Month: Sierpień 2019

Dni Klasyki 2019

DSC_4720

Już w zeszłym roku impreza zaliczyła takiego doła, po którym obiecałem sobie że więcej się już na nią nie wybiorę. Słowa jednak nie dotrzymałem, dając Dniom Klasyki jeszcze jedną szansę.

Niestety, nadaremnie. Nie chcę być złym prorokiem, ale powoli można chyba zacząć odprawiać stypę nad tym zlotem. Kilka zdjęć na osłodę.

DSC_4715

DSC_4717

DSC_4721

DSC_4723

DSC_4728

DSC_4732

DSC_4733

DSC_4737

DSC_4738

To zdjęcie najlepiej chyba podsumowuje imprezę. Mówi o niej więcej niż tysiąc słów.

DSC_4719

„A kto umarł, ten nie żyje!”

O książce „Najdłuższa podróż”

DSC_4580

Alfred Hitchcock mawiał ponoć, że dobry film powinien zaczynać się od trzęsienia ziemi a potem napięcie powinno nieprzerwanie rosnąć.

Podobnie jest z tą książką. Z tym że nie jest to filmowa fikcja a najprawdziwsza relacja z podróży. Jednej z najbardziej niesamowitych jakie zdarzyło mi się czytać.

Emilio już od dziecka ma jedno marzenie. Podróż dookoła świata. Jeszcze nie wie jak i kiedy , jednak jest przekonany że pewnego dnia tego dokona.

Któregoś dnia, już jako dorosły, młody człowiek, przypadkowo trafia do salonu Hondy i zakochuje się w Gold Wingu GL 1100 Interstate. Jest tylko jeden problem. Motocykl kosztuje 26000 dolarów amerykańskich a Emilio mieszka w Argentynie, która jest krajem trzeciego świata…

Mimo tego, dzięki uporowi, przypadkom i szczęśliwym zbiegom okoliczności staje się właścicielem nowego goldasa. Chociaż nie bardzo ma pojęcie o podróżowaniu motocyklem, z 308 dolarami w kieszeni wyrusza na podbój świata. Brzmi to jak dobry plan.

Razem z Emilio ruszymy przez świat. Jego relacja jest z jednej strony dość oszczędna jeśli chodzi o słowa, z drugiej – bardzo obrazowa i dosadna. Pojedziemy przez Brazylię drogą zwaną przez tambylców „Ludojadem”, po części dlatego, że jej stan jest aż tak fatalny, a po części dlatego, że wiedzie ona przez tereny zamieszkałe przez Indian których znamy jako „łowców głów”. Popłyniemy przez Amazonkę starym statkiem, na którym czterdziestu uzbrojonych po zęby mężczyzn pilnuje ładunku na który składa się ponoć fasola i ziemniaki… Ciekawe. Statek ów nie może zresztą zawinąć do jakiegokolwiek cywilizowanego portu, gdyż jedyną osobą która ucieszyłaby się na widok załogi jest kat, który mógłby wreszcie wykonać zaległe wyroki. Przemierzymy przez zniszczony wojną Salwador, gdzie na drodze, „ku przestrodze”, rozrzucane są ciała pomordowanych mieszkańców okolicznych wiosek a strzelcy walczących ze sobą stron upodobali sobie niezmiernie stanowiska przy progach zwalniających. Zjemy kolację na mokrym od krwi krześle w jakiejś przyfrontowej knajpie… Krzesło jest brudne, bo pół godziny temu zaszlachtowano tu człowieka. Nie ma o czym mówić, dzikie czasy wojny…

A to przecież dopiero kilka pierwszych stron tej książki! Warto wiedzieć, że podróż Emilio trwała dziesięć lat i została wpisana do Księgi Rekordów Guinnessa.

DSC_4580

Cechą charakterystyczną budżetu Emilio Scotto jest to, że tego budżetu tak w zasadzie nie ma. Wobec tego musi się stać „obywatelem kraju, który aktualnie przemierza”. Nocuje często u napotkanych po drodze ludzi. Czasem coś od nich dostanie, czasem podejmuje się różnych prac. Dzięki temu mamy możliwość poznać ludzi zamieszkujących różne regiony świata, ich obyczaje, mentalność i uwarunkowania, które na powstanie tychże miały wpływ. Obcy ludzie, po bliższym poznaniu, przestają wydawać się tak bardzo obcy. Interesujące są jego spostrzeżenia w kwestii różnic pomiędzy krajami pierwszego i trzeciego świata.

W opowieści Emilio jest też oczywiście polski akcent. Odwiedza PRL krótko przed jego upadkiem. Warto te wspomnienia uważnie przeczytać, bowiem zdaje się, że zdążyliśmy o tamtych czasach zapomnieć i szarą rzeczywistość tamtej epoki mocno podkoloryzowujemy.

Polecam.

Apokalipsa według świętego mnie

DSC_4490

Rzeczy się zużywają. Jak byśmy się nie zaklinali, tak to już jest. Entropia dopadnie w końcu wszystko – i wszystkich.

Tym razem starość dopadła zaprzęg. Nie udało się wystartować z przyczyn technicznych. Tak w zasadzie nie było to wielkim zaskoczeniem. A przynajmniej być nie powinno, zważywszy na objawy. Sięgając pamięcią lata wstecz przypomniałem sobie o pewnym niewielkim elemencie, który podczas podróży po odległej dziś krainie, został prowizorycznie naprawiony metodą lutowania. Zasadniczo element ów powinien być wymieniony a nie naprawiany, lecz wówczas, w podróży, nie było to możliwe. A że prowizorka zawsze jest najtrwalsza, więc tak to już pozostało. Chyba z 15 lat tak to jeździło. Aż do teraz.

Niestety, w miejscu mojego zamieszkania dostanie brakujących elementów jest całkowicie niemożliwe. Maszyna ta jest tu całkowicie egzotyczna i nikt nie ma nawet pojęcia, w jakim katalogu należałoby ich szukać. Brakujące części można by ewentualnie dorobić… Tyle że z tym jest też dużo zachodu i najgorsze, że nie będzie żadnej pewności, że będą działać jak trzeba. Albo zamówić przez Internet i czekać cierpliwie na dostawę. I ta opcja wydaje się najrozsądniejsza.

DSC_4493

Cóż robić? Nie pozostaje nic innego jak usiąść i czekać cierpliwie. Mam czas na rozważania przy kubku kawy. Przypomniał mi się pewien artykuł, w tak zwanej prasie motocyklowej, w którym to autorzy, będąc pod wpływem ostatniej części przygód Mad Maxa, zastanawiali się, jaki to motocykl będzie w stanie przetrwać apokalipsę. Oczywiście w sensie: przetrwać i funkcjonować po niej. Konkluzja była taka: maszyna musi być możliwie prosta i naprawialna. Tyle fantazja.

A teraz rzeczywistość. Przede mną stoi maszyna spełniająca te kryteria. Prosta i naprawialna przy użyciu minimalnej ilości narzędzi. Niewymagająca wyrafinowanej techniki. I co? Ano właśnie. Stoi. Romantyczna wizja postapokaliptycznych jeźdźców na stalowych rumakach, gnających przed siebie po pustyni, rozwiewa się jak dym z wydechów.

Bo prawda jest brutalna. Nawet tak prosty pojazd do swego funkcjonowania wymaga odpowiedniego środowiska technicznego. Tak jak żywe organizmy nie są w stanie przeżyć bez swojego środowiska, tak maszyny nie przetrwają bez cywilizacji, która spełniałaby ich wymagania techniczne. Proste naprawy zrobisz w drodze. Grubszych nie wykonasz bez nieźle zaopatrzonego warsztatu. Są elementy których nie dorobisz przy pomocy młotka, pilnika i imadła. A rezerwuar zapasowych części, zakładając że takowy istnieje, bo ktoś się dobrze przygotował na upadek cywilizacji, też nie jest niewyczerpany. Zresztą, eksploatacja tego motocykla od wielu już lat jest zmaganiem się z brakiem części i szukaniem „zamienników”.

DSC_4497

Więc gdyby miał nastąpić cywilizacyjny kolaps, tak jak to przedstawiono na filmach, to pojazdem który to przetrwa będzie jednak raczej wóz drabiniasty. Przy odrobinie szczęścia. Bo inna opcja to niestety łapcie z łyka.

Prowincjonalnie

DSC03764

Jadąc przez Francję „na czuja”, czyli kierując się przeczuciem i niczym więcej, dojeżdżam do jakiejś wioski czy maleńkiego miasteczka na końcu szosy. Dosłownie, bo droga prowadzi jeszcze tylko kilkaset metrów poza zabudowania i kończy się ślepo. Zakaz wjazdu, rezerwat przyrody. Wracam do centrum.

Wspaniały klimat zapomnianej prowincji na końcu świata. Na środku drogi, jak gdyby nigdy nic, rozmawia z zaangażowaniem kilka starszych kobiet. Są w końcu u siebie, więc mogą stać gdzie chcą. Prowincjonalne miejscowości rządzą się swoimi prawami. Przejeżdżam ostrożnie obok nich. Wydają się być zaskoczone wizytą „obcego na  motorze”, na dodatek z zagranicznymi tablicami rejestracyjnymi.

DSC03761

Panie przerywają konwersację, jednak nie usuwają się z jezdni nawet na milimetr. One tu rządzą. Parkuję, wyłączam silnik. Mesdames, ciągle stojąc na środku drogi, wymieniają jakieś uwagi na mój temat, lustrując mnie od stóp do głów, po czym, najwyraźniej dochodząc do wniosku że przyjezdny jest najzwyklejszym człowiekiem na ziemi, przechodzą do lokalnych plotek i nie zwracają już więcej na mnie uwagi. Kocham te klimaty.

Podjeżdża jakieś auto. Medames rozmawiają dalej na środku szosy, nie zwracając na pojazd najmniejszej uwagi. Najwyraźniej go nie przepuszczą. Kierowca, chcąc nie chcąc, musi cofnąć i zaparkować na jedynym dostępnym mu miejscu. Niesamowite.

Wspaniała prowincja.

DSC03763

Dawno, dawno temu, końcem świata dla mnie było niewielkie miasteczko Mogielnica. Pamiętam stare, czarno-białe zdjęcia z babcinego albumu. Był na nich drewniany budynek z podcieniem, stojący na brukowanym rynku w tej miejscowości. Wyglądał nierealnie, niczym żywcem przeniesiony z Dzikiego Zachodu. Zawsze chciałem go zobaczyć. Od miejscowości, w której mieszkała moja Babcia, do Mogielnicy było mniej więcej 10 km. Od mojego domu do Babci jakieś 75-80km. I wiecie co? Nigdy tam nie byłem. Serio. Brzmi to dziwnie nawet dla mnie. Chociaż doskonale pamiętam, że wówczas, w latach 80-tych i wczesnych 90-tych odległości miały zupełnie inny wymiar. W co zresztą mi samemu trudno jest uwierzyć. A co dopiero wytłumaczyć młodszym.

Śmieszna sprawa; dziś jeżdżę sobie po Francji setki kilometrów, ale w Mogielnicy do dziś nie byłem. Dziś zresztą nie ma już chyba po co tam jechać. Interesującego mnie domu z podcieniem nie ma tam już pewnie od ponad 20 lat. Kochajmy prowincje, tak szybko odchodzą.

DSC03764

Ale tu też jest fajnie.

Motobajzel Saarwellingen 2019

DSC_4557

Saarwellingen najwyraźniej pozazdrościło Wadgassen ichniego Motobajzlu i wobec tego postanowiło zorganizować własny. Bo cóż lepszego można robić przy weekendzie niż pogrzebać sobie w rupieciach, popatrzeć na graty? Pewnie że nie ma nic lepszego.

Imprezę postanowiono ulepszyć, przesuwając jej termin na koniec wiosny/początek lata, co zapobiegło problemom z frekwencją spowodowanym arktycznymi wręcz temperaturami, tak jak to miało miejsce w Wadgassen. Wszystko zasadniczo było tak, jak być powinno. A przynajmniej prawie, bowiem sprzedający nie dopisali ale gratów zjechało się mnóstwo i to o nich głównie będzie dzisiejsza opowieść.

WSK, a nie przepraszam: oryginalna trialowa DKW z równie oryginalną historią wyścigową.

DSC_4498

DSC_4500

DSC_4516

DSC_4562

DSC_4563

Zapasowa dętka. Maszyna ciągle w gotowości.

DSC_4564

Wspaniałe patenty.

DSC_4566

United Colors Of Benelli.

DSC_4503

Devil.

DSC_4502

Terrot.

DSC_4501

Moto Guzzi.

DSC_4505

DSC_4506

DSC_4507

DSC_4509

Sachs.

DSC_4499

Honda MB-8, ciekawy moped o pojemności 80 ccm, produkowany w latach 1981-83.

DSC_4517

Wspaniały zestaw.

DSC_4524

DSC_4527

I kolejne cuda.

DSC_4528

DSC_4531

Nie zapominajmy o Milusińskich. Oldtimery dla dzieci.

DSC_4540

DSC_4541

Piękności.

DSC_4579

Wspaniały.

DSC_4572

Moto Guzzi V50 Monza, kuzyn wojskowej wersji NATO.

DSC_4576

Kreidler.

DSC_4570

Chyba sprzedane, bo napisali że zarezerwowane, ale ponoć można próbować przebić cenę 😉

DSC_4568

I to by było na tyle.

Dobranoc!