Month: Sierpień 2016

Zielone wzgórza nad Mozelą

DSCI6967

Czyli Luksemburg na weekend

Pakowanie zaprzęgu to czysta przyjemność. Ograniczenia miejsca czy masy bagażu przestają nas dotyczyć. Po prostu wrzucamy do wozu wszystko jak leci z rzeczy które uważamy że „mogą nam się przydać”. Jeśli podróżujemy w pojedynkę to nawet lepiej, bo przynajmniej dociążymy wóz i pojazd będzie się lepiej prowadził.

Swoje pierwsze kilometry jednak kieruję w stronę Francji. Mimo iż to Luksemburg jest państwem docelowym to jednak wycieczka ma również nieco sentymentalny charakter. Wiele lat temu na tym samym motocyklu właśnie gdzieś nieopodal przekraczałem po raz pierwszy granicę z Francją i dziś, korzystając z okazji, chciałbym odnaleźć to miejsce. W końcu mam urlop i czas mnie nie goni, pełny bak paliwa oraz cudowna pogoda zachęcają do wydłużenia wycieczki.

Niestety, most na rzece Nied jest w remoncie i przeprawa jest niemożliwa. Musiałem gdzieś przegapić tablicę z planem objazdu, bowiem po 45 km kręcenia się po wioskach, lasach i polach, wylądowałem w końcu znów w okolicach rozebranego mostu. Niestety, po tej samej stronie rzeki co poprzednio. Kolejna próba idzie mi już lepiej, znaną sobie z dawniejszych czasów wąziutką dróżką przez las omijam most. Dróżka jest tak wąska, że zaprzęg ledwo na niej się mieści. Kilka razy zmuszony jestem zjeżdżać z asfaltu aby minąć się z samochodami nadjeżdżającymi z naprzeciwka, modląc się w duchu aby wózek w wysokiej trawie rosnącej na poboczu nie znalazł czasem jakiegoś pieńka czy innego głazu, który mógłby nagle zakończyć podróż. Szczęśliwie jednak nic złego się nie wydarza i w końcu docieram do „swojego” przejścia granicznego. Wielkie słowo, bo to „przejście” to tylko zardzewiały szlaban i tablica informująca o tym, że właśnie przekroczyło się granicę. Jednak szlaban pozostał, przypominając swoim istnieniem że komfort podróżowania bez wiz, odpraw paszportowych i kontroli bagażu nie jest dany raz na zawsze – o czym, mam wrażenie, wielu ludzi ostatnimi czasy zdaje się zapominać.

DSCI6947

Francja wita mnie również inną nawierzchnią – jest ona bardzo chropowata, zapewniając dobrą przyczepność. Jednak z drugiej strony, „pożera” opony w zastraszającym tempie – bieżnik niemalże topnieje w oczach.

DSCI6948

W oddali mijam pięknie odremontowany zamek Malbrouck, stojący dumnie na wzgórzu górującym nad okolicą. Twierdzę zbudowano w pierwszej połowie XV wieku a w końcówce XX wieku została ona perfekcyjnie zrekonstruowana, łącznie z drewnianą zabudową dziedzińca. Budowla warta zwiedzenia, jednak tym razem postanawiam sobie ją sobie odpuścić mając w pamięci bardzo stromy podjazd na drodze do niej prowadzącej. Motocykl, wówczas solo, musiał wspinać się z mozołem na pierwszym biegu a dziś dodatkowo musi ciągnąć wóz… Nie, to nie jest chyba dobry pomysł.

DSCI6951

Przed Sierck – les – Bains dogania mnie niewielka kawalkada „harlejowców”. Jednak nie próbują mnie wyprzedzić. Nie wiem czy zniechęciła ich wąska droga opadająca stromo wzdłuż doliny Mozeli, czy też może ciekawi są, jak stareńki zaprzęg poradzi sobie z wyhamowaniem na dole, przed skrzyżowaniem z główną drogą. Dobre pytanie, bo ja też chciałbym to wiedzieć – na razie lecę na łeb, na szyję w dół doliny na luzie – zgodnie ze sztuką postępowania z dwusuwem, oszczędzając hamulce na decydującą chwilę. Wreszcie właściwy moment nadchodzi. Duszę dźwignie do oporu, zaprzęg hamuje na wszystkie trzy koła; koło wózka zaczyna popiskiwać. Odpuszczam hamulce, celując w lukę pomiędzy pojazdami na drodze głównej. Zestaw jedzie jeszcze ciut za szybko, jednak spokojnie wyrobi się na zakręcie w prawo – co najwyżej będzie troszkę „efektownie”. Jest efektownie – siła odśrodkowa powoduje, że koło wozu odrywa się od jezdni i zaprzęg pokonuje zakręt jak na motocykl przystało – na dwóch kołach, chociaż pochylony w „niewłaściwą stronę”.

Z „harlejowcami” rozstaję się dopiero przed mostem granicznym – ja skręcam w lewo, w stronę Luksemburga, oni jadą prosto, do Niemiec.

Teraz jadę już sam, kierując się na szosę wiodącą wzdłuż rzeki Mozeli. Z racji dość wczesnej pory ruch na drodze jest niewielki. Podczas jazdy odczuwa się komfort termiczny, jednak pierwszy postój uzmysławia mi, że mimo rannej godziny panuje już niesamowity upał! Strach pomyśleć co będzie dalej. Na niebie ani jednej chmury a Słońce grzeje na pełny regulator.

DSCI6954

Kolejny postój wypada nieopodal Muzeum Wina. Rejon rzeki Mozeli słynie od wieków właśnie z tego szlachetnego trunku.

DSCI6958

Muzeum powstało w starym gospodarstwie winiarskim z przełomu XVIII-XIX wieku i oprócz ciekawych eksponatów związanych z wyrobem wina oraz innych alkoholi a także przemiłej obsługi oferuje również degustację miejscowych trunków, wliczoną w cenę biletu wynoszącą raptem 3,5€. Tak więc w cenie jednego kieliszka wina w średniej kategorii knajpie mamy zwiedzanie plus kieliszek wina którym można rozkoszować się w spokoju na dziedzińcu gospodarstwa, bez tłoku, ścisku i hałasu. Dodatkowym „smaczkiem”, że pozwolę sobie to tak ująć, jest fakt, iż wino serwowane w muzeum jest wyrobem specjalnym i nie można go kupić w żadnym sklepie. Dla osób niepijących alkoholu przewidziano sok z winogron – również wyprodukowany specjalnie dla gości Muzeum.

Wszędzie, jak okiem sięgnąć – winnice.

DSCI6967

Sieć darmowych autostrad w Luksemburgu jest bardzo rozbudowana, biorąc pod uwagę niewielkie rozmiary kraju oraz trudne, górzyste ukształtowanie terenu, bardzo utrudniające budowę dróg. Są rejony, gdzie trudno o „normalny” kawałek autostrady – jak nie kilometrowej długości tunele to dla odmiany, mosty albo wiadukty.

Ja postanawiam trzymać się z daleka od tras szybkiego ruchu i zwiedzać kraj z perspektywy dróg lokalnych. Te, w przeciwieństwie do autostrad są w większości przypadków wąskie i bardzo kręte, z dużą ilością stromych podjazdów. Ruch na nich jest raczej niewielki, chociaż zdarzają się trasy o wyjątkowo nasilonym ruchu.

DSCI6974

Opuszczam rejon winnic i zagłębiam w zalesiony obszar Ardenów. Mały zaprzęg z trudem wspina się na stromych podjazdach, by za chwilę z jeszcze większym wysiłkiem wyhamowywać na spadkach. I znowu kolejny stromy podjazd. Zazwyczaj konieczna staje się redukcja do drugiego biegu; motor wyje na wysokich obrotach w piekielnym upale. Silnik znosi to wszystko ze stoickim spokojem. Do czasu.

Na którymś z prostszych odcinków drogi moje ucho wyłapuje fałszywy ton, który niepostrzeżenie wkradł się w muzykę silnika. To delikatne grzechotanie czy też dzwonienie, pojawiające się w okolicy 3000 obrotów na trzecim i czwartym biegu. Nie mogąc go zlokalizować, gdyż na innych biegach zjawisko nie występuje a mając w tym temacie pewne podejrzenia, na kolejnej stacji paliw tankuję motocykl do pełna benzyną o najwyższej możliwej liczbie oktanowej. Chyba pomogło, bo dzwonienie ustało.

DSCI6986

Całkiem nieoczekiwanie zjeżdżam w jedną z wielu dolin rzecznych i z wrażenia dostaję trwałego opadu szczęki! Otóż znalazłem się na obszarze Małej Szwajcarii Luksemburskiej. Ardeny zostały tu pocięte przez rzeki i strumienie na szereg przepięknych dolin – wąwozów. Są one porośnięte lasami bukowo – świerkowymi a ich często pionowe wapienne ściany przybrały fantazyjne formy, które zachwyciły by niejednego scenografa filmów s-f. Przecudne wodospady, mosty nad potokami, które wyglądają jak zrobione rękoma elfów a nie ludzi… Tego nie da się opisać, to trzeba naprawdę zobaczyć na własne oczy!

Na jednym z postojów grupka Niemców chce koniecznie odkupić ode mnie mój motocykl. „Biznes” nie dochodzi jednak do skutku. Powodem jest mój całkowity brak zainteresowania transakcją.

DSCI6991

Dalsza droga prowadzi w kierunku Vianden.

DSCI6992

To miasteczko to obowiązkowy gwóźdź programu dla każdego szanującego się turysty. Urokliwe miasteczko, liczące zaledwie około 1500 mieszkańców, położone jest w dolinie rzeki Our. Zachowała się dawna zabudowa oraz średniowieczne mury obronne.

Kilka kilometrów od celu:

DSCI6996

Najważniejszym zabytkiem Vianden jest książęcy zamek położony na wzgórzu górującym nad miastem.

DSCI7002

Nad rzeką Our. W górze zamek Vianden:

DSCI7006

Powstał ma miejscu rzymskiej strażnicy z V wieku. Budowę jego rozpoczęto prawdopodobnie około XI wieku. Przez wieki rozbudowywany i wielokrotnie przebudowywany wykazuje mieszankę stylów romańskiego, gotyckiego i renesansowego. Zamieszkały był aż do XIX wieku, później popadł w ruinę. W 1977 roku przeszedł na własność państwa, został odbudowany i udostępniony zwiedzającym.

W rzeczywistości udostępniona do zwiedzania została tylko część zamku. Muszę przyznać, że zamek rozczarował mnie trochę. Nie żebym był niezadowolony, jednak liczyłem na więcej. Znacznie więcej, zważywszy na reklamę jaką ma ten obiekt w mediach.

Największe wrażenie robi zamkowa kaplica. Ma ona dwa poziomy. Górny, wraz z ołtarzem, bogato zdobiony, służył księciu i szlachetnie urodzonym. Na środku kaplicy widnieje coś, co w pierwszej chwili można uznać za ocembrowanie studni. Studnia w kaplicy? To jednak nie jest studnia, chociaż tak wygląda. Za ocembrowaniem znajduje się otwór w podłodze; pod nią znajduje się drugi poziom kaplicy. Jest on nieco większy od górnego, jednak w odróżnieniu od niego nie posiada wcale zdobień. To tu pospólstwo mogło słuchać mszy odprawianej dla księcia. Tak, właśnie słuchać. Przez niewielki otwór ludzie nie byli w stanie zobaczyć niczego. Takie małe uświadomienie stosunków społecznych panujących w średniowieczu.

Przy wyjeździe z Vianden obowiązkowe tankowanie. Droga znów wiedzie wśród winnic w dolinie rzeki Our. Niestety, w korkach wąskich uliczek Vianden oraz na stromych podjazdach silnik rozgrzał się do tego stopnia, że powietrze z cylindrów parzy przez spodnie. Upał staje się nie do zniesienia.

DSCI7011

Co jakiś czas zatrzymuję się, dając maszynie odetchnąć. Niewiele to pomaga; mechaniczne hamulce podczas stromych zjazdów przegrzewają się a na domiar złego dzwonienie w silniku wróciło. Akurat przed serią paskudnych podjazdów. Maszyna mozolnie wspina się w górę doliny na drugim biegu, zostawiając za sobą ciężką chmurę spalin. To zły znak. Silnik zaczyna dzwonić również na niskich przełożeniach i na dodatek przy znacznie niższych obrotach niż poprzednio. Niestety, nie mogę się tu zatrzymać. Zresztą w tym miejscu, wśród łąk, bez skrawka cienia, niewiele pomogę maszynie. Jeszcze trochę, za chwilę droga główna. Tam, przy wyższych prędkościach, silnikowi powinno być lżej.

DSCI7013

Pół godziny później jadę drogą ekspresową. Upał nie słabnie, powietrze nad ulicą jest gorące niczym w piekarniku. Mam nadzieję że chociaż silnik odczuwa poprawę.

Próżne nadzieje. W pewnym momencie z maszynowni dobiega znajomy, chociaż dawno nie słyszany, grzechoczący dźwięk. Dźwięk, na którego samo wspomnienie jeżą się włosy na głowie!

Błyskawicznie, najszybciej jak tylko się da wciskam sprzęgło, prawą ręką szukając rozpaczliwie dźwigni ssania. Za późno. Silnik niemal natychmiast staje. Złapało tłok! W tej sytuacji pozostaje szukać dogodnego miejsca na zatrzymanie zaprzęgu. Na szczęście obok przebiega droga dla rowerów, więc gdy już zestaw zwolnił wystarczająco zjeżdżam na nią a potem na trawiaste pobocze.

Chwila odpoczynku dla nerwów i maszyny i można przystąpić do oceny strat. Czy to już koniec podróży, czy jednak zaprzęg pojedzie dalej?

Wał się obraca. Próba odpalenia – silnik zaskakuje od razu. Kamień z serca. Można będzie kontynuować jazdę.

Do domu docieram już nocą, bez żadnych dodatkowych problemów – nie licząc korków na drogach, jak to po weekendzie.

DSCI7017

Tego dnia padł rekord ciepła – termometry w Luksemburgu zanotowały niemal +37oC w cieniu.

O książce „Pustynny Jeździec”

DSC_4904

Książka zabiera nas do bliżej nieokreślonej przyszłości. Cywilizacja na Ziemi może nie tyle upadła, co całkowicie się wypaczyła. Ludzkość podzieliła się. Część uciekła na stację orbitalną, zwaną „Bazą-na-Niebie”, wyposażoną we wszystkie udogodnienia cywilizacyjne, skąd rządzi pozostałymi na powierzchni Ziemi. Tym nie wiedzie się dobrze. Skazani są na egzystencję bez opieki medycznej, w zatrutej atmosferze planety, gdzie czyste powietrze jest tylko w butlach, bez prądu i bieżącej wody. Żyje się tu krótko i umiera młodo. Jedynym celem istnienia tych ludzi jest praca w kopalniach oraz… wyścigi motocyklowe. Tak, wyścigi. Organizowane są raz do roku a nagrodą dla zwycięzcy jest bilet w jedną stronę do „Bazy-na-Niebie”. Jest tylko jeden szkopuł – śmiertelność wśród zawodników wynosi jakieś 70% a trasa wiedzie przez dzikie tereny pustynne pełne bandytów i dzikich zwierząt. A także innych zawodników, którzy nie zawahają się użyć wszelkich środków by usunąć rywali z drogi.

DSC_4904

W takich okolicznościach poznajemy Adama Stone, nieśmiałego piętnastolatka szykującego się do wyścigu. Do pewnego momentu akcja powieści rozwija się zgodnie z przewidywaniami i gdy zaczyna się wydawać, że już wszystko wiadomo – następuje nagły zwrot akcji. Są one zresztą cechą charakterystyczną tej książki. Poczucie ciągłego zagrożenia, samotność spowodowana brakiem zaufania – to codzienność bohaterów. Kto przeżyje a kto zginie? Odpowiedzi na te pytania nie są wcale oczywiste. Mimo tego zawiązują się przyjaźnie, pojawia się nawet wątek miłosny, zdawałoby się bez szans w tych warunkach.

Mad Max, stare westerny, Gwiezdne Wojny oraz powieści Kinga – to inspiracje autora, które bez problemu daje się wyczuć na kartach powieści. Styl jest lekki, akcja dynamiczna, postaci wyraziste i raczej dobrze nakreślone.  Lekko denerwujące jest ciągłe, wręcz uporczywe, używanie słowa „bajk” we wszystkich możliwych przypadkach – tak jak by brakowało w języku polskim słów „motocykl” czy „motor”. Nie wiem, czy to tylko kwestia tłumaczenia czy też ten nieszczęsny „bajk” jest jak najbardziej zamierzony i celowy jako nazwa motocykla przyszłości – chociaż w moim odczuciu te pojazdy nie odbiegają aż w takim stopniu od maszyn stojących dziś w naszych garażach, żeby trzeba było ukuć dla nich specjalną nazwę.

DSC_4909

Sama książka jest niezła i wciągająca, chociaż na początku sprawia wrażenie nieco przekombinowanej. Jednak w sumie jest to całkiem przyjemna lektura na jeden czy dwa wieczory, szczególnie jeśli ktoś lubi takie klimaty.