Mądrości ludowe

DSC02126

„Na świętego Hieronima

Jest pogoda albo ni ma

A pod koniec listopada

Pada albo nie pada”*

DSC02128

DSC02130

*) Stare chińskie przysłowie mówi, że jeśli nie wiesz co powiedzieć to powiedz stare chińskie przysłowie 😉

Reklamy

Wheels&Stones 2018 – dzień trzeci

DSC_2054

Tak, wiem że umknął gdzieś najciekawszy drugi dzień imprezy. Niestety, w tym roku wydarzyło się tyle nieplanowanych spraw, że należy się cieszyć że coś w ogóle wypaliło. Pocieszające jest tylko to, że tym razem udało się być aż na dwóch dniach a nie na jednym, jak rok temu. Czyli proges jakiś jednak jest. Z tego można wysnuć prosty wniosek, że za rok… Dobra, na wszelki wypadek niczego już nie planujmy 😉

Nie przedłużając, zapraszam do galerii. A w niej takie cuda jak na przykład motocykl wykonany ze sztućców i innej zastawy stołowej, być może zawierający odpowiedź na nurtujące ludzkość pytanie: „kto i kogo uczył jeść widelcem”. Miłego ogladania.

DSC_2004

DSC_2006

DSC_2009

DSC_2010

DSC_2012

DSC_2014

DSC_2016

DSC_2019

DSC_2020

DSC_2022

DSC_2025

DSC_2026

DSC_2028

DSC_2029

DSC_2038

DSC_2041

DSC_2042

DSC_2049

DSC_2050

DSC_2058

DSC_2060

DSC_2062

DSC_2063

DSC_2065

DSC_2069

DSC_2072

DSC_2074

DSC_2077

DSC_2080

DSC_2089

DSC_2090

DSC_2094

DSC_2102

DSC_2103

DSC_2110

DSC_2111

DSC_2113

DSC_2116

DSC_2118

DSC_2123

DSC_2130

DSC_2133

DSC_2184

DSC_2191

Zabawy nie zepsuł nawet padający dość intensywnie deszcz – pierwszy raz od ponad miesiąca 🙂

 

Wheels&Stones 2018 – dzień pierwszy

DSC_1917

Wszystko niby było zaplanowane, urlop zaklepany ale i tak, o mały włos, wyjazd nie doszedłby do skutku. Wszystko bowiem w tym roku sprzysięgło się przeciwko mnie. Jednak nie ma co narzekać. Udało się w końcu dojechać na trzecią już z kolei edycję Wheels & Stones. Spotkało się tych i owych. Rezultaty wizyty na pierwszym dniu zlotu zamieszczam poniżej.

DSC_1893

DSC_1894

DSC_1895

DSC_1896

DSC_1897

DSC_1899

DSC_1900

DSC_1902

DSC_1905

DSC_1907

DSC_1910

DSC_1911

DSC_1912

DSC_1923

DSC_1938

DSC_1940

DSC_1943

DSC_1947

DSC_1948

DSC_1958

DSC_1959

DSC_1961

DSC_1993

DSC_1995

DSC_1998

DSC_2002

Impreza jak zawsze inspirująca.

Być jak Maverick

DSC02096

Końcówka lat 80-tych to między innymi czasy kaset VHS a na nich, przegrywane z siódmej kopii siódmej kopii amerykańskie filmy akcji. Wśród nich także „Top – Gun”a w nim samoloty F – 14A Tomcat oraz motocykl. Przede wszystkim motocykl. Kawasaki GPz 900R. Ikona tamtych czasów. Kultowy rzekłbym nawet, chociaż bardzo nie lubię tego określenia. Ale taka jest prawda. Wspaniały i niedostępny. Poza zasięgiem marzeń.

Minęły trzy dekady a dawne marzenie okazało się być już nie tak odległe. A nawet całkiem dostępne.  „Swojego” egzemplarza szukałem jednak kilka lat. Z jednej strony fakt, że dość mało aktywnie. Ot, raz na jakiś czas przejrzałem ogłoszenia. Ale postawiłem sobie też dość wysokie wymagania. Motocykl miał być kompletny i w dobrym stanie, w oryginalnym malowaniu, z możliwie pełnym wyposażeniem oraz z jak najwcześniejszego okresu produkcji. Jak najbardziej oryginalny i jak najstarszy – to rzadko idzie razem w parze. Oczywiście miło byłoby, gdyby nie trzeba było jeszcze specjalnie daleko jechać go oglądać. Cena nie grała przy tym specjalnej roli. Za dobrze utrzymany egzemplarz lepiej jest dopłacić niż potem sztukować grata samemu. Wiem bo sprawdziłem.

Przez te lata znalazłem kilka nawet ciekawych egzemplarzy. Pierwszy, czerwono – czarny, był od nowości w rękach pierwszego właściciela. W garażu na półkach leżały jeszcze nierozpakowane z fabrycznej folii części owiewki, których sprzedający nie zdecydował się nigdy założyć. Cena była wysoka, jednak uzasadniona. Właściciel jednak w ostatniej chwili rozmyślił się i motocykla w końcu nie sprzedał.

Kolejna maszyna była czarna ze złotymi wstawkami oraz pełnym ekwipunkiem turystycznym. Tu sprzedawca jednak był na tyle zdeterminowany, że motocykl został dosłownie sprzątnięty mi sprzed nosa.

Kolejne ogłoszenie, znalezione zupełnym przypadkiem, szukając na pewnym portalu motocykla dla Kolegi i porównując jego ceny. Tym razem jednak podświadomie czuję że to jest „ten” egzemplarz. Szybki telefon do właściciela. Mówi że ogłoszenie niby jeszcze jest aktualne ale już ma na sobotę umówionego jakiegoś klienta. Rzut oka na kalendarz – kurde, mamy czwartek. W takim razie jest tylko jedno wyjście – przyjadę w piątek. Właściciel się zgadza.

DSC02053

Oględziny były dość krótkie. Stan motocykla zgodny z opisem. Oczywiście, są pewne ślady zużycia, jednak nie na tyle żeby robić z tego jakieś sceny. Opony ok, napęd w środkowej fazie naciągu. Kończą się klocki hamulcowe ale sprzedający dodaje nowe gratis. Motocykl co prawda był przez dłuższy czas nieużywany, więc czeka mnie trochę pracy z pozbyciem się pająków i innych moli, co to zdążyły się w maszynie zalęgnąć, jednak to drobiazgi. Normalne odszczurzanie. Sprzedający dorzuca jeszcze komplet oryginalnych kufrów Kawasaki. Pełnia szczęścia.

DSC02078

Maszyna nie jest wymeldowana, ma ubezpieczenie i przegląd techniczny, więc zasadniczo może wracać na własnych kołach. Tak też robimy. Czeka mnie dość długa podróż „maszyną marzeń”.

DSC02083

Jak wygląda konfrontacja z legendą? Cóż, pierwsze co zaskakuje to niesamowita kultura pracy silnika. Po rozgrzaniu wskazówka obrotomierza stoi na 1000 RPM jak zaczarowana. Żadnych nierówności w pracy, zerowe wibracje. Kolejna niespodzianka to elastyczność motoru. Przyspiesza zawsze i chętnie, mrucząc przy tym przyjemnie.

DSC02086

Zmiana biegów to również sama przyjemność – precyzja i delikatność pracy tego mechanizmu jest niesamowita, nawet w porównaniu do wielu współczesnych konstrukcji. A przecież ta maszyna ma już skończone 33 lata. Zawieszenie, hamulce – wszystko perfekcyjne jak na swój wiek. Motocykl prowadzi się z chirurgiczną wręcz precyzją, robi dokładnie to co chce kierowca.

DSC02093

Pozycja za kierownicą typowo GPz-owata, czyli kierujący jest dość mocno pochylony do przodu i spory ciężar ciała musi spoczywać na rękach. Ale i tak  jest dużo lepiej niż w GPz 750. Porównanie do starszego o kilka lat modelu wydaje się tu naturalne. Niemal wszystko jest tu po prostu lepsze, poprawione i udoskonalone. Wydaje się, że te motocykle technicznie dzielą nie zaledwie dwa lata a co najmniej dekada.

Wracając do domu los spłatał mi jeszcze jednego figla. Otóż droga powrotna wypadła przez Ramstein. Przejazd Kawasaki GPz 900R obok amerykańskiej bazy lotniczej, obok stojących F-16 jest bezcennym przeżyciem. Za wszystko inne zapłacisz kartą.

DSC02096

Breloczek do kluczy. Niby drobiazg a cieszy 🙂

O dupie Maryny, czyli szukaniu problemów na siłę

Antologia i przegląd prasy.

Polecamy literaturę

Patrząc na to co się dzieje w Internetach można by odnieść wrażenie, że sezon dawno już minął a rozmowy użytkowników jednośladów, z powodu braku ruch na świeżym powietrzu i związanym z tym niedotlenieniem, zeszły na tematy luźno związane z tytułem wpisu. Na jednej z internetowych grup motocyklowych podlinkowano pewien „artykuł”, licząc zapewne na to, że wywoła on podobną goovnoburzę jak na swojej macierzystej stronie. Pomylono się w sumie niewiele.

Zacznijmy od tego, że „artykuł” zrobiony jest na siłę i sprawia wrażenie napisanego na kolanie, bowiem nic nie trzyma się w nim kupy. Na początku jest tam jakieś odniesienie do „obecnej sytuacji na rynku jednośladów”, jednakże ten, który naiwnie (tak jak ja) myślał o tym, że będzie tam coś o aktualnych problemach sprzedawców czy importerów motocykli tudzież akcesoriów do nich, zawiedzie się srodze. W „artykule” nic takiego nie ma. Autorowi najwyraźniej pomyliły się szablony, bowiem potem równie płynnie, niczym przesunięta na siłę igła gramofonu na płycie analogowej, przechodzi do ogólnego stwierdzenia że „przybywa ogarniętych i wyedukowanych motocyklistów” (jeśli nie masz pojęcia co napisać to walnij jakimś ogólnikiem, dodaj coś o szkoleniach, będzie przynajmniej wyglądać „mądrze”) po czym już bez pardonu przechodzi do tematu „czarnych owiec” w motocyklowym światku, które to owieczki bezczelnie psują „odbiór”  oraz nie pozwalają się Autorowi „integrować” z owym światem. Czy ów światek chce się integrować a Autorem i w jaki sposób (poza szczuciem w Internetach), tego nie wiadomo.

Na koniec jeszcze, jakby w ramach samobiczowania, mamy coś o „rozsądku” oraz „wyluzowaniu z ocenami” zaraz po tym, jak się samemu ze swoimi opisami mocno przeszarżowało oraz masochistyczny dopisek o „pseudoredaktorach” (wreszcie trafnie, w punkt).

Ok., więc co to za czarne owce nie pozwalają się Panu Redaktorowi integrować ze środowiskiem? Czy to nie są goście co to mają wszelkie przepisy w głębokim poszanowaniu i przypadkowo zagiętą tablicę rejestracyjną, co zresztą i tak nieistotne, bo OC i przeglądu i tak nie ma a kierownik jest bez uprawnień? Niestety nie, to za proste.

Na pierwszy ogień idą… gimnazjaliści na forach internetowych. Nie, to nie żart. Dorosłego (jak mniemam) człowieka drażni gimbaza w Internecie. No cóż, tak dla przypomnienia – każdy z nas miał te naście lat, burzę hormonów, wielkie plany na przyszłość i zerowe pojęcie o życiu na dokładkę. W porządku, za czasów naszej młodości o Internecie nikt nawet nie marzył  (poza Stanisławem Lemem), więc nie mieliśmy technicznej możliwości swoimi głupotami zarażać świata. Chociaż, z drugiej strony patrząc, wielu starszych ode mnie ludzi wypisuje na fejsbuku jeszcze gorsze farmazony niż dzisiejsi gimnazjaliści, popełniając przy tym podobną ilość błędów ortograficznych. Wracając zaś do meritum – jeśli dorosłego człowieka drażnią gimnazjaliści na forum internetowym, źle to świadczy o dorosłym, nie o gimnazjaliście który, z racji wieku, ma jeszcze prawo wielu rzeczy nie rozumieć.

Dalej mamy „internetowe płaczki”. Określenie nawet pasujące. Tak się nieszczęśliwie złożyło, że żyjemy w dobie Internetów, gdzie każdy może kreować swój wizerunek i karmić nim innych. Z jednej strony mamy ludzi pozujących na takich, co to im się udało panbucka za sandały złapać, z drugiej tych, co pozują na najnieszczęśliwsze osoby na całym świecie i wobec tego domagają się od tegoż świata współczucia. Nic nowego. Funkcjonowało to również bez Internetu, tylko zasięg i siłę rażenia miało nieporównanie mniejszą. Jednak nie jest to przecież problem. Internet daje nam również wspaniałe narzędzia w postaci opcji: „przestań obserwować użytkownika”, „ignoruj” itp. Mam nadzieję że pomogłem. Proszę nie dziękować.

Odpustowi turyści, czyli goście którzy wyglądają jakby wybierali się swoim motocyklem na wyprawę na przełaj przez Afrykę co najmniej a w rzeczywistości nie przekroczyli nim nawet granic własnego powiatu, do pracy jeżdżą z włączoną nawigacją i używają błota w spreju. I co z tego? Nie wolno im? Robią tym komuś jakąś krzywdę? Chyba nie. Czy aby zostać posiadaczem GSa trzeba się wykazać zaliczeniem Nordkapp – najlepiej zimą? To może zacznijmy wymagać od czoperowców okazania paszportów z wizą USA a kierowcom sportów ważnej licencji rajdowej? Dokładnie taki sam absurd.

Bajkopisarze – występujący zawsze i wszędzie. To motonici opowiadający na zlotach czy w knajpach niestworzone historie. Mogą występować pod postacią „ściganta”, co to wszystkich objeżdża. Może być nim także czoperowiec, co to już wszystko wie i widział, bo już ma motocykl drugi sezon, więc wie co mówi. „Trochę pojeździsz, to zrozumiesz”. Zaryzykowałbym jednak stwierdzenie że to typy nad wyraz pozytywne, nadające kolorytu motocyklowemu światkowi. Inspirujący, rzekłbym nawet.

Nie sprzedam, będę robił – czyli gość co to sobie dłubie przy motocyklu już siódmy czy tam dziesiąty sezon. Bo tak lubi i nic nikomu do tego. Jego prawo. Może 10 lat szukać śrubki żeby motocykl wreszcie skończyć – albo i nie. Może postawić go sobie w salonie żeby oglądać, jeśli mu to sprawia radochę. Też fajnie. Albo może trzymać w skrzynkach lub zgnić za stodołą. Ma prawo przy nim dłubać do końca świata i jeszcze dzień dłużej. Bo to jego własność i ma prawo z nią robić co mu się żywnie podoba i nikomu nic do tego. Święte prawo własności się to nazywa.

Piechota motocyklowa – nie wiem doprawdy jaki jest problem w tym, że ktoś interesuje się motocyklami nie posiadając takowego. Czy interesowanie się czymś jest równoważne ze koniecznością posiadania? Ja na ten przykład interesuję się muzyką rockową a nie mam żadnej kapeli. Ba, nie mam nawet gitary bo przez różne koleje i zawirowania losu pozostały u moich Rodziców i Teściów, po czym zaginęły. Czy w związku z tym faktem jestem życiowym „przegrywem”? O tym, czy mnie stać na to czy owo i w jakim momencie wiem najlepiej ja sam i szczytem nietaktu jest włażenie komuś do kieszeni. Pieniądze to rzecz którą się raz ma, innym razem zaś nie i fakt ten trzeba zaakceptować. Ale żeby to zrozumieć trzeba trochę życia naprawdę przeżyć.

Gość przebrany za żarówkę – mowa o kierowcach motocykli w jaskrawych ciuchach z odblaskami. Autor sugeruje, że skoro tak bardzo boją się rozjechania przez samochód to może sami powinni przesiąść się do auta. Jednak chwilę później sam ma obawy, czy aby kierowca samochodu nie rozjedzie przypadkiem Jego, bo przyzwyczajony do widoku „seledyniarza” może Go nie zauważyć. Cóż, pozostaje mi przypomnieć pewną radę: jak boisz się rozjechania przez auto, wsiądź do samochodu. Brzmi dziwnie znajomo, prawda?

Niestety, takie szufladkowanie na „fajnych” (czyli robiących to co ja uważam za słuszne) oraz „niefajnych” (generalnie całą resztę, co to ma czelność żyć po swojemu), wpisuje się w pewien niezdrowy ale obecnie „modny” trend do regulowania wszystkich i wszystkiego według jednego, „ideologicznie słusznego” wzorca, który nie dopuszcza odstępstw od wymyślonej przez „kogoś, kto lepiej wie” normy.

Wiem doskonale że Autorowi chodziło tylko o wywołanie goovnoburzy i podbicie wyświetleń strony. Nic tak bowiem nie konsoliduje ludzi jak ich dzielenie. „No popatrz, tym razem o mnie nie napisali ale za to mamy zrywkę z Władka czy Andrzeja”. Stworzenie bowiem dobrego artykułu jest żmudne i męczące, natomiast goovnobrzę wywołać można tekstem wprost z szablonu. Nie wymaga to myślenia, nakład pracy zerowy a efekt niemal murowany. Dodajmy do tego w ramach dupochronu dopisek, że to wszystko jest przecież przedstawione „w krzywym zwierciadle” – tak jakby to cokolwiek zmieniało.

Polecamy literaturę

Autorowi mimo wszystko życzę jednak więcej luzu, dystansu do świata i przede wszystkim odklejenia się od komputera i wyjście na dwór. Świeże powietrze ma pozytywny wpływ na postrzeganie rzeczywistości.

 

Anatomia muzyki – Lady Pank

Muzyka

Podczas przeglądania Ostatecznych Czeluści Internetu natknąłem się na ciekawą zabawę na jednej z grup. Mianowicie użytkownicy wymieniali najważniejsze dla nich wydawnictwa muzyczne. Nie najlepsze ale te osobiście najważniejsze, płyty i kasety które zmieniły czy ukierunkowały ich muzyczne upodobania.

Zabawa jak zabawa, jednak zmusiła mnie do refleksji i pogrzebania w pamięci w poszukiwaniu swoich własnych „kamieni milowych”. Zadanie z pozoru proste, jednak w sumie niełatwe.

Po dłuższym zastanowieniu się doszedłem jednak do tego, która to płyta była moim pierwszym rockowym wydawnictwem i za jej to sprawą owa muzyka zawładnęła mą duszą całkowicie i nieodwołalnie…

Był rok 1985. Miałem wówczas 8 lat. Pustki w sklepach. Bieda aż trzeszczy. Mój Ojciec pracował wówczas w Warszawie i po robocie tradycyjnie wyruszał na polowanie. Tak się właśnie robiło. Łowcy i Zbieracze ruszali na wycieczkę po sklepach w których mogło być coś. Przy czym nigdy nie było wiadomo, czym to coś właściwie będzie. Witały ich zazwyczaj puste półki i zanudzony personel, który musiał przez całą zmianę udawać że pracuje, chociaż do roboty nie było zupełnie nic. Czasem Ojciec zabierał mnie na takie rajdy po sklepach ze sobą. Pamiętam wizytę w jakimś supersamie. Ekspedientki w ramach walki z nudą czy też może z polecenia szefostwa układały piramidkę ze słoików z musztardą. To, oprócz octu w butelkach po wódce, był wówczas jedyny dostępny towar w całym sklepie. Tyle że butelek nie dawało się ustawiać w piramidki. Tak więc ekspedientki układały z zacięciem te słoiki. Piramidka była już wyższa ode mnie. Nagle jedna z nich potrąciła jeden ze słoików stojących na samym dole i cała misterna konstrukcja złapała nagły przechył po czym rozsypała się jak domek z kart a słoiki z zawartością upadły hurtem na betonową podłogę tłukąc się z głośnym plaskiem i rozchlapując musztardę na wszystkie strony! Potem zapadła przejmująca cisza. Nastrój grozy przerwała dopiero sklepowa z wąsem:

„- O rzesz kooorva Jezus!!!”

Jako ośmiolatek byłem zafascynowany tą konstrukcją językową. Szybko opuściliśmy sklep w którym nie było już nawet musztardy, za to sklepowe wreszcie miały wreszcie jakąś robotę. Być może mój ojciec obawiał się, że mogę nauczyć się w nim jeszcze innych „ciekawych” słówek.

Podczas innego z takich rajdów weszliśmy do Domów Towarowych Centrum. Rok wcześniej zakupiliśmy w nich Unitrowski gramofon stereofoniczny (czad, chociaż psuł się niemiłosiernie!). Kupiliśmy bo po prostu był i wystarczyło ich dla nas. Został moim „prezentem urodzinowym” chociaż to było jeszcze sporo przed terminem. Ale wówczas wiele świąt było właśnie w ten sposób „ruchomych”.

Tym razem gramofonów „nie dawali”. Było za to kilka samotnych płyt gramofonowych. Wśród nich jedna z niebiesko – czarną okładką. Okładka niepokojąca. Na podłodze typowego wówczas mieszkania leży półnaga kobieta. Oczy ma otwarte. Nie wiadomo co się stało, obrażeń nie widać. Jedna ręka przykrywa pierś. Przez okno w drzwiach balkonowych typowe osiedle blokowisko… Prawdopodobnie jednak zwróciłem uwagę na nazwę zespołu. Lady Pank. „Pank” w nazwie zapowiadał coś „cięższego”. Zespół znałem też najprawdopodobniej z radia. Angielski tytuł „Drop Everything” intrygował. To była prawdopodobnie jedyna płyta anglojęzyczna w całym sklepie.

DSC_2772

Mówię ojcu że chciałbym kupić tę płytę. Ojciec popatrzył chwilę na okładkę. Zapewne dostrzegł wówczas gołego cyca ale nic nie dał po sobie poznać. Zapytał tylko czy na pewno po czym włożył płytę do koszyka. Bo mimo ogólnej biedy Ojciec nigdy nie żałował pieniędzy na książki – i płyty. Sam miał wówczas pokaźną kolekcję, liczącą zapewne grubo ponad setkę analogów. W tamtych czasach to było jednak coś.

Pamiętam że w domu przez długi czas słuchałem tej płyty na okrągło. Niby utwory znaliśmy wówczas z radia, jednak anglojęzyczna wersja nadawała albumowi nowego klimatu. Oczywiście wtedy fatalny angielski Panasiewicza nikogo po naszej stronie żelaznej kurtyny nie raził, bo po prostu nikt wówczas nie wiedział że jest on fatalny.

To dzięki tej płycie prawdopodobnie tak mocno wsiąkłem w muzykę rockową i mimo że dziś jestem 5,25 raza starszy niż wtedy, bakcyl nadal mnie nie chce opuścić.

Po jakimś czasie płyta poszła jednak w odstawkę. Pojawiały się nieśmiało wydawnictwa zachodnie, takie jak Bon Jovi czy AC/DC.

Po latach zakupiłem reedycję tej płyty na CD. Dostrzegam jej mankamenty – kiepski angielski Panasa (ależ się wyedukowaliśmy przez te lata) czy słabą jakość dźwięku… Ale słyszę również ciekawe pomysły i naprawdę dobre kompozycje. Płyta niesłusznie poszła jednak w odstawkę.

Jeszcze jedna ciekawostka. Do jednego z utworów z tego krążka nakręcono teledysk. Niby nic specjalnego, ale ten teledysk jest wyjątkowy z jednego powodu: jest to pierwszy w historii videoklip polskiego zespołu, który był emitowany w MTV.