Zlot pojazdów amerykańskich Merzig 2019

DSC_4460

Namnożyło się nam tych zlotów amerykańszczyzny, oj namnożyło. Człowiek nie nadąża odwiedzać. Nie mam oczywiście nic przeciwko temu. Jest wręcz przeciwnie, bo motoryzacja zza wielkiej wody jest ciekawa. Całkiem różna od naszej, bo i inne uwarunkowania i inna historia a i ropy całkiem dużo, która jest tania na dodatek. No, może to ostatnie to już powoli odchodzi do przeszłości. Niemniej kraj ogromnych przestrzeni i, co się z tym wiąże, także wielkich odległości, wykształcił swój specyficzny styl. Do którego mam pewien sentyment, jako że zdarzyło mi się w życiu tam nieco pomieszkać. Tyle tytułem usprawiedliwienia.

Na początek powiało chłodem.

DSC_4479

I to nie tylko dlatego, że radiowóz z Alaski. Mówi się, że USA to kraj wolności i demokracji. Ma to to w sumie trochę tyle wspólnego z prawdą co dowcip o tym, jak to w Moskwie na Placu Czerwonym rozdają samochody. Tej amerykańskiej wolności zdarzyło mi się zaznać na lotnisku w Chicago, na pół dnia lądując „na dołku”. Oczywiście z takimi atrakcjami jak rewizja osobista, prucie bagaży, przesłuchania i wielogodzinne oczekiwania nie wiadomo na co. Moją przewiną było to, że przyleciałem do USA godzinę po tym, jak George W. Busch postanowił, wraz z sojusznikami, rozpocząć inwazję na Irak. Więc jako młody, biały chłopak z kraju, który solidarnie z USA w owej inwazji uczestniczył, zostałem zatrzymany jako potencjalny terrorysta. Logiczne. Ale to temat na osobną opowieść.

„- Pokażcie no obywatelu, co tam macie w bagażach skitrane”.

DSC_4371

Zostawmy te złe wspomnienia i porozkoszujmy się Rock’n Rollem. Bo muzyka łagodzi obyczaje. Podobno.

DSC_4373

Przy muzyce lepiej się zwiedza. A tymczasem Dodge Challenger.

DSC_4372

Dodge Charger.

DSC_4375

DSC_4376

DSC_4378

Detale:

DSC_4382

DSC_4445

Duże złoża chromu.

DSC_4436

DSC_4438

DSC_4440

DSC_4443

Różowa Pantera.

DSC_4413

DSC_4389

DSC_4459

Ford 68 z 1926 roku z silnikiem od Corvette. 5,7 litra, 300 KM.

DSC_4398

DSC_4393

DSC_4395

DSC_4396

DSC_4399

DSC_4466

Znajomy żałował, że już nie robi się kolorowych tapicerek w samochodach. Może to jednak dobrze, bo tu można się nabawić się nerwicy.

DSC_4414

Ta wajcha przy kierownicy jest wspaniała.

DSC_4417

Zegary, zegarki, zegareczki.

DSC_4418

Mustangi.

DSC_4385

Pepé Le Pew, znany u nas jako Pepé Le Swąd informuje, że pojazd nie jest wyposażony w katalizator.

DSC_4386

Ale że Diesel? 😮

DSC_4427

Wspaniała kompozycja.

DSC_4409

Indian. Mają w ofercie fajnego scramblera na Scoucie, jednak tu go nie przywieźli. Nie wiem czemu.

DSC_4405

DSC_4406

Oraz BMW sztuk jeden. Więcej jednośladów nie stwierdzono.

DSC_4404

Samochody z USA to nie tylko V8.

Może być i V12, jak na przykład ten Plymouth z 1946 roku.

DSC_4431

DSC_4430

DSC_4433

W sumie fakt, downsizing w USA się nie przyjął.

DSC_4425

Wytnij i przypnij.

DSC_4473

DSC_4426

Handmade.

DSC_4474

DSC_4401

DSC_4402

Maestro przy pracy.

DSC_4475

DSC_4477

Przystanek Alaska. Pamięta to ktoś jeszcze?

DSC_4416

Corvette. Gdy jako dziecko dostałem takiego resoraka (Matchbox, z Pewexu!), byłem pewien, że takie auto nie istnieje naprawdę. No bo jak to… Za oknem Syreny i Maluchy a tu takie coś… A jednak.

DSC_4422

Samochód rolniczy. Prawie jak Tarpan. PRAWIE.

DSC_4407

DSC_4469

Żuk też miał kratki 😛

DSC_4410

Lubię te ścięte przody.

DSC_4419

DSC_4447

I to by było na tyle.

See U…

DSC_4471

Reklamy

Pierwszy dzień lata

DSC_4496

Są na tym świecie rzeczy, o których nie śniło się fizjologom”. Tak przynajmniej mawiał klasyk. Dziś pierwszy dzień lata a ja siedzę w garażu walcząc z materią. No dobrze, niby jeździłem dziś rano jedną z solówek, jednak po to by pozałatwiać różne sprawy, więc to chyba się jednak nie liczy.

Nie wdając się w szczegóły, to przypadek ten ogólnie jest dość ciekawy. Zaprzęg zaniemógł na wiosnę. Z jednej strony zaskoczenie, bo jeździł „do końca”, jako jedyne objawy chorobowe wskazując tylko padający akumulator, którego powolna agonia trwała zresztą już przynajmniej drugi sezon. Trudno, to element eksploatacyjny i jako taki podlega okresowej wymianie. Nie ma problemu.

DSC_4496

Co ciekawe, współpracy odmówił zupełnie inny układ. Nie mający nic wspólnego ze zdychającym akumulatorem ani zeszłoroczną powodzią. Podzespół, który przez wiele lat pracował całkowicie bezawaryjnie. Cóż, nic nie może przecież wiecznie trwać…

Objawy dość charakterystyczne, części w kraju zamówione, dwie paczki mają dojść, znajoma ma je podrzucić. Trochę to logistycznie skomplikowane. Ale inaczej się nie da.

Dziś nastąpiło jednak pewne zaskoczenie. Wytypowany jako uszkodzony element szwankującego podzespołu okazał się co prawda rzeczywiście zużyty, jednak o dziwo, nie tylko on. Okazało się, że wymiany wymagają również dwie kolejne części. Tego już nie brałem pod uwagę, filozoficznie zakładając, że jeden problem ma jedną przyczynę. Cóż, tym razem praktyka wzięła górę nad teorią.

DSC_4586

Wyżej czegośtam Panie, nie podskoczysz, jak mówi przysłowie. I gdy tak siedziałem sobie przy kawie dumając nad tym, ile czasu będę czekał na kolejną dostawę części zamiennych, przypomniałem sobie nagle, że przecież kiedyś, dawno temu, gdy wyjeżdżałem motocyklem na dalsze wypady, pakowałem w bagaże tak zwane „przydacze”, czyli rozmaite drobne części, które ewentualnie mogą się przydać. Albo i nie. Bo wiadomo, w podróży może być różnie. Jedna z toreb, których wówczas używałem, powinna tu gdzieś jeszcze być. Zapomniana od lat, bo uszkodzony suwak. Znaczy się sam go zepsułem. Co prawda i tak go nie naprawię, jednak szkoda wyrzucać gdy torba przecież „prawie dobra”… Człowiek ma jednak coś z chomika. Torbę zlokalizowałem dość sprawnie. Szybkie przetrząśnięcie jej zawartości i oczom nie wierzę! Jest wszystko co potrzebne i jeszcze trochę na dodatek! Części, które przeleżały w niej pewnie z dziesięć lat. Albo i dłużej. Na niektórych dumne napisy „Made In Poland”.

Demontaż motocykla szedł wyjątkowo opornie, za to składanie wszystkiego z powrotem do kupy – o dziwo, błyskawicznie. Jeszcze tylko podkraść Żonie suszarkę do włosów, pół godzinki i gotowe. Wszystko elegancko poskładane na nowych i „nowych – starych” częściach. Silnik wesoło popierduje, można wreszcie rozpocząć sezon letni.

Morał zaś z tej historii jest taki, żeby jednak mieć nawyk zbierania „przydaczy”. Bo nigdy nie wiesz, kiedy tak naprawdę mogą okazać się bardzo potrzebne.

Motobajzel Wadgassen Outlet Center 2019

DSC_4160

Tegoroczny graciarski kalendarz pokrzyżowała nam pogoda. Bo o ile z deszczem w maju liczyć się trzeba, o tyle ze śniegiem już niekoniecznie. A tenże spadł sobie znienacka w dużej części Europy a temperatury zrobiły się zdecydowanie zimowe.

Pogoda nie dopisała, frekwencja również. Mimo to trochę ciekawych rupieci dało się jednak zobaczyć.

Wspaniały trzygarowy dwusuw od KHI. Mimo że to „tylko” ćwiarteczka to jednak sam jego widok podnosi już tętno.

DSC_4155

Coś, czego się w tym miejscu zupełnie nie spodziewałem. A jednak.

DSC_4156

Miele. I nie jest to sprzęt AGD.

DSC_4158

Ariele dwa.

DSC_4160

Wspaniały miks przyczepkowy. Honda i wózek od sovieta.

DSC_4163

Z powodu zimowych temperatur oblężenie przeżywał Clubhouse z kawiarnią i oryginalnym wystrojem. BSA i podręczna biblioteczka.

DSC_4165

New Map. Mimo że nazwa sugeruje inaczej, w rzeczywistości była to firma francuska z siedzibą w Lyonie. Powstała ona pod koniec XIX wieku a produkcją motocykli zajmowała się w latach 1925 -1960. Na zdjęciu motocykl New Map OHV L3 z 1934 roku. Maszyna wyposażona jest w szwajcarski silnik MAG 1C14H, jednocylindrowy, czterosuwowy z rozrządem OHV, który z pojemności 343 ccm osiągał 15 KM. Motocykl posiada brytyjską,  czteroprzekładniową skrzynię biegów firmy Burman z Birmingham. Czyli globalizacja w latach 30-tych XX wieku.

DSC_4166

Rupiecie:

DSC_4169

Takie cuda. Nie chodzi tu o materac.

DSC_4170

Pierwszy i jedyny chyba zaprzęg.

DSC_4173

Gnome-Rhône razy dwa.

DSC_4174

DSC_4175

I jeszcze raz.

DSC_4176

No proszę. GPz 900R Ninja z 1989 roku. Gość ma ją od nowości i natrzaskał nią do tej pory 160000 km. Czyli trochę drogi jeszcze jest przed moim egzemplarzem 🙂

DSC_4177

A teraz coś z zupełnie innej beczki. MZ która chciała do NATO.

DSC_4181

Enedrowdowski motocykl z amerykańską skrzynką amunicyjną. Teraz już widzieliście wszystko.

Dobranoc!

Wieczorową porą

DSC03214

Osiągnąłem dzisiaj stan permanentnego nienajeżdżenia. Zjawisko, które zaczyna się rozumieć dopiero po pewnym czasie i odpowiedniej dawce kilometrów na właściwych motocyklach. Pozorna sprzeczność i nielogiczność w sytuacji, gdy „lepszy motocykl” wcale nie oznacza, że jest „lepiej”.

DSC03220

Wyjechałem dziś rano bez celu. Ot, po prostu, przejechać się. Na dużym, sportowym turystyku. Nie wiedząc kiedy, zrobiłem kilkaset kilometrów na terenie trzech państw. Po południu wróciłem do domu. Zsiadłem z motocykla. I ze zdumieniem stwierdziłem, że w zasadzie mogę na niego wsiąść z powrotem. Wcale nie czuję się zmęczony. Z jednej strony to dobrze, z drugiej…

DSC03212

Gdzie podziały się te czasy, gdy człowiek zsiadał z motocykla złachany, wypluty, ale równocześnie zadowolony i szczęśliwy? Czyżby podróżowanie na 250-tkach i 350-tkach miało więcej uroku niż na dzisiejszych litrach?

DSC03222

Zabrzmi to może dziwnie, ale w pewnym sensie tak. Owszem, wyjazdy nie były tak spektakularne jak dziś. Przejechanie 250 km nad morze na „ćwiartce” nie będzie może na tyle widowiskowe, by najpoczytniejsze magazyny motocyklowe opublikowały relację z Twojej wyprawy. Nie licz również na to, że dzięki temu znajdziesz się w gronie celebrytów, ludzi którzy może coś tam w którymś momencie życia osiągnęli (albo i nie), a potem robią z siebie błaznów na oczach podnieconej gawiedzi.

DSC03217

Nie. Nic z takich rzeczy się nie wydarzy. Jednak to, co przeżyjesz na tym lichym sprzęcie, walcząc z materią i przestrzenią, pozostanie na zawsze Twoje. Czymś, co nie każdemu jest dane przeżyć i zrozumieć. Może nawet bardziej to drugie.

DSC03210

Tak więc wieczorem, po całym dniu spędzonym w siodle, wyciągnąłem znów motocykl. Inny. Starszy, nieco mniejszy i dużo mniej komfortowy. Owszem, nadal stosunkowo „duży”. Ale już nie tak wygodny i ugodowy. Ta maszyna potrafi zmęczyć. Przyjemność z jazdy w innym wydaniu, gdy czujesz, że motocykl czegoś jednak od Ciebie wymaga.

DSC03223

Wąskie, puste wiejskie drogi sprzyjają rozmyślaniom. Na przykład takim, że więcej wcale nie znaczy lepiej. To zdumiewające, jednak to prawda. Jakaś część motocyklistów, twierdzących że „bez litra to nie ma zabawy” kiedyś być może to zrozumie.

A inni – cóż, całe życie będą gonić króliczka.

Który nie istnieje.

Przed siebie

DSC03180

Przejażdżka bez celu to coś, co podobno odróżnia motocyklistę od innych użytkowników dróg. Przynajmniej według niektórych „filozofów motocyklizmu”. Nie do końca chyba jest to prawda, co zapewne potwierdzi niejeden zapalony cyklista czy wielu użytkowników samochodów. Nieważne. Jak zwał, tak zwał. Korzystając z doskonałej pogody postanowiłem również poszwę dać się po okolicy. Tej bliższej a może i dalszej. Obojętne. Jak wyjdzie.

Mimo wczesnej pory było już niesamowicie gorąco. Sprawa dość niecodzienna wczesną wiosną. Nie jest to jednak rzecz, którą należałoby się martwić po długiej zimie.

Droga sama z siebie zaprowadziła mnie do Francji, potem zaś „odbiła” w kierunku Księstwa Luksemburga. W przeciwieństwie do Francji podróżowanie po Luksemburgu jest przyjemnością. Przynajmniej do czasu, gdy wiesz, gdzie się aktualnie znajdujesz.

DSC03176

Tak się niestety dziwnie złożyło, że nawigacja kilka tygodni temu powiedziała „dobranoc” i przestała reagować na jakiekolwiek komendy. Oczywista oczywistość, że jest po gwarancji, także tej rozszerzonej. Powoli dochodzę do wniosku, że wymieniam te aparaty równie często, co niegdyś papierowe mapy. A może nawet i częściej.

Ach, te czasy, gdy podróżowało się motocyklem z papierową mapą pod tyłkiem. Mówiło się przy tym wówczas, że jest „pod ręką” 😀

Dziś okazuje się, że zakup papierowej mapy jest całkiem poważnym problemem. Wobec tego zmuszony jestem do jazdy „na czuja”. Na razie idzie mi całkiem dobrze.

DSC03182

Nawet nie wiem kiedy mija mi pierwsze 240 km. Tankowanie na malutkiej stacji benzynowej przed wjazdem w góry. Wiem że jest to ostatnia stacja w promieniu wielu kilometrów i nie warto jej lekceważyć. A przynajmniej ja nie znam żadnej innej. Patrząc jednak po ilości motocyklistów ją odwiedzających i czekających cierpliwie w kolejce do dwóch dystrybutorów w jakie ten obiekt jest wyposażony, rodzi się przypuszczenie, że w bliższej i dalszej okolicy naprawdę nie ma innej.

DSC03199

Teraz zaczyna się jazda po górach. Tu przegapiam jedno skrzyżowanie, tam próbuje to nadrobić drogą, która – jak mi się wydaje – prowadzi we „właściwym kierunku”, potem szosa się rozdziela… i zgubiłem się. Teraz jadę wąskimi dróżkami wśród winnic. Kamienne murki tworzą tu tarasy na zboczach gór. Wspaniały klimat śródziemnomorski. Brakuje jeszcze tylko palm i kaktusów. Od czasu do czasu droga prowadzi nad przepaściami, to znów zjeżdżam w przełęcz.

DSC03194

Mijane wioski są malutkie i sprawiają wrażenie, że nie zmieniły się od średniowiecza. Nie ma tu żadnych nowoczesnych willi. Temu stanowi ich zachowania sprzyja zapewne to, że zabudowa jest tu mocno stłoczona, budynki przylegają do siebie ścianami, przez co rozbudowa czy przebudowa jest mocno utrudniona. Z jednej strony ma to minusy – dla mieszkańców, z drugiej – cieszy oko przyjezdnych.

DSC03191

Jakość asfaltu na tych zapomnianych przez wszystkich drogach jest na tyle kiepska, że napotkany znak drogowy ograniczający prędkość do 70 km/h jawi się jak kiepski żart.

Po kilkudziesięciu kilometrach kolejna stacja benzynowa. Niby paliwa mam jeszcze dość, jednak postanawiam znowu zatankować. Zagubienie się w obcym kraju, nawet tak relatywnie niewielkim jak Luksemburg, nie do końca jest fajną sprawą. To, co ratuje sytuację to wspólna europejska waluta. Przynajmniej o środki płatnicze nie trzeba się martwić. Póki jest paliwo w baku…

Zawsze można też spróbować na stacji benzynowej zasięgnąć języka. Luksemburg to taki wspaniały kraj, że niemal każdy tubylec mówi biegle w trzech językach. Luksemburskim, będącym odmianą niemieckiego, niemieckim oraz francuskim, który w tym kraju jest językiem urzędów i mediów. Ze szkoły większość wynosi jeszcze znajomość angielskiego. Tak więc, jeśli znasz któryś z nich, to nie powinno być problemów z porozumieniem się. Tej wielojęzyczności bardzo im zazdroszczę.

DSC03180

I rzeczywiście. Nieco  ponad godzinę później, będąc już na mniej więcej właściwym kursie, przekraczałem jeden z wielu mostów granicznych na Mozeli, wjeżdżając na teren Nadrenii-Palatynatu. Przede mną jeszcze sporo jazdy, jednak już bez obaw czy znajdę drogę.

DSC03200

Z tej wycieczki morał jest zaś taki, by zaopatrzyć się w końcu w normalną, papierową mapę i zabierać ją w każdą podróż. Oraz, gdy się nie wie dokąd oraz na jak długo się wyjeżdża, spakować się jeśli nie w kufry to chociaż jakąś sakwę i zabrać ze sobą zestaw przetrwania w postaci wałówki.

 

Veterama 2018 # 2

DSC_2766

A teraz coś z zupełnie innej beczki, czyli zapowiadana wcześniej druga część fotorelacji z Veteramy 2018. Imprezy, na której o mały włos nie zakupiłem motocykla, ale nie uprzedzajmy faktów.

Na początek cycki. Cycek. Cylinder znaczy się. To tak w nawiązaniu do części pierwszej relacji.

DSC_2677

Znowu goły… cylinder.

DSC_2678

Prawdopodobnie antyczny Motosacoche (Motosacoche Acacias Genève), czyli w skrócie MAG. Szwajcarska myśl techniczna. Wygląda na model 304 Tourisme z końcówki lat 20-tych. Ale mogę się mylić.

DSC_2679

Kolejna ciekawostka. Jeden z pionierów motocyklizmu, francuski Automoto, prawdopodobnie model A9. Firma rozpoczęła produkcję motocykli już w 1899 roku, wcześniej zajmując się produkcją rowerów. Początkowo wytwarzała własne silniki, w latach późniejszych korzystała chętnie z gotowych produktów takich firm jak: Zurcher, Chaise, JAP i Villiers.

DSC_2684

Rupieci ciąg dalszy.

DSC_2686

DSC_2687

DSC_2690

DSC_2697

DSC_2691

Wspaniały René Gillet, model „G” z około 1939 roku. Dolnozaworowy V-Twin, 750 ccm.

DSC_2694

Więcej rupieci.

DSC_2701

Ależ wspaniała ta lampa! Mocno niekompletna Husqvarna 200 Twin z około 1930 roku.

DSC_2704

NSU Consul 500 z wczesnych lat pięćdziesiątych. Wbrew pozorom jest to jest to singiel a nie twin.

DSC_2705

BSA Sloper 500 ohv, wczesne lata 30-te XX wieku.

DSC_2707

Gilera Saturno Sport 500, wczesne lata pięćdziesiąte. Piękny motocykl z piękną nazwą.

DSC_2710

New Imperial 492 ccm, połowa lat 30-tych XX wieku.

DSC_2716

A tu mamy coś niesamowitego. O mały włos właśnie tego rzęcha nie kupiłem. Wspaniały, prymitywny chopper z lat 90-tych ubiegłego wieku. Przypomniały mi się stare czasy capa na Junaku. Tamtego padła nie szło ogarnąć, tego zapewne też nie, tylko z innych powodów. Żaden diagnosta by temu nie przepuścił. Motocykl pochodzi z Francji a tam przeglądów technicznych dla motocykli nie ma i nikogo nie interesuje, jak i z czego są zrobione. Tam sobie mogło to nawet jeździć legalnie. Ot, taka ciekawostka.

DSC_2717

Włoski Harley – Davidson. Albo amerykańska Alenia. Albo wszystko na raz, czyli Alenia Aermacchi Harley – Davidson Sprint z przełomu lat 60/70. Jak zwał, tak zwał. W każdym razie twarzowo mu w różowym.

DSC_2724

Graty, graty, graty.

DSC_2727

DSC_2729

Nagle! Ten gość ma zawsze swoje specjalne stoisko i takie wspaniałe rupiecie, że nie wiadomo na co się patrzeć. Zaczynamy.

Indian Four. Tak w zasadzie to Ace Motor Cororation, wykupiony przez Indiana.

DSC_2730

Zündapp KS 500 z lat 1936-38.

DSC_2731

Wanderer! Wygląda jak model 616 z lat 20-tych, jednak parę szczegółów mi się tu nie zgadza.

DSC_2735

Opel 500T. Lata 30-te XX wieku. Ciekawostką jest, że rama motocykla jest aluminiowa. Pewnie nie rdzewiał jak późniejsze auta tej marki.

DSC_2738

Znów Excelsior. Tym razem model „X”. Podejrzewam że wyprodukowany przed 1920 rokiem.

DSC_2740

Znów Enesiak.

DSC_2742

Douglas 2 ¾ HP, 350 ccm. Około 1916.

DSC_2743

Indian Twin B-17 z lat 1916-18. Ponoć unikat. Jak wszystko u tego gościa.

DSC_2745

Angielszczyzna.

DSC_2746

Ariel Square Four.

DSC_2747

Amerykańszczyzna.

DSC_2748

Emblem. Nazwa, która zapewne nic nikomu nie mówi. Pełna nazwa firmy brzmiała Emblem Mfg. Co., Angola, Erie County (New York). Powstała w 1907 roku z inicjatywy Williama C. Schacka oraz Williama Heila i produkowała motocykle do… No właśnie, nie wiadomo do kiedy. Według jednych historyków produkcja trwała to 1917, według innych do 1921 lub nawet 1922 roku.  Na zdjęciu zaś model widzimy wprowadzony w 1917 roku na rynki europejskie model 532cc „Little Giant” V-twin.

DSC_2749

Kolejna BSA Sloper 500 ohv, tylko w lepszym stanie. Nic nadzwyczajnego, proszę scrollowac dalej.

DSC_2750

Royal Enfield Meteor z lat 1952-62.

DSC_2751

Kolejna Gilera Saturno Sport 500. Nudy.

DSC_2753

OEC czyli Osborn Engineering Company. Firma założona została przez Johna Osborna (a to ci niespodzianka) w 1901 roku, działalność zakończyła w 1954. Na zdjęciu OEC 750 V-Twin z połowy lat 30-tych XX wieku.

DSC_2762

Kolejny NSU.

DSC_2763

Husqvarna. 50 TV?

DSC_2764

Gutek.

DSC_2765

Wiadomo.

DSC_2767

Kawasaki W1 (1965-75), pierwowzór W650 i W800, dla którego pierwowzorem była z kolei BSA A7.

DSC_2770

I to by było tyle na dziś.

Dobranoc!

Veterama 2018 # 1

DSC_2561

Po kilku latach przerwy udało mi się znowu odwiedzić największą rupieciarnię Europy. Ludzie szukają tu motocykli, części, gadżetów i wrażeń. Ja w sumie wszystkiego po trochu, jednak ze szczególnym naciskiem na wrażenia.

Bo Veterama to nie tylko kiermasz. To także swego rodzaju efemeryczne muzeum motoryzacji i wszystkiego co z nią związane. Co roku w innej konfiguracji. Okno na przeszłość. Dopiero z naszej perspektywy widać, ile rozwiązań technicznych trzeba było przetestować, aby dojść do dzisiejszego poziomu rozwoju cywilizacyjnego. Poziomu, w którym nie trzeba się już zastanawiać, jak urządzenia funkcjonują. Wystarczy przekręcić kluczyk w stacyjce i/lub nacisnąć guzik. Urządzenie działa a użytkownik nie ma pojęcia dlaczego. Czy to dobrze, czy też źle – to już temat na osobne rozważania.

Dla mnie niesamowite jest to, że te twory ludzkiego geniuszu, od czasów „motoryzacyjnego antyku” aż do współczesności, można podziwiać w jednym miejscu. Rozwiązania, które są ciągle w użyciu oraz te, które jednak nie zdały egzaminu i nie dotrwały do naszych czasów, chociaż często zapowiadały się dobrze. Niesamowite historie, w których przypadek potrafił wywrócić świat do góry nogami.

W hali.

Horex. Jedna z bardziej zasłużonych, nieistniejących już marek motocykli. Swego czasu jego produkty były jednymi z najchętniej i najczęściej przerabianych motocykli w Niemczech Zachodnich.

DSC_2562

Po latach okazało się, że jego produkty mają także rolę kulturotwórczą, dzięki komiksom i filmom Rogera Feldmanna.

DSC_2561

Zwiedzania hali ciąg dalszy:

Simson. Nie spodziewaliście się go tutaj? Ja też nie.

DSC_2563

Tajemniczy Horex Resident 700 V. Pojemność jest nawet większa niż obiecuje producent, wynosi bowiem 725 ccm. Jest to prototyp z początku lat 60-tych, o którym ciężko znaleźć jakieś pewne informacje.

DSC_2565

Vincent!

DSC_2575

Zenith, Douglas!

DSC_2576

A tu „zwykły” Indian Pony Scout 600 z 1936 roku. No, może nie jest znów taki zwykły i to nie tylko przez swoje nietypowe, czarne malowanie. Według wystawiającego jest to jeden z trzech egzemplarzy tej wersji w Europie.

DSC_2579

Żabawki.

DSC_2584

Całkiem praktyczne. Zapewne szczególnie przydatne na rosyjskich grawiejkach.

DSC_2587

Hanomag. Ciekawostka, firma założona w 1835 roku i działająca do dziś w ramach koncernu Komatsu. Niemiecka firma wchodząca w skład japońskiego koncernu, którego właścicielami są Szwedzi. Witamy we współczesnym świecie.

DSC_2594

A na placu:

DSC_2600

DSC_2605

Piękne. Ciekaw jestem, co to było.

DSC_2608

DKW. Tego zabraknąć nie mogło.

DSC_2611

Sprzedany.

DSC_2618

Jeden z przedstawicieli „wielkich dwusuwów”. Pojazd z epoki, gdy liczyła się moc i osiągi. Suzuki GT 550 oferowany był od 1972 roku i z 543 ccm wyciskał całe 50 KM, co pozwalało mu katapultować się wraz z jeźdźcem do prędkości około 180 km/h. Emisją spalin ani zużyciem paliwa, z którym dwutakt obchodzi się dość rozrzutnie, nikt się wówczas specjalnie nie przejmował. Wszystko jednak wkrótce miał zmienić kryzys paliwowy i rosnąca świadomość ekologiczna społeczeństwa. Z tych powodów w niedługim czasie ta wspaniała i fascynująca linia dużych dwusuwów okazała się być ślepym zaułkiem w mechanicznej ewolucji i wymarła do szczętu.

DSC_2622

Ram Air System, czyli dwa kawałki blachy aluminiowej mające chronić głowice cylindrów przed przegrzaniem poprzez poprawienie przepływu powietrza. Nazwa wyszukana, system prosty aż do  bólu.

DSC_2623

Włoski Komar, wyszykowany aż do przesady.

DSC_2628

Sachs w puzzlach, do samodzielnego montażu.

DSC_2629

Pamiętam takie (i inne) patenty 🙂 Jak to mawiają: „coś, co wygląda na głupie ale jednak działa, nie jest głupie”.

DSC_2632

Dodatki okołomotocyklowe. Coś co w sumie bardzo lubię (fotografować).

DSC_2634

DSC_2635

DSC_2636

Goldas GL 1000 z 1977, używany ponoć tylko do 1982 roku, z oryginalnym przebiegiem 6000 km od pierwszego właściciela na dodatek. Wierzyć czy nie wierzyć?

DSC_2638

Tunningowany Messerschmitt Kabinenroller FMR Tg 500, czyli coś, co może wstrząsnąć światopoglądem.

DSC_2639

DSC_2640

Rupieciarni ciąg dalszy.

DSC_2641

DSC_2644

DSC_2647

Jeden z wymarłych gigantów. Dosłownie i w przenośni. Henderson model Z. Swego czasu były to ponoć najszybsze i najpotężniejsze motocykle świata. Ciekawostką jest fakt, że modele eksportowe sprzedawane były często pod nazwą „American-X”.

DSC_2651

Thor, czyli produkt firmy Aurora Automatic Machinery Company z Illinois. Kolejna marka która nie przetrwała próby czasu.

DSC_2652

Nie mogło zabraknąć także duńskiej myśli technicznej.

DSC_2655

” – Kochanie, nie widziałeś gdzieś mojego sitka?”

” – Nie, oczywiście że nie. Dlaczego pytasz?” 😉

DSC_2656

FN. Czyli belgijska myśl techniczna.

DSC_2658

Takim Harlejem mógłbym ostatecznie nawet jeździć. Nie wiem co ma symbolizować to zestawienie. „Umarł w butach”?

DSC_2662

Brytyjska stal od teutońskiego dealera.

DSC_2663

Rupiecie.

DSC_2664

Niekompletna Velocette KSS MK2 (?) z końca lat 40-tych XX wieku. Solidna, brytyjska robota.

DSC_2668

Podrdzewiały AJS

DSC_2671

Dwie FJ w zestawie.

DSC_2674

Ta BMW naprawdę mi się podoba.

DSC_2675

Ciąg dalszy nastąpi wkrótce niebawem.

 

 

Motórzysta

DSC_4187

Co można robić w wiosenny weekend, którzy od rana przypomina raczej koniec jesieni? Niby człowiek jest tolerancyjny, jednak śnieg w maju to już kurde przesada.

Kilka dni tem, wracając z jakiegoś wypadu, trafiłem  na pchli targ. Zatrzymałem się, bo i tak miałem zrobić sobie przerwę na rozprostowanie nóg i postanowiłem przespacerować się wśród straganów. Pośród starych książek, bibelotów, karafek, wazonów i innych rupieci znalazłem zardzewiałą figurkę motocyklisty, którego dawno temu ktoś pospawał w garażu z kawałków drutu, blachy, podkładek, nakrętek i sprężyny.

DSC_4193

Dzieło to było wspaniałe. Tak nieporadne i prymitywne że aż piękne. Sprzedawca, zapytany o cenę, podał jakąś drobną kwotę, spojrzał na figurkę po czym sam ją jeszcze obniżył. Cóż było robić. Wyjąłem portfel, zapłaciłem, wrzuciłem rzeźbę do sakwy i pojechałem do domu.

DSC_4187

Dziś jest dobry dzień by zatroszczyć się o to dzieło. Dokładna kąpiel, druciana szczotka, papier ścierny a na koniec trochę farby i gotowe. Kilkadziesiąt minut pracy i figurka odzyskała dawny blask… No dobra, nie oszukujmy się. Czasów świetności nigdy nie miała.

DSC_4188

Ale jego odświeżenie było odprężające a efekt okazał się nawet całkiem zadowalający.

Od dziś zatem metalowy Motórzysta stoi sobie na honorowym miejscu w garażu, mając za zadanie wprawiać mnie w dobry nastrój zawsze, ilekroć tylko na niego spojrzę.

DSC_4191

I o to w tym wszystkim chodzi.

Duckomenta

DSC02946

Nie zwykłem dzielić sztuki na wysoką i niską, popularną i elitarną, masową i co tam jeszcze kulturoznawstwo może wymyślić. Jak wszyscy naukowcy zresztą, spece od kultury mają swoje problemy z definicjami. Prawdą jest natomiast, że kultura w tej czy innej formie ma duży wpływ na nasze życie. Niby truizm, jednak rzadko zdajemy sobie z tego naprawdę sprawę.

Jak zwał tak zwał. Duckomenta to wystawa dzieł sztuki funkcjonująca od 1986 roku. Nazwa pochodzi od zestawienia słów „kaczka”  (duck) i dokument. Cały eksperyment twórczy opiera się na żartobliwym przetworzeniu sztuki klasycznej (i nie tylko). Nie jest to parodia dział uznanych mistrzów, tylko raczej ich twórcze wykorzystanie, dzięki czemu zyskują one zupełnie nowy wyraz. Kolekcja liczy obecnie ponad pół tysiąca eksponatów. Tym razem około 150 z nich czasowo zostało wystawione w Muzeum Niemieckiej Prasy w Wadgassen. Takiej okazji przgapić nie można. Tak na marginesie: Muzeum oraz jego wystawa stała warte są osobnego wpisu.

DSC02943

Przejdźmy jednak do Duckomenta.

Na wstępie wita nas zmumifikowany kaczkonauta w kombinezonie Kaczej Agencji Aeronautyki i Przestrzeni Kosmicznej:

DSC_3012

DSC_3013

Dalej jest już tylko ciekawiej. Oraz weselej:

DSC_3017

DSC_3020

DSC_3021

DSC_3022

DSC_3026

DSC_3028

DSC_3034

DSC_3036

DSC_3039

DSC_3048

DSC_3054

DSC_3059

DSC_3056

DSC_3061

DSC_3062

DSC_3063

DSC_3064

DSC_3069

DSC_3070

DSC_3071

DSC_3075

DSC_3076

Płaskoziemcy mają silną konkurencję:

DSC_3066

To oczywiście tylko niewielka część eksponatów. Czy historię sztuki trzeba będzie napisać na nowo? Tego nie wiem. Na pewno jednak wizyta jest pouczająca. Oraz stanowi świetną rozrywkę. Dawno się tak nie ubawiłem.

DSC02946

Pamiątka: magnes na lodówkę zbiornik paliwa 🙂

DSC_3706

 

Yamaha na żywca

DSC02961

Na imprezę „Yamaha Live 2019”, zorganizowaną przez jeden z salonów dealerskich, trafiłem zupełnym przypadkiem. Przejeżdżając przez jedną z wiosek zauważyłem dużą ilość motocykli wszelkiej maści, zjeżdżających z drogi głównej i ginąca gdzieś między zabudowaniami. Zaintrygowany, pojechałem za nimi i w ten oto sposób trafiłem na dni otwarte w salonach Yamahy połączone z otwarciem sezonu.

Trzeba dodać, że było to moje pierwsze otwarcie sezonu od jakichś piętnastu lat, w jakim zdarzyło mi się uczestniczyć. Raz, że nie przepadam za „zlotami ogólnymi”, dwa że nie widzę powodu aby świętować rozpoczęcie czegoś, co trwa już (przynajmniej w moim przypadku) od dobrych dwóch miesięcy a po trzecie wreszcie – to taka moja tradycja. Po prostu kiedyś, w dawnych czasach, na otwarcie sezonu zwyczajnie nie udawało mi się dojechać. Z przyczyn technicznych. Dziś może ciężko w to uwierzyć, ale kiedyś motocykl trzeba było sobie poskładać przed sezonem – a ja z reguły się z tym nie wyrabiałem. A gdy w końcu za którymś razem zawziąłem się, że tym razem to już na pewno zdążę, w warsztacie do którego wysłałem części do naprawy najzwyczajniej w świecie zagubiono mi wał, który oddałem tam do regeneracji… Na szczęście odnalazł się, szkoda tylko że na dwa dni przed otwarciem sezonu. W związku z tym uznałem, że po prostu tak ma być i tego typu imprezy zacząłem konsekwentnie olewać. Aż do dziś, kiedy to trafiłem na takową zupełnym przypadkiem.

A skoro już tu jestem, to wypada się trochę rozejrzeć.

DSC02966

Jak się nie śledzi nowości i informacji z rynku to można się właśnie tak zaskoczyć.

DSC02955

Nie powiem, kilka ciekawych motorków na placu się znalazło. Tak więc opłacało się zjechać na chwilę z trasy.

DSC02951

DSC02956

Bezpieczeństwo przede wszystkim:

DSC02960

Nowości od Yamahy. Jakoś niespecjalnie mnie to porwało, a prawdę mówiąc to wcale. Ogólnie to jest bardzo ciekawa sprawa, że nowe motocykle przestały mnie zupełnie interesować z chwilą, gdy zaczęło mnie na nie stać. Jest to zaskakujące zjawisko, którego sam nie umiem sobie wytłumaczyć.

DSC02959

„Szybkie Synki”:

DSC02964

DSC02965

Oczywiście, jak na porządną imprezę przystało, był też dobrze zaopatrzony bufet z żarełkiem i bar z napojami. Udałem się tam czym prędzej po coś ciepłego, bo dzień mimo wszystko był chłodny. Nie było jednak powodów do narzekania, bowiem na dziś zapowiadano deszcze. Na szczęście prognozy tym razem, póki co, się nie sprawdziły.

Niestety, do zamówienia czegoś na ząb nie doszło, gdyż okazało się, że najzwyczajniej w świecie zapomniałem portfela, który został sobie w domu w innych portkach. Czyli pech związany z otwarciami sezonu wcale o mnie nie zapomniał tylko trochę przysnął i teraz dał znać o sobie w ten właśnie sposób. Żarcie żarciem, jednak prawdziwym problemem jest to, że nie mam teraz żadnej możliwości zatankować a przejechałem już ponad sto kilometrów. To że nie mam przy sobie żadnych dokumentów to już inne zmartwienie. Tym sposobem cały misterny plan na dzisiejszy dzień poszedł sobie w …

Wobec tego nie pozostało mi już nic innego, jak tylko poturlać się pokornie w kierunku garażu w tempie emeryta z ciężką anemią, coby maszynie paliwa w zbiorniku a sobie wątpliwej przyjemności pchania oszczędzić.

Życie jak widać pisze swoje własne scenariusze.