Month: Grudzień 2018

In Rust We Trust

DSC02259

Kolejny napotkany motocykl w stanie częściowego rozkładu, co jest o tyle ciekawe, że nie wygląda on na jakoś specjalnie zużyty lub uszkodzony. Poza tym to duża maszyna, która na rynku wtórnym jest warta całkiem przyzwoity pieniądz. Jednak postępy korozji elementów chromowanych wskazują, że integruje się ona z otoczeniem od co najmniej dobrych kilku miesięcy. Jeśli nie dłużej.

DSC_3236

Zasadniczo mógłbym w tym miejscu zakończyć opis i przejść do wklejenia zdjęć. W końcu to nie pierwszy motocykl na tej stronie, który ulega dekompozycji i biodegradacji. Jednak kilka spraw nie daje mi spokoju.

DSC_3234

Po pierwsze – wiele lat temu o mały włos nie stałem się sam posiadaczem Intrudera, tyle że mniejszej wersji 750. Jeśli wierzyć literaturze przedmiotu, był to pierwszy „prawdziwy czoper” z Kraju Kwitnącej Wiśni, który miał być na dodatek również moim pierwszym „dużym” motocyklem, czyli takim o pojemności większej niż 500 cm3.

DSC_3237

Spodobało mi się w nim kilka detali, jak na przykład chłodzenie cieczą czy napęd wałem. Nie powiem że mnie ten motocykl jakoś specjalnie urzekł, bo tak nie było. Za to kilku znajomych jeździło różnymi wersjami Intruderów i jakoś nie narzekali – a to już było coś.

DSC_3238

Rzeczonego motocykla w końcu nie kupiłem. Z jednej strony tak właściwie to wcale nie o taki motocykl mi chodziło, tylko nie do końca sobie to wówczas uświadamiałem.

Inna rzecz, że motocykl wyglądał dużo lepiej w ogłoszeniu niż w rzeczywistości. Ogłoszenie było zresztą „gazetowe”, więc jedno miniaturowe zdjęcie nie dawało wielkiego wglądu w jego stan techniczny. A ten, najogólniej mówiąc, za dobry nie był.

DSC_3239

Ja wiem że prawdziwy facet zna ponoć tylko trzy kolory: zaj*****ty, pedalski oraz **ujowy. Jednak ten „prawie mój” egzemplarz nie dość że miał kolor właśnie z tej ostatniej kategorii, to na dodatek położony również ***owo. I chyba właśnie świadomość faktu, że tego fatalnie położonego zgniłozielonego lakieru w metaliku (kto takie kolory w ogóle wymyśla?) trzeba będzie się pozbyć w pierwszej kolejności, bo motocykl wygląda tak, jakby go coś zeżarło i zwróciło, zniechęciła mnie ostatecznie do zakupu. Cena przestała być już okazyjna.

DSC_3240

Po drugie zaś – ja znam ten motocykl. To znaczy w pewnym okresie spotykałem go na różnych zlotach i spędach. Obrazek na zbiorniku był zbyt charakterystyczny. Ale właściciela nie mogłem skojarzyć.

DSC02259

A skoro motocykl „znam”, to jego los przestał mi być już tak zupełnie obojętny. Ja wiem, że to tylko maszyna…

Ale przez chwilę miałem nadzieję, że właściciel się pojawi i zaproponuje mi odkupienie tego złomu.

DSC_3241

A gdyby cena była odpowiednia, czyli niezbyt odbiegająca od tego, co można by dostać za to na skupie złomu, to bym się chyba nawet zdecydował zabrać gruza. Nawet pomimo faktu, że mam już co robić w garażu.

Opierdzieliłbym go na czarno, łącznie z tymi pordzewiałymi chromami, wywaliłbym te czachy i inne duperele i tak jeździł aż poodpadają koła, ku rozpaczy znajomych „czoperowców”.

Niestety, właściciel się nie pojawił a budynek okazał się również opuszczony.

Tak więc wygląda na to, że motocykl skazany jest na dalszą, powolną integrację ze środowiskiem.

 

Linslerhof 2018

DSC_2523

Ten rok był mocno nietypowy. Najpierw, na samym początku lata powodzie w wielu rejonach, potem zaś, dla odmiany, długotrwałe susze. Dzięki temu nie odbył się jubileuszowy, 30 już zlot motocyklowych zaprzęgów w Weiswampach, na którą to imprezę umawiałem się z ludźmi z całej Europy niemal od roku. Co jak co bowiem, ale przegapić jubileuszową trzydziestą edycję? A jednak wała – zlot się nie odbył z powodów administracyjnych. Susza w regionie, racjonowanie wody, wszelkie imprezy odwołanie aż do odwołania…

Mój zapał do imprez i zlotów nieco jakby przygasł, na coroczny zlot oldtimerów w dworze Lonslerhof jednak pojechałem. Faktem jest jednak, że odbyło się to po dłuższym wahaniu oraz tylko na jeden z dwóch dni.

Tu także można było zauważyć, że ten sezon nie jest dla nikogo łaskawy. Niby wszystko odbywało się jak co roku, tylko aut jakoś mniej, zwiedzających również a motocykli niemal wcale. Doszło do tego, że wyścigi jednośladów oraz zaprzęgów w ogóle się nie odbyły.

Motongów jak na lekarstwo. Te które mimo wszystko przybyły starałem się obfotografować możliwie dokładnie 🙂

DSC_2487

DSC_2489

DSC_2490

BP. Co ciekawe, najbliższa znana mi stacja tego koncernu znajduje się w Belgii.

DSC_2494

W pewnym momencie myślałem już, że będę zmuszony fotografować wyłącznie auta. Niby też wdzięczne obiekty a na dworze Linslerhof zawsze jest na czym obiektyw zawiesić. Arystokratyczne pochodzenie zobowiązuje.

DSC_2495

DSC_2499

DSC_2503

DSC_2504

DSC_2505

DSC_2508

DSC_2516

DSC_2517

Wtem na dziedziniec wtacza się motocykl dawno już nie widziany. Mój znajomy twierdził kiedyś, ze to najlepsza maszyna do trollowania zlotów posiadaczy H-D. Tak, to Harley – Davidson XA, amerykańska „podróba” BMW. No dobrze, to tylko jego „replika”  przerobiona na bobbera. W sumie do trollowania są lepsze motocykle, jak na przykład Hummer. Wielka szkoda że się tu żaden nie pojawił.

DSC_2522

Prawie jak Harlej.

DSC_2523

A obok zwyczajne BMW.

DSC_2526

DSC_2528

Niedaleko, obok stodoły, schował się Zephyrek. Silnik jakby znajomy.

DSC_2529

Hippisi wrócili. Make VW, not war. A może to jednak szło jakoś inaczej…

DSC_2533

Ciekawe, ile czasu trzeba pozostawić auto na pustyni by się tak spatynowało? W tutejszym klimacie mogłoby co najwyżej spleśnieć, zgnić i pokryć mchem na koniec.

DSC_2534

Słynne kartofle:

DSC_2535

A gdy już myślałem, że nic mnie dziś nie zaskoczy, na dziedziniec wjeżdża łącznik Wehrmachtu na DKW NZ500. Maszyna dość rzadka, bo OKW za dwutaktami nie przepadało a dla cywila potężny bądź co bądź dwusuw był drogi. Armia bowiem z zasady z kosztami liczyć się nie musi a zwykły obywatel owszem, co w sumie wynika z tego, że za te wojskowe zakupy płaci szary człowiek w swoich podatkach. Pewną ich ilość jednak wojsko połknęło, bowiem w warunkach wojennych każdy pojazd był na wagę złota – i to jest właśnie jeden z nich.

DSC_2541

DSC_2545

Później pojawiło się nawet jeszcze kilka jednośladów.

DSC_2547

Tego zaś wcale nie widzieliście. Nic się nie stało. Proszę scrollować dalej 😉

DSC_2548

Anatomia muzyki – AC/DC

Muzyka

Jeśli jesteś fanem ostrzejszego rocka, więcej niż pewne jest, że na Twojej półce z płytami stoi lub stał album tej grupy. Zapewne nawet więcej niż jeden. W pewnym okresie po prostu nie mogło być inaczej. Nie dało się i już. To było naturalne.

Była druga połowa lat 80-tych XX wieku. Kumpel z mojej ówczesnej podstawówki mówi mi, żebym wpadł do niego po lekcjach i koniecznie zabrał ze sobą czystą kasetę magnetofonową. Dostał właśnie paczkę od ojca a w niej kilka płyt kompaktowych. Kompaktowych!!! Jedna powinna mi się spodobać. Tak, kumpel miał ojca na „zgniłym Zachodzie”, jak mówiła ówczesna propaganda i w związku z tym posiadał w domu rzeczy, o których zwykły polski śmiertelnik nawet wówczas nie marzył, bo nawet nie miał pojęcia o ich istnieniu.

Wpadłem do domu, złapałem pierwszą lepszą czystą taśmę marki „Stilon Gorzów” w stylowym kolorze różowym, z dumnym dopiskiem „niskoszumowa” i poleciałem do kumpla. Zobaczyłem niewielki stosik płyt. Wśród nich była TA. Od razu wiedziałem że to ona, mimo iż nazwa zespołu i tytuł płyty „Back In Black” wówczas nic mi nie mówiły. Ale czarna okładka i krój czcionki w nazwie zespołu mówił wszystko. Kumpel włożył płytę do odtwarzacza, popatrzył chwilkę z politowaniem na moją kasetę, która wyglądała żenująco przy jego zbiorach taśm SONY i TDK, co nawet ja w owej chwili zauważyłem, po czym odpalił sprzęt. Zestaw o którym można by było napisać również osobne opowiadanie.

DSC_3157

Cisza. Żadnego szumu, żadnych trzasków. Coś niesamowitego. Po czym nagle nastąpiło uderzenie dzwonu od którego zatrzęsła się podłoga i ściany. Jedno, drugie, trzecie. Potem gitara i perkusja, wszystko czyste jak kryształ. Było to również moje pierwsze spotkanie z cyfrowym zapisem muzyki. Słuchałem jak zaczarowany.

W domu z lękiem odpaliłem kasetę na swoim „sprzęcie”. Był to magnetofon marki „Unitra” ale z wielkim napisem „Grundig”.  Bo były to takie ciekawe czasy, że mimo iż w Polsce produkowało się niemal wszystko, to ciężko było kupić cokolwiek. Przy każdym zakładzie pracy istniały „Ośrodki Badawczo – Rozwojowo – Racjonalizatorsko – Inżynierskie”, ale gdy jednak trzeba było coś wyprodukować i jeszcze fajnie by było, żeby to coś w ogóle działało, kupowało się licencję. Taka dziwaczna logika. Tak więc magnetofon „nasz, polski”, tylko na licencji Grundiga. Kaseta również „nasza”, chociaż podobno była to również jakaś stara licencja od firmy AGFA. Magnetofon był zmyślnie podpięty do wzmacniacza Unitra z gramofonem (jak mówią wtajemniczeni – licencja Telefunken), dzięki czemu „sprzęt” miał dodatkowych kilka watów mocy, rachityczne kolumienki Tonsila (licencja Pioneer) i „wrażenie stereo” pełną gębą. Żeby zaś tego połączenia dokonać, nauczyłem się sam sztuki lutowania ciężką i nieporęczną dziadkowa lutownicą. Urządzenie to zresztą Dziadek wykonał całkowicie własnoręcznie. Styl kubański wersja PRL. Na pocieszenie – wówczas robili tak niemal wszyscy. Każdy kombinował jak potrafił.

Kaseta na moim sprzęcie nie brzmiała oczywiście tak dobrze jak płyta kumpla. Prawdę mówiąc brzmiała tragicznie. Wówczas zrozumiałem, jak wiele zależy od nośnika i sprzętu i jak wiele z muzyki można przez niego stracić. Kasety słuchałem jednak dokąd tylko się dało. Czyli niespecjalnie długo. Po pewnym czasie poległa, wcięta przez mechanizm odtwarzacza. Unitra na licencji Grundiga, jakby ktoś pytał 😉

Na kilka lat zapomniałem o AC/DC. Aż do roku 1990. Wtedy to właśnie inny kolega pożyczył mi płytę analogową z albumem „The Razor’s Edge”. Tu zapewne dzisiejszy wyznawcy płyt gramofonowych spojrzą po sobie z niedowierzaniem. „Jak to, pożyczył analoga?” Tak, pożyczył. Żeby było zabawniej, nie proszony, sam z siebie. Miał to się podzielił. Muzyka nie była tak dostępna jak dziś, więc pożyczaliśmy sobie płyty i kasety. Ludzie byli wobec siebie życzliwsi. Z drugiej strony, w dzisiejszych czasach gdy wszystko (a nawet więcej) jest już w Internecie, pożyczanie sobie płyt straciło już jakikolwiek sens.

DSC_3151

Ten album to oczywiście kopalnia niezapomnianych hitów. Przesłuchałem go kilka razy pod rząd na swoim „drapaku”, po części dlatego że to naprawdę wspaniała płyta. Drugi powód był prozaiczny. Kumple, gdy dowiedzieli się, w jakiego to „skarbu” posiadanie wszedłem, dali mi kilka kaset na przegranie. Jeden odsłuch – jedna kopia dla kumpla. Dziś to w zasadzie piractwo ale wówczas nikt o tym nie myślał a polskie prawo było pod tym względem bardzo dziurawe. Sytuacja zmieniła się dopiero w lutym 1994 roku.

Tak się jakoś dziwnie złożyło, że los zetknął mnie z dwoma, chyba bez przesady można powiedzieć, najważniejszymi albumami zespołu, kamieniami milowymi, którymi muzycy udowadniali że dobry stary rock nie rdzewieje i ze wciąż są w pierwszej światowej lidze. Oczywiście nie licząc „Highway To Hell”, która jest klasą samą w sobie.

DSC_3156

Potem pochłonęły mnie cięższe klimaty i dźwięki, trochę w myśl naiwnej nieco zasady że „mocniej znaczy lepiej” i stary, dobry AC/DC poszedł nieco w odstawkę. Jednak nigdy do końca. Stare kasety się zużyły, zakupiłem inne, które dla odmiany potem zaginęły bez wieści… Po latach wreszcie zdobyłem się na zakup interesujących mnie wydawnictw na CD. Na koniec zaś, niczym wisienka na torcie, sentymentalnie pojawił się „The Razor’s Edge” na płycie gramofonowej. Dokładnie tak, jak 28 lat temu, gdy zetknąłem się z nim po raz pierwszy.

DSC_3116

To wydanie oczywiście jest dużo lepsze niż te sprzed ponad ćwierćwiecza. 120 gramowy winyl, do tego gruba wkładka. Płyta nawet nie trzeszczy – technika poszła nawet tu naprzód, doskonaląc także ten archaiczny nośnik.

Z ostatnich nabytków warto by wymienić album „Black Ice”. Nie ma tu może hitów na miarę „Hell’s Bells”, „You Shook Me All Night Long” czy „Thunderstruck”, jednak płyta jest bardzo równa, zagrana z ogniem od początku do ostatniej nuty… I to już w zasadzie prawie koniec tej opowieści.

DSC_3158

Czy jestem fanem AC/DC? Trudne pytanie. Z jednej strony moja dyskografia grupy mimo wszystko ma więcej dziur niż ciągłości. Z drugiej strony…

DSC_3150