Anatomia muzyki – Lady Pank

Muzyka

Podczas przeglądania Ostatecznych Czeluści Internetu natknąłem się na ciekawą zabawę na jednej z grup. Mianowicie użytkownicy wymieniali najważniejsze dla nich wydawnictwa muzyczne. Nie najlepsze ale te osobiście najważniejsze, płyty i kasety które zmieniły czy ukierunkowały ich muzyczne upodobania.

Zabawa jak zabawa, jednak zmusiła mnie do refleksji i pogrzebania w pamięci w poszukiwaniu swoich własnych „kamieni milowych”. Zadanie z pozoru proste, jednak w sumie niełatwe.

Po dłuższym zastanowieniu się doszedłem jednak do tego, która to płyta była moim pierwszym rockowym wydawnictwem i za jej to sprawą owa muzyka zawładnęła mą duszą całkowicie i nieodwołalnie…

Był rok 1985. Miałem wówczas 8 lat. Pustki w sklepach. Bieda aż trzeszczy. Mój Ojciec pracował wówczas w Warszawie i po robocie tradycyjnie wyruszał na polowanie. Tak się właśnie robiło. Łowcy i Zbieracze ruszali na wycieczkę po sklepach w których mogło być coś. Przy czym nigdy nie było wiadomo, czym to coś właściwie będzie. Witały ich zazwyczaj puste półki i zanudzony personel, który musiał przez całą zmianę udawać że pracuje, chociaż do roboty nie było zupełnie nic. Czasem Ojciec zabierał mnie na takie rajdy po sklepach ze sobą. Pamiętam wizytę w jakimś supersamie. Ekspedientki w ramach walki z nudą czy też może z polecenia szefostwa układały piramidkę ze słoików z musztardą. To, oprócz octu w butelkach po wódce, był wówczas jedyny dostępny towar w całym sklepie. Tyle że butelek nie dawało się ustawiać w piramidki. Tak więc ekspedientki układały z zacięciem te słoiki. Piramidka była już wyższa ode mnie. Nagle jedna z nich potrąciła jeden ze słoików stojących na samym dole i cała misterna konstrukcja złapała nagły przechył po czym rozsypała się jak domek z kart a słoiki z zawartością upadły hurtem na betonową podłogę tłukąc się z głośnym plaskiem i rozchlapując musztardę na wszystkie strony! Potem zapadła przejmująca cisza. Nastrój grozy przerwała dopiero sklepowa z wąsem:

„- O rzesz kooorva Jezus!!!”

Jako ośmiolatek byłem zafascynowany tą konstrukcją językową. Szybko opuściliśmy sklep w którym nie było już nawet musztardy, za to sklepowe wreszcie miały wreszcie jakąś robotę. Być może mój ojciec obawiał się, że mogę nauczyć się w nim jeszcze innych „ciekawych” słówek.

Podczas innego z takich rajdów weszliśmy do Domów Towarowych Centrum. Rok wcześniej zakupiliśmy w nich Unitrowski gramofon stereofoniczny (czad, chociaż psuł się niemiłosiernie!). Kupiliśmy bo po prostu był i wystarczyło ich dla nas. Został moim „prezentem urodzinowym” chociaż to było jeszcze sporo przed terminem. Ale wówczas wiele świąt było właśnie w ten sposób „ruchomych”.

Tym razem gramofonów „nie dawali”. Było za to kilka samotnych płyt gramofonowych. Wśród nich jedna z niebiesko – czarną okładką. Okładka niepokojąca. Na podłodze typowego wówczas mieszkania leży półnaga kobieta. Oczy ma otwarte. Nie wiadomo co się stało, obrażeń nie widać. Jedna ręka przykrywa pierś. Przez okno w drzwiach balkonowych typowe osiedle blokowisko… Prawdopodobnie jednak zwróciłem uwagę na nazwę zespołu. Lady Pank. „Pank” w nazwie zapowiadał coś „cięższego”. Zespół znałem też najprawdopodobniej z radia. Angielski tytuł „Drop Everything” intrygował. To była prawdopodobnie jedyna płyta anglojęzyczna w całym sklepie.

DSC_2772

Mówię ojcu że chciałbym kupić tę płytę. Ojciec popatrzył chwilę na okładkę. Zapewne dostrzegł wówczas gołego cyca ale nic nie dał po sobie poznać. Zapytał tylko czy na pewno po czym włożył płytę do koszyka. Bo mimo ogólnej biedy Ojciec nigdy nie żałował pieniędzy na książki – i płyty. Sam miał wówczas pokaźną kolekcję, liczącą zapewne grubo ponad setkę analogów. W tamtych czasach to było jednak coś.

Pamiętam że w domu przez długi czas słuchałem tej płyty na okrągło. Niby utwory znaliśmy wówczas z radia, jednak anglojęzyczna wersja nadawała albumowi nowego klimatu. Oczywiście wtedy fatalny angielski Panasiewicza nikogo po naszej stronie żelaznej kurtyny nie raził, bo po prostu nikt wówczas nie wiedział że jest on fatalny.

To dzięki tej płycie prawdopodobnie tak mocno wsiąkłem w muzykę rockową i mimo że dziś jestem 5,25 raza starszy niż wtedy, bakcyl nadal mnie nie chce opuścić.

Po jakimś czasie płyta poszła jednak w odstawkę. Pojawiały się nieśmiało wydawnictwa zachodnie, takie jak Bon Jovi czy AC/DC.

Po latach zakupiłem reedycję tej płyty na CD. Dostrzegam jej mankamenty – kiepski angielski Panasa (ależ się wyedukowaliśmy przez te lata) czy słabą jakość dźwięku… Ale słyszę również ciekawe pomysły i naprawdę dobre kompozycje. Płyta niesłusznie poszła jednak w odstawkę.

Jeszcze jedna ciekawostka. Do jednego z utworów z tego krążka nakręcono teledysk. Niby nic specjalnego, ale ten teledysk jest wyjątkowy z jednego powodu: jest to pierwszy w historii videoklip polskiego zespołu, który był emitowany w MTV.

Reklamy

Romantycznie

DSC_2335

W drodze na zlot.

DSC_2331

DSC_2330bw

DSC_2328

Nie pierwszy raz okazuje się, że podróż na zlot motocyklowy jest o wiele lepsza niż sam zlot.

DSC_2335

Człowiek się albo starzeje albo już wszystko widział i po prostu zaczyna doceniać zwykły, święty spokój…

DSC_2337

Saarlandzkie Muzeum Piwa

DSC_2453

Piwo od wieków jest nierozerwalnie związane z niemiecką kulturą. Występuje ono w germańskiej mitologii jako napój boski.  Warzył je zresztą nie kto inny jak sam Thor w ogromnej niebiańskiej kadzi. Sami germanie pili piwo na co dzień oraz używali go do swoich rytuałów i praktyk obrzędowych.

Dziś Niemcy są największym producentem i eksporterem piwa w Europie oraz drugim konsumentem tegoż trunku (zaraz po Czechach). Piwo ma tu swój specjalny Dzień Niemieckiego Piwa, obchodzony 23 kwietnia. Mówi się wręcz o Niemieckiej Kulturze Piwnej.

Ponieważ Niemcy to kraj małych ojczyzn, dziwić nie powinno ich przywiązanie do regionalnych marek piwa. Lokalne browary funkcjonują tu całkiem dobrze.

Dziś udałem się z wizytą do Saarlandzkiego Muzeum Piwa, w którego zbiorach znajduje się przedmioty związane z historią browarnictwa regionu.

Mały fragment bogatych zbiorów Muzeum:

DSC_2447

DSC_2451

Dostawca:

DSC_2453

DSC_2454

Ogórek w barwach browaru Saarlouis:

DSC_2456

Krasnale piwne:

DSC_2457

Tabor browaru Becker’s w miniaturze:

DSC_2459

DSC_2460

Goliath GD750 w barwach browaru Bruch z Saarbrücken:

DSC_2462

DSC_2464

Karslberg oficjalnym sponsorem:

DSC_2469

Herva orzeźwia:

DSC_2478

Koziołek Matołek jak widać także tu zawędrował:

DSC_2479

Panie na zamku:

DSC_2480

DSC_2484

Okazja jest szczególna. Dziś jest bowiem Muzeum udostępnia swoje zbiory po raz ostatni.

DSC_2485

Zdjęcia wykonałem niecałe dwie godziny przed ostatecznym zamknięciem Muzeum 😦

 

W poszukiwaniu sposobu na upały

DSC01676

Ten rok zdecydowanie nie jest normalny, jeśli mówimy o pogodzie. Najpierw długa zima, potem deszcze a teraz dwa miesiące upałów non stop. Teraz mamy na przykład godzinę 18:00 i ciągle +35oC w cieniu. Pęd powietrza wcale nie chłodzi, wręcz przeciwnie – otwarcie szybki kasku przypomina uchylenie drzwiczek piekarnika. Także nad rzeką wcale nie jest chłodniej. Niby w taką pogodę nie powinno się jeździć ani w ogóle przebywać na słońcu. Tylko co zrobić w sytuacji, gdy stan taki trwa już niemal dwa miesiące z jednym, jedynym dniem deszczowym? Co ciekawe, maszyny znoszą te upały ze stoickim spokojem, czego o istotach zbudowanych z białka powiedzieć jednak nie można.

DSC01679

Przydrożny parking i odrobina cienia. Nawet nad samym brzegiem rzeki trawa jest spalona a ziemia wysuszona na wiór. Ptaki także są zmęczone pogodą. Zajmują się swoimi sprawami, czyszczą pióra a przede wszystkim wylegują się nad wodą i nie zwracają żadnej uwagi na motocykl i człowieka.

DSC01683

W dniu takim jak ten lenistwo jest całkowicie uzasadnione.

DSC01681

Postanawiam więc dołączyć i dopomóc im w nicnierobieniu. W końcu następne dni mają przynieść jeszcze większe upały aż do +40oC. Nie trzeba będzie jechać do Afryki aby zaznać tropikalnego klimatu.

DSC01676

Trzeba zbierać siły. W końcu to jeszcze nie koniec upałów.