Month: Maj 2018

Dookoła Linslerhof 2017

DSC_0621

Linslerhof to impreza z gatunku takich, które się uwielbia i zarazem ich nie lubi. Z jednej strony, to największa i jedna z najbardziej klimatycznych imprez oldtimerowskich w regonie, z drugiej strony – ostatnia w sezonie i do następnej tego typu przyjdzie czekać niemal pół roku.

Oczywiście, starym zwyczajem, wraz z towarzyszącym mi Moto Guzzi z 1982 roku zostajemy wysłani na parking dla odwiedzających. Nie chcemy dyskutować na bramie i tworzyć sztucznego korka, dlatego kiwamy głowami że zrozumieliśmy, po czym, zamiast skręcić w lewo tniemy prosto. Sztuczka z zeszłego roku jednak tym razem się nie udaje, bowiem ochroniarze, rozmieszczeni w pozycjach „strategicznych” blokują nam drogę, stanowczo stwierdzając, że maszyny „współczesne” muszą być odstawione na parking dla odwiedzających. Argumentację, że maszynom w wieku 35 lat do współczesności jest jednak raczej daleko, przyjmują z niedowierzaniem i nie przekonują ich nawet dowody rejestracyjne. Koniec końców, wjeżdżamy na teren imprezy, jednak nie tam gdzie w sumie powinniśmy. Bo „zaraz zaczną się wyścigi”, więc nie możemy przejechać na drugą stronę jezdni. Przy czym to „zaraz” oznaczało co najmniej dobrą godzinę. Mimo wszystko i tak lepsze to niż zasuwanie na piechotę z parkingu.

Jak się potem okazało, nie do końca jest tak, że współczesne motocykle wjeżdżać na takie imprezy nie mogą. Wystarczy bowiem przyjechać którymkolwiek motocyklem w stylu „retro” aby automatycznie mieć zapewniony wjazd.

Jednak, poza tradycyjnym incydentem na bramie wjazdowej, dalej wszystko potoczyło się dobrze. A nawet lepiej niż zwykle.

Okazało się bowiem, że w tym roku, po raz pierwszy w historii imprezy, a przynajmniej za mojej na niej obecności, zorganizowano konkursy dla motocykli z oficjalnym przyznawaniem nagród włącznie. Nie żeby mi na tym jakoś specjalnie zależało. Ale przynajmniej zaczęto wreszcie dostrzegać motocykle i przestano je traktować jak „zło konieczne”.

DSC_0711

Anatomia muzyki – Bon Jovi

Muzyka

Końcówka lat 80-tych XX wieku w Polsce nie wyglądała zbyt ciekawie także pod względem muzycznym. Na świecie działo się dużo ale niewiele z tego docierało do nas. Może z drugiej strony to i dobrze, bo człowiek nie dołował się dodatkowo. Miasto w którym wówczas mieszkałem niby na prowincji nie było, jednak mimo tego panowała tu rockowa posucha. Można było nagrać sobie czasem coś z radia, w czym nieoceniona była Trójka. Czasem udawało się przegrać na „nieśmiertelnego Stilona” coś od kumpla, którego ojciec pracował na zachodzie i w związku z tym miał dostęp do płyt światowych wykonawców… To było wszystko.

Pewnego dnia z saksów wrócił kuzyn. Wśród suwenirów przywiózł także kilka płyt gramofonowych, wśród których była właśnie ta: Bon Jovi „New Jersey”. Jakimś cudem udało mi się ją od niego wycyganić. Szczyt marzeń rockowych to nie był, ale w tamtej rzeczywistości…

Płyta zaskoczyła mnie pozytywnie, bo mimo iż to glam metal, gdzie – jak twierdzą złośliwi, ważniejsze jest jak wyglądasz niż jak grasz, to jednak miała całkiem porządnego kopa, szczególnie na początku albumu. Później jest już różnie. Płyta ta przez długie tygodnie nie schodził z talerza mojej stereofonicznej skrobaczki do płyt marki „Unitra”, zwanej szumnie gramofonem. Dostałem go dwa lata wcześniej „na urodziny”. Wyglądało to tak, że jakiś czas po moich urodzinach byłem z ojcem w Domach Towarowych „Centrum” i w dziale AGD akurat „rzucili” gramofony. Tak się wówczas mówiło. A ponieważ w całym wielopiętrowym sklepie nie było nic innego, więc dostałem gramofon. Śmieszna sprawa, ale w zestawie była zapasowa wkładka z igłą. Szkoda że nie potencjometry. Przydałby się worek. Albo nawet ze dwa, bo psuły się na potęgę. Także te, których normalnie się nie dotykało. Sypały się na gwarancji, psuły się także później. Pojęcie „nastawienia gramofonu” nabierało tu nowego znaczenia: oprócz normalnych czynności związanych z uruchomieniem tego urządzenia należało odpowiednio ustawić potencjometry – tak, aby zamiast trzeszczenia można było słyszeć muzykę.

Płyty słuchałem wtedy do bólu. Trochę zrozumiałe, gdy niespecjalnie ma się wybór. Zdążyłem w każdym razie nauczyć się na pamięć niemal każdego dźwięku. Płyta, niestety, zaginęła gdzieś później. Pożyczona została kumplowi, który pożyczył ją kumplowi… i tak dalej. Tak się zdarzało, podobnie jak z książkami. Mimo to pożyczało się dalej.

Zagubiona przed laty płyta jakoś nigdy więcej nie wpadła mi już w ręce. Aż do wczoraj.

DSC_1194

Od momentu gdy słyszałem ją po raz ostatni minęło niemal równo 30 lat. Trzy dekady. Specjalnie otworzyłem ją dopiero w domu, na porządnym sprzęcie, chcąc delektować się tą chwilą i przy okazji przekonać się, czy i dziś będzie mi się podobać tak samo jak kiedyś. I wiecie co? Nie wiem, na ile działa tu prawo odkryte przez inżyniera Mamonia, mówiące że podobają nam się melodie które już raz słyszeliśmy (szczególnie gdy jesteśmy umysłami ścisłymi), ale to nadal dobra płyta.

A na deser coś, czym przez długi czas katowała nas swego czasu MTV; muzyka którą Jon Bon Jovi skomponował do filmu „Joung Guns II” i który to album zakupiłem sobie „do kompletu”, żeby „New Jersey” nie stała na półce samotnie.

DSC_1197

Tu próbka dla zdezorientowanych: ->

Tak, ja wiem że to glam metal czy tam pop metal. Ale kto nigdy czegoś takiego nie słuchał, niech pierwszy rzuci płytą 😉