Month: Marzec 2015

Villa rustica

DSCN7544

Muszę się przyznać bez bicia, że historię starożytną traktowałem dotychczas nieco po macoszemu. Po części rozgrzesza mnie fakt niemal zupełnego braku na naszych terenach zabytków starszych niż średniowieczne. Albo należałoby ująć to inaczej – są pozostałości budowli z tak dawnym rodowodem, jednak zupełnie zapomniane i pozostawione same sobie.

Zupełnie inaczej mają się rzeczy „po drugiej stronie Renu”, dokąd zawędrowali legioniści rzymscy. Tu nie da się przeoczyć chociażby monumentalnych budowli starożytnego Trewiru. Jednak dla mnie najbardziej interesujące jest proste, codzienne życie zwykłych ludzi. Tego rodzaju zabytków zachowało się rzecz jasna, mniej. Ale da się je odnaleźć przy odrobinie chęci i uporu.

DSCN7542

„Gallia est omnis divisa in partes tres” („Cała Galia dzieli się na trzy części”) – tak rozpoczyna się siedmiotomowe dzieło Juliusza Cezara zatytułowane „Commentarii de bello Gallico”  („Komentarze o wojnie galijskiej”). Właśnie zakończył się trwający niemal 9 lat podbój północnej Galii (58 – 50 p.n.e.). Wcześniej, w II w p.n.e. podbita została Galia południowa (tereny dzisiejszej Prowansji). Te wydarzenia stały się początkiem końca kultury celtyckiej. Na podbitych terenach rzymianie wprowadzili swoje porządki. Stworzono rzymskie ośrodki administracyjne. Językiem oficjalnym stała się łacina, wypierając stopniowo rodzime języki celtyckie. Przyczynił się do tego również obowiązkowy pobór do wojska, gdzie młodzi ludzie, chcąc nie chcąc, przyswajali sobie język i rzymskie zwyczaje. Budowano świątynie rzymskich bóstw. Wreszcie, sprowadzano rzymskich osadników, nadając im szereg przywilejów. Ludność celtycka, stojąca mimo wszystko niżej w rozwoju cywilizacyjnym, stosunkowo szybko, chociaż nie bez oporów, przyjęła nową kulturę. W pewnym momencie powstał niesamowity miks cywilizacji łacińskiej i celtyckiej.

Wiedząc, że gdzieś w okolicy znajdują się pozostałości obiektu z tego okresu, pewnego jesiennego dnia postanawiam wyruszyć na ekspedycję poszukiwawczą. Idzie mi średnio, to znaczy udaje mi się zawęzić obszar poszukiwań do konkretnego regionu. Jednak samego obiektu nie udaje mi się odnaleźć.

Wobec powyższego postanawiam poprosić o pomoc grupkę niemieckich emerytów na wycieczce, z nadzieją że będą oni zaopatrzeni w mapę turystyczną okolicy. Z rozmowy dowiaduję się, że mapy nie posiadają, mają za to jednak „coś znacznie lepszego”. Tym „czymś znacznie lepszym” okazuje się być ogromnych rozmiarów tablet mający rozmiary i wagę całkiem sporego atlasu, do którego upodobniają go jeszcze skórzane okładki. Cegłę tą dźwigał z dumą w plecaku sam kierownik wycieczki. Jednak nie dane było wykazać się urządzeniu swoją wyższością nad papierową mapą; system wprawdzie wystartował bez przeszkód, jednak na pograniczu niemiecko – francuskim sygnał sieci był na tyle słaby, że nie udało mu się nawiązać połączenia z mądrościami „wujka Gugla” a bez tego można było popodziwiać sobie co najwyżej tapetę pulpitu. Są tacy co uważają że ma ona lepszą rozdzielczość niż rzeczywistość i warto się gapić w to cały dzień bez przerwy… Pomocna okazuje się być za to ulotka turystyczna zabrana przez jednego z uczestników wycieczki; tym razem udaje się określić miejsce bez cienia wątpliwości.

DSCN7544

Z podrzędnej szosy zjeżdżam na jeszcze bardziej podrzędną. Nie żeby była zaniedbana – jest równa jak stół bez ani jednej łaty, z elegancko utrzymanym oznakowaniem – tylko bardzo wąska. Do tego stopnia, że w wielu miejscach przewidziano specjalne mijanki dla samochodów. Droga pełna zakrętów biegnie przez pola i lasy, cały czas pnąc się w górę. Wreszcie, nieopodal małego jeziorka należy skręcić w prawo. Asfalt się kończy definitywnie, jeszcze chwilę towarzyszą mi betonowe płyty w charakterze nawierzchni, potem i one się kończą. Zaczyna się wapienny szutr, który prowadzi na szczyt wapiennej skały. Po prawej stronie sterczą potrzaskane, ostre, skalne bloki. Po lewej stronie znajduje się kilkunastometrowa przepaść; od czasu do czasu pomiędzy krzewami i karłowatymi drzewkami można dostrzec cieniutką nitkę płynącego jej dołem strumienia. Dróżka zaczyna ostro piąć się w górę. Po prawej, wśród zarośli widoczna jest mała przerwa pomiędzy skałami. Znajduje się na niej niewielka polanka. To zresztą koniec drogi. Dalej nie da się już podjechać, dla zaprzęgu jest zbyt stromo. Spod tylnej opony wylatuje fontanna kamieni. Może gdyby zamiast gładkich szosówek były chociaż proste kartoflaki… Jednak okazuje się, że jestem na miejscu. Nie ma potrzeby wspinać się dalej.

Na polanie znajdują się pozostałości niewielkiej willi wiejskiej z I – II wieku naszej ery. Villa rustica. Odkryto ją na początku XX wieku, jak to zwykle bywa, przypadkiem. Sam zespół budynków jest o tyle ciekawy, że wykazuje mieszankę cech rzymsko-celtyckich.

Willa jest typowym przykładem budownictwa rzymskiego. Centralną jej część stanowiło atrium, centralne pomieszczenie w kształcie prostokąta z otworem w dachu i fontanną bądź zbiornikiem na wodę deszczową pośrodku. Koncentrowało się tu życie rodzinne, tutaj także przyjmowano gości. Znajdował się tu piec kuchenny, służący do przygotowywania posiłków a także częściowo do ogrzewania budynku.

DSC_5463 DSC_5407DSC_5491 DSC_5416

Pozostałości kuchni:

DSC_5412 DSC_5425

Z atrium przechodziło się do innych pomieszczeń. Budynek wyposażony był w piwnicę, dla której utworzenia sprytnie wykorzystano naturalne nachylenie terenu a także zimną łaźnię frigidarium.

Piwnica:

DSC_5424 DSC_5423 DSC_5418

Zimna łaźnia:

DSC_5453

Ciekawostką jest obecność hypocastum, czyli rzymskiej odmiany ogrzewania podłogowego. Słowo „hypocastum” oznacza dosłownie „podogień”. W pomieszczeniu ogrzewanym tym systemem podłoga była podniesiona około 80 cm powyżej poziomu gruntu i wsparta na szeregu podpórek zwanych pilae. Przestrzenie pomiędzy nimi tworzyły system kanałów powietrznych, które wypełniało gorące powietrze ze specjalnego pieca.

DSC_5426 DSC_5408

Spaliny wyprowadzane były na zewnątrz przez specjalne kanały w ścianach, dzięki czemu do wnętrza pomieszczeń nie dostawał się dym. Dodatkowo, ogrzewane były także ściany. Podłoga takich pomieszczeń miała specjalną konstrukcję.

DSC_5427

Tworzyły ją dwie warstwy płytek przedzielone warstwą betonu. Temperaturę regulowano przez zmianę ilości spalanego w piecu drewna. System miał wiele zalet, miał jednak i swoje wady. Jego uruchomienie było bardzo pracochłonne, wymagało także stałego dozorowania mocy ognia. Mimo tego należy uznać go za prekursora współczesnych systemów centralnego ogrzewania. System ten wynaleziono ponad 2000 lat temu!

DSC_5433 DSC_5428

Jednak sama willa to jeszcze nie wszystko. Sam budynek otoczony był kompleksem miniaturowych świątyń, których czytelne ślady zachowały się do dziś:

DSC_5448 DSC_5447 DSC_5451 DSC_5449

Jednak najciekawszym znaleziskiem jest studnia, poświęcona celtyckiej bogini płodności i zdrowia, Sironie. Jej imię dosłownie oznacza gwiazdę a kult jej związany jest zwyczajowo ze źródłami leczniczymi.

DSC_5441 DSC_5440 DSC_5446

Tak oto wyglądał miks cywilizacji rzymskiej i celtyckiej. Sama willa użytkowana była przez około 100 lat, po czym została zapomniana i obróciła się w ruinę a po dziś dzień zachowały się tylko jej fundamenty, dające jednak wyobrażenie o tym, jak żyło się na prowincji dawnego cesarstwa rzymskiego. Szkoda, że nie zachowało się nic więcej.

DSCN7549

Jednak nic straconego. Kilkadziesiąt kilometrów dalej znajduje się jedna z najlepiej zachowanych willi rzymskich w całej Europie.

Ale o tym przy innej okazji…

Pamiętnik znaleziony w garażu

Mixol2

Na pożółkłej, przedwojennej fotografii widać dostojnego, wąsatego mężczyznę dosiadającego pięknego motocykla. Na dole elegancko wykaligrafowana data: 1936. To pradziadek na swoim motocyklu, pierwszym w rodzinie. A może nie pradziadek, tylko jego brat? Tego niestety, nie da się już ustalić. Ludzi, którzy znali odpowiedź na to pytanie, nie ma już wśród nas. Zdjęcie również zaginęło wraz z grubym albumem. Nie ma za to wątpliwości co do motocykla. Układ silnika i piękne logo na baku oraz charakterystyczna rama nie pozostawiają wątpliwości. Był to Indian Scout, prawdopodobnie odkupiony z demobilu, co nie odejmowało mu nic z jego dostojeństwa. Co się z nim stało, można się tylko domyślać – zaginął zapewne w czasie wojennej zawieruchy, bo sprzedany wcześniej raczej nie został.

Indian

Wiele lat później dziadek zakupił od kuzyna motocykl SHL. Niestety, nie da się już dziś ustalić, jaki to był model. Podejrzewam M06 z silnikiem 150 ccm, jednak pewności żadnej nie mam. Zdjęć nie udało się odnaleźć; zaginęły wraz ze wspomnianym wyżej albumem. Wiem tyle, że najeździł się nią sporo, pchał stosunkowo niewiele. Objeździł nią kawał Polski. Jakichś spektakularnych awarii nie miał. Ot, zatkał się któregoś razu szmatą filtr powietrza i chwilę potrwało, zanim wspólnie z moim ojcem doszli do tego, co się stało. Innym razem zalało czy zmostkowało świecę… Czyli zwykłe sprawy, potwierdzające raczej znaną tezę o wysokiej jakości ówczesnych produktów Suchedniowskiej Huty Ludwików, czy może raczej Kieleckich Zakładów Wyrobów Metalowych, jak komuniści przechrzcili fabrykę.  Motocykl został po pewnym czasie sprzedany pod wpływem nacisków reszty rodziny, twierdzącej że dziadek zrobi sobie jeszcze na nim jakąś krzywdę. Zapewne wpływ na to miała również dziadkowa wywrotka na śliskim bruku. Jednak z opowieści wiem, że dziadek sprzedał motor wbrew sobie, aby tylko mieć spokój w domu i później bardzo tej decyzji żałował.

SHL

Mama w tym czasie wyjeździła się na WFM-kach i WSK-ach kuzynów i braci, jednak wspominać tych czasów nie chciała. „Motory są niebezpieczne”, mówiła. Jednak na zachowanych zdjęciach widać coś innego. Roześmiane twarze i motocykle zaparkowane na moście nad Pilicą… Dziś niewykonalne z racji ogromnego natężenia ruchu. Tak z zupełnie z innej strony: znajomy motocyklista niedawno zwierzył mi się, że stara się zainteresować swoje dziecko czymś innym niż motocykle, aby tylko odwrócić jego uwagę od nich. „Bo wiesz sam, że motocykle są niebezpieczne. To dla jego dobra…”. Jakie to cudownie nieszczere. Ale odbiegamy od tematu.

Pamietnik1

W każdym razie motocykle były w domu tematem zakazanym. Bo: „kuzyna dziadka ze strony cioci znajomy kolegi sąsiada miał kiedyś wypadek na motorze – no i nie przeżył”. Jakoś nigdy nie mogłem dowiedzieć się niczego więcej na ten temat, chociaż bardzo mnie to ciekawiło.

Nastały lata 80-te. Krajowy „przemysł motocyklowy” właśnie wydawał z siebie ostatnie tchnienie. Z linii montażowych w Świdniku zjeżdżały ostatnie WSK-i. Taki rechot historii, że ostatnim motocyklem produkowanym w PRL był najgorszy parch, konstrukcyjnie siedzący w początkowych latach 30-tych XX wieku, w prostej linii potomek motocykla wehrmachtowskiego łącznika, przeżywając o niemal 20 lat dużo bardziej zaawansowane i obiecujące konstrukcje… Cóż, nie mieliśmy szczęścia do motoryzacji. I rządzących.

Kolega kilka bloków dalej miał ojca w USA. Dzięki temu mieliśmy „dostęp” do czasopism ze „zgniłego Zachodu”, gdzie na lśniącym, kredowym papierze (do dziś pamiętam jego cudowny zapach i fakturę) można było zobaczyć tamtejsze motocykle, przede wszystkim japońskie, które wówczas święciły swoje największe triumfy. To nie mogła być prawda! Cztery a nawet sześć cylindrów! W czterosuwie! Pojemności przekraczające 1000ccm i moce idące w setki koni mechanicznych… Do tego nawet turbodoładowanie w niektórych przypadkach. Odlewane koła, hamulce tarczowe, wyświetlacze pierwszych komputerów pokładowych…

GPz

Tymczasem rzeczywistość była dużo bardziej szara. Kilku kumpli z mojego bloku zaczęło skupować stare graty gdzieś po wioskach i przywracać je do życia tylko po to, aby je potem spektakularnie dobić. Żywot swój skończyło w ten sposób kilka Kadetów, Komarów, Jawka Babetta… Doskwierał brak części zamiennych, których nie sposób było dostać a także problem z zakupem benzyny, będącej wówczas dobrem reglamentowanym. Bez kartek ani rusz. Zastępowano ją często rozpuszczalnikiem do farb, do którego któryś z chłopaków znalazł dojście dzięki znajomościom w osiedlowej administracji. Problem z olejem do mieszanki, z którym również było krucho, rozwiązywano podkradając z domowej lodówki olej jadalny… Nic więc dziwnego że gruchoty, po kilku okrążeniach wokół bloku w końcu musiały wyzionąć ducha i kończyły smutnie rozebrane na części pierwsze w kartonach, ustawianych wzdłuż ściany w blokowej suszarni z nadzieją że kiedyś, pewnego pięknego dnia, uda się dostać brakujące części i znów je uruchomić. Tymczasem części „pozyskane” z tychże kartonów służyły do krótkotrwałego uruchamiania innych nieszczęsnych motorowerów, zanim i one spoczęły w końcu we własnych kartonach. Koniec końców, we wczesnych latach 90-tych, kartony zostały uprzątnięte a części w nich zalegające pojechały na złom w ramach pierwszego większego remontu bloku.

Pewnego jesiennego dnia, gdzieś w połowie lat 80-tych podróżowaliśmy wyrobem samochodopobnym (PF 126P). Dzieciaki, jak zwykle, z tyłu. O fotelikach dla dzieci ani pasach bezpieczeństwa na tylnej kanapie nikt nawet nie słyszał, dzięki czemu mieliśmy dużą swobodę ruchów w całym jej obszarze. Ulubioną zabawą było rozpoznawanie marek i modeli napotkanych po drodze samochodów i motocykli. Nie było to trudne, bowiem ilość możliwych typów można było policzyć na palcach obu rąk i bardzo rzadko trafiało się coś, co mogłoby sprawiać problemy. W pewnym momencie z tyłu zamajaczyło pojedyncze światełko motocykla, które szybko zaczęło rosnąć. Jako że „Maluch” turlał się dość szybko (jak na „Malucha”), nie mogła to być pospolita WSK ani nic jej pokroju. To musiało być coś bardziej współczesnego. MZ albo… Jawa. To była Jawa, Twin Sport, nowy model o którym wiedziałem tyle, że dopiero co wszedł do produkcji. O nowym silniku podwórkowi gawędziarze snuli „legendy”, czyli bzdury mniejszego bądź większego kalibru. Faktem jednak było, że motor szybko nas dogonił a następnie elegancko, bez wysiłku, wyprzedził. Czarny motocykl z czarnymi kuframi bocznymi i centralnym, chromowane, tłuste tłumiki (dosłownie i w przenośni). Wypolerowany, nowoczesnego kształtu silnik. Kierowca, ubrany w czarny, skórzany kombinezon w czarnym kasku z przyciemnioną szybką…

Jeździec apokalipsy.

Jawa

Maszyna szybko oddaliła się, dymiąc lekko z grubych rur wydechowych. Zdążyłem zauważyć jeszcze po numerze rejestracyjnym, że motocyklista musiał przejechać już ogromny kawał drogi… „Co za głupek na motorze” – odezwał się w końcu ktoś z „dorosłych” – „w taką pogodę na wycieczkę się wybrał”. Pogoda rzeczywiście nie zachęcała do przejażdżek, jednak ja w tym momencie nie tylko nie uważałem motocyklisty za „głupka”. Wręcz przeciwnie, zazdrościłem mu z całego serca. Podejrzewam, że dorośli obecni w aucie również (nie pamiętam już, kto wówczas był z nami i czyim to „Maluchem” jechaliśmy). Gość na motorze nie tylko „nie bawił się w dorosłego” ale miał odwagę robić coś w poprzek ogólnie przyjętego schematu. „Easy Rider” Europy Wschodniej.

Widok ten pozostał mi w pamięci na zawsze. Nie spodziewałem się jednak, jakie silnie odciśnie się w mojej psychice.

Wiosną na osiedlowym podwórku zaszły zmiany. Jeden ze starszych kolegów dostał od rodziców używany motocykl MZ ETZ 150, na którym, rzecz jasna, „musiał” przewieźć całe podwórko. Na ulicy obok naszego bloku położyli właśnie nowy asfalt, równiuteńki jak stół, więc mieliśmy nawet gdzie się rozpędzić. Zresztą niedługo potem ulicę skuto, aby poprowadzić pod nią rury a wyrwę niechlujnie załatano. Droga wróciła do socjalistycznego standardu. Za to jeszcze przez kilka tygodni wszyscy szczęśliwcy którym dane było się przejechać, opowiadali sobie z wypiekami na twarzach o szczegółach przejażdżki, przyspieszeniach etc. Zresztą, tylko to nam pozostało, bowiem MZ wkrótce skutecznie się popsuła. Inna wersja tej opowieści mówi, że przyłożył się do tego walnie sam właściciel. W każdym razie stało się: motocykl zaległ w garażu a wszelkie próby jego „naprawienia” dokonywane przez kolejnych „specjalistów” powodowały jedynie pogorszenie się stanu chorego. W końcu właściciel dał za wygraną, MZ pokryła się pajęczynami i kurzem i po latach została sprzedana za jakieś śmieszne pieniądze.

Jakiś czas potem do naszego bloku, w miejsce nielubianego sąsiada, wprowadziła się rodzina z dwójka dzieciaków. Starszy był w moim wieku. Szybko okazało się, że nadajemy na jednej fali. W garażu miał Ogara z silnikiem Jawowskim, na którym odbyliśmy pierwsze dalsze jazdy. Jak Ogar się nie zepsuł albo nie złapało nas ORMO, wracaliśmy na kołach. Jak się zepsuł to pchaliśmy. Jak złapało nas ORMO to zazwyczaj również pchaliśmy, tylko szło oporniej, bo ormowcy spuszczali nam powietrze z kół. Milicja nie interesowała się nami zupełnie. Ogar zresztą wkrótce uległ „ciężkiej kontuzji”, po której nie opłacało się go już naprawiać. Jego miejsce zajęła WSK 125ccm, kupiona za równowartość butelki wódki (tej tańszej). Maszyna nazwana została pieszczotliwie „Zemstą Świdnika” z racji częstych awarii które powodowały, że Wiejski Sprzęt Kaskaderski więcej stał niż jeździł. Motocykl nie miał żadnych papierów ani ubezpieczenia, ja nie miałem, rzecz jasna, prawa jazdy. Czyli pasowaliśmy do siebie. Jedynym „pozorem praworządności” była stara, pordzewiała tablica rejestracyjna, trzymająca się rozpaczliwie na jednej śrubie.

Mixol2

Mniej więcej w tym czasie, za sprawą innych „tajemnych geszeftów”, stałem się mniej szczęśliwym posiadaczem szczątków skundlonego do granic możliwości Junaka. Męczyliśmy się ze sobą chyba ze dwa lata, przy czym obcowanie z „polską myślą techniczną” nie wyszło na dobre ani mi, ani rzeczonej myśli technicznej. Udało się doprowadzić do tego, że silnik zagadał, co jednak w żadnym razie nie oznaczało, że przejechał o własnych siłach chociaż metr. Wreszcie, zupełnym przypadkiem, znalazł się kupiec który zaoferował za wraka kwotę wystarczającą, aby mnie przekonać do jego sprzedaży. Należy nadmienić, że były to czasy gdy o „klasykach-peerelu-jedyny-taki-zobacz-dla-konesera” nikt nie słyszał i kupa złomu zasadniczo była kupą złomu. Kupcem był kolega z bloku obok, który przy pomocy starszego brata próbował złożyć jednego całego Junaka z kilku wraków. Trzeba przyznać, że udało mu się to nadspodziewanie dobrze i motocykl odrestaurował perfekcyjnie, chociaż trwało to kolejne kilka lat. W międzyczasie, oprócz wspomnianego już Junaka, zmontował również dziecko jakiejś dziewczynie i musiał ponieść tego konsekwencje. Znaczy się żenić. Młoda małżonka szybko wzięła sprawy w swoje ręce (znaczy się chłopaka pod pantofel) i świeżo odbudowany motocykl musiał szukać nowego domu. Przejeździł niecały jeden sezon i sprzedany został za jakieś śmieszne pieniądze. Niedługo potem zaczął się szał zwany „klasyki Peerelu” i tego typu sprzęty złapały kilkunastokrotny mnożnik ceny. Tym samym chłopak został bez motocykla i bez pieniędzy. Złoty interes. Ale wybiegamy zanadto w przyszłość.

Jakoś niedługo po nabyciu WSK-i i szczątków Junaka, starszy brat wspomnianego wcześniej kolegi (tego z ojcem w USA) miał osiemnaste urodziny. Był to już początek przemian ustrojowych a ja miałem za sobą egzaminy wstępne do liceum. Za otrzymane wówczas $$$ zakupił jeszcze w Pewexie nowiuteńką Jawę 638 TS. Czarną. To było marzenie. Po prostu bajka. Z dychawicznej, wiecznie umierającej WSK-i 125 ccm przesiadłem się nieśmiało na pachnącą nowością, świeżo dotartą Jawę 638 Twin Sport. Moc 26 KM, zdawcza 17’. To było to. Tej jazdy nie zapomnę do końca życia. Basowy, równy pomruk twina, lekkie wibracje na wolnych obrotach. Jedynka, sprzęgło… i maszyna dosłownie wystrzeliła ze mną, obrotomierz w oka mgnieniu wskoczył na czerwone pole, dwójka i gaz – znów czerwone pole na obrotomierzu; trójka i wrażenie, że oczy wpadają do środka głowy; czwórka – prędkościomierz wskazuje już wartość trzycyfrową a maszyna ciągle się rozpędza. Jezdnia ucieka pod nogami w szaleńczym pędzie, rozmywając się w jedną szarą plamę, łomot wiatru, przeszywający ryk silnika… Na tę krótką chwilę świat należał do mnie. Po tej jeździe nic już nie było takie samo. Żaden inny motocykl nie zrobił na mnie nigdy później takiego wrażenia. Do domu wracałem jak ogłuszony. Brat kolegi zrobił potem tak zwany „interes życia”, czyli zamienił Jawę na pojazd szumnie zwany „samochodem” (PF 126P) i tak skończyła się jego przygoda z jednośladami. Mi zaś choroba pozostała (mam nadzieję) na zawsze.

Pamietnik2

Nastąpiło rozstanie z WSKą. Nawet nie z powodu jej wiecznej niedyspozycji. Po prostu w domu wydało się, że posiadam na stanie motor. Trudno było się spodziewać innego obrotu sprawy, skoro „parkowała” w piwnicy w tym samym bloku, tylko w innej klatce. Poszła za równowartość kwoty, za którą została nabyta, można więc powiedzieć że na niej nie straciłem.

Kolega od śp. Ogara nabył wkrótce używaną MZ ETZ 251. Ja się do niej trochę dołożyłem, można więc powiedzieć że byłem jej współwłaścicielem. Ta opcja była bezpieczniejsza (przynajmniej tak mi się wydawało). Niestety, jakiś czas później nakrył nas mój ojciec, gdy wracaliśmy MZ-ką z „izirajdingu”, czyli jakiejś dalszej wycieczki po okolicy. Była wielka awantura która w sumie nic już nie wniosła, bowiem rodzice kumpla od MZ-tki skończyli właśnie budować dom na peryferiach miasta, wkrótce się przeprowadzili i kontakt z nim się urwał. Zresztą, przed samą przeprowadzką MZ zdążyła się popsuć podczas jakiegoś ważniejszego wyjazdu. Popsuć mocno problematycznie, bowiem padł elektroniczny moduł zapłonowy, ponoć „niezniszczalny”. Poza tym osiągnąłem już wiek, w którym można było zrobić legalnie prawo jazdy (wówczas 17 lat). Takowe prawko zrobiłem, rodzice czujnie baczyli jednak, abym przypadkiem nie zrobił jednak kategorii A.

Na studiach, w „bezpiecznej odległości” od rodzinnego domu nie udało mi się tego braku nadrobić. Kieszeń studenta była wiecznie dziurawa, wydatki skutecznie dorównywały (a często nawet wyprzedzały) dochody, więc nie było nawet o czym marzyć. Potem praca i emigracja na której to zwróciłem po raz pierwszy uwagę na „klasyczne motocykle japońskie”. Nawet nie myślałem, że taka karkołomna konstrukcja zdaniowa jest możliwa. Zapewne przez kontrast do wszechobecnych Harlejów (byłem w USA). Tam też całkowicie straciłem ciśnienie na posiadanie jakiegokolwiek choppera. „American by birth. Rebel by choice.” Tak, jasne; już widzę amerykańskiego księgowego w roli buntownika. Przecież on jest już spocony na sam widok radiowozu… Ale znów odbiegamy od tematu.

Kończyła się ważność wizy i należało odpowiedzieć sobie na jedno ważne pytanie: co dalej? Nastąpiła brzemienna w skutkach decyzja o powrocie do kraju. A w kraju wiadomo – wiązanie końca z końcem. To nie tak miało być. Znów minęło kilka lat. Choroba zwana motocyklizmem wydawała się być zaleczoną. Tym bardziej, że początek XXI wieku nie był okresem szczególnej mody na motocykle.

Jednak motocyklizm ma wiele wspólnego z alkoholizmem. Nie da się go zaleczyć ot tak sobie. I pewnego dnia stało się to, co było od wielu lat nieuniknione. Z jednej strony w pracy miałem kilku kolegów, którzy jeździli na motocyklach, jednak na chopperach a to nie była moja bajka. Ale mimo to mieszanka została jednak sprężona. Brakowało już tylko iskry.

Motocyklowa slodka

I stało się. Późnym latem znajomy poprosił mnie, abym przy okazji podróży służbowych załatwił mu jakąś sprawę w wiosce „u wrót Mazur”, bo znalazł tam ogłoszenie o sprzedaży gruntu.

W życiu jest czasem tak, że pewne sprawy finalizują się same w najmniej oczekiwanych momentach. W każdym razie znalazłem w owej wiosce właściciela rzeczonych gruntów, z tym że tego dnia załatwiłem dwie transakcje – zakupiliśmy rzeczony grunt oraz… zupełnie niespodziewanie stary motocykl marki Jawa, typ 634. Motocykl zakupiony został w stanie „jak stoi”, nie odpalany bo i nie było jak go odpalić. Czyli zupełnie odwrotnie niż powinno się robić. Jednak podświadomie czułem, że to jest właśnie „ten” egzemplarz.

Wrak

Pierwsze zakupy w sklepie motocyklowym. Akumulator, filtr powietrza, gumy w miejsce tych sparciałych. Aby tylko maszynę uruchomić. Jednak w garażu okazało się, że to jednak „nie tak miało być”. Lista braków zaczęła się wydłużać w postępie geometrycznym. W filtrze powietrza było gniazdo myszy a instalacja elektryczna służyła gryzoniom do ostrzenia zębów. Gdy już udało się ją ogarnąć i uruchomić silnik, okazało się, że z łożysk wału pozostało zaledwie wspomnienie. Hamulce w zasadzie nie istniały; tylny w ogóle, przedni prawie. Zawieszenie przednie – złom. Gumy i uszczelki na śmietnik. Gaźnik miał uszkodzone gwinty i „dzięki” temu potrafił się w czasie jazdy samodzielnie zdemontować na części pierwsze – z wiadomym skutkiem. Do zimy więcej się napchałem niż najeździłem. Jakby tego było mało, na koniec doszły problemy z „cudowną” prądnicą 6V. Czego się nie dotkniesz, to się rozpada… W pewnej chwili miałem już dość. Pierwsze chwile zwątpienia.

Pierwszy wyjazd motocykla o własnych siłach:

Powrót, rzecz jasna, pchając.

„Nie przejmuj się” – mawiali kumple motocykliści z nutką złośliwości w głosie – „to normalne, ten motor będzie się psuć ciągle”. Wspierała ich w tym zdaniu rodzima literatura przedmiotu, z lektury której niezbicie wynikało, że Jawa nie może przejechać stu metrów, żeby choć raz się nie zepsuć…

Doszedłem do punktu, w którym należało zadecydować, co dalej. Wóz albo przewóz. Robimy od podstaw albo sprzedajemy.

Zwyciężyła opcja pierwsza. Zaczęło się od wnikliwego czytania literatury przedmiotu; w owych czasach nie było tego dużo. Przyszła pora na powolny, lecz systematyczny remont. Instalacja elektryczna została przerobiona na 12V, układ zapłonowy na elektroniczny CDI. Wał został perfekcyjnie zregenerowany, gaźnik wymieniony na inny, od nowszego modelu. Zawieszenie naprawione, hamulce również. Powoli motocykl zaczął nabierać kształtów.

Jawa po remoncie

Niezapomniana była pierwsza jazda świeżo odremontowanym motocyklem. Była wczesna wiosna, dzień jeszcze krótki a ja w zapadającej szarówce pomyliłem drogę. Gdy zorientowałem się gdzie jestem, byłem już jakieś 60 km od domu. Podczas powrotu, w kompletnych ciemnościach na jakimś totalnym zadupiu, nagle silnik zaczął przerywać i zgasł… Byłem bliski zawału serca! Nie było jednak powodu do paniki, to tylko paliwo się kończyło. Po przełączeniu kranika na rezerwę silnik pracował dalej normalnie. Motocykl dowiózł mnie bez problemów do domu. Potem jeszcze na kilka zlotów i imprez w okolicy. Następnie odważyłem się wybrać do innego województwa, potem w inny rejon Polski, wreszcie także za granicę.

Ale to już zupełnie inna historia…

Wszelkie podobieństwo do osób lub sytuacji jest oczywiście całkowicie przypadkowe 😉

Intermoto 2015

DSC_7255

Stało się. Intermoto 2015 w Saarbrücken przeszło do historii. Wystawa inna niż wszystkie poprzednie. Organizatorzy zapewne będą mówić o pechu. Zarówno wystawcy, jak i odwiedzający stawili się mniej licznie niż rok czy dwa lata temu. Stoiska również były jakby skromniejsze.

Ale ilość przeszła w jakość. Ludzi było faktycznie mniej, ale klimat imprezy najlepszy od lat. Z każdym dało się porozmawiać. Dowiedzieć się, jak tuninguje się Hayabusę i czy po sprzedaży takiego motocykla można się zachwycać jeszcze jakimś innym?

Niezapomniana była rozmowa z mechanikiem i zawodnikiem motocyklowym z lat 60-tych XX wieku, który w tamtych czasach sam musiał sobie budować motocykle do wyścigów drogowych. Niesamowite wrażenie robią cywilne maszyny BMW z silnikami od samochodu DKW albo sześciocylindrowcem w układzie gwiazdowym o pojemności 125 ccm, kręcącym się do wariackich prędkości obrotowych aby wykrzesać w końcu z siebie te niecałe 30 KM… Jakże inaczej patrzy się na tamte czasy, gdy trzeba było samodzielnie wyszykować sobie sprzęt do wyścigów…

Dopisały „starocie”. Nie zabrakło także customów i wszelakich nowości-bo mimo iż mam do nich raczej chłodny stosunek, mam również także świadomość, że każdy pojazd był swego czasu nowością. Tradycyjnie już, na terenie targów odbyły się również jedne z pierwszych zawodów motocrossowych.

Tymczasem zapraszam do galerii. Było na co popatrzeć:

Ruiny kościółka w Zajączkowie

Zajaczkowo

Jest to moje najciekawsze odkrycie 2010 roku. Poczynione zostało przypadkiem podczas drugiego dnia pamiętnego rajdu „Szlakiem warowni krzyżackich…” opisywanego już w podróżach. Kościółek położony jest bardzo malowniczo, wśród łąk, blisko rzeczki, na skraju wsi, z dala od zabudowań.

Informacje na temat tej świątyni są bardzo lakoniczne. Zbudowana jako jednonawowa świątynia z gotyckim portalem, zakrystią od północy i kruchtą od południa oraz dwoma szczytami od strony wschodniej i zachodniej. Do jej budowy użyto obciosanych polnych kamieni, spojonych zaprawą wapienną. Górne partie murów zbudowano z cegły, uzupełniono nią także otwory drzwiowe i okienne. Kościół kryty był dwuspadowym ceramicznym dachem a zakrystia drewnianym daszkiem. Od strony zachodniej na dachu znajdowała się niewielka wieżyczka, na której wisiały trzy dzwony.

Rekonstrukcja wyglądu świątyni w okresie świetności:

Zajaczkowo

Fundatorem kościółka, pod wezwaniem św. Jana Chrzciciela, był nieznany z imienia rycerz, właściciel ziemi w Zajączkowie. Utrzymanie zapewniały cztery włóki dzierżawionej ziemi, jednak z czasem świątynia zaczęła podupadać. W 1622 roku budynek był zrujnowany. Odbudowano go w XVII wieku.

W czasie zaborów majątek w Zajączkowie nabył za 13 260 talarów dziedzic Gustaw Hertzel, który chciał zamienić świątynię w spichrz zbożowy. Rząd pruski jednak, mimo sprzeciwu biskupów, nakazał jej rozbiórkę. Ostatnia msza odprawiona została w 1834 roku. W 1865 roku kościół sprzedano za 27 talarów i rozebrano dachy. Dwa z trzech dzwonów, jeden z 1745 roku, drugi z 1775 roku trafiły do kościoła parafialnego w Dźwierzynie. Niedaleko świątyni znajdował się cmentarz ewangelicki. Obecnie nie ma po nim śladu.

Ruina zachowała się w dobrym stanie, nie jest zdewastowana ani zarośnięta roślinnością. Widać, że mieszkańcy Zajączkowa dbają o swój zabytek.

Widok na pozostałości świątyni:

01

Kościółek jest bardzo blisko drogi, dobrze widoczny – na upartego można podjechać pod same mury:

02

03

Stan zachowania murów jest dość dobry.

Maki znalazły tu swój azyl:

04

Wejście główne:

05

Mimo faktu, że ze świątyni nie pozostało zbyt wiele, na pewno warta jest odwiedzenia ze względu na niesamowity urok i klimat, który roztacza. Warto usiąść w cieniu kamiennego muru, zamknąć oczy i dać przenieść się w czasy średniowiecza…

Linki:

http://pl.wikipedia.org/wiki/Zaj%C4%85czkowo_%28wojew%C3%B3dztwo_kujawsko-pomorskie%29

www.gminachelmza.pl

http://maps.google.com/maps?f=q&hl=pl&geocode=&q=Zaj%C4%85czkowo+%28wojew%C3%B3dztwo+kujawsko-pomorskie%29,+Polska&ie=UTF8&ll=53.217778,18.7725&spn=0,0&t=h&z=12