Amerykański Sen – oszukać przeznaczenie

img20200727_17174050

Historia niestety prawdziwa, po której zostały wspomnienia oraz kilka cudem ocalałych i odnalezionych filmów ze zdjęciami. Przyznam się szczerze, że długo biłem się z myślami, czy nie pozostawić tego dla siebie. Ale skoro od opisywanych wydarzeń minęło niemal dwadzieścia lat, uznałem że opublikują w celach kronikarskich.

Będzie trochę o „życiu w ciekawych czasach”, podróżach, nieco o motoryzacji. Ale przede wszystkim jest to opowieść o ludziach.

 

Czasem bywa tak, że mimo iż zrobisz wszystko najlepiej jak można, czynniki których nie można przewidzieć potrafią zniweczyć cały wysiłek. Bo czy może być coś gorszego od bezrobocia? Okazuje się że może. Jest to bezpłacie. Właśnie mnie to spotkało, chociaż do niedawna uważałem, że udało mi się oszukać przeznaczenie. Wysiłek, ciężka praca, doświadczenie i z tego wszystkiego robi się nagle wielkie g. Wzniosłe idee, służba nauce i proza życia. Niestety, już po wszystkich egzaminach oraz całym procesie rekrutacji wyszło na to, że będę doktorantem bez stypendium. Tak się nazywa pensja doktoranta żeby przypadkiem nikogo nie rozśmieszyć, gdy się zapyta ile zarabiasz. Więc dlatego mówimy na to stypendium. W ogóle doktorant to taki student tylko z nazwy. Z jednej strony, jak to student, ma swoje egzaminy i zaliczenia, z drugiej robi doktorat a z trzeciej ma normalne obowiązki, jak pełnoetatowy pracownik. Najniższy poziom łańcucha pokarmowego. Teraz okazało się, że można ludzi upodlić jeszcze bardziej.

img20200329_20081510

Trzeba zastanowić się, co dalej. Rynek, nazwijmy to pracy, wyglądał jak wyglądał. To znaczy wcale nie wyglądał, dlatego nawet państwowe uczelnie zaczęły robić to samo co inni i próbowały wykorzystać ludzi ile tylko się dało. „Będziesz pracował za darmo i w nagrodę napiszesz to sobie w CV.” Niewolnictwo XXI wieku. Szkoda tylko, że ta sama instytucja w drugą stronę nie zgadzała się na regulowanie należności „bógzapłaciami” i za akademik i inne rzeczy chce jakichś pieniędzy. Dziwne.

img20210201_17193136

W tej sytuacji poprosiłem o urlop, żeby przemyśleć i poukładać sobie wszystkie sprawy. O dziwo –nawet go dostałem. Z drugiej strony to co im zależało? Przecież pensji, przepraszam – „stypendium” i tak płacić nie chcieli.

W ciągu kolejnych tygodni próbowałem wymyśleć jakiś plan B, czyli znaleźć pracę. Po kilkunastu tak zwanych „rozmowach kwalifikacyjnych”, podczas których jakoś nikt nie zapytał mnie o kwalifikacje oraz kilku rekrutacjach w modnym wówczas „nowoczesnym stylu”, przypominającym bardziej eliminacje do jakiegoś durnego szoł w podrzędnej telewizji zacząłem mieć tego wszystkiego serdecznie dosyć.

Oczywiście miałem na koncie również tak zwane sukcesy. W jednej firmie załapałem się na bezpłatny staż. Gdy okres próbny minął, zapytałem głupio co dalej. Okazało się, że miło już było. Dowiedziałem się, że jestem chamski i arogancki. Bo jak w ogóle śmiem pytać swojego dobrodzieja o jakąś głupią umowę. Co, może jeszcze będziemy rozmawiać o jakimś dziwnym wynagrodzeniu za pracę? Naturalnie zostałem wylany z firmy, w której oficjalnie nigdy nie pracowałem. W kolejnej szef ciągle powtarzał, że kontrahenci cały czas próbują „posadzić go na lewe sanki”. Słyszałem to od niego minimum kilka razy dziennie. O co chodzi z tymi „lewymi sankami”? Sprawa wyjaśniła się dosyć szybko, gdy wyszło na jaw że to on nie ma w zwyczaju wywiązywać się z zawartych umów. Czyli ostrzegał mnie przed samym sobą. W tej sytuacji trzeba było podziękować za „współpracę”, której zresztą oficjalnie nie było, bo ten też nie miał czasu i chęci zajmować się jakimiś „formalnościami.

img20210208_16495209

 A więc na razie, póki co, ciągle oficjalnie jestem studentem doktorantem na urlopie. Może to jakoś wykorzystać? Tylko jak? W Polsce nic mi to już nie daje. A wyjazd za granicę? Status studenta może być ułatwieniem. Tylko dokąd? Mamy rok 2002 i Polska w strukturach UE to dopiero mgliste wizje. Takie bardzo odległe i nieśmiałe marzenie. Co zatem robić?

Kilka dni później, wracając z cyrku pod tytułem „rekrutacja”, przypadkiem znalazłem się koło ambasady USA. Może jednak to jest ten „plan B”? Szaleństwo. Ale czemu nie spróbować? Kierunek tak samo dobry jak inne. Skoro metody „rozsądne” zawiodły, to co pozostaje? Jeszcze tego samego dnia umówiłem się telefonicznie na rozmowę z konsulem. Nie miałem przecież już nic do stracenia.

Wizyta w ambasadzie to bardzo pouczające przeżycie. Przede wszystkim istnieją co najmniej dwie kategorie ludzi. Nikt tego oficjalnie nie powie ale da się to odczuć. Przed ambasadą oczywiście kolejka, w środku tłum ludzi. W końcu siedzimy z numerkiem w rękach w oczekiwaniu na rozmowę z konsulem.  Większość czeka jak na ścięcie. Działa oczywiście „giełda newsów”, czyli kto z urzędników daje wizy a kto nie, co mówić a czego nie wypada. Ten targ jest oczywiście kompletnie bezużyteczny, bowiem w rzeczywistości nie wiesz na kogo trafisz i nie masz na to absolutnie żadnego wpływu. Podobnie zresztą jak na przebieg rozmowy. Bezsensowne podkręcanie poziomu stresu. Ludzie segregują jakieś dokumenty, potwierdzenia że są właścicielami nieruchomości, firm, gruntów. Ja nie mam nic poza zaświadczeniem z uniwersytetu, że jestem studentem doktorantem na urlopie. Tyle udało mi się uzyskać od uczelni. Co ma być, to przecież będzie.

Nadchodzi moja kolej. Konsul przegląda moje dokumenty z zainteresowaniem. Tak mi się przynajmniej wydaje. Wygląda na to, że to dla niego coś nowego. Rozmawiamy chwilę po angielsku o poznawaniu świata, nauce języka, moich studiach i zainteresowaniach. Po wszystkim wychodzę oszołomiony z ambasady – z wizą. Oraz, to już zupełnie nieformalnie, adresem, pod którym mogę się zatrzymać na jakiś czas w Chicago.

Przygoda się zaczyna.

img20200425_20070651

Krokodyle łzy

img20200202_07043643es

Marian otworzył browara i włączył komputer. Przeglądał bezwiednie portal społecznościowy aż wzrok jego przykuł chwytliwy tytuł artykułu „Unijna norma Euro 5 zabija motocykle”. Wymieniono w nim modele maszyn, które nie będą już dostępne w sprzedaży po wprowadzeniu nowej normy. Marianowi natychmiast podniosło się ciśnienie. Z wrażenia omal nie oblał się piwem. Jak to!? Jakim prawem ktoś „z zagranicy” będzie mu zabraniał kupowania tego, na co ma ochotę? No jakim!? Przecież on jest klientem i wymaga! No dobrze, nie jest. Nigdy nie był. Ale mógłby przecież być! Czy to nie wystarczy?

Marian chłonął łapczywie tekst artykułu, pomijając całe akapity. Czuł narastającą w nim wściekłość. Tak naprawdę to nigdy nie kupił nowego pojazdu. Rower otrzymany jako prezent komunijny się nie liczy. Bo przecież nie będzie nabijał kabzy cwaniakom, co to będą chcieli zmusić go do płacenia za przeglądy gwarancyjne. Bo nowy traci na wartości, bo niesprawdzony, bo kiedyś to były motocykle, nie to co dzisiaj, bo nie z Marianem takie numery. Marian jest na to za sprytny.

Na logikę więc powinno mu to być obojętne skoro jeździł używanymi, ale Marian czuł się tak, jakby unijny urzędnik wyciągał mu właśnie motocykl spod tyłka. Koniecznie musiał coś z tym zrobić.

„Komuniści, złodzieje, eurokołchoz, cholerni postępowcy” – ryczał Marian w komentarzach pod artykułem z włączonym Caps Lokiem, aż z przerażenia zaczął mu się zacinać klawisz z literką „O”. Przyjrzał się uważnie swemu dziełu, po czym dopisał jeszcze „faszyści” i uśmiechnął się, uznając że jest wystarczająco obelżywie. Nie wiedział co prawda, czy słowo „komuniści” pasuje do określenia „faszyści” ale nie chciało mu się sprawdzać w Wikipedii ich znaczenia. Wiadomo przecież o co chodzi. Otarł pot z czoła i wziął głęboki wdech. Czuł że spełnił swój obowiązek.

Marian zerknął na artykuł i uronił łzę. Jedną za FJR, motocykl który swoje dobre dni miał dwie dekady temu. Drugą za XV i SCR; nie bardzo był w stanie sobie przypomnieć, czy je w ogóle kiedykolwiek widział na drodze. Zapłakał rzewnie za VFR, H2, Super Tenere i Tigerem Sportem oraz wieloma innymi, które nie spełniły nadziei pokładanych w nich przez producentów a ich sprzedaż nie osiągnęła założonego poziomu. Ale wiadomo – Unia. Ktoś musi być tym „złym”. Marian od razu poczuł się lepiej. Czarno – biały świat jest jakiś taki bardziej swojski.

Bo świat w którym żył Marian był prosty. Chodził do pracy aby zarabiać pieniądze. Za tą harówkę należało mu się. To oczywiste. Jednak dziwiło go niezmiernie, że inni ludzie też chcieliby otrzymywać za swoją pracę wynagrodzenie. Marian tego nie mógł pojąć. Mało jeszcze mieli? Złodzieje!

Zapłakał nawet nad Sportsterem, którego unijni urzędnicy „zabili” także w Stanach, czyli tam gdzie ich władza nie sięga. Tyle że ta łza była jeszcze mniej szczera. Bo to przecież „przereklamowany” Harley – Davidson. Chociaż Sportster to ponoć jednak nie Harley… Sami wiecie, rozumiecie…

img20210215_18245943

Marian został oczywiście wymyślony. Artykuł zaś oraz komentarze już niestety nie :/

Czeska legenda

img20200727_17174050

Wiele lat temu, gdy zaczynałem pisać zalążek artykułu o czeskich twinach, nie miałem zbyt wielkiego dostępu do literatury przedmiotu. Trochę różnych stron internetowych, z których część powielała tylko informacje zaczerpnięte z innych witryn. Informacji drukowanych w zasadzie nie było. Stąd liczyłem się z możliwymi błędami i nieścisłościami, gdy z wielu różnych wersji historii trzeba było wybrać jedną.

Artykuł nie został zresztą nigdy dokończony, bowiem, co ciekawe, nie było zainteresowania tematem. Szkic, który powstał, zamieściłem na wcześniejszej wersji tej strony. I się zaczęło. Bo wiecie, w Polsce jest zwykle właśnie tak, że bezinteresownych krytyków znajdziesz zawsze, tylko pomocników niekoniecznie. W efekcie straciłem zapał i nie zdecydowałem się na jego dokończenie.

Tymczasem, jakiś czas temu wpadł mi w ręce egzemplarz czeskiego czasopisma motocyklowego, gdzie na jedenastu stronach opisana jest „od a do z” (a w zasadzie to nawet do „ż”) historia Jawy 634, pod nieco pretensjonalnym tytułem „Czeska legenda”. W tym miejscu należy się małe wyjaśnienie. Określenie „czeska legenda” w Czechach odnosi się zwykle do postaci świętego Nepomucena. Czy model 634 był taki święty oraz czy zasłużył sobie na miano „męczennika”, to już inna sprawa.

IMG_8427

Natomiast faktem jest, że był to motocykl przełomowy w historii firmy, z którym wiązano wiele nadziei. Wiedzieliście, że niektóre zastosowane w nim rozwiązania chronione były patentami? Jawa 634 od początku projektowana była jako motocykl eksportowy na wiele różnych rynków o diametralnie odmiennych wymaganiach i z tego też powodu w jej konstrukcji nie ma przypadków. Oczywiście, jak to w „miłującym pokój socjalizmie” było w zwyczaju, istniała odmiana wojskowa „żeliwniaka”.

IMG_8430

Artykuł opisuje w sposób pełny kulisy powstania oraz historię Jawy 634, krok po kroku dokumentując zmiany dokonywane w modelu na przestrzeni 11 lat produkcji. Nieoceniona pomoc dla osób chcących restaurować wczesne egzemplarze. Nie zapomniano o następcy, Jawy 638, oraz historii dziwnej Jawy 632. Tak jak pisałem w swoim szkicu, artykuł potwierdza że za jej powstaniem stoją kłopoty techniczne związane z pierwszymi 638. Wady tego silnika były tak poważne, że kraje Zachodnie zakazały sprzedaży Jawy 638 na swoich rynkach. A to była prawdziwa katastrofa. Oznaczało to brak dewiz, czyli koniec dopływu prawdziwych pieniędzy. Stąd na szybkości pojawiła się Jawa 632 i dlatego też na niektórych rynkach musiała być oferowana tak długo, razem z 638. Był to swego rodzaju wybieg prawny, który pozwalał na sprzedaż motocykli.

IMG_8431

Za problemy z Jawą 638 odpowiadała nie tyle firma, ile absurdalny system socjalistyczny, w którym musiała ona funkcjonować. A system socjalistyczny opierał się na planowaniu produkcji. W tym konkretnym przypadku plan powstały w 1981 roku zaplanował już produkcję do 1995 roku i zgodnie z harmonogramem Jawa 638 miała pojawić się na rynku w 1983 roku. Ponieważ jednak tak się nie stało, wymuszono przyspieszenie prac i wypuszczenie na rynek silnika de facto w fazie prototypu. Z wiadomym skutkiem. Klient zachodnioeuropejski nie ma zrozumienia dla takich rzeczy.

Piszę zaś o tym dlatego, że po pewnych przemyśleniach zacząłem prace nad przetłumaczeniem tego artykułu, uznając że może jednak kogoś to zainteresuje. Zamierzam publikować go tu w odcinkach w jakiejś nieodległej przyszłości, jak tylko uporam się z innymi sprawami. Prościej byłoby pewnie uzupełnić stary szkic i zrobić z niego jeden artykuł, jednak poprzestanę na pozostawieniu go tak jak jest, uzupełniając go ewentualnie o pewne fakty i daty.

 

Ze spraw bardziej ogólnych, zamierzam wprowadzić pewną regularność w terminach publikacji na tej stronie oraz jej tematyce. Czy i na ile to się uda to już wyjdzie w trakcie.

Linia Zygfryda #1

img20200425_20191896

Są miejsca na w Europie, gdzie ziemia jest nadziewana bunkrami niczym ciasto rodzynkami. Taki obszar znajduje się na zachodzie Niemiec, między Holandią a Szwajcarią. Na odcinku około 630 kilometrów zbudowano około 15 500 bunkrów i innych umocnień. Według niektórych źródeł było ich nawet 18 000.

Był to jeden ze sztandarowych programów wojskowo – propagandowych małego austriackiego kaprala z wąsem, który w 1933 roku został kanclerzem Niemiec.

DSC_3787

Budowę rozpoczęto w 1936 roku i w kilku etapach prowadzono ją do 1940 roku. Początkowo ten system obronny nie miał żadnej oficjalnej nazwy. Mówiono o nim „Linia Todta”, „Schutzwall”, „Program Limes” – ta nazwa miała nawiązywać do dawnej rzymskiej linii granicznej, oddzielającej cesarstwo od „Barbaricum”. Kręgi wojskowe chciały oczywiście nazwać linię imieniem wodza, jednak nieoczekiwanie pojawiła się samoistnie nazwa „Westwall”, którą wymyślili robotnicy pracujący przy jej wznoszeniu. Nazwa spopularyzowała się do tego stopnia, że nie pozostało nic innego jak tylko ją zaakceptować. W naszym piśmiennictwie zwykło się używać nazwy „Linia Zygfryda”. Podobnie zresztą zwali ją Francuzi.

DSC_3786

Tysiące robotników pracowało w pocie czoła, zużywając 17,5 miliona ton betonu oraz 1,2 miliona ton stali, które można było wykorzystać w dużo mądrzejszy sposób. Warto pamiętać, że w tamtych czasach brakowało w Niemczech 1,5 miliona mieszkań. Z tego powodu budownictwo cywilne w regionie zamarło zupełnie. Ktoś może powiedzieć, że przynajmniej ludzie mieli pracę. Faktycznie. Jedni mieli pracę i wznosili bunkry, inni tracili gospodarstwa rolne, na których te umocnienia budowano. Z tego powodu około 5600 gospodarstw uległo likwidacji. Utrzymywało się z nich 30 000 osób. W całym przedsięwzięciu utopiono zaś 3,5 miliarda ówczesnych marek.

DSC_3788

Po co to wszystko? Wojna to głupia sprawa. Gdy bowiem chce się przylać jednemu, trzeba uważać, by nie dostać kopniaka od innego. Tym innym zaś była Francja, co do której nie było pewności, czy będzie się biernie przyglądać napaści na Czechosłowację i Polskę.

W związku z tym od 1938 roku prace nabrały tempa. Oficjalna propaganda twierdziła, że to w celu ochrony ludności. Nie dodając oczywiście, że przed atakiem który chce się samemu sprowokować.

Ataku francuskiego obawiano się zaś do tego stopnia, że uzbrojenie i wyposażenie przewożono z twierdzy na łuku Odry i Warty, której budowę wstrzymano. Budowano fortyfikacje na zachodzie kosztem wschodu.

IMG_8436

Okazało się, że zagrożenie nie było tylko teoretyczne. Francja co prawda nie interweniowała podczas zajmowania Czechosłowacji w 1938 roku, lecz w 1939 roku już nie było tak dobrze i Niemcy po raz pierwszy na własnym terenie odczuli, co to znaczy wojna. Jednak ofensywa francuska w Saarze zatrzymała się właśnie na Linii Zygfryda.

IMG_8437

Prace nad budową umocnień zakończono w 1940 roku po kapitulacji Francji tylko po to, by w pośpiechu i panice przystąpić do nich znowu w 1944 roku. Tyle że na to było już za późno a istniejące fortyfikacje były już technicznie przestarzałe i nie przystawały do nowych realiów. Losów wojny już nie odmieniły, bo i odmienić nie mogły. Ale o tym przy innej okazji.

IMG_8435

Bunkier uwieczniony na zdjęciach nieoczekiwanie wyłonił się z ziemi podczas robót melioracyjnych w grudniu ubiegłego roku i w związku z tym stał się obiektem pierwszej wycieczki A.D. 2021. Pochodzi on z jednego z pierwszych etapów budowy systemu Linii Zygfryda, czyli zapewne z połowy 1938 roku. Trudno powiedzieć, czy zniszczeniu uległ w walkach czy też już po wojnie. Francuscy saperzy bowiem z wielkim upodobaniem wysadzali niemieckie bunkry w powietrze. Nie znalazłem na jego temat żadnych opracowań, nie figuruje on nawet w dostępnych wykazach. Być może ostatnie 75 lat spędził w ziemi.

Prawdopodobnie zostanie on zniszczony, więc całkiem możliwe że są to jedne z jego ostatnich zdjęć.

img20200425_20070651

Swoimi Drogami

img20210121_10040541

Bez wątpienia najważniejszym wydarzeniem przełomu roku jest reaktywacja kwartalnika „Swoimi Drogami”. Rzecz wydawałoby się nie do pomyślenia – a jednak. Powrót magazynu stał się faktem.

Oczywiście dwa razy wejść do tej samej rzeki nie sposób. Zmieniły się czasy, my się nieco postarzeliśmy…

W związku z tym i Czasopismo zmieniło się nieco. Nie jest już kwartalnikiem tylko miesięcznikiem a w tytule pojawił się dopisek „i Motocykl”. Zmianie uległ też skład redakcji; nie całkiem ale jednak. Rzecz nieunikniona po latach. Za całość projektu odpowiada obecnie Tomasz Szczerbicki, którego Czytelnikom chyba przedstawiać nie muszę. Gwarantuje to najwyższą jakość zamieszczonych materiałów.

Nie uległa zaś zmianie idea która przyświecała powstaniu tego Czasopisma. Pozostało nadal takie, jakie było. Niebanalne, z własnym punktem widzenia. Stroniące od sztucznej sensacji. Biorące życie takim, jakie jest.

Do tej pory ukazały się już trzy kolejne numery ( Numer 10 , Numer 11oraz Numer 12), które oczywiście nadal, tak jak dawniej, można pobierać za darmo.

DSC_3729

Oprócz tego mamy także Archiwum, skąd można ściągnąć stare numery z lat 2012-2014.

Nowemu – staremu projektowi mocno kibicuję i zapraszam do lektury!

„Z tuszuś powstał i w tusz się obrócisz”

img20210122_22234783

Wiadomość spadła jak grom z jasnego nieba. Bo Papcio Chmiel wydawał się być człowiekiem, którego czas się nie imał. Podobnie jak stworzony przez Niego Tytus de Zoo, który był wiecznym chłopcem będącym ciągle gdzieś na drodze do uczłowieczenia, tak Papcio był zawsze Papciem. Dobrodusznym, cierpliwym i wyrozumiałym, z ogromnym dystansem do siebie.

Na jego komiksach wychowało się kilka pokoleń. W tym i ja. Na księdze V uczyłem się czytać. Jako dziecko znałem ją na pamięć i mogłem cytować na wyrywki. W szarzyźnie ówczesnej rzeczywistości opowieść o podróży wannolotem przez świat była czymś wspaniałym. Nie przeszkadzał nawet fakt, że z powodu „oszczędności oraz przejściowych problemów materiałowych” połowa stron była czarno – biała. W czasach gdy paszporty leżały sobie „bezpiecznie” w rządowych szufladach a za oknem obowiązywała godzina milicyjna chociaż na kartach książki można było poodwiedzać dalekie kraje.

DSC_3737

Bo cudem było, że w tamtych czasach te książeczki mogły się w ogóle pojawić. Dziś może to śmieszyć, ale początkowo w PRL-u był problem z wydawaniem komiksów. Z dzisiejszej perspektywy dziwny, bo natury ideologicznej. Bo jak to, w „najlepszym z ustrojów” wydawać komiksy w formie zeszytów jak na „zgniłym, imperialistycznym Zachodzie”? To właśnie Papciowi Chmielowi, dzięki pewnym fortelom, udało się przekonać ówczesne władze, że te obrazkowe historyjki to nic strasznego i wreszcie mogliśmy cieszyć się komiksem jak normalni ludzie. Wówczas chyba nikt się nie spodziewał, że charakterystyczna kreska Mistrza będzie nam towarzyszyć przez kolejne dekady i nigdy się nie znudzi.

Jak każdy, mam oczywiście swoje ulubione pozycje w przebogatym dorobku Papcia Chmiela. Najbardziej chyba zaczytywałem się w Księdze XI, czyli „Na odsiecz zabytkom”. To chyba lektura właśnie tego komiksu zadecydowała o mojej słabości do historii i zabytków.  Niesamowita wyobraźnia Papcia prowadziła nas przez zamek księcia Jedzosława, gdzie każdy następny z rodu był grubszy od swego poprzednika, niezapomniany turniej zorganizowany przez księcia Chytrozłota „o pół zamku” oraz zarządzone przez niego podatki „od przekleństw, kichania i ziewania”. To ostatnie politycy chyba wzięli sobie aż za bardzo do serca.

DSC_3732

Po lekturze Księgi XV miałem ogromną chęć zostania geologiem i wymusiłem na rodzinie wizytę w Muzeum Ziemi. Zwroty zaś „o wkręcaniu się na film dozwolony od 18 lat” czy też „wyjaśnienia” Tytusa, skąd wzięły się słowa „weekend” i „camping” stały się klasyką i przeszły do języka codziennego.

DSC_3734

Księgi XVII, XVIII oraz XIX to kolejne próby uczłowieczenia Tytusa poprzez umuzykalnienie, uplastycznienie oraz uteatralnienie.

Zgodnie z przyjętą przez Papcia zasadą, książki miały „bawiąc – uczyć”. Z tego zadania wywiązały się naprawdę wzorowo. Zapewne wielu z nas dowiedziało się z nich więcej o historii sztuki, niż przez cały okres edukacji szkolnej.

DSC_3735

Księga XIII to oczywiście niezapomniana pierwsza wyprawa na Wyspy Nonsensu. Jedna z najlepszych wśród nich to oczywiście wyspa palaczy, gdzie wszyscy ciągle jarają szlugi a uczniowie w szkole potrafią po jednym papierosie wykasłać kompletne abecadło a na ZPT robią fajki, fifki i polpielniczki.

Oraz oczywiście moja ulubiona, wyspa samochodziarzy, gdzie społeczeństwo osiągnęło taki stopień zmotoryzowania, że wszyscy stoją w permanentnym korku, mimo iż wszystkie lasy i łąki przerobiono na drogi i parkingi a jadąc na weekend na łono natury należy kawałek tejże natury zabrać ze sobą na przyczepce w doniczce. 

DSC_3742

W Księdze XIV Tytusowi rośnie fioł i w związku z tym przetestowane zostają na nim różne metody i systemy edukacji. Pod rozwagę wszystkim reformatorom edukacji.

DSC_3744

Księga X to z kolei powtórka z historii ludzkiej cywilizacji w pigułce, niestety ze wszystkimi zgubnymi skutkami dla środowiska naturalnego. Książka z przesłaniem w czasach, gdy nikt jeszcze o tym głośno nie mówił.

DSC_3745

Nie mogło oczywiście zabraknąć przygód Tytusa na Dzikim Zachodzie a pomysł na wskoczenie w kinie do westernu „Strzały z nikąd” uważam osobiście za przejaw geniuszu.

DSC_3748

Na koniec tego krótkiego przeglądu jedna z moich ulubionych: Księga XIV, w której Tytus zostaje dziennikarzem. Tu jest wszystko naj. Akcja wartka niczym w doskonałym filmie sensacyjnym, mamy historię wewnątrz historii oraz potężną dawkę wiedzy na temat druku oraz historii tego wynalazku, wszystko okraszone wspaniałym humorem.

Tak na marginesie – mam takie niejasne wrażenie, że w wielu redakcjach do dziś dobrze się mają Dział Kaczek Dziennikarskich oraz Dział Wiadomości Wyssanych Z Palca i że te urządzenia są ciągle w użyciu

DSC_3739

Oczywiście jest to tylko mały fragment z bogatego dorobku Papcia Chmiela. Tytus towarzyszył nam podczas przemian gospodarczych i społecznych po 1989 roku, nic a nic się nie starzejąc. Uczestniczył w ważnych wydarzeniach; np. w Księdze XXIV szykował się do wejścia do NATO.

Książki te zresztą wraz z upływem lat wcale się nie zestarzały. Bawią kolejne pokolenia czytelników a starsi odkrywają ze zdumieniem, że Papcio przemyślnie poukrywał w nich smaczki, które czytelnik odkrywa wraz z upływem lat. Z wiekiem zaczyna sie dostrzegać i doceniać inteligentny dowcip Papcia Chmiela.

Najsmutniejsze jest chyba to, że wraz z odejściem Papcia dobiega końca również historia najstarszego polskiego komiksu oraz nie ukażą się już żadne kolejne przygody Tytusa, Romka i A’Tomka…

Pozostanie jednak czterdzieści ponadczasowych Ksiąg przygód Tytusa, które będą bawić i uczyć kolejne pokolenia czytleników. Pomnik trwalszy niż ze spiżu.

Muzyka w garażu – Newsted

img20200721_10145725s

Dziś mamy podobno okragłą rocznicę dnia, w którym z zespołu zwanego „Metallica” uciekł ostatni metalowiec.
Ja to mawiają: „lepiej późno niż wcale” 😉
Newsted swoją płytą może i trzęsienia ziemi nie wywołał (prawdę mówiąc to przeszła zupełnie niezauważona), jednak ten album jest naprawdę całkiem dobry. Jest „jakiś”.

Ma swój styl, brzmienie, można tu na czymś ucho zawiesić. A przede wszystkim to naprawdę „metal”.

DSC_3728

Jedyne czego żałuję, to że nie pociągnął tego projektu dalej. Szkoda, bo miał potencjał.

img20200721_10145725

Der Teufel

img002

GPz 750 A1, 1983

Jest rzeczą dziwną i znamienną, że o motocyklizmie wie się wszystko już około pięć minut po tym, gdy się samemu weszło w to środowisko. Świat jest sympatycznie prosty i uporządkowany.

Dopiero z czasem zaczyna do Ciebie docierać świadomość, że to jednak zupełnie nie tak. Świat nie jest już płaski i prosty, okazuje się być wielowymiarowy. Przy czym ta mnogość wymiarów powoduje, że rozumiesz z tego coraz mniej, mimo iż Twoje horyzonty się poszerzają. Tak naprawdę jest to bardzo pozytywne zjawisko, bo stajesz się coraz bardziej otwarty. A że przy tym Twoje wcześniejsze „uporządkowane plany motocyklowe” biorą w łeb… Who cares…

DSC_4009

Wiele lat temu, gdy wydawało mi się, że mój świat jest już uporządkowany, przeglądając niemiecki portal z używanymi pojazdami, natknąłem się na pewne ogłoszenie. W sumie nic specjalnego. Stary japoński sport. Niekompletny grat za jakieś śmieszne pieniądze. A najgorsze jest to, że ja, miłośnik brytyjskiej klasyki, czuję, że go chcę. Bardzo.

Telefon do właściciela. Umawiamy się. W weekend jestem na miejscu. Oględziny są krótkie, bo i nie za bardzo jest co oglądać. Motocykl wybebeszony do naprawy. Gaźniki, elektryka. Sprzedający o jednych problemach mówi, inne taktycznie przemilcza. Normalka. Niemiec płakał jak sprzedawał. Ze szczęścia.

Podpisujemy umowę, dwanaście skrzynek z częściami ląduje w bagażniku samochodu. Resztę, która się nie zmieściła, biorę na plecy i niosę do domu. Jak za dawnych lat.

W ten oto sposób stałem się posiadaczem Kawasaki GPz 750 A1 z 1983 roku. Maszyny, którą niemieccy motocykliści starszej daty zwą pieszczotliwie „der Teufel” (diabeł). A ja oczywiście, w swej naiwności, uważałem że to przezwisko wzięło od kwadratowej owiewki, przypominającej nieco rogatą mordkę. Po drodze łapie mnie deszcz. Chronię się przed nim pod wiatą przystanku. Mam teraz okazję przyjrzeć się dokładniej swojemu „nowemu staremu” nabytkowi. Ogromne koła obute w nienaturalnie cienkie oponki. Charakterystyczny kształt pokrywy sprzęgła. Żebrowana miska olejowa ze specyficznym filtrem oleju. Ja to wszystko już gdzieś widziałem.

Deszcz pada, „diabeł” stoi niewzruszony pod wiatą, jego rogata mordka ma taki wyraz, jakby się ze mnie nabijał.

„-Myśl, myśl intensywnie. Jesteś na dobrym tropie”.

DSC_4322a

Pierwszy „Mad Max”! Film, który oglądałem za dzieciaka z wypiekami na twarzy. Ford Falcon oraz motocykle. KZ1000, którymi poruszali się po australijskim interiorze Jim Goose oraz Toecutter, Bubba Zanetti i inni członkowie psychodelicznego gangu znanego jako „The Acolytes”. Goście o których powiedzieć, że byli źli to jakby nic nie powiedzieć. Oni byli złem. Czystym, krystalicznym, przy których gangi motocyklowe z dzisiejszych produkcji filmowych wyglądają jak banda podwórkowych melepetów poprzebieranych za stałych bywalców baru „Niebieska Ostryga”.

GPz 750 tej generacji jest w prostej linii technicznie potomkiem dawnej serii KZ.

W miarę jak „diabeł” pochłaniał fundusze, w wyniku czego wracał powoli do stanu używalności oraz oryginalności, docierać do mnie zaczęło, ze to przezwisko nie wzięło się tylko od jego wyglądu.

Silnik uruchamia się oraz pracuje w systemie „zerojedynkowym”. Ssania nie da się dozować, można je tylko włączyć albo wyłączyć i trzeba wiedzieć dokładnie, w którym momencie to zrobić. Błąd w którąkolwiek stronę skutkuje zalaniem świec. 88 KM może i nie robi dziś wielkiego wrażenia. Jednak nieco inaczej jest, gdy zasiądzie się za sterami GPz. Do 4500 RPM nie dzieje się nic. No prawie nic. Silnik jest ospały, nie ma ciągu ale za to ma tendencję do gaśnięcia przy nagłych zmianach obciążenia, co zresztą często na początku mi się zdarzało, jako osobie przyzwyczajonej do innej charakterystyki pracy jednostek napędowych. Sprawy mają się jednak zupełnie inaczej, gdy wskazówka obrotomierza minie „magiczną” liczbę 5000 na obrotomierzu. Wówczas budzi się szatańska kawaleria a maszyna z charakterystycznym, zachrypniętym rykiem rwie do przodu jak oszalała – i tak jest już do końca skali, przy czym aż do 9500 RPM wściekłości przybywa. Cienka opona tylna często nie daje rady przenieść tego impetu na asfalt i ślizga się bezradnie. Taki urok. Zawieszenie z jednej strony jest twarde jak deska, z drugiej jednak nie nadąża za mocą silnika i już powyżej 170-180 km/h naprawdę zaczyna być ciężko trafić motocyklem w jezdnię. Jeśli chodzi o hamulce, to trzy wentylowane tarcze hamulcowe naprawdę robią wrażenie. Tylko wrażenie, bowiem wąziutkie oponki nie są znów w stanie przenieść siły hamowania na asfalt i każde gwałtowniejsze przyhamowanie kończy się spektakularnym blokowaniem kół. Stąd też w sytuacjach awaryjnych zamiast hamować, należy się raczej skupiać na wyszukiwaniu luk i innych przestrzeni na drodze a także poza nią, gdzie możesz się zmieścić wraz z motocyklem – bo przecież już z góry wiesz, że i tak nie dasz rady się zatrzymać. Zanim wyjedziesz na jakąś krętą drogę powinieneś dowiedzieć się czegoś jeszcze, żeby na środku łuku zakrętu nie przykleić portek do siedzenia. Ten motocykl to stara szkoła z wysoko położonym środkiem ciężkości, przez co jazda na zakrętach przypomina nieco balansowanie na wysokiej drabinie malarskiej. Nie znaczy to że „nie umie w zakręty”, jednak robi to inaczej niż współczesne konstrukcje. Nie zapomnij także o wąskich oponach. Na szczęście, będąc na granicy przyczepności piszczą ostrzegawczo i lepiej tego nie lekceważ.

Wypadałoby zapewne wspomnieć coś o pozycji za sterami. Jest po prostu wspaniała. Ręce do przodu, nogi podkulone i skierowane do tyłu. Cały ciężar ciała oparty na rękach. Po jakichś 400-500 kilometrach ciągłej jazdy wiesz już dokładnie, ile kości masz w nadgarstkach. O takich atrybutach męskości jak samara piwna zapomnij. W przypadku „Diabła”, w miejscu gdzie chciałbyś ją przewozić, znajduje się zbiornik paliwa.

DSC03270a

Co zatem sprawia, że, mimo tak fatalnej reputacji „der Teufel” jest nie tylko ciągle w moim posiadaniu ale, jakby tego było mało, ma u mnie swoje dożywocie. Jak to jest, że skoro jest tak źle to jest tak dobrze? No cóż, odpowiedź jest prosta. Jest nim najważniejszy z parametrów. Niemcy mają na niego specjalne określenie. Der Fahrspaß, które to słowo na polski można przetłumaczyć jako „przyjemność z jazdy”, chociaż w oryginale ma ono dużo szersze znaczenie. Kryje się pod nim także styl, radość, dopasowanie, charakter maszyny, słowem wszystko co tylko sprawia, że odczuwamy radość z jazdy. Parametr ten jest jak najbardziej mierzalny i wyrażamy go w centymetrach szerokości banana na twarzy podczas zwykłej przejażdżki…

Podobno jak się już zeszło raz do piekieł, to raczej nie uda się stamtąd łatwo wydostać. Z tego też powodu do pierwszego „diabła” dołączył kolejny. GPz 900R z 1985 roku. Ten szatan bardziej przypomina już Wolanda z „Mistrza i Małgorzaty”. Elegancki, szarmancki, z manierami… Ale to już inna historia, bo tak się rozpisałem, ze niech mnie diabli porwą…

„ – Niech mnie diabli porwą? Ależ to da się zrobić!”*

————————————————————————————————————————————–

*) – diabeł Woland, Mistrz i Małgorzata.

**) – artykuł ten został napisany dla Chopper Magazin i ukazał się w jego internetowym wydaniu 2 czerwca 2019 roku.