29 Europejski Zlot Zaprzęgów motocyklowych Weiswampach 2017

DSC_0084

Po zeszłorocznym zlocie zaprzęgów w Luksemburgu, na który to z uwagi na pewne problemy z przegrzewającym się silnikiem w zaprzęgu zmuszony byłem pojechać solówką i czułem się trochę jak w kombinezonie narciarskim na plaży nudystów, wiedziałem że teraz nie odpuszczę. Pogodę zapowiadani podobną jak rok temu, czyli upały, jednak już nie tak ekstremalne. Dobra nasza.

Dzień przed terminem wrzuciłem do wozu wszystko co uznałem za przydatne w podróży, trochę odkurzyłem zaprzęg, większe pucowanie sobie darując uznawszy, że po drodze maszyna i tak się okopci i ubrudzi na tyle że moich starań nikt nie doceni – bo nie zauważy żadnej różnicy. Zatankowałem pojazd, wieczorem sprawdziłem prognozy pogody – były optymistyczne, położyłem się wcześniej do łóżka i zasnąłem snem sprawiedliwego.

Pobudka o 4:00 rano. Śniadanie w biegu, kawa, druga kawa w termos i o wpół do piątej zaprzęg był już w drodze. Po kilkudziesięciu kilometrach stwierdzam, że jednak jest zimno. Nawet bardzo. W sumie normalka, jest parę minut po piątej rano. Gęste mgły na polach, szosa mora. No właśnie.

Im bliżej Luksemburga, tym mgły gęstsze i ani myślą się rozwiewać. A także coraz więcej wody na drodze, która najwyraźniej nie ma ochoty parować. To już nie wilgoć ale całe kałuże. Powietrze zresztą też jest mokre. I chłodne na dodatek. Teraz już mam pewność że za lekko się ubrałem.

Do kałuż i rozbryzgiwanej przez zaprzęg wody zdążyłem już przywyknąć. Teraz wiem, że w nocy musiało tu dobrze popadać. Albo nawet lepiej niż dobrze; na jednym ze skrzyżowań wjeżdżam w małe jeziorko wody, która w najgłębszym miejscu sięga do silnika. Coś niesłychanego! Ostatni raz ten motocykl brodził tak głęboko w Solinie w Bieszczadach, wiele lat temu.

Do Weiswampach dojeżdżam bez przygód, nie licząc chłodu. Mimo że to sierpień – zmarzłem!

Oczywiście życie najlepsze niespodzianki zostawia zawsze na koniec. Tak też było i tym razem. Na jednym ze skrzyżowań w Weiwampach wypina mi się linka sprzęgła – a robi to na tyle niespodziewanie, że nie zdążam w porę wysprzęglić nogą i w efekcie wyjeżdżam dobre półtora metra już na skrzyżowanie. Niby nic się nie dzieje ale trochę strachu jednak się najadłem. W końcu dojeżdżam na teren zlotu. Całe siedem euro opłaty, oznakowanie motocykla, butelka zimnej wody mineralnej w prezencie od organizatorów… W zeszłym roku ratowała życie, teraz zaś wygląda jak ponury żart… Bo ciągle jest zimno!

Na terenie zlotu linka od sprzęgła wypina się po raz drugi i zmusza mnie w końcu do jazdy na półautomacie, wzbudzając zdumienie co młodszych motocyklistów. Zatrzymuje się w samym centrum zlotu, w miejscu strategicznym, czyli nieopodal baru. Pierwsze miejsce do lądowania wybieram nieszczególne, bowiem wypada ono w środku bajora. To, czego nie da się ukryć to fakt, że wieczorem i w nocy przeszła tędy sroga nawałnica. Stąd niewielka, w porównaniu do zeszłego roku, frekwencja. W tej chwili zaś trwa suszenie namiotów i dobytku. Jednak humor zlotowiczom dopisuje. W kałuży, w której przed chwilą niemal zaparkowałem kilku gości testuje wodoodporność butów motocyklowych.

W tym roku po raz pierwszy spotkałem tu inną Jawę w zaprzęgu. Dane mi było wreszcie zobaczyć Masha, czyli francuskiego chińskiego Rometa z niesamowicie ładnym wozem. Cóż, chińczycy nie śpią i ciągle zaskakują czymś nowym. Był także motocykl z wózkiem w roli kampera… A zresztą, co ja się będę rozpisywał. Zapraszam do galerii:

Na stacji benzynowej w Weiswampach. Tego nie zobaczy się nigdzie indziej – same zaprzęgi.

DSC_0087

W przyszłym roku jubileuszowa, trzydziesta edycja.

DSC_0088

 

Weiswampach, 25-29.08.2017

Reklamy

Krowie zdjęcia albo powrót do przeszłości

Krowy RAZ

Dawno, dawno temu wybraliśmy się z kilkoma kumplami na pierwszy daleki wyjazd. Był to wypad w Góry Świętokrzyskie, przede wszystkim z tego powodu że mieliśmy do nich najbliżej. Raptem coś około 170 km. Dziś to odległość śmieszna, jednak wówczas, na naszych sprzętach był to prawdziwy kosmos. Doświadczenia żadnego, bo przecież prawo jazdy świeżo co wypisane. Nie obyło się bez drobnych awarii, błądzenia, deszczu i tym podobnych. Mimo to wyjazd był wspaniały a wrażenia niezapomniane. Wrażenia te zresztą dzielnie dokumentował jeden z moich Kolegów aparatem fotograficznym marki „Zenit” na jednym jedynym filmie – całe 36 klatek! Dziś, w dobie cyfrówek zastanawiam się mocno jak to było możliwe, że udało mu się nie tylko obfotografować cały wyjazd ale jakby tego było mało, zostało mu trochę filmu. Dokładnie jedna jedyna klatka.

Dzień powrotu. Pogoda w kratkę. Ostatni postój na CPN-ie w szczerym polu, gdzieś w dawnym województwie radomskim. Na łące za stacją pasą się krowy. Szybka akcja – motocykle na łąkę, my obok, za nami krowa i zdjęcie zrobione na pałę z samowyzwalacza. Koniec filmu, ostatnia klatka.

DSCI0200

Po powrocie do domu niespodzianka. Z całego filmu wyszło tylko jedno jedyne zdjęcie. Właśnie to z krową. Reszta filmu została prześwietlona, do dziś nie jest jasne czy stało się to w czasie wyjazdu czy też u fotografa… Trochę ciężko było przekonać Starych że naprawdę byliśmy w Górach Świętokrzyskich mając tylko jedno zdjęcie spod Radomia z krową. Technicznie zresztą świetne.

Oryginalne zdjęcie znajduje się w postaci analogowej w albumie moich Rodziców, ja zaś, przy każdej nadarzającej się sposobności robię kolejne „krowie zdjęcia”. Ożywają wspomnienia 🙂

 

Anatomia muzyki – Dirty Mod

anatomia-muzyki

Wybrane utwory dla brudnych umysłów

Czasem o wszystkim decyduje przypadek. Tak też było i tym razem. W jednym z wielkich sklepów z elektroniką przeglądam bez większego przekonania płyty CD wystawione w wielkim koszu z napisem „PRZECENA.” No tak; kto dziś w ogóle kupuje płyty? Teraz przecież wszystko można ściągnąć z „chomika” lub innego serwisu, nie płacąc za to ani centa. Tylko frajerzy płacą za coś, co można mieć przecież „za darmo”.

Tak więc leżą obok siebie w wielkim koszu: wielcy kompozytorzy muzyki klasycznej, gwiazdy ciężkiego grania których albumy weszły na stałe do kanonu muzyki rockowej oraz jednosezonowe gwiazdki pop, słynne z tego że co prawda śpiewać nie umieją, za to występują publicznie w samej bieliźnie. Łączy ich jedno – ich dokonania artystyczne wyceniono poniżej granicy przyzwoitości.

Nie powiem żebym nie skorzystał z okazji i nie uzupełnił swojego zbioru. Mam jednak mieszane uczucia. Z jednej strony odczuwam pewną mściwą satysfakcję, że jednak rynek „odegrał się” na „pazernych wydawcach.” Pamiętam bowiem czasy gdy płyty CD były koszmarnie drogie i absolutnie nic nie usprawiedliwiało tak absurdalnych cen. Z drugiej strony mam świadomość, że wkrótce wydawanie muzyki może się przy obecnych cenach zwyczajnie przestać opłacać…

W pewnej chwili wygrzebałem płytę przecenioną jeszcze bardziej niż inne. Powiem tylko tyle, że dawno nie widziałem aż tak przecenionego albumu. Okładka nie pozwalała mi przejść obok tego wydawnictwa obojętnie i jednocześnie dawała niejakie pojęcie o tym, co krążek może zawierać.

DSC_9850

Nie zawiodłem się. Po wrzuceniu płyty do odtwarzacza od razu przeniosłem się do czasów rockersów i modsów. Album jest kompilacją 13 utworów najlepszych brytyjskich garażowych zespołów rockowych. Prawdziwa podróż w czasie.

DSC_9846

Później sprawdziłem, ze oryginalnie płyta CD wyceniona była na 8 £. A ja nie zapłaciłem za nią nawet pół funciaka. Przesłuchałem ją najpierw w samochodzie, potem drugi raz w garażu i jeszcze raz na spokojnie w domu.

Spis utworów wraz z małą próbką zawartości:

1.The Samuel Rogers Band – Liven Up. ->

2.The Monkey Gland Blues Band – Shake It Down. ->

3.The Third Degree – Toxic.

4.The Buns – Thrill Me Up. ->

5.THE FALLEn leaVES – Did You See Her.

6.Eight Rounds Rapid – Bully Boy.

7.The Get-Go – Rockin’ Girl.

8.Maker – Move Your Feet.

9.The Beatniks – CC (Love Surprise).

10.The Sons Of MOD – This Is Sound.

11.The Outcrowd – Booze Monkey.

12.Dave’s Doors Of Perception – Sex & Drugs & Armed Revolution.

13.King Mojo – Ejector Seat.

 

Kurde! Płyta jest tak dobra i klimatyczna, że zapłaciłbym za nią nawet te osiem funciaków!

Strona Wydawcy.

Wheels&Stones # 2

DSC_9507

Obiecana druga część relacji opóźniła się z prozaicznej przyczyny permanentnego braku czasu. niestety, po przeprowadzce jest co robić a kolejka materiałów czekających na przeredagowanie zamiast się skracać tylko się wydłuża.

A mi pozostaje tylko żałować, że mogłem pozwolić sobie być na niej tylko przez jeden dzień.

No cóż, trzeba będzie sobie odbić na kolejnej edycji.

Miłego oglądania!

Strona Organizatora

Wheels&Stones # 1

DSC_9459

Pewien znajomy reklamował niegdyś swoją stronę internetową słowami: „starsza od fejsbuka a mimo to nie wyrządziła tylu szkód”. Nie wiem jak tam jest ze szkodowością portali społecznościowych czy też strony Kolegi, prawda jest jednak taka, że gdyby nie „mordoksiążka” to o tym zlocie zapewne wcale bym się nie dowiedział i nawet nie mógłbym się złościć, że ominęła mnie taka impreza.

Wheels&Stones jest, jak się okazuje, cykliczną imprezą poświęconą ogólnie klimatom Cafe Racer. Tak, teraz mogę sobie pluć w brodę że przegapiłem wcześniejsze jej edycje. A ponieważ jest to niemiecka wersja Ton-up-boys, więc nikogo nie powinno dziwić że bazą do przeróbek są z reguły starsze motocykle BMW, nad którymi na szczęście nikt się nie użala że „takiego klasyka zepsuli” 😉

Zapraszam do galerii:

Koniec części pierwszej. Ciąg dalszy nastąpi.

Strona Organizatora

AD 2063 # 2

windam

Rozdział II

Przez duszny, zakurzony korytarz udał się w kierunku windy, obojętnie mijając po drodze swoich sąsiadów ze szczerą i odwzajemnioną obojętnością. Nie znał ich prawie wcale i zmieniać tego nie chciał, o ile nie byli w stanie mu pomóc albo zaszkodzić w karierze. Sąsiedzi traktowali go zresztą dokładnie tak samo.

Winda oczywiście nie działała. Paweł wiedział o tym doskonale, jednak zawsze sprawdzał w nadziei, że może pozytywnie się zaskoczy. Tym razem jednak zaskoczenia znów nie było – ekran obok automatycznych drzwi szybu wyświetlał tylko informację o wyłączeniu dźwigu z eksploatacji. Piękną, kolorową i do tego jeszcze na dodatek animowaną. Paweł przyglądał się przez chwilę komunikatowi po czym westchnął i podreptał długim, ciemnym i odrapanym korytarzem w kierunku drugiej windy.

Automatyczne drzwi do bloku bezszelestnie otworzyły się przed Pawłem, rejestrując jego wyjście. Chwilę później jego Status uaktualniła także furtka w wysokim murze otaczającym osiedle. Wyszedł na ulicę. Na brudnym, popękanym chodniku walały się śmieci. Wiatr przerzucał je na jezdnię, po której wędrowały z plastikowym szelestem jak żywe by po chwili zastygnąć przy krawężniku. Paweł przyglądał się im przez chwilę. Autonomiczne śmieciarki nie nadążały z utrzymaniem porządku w Mieście, wobec czego był to widok powszechny. W jego dzielnicy, z racji jej dość wysokiego statusu, ze śmieciami i tak nie było jakiegoś wielkiego problemu. Ale w gorszych dzielnicach na ulicach potrafiły zalegać ich całe hałdy. Paweł na szczęście w nich nie bywał i odwiedzać ich nie musiał. Na pieszo nie chodził niemal wcale, do pracy dojeżdżał metrem które nie zatrzymywało się na stacjach w gorszych dzielnicach. Paweł nawet nie był pewien czy stacje te w ogóle są jeszcze czynne, bowiem z okien wagonu widać na nich było tylko brudne, ciemne perony. Autonomiczne taksówki omijały je zaś szerokim łukiem.

Bo i czasy bezpieczne nie były. „Nieprzystosowanych” przybywało i stanowili oni już niemal połowę mieszkańców Miasta. Rekrutowali się oni z byłych robotników, rolników, rzemieślników, handlowców oraz wszystkich innych zawodów, które padły ofiarą autonomizacji procesów produkcji. Spędzano ich do wyznaczonych dzielnic w miastach, z których oczywiście próbowali się wydostać i wyrazić swoje niezadowolenie, do czego z kolei nie chciały dopuścić siły porządkowe. W związku z tym starcia bezrobotnych ze Strażą Korporacyjną stały się codziennością i nikt nie wiedział jak z tego wybrnąć. Co poniektórzy sugerowali, że być może warto by było rozważyć chociaż częściowy powrót do „starych czasów” i pozwolić tym ludziom, jeśli oczywiście zechcą, osiedlić się poza Miastami i zająć na przykład rolnictwem albo rzemiosłem. Stanowisko Korporacji było jednak inne. Argumentowała, że przecież taki powrót do czasów archaicznych jest ekonomicznie zupełnie nieopłacalny i nie stać społeczeństwa aby finansować „hobby” pewnych grup społecznych. Korporacja naprawdę stara się, żeby wszystkim żyło się dobrze i spokojnie i przecież nikt głodny nie chodzi – a przynajmniej nie aż tak bardzo. Po wtóre zaś – i ważniejsze: Korporacja nie będzie w stanie zapewnić bezpieczeństwa ludziom rozsianym na dużym obszarze a przecież to priorytet! Życie i zdrowie ludzkie to dla Korporacji przecież sprawa nadrzędna. Na potwierdzenie tego Korporacja przedstawiała swoje dane o ilości starć i potyczek Sił Porządkowych z bandami grasującymi w Strefach Zamkniętych oraz kosztach i stratach z tym związanych. Czy ktoś wyobraża sobie wypuszczenie bezbronnych mieszkańców Miasta na żer bandom przestępców? Nikt sobie tego oczywiście nie wyobrażał. Wobec tego Korporacja poszła o krok dalej i w ramach zapewnienia bezpieczeństwa mieszkańcom zaczęła fortyfikować Miasta, otaczając je murami, zasiekami i wszelkimi innymi przeszkodami, patrolowanymi przez Automaty Straży Korporacyjnej dzień i noc. Łączność między Miastami zapewniała tylko kolej i lotnictwo a odprawy przed podróżą były bardzo drobiazgowe. Znów ze względów bezpieczeństwa. Zresztą, aby wybrać się w taką podróż należało wypełnić drobiazgowy formularz i czekać na odpowiedź Zarządu Straży Korporacji, która mogła być odmowna. I taka zwykle była, jeśli podróż niezwiązana była ze sprawami zawodowymi, czyli służbie Korporacji. A takie Korporacja zlecała rzadko. Paweł odwiedził inne Miasto tylko trzy razy w życiu.

Takie właśnie myśli zaprzątały umysł Pawła w czasie oczekiwania na autonomiczną taksówkę. W pewnej chwili ulicą przejechały dwa automaty Straży Korporacji, uważnie lustrujące okolicę i nasz bohater od razu poczuł się bezpieczniej. Patrzył z dumą na białe kadłuby robotów, z głowami wyposażonymi w pięć obiektywów, przed wzrokiem których nie ukryje się nic. Dwa z nich patrzyły do przodu, kolejne dwa pozwalały widzieć na boki bez potrzeby odwracania głowy. Piąty, znajdujący się z przodu na „czole” automatu, sprzężony z laserem, był w zasadzie celownikiem działającym na podczerwień. W tej chwili był on jednak zasłonięty metalową klapką. Automaty były bowiem uzbrojone w paralizatory i pneumatyczne karabinki a zbiorniki sprężonego gazu znajdowały się w płaskich butlach na plecach automatu. Korporacja ogłaszała bowiem, że życie ludzkie jest dla niej wartością nadrzędną i wobec tego nawet wobec przestępców nie będzie używać broni palnej. Automaty wyposażone były oczywiście w jedną parę rąk, bardzo podobnych do ludzkich oraz nogi, które jednak konstrukcyjnie bardziej zbliżone były do ptasich, z wydłużoną częścią skokową. Paweł wiedział, że umożliwiało to robotom niesamowicie szybki bieg. Człowiek w normalnym terenie nie miał najmniejszej szansy na ucieczkę przed takim automatem. Obie maszyny przejechały obok Pawła na swoich trójkołowych, elektrycznych motocyklach, nie zaszczycając go jednak ani przez ułamek sekundy swoim spojrzeniem. Paweł wiedział, że i tak zlustrowały go dokładnie, łącząc się z jego Komunikatorem i sprawdzając w Systemie jego status. Wiedziały już zapewne że czeka na taksówkę, gdzie się wybiera i w jakim celu. Ale niechby zamiast niego stał ktoś bez statusu w Systemie, roboty natychmiast by się zatrzymały. Paweł był szczęśliwy że może mieszkać w tak bezpiecznym miejscu.

Wreszcie, spóźniona jak zwykle, nadjechała i taksówka. Wysłużony, poobijany i brudny autonomiczny wehikuł. Drzwi otworzyły się i Paweł zajął miejsce wewnątrz pojazdu, starając się nie ubrudzić spodni i marynarki o wyświechtane siedzenie. Wnętrze pojazdu zaśmiecone było resztkami jedzenia na wynos, puszkami po Syntetyku i innymi odpadkami. Taksówki sprzątano rzadko z bardzo prostego powodu – nie miały żadnej konkurencji. Prywatnych samochodów nie było. Nie wolno ich było posiadać. Zresztą i tak nie było dokąd nimi pojechać, wiec i posiadanie ich pozbawione było także sensu. Od tej reguły były oczywiście wyjątki, takie jak: szef Straży Korporacji, Kierownik Zarządu Okręgu oraz Burmistrz. Im, z racji pełnionych funkcji, należały się pojazdy służbowe. Kiedyś była jeszcze także instytucja Pełnomocnika Do Spraw Ludności. Szefową była młoda dziewczyna. Jej auto służbowe, w przeciwieństwie do wszystkich innych, było czerwone a nie szare. Paweł pamiętał ją, bowiem w jej dziale miał nawet pracować. Była inteligentna, energiczna i pełna zapału. Wróżono jej niesamowitą karierę. Zresztą, w jej wieku nikt nie sprawował tak ważnej funkcji. Była trzecią najważniejszą osobą w Okręgu! I nagle, pewnego dnia – zniknęła bez śladu. Tak po prostu, z dnia na dzień. Było korporacyjne śledztwo, które niczego nie ustaliło a przynajmniej Straż nie wydała żadnego komunikatu. Wszystkie informacje na jej temat zostały usunięte z Systemu. Jedni mówili że została zamordowana, inni że porwana przez bandy spoza Miasta. Jeszcze inni szeptali po cichu, że została nieczysto wyeliminowana przez „grube ryby” Korporacji, obawiające się jej szybkiej i nadzwyczajnej kariery. Jak było naprawdę – Paweł nie wiedział. Jednak intuicja podpowiadała mu, że należy się trzymać od tego z daleka.

Auto samo wybrało cel podróży i ruszyło bezgłośnie. Paweł próbował otrząsnąć się ze wspomnień. Bezskutecznie jednak. Postać młodej Pełnomocnik Do Spraw Ludności, która zaginęła tak tajemniczo nie dawała mu spokoju. Właśnie teraz. Wytężył umysł, próbując sobie przypomnieć jak wyglądała, jednak obraz jej zamazał mu się już w pamięci. Widział ją zresztą raptem kilka razy. Na pewno była drobna. Niewysoka. Włosy miała do ramion. Koloru… blond? Nie, raczej nie. Brunetką też nie była. Szatynką? Może być. Kiedy zniknęła? Będzie już ze dwa lata temu. Albo nawet trzy. Sam zdziwił się, jak w pewnym wieku pamięć zaczyna już człowieka zawodzić. A może to czas biegnie coraz szybciej i tracimy kontrolę nad biegiem wydarzeń?

Taksówka od czasu do czasu zmieniała drogę, jadąc zalecanymi przez Straż Korporacji objazdami. Pawłowi było to i tak obojętne, bo tak naprawdę nie znał Miasta w którym mieszkał od zawsze. Nowe dzielnice były jednakowe, w stare się nie zapuszczał. Pogrążony w swoich myślach patrzył za okno niewidzącym wzrokiem.

Ocknął się dopiero, gdy auto zatrzymało się na pustym placu.

– To na pewno nie tu – oprzytomniał.

Zerknął na pulpit kontrolny samochodu i oniemiał. Sprawdził jeszcze raz na swoim Komunikatorze i zamarł ze zgrozy! Brak łączności z Systemem! Ale to niemożliwe! Winda może nie działać, automat sprzątający może zwariować, ale nie System! System jest przecież wszędzie!

To jednak była prawda. Paweł złapał głęboki oddech po czym otworzył awaryjnie drzwi taksówki.

Plac był duży, otoczony z trzech stron starymi kamienicami. Z czwartej zamykała go duża budowla z wieżami, która kiedyś była kościołem. Wszystkie budynki były w opłakanym stanie, z odłażącymi tynkami i dziurawymi dachami, w których brakujące dachówki uzupełniono foliowymi torbami, deskami czy fragmentami plandek. Plac obiegały cztery ulice,  obsadzone zapewne dawniej drzewami, tworząc w każdym rogu małe skrzyżowania. Jedna z nich, ta od strony dawnego kościoła, biegła jednak bliżej środka placu. To tu właśnie zatrzymała się taksówka. Centralne miejsce zajmowała zrujnowana fontanna, zasypana odpadkami oraz zastawiona przepełnionymi kontenerami na śmieci, których nikt od dawna nie opróżniał.

– Ale tu musiało być kiedyś ładnie – powiedział Paweł sam do siebie.

Jednak coś nie dawało mu spokoju. Wreszcie zrozumiał. Na placu nie było nikogo. Żywej duszy!

Wokół panowała przejmująca cisza.

windad

CDN

 

 

Urlopowo

DSCI9706

W „chAmeryce” mawiali, że „Kansas to jeszcze nie jest koniec świata, ale stamtąd już go widać. Jeśli to prawda to jakieś francuskie Kansas powinno być już całkiem blisko.

Ogólnie to wszystko normalnie, jak to na urlopie. Piękne widoki i postój pośrodku niczego, kończy się paliwo oraz zbiera na burzę.

A tak poza tym to pełen relaks 🙂DSCI9711

 

AD 2063 # 1

Automat 02

Rozdział I

Dźwięk alarmu gwałtem wdarł się do świadomości i brutalnie wyrwał Pawła ze snu. Niemrawo podniósł się z posłania, usiadł i przetarł zaspane oczy. Wczoraj wieczorem, w klubie, przedawkował Syntetyk i dziś nie czuł się najlepiej. Syntetyk była to modna ostatnio wśród ludzi sukcesu używka o opatentowanej przez Korporację recepturze, usuwająca zmęczenie, senność oraz poprawiająca samopoczucie. A serwowano ją, rzecz jasna, w modnych wśród ludzi sukcesu klubach. Przez chwilę usiłował sobie przypomnieć jak nazywała się dziewczyna poznana wczoraj w klubie, jednak pamięć go zawiodła. Zresztą, nie było to ważne. Nie miał czasu na jakieś poważne związki. Sukces nie przyjdzie sam. Trzeba walczyć o swoją pozycję w Korporacji. Także z tą dziewczyną. Nie miał wątpliwości że bez mrugnięcia powieką wygryzłaby go z posady, gdyby tylko nadarzyła się jej taka możliwość. On zresztą zrobiłby to samo bez chwili wahania. Life is brutal.

Komunikator na jego ręku przypomniał delikatnym lecz nie znoszącym sprzeciwu głosem, że na dziś ma umówione ważne spotkanie, które może zaważyć na jego dalszej karierze. Było to urządzenie nieco większe od naręcznego zegarka, jednak o nieporównanie większych możliwościach. Zastępowało między innymi karty płatnicze, rabatowe a także wszystkie możliwe dokumenty. Oprócz tego było oczywiście telefonem, zegarkiem, kalendarzem, komputerem oraz zapewniało ciągły dostęp do Systemu.

Paweł podszedł do ściany i małej lodówki ściennej wyjął z niej pomarańczową puszkę. Był to oczywiście schłodzony Syntetyk. Paweł nie posiadał żadnych innych napojów. Po prawdzie to jego lodówka oprócz Syntetyku nie zawierała nic.

– „Czym się strułeś, tym się lecz” – rzekł Paweł do siebie, naciskając niewielki guzik na wierzchniej stronie plastikowego zasobnika, nie zdając sobie nawet sprawy że powiedzenie to ma dużo starszą historię i pierwotnie odnosiło się do czegoś zupełnie innego. Duszne powietrze małego mieszkania przeszył cichy syk po którym puszka udostępniła swoją zawartość.

Niemal w tym samym momencie z niewielkiej ściennej szafy wyjechał automat sprzątający i jak gdyby nigdy nic rozpoczął porządki. Zasadniczo powinien z tym poczekać aż Paweł opuści mieszkanie, w końcu od czegoś miał chyba te sensory. Jednak automat Pawła był uszkodzony i codziennie rozpoczynał sprzątanie punktualnie o godzinie 06:23. Dlaczego o takiej godzinie – Paweł nie miał pojęcia. Zgłaszał usterkę już wielokrotnie, jednak poza standardową, automatyczną formułką o przyjęciu zgłoszenia oraz że jest nam przykro itd., nie działo się kompletnie nic. Następnego ranka automat rozpoczynał sprzątanie punktualnie o godzinie 08:23 i tak w kółko. Paweł najchętniej wyłączyłby go w cholerę, jednak było to niemożliwe. Automatu sprzątającego nie można było bowiem wyłączyć. Po pierwsze dlatego, że urządzenie nie posiadało żadnego wyłącznika a po drugie że każda próba jego dezaktywacji, na przykład poprzez wyjęcie bezpiecznika, była bardzo poważnym naruszeniem obowiązującego regulaminu bloku w którym mieszkał. Wówczas administracja reagowała błyskawicznie a delikwent pociągany był do surowej odpowiedzialności. Tajemnicą poliszynela było to, że automat służył przede wszystkim jednak do szpiegowania, co pracownicy Korporacji porabiają w domu po pracy. Oczywiście chodziło o względy bezpieczeństwa, jakże by inaczej. Zawsze przecież mogłoby się okazać, że któryś z mieszkańców jest antysystemowcem i w domowym zaciszu majstruje bombę będącą zagrożeniem dla innych mieszkańców bloku. Możliwe czy nie? Paweł uważał że jest to możliwe, wobec tego nie protestował gdy potrójny zestaw obiektywów automatu śledził każdy jego ruch w mieszkaniu, nawet wówczas gdy siedział w łazience na sedesie albo stał pod prysznicem. W końcu to przecież wszystko dla jego dobra. Nie miał co do tego żadnych wątpliwości. W Korporacji zawsze powtarzano, że „uczciwi ludzie nie mają nic do ukrycia” i Paweł trzymał się ściśle tej zasady. Czasem tylko, niczym natrętna mucha, gdzieś z tyłu zwojów nerwowych, plątało mu się wspomnienie pewnej książki, w której społeczeństwo było w pełni inwigilowane przez ekrany w ścianach… Ta książka miała chyba w tytule coś o roku… Mimo wysiłku Paweł nie mógł sobie jedna przypomnieć tytułu. Papierowych książek już dawno nie było; wszystkie zostały przemielone na kompost w ramach akcji „Kultura Dla Środowiska”. Od tej pory wszelki pozycje literatury jakie tylko spłodziła ludzkość, miały być dostępne za darmo w elektronicznych zasobach Systemu. Po czasie okazało się, że jednak nie za darmo i nie wszystkie. Rzeczonej książki z rokiem w tytule znaleźć nie mógł, chociaż próbował wielokrotnie i na różne sposoby. Dał za wygraną dopiero po otrzymaniu wiadomości od Administratorów Systemu z informacją, że jego zainteresowania są „cokolwiek niezdrowe”. Zrozumiał ostrzeżenie i przestał szukać.

Paweł rozejrzał się po mieszkaniu. Niewielkie, brudne okna wychodziły wprost na szarą ścianę sąsiedniego bloku, dzięki czemu wpuszczały tak mało światła, że pomieszczenia trzeba było doświetlać również w dzień. Ścianę we wnęce za drzwiami w najlepsze pożerał grzyb. Automat udawał że sprząta, troszcząc się o jego zdrowie, ani na moment nie spuszczając z niego swojego zestawu trzech obiektywów.

Paweł podszedł do dużego ekranu wmontowanego w ścianę i uśmiechnął się do kamer zainstalowanych w jego obudowie. Szybko zaktualizował swój status w Systemie, wprowadził bieżący plan dnia. Nie było to obowiązkowe ale w Korporacji mile widziane, gdy pracownik meldował wcześniej, co danego dnia i o której godzinie będzie robił. Na koniec sprawdził jeszcze w Systemie, czy zarezerwowane auto na pewno po niego przyjedzie. Status był OK. To go uspokoiło. W końcu na rozmowę o własnej przyszłości w Korporacji nie wypadało jechać metrem. Tak, to był Wielki Dzień, ten który odmieni jego życie.

Szybko ubrał się w dostarczone wczoraj z automatycznej wypożyczalni eleganckie ubranie. Zwało się ono „Kreid” i było ostatnim „krzykiem mody”. Wygodne jednak nie było; piło w kroku i pod pachami. Paweł pocieszył się, że będzie musiał je nosić najwyżej kilka godzin. A na rozmówcy na pewno zrobi dobre wrażenie. Zaklął cicho gdy zauważył, że jakiś durny automat krzywo uprasował nogawkę spodni; naciągnął, poprawił – jakoś to będzie, musi być.

Wyszedł z mieszkania odprowadzany zimnym, beznamiętnym wzrokiem potrójnego zestawu obiektywów automatu sprzątającego, udającego że robi porządek.

– „Uczciwi ludzie nie mają się czego obawiać” – Paweł wyrecytował w myślach wyświechtaną formułkę. Drzwi zamknęły się za nim automatycznie a zapalona czerwona lampka nad nimi zasygnalizowała, że zostały także zaryglowane.

Automat 01

CDN

Dookoła komina

DSC_8819

Wbrew pozorom nie jest wcale tak, że nie mam już o czym pisać. Jest dokładnie odwrotnie a moje „zaległości” w tej dziedzinie sięgają już w sumie do trzech lat wstecz. Problemem jest zbyt wiele pomysłów w zbyt małej jednostce czasu. Może robię w życiu coś nie tak, że ciągle mi tego czasu brakuje. Sam już nie wiem.

Czując się tym samym w jakimś tam stopniu wytłumaczonym (przede wszystkim przed samym sobą), pozwolę sobie niniejszym przejść do wpisu właściwego.

Dawno, dawno temu, czyli dobrych dziesięć – piętnaście lat temu, gdy na nowo odkryłem „motocyklizm”, jego najwyższą formą wydawało mi się podróżowanie. Ale to dalekie. Takie z przekraczaniem granic państwowych, kontynentów, z oklejonymi symbolami odwiedzonych państw kuframi, poznawaniem innych kultur… W związku z powyższym zakupiłem kufry (założyłem je bodajże raz), zaprenumerowałem sobie czasopisma motocyklowe o podróżowaniu (były takie w Polsce, nawet dwa) i zaczytany marzyłem…

Szczęście uśmiechnęło się i do mnie i pewnego pięknego dnia wyruszyłem na motocyklu naprawdę w nieznane. Pierwsze przekroczenie granicy, pierwszy nocleg na obcej ziemi, pierwsza burza podczas podróży gdzieś po szosie w górach… Byłem tu, byłem i tam i ówdzie. Spotkałem tego i owego. Pełnia szczęścia.

Po kilku latach nadmiar szczęścia postanowił nieoczekiwanie kopnąć mnie w cztery litery. Przyszło mi bowiem troszkę potułać się po świecie. Zresztą nie pierwszy raz. Tym razem przyszło mi mieszkać również w krajach, które uprzednio odwiedziłem. Tu przyszło zdumienie. Wydawało mi się, że przecież tych ludzi już poznałem, że ich rozumiem, rozgryzłem ich zwyczaje, system wartości. Okazało się, że tak naprawdę nie wiem o nich nic. Nic. Po pewnym namyśle okazuje się, że jest to zupełnie zrozumiałe. Wszędzie przecież byłem do tej pory tylko gościem. Zatrzymałem się, zrobiłem zdjęcie, przenocowałem. To wszystko.

Przypomniało mi się, jak kiedyś, dawno temu, na wydział biologii z referatem przyjechał Pan Doktor (humanista, jak się okazało), który opowiadał z przejęciem, jak po dwóch nocach spędzonych w namiocie rozbitym w puszczy „zrozumiał las”.  Mimo powagi miejsca (w końcu uniwersytet), całe audytorium buchnęło gromkim śmiechem, jako że na owej sali przebywali ludzie, którzy spędzili na tym po dwadzieścia, trzydzieści i czterdzieści lat  – i nawet oni nie ośmieliliby się powiedzieć, że „zrozumieli las”.

Tak właśnie jest. Nie mając pojęcia ile jeszcze nie wiemy, mamy złudne poczucie posiadania wszelkiej mądrości.

W ten właśnie sposób mój zapał do dalekich podróży osłabł – co nie oznacza, że wygasł całkowicie. Przestał być w każdym razie priorytetem. Kufry motocyklowe powędrowały w kąt garażu, gdzie w najlepsze pokrywają się kurzem i patyną. Ja zaś na nowo zacząłem cieszyć się z małych, zwyczajnych wycieczek.

Takich jak ta, którą wspominam mile do dziś. Zaczęło się o poranku, który był mglisty. Inna sprawa, że powietrze było przejrzyste aż do momentu, gdy wyjechałem z garażu. Przyroda lubi jednak płatać figle.

DSC_8774

Od razu udałem się do portu rzecznego. Zawsze chciałem tam pojechać na małą sesję zdjęciową. Dowcip polega na tym, że obowiązuje tam zakaz ruchu, za wyjątkiem wszakże  jednej drogi dojazdowej, którą dosyć nieoczekiwanie odkryłem. Upewniłem się kilka razy, czy aby na pewno nie stoi tam żaden znak zakazu – ale nie. Tym samym wjechałem na przystań legalnie.

DSC_8790

Wczesna pora zapewniała mi ten komfort, że nikt po porcie jeszcze się nie kręcił i nie marudził, że przecież nie można tu wjeżdżać a mi oszczędzało żmudnych tłumaczeń że „i owszem”.

Tu już naprawdę okolice „wkołokominowe”; wszystko cudownie nowe z racji faktu, że mój komin znów zmienił swoje położenie. Może dlatego te wycieczki mi się nie nudzą?

DSC_8810

Wtem!

DSC_8816

Klasyczna „pięćsetka” w służbie reklamy już gotowa do zimy dzięki „Dębicom Frigo”.

DSC_8814

„Przyjaźń ponad granicami”, jak głosi napis na tablicy przy drodze. I tego się trzymajmy.

DSC_8819

Dobranoc 🙂

 

Oldtimertreffen Düppenweiler, czyli wpis zawiera lokowanie produktu

DSC_8739

Nie pomnę już, w jakiej to gazecie znalazłem informację o organizowanym w Düppenweiler zlocie zabytkowych pojazdów. A ponieważ jeszcze nie byłem w miejscowości o tak fajnej nazwie, wiadomym przeto się stało, że muszę się tam wybrać.

Tak więc wczesnym rankiem wytargałem zaprzęg z garażu, ku nieopisanej zapewne radości sąsiadów odpaliłem i udałem się w kierunku północnym.

Düppenweiler okazało się być niewielką mieściną. Na tyle małą, że zanim zdołałem w niej zatrzymać zaprzęg to miejscowość zdążyła się już skończyć – mimo  hamowania z piskiem opon 😉 No dobrze, taka mała to znowu nie jest. Po prostu nie wiedziałem gdzie znajduje się miejsce zlotu i w związku z tym przejechałem przez całą miejscowość. A ponieważ znajduje się ona na przełęczy i podjazdy oraz zjazdy są strome, toteż nie udało mi się wyhamować przed tablicą oznaczającą koniec miasteczka. I nie zawiniły tu „legendarne” knedlowskie hamulce, tylko wąskie opony ślizgające się na nawierzchni. Bębny zablokowały koła bez problemu a mimo to zaprzęg sunął dalej z piskiem opon.

Wobec tego pozostało tylko zawrócić i powoli przejechać przez miasteczko raz jeszcze. Tym razem trafiam bezbłędnie a to dzięki kierowcy jakiegoś starego samochodu, który skręcił we właściwą uliczkę. No tak, oznaczenia brak. Miejscowi wiedzą.

Na miejscu okazało się, że zlot jest organizowany przez jakiegoś dealera francuskich samochodów i połączony będzie z prezentacją nowego modelu. Taką właśnie informację dostałem przy wjeździe od jednego z organizatorów. Wymienia przy tym nazwę producenta samochodów, ale będąc w kasku na głowie i przy hałasie pracującego knedlowskiego dwusuwa dociera do mnie tylko pierwsza litera. Jest to litera „P.”

– Jaka firma? Panhard? – pytam wobec tego grzecznie jeszcze raz.

– Nie, Peugeot! – facet robi wielkie oczy.

Po ustaleniu tych faktów parkuję zaprzęg przy ulicy, gdzie znajduję jeszcze troszkę wolnego miejsca.

DSC_8745

Przed salonem dealera stoi kilka samochodów. Próbuję ustalić, który z nich jest tym premierowym. Ten?

DSC_8743

Czy może jednak ten?

DSC_8741

Stawiam na tego drugiego, z racji wyposażenia pojazdu w materiały promocyjne:

DSC_8739

Na mnie ten samochód zrobił dobre wrażenie. I kto to marudził, że nie produkuje się dziś ciekawych samochodów!

Krótkie zwiedzanie:

Najciekawszy motocykl zlotu:

I to by było na tyle.

PS. Sponsorem programu jest literka „P.”

PS.PS. Nazwa Düppenweiler nie pochodzi, jak mogłoby się wydawać, od pewnej części ciała tylko od ceramiki.

PS. PS. PS. Do tej pory nie wiem, który to model samochodu miał tam zostać zaprezentowany. Bo podobno jednak nie ten, który oglądałem. Wiem tylko, że oznaczenie miał cyfrowe i w środku na pewno było zero; znawcy motoryzacji na pewno sobie poradzą 😉