No to sru!

DSC02613

Z dokładnie miesięcznym opóźnieniem ale jednak wpis się pojawił. Taki bowiem mniej więcej poślizg mają Internety w stosunku do życia.

17 lutego to takie symboliczne rozpoczęcie sezonu. Symboliczne, bowiem staram się jeździć cały rok, gdy tylko pogoda na to pozwala. Jednak w tym roku zima dała dość mocno popalić, więc motocykle miały przestój dłuższy niż planowałem.

Niestety, przy próbie uruchomienia 750-tki rozładowałem akumulator. System rozruchu w tej maszynie jest niestety daleki od ideału i wybudzenie go ze snu po dłuższym przestoju to dość skomplikowane przedsięwzięcie.

Zupełnie inaczej sprawa miała się z 900R, która odpaliła od pierwszego strzału, tylko rozrusznik musiał popracować kilkanaście sekund dłużej niż zwykle. Dziewięćsetka po raz kolejny pokazała swoją wyższość techniczną nad (nieco) starszą siostrą.

A więc w drogę.

DSC02618

W ten oto sposób, niespodziewanie to 900R nakręciła pierwsze kilometry w tym sezonie. Mimo chłodu zapach wiosny już czuć w powietrzu 🙂

DSC02619

Późnym popołudniem prostownik oznajmił, że naładował już akumulator od 750-tki. Niestety ale bateria w tym motocyklu powoli kończy już swój żywot po ciężkich pięciu sezonach. Cóż, lekkiego żywota to nie miała ale i tak dzielnie się spisała.

Tym razem ostrożnie, z pełnym skupieniem i… motor prychnął i zgasł. Ale jednak jest progres. Jeszcze raz i silnik zaskakuje na pierwsze dwa a po kilku sekundach także na pozostałe cylindry.

DSC02623

Tak więc i starsza GPz również otwiera sezon.

DSC02624

Do pełni szczęścia brakuje jeszcze uruchomienia zaprzęgu. Ale do tego niestety, dzień okazuje się zbyt krótki. W końcu wciąż to jeszcze luty. Jeszcze przyjdzie czas.

BMW R50S, czyli o Pierwszym Prawie Alpinizmu

DSC_1692

Mały, lokalny zlot pojazdów zabytkowych. Motocykli jak na lekarstwo, można policzyć je na palcach jednej ręki. A gdy już wydaje się, że nic więcej nie może się tu zdarzyć, nagle, jak na zawołanie,  pojawia się jeden, bardzo ciekawy egzemplarz. Zarówno pod względem konstrukcyjnym, jak i czasów w których powstał.

Połowa lat 50-tych w Niemczech to ciężki kawałek chleba dla producentów jednośladów. Społeczeństwo zaczyna się powoli wzbogacać i motocykle przestają wzbudzać zainteresowanie konsumentów, bowiem zaczynają być postrzegane jako środek transportu dla biedoty. W przeciwieństwie do samochodów a przede wszystkim mikrosamochodów, które przeżywają swoje złote czasy.

Oczywiście nadal pożądane są na przykład brytyjskie motocykle sportowe czy ciężkie amerykańskie v-twiny, czyli maszyny które kupuje się dla ich właściwości jezdnych, czyli radości z jazdy oraz, co będziemy się tu oszukiwać – jakiegoś prestiżu. Jeżeli zatem jesteś producentem jednośladów których jedyną zaletą jest możliwość przewiezienia kierowcy i pasażera z punktu A do B, to masz problem. Duży problem.

DSC_1693

BMW miało już co prawda na starcie pewien atut. Produkując motocykle z silnikiem typu bokser dawało już w standardzie ogrzewanie – co prawda tylko stóp kierowcy, ale jednak, podczas gdy w wielu samochodach z lat 50-tych za ten luksus trzeba było dopłacać. Mimo wszystko to jednak za mało.

DSC_1694

Firma podeszła więc do sprawy kompleksowo. Przede wszystkim motocykl nie może wyglądać na biedopęda. Stąd szeroka gama akcesoriów, od chromowanych osłon cylindrów i reflektora, przez aluminiowe bagażniki aż zwiększony zbiornik paliwa, obrotomierz i wisienkę na torcie: instalację 12 V. Wyposażony w taką instalację motocykl wymagał innego kickstartera, bowiem nie było wówczas na rynku motocyklowych akumulatorów dwunastowoltowych, więc należało połączyć dwie szóstki, które z kolei potrzebowały większej obudowy i o tą powiększoną puszkę zawadzał zwykły kopniak. A co, na bogato. Szkoda tylko, że nie zauważono, że motocykl ma siodło zgodne z ostatnim krzykiem mody Wehrmachtu a wojna skończyła się 15 lat wcześniej… A może tak miało być…

DSC_1696

Punkt drugi – właściwości jezdne. Te były dobre już w „zwykłej” R50, dzięki nowoczesnemu na owe czasy zawieszeniu. Jednak uznano że to za mało. R50 osiągała moc 26 KM. Na tym polu właśnie widziano spore szanse na udoskonalenie konstrukcji. Wymieniono gaźniki, zmodyfikowano rozrząd i zmieniono zawory, podniesiono także stopień sprężania. Zaowocowało to podniesieniem mocy do imponujących wówczas 35 KM. Jednak biada temu, kto chciałby wykorzystać w pełni osiągi motocykla. Cylindry nie wytrzymywały bowiem dłuższej jazdy na wysokich obrotach i potrafiły pęknąć, ponoć aż do spektakularnego „żelaznego deszczu” włącznie. Cylindry zmodyfikowano, lecz stało się to już pod koniec krótkotrwałej zresztą produkcji modelu. Powstało zaledwie 1634 egzemplarzy a rolę motocykla sportowego przejął całkowicie większy BMW R69S.

DSC_1691

Tak na marginesie: w Polsce podobny kryzys jednośladów nastąpił jakąś dekadę później. Przy czym, ponieważ w PRL panował „najlepszy z ustrojów”, z problemem „poradzono sobie” w ten sposób, że sukcesywnie zakończono produkcję motocykli, zaczynając od tych najlepiej rokujących. W ten sposób problem pozornie został rozwiązany…

DSC_1692

Tyle historii. Od zakończenia produkcji R50S minęło pond 55 lat. Dziś czytam o kolejnej akcji serwisowej współczesnego motocykla, który na rynku jest raptem kilka lat a jednak ciągle ma jakieś problemy z jakością. Czasem człowiek zaczyna się zastanawiać, czy te ponad 133 lata doświadczeń ludzkości w produkcji jednośladów nie mogłoby zaowocować może nie tyle wyprodukowaniem motocykla „doskonałego”, bo takie rzeczy nie istnieją, ale chociaż takiego, który nie będzie sprawiał problemów technicznych?

Podejrzewam, że jest to jak najbardziej wykonalne i nie chodzi w tym miejscu tylko o pieniądze, bowiem akcje serwisowe także kosztują. Ale na przeszkodzie stoi właśnie wspomniane w tytule, Pierwsze Prawo Alpinizmu. A mówi ono, że gdy już osiągniesz szczyt, to nie ma rady – w którą stronę byś dalej nie poszedł, to każda droga prowadzi już tylko w dół. A jeśli Twoim celem nie jest jednorazowe wejście na ów szczyt tylko jak najdłuższe trwanie w drodze, to najlogiczniej jest się kręcić gdzieś w bezpiecznej odległości od niego.

 

Pod niebem Lotaryngii

DSC_6532

W wojsku ponoć mawiają, że największym zagrożeniem na polu walki jest własny oficer z mapą. Coś w tym powiedzeniu chyba jednak jest na rzeczy, bowiem dzisiejsza fotorelacja jest efektem kompletnego pomylenia dróg.

Nie ma tego złego, co by na dobre nie wyszło. Przypadkowo bowiem trafiłem w niesamowicie klimatyczne miejsce, gdzie wśród lasów, pól i łąk stała sobie kapliczka „Zapomnianego Świętego”.

DSC_6527

Zapomnianego, bowiem budowla jest pusta w środku. Być może kiedyś, gdy często podróżowano na piechotę miała ona duże znaczenie, oddalona bowiem od najbliższych miejscowości była zapewne drogowskazem, miejscem kultu oraz schronieniem w jednym.

DSC_6526

Dziś jej znaczenie jest zerowe i nieremontowany budyneczek powoli poddaje się upływowi czasu.

DSC_6530

Gwoli ścisłości należałoby wyjaśnić, że owe pomylenie dróg miało miejsce kilkanaście lat temu, gdy zacząłem coraz śmielej zapuszczać się nieco dalej od komina.

DSC_6532

Co najśmieszniejsze, mimo podjęcia kilku prób, nie udało mi się więcej trafić w to miejsce. Nie potrafię zatem powiedzieć czy kapliczka wciąż jeszcze stoi ani w jakim jest stanie.

Dillingen 2018

DSC_2193

A więc po kolei. Najpierw wcale nie chciałem tam jechać, mając głowę pełną innych zmartwień. Ale znajomi zadzwonili że są już w drodze i ze zajmą nam jakąś dobrą miejscówkę, więc mamy się nie wygłupiać tylko pakować kanapki. Tak też zrobiliśmy. Ale ponieważ nie planowaliśmy wyjazdu w ogóle, nie sprawdziłem też baterii w aparatach. W efekcie oba „padły na posterunku”, jednak zanim poległy co nieco jeszcze uwieczniły. Motocykli było ogólnie mało, więc fociliśmy wszystko co wyglądało ciekawie. A oto ów dorobek:

Tatra czy inny folkswagen, Coca Cola Edyszyn:

DSC_2192

„Pędzącaaa kaczka”:

DSC_2193

Ta precyzja robi wrażenie: „od 0 do 100 w 59,4 sekundy”:

DSC_2195

Dylemat „kto kogo uczył jeść widelcem” wygląda na rozstrzygnięty. Zestaw widelców i dwa Citroeny 2CV, zresztą też w zestawie:

DSC_2194

Wtem Jeep:

DSC_2199

Dzień jak co dzień. Normalna koegzystencja z gratem. On się psuje, Ty naprawiasz a potem od nowa. Tak to w skrócie wygląda.

DSC01469

Tu akurat poluzował się tylko tłumik. Zresztą na dodatek tylko jeden z dwóch , więc to w sumie tylko pół awarii. Obyło się jednak bez użycia sznurówek. Wiele lat temu, podczas ponad dłuższej podróży tak zwaną „Legendą Polskiej Motoryzacji” znanej szerzej jako Duży Fiat, zużyłem swoje własne sznurówki do podwiązania tłumika, który ewidentnie chciał uciec na wolność. Ale to było w czasach, gdy stary gruz był starym gruzem i o klasykach PeeReLu nikt nie słyszał. Do dziś zresztą nie potrafię pojąć, czemu włoski Fiat to „polska motoryzacja”. Niby dlatego, że produkowane w Polsce? Podobnie jak dziś Fiat 500, VW Crafter, Opel Astra, o częściach i podzespołach do większości aut produkowanych w UE nie wspominając. Że kupiliśmy licencję? No i co z tego, co to zmienia? To że mamy licencję na przykład na wydanie dzieł Tolkiena jeszcze nie oznacza, że jest on pisarzem polskim a jego działa zaliczamy do kanonu literatury polskiej. Chociaż nawet zabawne byłoby, gdyby to działało w ten sposób jak z Polskimi Fiatami. Wyobraźcie sobie na półkach takie książki jak: „Polski Hobbit”, „Polski Władca Pierścieni”, „Polskie Dzieci Húrina”, „Polski Mordor”… Albo lepiej nie…

A tymczasem kolejny francuski multikultikampingwagen z jedyną słuszną zastawą stołową. Tak trzeba żyć 🙂

DSC01471

Pierwszy motocykl na zlocie:

DSC01474

Dawno nie było tu już samochodu francuskiego, więc nadrabiamy:

DSC01475

Milion punktów smarowania. Miałem jeszcze nawet na początku XXI wieku samochód, który miał tych punktów 14. Jeszcze. I naprawdę lepiej było o tym nie zapomnieć…

DSC01476

Drugi motocykl. Nawet z kartką:

„Sprzedam. Nie będę robił.”

DSC01484

Fiat 1500 Cabriolet z lat 60-tych:

DSC01488

Konkurs mody kempingowej:

DSC01493

Fiat Cabriolet w środku. A ja się zastanawiałem, skąd wzięły się takie ładne zegary w Punto Evo a tu najwyraźniej znaleźli je gdzieś w Turynie na strychu:

DSC01486

Samochodzik uratowany ze starego autodromu. Żeby było zabawniej, ta zabawka naprawdę działa a napędzana jest małym dwusuwem. Jeździ, skręca, trąbi a nawet hamuje. Jak normalne auto.

DSC01492

Mam takie dziwne wrażenie, że dziś było wyjątkowo dużo aut z Francji:

DSC01501

Wrażenie powoli przechodzi w pewność:

DSC01496

A na zakończenie pozdrowienia…

DSC01508

… z Kalifornii:

DSC01507

Biodiversum

DSC01693

Nie wszystko jest takie, jakie zwykłoby się na pierwszy rzut oka wydawać. Oto jedna z bocznych dróg w Luksemburgu prowadzi do bardzo ciekawego miejsca. Zwie się ono „Biodiversum”. Nazwa ma oczywiście związek z biodiversity, czyli bioróżnorodnością, mówiąc po naszemu. Całe to przedsięwzięcie składa się z dużego rezerwatu przyrody z wytyczoną oraz dokładnie opisaną ścieżką, wyposażoną we wszystko, co tylko turysta – miłośnik natury może potrzebować, od miejsc wypoczynku po wieże obserwacyjne i profesjonalne czatownie z których można fotografować dzikie zwierzęta w ich naturalnym środowisku, nie przeszkadzając im przy tym.

DSC01695

Jakby tego było mało, kompleks ten uzupełniony jest dużym i nowoczesnym ośrodkiem naukowo – dydaktycznym z literaturą, muzeum i wystawami.

DSC_8846

DSC_8847

DSC_8856

DSC_8865

DSC_8903

Ścieżka ta przypomina mi czasy słusznie minione. Dawno, dawno temu, w latach studenckich, czyli gdzieś w połowie lat 90-tych XX wieku, brałem udział w organizacji podobnego przedsięwzięcia w Polsce. Ktoś „ważny” wówczas usłyszał, że skoro na Zachodzie są takie rzeczy jak ścieżki przyrodnicze, to czemu miałoby nie być ich także i u nas. Założenie w sumie słuszne a my wówczas byliśmy tego Zachodu po prostu głodni. Czemu trudno się dziwić po kilkudziesięciu latach kołchozowania.

Na początku szło wszystko świetnie. Do pracy zaangażowano najtańszą siłę roboczą, studentów. Czyli nas. Płacić im nie trzeba, bo zrobią wszystko w „ramach praktyk”, spać mogą byle gdzie, jeść też byle co… Wówczas traktowaliśmy to właśnie jako wakacyjne praktyki, bowiem tak właśnie było, że studenci nauk przyrodniczych wakacji jako takich nie mieli.

Tamta ścieżka oczywiście nie powstała, mimo iż studenci swoją pracę wykonali, pomierzyli i opisali co trzeba. Jednak ktoś „ważny” zapomniał najwyraźniej, że oprócz szczerych chęci do sfinalizowania tegoż dzieła potrzeba trzech rzeczy:

1). Pieniędzy.

2). Pieniędzy.

3). Pieniędzy.

A z tymi, wbrew temu co dziś głoszą niektórzy populiści, w latach 90-tych nie było najlepiej. Nierozliczone wyjazdy służbowe, niezapłacone kilometrówki, niewypłacane stypendia, zamykanie placówek terenowych – taka była wówczas codzienność.

Ale zostawmy te wspomnienia. Ile pracy i pieniędzy trzeba wyłożyć aby zbudować naprawdę ciekawą ścieżkę przyrodniczą można zobaczyć dopiero tutaj.

Trudno oczywiście nie być po wrażeniem, szczególnie gdy człowiek sobie uświadomi, że ten przyrodniczy raj jest w gruncie rzeczy terenem zdegradowanym przez ludzką gospodarkę, wielkim wysiłkiem oddanym znów we władanie natury, która rządzi się tu swoimi prawami.

DSCI9457

DSCI9459

DSCI9474

DSCI9476

DSCI9490

DSCI9529

DSCI9547

DSCI9549

A my możemy jej rządom się przyglądać i być może sami czegoś się jeszcze nauczyć.

DSC01693

Garażowo

dsc_3175

Do końca zimy mamy ponoć siedem tygodni. Tylko albo aż, zależy jak na to spojrzeć. W każdym razie pogoda nie zachęca do jazdy niczym. Plus kilka stopni w dzień i minus kilka w nocy powoduje, że drogowcy mają pełne ręce roboty a efektem tej ich wytężonej pracy jest niesamowita ilość solnej mazi na drogach, która skutecznie zniechęca do każdej formy aktywności.

dsc_3135

Wobec tego jedyne co pozostało to zabrać się w końcu za przegląd 900R, do której to czynności zabieram się już od dłuższego czasu.

dsc_3376

Niestety, w efekcie braku ogrzewania w garażu i w konsekwencji zesztywniałych z zimna palców, wielu rzeczy nie udało mi się zrobić. Co w sumie nie zmartwiło mnie wcale. Pozostało więcej na następne posiedzenie.

Bowiem nie chodzi tu o to aby przysiąść i zrobić. Rzecz w tym aby trochę porobić, powspominać, nabrać sił i odprężyć się przed kolejnym tygodniem.

dsc_3175

A w ramach tego odprężania – garażowe afterparty 😉

dsc_3378

Bo przecież przy niedzieli też jakaś odrobina luksusu się nam należy 🙂

A Possen, czyli „Mużeum Żabawek”

DSC01714

Nie tak dawno mieliśmy Święta, czas prezentów pod choinką. Z tej okazji warto chyba przypomnieć letnią wizytę w luksemburskim muzeum A Possen, zwanym zresztą zwyczajowo „Muzeum Zabawek” i zobaczyć, czym bawili się nasi starsi kuzyni, ojcowie i dziadkowie.

Droga do muzeum jest niby prosta, jednak dość słabo oznaczona. Z głównej szosy należy odbić w lewo, przy czym drogę wskazuje tylko jeden niewielki drogowskaz. Potem już tylko jeszcze raz w lewo, nie pogubić się w wiosce, która zasadniczo jest labiryntem ulic i uliczek, typowym zresztą dla tego regionu i już jesteśmy na miejscu.

DSC01712

Mimo że jestem kilka minut po dziesiątej Muzeum jest jeszcze zamknięte i zaczynam się zastanawiać, czy jest coś o czym powinienem wiedzieć? Bowiem według rozpiski wywieszonej na szklanych drzwiach budynku właśnie o tej godzinie Muzeum powinno otwierać swoje podwoje. Tymczasem ciągle jest zamknięte na głucho. W międzyczasie jednak pojawiają się również inni turyści, którzy wydają się podobnie zaskoczeni jak ja. Część po jakimś czasie daje za wygraną i odjeżdża.

Wreszcie, po półgodzinnym opóźnieniu, szklane wrota się otwierają. Opłata 10 Euro za bilet może wydawać się w pierwszej chwili dosyć wygórowana, jednak zapewniam że tak nie jest a Muzeum to jednak coś więcej niż tylko zabawki. Gwoli kronikarskiego obowiązku – przyczyny opóźnienia w otwarciu wystawy obsługa nie raczyła nam podać. W sumie nieistotne. Przynajmniej nie padało 😉

Wewnątrz na kilku piętrach mamy zbiór zabawek kilkunastu różnych pokoleń dzieciaków. Jak się okazuje, lalki wraz z „osprzętem” oraz misie i różnego rodzaju klocki są sprzętem zabawowym nie do zdarcia. Jednak wniosek jaki się nasuwa, to że dzisiejsze lalki na szczęście nie są już tak upiorne jak kiedyś. Za to domki dla lalek wyglądały dawniej na solidniejsze.

DSC_4129

DSC_4145

DSC_4131

Wczesna wersja Lego Technic. Jakby nie patrzeć, pół samochodu już jest.

DSC_4138

Bardziej klasycznie:

DSC_4139

DSC_4140

Misie różnych wielkości i rodzajów.

DSC_4137

DSC_4144

Lekcja misiej anatomii:

DSC_4147

DSC_4157

Na stole telefon oraz analogowy kalkulator:

DSC_4156

Szczęśliwe to czasy, gdy numery były dwucyfrowe. I pomyśleć że dziś w mojej pracy numery wewnętrzne są ośmiocyfrowe i na dodatek wiele z nich po prostu trzeba mieć w głowie…

DSC_4155

Miś ekologiczny z materiałów odnawialnych:

DSC_4165

Samochody. Jasna sprawa. Ale bym tu parkował 🙂

DSC_4166

Zeszyty szkolne. To można się było uczyć bez laptopa i tabletu???

DSC_4153

DSC_4154

Oczywiście nie było tak, że jak już się dorosło to koniec z zabawą, teraz już trzeba być poważnym, pośladki ściśnięte… W kolejnych pomieszczeniach mamy możliwość zwiedzić plac zabaw dla dorosłych. Tylko zabawki jakby nieco inne…

DSC_4187

DSC_4185

DSC_4189

DSC_4190

DSC_4193

A gdy już się nacieszyliśmy i nabawiliśmy, pora wracać do rzeczywistości. Tej dawniejszej. Ta gustowna kołatka zdobi drzwi do typowego wiejskiego mieszkania. Chwila refleksji. Do połowy XX wieku większość ludzi w Europie Zachodniej tak właśnie żyła.

DSC_4195

DSC_4196

DSC_4217

DSC_4223

DSC_4197

DSC_4198

Żyła i pracowała.

DSC_4204

DSC_4207

DSC_4216

DSC_4225

A na zakończenie mamy znów wystawę zabawek. Tym razem są to projektory do bajek różnych epok.

DSC_4231

DSCI6278

DSCI6285

DSC_4229

Przysposobienie do życia w rodzinie wersja realistyczna…

DSC_4232

… i romantyczna…

DSC_4233

Ja jestem jeszcze z pokolenia, które zna owe urządzenia, że tak sobie pozwolę powiedzieć, z autopsji. Tym bardziej doceniam poświęcenie moich Rodziców, że mimo iż obydwoje zawsze pracowali, znajdowali jednak czas na wyświetlanie i opowiadanie bajek…

DSC01714