez mechanizmy ewolucji – zakłócone zresztą przez dwóch starszych panów z biblią, twierdzących że to oni poznali „prawdę”, aż do popularnonaukowych referatów o zwierzętach, tyle że tych w mikroskali. Tu znowu byłem pod wrażeniem postępu w nauce w przeciągu ostatnich lat.

Na koniec zaś można było zwiedzać ścieżkę dydaktyczną z przewodnikiem, w którego rolę wcielił się tym razem jeden z profesorów z PAN.

dscn9468

Nocne zwiedzanie Parku wraz ze świetnym komentarzem zawodowca nadało wszystkiemu niesamowity klimat podróży w czasie do innego, zaginionego świata.

dscn9470.jpg

Zielone wzgórza nad Mozelą

DSCI6967

Czyli Luksemburg na weekend

Pakowanie zaprzęgu to czysta przyjemność. Ograniczenia miejsca czy masy bagażu przestają nas dotyczyć. Po prostu wrzucamy do wozu wszystko jak leci z rzeczy które uważamy że „mogą nam się przydać”. Jeśli podróżujemy w pojedynkę to nawet lepiej, bo przynajmniej dociążymy wóz i pojazd będzie się lepiej prowadził.

Swoje pierwsze kilometry jednak kieruję w stronę Francji. Mimo iż to Luksemburg jest państwem docelowym to jednak wycieczka ma również nieco sentymentalny charakter. Wiele lat temu na tym samym motocyklu właśnie gdzieś nieopodal przekraczałem po raz pierwszy granicę z Francją i dziś, korzystając z okazji, chciałbym odnaleźć to miejsce. W końcu mam urlop i czas mnie nie goni, pełny bak paliwa oraz cudowna pogoda zachęcają do wydłużenia wycieczki.

Niestety, most na rzece Nied jest w remoncie i przeprawa jest niemożliwa. Musiałem gdzieś przegapić tablicę z planem objazdu, bowiem po 45 km kręcenia się po wioskach, lasach i polach, wylądowałem w końcu znów w okolicach rozebranego mostu. Niestety, po tej samej stronie rzeki co poprzednio. Kolejna próba idzie mi już lepiej, znaną sobie z dawniejszych czasów wąziutką dróżką przez las omijam most. Dróżka jest tak wąska, że zaprzęg ledwo na niej się mieści. Kilka razy zmuszony jestem zjeżdżać z asfaltu aby minąć się z samochodami nadjeżdżającymi z naprzeciwka, modląc się w duchu aby wózek w wysokiej trawie rosnącej na poboczu nie znalazł czasem jakiegoś pieńka czy innego głazu, który mógłby nagle zakończyć podróż. Szczęśliwie jednak nic złego się nie wydarza i w końcu docieram do „swojego” przejścia granicznego. Wielkie słowo, bo to „przejście” to tylko zardzewiały szlaban i tablica informująca o tym, że właśnie przekroczyło się granicę. Jednak szlaban pozostał, przypominając swoim istnieniem że komfort podróżowania bez wiz, odpraw paszportowych i kontroli bagażu nie jest dany raz na zawsze – o czym, mam wrażenie, wielu ludzi ostatnimi czasy zdaje się zapominać.

DSCI6947

Francja wita mnie również inną nawierzchnią – jest ona bardzo chropowata, zapewniając dobrą przyczepność. Jednak z drugiej strony, „pożera” opony w zastraszającym tempie – bieżnik niemalże topnieje w oczach.

DSCI6948

W oddali mijam pięknie odremontowany zamek Malbrouck, stojący dumnie na wzgórzu górującym nad okolicą. Twierdzę zbudowano w pierwszej połowie XV wieku a w końcówce XX wieku została ona perfekcyjnie zrekonstruowana, łącznie z drewnianą zabudową dziedzińca. Budowla warta zwiedzenia, jednak tym razem postanawiam sobie ją sobie odpuścić mając w pamięci bardzo stromy podjazd na drodze do niej prowadzącej. Motocykl, wówczas solo, musiał wspinać się z mozołem na pierwszym biegu a dziś dodatkowo musi ciągnąć wóz… Nie, to nie jest chyba dobry pomysł.

DSCI6951

Przed Sierck – les – Bains dogania mnie niewielka kawalkada „harlejowców”. Jednak nie próbują mnie wyprzedzić. Nie wiem czy zniechęciła ich wąska droga opadająca stromo wzdłuż doliny Mozeli, czy też może ciekawi są, jak stareńki zaprzęg poradzi sobie z wyhamowaniem na dole, przed skrzyżowaniem z główną drogą. Dobre pytanie, bo ja też chciałbym to wiedzieć – na razie lecę na łeb, na szyję w dół doliny na luzie – zgodnie ze sztuką postępowania z dwusuwem, oszczędzając hamulce na decydującą chwilę. Wreszcie właściwy moment nadchodzi. Duszę dźwignie do oporu, zaprzęg hamuje na wszystkie trzy koła; koło wózka zaczyna popiskiwać. Odpuszczam hamulce, celując w lukę pomiędzy pojazdami na drodze głównej. Zestaw jedzie jeszcze ciut za szybko, jednak spokojnie wyrobi się na zakręcie w prawo – co najwyżej będzie troszkę „efektownie”. Jest efektownie – siła odśrodkowa powoduje, że koło wozu odrywa się od jezdni i zaprzęg pokonuje zakręt jak na motocykl przystało – na dwóch kołach, chociaż pochylony w „niewłaściwą stronę”.

Z „harlejowcami” rozstaję się dopiero przed mostem granicznym – ja skręcam w lewo, w stronę Luksemburga, oni jadą prosto, do Niemiec.

Teraz jadę już sam, kierując się na szosę wiodącą wzdłuż rzeki Mozeli. Z racji dość wczesnej pory ruch na drodze jest niewielki. Podczas jazdy odczuwa się komfort termiczny, jednak pierwszy postój uzmysławia mi, że mimo rannej godziny panuje już niesamowity upał! Strach pomyśleć co będzie dalej. Na niebie ani jednej chmury a Słońce grzeje na pełny regulator.

DSCI6954

Kolejny postój wypada nieopodal Muzeum Wina. Rejon rzeki Mozeli słynie od wieków właśnie z tego szlachetnego trunku.

DSCI6958

Muzeum powstało w starym gospodarstwie winiarskim z przełomu XVIII-XIX wieku i oprócz ciekawych eksponatów związanych z wyrobem wina oraz innych alkoholi a także przemiłej obsługi oferuje również degustację miejscowych trunków, wliczoną w cenę biletu wynoszącą raptem 3,5€. Tak więc w cenie jednego kieliszka wina w średniej kategorii knajpie mamy zwiedzanie plus kieliszek wina którym można rozkoszować się w spokoju na dziedzińcu gospodarstwa, bez tłoku, ścisku i hałasu. Dodatkowym „smaczkiem”, że pozwolę sobie to tak ująć, jest fakt, iż wino serwowane w muzeum jest wyrobem specjalnym i nie można go kupić w żadnym sklepie. Dla osób niepijących alkoholu przewidziano sok z winogron – również wyprodukowany specjalnie dla gości Muzeum.

Wszędzie, jak okiem sięgnąć – winnice.

DSCI6967

Sieć darmowych autostrad w Luksemburgu jest bardzo rozbudowana, biorąc pod uwagę niewielkie rozmiary kraju oraz trudne, górzyste ukształtowanie terenu, bardzo utrudniające budowę dróg. Są rejony, gdzie trudno o „normalny” kawałek autostrady – jak nie kilometrowej długości tunele to dla odmiany, mosty albo wiadukty.

Ja postanawiam trzymać się z daleka od tras szybkiego ruchu i zwiedzać kraj z perspektywy dróg lokalnych. Te, w przeciwieństwie do autostrad są w większości przypadków wąskie i bardzo kręte, z dużą ilością stromych podjazdów. Ruch na nich jest raczej niewielki, chociaż zdarzają się trasy o wyjątkowo nasilonym ruchu.

DSCI6974

Opuszczam rejon winnic i zagłębiam w zalesiony obszar Ardenów. Mały zaprzęg z trudem wspina się na stromych podjazdach, by za chwilę z jeszcze większym wysiłkiem wyhamowywać na spadkach. I znowu kolejny stromy podjazd. Zazwyczaj konieczna staje się redukcja do drugiego biegu; motor wyje na wysokich obrotach w piekielnym upale. Silnik znosi to wszystko ze stoickim spokojem. Do czasu.

Na którymś z prostszych odcinków drogi moje ucho wyłapuje fałszywy ton, który niepostrzeżenie wkradł się w muzykę silnika. To delikatne grzechotanie czy też dzwonienie, pojawiające się w okolicy 3000 obrotów na trzecim i czwartym biegu. Nie mogąc go zlokalizować, gdyż na innych biegach zjawisko nie występuje a mając w tym temacie pewne podejrzenia, na kolejnej stacji paliw tankuję motocykl do pełna benzyną o najwyższej możliwej liczbie oktanowej. Chyba pomogło, bo dzwonienie ustało.

DSCI6986

Całkiem nieoczekiwanie zjeżdżam w jedną z wielu dolin rzecznych i z wrażenia dostaję trwałego opadu szczęki! Otóż znalazłem się na obszarze Małej Szwajcarii Luksemburskiej. Ardeny zostały tu pocięte przez rzeki i strumienie na szereg przepięknych dolin – wąwozów. Są one porośnięte lasami bukowo – świerkowymi a ich często pionowe wapienne ściany przybrały fantazyjne formy, które zachwyciły by niejednego scenografa filmów s-f. Przecudne wodospady, mosty nad potokami, które wyglądają jak zrobione rękoma elfów a nie ludzi… Tego nie da się opisać, to trzeba naprawdę zobaczyć na własne oczy!

Na jednym z postojów grupka Niemców chce koniecznie odkupić ode mnie mój motocykl. „Biznes” nie dochodzi jednak do skutku. Powodem jest mój całkowity brak zainteresowania transakcją.

DSCI6991

Dalsza droga prowadzi w kierunku Vianden.

DSCI6992

To miasteczko to obowiązkowy gwóźdź programu dla każdego szanującego się turysty. Urokliwe miasteczko, liczące zaledwie około 1500 mieszkańców, położone jest w dolinie rzeki Our. Zachowała się dawna zabudowa oraz średniowieczne mury obronne.

Kilka kilometrów od celu:

DSCI6996

Najważniejszym zabytkiem Vianden jest książęcy zamek położony na wzgórzu górującym nad miastem.

DSCI7002

Nad rzeką Our. W górze zamek Vianden:

DSCI7006

Powstał ma miejscu rzymskiej strażnicy z V wieku. Budowę jego rozpoczęto prawdopodobnie około XI wieku. Przez wieki rozbudowywany i wielokrotnie przebudowywany wykazuje mieszankę stylów romańskiego, gotyckiego i renesansowego. Zamieszkały był aż do XIX wieku, później popadł w ruinę. W 1977 roku przeszedł na własność państwa, został odbudowany i udostępniony zwiedzającym.

W rzeczywistości udostępniona do zwiedzania została tylko część zamku. Muszę przyznać, że zamek rozczarował mnie trochę. Nie żebym był niezadowolony, jednak liczyłem na więcej. Znacznie więcej, zważywszy na reklamę jaką ma ten obiekt w mediach.

Największe wrażenie robi zamkowa kaplica. Ma ona dwa poziomy. Górny, wraz z ołtarzem, bogato zdobiony, służył księciu i szlachetnie urodzonym. Na środku kaplicy widnieje coś, co w pierwszej chwili można uznać za ocembrowanie studni. Studnia w kaplicy? To jednak nie jest studnia, chociaż tak wygląda. Za ocembrowaniem znajduje się otwór w podłodze; pod nią znajduje się drugi poziom kaplicy. Jest on nieco większy od górnego, jednak w odróżnieniu od niego nie posiada wcale zdobień. To tu pospólstwo mogło słuchać mszy odprawianej dla księcia. Tak, właśnie słuchać. Przez niewielki otwór ludzie nie byli w stanie zobaczyć niczego. Takie małe uświadomienie stosunków społecznych panujących w średniowieczu.

Przy wyjeździe z Vianden obowiązkowe tankowanie. Droga znów wiedzie wśród winnic w dolinie rzeki Our. Niestety, w korkach wąskich uliczek Vianden oraz na stromych podjazdach silnik rozgrzał się do tego stopnia, że powietrze z cylindrów parzy przez spodnie. Upał staje się nie do zniesienia.

DSCI7011

Co jakiś czas zatrzymuję się, dając maszynie odetchnąć. Niewiele to pomaga; mechaniczne hamulce podczas stromych zjazdów przegrzewają się a na domiar złego dzwonienie w silniku wróciło. Akurat przed serią paskudnych podjazdów. Maszyna mozolnie wspina się w górę doliny na drugim biegu, zostawiając za sobą ciężką chmurę spalin. To zły znak. Silnik zaczyna dzwonić również na niskich przełożeniach i na dodatek przy znacznie niższych obrotach niż poprzednio. Niestety, nie mogę się tu zatrzymać. Zresztą w tym miejscu, wśród łąk, bez skrawka cienia, niewiele pomogę maszynie. Jeszcze trochę, za chwilę droga główna. Tam, przy wyższych prędkościach, silnikowi powinno być lżej.

DSCI7013

Pół godziny później jadę drogą ekspresową. Upał nie słabnie, powietrze nad ulicą jest gorące niczym w piekarniku. Mam nadzieję że chociaż silnik odczuwa poprawę.

Próżne nadzieje. W pewnym momencie z maszynowni dobiega znajomy, chociaż dawno nie słyszany, grzechoczący dźwięk. Dźwięk, na którego samo wspomnienie jeżą się włosy na głowie!

Błyskawicznie, najszybciej jak tylko się da wciskam sprzęgło, prawą ręką szukając rozpaczliwie dźwigni ssania. Za późno. Silnik niemal natychmiast staje. Złapało tłok! W tej sytuacji pozostaje szukać dogodnego miejsca na zatrzymanie zaprzęgu. Na szczęście obok przebiega droga dla rowerów, więc gdy już zestaw zwolnił wystarczająco zjeżdżam na nią a potem na trawiaste pobocze.

Chwila odpoczynku dla nerwów i maszyny i można przystąpić do oceny strat. Czy to już koniec podróży, czy jednak zaprzęg pojedzie dalej?

Wał się obraca. Próba odpalenia – silnik zaskakuje od razu. Kamień z serca. Można będzie kontynuować jazdę.

Do domu docieram już nocą, bez żadnych dodatkowych problemów – nie licząc korków na drogach, jak to po weekendzie.

DSCI7017

Tego dnia padł rekord ciepła – termometry w Luksemburgu zanotowały niemal +37oC w cieniu.

Grimburg – zamek czarownic

DSCI4482

Pewnego letniego popołudnia znajomy spytał mnie, czy nie przejechałbym się z nim zobaczyć i ocenić miejsce ewentualnego zlotu motocyklowego, na które to dostał właśnie namiary. Ponieważ wypadało to akurat w dni wolne od pracy na które nie miałem jeszcze żadnych planów, zgodziłem się bez marudzenia.

Na dwa dni przed wyjazdem znajomy przysłał wiadomość że jednak nie pojedzie, tłumacząc się pilną błahostką typu „wyjazd do cioci na imieniny”. Cóż, bywa i tak. Nie ma tego złego co by na dobre nie wyszło. Znajomy zwykł mawiać, że samotny podróż to recepta na udany wyjazd. Coś w tym jest.

W dniu wyjazdu wyciągnąłem po prostu zaprzęg z garażu, odpaliłem i pojechałem w kierunku południowym. Początkowo trasa przebiegała przez znane mi równiny, jednak nie trwało to długo. Po pewnym czasie zaczęły się góry a wraz z nimi również strome podjazdy i zjazdy – czyli coś, za czym zestaw o imponującej dziś mocy dwudziestu kilku koni mechanicznych niespecjalnie przepada. Drogi stawały się coraz węższe i niestety również coraz gorszej jakości, przybywało również zakrętów.

DSCI4475

Ubywało za to ludzi. Wjeżdżałem na tereny Parku Saar – Hunsrück, o czym nie omieszkały się poinformować przepiękne krajobrazy. Jednak w czasie jazdy nie za bardzo można było się na nich skupić. Akurat na zakręcie w prawo, na jakiejś dużej nierówności podbiło mi wózek do tego stopnia, że o mały włos nie straciłem panowania nad zaprzęgiem – a przede wszystkim nad sobą. Trzeba uważać, tym bardziej że budowniczowie tych dróg nie używali chyba poziomicy i jezdnie potrafiły mieć całkiem sporą odchyłkę od poziomu.

DSCI4476

 

Oczywiście na sam koniec nawigacja pogubiła się zupełnie i ostatnie kilometry pokonałem tradycyjnie, kierując się znakami drogowymi a na koniec również widoczną z oddali, charakterystyczną wieżą zamkową, górującą nad okolicą.

DSCI4474

Zamek w czasach swojej świetności miał około 300 metrów długości i 90 metrów szerokości. Zbudowano go na południowym, skalistym cyplu góry Kittelaufberg na planie nieregularnym, prawdopodobnie około 1150 roku. Niedługo później, podczas schizmy z lat 1183-1190 został uszkodzony do tego stopnia, że w zasadzie trzeba było zbudować go na nowo. Zamek pełnił funkcję centrum administracyjnego i nigdy nie odegrał jakiejś ważniejszej roli. Swoją chwilę świetności miał w 1512 roku, gdy zawitał w jego progi sam cesarz Maksymilian I. Upadek nadszedł nieco ponad 100 później. W czasie Wojny Trzydziestoletniej (1618-1638) został poważnie uszkodzony. Dzieła zniszczenia dokończyły wojska francuskie, które w 1683 roku podpaliły twierdzę. Zamek pozostawiono samemu sobie po 1690 roku. Okoliczna ludność wykorzystywała go jako kamieniołom. Dobre czasy powróciły po 1987 roku, gdy zdecydowano się na jego częściową rekonstrukcję, która  z przerwami trwa po dziś dzień.

DSCI4486

Odbudowano wieżę, część przedzamcza wraz z budynkiem gospodarczym i trzy baszty. Zabezpieczono resztki murów obwodowych, dzięki czemu widać wyraźnie ich przebieg oraz układ zabudowań.

Zamek dziś:

DSCI3993

DSCI4106

Przedzamcze:

DSCI4173

DSCI4176

Wewnątrz wieży:

DCIM101GOPRO

DCIM101GOPRO

DCIM101GOPRO

DCIM101GOPRO

DCIM101GOPRO

Panorama widziana z wieży:

DSCI4023

Plan zamku:

DSCI4098

Oraz układ murów widziany z „lotu ptaka”:

DCIM101GOPRO

DCIM101GOPRO

Zamek ten ma również swoją mroczną stronę. Jedna z niepozornych baszt nosi nazwę Hexenturm, czyli „wieży czarownic”.

DSCI4136

Nieprzypadkowo zresztą. Zamek był przecież centrum administracyjnym tego regionu a w baszcie tej urządzono więzienie dla osób „podejrzanych o czary”.

DSCI4125

Brzmi śmiesznie? W tamtych czasach nie było jednak nikomu do śmiechu.

Więcej można dowiedzieć się z położonego niedaleko zamku muzeum.

DSCI4489

U schyłku średniowiecza, jak to z końcami różnych epok bywa, doszło do napięć społecznych. Złożyły się na to różne czynniki: wojny oraz towarzyszące im zwykle głód i epidemie chorób. Do tego doszła schizma w kościele oraz odkrycia geograficzne. Stary porządek świat zachwiał się w posadach. Aby go utrzymać należało znaleźć winnych takiego stanu rzeczy, takich na których będzie można wziąć odwet. I wymyślono „czarownice”.

Czarownice przy „pracy”:

DSCI4225

DSCI4227

DSCI4228

DSCI4230

Zasadniczo nie było to nic nowego, od zarania dziejów prosty lud wierzył w czary i moce nadprzyrodzone. Jednak nigdy wcześniej podejrzanych nie karano za to śmiercią a same procesy nie przybierały charakteru masowego. Do polowań na czarownice powołano specjalny zespół prokuratorsko – śledczo – lekarski, gdyż sądzono że lekarz jest w stanie odróżnić choroby naturalne od tych „uczynionych”.

DSCI4207

Żeby zostać podejrzanym nie trzeba było wiele. Najczęściej wystarczał zwykły donosik. Dłużnicy donosili więc na wierzycieli itd. Oczywiście należało jeszcze zebrać jakieś „dowody” czy zeznania, ale z tym nie było już większego problemu. Pytano więc sąsiadów oskarżonego o jego „dziwne” zachowanie oraz czy aby nie było go w pobliżu gdy zdarzyło się coś złego, np. ktoś zmarł czy zachorował. Oczywiście w tamtych czasach choroby zbierały obfite żniwo i nikogo to nie dziwiło, bo była to rzecz normalna. Jednak w powiązaniu z osobą podejrzaną o czary cała sprawa nabierała innego znaczenia. Gdy nie udało się zebrać obciążających zeznań w rodzinnej wsi oskarżonego, udawano się do sąsiedniej i pytano chłopów o to samo. Aż do skutku. Ktoś w końcu musi chlapnąć coś głupiego.

W tym czasie oskarżonego przesłuchiwano:

DSCI4208

DSCI4209

DSCI4211

DSCI4212

DSCI4213

DSCI4215

DSCI4216

DSCI4217

Specyficznym dla zamku Grimburg narzędziem przesłuchań była… drabina. Zwykła, drewniana drabina.

DSCI4204

Podejrzanemu krępowano ręce na plecach a następnie przerzucano sznur przez ostatni szczebel drabiny i podciągano. Nic groźnego, prawda? Początkowo idzie lekko, potem u skazańca pojawia się potworny ból a następnie z głośnym chrupnięciem ręce zostają wyłamane ze stawów…

DSCI4200

Gdy już wina oskarżonego została udowodniona, nadchodził czas na wielki finał. Skazańca przywiązywano do słupa, który obłożony był chrustem tworzącym coś na kształt szałasu. To także oryginalny wynalazek inkwizytorów z tego regionu.

DSCI4206

Następnie konstrukcję podpalano.

DSCI4218

O skali procederu może świadczyć przechowywana w muzeum lista kilkuset skazanych za czary na zamku w Grimburgu, których imiona udało się ustalić. W całym tym szaleństwie nie chodziło bowiem o to, żeby wyeliminować osoby „parające się magią”. Wręcz przeciwnie. Chodziło o ich tworzenie w świadomości społecznej. Miały odwracać uwagę ludu od rzeczywistych sprawców nieszczęść, czyli rządzących i duchowieństwa. Taka średniowieczna wersja starożytnych igrzysk. Najgorsze w tym wszystkim jest to, że większość osób zamieszanych w ten proceder musiała mieć świadomość, że te całe procesy czarownic to jedna wielka ściema; w końcu co to za diler co sam bierze…

DSCI4482

Na koniec, tak dla przypomnienia: dziś właśnie w tradycji germańskiej przypada Noc Walpurgii, zwana także Nocą Czarownic.

To jak, miotły już zatankowane?  😉

Sanktuarium w Tawern

DSCI3291

Klasyk zwykł mawiać, że w wyścigu szczurów nie ma mety, w związku z tym nie ma też i wygranych. A skoro tak, to nie warto w takowym brać udziału.

Mając na uwadze powyższe, wytoczyłem wczesnym rankiem swój rydwan z garażu, odpaliłem, po czym niespiesznie oddaliłem się w kierunku +/- zachodnim, zostawiając za sobą chmurę niebieskich spalin.

Prędkość podróżna tego zaprzęgu, oscylująca w normalnych warunkach w granicach 70-80 km/h odstaje bardzo mocno od dzisiejszych standardów, ale takie niespieszne toczenie się również ma swoje uroki. W terenie górzystym, czyli takim jak ten, tempo drastycznie spada – momentami nawet do 20 km/h, ku wielkiej rozpaczy kierowców jadących za mną. Kiedyś w takich momentach bałem się przegrzania silnika, dziś wiem, że prawidłowo wyregulowany i dotarty czeski twin nie ma prawa przegrzać się nawet w największe upały.

DSCI3291

Po pewnym czasie problemy z tamowaniem ruchu na podjazdach odchodzą w przeszłość. Nie oznacza to w żadnym razie, że droga zaczęła teraz dla odmiany biec z górki lub też silnik jakimś cudem odnalazł najwyraźniej pogubione kiedyś konie mechaniczne. Nic z tych rzeczy. Droga nadal pnie się w górę, jednak główne szlaki komunikacyjne zostały za nami. Zaprzęg przetacza się teraz przez maleńkie wioski, zagubione gdzieś wśród pól i łąk, wywołując swoim widokiem i generowanym hałasem małą lokalną sensację.

DSCI3288

W pewnym momencie, niemal niezauważalnie, wjeżdżam na starożytny, rzymski szlak „winny”, o czym informują stosowne tablice przy szosie oraz artefakty na przydrożnych parkingach, takich jak ten:

DSCI3290

Dwa tysiące lat temu poruszały się tym szlakiem rzymskie legiony, wozy kupieckie oraz zwykli wędrowcy, przemierzając długie drogi Imperium, z których każda jak wiemy, prowadziła do Rzymu.

Z drogą związana była oczywiście stosowna infrastruktura: karczmy, gospody oraz świątynie, takie jak ta, znajdująca się nieopodal małej wioski o tajemniczo brzmiącej nazwie „Tawern”. Zdradza ona pradawny rodowód tej miejscowości. Łacińskie słowo „Tabernae”, od którego pochodzi nazwa wsi oznacza bowiem „sklepy”. Znajdowały się tu „vicus tabernae”, wiejskie sklepy na pierwszym przystanku przy drodze prowadzącej z Contionacum (dziś Konz), gdzie mieściła się willa cesarza do cesarskiego miasta Augusta Treverorum, czyli dzisiejszego Trewiru. Przy czym określenie „wiejskie sklepy” należy umieścić w dużym cudzysłowu, bowiem odbywała się tu również dość zaawansowana jak na ówczesne warunki wiejskie produkcja żelaza i szkła. Naliczono tu w sumie 9 budynków sprzedawców i rzemieślników, które umieszczone były po obu stronach drogi.

Obok wioski, na szczycie wzgórza Metzenberg, znajduje się zespół rzymskich świątyń. Tu strudzeni wędrowcy prosili bogów o przychylność oraz opiekę podczas podróży.

Sama wioska rozrosła się dość mocno od czasów rzymskich, jednak trafić do zespołu świątyń jest łatwo – oznakowanie jest jasne i czytelne, chociaż nieco wyblakłe.

DSCI3286

Drogowskaz prowadzi do niewielkiego „leśnego parkingu”, gdzie znajduję dla zaprzęgu odrobinę cienia. Za czasów rzymskich oczywiście żadnego lasu tu nie było a kompleks świątynny był widoczny już z daleka dla wszystkich podróżnych.

DSCI3281

Z parkingu leśna droga wiedzie pod górę i po kilku minutach marszu jesteśmy na miejscu.

DSC_9423

Na dużym, ogrodzonym murem placu na planie nieregularnego czworoboku o wymiarach 46x36m, zbudowano w sumie siedem świątyń. Poświęcone zostały one: Merkuremu, patronowi podróżnych i kupców, bogini Eponie, bardzo popularnej wówczas na tych terenach patronce koni, Apollinowi a także dość egzotycznym, jak na rzymską prowincję, Izydzie i Serapisowi.

DSCI2075

Każda ze świątyń zbudowana została na swoim własnym tarasie, który niwelował skutki nachylenia terenu. W efekcie każda z budowli znajdowała się na nieco innej wysokości.

DSC_9430

Zaraz za głównym wejściem pielgrzym napotykał kolumnę Jupitera. Na jej bazie można bez problemu rozpoznać postać Herkulesa.

DSC_9431

Sanktuarium powstałe około 1 wieku naszej ery prawdopodobnie pierwotnie składało się z pięciu świątyń.

DSC_9468

Z czasem dobudowano doń cztery budynki gospodarcze (skarbce) a całość otoczono murem z dwiema bramami.

DSC_9514

Badania archeologiczne pokazały, że nie był to koniec zmian. Jedną ze świątyń zastąpiła inna, potem trzy kolejne ustąpiły miejsca jednej dużej.

DSC_9450

Znajdował się w niej posąg Merkurego (nieco)ponadnaturalnej wielkości, wysoki na 2,08 metra.

DSC_9455

Sama świątynia zbudowana była na planie czworoboku o wymiarach 10,8 x 9,8 m. Jako materiału budowlanego użyto miejscowego czerwonego piaskowca. Dach opierał się na trzynastu kolumnach.

DSC_9471

Do dziś zachowały się oryginalne korytka do odprowadzania wody deszczowej.

DSC_9522

Na terenie kompleksu znajdowała się również studnia otoczona kamienną cembrowiną o wymiarach około 1,1 x 1,1 m. Głęboka na 15 metrów okazała się być nieocenioną skarbnicą dla archeologów. Już w czasach rzymskich istniał bowiem zwyczaj wrzucania do studni drobnych monet „na szczęście”. W studni znaleziono ich ponad 1800. Najstarsze są jeszcze z czasów celtyckich, najmłodsze pochodzą z roku 392 n.e.

DSC_9473

To nie koniec. W studni znaleziono pieniądze z każdego zakątka Imperium Romanum, przy czym najmniej było monet „miejscowych”, co wskazuje że głównymi „klientami” sanktuarium oraz wsi Tabernae byli właśnie podróżni z dalekich stron.

DSC_9484

Poza terenem sanktuarium znajdował się budynek „świecki” o dość niejasnej funkcji. Z jednej strony mógł on być miejscem zakwaterowania jednego bądź dwóch kapłanów, koniecznych do „obsługi” sanktuarium. Przeczą jednak tej tezie rozmiary obiektu, który zwyczajnie jest za duży.

DSC_9490

Wydaje się raczej, że pełnił rolę „kompleksu turystycznego”, gdzie strudzeni pielgrzymi mogli umieścić konie, zjeść a także zakupić pamiątki, wota ofiarne, być może także przenocować.

DSC_9502

Ten dobrze zorganizowany kompleks świątynny funkcjonował do roku 392. W roku 391 cesarz Teodozjusz zakazał sprawowania pogańskich rytuałów i odwiedzania świątyń. Mimo to, jak wynika z zachowanych monet wrzucanych do studni na szczęście oraz „do rozmnożenia” przez Merkurego, pielgrzymi nadal odwiedzali sanktuarium.

DSC_9478

Rok później cesarz posunął się jeszcze dalej, jakkolwiek wydawać by się mogło że to już niemożliwe. W roku 392 zakazano wyznawania jakiejkolwiek innej religii poza chrześcijaństwem.

DSC_9526

Opuszczony kompleks zostaje zniszczony przez triumfujących chrześcijan a posągi bogów i wota strzaskane i wrzucone do studni.

DSC_9457

Był to początek zmierzchu kultury antycznej.

 

Grobowiec rzymski w Bech-Kleinmacher

DSCI3310

Podczas podróży należy zawsze mieć oczy szeroko otwarte. Niby o tym wiem, jednak ciągle daję się życiu zaskakiwać. Wędrując latem po dolinie Mozeli (jak to miło w środku zimy powspominać słoneczny czas) najpierw niespodziewanie udało mi się odkryć… drugi Toruń.

DSCI3294

Ten co prawda składał się głównie z małego zameczku w którym ulokowany był hotel; ale co Toruń to Toruń 😉

DSCI3297

A gdy już myślałem, że nic więcej tego dnia mnie nie zaskoczy, zupełnie niespodziewanie, tak zwanym „kątem oka” udało mi się dostrzec przy szosie jakiś dziwny pomnik, ukryty w cieniu niewielkiego zagajnika. A może to obelisk? Czy ja go już kiedyś nie widziałem? Musiałem koło niego przejeżdżać kilka lat temu wracając z Trewiru, tylko wówczas nie zwróciłem na niego uwagi. Bardzo łatwo jest go bowiem przeoczyć kiedy jedzie się szosą i podziwia widoki.

Takie natrętne myśli towarzyszyły mi przez kolejne kilkaset metrów, nie dając spokoju do tego stopnia, że postanowiłem zawrócić i sprawdzić, co to takiego. Zapewne nic ciekawego ale dla spokoju sumienia, skoro już tu jestem…

DSCI3310

Zaparkowałem zaprzęg na skraju szosy, jako że parkingu tu nie przewidziano. Po bliższych oględzinach okazało się niespodziewanie, że w betonowy monument wmurowane zostały fragmenty antycznych rzeźb, wyglądające na bardzo stare. Nie trzeba być specjalnym ekspertem by zidentyfikować fragmenty płaskorzeźb przedstawiające tańczące dziewczęta, kobietę i mężczyznę jadących razem powozem, głowę konia, psa…  Okazało się, że monument stoi w miejscu dawnego grobowca gallo-rzymskiego z II wieku. Do dziś zostały z niego tylko prostokątne fundamenty o wymiarach 8,62 x 5,35 metrów, ukryte przed wzrokiem pod niema półtorametrowej grubości warstwą ziemi. Oraz kilka rzeźb i napisów z imionami zmarłych mieszkańców dawnego, rzymskiego osiedla.

Z tego grobowca nie zostało zbyt wiele, jednak opodal znajduje się kolejny, tym razem doskonale zachowany. Mimo iż teoretycznie wiedziałem że należy go szukać w miejscowości Bech-Kleinmacher, to jednak za pierwszym razem nie udało mi się do niego trafić i musiałem znów zawracać. Za drugim razem trafiłem bez pudła. Moja rada – najpierw trzeba kierować się w kierunku kościoła (to łatwe, bowiem w wiosce jest tylko jeden) a następnie skręcić w lewo i jechać prosto dokąd się da. A gdy się już nie da, bo znaki będą nakazywały skręcić, to jesteśmy niemal na miejscu; w prawo, stromo pod górę piąć się będzie wąska dróżka przy której dostrzec będzie można to:

DSCI2431

Wśród winnic, niezmiennie od wieków, stoi niewielka świątynia-grobowiec zamożnego właściciela tych ziem. Zbudowana została w pierwszej połowie IV wieku, o czym świadczą stemple produkcyjne z napisem „IOVANI” na cegłach użytych do budowy. Obiekt posiada dwie kondygnacje. Górna to świątynia z tarasem, z którego roztacza się piękny widok na dolinę Mozeli.

DCIM101GOPRO

Dolna kondygnacja, wyposażona w sklepienie kolebkowe, pełni funkcję komory grobowej.

DSCI3909

To pomieszczenie w czasach swojej świetności pokryte było kolorowymi freskami – według panującej wówczas rzymskiej mody.

Czy grobowiec ma coś wspólnego z Willą Nenning znajdującą się zaledwie kilka kilometrów dalej, po drugiej stronie rzeki?  Nie wiadomo, chociaż nie jest to wykluczone.

Świątynia nie przetrwała długo. Około V wieku została poważnie zniszczona w wyniku najazdu barbarzyńców. Utraciła wówczas dużo ze swojego pierwotnego wyposażenia. Na przełomie VII i VIII wieku zrujnowaną budowlą zainteresowali się Frankowie, którzy odbudowali świątynię i używali jej w bliżej nieznany sposób.

W latach 1986 – 89 budynek przebadali archeolodzy. Oprócz zabytków z czasów rzymskich znaleziono również wiele interesujących artefaktów z okresu panowania Franków – między innymi dwie rzadkie monety z lat 680 i 720 oraz mały, brązowy krzyżyk – naukowy dowód na wczesną chrystianizację tych ziem.

Winnice:

DSCI3932

Na koniec jeszcze jedna niespodzianka. Jest nią niewielki, drewniany bujaczek ogrodowy na którym można spędzić romantyczny wieczór we dwoje z pięknym widokiem na dolinę rzeki Mozeli. Randkę z małym dreszczykiem, jako że pod podłogą świątyni znajduje się komora grobowa. A w niej sarkofag. Z wkładem.

DSCI3930

Dobranoc 😉

Jesiennie

DSCI5157

Jesień, definitywnie kończąca w większości przypadków sezon motocyklowy, jest mało lubiana przez motonitów. Dni stają się coraz krótsze i coraz chłodniejsze, aura zaczyna być coraz mniej sprzyjająca podróżom pojazdami bez dachu i ogrzewania…

Jednak to tylko część prawdy. Z drugiej strony, właśnie teraz zwykłe, krótkie wypady stają się coraz ciekawsze. Roślinność, przyozdobiona kolorami jesieni, zmienia się niemal z dnia na dzień, miejsca znane na co dzień stają się niesamowicie inspirujące i ciekawe.

Osobiście bardzo sobie cienię takie wyjazdy za miasto i staram się wykorzystywać na nie każdą wolną chwilę (których w dzisiejszych czasach już chyba nikt nie ma za dużo), mając świadomość ulotności jesiennych krajobrazów.

I to już chyba ostatni jesienny wyjazd w tym roku…

DSCI5157

Chociaż według „zaklinaczy pogody”, ciągle jeszcze jest nadzieja 😉

Jesienne impresje

DSC_2816

Zasadniczo miał się w tym miejscu pojawić inny wpis. Jednak pozornie nic nie znaczący wyjazd „w koło komina” stał się, dzięki „nie do końca sprzyjającej pogodzie”, niezmiernie ciekawy i inspirujący. Gęste mgły i temperatura „nieco na plusie” być może nie są szczytem marzeń przeciętnego użytkownika motocykla. Jednak dzięki tym „okolicznościom przyrody”  zwykłe, dobrze znane miejsca, przybrane dodatkowo w resztki barw jesieni, nabrały zupełnie nowego, niepowtarzalnego charakteru.

Niby nic specjalnego, a jednak. Ci, co zdążyli już poodstawiać motocykle „na zimowanie” niech żałują 😉