Olej i pot

0001

Gorący olej spływający po silniku i pot zalewający oczy. Jest tak gorąco, że silnik parzy w tyłek przez ramę. Ledwie żyję.

To są właśnie klimaty południowej Francji.

0001

A poza tym zadbane wioski ze starymi, kamiennymi domkami pamiętającymi, być może, średniowiecze:

0002

Oraz przepiękna panorama Wogezów w tle.

0003

Czy przed wielu laty, kiedy wyciągałem wrak tego motocykla spod sterty złomu, gdzieś na zapomnianej mazurskiej wsi, ktokolwiek mógł przypuszczać gdzie on dojedzie? Sam nadziwić się nie mogę…

Reklamy

Dwie minuty

DSC01264

Co może się wydarzyć w przeciągu dwóch minut? W pracy na ten przykład zasadniczo nic, bo automat nie zdąży zaparzyć nawet porannej kawy rozruchowej a bez tego, jak wiadomo, praca nie idzie wcale. W życiu natomiast bywa różnie.

 

1

Sąsiad harlejowiec zaciąga się nerwowo papierosem. Jakoś nigdy nie mogliśmy się dogadać. Być może za bardzo patrzyliśmy na to, co nas dzieli a zbyt mało co łączy. Teraz jesteśmy dokładnie w tym samym położeniu. Bez motocykli.

– To trwało dwie minuty; dwie minuty – sąsiad zaciąga się znów papierosem. Odpala jednego od drugiego. – Wody w rzece było dużo, ale bez paniki. I nagle przyszło to. Jedna fala. Tak ze dwa metry. Jak tsunami. Jedno uderzenie i po wszystkim.

Nie było mnie wówczas w domu. Byłem w pracy. Nie miałem najmniejszego pojęcia, co się tu wydarzyło. Wracasz sobie spokojnie do domu a tu takie rzeczy… Może trzeba było zostać w domu. Ale jak, skąd… I co byś zrobił?

Wyciągamy z sąsiadem motocykle z garażu. Woda po kolana. Trzeba uważać, bo muł pokrywa teraz wszystko i jest śliski jak diabli. Łatwo się poślizgnąć. Nie bardzo gdzie jest te maszyny nawet postawić, bo wszędzie stoi woda. I muł. Wszędzie ten cholerny muł. Buty od razu wyrzucam do kibla na śmieci.

 

2

Jest taka książka Stanisława Lema „Eden”. W dużym skrócie – opowiada o awaryjnym lądowaniu Ziemian na obcej planecie. A raczej pod jej powierzchnią, bo statek którym podróżowali wbija się w grunt. Biorą się za naprawianie rakiety, ale idzie im to opornie z powodu pewnych technicznych paradoksów. Żeby uruchomić reaktor potrzeba prądu elektrycznego, który właśnie generował reaktor. Żeby dostać się zaś do samego reaktora, trzeba pozbyć się radioaktywnej wody, która zalega w przejściu. Oczywiście, bez prądu nie działają filtry ani pompy. A reaktor nadal nie działa a akumulatory rozbite…

Moje koło niemożności jest nieco prostsze. Strażacy wypompowali wodę z domu i garażu. Ale to wszystko. Reszta jest nadal pod wodą, która ani myśli opadać. W ogrodzie jest pompa. Może nawet działająca. Ale skrywa ją w tej chwili warstwa brudnej wody, głębokiej na jakieś półtora metra. Żeby zabrać się za sprzątanie, trzeba by dostać się do szopy z narzędziami. Pech chce, że jest zalana błotem i mułem i bez narzędzi nie da się do niej dostać. A narzędzia które by mi to umożliwiły są właśnie w szopie…

Nie bardzo wiadomo również, od czego zacząć sprzątanie. W domu, w garażu, na podwórzu – wszędzie ten cholerny muł. Motocykle…

DSC01264

DSC01193

DSC01261

Tysiące czarnych myśli.

 

3

Nie wszystko jest tym, czym być się wydaje.

DSC01314

To, niestety, nie jest cappuccino. To był olej. Teraz zmieszany z wodą, która dostała się do silnika. Houston, mamy problem.

c

Milion czarnych myśli. Czy to już koniec? Tak nagle? W tak idiotyczny sposób?

 

4

Minęło równe sześć dni od katastrofy. Nawet nie pytajcie co się przez ten czas działo – bo nie wiem. Sytuacja tak jakby opanowana. Ciągle trwa szacowanie strat. Motocykle, po wielokrotnym myciu i płukaniu ożyły i jak na razie jeżdżą.

 

Pozostaje mimo wszystko cieszyć się chwilą. Bo nigdy nic nie wiadomo.

 

b

 

 

Antyporadnik motocyklowego podróżnika

sakwy

– Słuchajcie uważnie, bo nie będę powtarzał – tymi słowami Redaktor Naczelny rozpoczął naradę.

-Chciałbym – kontynuował – abyśmy zamieścili w Kwartalniku artykuł – poradnik dla motocyklowych podróżników. Jak się spakować w podróż dookoła świata a nawet wokół powiatu, co zabrać a czego nie, w co się spakować i tak dalej. Oczywiście, zanim ten artykuł zamieścimy to fajnie by było, żeby ktoś go przedtem napisał, zilustrował i tak dalej. To by było na tyle na dziś. Ochotnicy wystąp!

Jakoś dziwnie nikt się jednak nie kwapił do realizacji tego pomysłu.

– Ja to w zasadzie mam na dziś zaplanowane pranie…

– A ja porządki…

– Zostawiłem chyba żelazko na gazie…

Naczelny spojrzał wobec tego na mnie. Mój umysł pracował na najwyższych obrotach ale jakoś nic nie przychodziło mi do głowy. Żadnej wymówki, której by już tu nie użyto. Szlag by to…

– A więc wszystko mamy już ustalone. Do końca przyszłego tygodnia czekam zatem na materiał. Tekst, rysunki, zdjęcia i co to tam jeszcze w takich przypadkach się robi. Hasta la vista, baby!

Naczelny skończył audiencję. Nie pozostawało nic innego jak trzasnąć obcasami i oddalić się w celu wykonania powierzonego zadania, wyrażając z tego powodu radość, wdzięczność… Dobra, starczy, nie przesadzajmy.

Zadanie okazało się trudniejsze niż myślałem. Ale nie uprzedzajmy faktów.

Na początek literatura przedmiotu. Jak się okazało, jest tego trochę. Pierwsza książka – wszystko jasne. Druga książka – sytuacja stała się jakby mniej klarowna a obraz trochę zmętniał. Lekko mówiąc. Ale od czegóż mamy Internety. Warto zobaczyć, co napisali na ten temat inni. Niestety, jak było do przewidzenia, po przestudiowaniu kilku stron i skonfrontowaniu ich zawartości z własnymi, bądź co bądź, jakimiś-tam-doświadczeniami zacząłem widzieć ciemność. Po rozmowach zaś z kilkoma doświadczeńszymi kolegami stanąłem na skraju załamania nerwowego. No bo cóż się bowiem okazało? Ilu ludzi, tyle doświadczeń i opinii. Jedni widzą sprawy tak, inni dokładnie na odwrót.

To, co dla jednych jest zaletą…

kufry

… dla drugich jest zasadniczą wadą i odwrotnie.

sakwy

Wszyscy są zgodni co do tego, że trzeba koniecznie ułożyć sobie listę rzeczy do spakowania, czego jednak w rzeczywistości prawie nikt nie robi. Ale powinno się.

lista

A planowanie i rozmieszczenie bagażu w 90% przypadków polega na złapaniu w ostatniej chwili różnych dziwnych przedmiotów, które podporządkować można do jednej, rozległej kategorii „przydatników”, a które to przedmioty przypadkiem wpadną nam w ręce na dzień przed wyjazdem.

rozklad

W rzeczywistości bowiem teoria stoi tu niemal całkowicie obok praktyki, mając z nią niewiele punktów wspólnych – o ile jakieś w ogóle ma. W zasadzie takie wszechświaty równoległe, gdyby zechcieć użyć terminu naukowego dla opisania tego zjawiska.

Stwierdziwszy że temat dryfuje nieuchronnie w kierunku „Kolejny, Wspaniały, Nikomu Niepotrzebny I Całkowicie Bezużyteczny Poradnik W Sumie O Niczym” postanowiłem wycofać się na z góry upatrzoną pozycję, czyli wszystkimi swoimi wątpliwościami podzielić się z Naczelnym. O dziwo – znalazłem zrozumienie.

Po wspaniale zaś zapowiadającym się poradniku, który ze względu na całkowitą swoją bezużyteczność miałby spore szanse stać się bestsellerem a mnie okryć chwałą „eksperta” a może nawet uczynić milionerem, pozostało tylko kilka szkiców…

Oraz mocne postanowienie, że już nigdy nikomu nie będę udzielał żadnych porad.

PS. Z uwagi na wyłącznie czarno-białe ilustracje, niektóre fragmenty tekstu zostały nieco podkolorowane 😉

PS. PS. Niektóre fakty mogły ponadto ulec niejakiemu rozmyciu, alkohol bowiem jest całkiem dobrym rozpuszczalnikiem 😉

 

Zlot Pojazdów zabytkowych w Dillingen, albo co dla nas zrobili Amerykanie

DSC_9789

Dillingen zawsze będzie kojarzyć z dwiema rzeczami. Pierwsza to „wiedźmińska saga” Andrzeja Sapkowskiego. Nie chodzi przy tym zresztą o samą zbieżność nazw, mam bowiem przeczucie – graniczące niemal z pewnością, że pisarz zapożyczył nie tylko nazwę miasta przewijającego się co jakiś czas na kartach powieści ale także czerpał pełnymi garściami również z topografii tego wyjątkowego regionu.

„Koperkowo” (słowo „Dill” oznacza bowiem koperek) to również duży, dwudniowy zlot pojazdów zabytkowych. Tradycyjnie umiejscowiony on jest w centrum miasta w starym parku, co ma niebagatelne znaczenie wziąwszy pod uwagę fakt, że zlot ma miejsce w środku lata, gdy temperatury zwykły przekraczać +30 oC. Tu na brak cienia nie można narzekać.

Oldtimertreffen Dillingen jest jednocześnie pierwszym zlotem w Niemczech, którego byłem pełnoprawnym uczestnikiem. Takie spotkania na których bywa się corocznie mają pewną wadę, którą jednakowoż można poczytywać sobie również jako zaletę. W sumie wszystko się już widziało i zasadniczo zna się już wszystkich – jeśli nie osobiście to przynajmniej z widzenia. Taki pozytyw w negatywie albo negatyw w pozytywie. Zależy jak patrzeć.

W tym roku drugiego dnia pogoda dopisała, więc jest tłoczno. Szukając miejsca do zaparkowania zaprzęgu spotykam samych znajomych. W końcu, podczas przejazdu główną aleją widzę że ktoś kiwa i wskazuje ręką wolne miejsce. To pewien starszy. Elegancko ubrany jegomość, szerzej znany w środowisku jako „Szef – Mechanik”. Specjalista od starych samochodów francuskich (których zresztą kilka sztuk posiada), właściciel pokaźnego stadka starych motorowerów Hercules oraz dwóch eMZetek. Człowiek orkiestra. Można powiedzieć że jesteśmy kumplami, mimo iż wiekowo swobodnie mógłby być moim ojcem. „Szef – Mechanik” razem z żoną robią sobie na każdym takim zlocie regularny piknik. Mamy więc elegancko zastawiony stół z obrusem w kaczki, czyli Citroeny 2CV, krzesełka z poduszkami także w Citroeny. Domowe wypieki pachną zachęcająco. Jak się ma zabytkowego dostawczaka to można korzystać z życia.

Dosiadam się do stołu przy którym w najlepsze biesiadują już „Fiaciarze”, czyli znajomi „Chefa – Mechanika”. Jak można się łatwo domyśleć, są oni właścicielami starych Fiatów: 128 oraaz 124 Spider.

Rozmowa toczy się na tematy mechaniczne aż do momentu gdy aleją przejeżdża kawalkada starych, amerykańskich „krążowników szos”. Niektórych właścicieli tych pojazdów nawet znam; są zorganizowani w coś na kształt klubu motocyklowego, tyle że tu kręci się wszystko wokół samochodów. Wielkie auta przejeżdżają majestatycznie, dudniąc swoimi potężnymi silnikami i kołysząc się delikatnie na nierównościach.

„ – Fajne auta, nie?” – rzuca w stronę „Szefa – Mechanika” jeden z „Fiaciarzy”. Wiem że to podpucha. „Szef – Mechanik” nie przepada bowiem za USA. Delikatnie mówiąc.

„ – A co tu fajnego!” – daje się podpuścić „Chef – Mechanik” – „Wielkie, (…),  ciężkie, (…), paliwożerne, (…). Ja nie wiem, czy z tej Ameryki to w ogóle coś dobrego kiedykolwiek do nas przyszło; jak nie kryzys to syfilis, tytoń i rak płuc…

Monolog ów przerywa żona „Szefa – Mechanika”, rzucając przytomnie na stół kolejną porcję ciasta. Jemy przez chwilę w milczeniu.

„ – Wiem!” – rzuca nagle „Szef – Mechanik.

„ – Co takiego?” – pytam.

„- Dżinsy! Z dobrych rzeczy z Ameryki przyszły do nas dżinsy!”

PS: Problem z gatunku: co dla nas zrobili, no może niekoniecznie Amerykanie, wydaje się być odwieczny link

Dookoła Linslerhof 2017

DSC_0621

Linslerhof to impreza z gatunku takich, które się uwielbia i zarazem ich nie lubi. Z jednej strony, to największa i jedna z najbardziej klimatycznych imprez oldtimerowskich w regonie, z drugiej strony – ostatnia w sezonie i do następnej tego typu przyjdzie czekać niemal pół roku.

Oczywiście, starym zwyczajem, wraz z towarzyszącym mi Moto Guzzi z 1982 roku zostajemy wysłani na parking dla odwiedzających. Nie chcemy dyskutować na bramie i tworzyć sztucznego korka, dlatego kiwamy głowami że zrozumieliśmy, po czym, zamiast skręcić w lewo tniemy prosto. Sztuczka z zeszłego roku jednak tym razem się nie udaje, bowiem ochroniarze, rozmieszczeni w pozycjach „strategicznych” blokują nam drogę, stanowczo stwierdzając, że maszyny „współczesne” muszą być odstawione na parking dla odwiedzających. Argumentację, że maszynom w wieku 35 lat do współczesności jest jednak raczej daleko, przyjmują z niedowierzaniem i nie przekonują ich nawet dowody rejestracyjne. Koniec końców, wjeżdżamy na teren imprezy, jednak nie tam gdzie w sumie powinniśmy. Bo „zaraz zaczną się wyścigi”, więc nie możemy przejechać na drugą stronę jezdni. Przy czym to „zaraz” oznaczało co najmniej dobrą godzinę. Mimo wszystko i tak lepsze to niż zasuwanie na piechotę z parkingu.

Jak się potem okazało, nie do końca jest tak, że współczesne motocykle wjeżdżać na takie imprezy nie mogą. Wystarczy bowiem przyjechać którymkolwiek motocyklem w stylu „retro” aby automatycznie mieć zapewniony wjazd.

Jednak, poza tradycyjnym incydentem na bramie wjazdowej, dalej wszystko potoczyło się dobrze. A nawet lepiej niż zwykle.

Okazało się bowiem, że w tym roku, po raz pierwszy w historii imprezy, a przynajmniej za mojej na niej obecności, zorganizowano konkursy dla motocykli z oficjalnym przyznawaniem nagród włącznie. Nie żeby mi na tym jakoś specjalnie zależało. Ale przynajmniej zaczęto wreszcie dostrzegać motocykle i przestano je traktować jak „zło konieczne”.

DSC_0711

Anatomia muzyki – Bon Jovi

Muzyka

Końcówka lat 80-tych XX wieku w Polsce nie wyglądała zbyt ciekawie także pod względem muzycznym. Na świecie działo się dużo ale niewiele z tego docierało do nas. Może z drugiej strony to i dobrze, bo człowiek nie dołował się dodatkowo. Miasto w którym wówczas mieszkałem niby na prowincji nie było, jednak mimo tego panowała tu rockowa posucha. Można było nagrać sobie czasem coś z radia, w czym nieoceniona była Trójka. Czasem udawało się przegrać na „nieśmiertelnego Stilona” coś od kumpla, którego ojciec pracował na zachodzie i w związku z tym miał dostęp do płyt światowych wykonawców… To było wszystko.

Pewnego dnia z saksów wrócił kuzyn. Wśród suwenirów przywiózł także kilka płyt gramofonowych, wśród których była właśnie ta: Bon Jovi „New Jersey”. Jakimś cudem udało mi się ją od niego wycyganić. Szczyt marzeń rockowych to nie był, ale w tamtej rzeczywistości…

Płyta zaskoczyła mnie pozytywnie, bo mimo iż to glam metal, gdzie – jak twierdzą złośliwi, ważniejsze jest jak wyglądasz niż jak grasz, to jednak miała całkiem porządnego kopa, szczególnie na początku albumu. Później jest już różnie. Płyta ta przez długie tygodnie nie schodził z talerza mojej stereofonicznej skrobaczki do płyt marki „Unitra”, zwanej szumnie gramofonem. Dostałem go dwa lata wcześniej „na urodziny”. Wyglądało to tak, że jakiś czas po moich urodzinach byłem z ojcem w Domach Towarowych „Centrum” i w dziale AGD akurat „rzucili” gramofony. Tak się wówczas mówiło. A ponieważ w całym wielopiętrowym sklepie nie było nic innego, więc dostałem gramofon. Śmieszna sprawa, ale w zestawie była zapasowa wkładka z igłą. Szkoda że nie potencjometry. Przydałby się worek. Albo nawet ze dwa, bo psuły się na potęgę. Także te, których normalnie się nie dotykało. Sypały się na gwarancji, psuły się także później. Pojęcie „nastawienia gramofonu” nabierało tu nowego znaczenia: oprócz normalnych czynności związanych z uruchomieniem tego urządzenia należało odpowiednio ustawić potencjometry – tak, aby zamiast trzeszczenia można było słyszeć muzykę.

Płyty słuchałem wtedy do bólu. Trochę zrozumiałe, gdy niespecjalnie ma się wybór. Zdążyłem w każdym razie nauczyć się na pamięć niemal każdego dźwięku. Płyta, niestety, zaginęła gdzieś później. Pożyczona została kumplowi, który pożyczył ją kumplowi… i tak dalej. Tak się zdarzało, podobnie jak z książkami. Mimo to pożyczało się dalej.

Zagubiona przed laty płyta jakoś nigdy więcej nie wpadła mi już w ręce. Aż do wczoraj.

DSC_1194

Od momentu gdy słyszałem ją po raz ostatni minęło niemal równo 30 lat. Trzy dekady. Specjalnie otworzyłem ją dopiero w domu, na porządnym sprzęcie, chcąc delektować się tą chwilą i przy okazji przekonać się, czy i dziś będzie mi się podobać tak samo jak kiedyś. I wiecie co? Nie wiem, na ile działa tu prawo odkryte przez inżyniera Mamonia, mówiące że podobają nam się melodie które już raz słyszeliśmy (szczególnie gdy jesteśmy umysłami ścisłymi), ale to nadal dobra płyta.

A na deser coś, czym przez długi czas katowała nas swego czasu MTV; muzyka którą Jon Bon Jovi skomponował do filmu „Joung Guns II” i który to album zakupiłem sobie „do kompletu”, żeby „New Jersey” nie stała na półce samotnie.

DSC_1197

Tu próbka dla zdezorientowanych: ->

Tak, ja wiem że to glam metal czy tam pop metal. Ale kto nigdy czegoś takiego nie słuchał, niech pierwszy rzuci płytą 😉