Na dwa takty – renesans

img20210207_16385837

Następne lata upływały konstruktorom na udoskonalaniu silnika czterosuwowego, który wydawał się być łatwiejszy do oswojenia i opanowania. Dwusuw nie rokował dobrze a wielu nie widziało sensu w wyważaniu kolejnych drzwi, skoro jedne – te od czterotaktowego cyklu pracy – były już otwarte. Jednak byli i tacy, którzy nie poddali się i nadal pracowali nad udoskonalaniem dwutaktu, widząc drzemiący w nim potencjał w postaci „braku pustych przebiegów”.

Jednym z nich był Anglik Dugald Clerk. Szybko określił, co jest przyczyną problemów z dwusuwem. A jak wiadomo, właściwe zdefiniowanie problemu to już połowa rozwiązania. Otóż w dwusuwie brak było sprężania mieszanki, co nie pozwało na osiągnięcie satysfakcjonującej sprawności. A skoro tak, to należy dodać urządzenie które ten ładunek spręży.

W ten oto sposób w dwusuwie pojawiła się pompa ładująca.

Clerk umieścił pompę ładującą obok cylindra głównego. Była ona połączona z wałem głównym wykorbieniem, przesuniętym o pewien kąt względem cylindra głównego. Napływ świeżej mieszanki następował w momencie, gdy spaliny uchodziły z cylindra przez okno wydechowe a tłok zbliżał się do zaworu wewnętrznego.

img20210217_18265963

Silnik z tym usprawnieniem osiągnął oszałamiającą wówczas sprawność 15%. W stosunku do wcześniejszych 2-3% był to ogromny postęp.

Obieg pracy silnika systemu Clerka z 1881 roku nie różnił się od współczesnych silników sprężarkowych. Nie nadawał się on jednak do napędu pojazdów ze względu na swoje rozmiary i masę. Każdy cylinder roboczy potrzebował bowiem dodatkowego cylindra pompującego. Jednak rewolucja w budowie silników dwusuwowych stała się faktem a ich dalszy rozwój nastąpił błyskawicznie. Zaczęto dostrzegać ich potencjał.

Wstępne sprężanie ładunku przy pomocy pompy ładującej okazało się tak wielkim i przełomowym osiągnięciem, że do dziś nazywa się ten typ pracy silników „obiegiem Clerka”.

Podróż za jedną bagietkę #2

img20210926_18052357

Sprawa zakupu pieczywa rozwiązała się dość szybko. Przy drodze stał automat do wypieku bagietek. Taki typowo francuski wynalazek. Wrzucasz 1,10 Euro i za chwilę dostajesz cieplutką, chrupiącą bagietkę. Nie jest to co prawda wymarzone rozwiązanie, bo wolałbym jednak kontakt z żywym człowiekiem a nie automatem. Ale jest niedziela, ludzie mają wolne.

IMG_1856

Mam zresztą takie wrażenie, że francuzi kochają automaty. Automatyczne, pozbawione personelu stacje paliw, które konsekwentnie odrzucają płatności niefrancuskimi kartami bankomatowymi – słuszne, po co jakiś obcy będzie im się po kraju szwędał, automatyczne bagietkomaty…

Ten zaś dodatkowo jest dowcipny. Otóż nie reaguje na dokładnie odliczoną kwotę. Gdy wrzuciłem odliczone 1,10 euro, na wyświetlaczu pojawił się napis: „Kredyt – 1,10, Koszt – 1,10” ale automat przestał reagować na przycisk „Realizacja”. Należało nacisnąć przycisk „Anuluj”, zastąpić dziesięć centów dwudziestką, wrzucić do automatu jeszcze raz jedno euro i dwadzieścia centów i dopiero wówczas zlecić realizację. Automat z radością wypluje z siebie bagietkę oraz dziesięć centów reszty.*

IMG_1855

Tego nie trzeba rozumieć. Ale w zwykłym sklepie z normalnym, żywym sprzedawcą, takich przygód nie przeżyjesz i nie będziesz rozwiązywać łamigłówek. Pouczające i rozwijające zarazem.

Tymczasem przy drodze pojawiło się COŚ.

IMG_1834

Zawróciłem w nadziei, że uda mi się dociec, co to mogło być.

IMG_1835

Próżne jednak nadzieje na odkrycie, cóż to mogło kiedyś być oraz do czego służyć. Może przydrożna knajpka. Albo warsztat. Może bardziej to drugie, skoro to coś jest okafelkowane. Przynajmniej na tyle, na ile można dostrzec.

IMG_1843

Skręcając w szutrową drogę z myślą „zobaczymy dokąd prowadzi”, dojechałem do dużego gospodarstwa rolnego. Takiego troszkę pegeerowatego, jednak najwyraźniej prywatnego.

DSC_6625

Ciekawą konstrukcją był żelazny budynek wyspawany z szyn służących chyba normalnie do umacniania głębokich wykopów. Jak się okazuje, mają one także inne zastosowania. Na przykład do konstrukcji budowli, które będą rdzewieć w malownicze ciapki.

DSC_6638

Podróżowanie starym, archaicznym pojazdem ma sporo zalet. Jedną z nich jest to, że z uwagi na stosunkowo niewielką prędkość przelotową, zauważa się o wiele więcej rzeczy niż jadąc czymś współcześniejszym. Inna sprawa, że ta niska prędkość irytuje wielu miejscowych kierowców, mimo że nie odbiega ona od dopuszczalnych 80km/h.

Ale spora część tutejszych użytkowników dróg prowadzi auta z południową manierą. Czyli kompletnie bez wyobraźni, ignorując wszystko i wszystkich.

W związku z tym w każdej miejscowości przejście dla pieszych znajduje się na dużym progu zwalniającym lub jest tymi progami niemal obłożone.

Myliłby się jednak ten, kto by sądził, że to na tutejszych ścigantach robi jakiekolwiek wrażenie. Wręcz przeciwnie. Taki próg służy według nich do wyprzedzania, bowiem delikwent którego chcą objechać na takiej przeszkodzie przecież zwolni. A zatem jest to dla nich idealne miejsce. Gdy po raz kolejny zostałem w ten sposób wyprzedzony, tym razem przez Peugetoa wytłuczonego tak, że przeleciał przez próg na „raty”, to znaczy najpierw podskoczył na nim tylko przód samochodu a dopiero potem tył, zrozumiałem, że to jest tutejsza norma. Pojazd zachowywał się tak, jakby przód i tył zamontowano do kabiny elastycznie, na jakichś zawiasach. Ten samochód był mniej sztywny niż mokra kartka papieru. Gdyby nagle znalazł się na niemieckim TÜV i został wzięty zgodnie z tamtejszą procedurą na podnośnik, to zwiesiłby się na nim jak pęto kiełbasy na wędzarni.

Można by zadać sobie pytanie, co by było, gdyby podczas takiego wyprzedzania na przejściu na progu zwalniającym, pojawił się nagle pieszy? Ano, według ścigantów, nic by się nie stało. Przejeżdżanie bowiem pieszemu po piętach czy palcach widać jest tu w dobrym tonie. Przynajmniej w małych miejscowościach dane mi było się o tym naocznie przekonać.

Przydrożny pierdolnik; o pardon, instalacja artystyczna. Gdy nie wiesz co zrobić ze starymi meblami, zawsze możesz zrobić performance.

DSC_6641

A tu zwykły, normalny, przydomowy bajzel. Gnicie tej limuzyny ma zapewne głębszy sens i rad byłbym go poznać.

IMG_1837

Znajomy zadał mi kiedyś pytanie, dlaczego na tej stronie nie zamieszczam map z trasą podróży. Bardzo dobre pytanie, na które mógłbym udzielić odpowiedzi filozoficzno – intelektualizującej, żeby zbyć na szybko pytającego. Jednak prawda jest prozaiczna. Takie mapki bowiem nie istnieją a plan wyjazdu tworzy się w jego trakcie w oparciu o staromodny, papierowy atlas drogowy. Jest zwykle tylko miejsce docelowe a trasa powstaje w trakcie. W tym przypadku nie ma nawet i tego.

IMG_1828

W związku z tym kluczenie i zawracanie nawet o kilkadziesiąt kilometrów jest stałym punktem programu. Z tym z kolei wiąże się odpowiedź na drugie pytanie – dlaczego jadę sam? A znacie kogoś, kto wytrzymałby ciągłe zatrzymywania, zawracania i kluczenie po przypadkowych, wąskich dróżkach? Ja też nie.

Skoro pewne rzeczy mamy wyjaśnione, pora wrócić na drogę. Bo to w sumie o nią tu chodzi. Kolejna boczna dróżka prowadzi do galerii „Kamienie na granicy”, międzynarodowej instalacji artystycznej.

IMG_1840

Kilka lat temu postanowiono postawić obok niej farmę wiatraków. Artyści i działacze protestowali. Na próżno. Tam bowiem, gdzie spotyka się sztuka z biznesem, wygrywa zwykle jednak biznes.

IMG_1864

Fragment jednej z rzeźb na granicy, czyli granit w granicie.

IMG_1862

Droga jako cel.

IMG_1861

Jedyna napotkana stacja paliw z normalną, ludzką obsługą. Wygląda tak, jakby zatrzymała się w czasie. O dziwo, ma aż trzy dystrybutory. Zwykle takie małe stacyjki mają po dwa – jeden dla benzyny 95 i drugi dla ON. Ta jest luksusowa, bo ma jeszcze benzynę 98 oktanową. Niech Was nie zmyli ta czwórka na dystrybutorze z benzyną 98. Na stacji naprawdę są tylko trzy stanowiska. Każdy dystrybutor wygląda zresztą nieco inaczej i mam podejrzenie, graniczące z pewnością, że pochodzą z tak zwanego „recyclingu”. Czyli mówiąc prosto – zostały zapewne odkupione z jakichś  innych stacji, jako używane ale jeszcze dobre. To też jest w sumie urokliwe.

IMG_1846

Dystrybutory są wiekowe, podczas pracy rzężą jak na starym cepeenie. Mam tylko nadzieję, że benzyna jest już bez ołowiu i nie będzie podczas jazdy zarzucać świec 😉

IMG_1832

Kolejna nawrotka i kolejne odkrycie. Tym razem znowu COŚ. Nie bardzo mam pomysł, co to mogło być. Jakaś cieciówka czy inna wartownia? Teren ogrodzony, więc może coś jest na rzeczy.

IMG_1868

Podczas przechadzki po mieście odkryłem księgarnię a na jej wystawie książkę, która mnie zaskoczyła. W pierwszej chwili jej tytuł przeczytałem jako „Vive La France” a rysunek na jej okładce kazał się domyślać różnych rzeczy. Oczywiście, tytuł brzmi „Vive La Farce” (Niech żyje farsa!) a zbieżność jest jak najbardziej zamierzona.

DSC_6839

Rzecz, której się w tym miejscu nie spodziewałem. Niemiecka tablica z Camel Trophy 1984 😮

DSC_6946

*) Na koniec zagadka: to jaki w końcu typ bagietki udało mi się zanabyć metodą kupna?

img20210926_18061950

Wskazówki dla podróżujących samochodziarzy

img20210526_21195983

Ponieważ dobrych rad nigdy nie jest za wiele, dziś kilka porad i wskazówek sprzed ponad stu lat. Z czasów, w których należało podziwiać ludzi, którym w ogóle chciało się „bawić” w jakąkolwiek motoryzację…

Dla świata samochodowego do podróży są najpiękniejszemi miesiącami lipiec i sierpień. Statystyka daje nam pewne i określone dane w jak ogromnych rozmiarach rozwinął się w ostatnich latach samochodowy ruch podróżny.

Głównym warunkiem udania się takiej przejażdżki jest dobry samochód i odpowiednio staranne przygotowanie do podróży. Pomówmy najpierw o formalnościach, które należy załatwić przed podróżą, szczególniej za granicę.

Najpierw musi posiadacz samochodu zaopatrzyć się świadectwo do przejścia granicy przez który z uznanych związków lub klubów samochodowych za pewną opłatą lub nawet darmo i które służy za poświadczenie przynależności okaziciela do klubu. Następnie winien samochodziarz posiadać jeszcze i paszport. Tablica rozpoznawcza, jak również i litera przynależności państwowej, nie powinny świecić nieobecnością.

Co się tyczy samego samochodu, to naturalnie pierwszym warunkiem jest jego stan ogólny. Nie należy puszczać się w dłuższą drogę w zupełnie nowym samochodzie, gdyż najlepszy silnik i samochód posiadają swe kaprysy dziecięce, które muszą być najpierw przezwyciężone. Każdy rozsądny samochodziarz zastosuje przy końcu zimy do swojego samochodu gruntowną rewizję. Nie jest to, co prawda, niezbędne, gdy samochód jest w dobrym stanie, prócz może tylko wypadków wyszlifowania nowych zawozów, miarkowania sprężyn zawozowych i tłuczków, oczyszczenia i rewizji aparatu magnetycznego, a przedewszystkim ulotniaka. Oczyszczenie przewodów doprowadzających benzynę, mianowicie przy samochodach, których naczynia do benzyny stoją pod naciskiem wydyszym, należy też dokładnie zbadać, tak samo zalecić należy zbadanie przewodów ulatniaka. Chłodnica i przewietrznik są również dwoma ważnemi warunkami sprawnego działania silnika. Oczyszczenie chłodnicy w ogólnie znany sposób i ewentualne założenie nowego pasa przewietrznika z właściwem jego napięciem są niezbędne. Częstokroć zaniedbywaną rzeczą jest oliwienie. Staranny kierowca powinien conajmniej co 3000 klm. wypuszczać wszystek olej ze swego pudła silnikowego, zostawić samochód przez całą noc z otwartemi kurkami spustowemi, pudło następnie starannie wypłukać, napełnić odpowiednią ilością kilogramów świeżej oliwy, gdyż szczególnie w dni upalne oliwa przecieka przez maszynę, jak woda, i nie osadza tłuszczu i posiada mało zdolności smarowania, wskutek czego silnik nietylko cierpi, ale się łatwo i rozgrzewa. Że wszystkie stworznie , mianowicie w resorach i rozrządzie muszą być zaopatrzone w świeży smar w stauferach i przedewszystkiem wszystkie stworznie w rozrządzie i zatyczki we wszystkich częściach muszą być jaknajstaranniej przekontrolowane. Że modny samochód podróżny, czy mały czy duży, musi posiadać w podróżny pewną rezerwę, mianowicie przy jazdach w górach w benzynie i oliwie jest rzeczą oczywistą; ale przychodzi niektórym na myśl dopiero wtedy, gdy utkną w miejscu. jedna lub dwie konewki oliwy tworzą kapitał żelazny. Można łatwo te ilości oliwy zabierać ze sobą w kilku kg. oliwy w małych oliwiarkach o trzy lub czworokątnym przekroju zabezpieczonym od wybuchu kanistrach do benzyny, przymocowanych do stopnia i mających 10 do 21 litrów pojemności.

img20210526_21142877

Kwestja pneumatyk jest przy wszystkich podróżach rzeczą nader ważną. Aby sobie zaoszczędzić wszelkiej irytacji, będzie najlepiej stare opony i dętki, mianowicie na kołach tylnych zamienić nowemi. Że trzeba zabrać po jednym protektorze na krzyż do kół z tyłu i naprzód jest niezbędne dla górskich gładkich dróg. Na szosie przy pięknej pogodzie jedzie się dla zaoszczędzenia pneumatyk na czterech gładkich oponach. Zamienne opony i koła umożliwiają dzisiaj prędką i wygodną wymianę gładkich pneumatyk na protektory, tak, że przy dobrej pogodzie można mieć z tyłu i przodu gładkie, a przy złej prędko protektory. Nie należy też obierać na wóz podróżny samochodu o zamałych wymiarach pneumatyk, gdy ma się ze sobą więcej bagażu i części zamiennych, niż zwykle; nie używać wozu kołami słabo dymenzjowanemi. Tak zwane „Nadwielkości”, które obecne pneumatyki puszczają na rynek, umożliwiają przecież danie mocniejszych wymiarów pneumatykom bez zmiany obręcz. Że naturalnie trzeba być zaopatrzonym w najdrobniejsze części do naprawy pneumatyk, zawozy zapasowe drążki montażowe, talk, gumę, a przedewszystkiem w manometr i butelkę z powietrzem z oplecionym kompletnym, dobrym wężem – jest samo przez się zrozumiałe. Akurat bowiem te drobnostki w razie wypadku przyczyniają masę kłopotu. Umocowanie pneumatyk jest zawsze jeszcze zawiłą kwestią. Najczęściej umieszcza się je po bokach, gdyż z tyłu leżą kufry; szczególniej trudne jest umieszczenie kół o szprychach drucianych, które umieszcza się obecnie częstokroć jedno za drugiem na całej przestrzeni prawego stopnia. Również mały, łatwo obsługiwany wulkanizator nie powinien świecić nieobecnością. Małe podróże bowiem prowadzą z czasem za sobą zniszczenie nowej, drogiej opony i dętki. Że właśnie w podróży obchodzenie się z pneumatykami ma ogromne znaczenie dla ich żywotności, trzeba pamiętać z jak bezwzględną szybkością dla ruchu towarowego i pasażerskiego niestety dzisiaj jeździ się na drogach. I takich przez djabla szybkości opętanych samochodziarzy dogania się zwykle w krótkim czasie, bo zdarza im się wypadek pneumatyczny na skutek nadmiernej szybkości. O wiele jest rozsądniej trzymać się umiarkowanego tempa i mniej więcej co 50 kil. dać ochłonąć pneumatykom w lesie lub polu.

img20210526_21145269

Dobre oświetlenie jest też w drodze niezbędne. O ile należy unikać wedle zbędnego jeżdżenia w nocy, to jednak jest nieuniknione, że niekiedy przy nastaniu zmroku można osięgnąć swój cel dopiero w nocy. Dobre latarnie są wtedy podwójnie potrzebne. Nie może być tutaj naszem zadaniem dawać wskazówki o różnych sposobach oświetlenia; czy zależy to mniej lub więcej od osobistego smaku i portmonetki, czy się zastosuje tę czy inną najaśnicę lub ten czy inny wywoływacz karbidowy, lub cieszący się popularnością autogaz, lub jednę z licznych nowych, ale zawsze jeszcze bardzo drogich sposobów oświetlenia prądnicą elektryczną, ręczna lampka do odszukiwania defektów w pneumatykach i mechanizmach jest prawie niezbędną. Nie trzeba więc o niej zapominać i lampę tę dołącza się do już egzystujących przewodów, lub używa się solidnej elektrycznej latarki kieszonkowej.

Dla otwartych wozów jest niezbędny zasłaniający od deszczu, zaopatrzony w kaptur, daszek, który trzeba przed podróżą jeszcze raz dokładnie wypróbować w deszczu i przedewszystkiem odwietrek, który w znacznej mierze ochrania pasażerów i przedmioty w samochodzie przed niedogodnościami pogody.

Najważniejszemi przedmiotami są naturalnie części zapasowe i narzędzia. Urządzimy najpierw mały przegląd: przedewszystkiem trzeba posiadać większą ilość zaworów z zaślinieniem, sprężyn i, o ile to możliwe, dźwigni do demontowania zaworów. Ostrożni kierowcy zabierają też parę pierścieni tłokowych kompletną goleń korbową z pokrywką i przy maszynach z pompką do wody wałek z kółkiem skrzydlatem. Wielka jest naturalnie ilość drobiazgów, które należy zabrać. Wspomnimy tutaj tylko sprężyny miarkownicze ulatniaka, pływak, parę dysz dla wrażliwszych ula tniaków przy jazdach górskich, śruba do nalewania benzyny, śruba zamykająca dopływ benzyny, różnego gatunku krążki uszczelniające i kurki sprężające, zapłonki, i dla przewodów wodnych, dla zamknięcia zaworów, dla oczyszczaczy oliwy i tylnej rury wydychowej, następnie uszczelnienia dla przewodów wodnych pompy, przyśrubowania przewodów olejnych i dyszy benzynowej. Dwa pasy dla przewietrznika z kilku zamkami należy też zabrać. Również poleca się zabrać igiełkę zaworową dla ulatniaka, kilka sprężyn sprzęgła, większy wybór różnych zatyczek i koniecznych ćwieczków, różnych oliwiarek kapturkowych i Stauffera, dobór śrub i naśrubków i złożyska kulkowe. Przedewszystkiem należy jednak pamiętać o zapłonkach i porządnym młotku.

img20210526_21153831

Że narzędzia muszą być w zupełnym porządku i należytym komplecie rozumie się samo przez się. Podajemy tutaj krótki przegląd, aby każdy samochodziarz mógł sam skontrolować czego mu brak: do prawidłowego t. zw. naczynia należą: różne klucze szczękowe i następnie klucze płaskie, ćwieczkowe, haczykowe sprzętowe, klucze do zaworów, płaskoszczypy, po jednym odciągaczu ze śrubą dla koła samochodowego, przednich i tylnych kół, uszczelnienia gumowe dla przewodów do wody, różne koneweczki do benzyny, oliwy, nafty, oliwy magnesowej, lejek do oliwy i benzyny z osłonką, fartuch skórzany, duża konewka do oliwy, różne klucze do aparatu magnesowego z częściami zamiennemi, lewar, dobra lampa powietrzna, kilka zapasowych wyłączników do magnesu, które łatwo można pogubić, klucze względnie owrótkę pierśną do odejmowania zdejmowanych kół i obręczy, jak również i do montowania, do tego rodzaju kół, dużą ilość skrzydlaków i t. zw. przedłużeń, dużą ilość gumowych podkładek pod skrzydlaki, odpowiednich do nich kluczy storcowych i niezbędnych, jak np. dla obręczy „Continental” owrótki pierśnej. I z żaglowego płótna kubełek na wycieczkach górskich może być bardzo przydatny.

I o taśmach izolacyjnych, papierze szmerlowym, drucie i mocnych rzemieniach należy też pamiętać.

Kto chce uczynić wszystko możliwe, niech zabierze ze sobą dużą nieprzemakalną płachtę, ponieważ w drobnych miejscowościach i w górach zachodzi często brak zajezdni i samochód musi na noc pozostać pod gołym niebem. Wtedy oddaje płachta nieocenione usługi; ale i przy nagłym deszczu da się ona doskonale zastosować, gdyż trwa zwykle dość długo, nim się zdejmie z daszka osłaniający go kaptur, porozpina rzemienie, otworzy daszek.

Bardzo ważną okolicznością jest również przed podróżą dokładne przestudjowanie tej okolicy, którą ma się zamiar zwiedzić i sprawienie sobie odpowiednich map i przewodników.

img20210526_21160515

Wiele ulgi sprawiają też t.zw. książki czekowe, wystawiane przez niemiecko-amerykańskie towarzystwo naftowe i niektóre zakłady gumowe. Można dzięki tym czekom na wszystkich stacjach benzynowych odpowiedniego towarzystwa bez natychmiastowego płacenia gotówką zabierać podane ilości benzyny. To samo dzieje się również z pneumatykami. Obrachunek następuje dopiero po powrocie do domu. W ten sposób jest się uchronionym od wszelkiego wyzysku i nie potrzebuje wydawać zbytecznych pieniędzy na benzynę i pneumatyki.

Odzienie musi być zupełnie wystarczające : t. j. trzeba odzież zastosować możliwie do pogody i niepogody. Tutaj grają główną rolę doświadczenie, osobisty smak i przyzwyczajenie.

Lotnik i Automobilista, nr 1, styczeń 1914r. Autor: S.H.

Pisownia oryginalna.

Cloef

img20200425_20103483

Być w Kraju Saary i nie zobaczyć Cloefu, to tak jakby pojechać do Ciechocinka i nie przespacerować się po tamtejszym deptaku. Porównanie może i przesadzone, ale jednak jakiś sens ma.

Przede wszystkim na Cloef można dostać się na dwa sposoby. Pierwszy, dla nowoczesnych turystów, polega na podjechaniu na parking w bezpośrednie sąsiedztwo urwiska. Płacisz i wymagasz. W gratisie masz deptak ze wszelkimi możliwymi straganami i pamiątkami, żarciem i bogowie wiedzą czym jeszcze. Moje pierwsze skojarzenie było – Ciechocinek. Tylko „grzybka” i fontanny z „Jasiem i Małgosią” brakuje tu do pełni szczęścia. Ale oczka wodne już są.

Sposób drugi polega na wjechaniu w dolinę i wspięciu się po ścieżce na urwisko. W zestawie mamy za to widoki, których nie uświadczy się, gdy wybierze się bramkę numer jeden.

Wobec powyższego decyduję się na rozwiązanie numer dwa. Trochę zastanawiałem się, czy moje sfatygowane buty motocyklowe dadzą radę wnieść mnie po skalnych osypiskach kilkaset metrów w górę. Na samym początku ścieżki ustawiono bowiem tabliczkę informującą, że droga przeznaczona jest dla doświadczonych i dobrze wyekwipowanych turystów.

IMG_0399

Takich doświadczonych turystów zresztą niebawem zdarzyło mi się napotkać. Trzeba być naprawdę doświadczonym, żeby być w stanie wdrapywać się po skalnych rumowiskach w szpilkach albo klapkach japonkach. Prawie jak na Giewoncie.

DSC_5321

Coraz wyżej i wyżej.

DSC_5331

Takie skały różnej wielkości tworzą tutejsze osypiska.

DSC_5328

Najbardziej znany widok z Kraju Saary. To właśnie w tutaj rzeka Saara wykonuje zwrot. Gdzieś na krańcu tego „półwyspu”, wśród drzew, znajduje się zamek Montclair, swego czasu najpotężniejsza twierdza w regionie. Do dziś dotrwały zaledwie relikty, świadczące jednak dobitnie o dawnej świetności.

DSC_5353

Martwy las.

DSC_5338

Najbardziej fotogeniczni mieszkańcy Cloefu.

IMG_0304

Na górze niestety, trzeba i tak obetrzeć się o cepeliadę, jednak w zdecydowanie mniejszej dawce niż „normalnie”. Jest to zdecydowanie zdrowsze. Pomijając już samą wspinaczkę, która dobrze robi kondycji.

IMG_0402

Samo podejście nie było zresztą tak ciężkie. Gdyby nie upał, można by powiedzieć, że droga jest nawet przyjemna. Jakby jednak nie było, jest przynajmniej co powspominać.

Podróż za jedną bagietkę #1

img20210926_18052357

Grunt to mieć jakiś powód. Oficjalnym celem tej wycieczki będzie zakup pieczywa zwanego bagietką. Nieoficjalnym zaś, ale zdecydowanie ważniejszym, jest wycieczka po francuskiej prowincji. Temat ciekawy i mało ekspolatowany. A ponieważ, jak wszem i wobec wiadomo, najlepsze bagietki można kupić na placu Pigalle, więc jedno z drugim elegancko się wiąże.

Tak więc szykujcie się na podróż po francuskich drogach i bezdrożach. Będzie to Francja „B” w pełnej krasie. Dominować będą tu miejsca, których raczej nie zobaczycie na wycieczce z „Orbisem”. Nie będą to też obrazy, które po wrzuceniu na „fejsa” czy „instra” wzbudzą zazdrość u znajomych i sąsiadów. Bo i nie o to chodzi. Rzecz bowiem w tym aby pokazać Francję z innej strony, niż ta oficjalnie pokazywana w mediach. Może nie tak efektowną i pełną przepychu, nadal jednak ciekawą i urokliwą. Krótko mówiąc – wycieczka po francuskich zadupiach i pierdolnikach. Temat, który fascynuje mnie już od dłuższego czasu, jednak z racji sytuacji na świecie musiał zostać nieco odłożony

Jeden z ostatnich postojów w Niemczech. Wzgórza w tle to już Francja.

DSC_6622

Klasyczne, pamiątkowe zdjęcie. Gdybym dwadzieścia lat temu wspomniał komukolwiek, że będę tym gratem jeździł po Francji, to by mnie natychmiast wysłano do lekarza. Wiadomo zresztą którego. Sam bym zresztą w to nie uwierzył.

DSC_6620

Ten dziwny budynek w tle to dawny francuski urząd celny. Niby jest ta strefa Schengen i swobodny przepływ ludzi, towarów i usług… Należy jednak pamiętać, że ten niesamowity komfort mamy od niedawna. I że nie jest on dany raz na zawsze, o czy boleśnie przekonali się Brytyjczycy.

DSC_6608

Zaczynają się francuskie szosy. Inaczej niż w Niemczech, nawet te dość podrzędne drogi we Francji starają się raczej omijać miejscowości. Asfalt na nich jest chropowaty i miałby wspaniałą przyczepność, gdyby był równy.

DSC_6634

Niestety, zwykle jest jednak mniej lub bardziej zerodowany i zużyty. Ta chropowata, przyczepna warstwa, jest w wielu miejscach wytarta do gołej smoły. W przypadku gwałtownego hamowania efekt będzie zapewne odwrotny do zamierzonego.

DSC_6628

Od głównej szosy do mniejszych miejscowości odchodzą lokalne dróżki. Ta jest akurat bardzo szeroka, jednak z reguły są one dużo węższe.

DSC_6610

Wiata przystankowa lokalnego odpowiednika PKSu kryje pewną ciekawostkę. Ta skrzynka to ogólnodostępna dla wszystkich, mała biblioteczka. W oczekiwaniu na autobus, zamiast gapić się bezmyślnie w telefon, można sobie poczytać jakiś kryminał tudzież inny romans. Rzecz warta szerszego rozpropagowania także i u nas. Pod warunkiem wszakże, że nasi troglodyci tej biblioteczki nie zdemolują pierwszej nocy.

DSC_6614

Tymczasem, klucząc i kilkukrotnie zawracając, dojeżdżam do pierwszej większej miejscowości. Większa, bo liczy pewnie z kilkaset domów, z czego duża część jest już od dawna niezamieszkała.

DSC_6837

Jest to trochę dziwne, bo na logikę takie przygraniczne miejscowości powinny czerpać profity ze swojego położenia. Tymczasem, we Francji jakoś się to niespecjalnie udaje. Trudno powiedzieć dlaczego.

Stary, zapomniany mural reklamujący coś, czego nawet nazwy trudno się domyślić.

DSC_6843

Tablice i tabliczki odkryte podczas krótkiego rekonesansu. To miejsce tętniło kiedyś życiem. Dziś pozostały po nim tylko coraz mniej czytelne ślady.

DSC_6844

DSC_6848

DSC_6846

DSC_6934

DSC_6936

Za kilka lat czas, rdza i promienie słoneczne zrobią swoje.

To co mnie zawsze niezmiernie fascynowało, to restauracja obecna niemal w każdej francuskiej wiosce. Rzecz niesamowita. Bo przecież na wsi najprościej i najtaniej można zjeść w domu.

Ale taka „Café René” pełniła chyba bardziej funkcje towarzysko – kulturalno – relaksacyjne, niż zwykłej jadłodajni. Tu cała wioska zabawiała w weekendy, spotykała podczas chrzcin, ślubów i stypy…

Niestety, większość z nich od dawna wygląda w ten sposób.

DSC_6940

DSC_6942

DSC_6941

Ciekawe, co za przemiany społeczne spowodowały, że te kawiarnie przestały funkcjonować. Wygląda zresztą na to, że ich koniec nastąpił niemal w tym samym czasie.

DSC_6842

Cóż, na zbyt wiele nie można tu liczyć.

Tymczasem, żeby nie było, zamieszczam rysunek poglądowy przedstawiający najczęściej spotykane (spożywane) typy pieczywa zwanego bagietką. Jak widać, sprawa nie jest tak prosta.

img20210926_18061950

Ciąg dalszy oczywiście nastąpi.

Amerykański sen – poczuć Amerykę

img20200727_17174050

Rozmowy mające na celu sfinalizowanie zakupu motocykla szły w dobrym kierunku. Do czasu jednak. Samo życie.

Ogólnym problemem krajów rozwiniętych jest zbyt wolny przyrost liczby miejsc parkingowych do szybko zwiększającej się liczby samochodów. W moim przypadku w grę wchodziło tylko zostawienie samochodu na wąskiej uliczce „osiedlowej”, gdzie o miejsce było naprawdę trudno ale przynajmniej panował na niej spokój, ewentualnie na głównej alei, gdzie do parkowania przewidziano dużą część prawego pasa. Niestety, wielu kierowców wykorzystywało również prawy pas do wyprzedzania, jakkolwiek brzmi to dziwnie.

img822

Cały dowcip polegał na tym, żeby się „zmieścić” na tym nie zastawionym zaparkowanymi samochodami odcinku. Jest ryzyko, jest zabawa. I tylko kwestią czasu było, żeby się komuś ta sztuczka nie udała. W pewnym okresie naprawdę uważałem, że mam za bujną wyobraźnię.

Właśnie wróciłem z roboty. Uliczka „osiedlowa” zastawiona samochodami do niemożliwości. Aleja wcale nie wyglądała lepiej. W końcu, po dobrym kwadransie kręcenia się w kółko, udaje mi się znaleźć na niej odrobinę wolnego miejsca. Samochód stoi, nie ma co narzekać. Na wszelki wypadek składam jeszcze lusterko, żeby jakiś ścigant go nie urwał. Strzeżonego – wiadomo.

img823

Pozostaje jeszcze wyrzucić śmieci, kolacja i spać. W kontenerze na śmieci, czyli tak zwanym „garbeciu” (nazwę „ponglisz” dla takich spolszczeń wymyślono później), dostrzegłem niesamowicie tłustego szczura. Dziwić mnie to specjalnie nie powinno, bo kraje rozwinięte a USA w szczególności, marnują niesamowite ilości jedzenia. Zwierzę to tak się spasło na tych odpadkach, że nie było w stanie wydostać się ze śmietnika, mimo że dla normalnego szczura nie byłoby to żadnym problemem.

Przez chwilę mam ochotę go tak zostawić. Jednak po chwili zwycięża litość. W końcu to jednak żywe stworzenie i wypadałoby jednak mu pomóc. Z połamanego kawałka karnisza leżącego opodal robię zwierzęciu pomost, po którym może się wydostać z kontenera. Szczur, chociaż z pewnymi problemami wynikającymi wprost z jego nadwagi, wspina się po karniszu po czym ucieka w podskokach między śmietniki, przy okazji przydeptując sobie opasły brzuch. Kto wie, może gdzieś tam, w szczurzym niebie ten drobny uczynek będzie mi policzony?

W nocy budzi mnie łomot. Zresztą, nie tylko mnie. Okazało się, że nie mam wcale zbyt bujnej wyobraźni i to, czego się obawiałem właśnie stało się faktem. Jednak ktoś się nie zmieścił podczas wyprzedzania i skasował w sumie 11 samochodów. W tym także mojego Nissana. Na tyle skutecznie, że nie opłacało się go już naprawiać. Sprawca zaś okazał się być gościem w stanie wielokrotnie wskazującym, bez ubezpieczenia i na dodatek niewypłacalnym. Tym sposobem znów zostałem bez samochodu.

A pieniądze odłożone na motocykl trzeba było przeznaczyć na zakup kolejnego auta. Ponieważ zostało mi kilka miesięcy ważności wizy, postanowiłem że teraz nabędę jakiś „prawdziwy” amerykański wóz. Taki ze starych, dobrych czasów. Koniecznie widlastą ósemką. Dlatego też codziennie, wracając z roboty, lustrowałem wszelkie graty stojące przy ulicy z wymalowanym na tylnej szybie pastą do zębów napisem „FOR SALE” oraz ceną. U nas wieszało się kartkę na szybie, w USA maluje ogłoszenie pastą do zębów. Co kraj, to obyczaj.

img686

Gratów było sporo ale przez kilka dni nie natrafiłem na nic ciekawego. W końcu z pomocą przyszedł znów przypadek. Skracając sobie drogę do domu przez plac salonu dealerskiego Dodge zostałem „złapany” przez jednego z pracowników. To taka tamtejsza praktyka – nie masz klienta to sobie na niego zapoluj. A ja specjalnie nie oponowałem, bo taka niezobowiązująca rozmowa z dealerem odbywa się przy kawie. A tego napoju nigdy sobie nie odmawiam. Przy okazji chłopak się wykaże i a nuż coś mi znajdzie?

img712

I gdy tak sobie rozmawialiśmy nagle, za oknem widzę TO. Zapięte na lawecie. Wypłowiały, biało – czerwony Dodge Charger.

– Tego chcę – mówię

Dealer się zdziwił, ale tylko na chwilę. Bo instynkt handlarza zaraz wziął w nim górę. Poszliśmy obejrzeć to „cudo”.

Auto było wspaniałe. Spłowiałe, z tapicerką poklejoną taśmą klejącą. Europa trzyma się na trytytkach, Ameryka nie może się obejść bez Power Tape. Zawsze to jakiś punkt do zbicia ceny, bo pomny rad kolegów zamierzam się targować. Do tej pory mam w głowie ich dobre rady:

„ – Jeśli powie że chce za grata na przykład 1500 dolców to powiedz mu: Stasiek, daję 1000!

–  Dlaczego mam do niego mówić Stasiek?

– Bo w tej dzielnicy co drugi to Stasiek!”

Dealer jednak nie miał na imię Stasiek. Widocznie był to ten drugi. Coś niecoś udało mi się zejść z ceny, chociaż nie tyle ile sugerowali koledzy. Ale większość takich opowieści o tym, co kto i za ile kupił, jest jednak zwykle przesadzona. Na odchodnym dealer zalecił mi zrobić przegląd mojego nowego nabytku wręczając mi wizytówkę zaprzyjaźnionego warsztatu.

Mieścił się on niedaleko. Nietrudno było zresztą tam trafić. Za metalową siatką oddzielającą teren warsztatu od ulicy widniał murek wykonany ze starych skrzyń biegów. Właściciel przybytku miał bowiem renomę najlepszego specjalisty od skrzyń biegów w okolicy.

Wjechałem na teren warsztatu i nieśmiało wszedłem do budynku. Wewnątrz wszystko czarne od oleju, pełno metalowych stołów na kółkach z narzędziami, na pierwszy rzut oka poukładanymi bez ładu i składu. Później okazało się, że są one poukładane „zadaniowo”. Na każdym stole narzędzia dobrane są pod konkretną robotę. To też metoda. Na ścianach, obowiązkowo dla dobrych warsztatów, wiszą plakaty z gołymi babami. Czyli że dobrze trafiłem.

Okazuje się że przyjechałem w dobrym momencie, bo warsztat akurat był wolny. Dodge wobec tego wjeżdża od razu na halę a ja mam okazję posłuchać, jak on pięknie dudni. Mechanik otwiera maskę, patrzy się przez chwilę po czym wybiera jeden ze stolików z narzędziami. Teraz ma pod ręką wszystkie, jakich potrzebuje. Pracuje w milczeniu.

„ – Can You tell me… – pytam nieśmiało.

– Jestem Bob – przerywa mi, przechodząc od razu na ty.

– Bob, czy to jest dobry samochód?

– Co masz na myśli?

– Chciałbym poczuć Amerykę

– To dobry wóz.”

img818

Kilka godzin później jadę na zachód. Ostatnie zabudowania Chicago pozostały daleko w tyle. Dodge majestatycznie sunie po Stanowej 66 a ja mam wrażenie, że silnik gra jeszcze piękniej.

img20200425_20070651

Jeden dzień urlopu

img20200425_20191896

Co można zrobić z pojedynczym, zaległym dniem urlopowym? Na dodatek w środku tygodnia? Teoretycznie niewiele. W praktyce jednak, przy odrobinie samozaparcia, można ten czas wykorzystać całkiem przyjemnie i pożytecznie.

IMG_1505

Na przykład przeprowadzić testy i regulacje nowego gaźnika w pięknych okolicznościach przyrody. Czyli wspomniane wcześniej przyjemne z pożytecznym.

IMG_1506

W weekend drogi te zatłoczone są turystami. Dziś zaś nie ma na nich nikogo.

IMG_1515

Z nowym gaźnikiem silnik stał się elastyczniejszy i chyba nawet jeszcze bardziej oszczędny, chociaż w celu zweryfikowania tej tezy trzeba będzie wybrać się w jakąś dłuższą trasę.

IMG_1523

Zielono mi 🙂

Jeszcze zielono. Właśnie dziś zaczyna się bowiem jesień.

Można już zacząć narzekać, że lato się skończyło 😉

O książce „Podręcznik Kierowcy Motocykla”

img20200704_19452816

Każdy ma jakieś dziwne hobby. Na przykład moim jest szperanie po antykwariatach w poszukiwaniu staroci. Jednym z ostatnich „trofeów” jest książka pod wszystko mówiącym tytułem: „Podręcznik Kierowcy Motocykla”.

Jak można się łatwo domyślić, jest to podręcznik dla kandydatów na kierowców motocykli oraz początkujących motocyklistów. Według opisu zawiera on zasadniczo kompletny materiał przewidziany programem szkolenia dla ubiegających się o uprawnienia do kierowana jednośladami.

Rzecz interesująca o tyle, że doskonale pokazuje, jak zmieniły się czasy. Otóż 90% objętości tej książki to opis budowy oraz eksploatacji motocykli, natomiast pozostałe 10% to nauka przepisów ruchu drogowego oraz techniki jazdy. Dziś proporcje byłyby całkowicie odwrócone. Nie jest jednak wcale tak, jak myślicie.

Jeśli bowiem chodzi o sprawy technicznie to wbrew pozorom nie należy się tu spodziewać jakichś większych rewelacji. Z reguły nie będzie to nic ponad to, co wie dziś przeciętny amator motoryzacji. Może wydawać się to dość dziwne, ale te rozdziały techniczne są w dużym stopniu „podstawami podstaw”. Cóż, w 1960 roku dla wielu osób spotkanie ze szkoleniową WFM-ką było zapewne pierwszym kontaktem z motoryzacją w ogóle. Stąd też konieczność tłumaczenia absolutnych oczywistości – z dzisiejszego punktu widzenia.

IMG_8761

Nie znaczy to, że nie ma w tej książce nic ciekawego. Na przykład bardzo interesujący nawet dzisiaj jest rozdział poświęcony paliwom. Internetowym mędrcom czy gawędziarzom przy stole „u cioci na imieninach” wyjaśniłby bardzo dużo oraz wyprostował wiele dziwacznych poglądów – gdyby oczywiście zechcieli sięgnąć po książkę i ją przeczytać.

Rozdział ósmy zawiera „wyciąg” z obowiązujących w 1960 roku przepisów ruchu drogowego. Ciekawostką są na przykład ograniczenia prędkości. W obszarze zabudowanym prędkość maksymalna wynosiła 40 km/h. Za to poza nim ograniczenia prędkości nie było. Inną ciekawą sprawą było wyróżnianie aż siedmiu klas pozwoleń na prowadzenie pojazdów, przy czym miał on raczej niewiele wspólnego z obecnymi kategoriami prawa jazdy. Odpowiednikiem zaś dzisiejszego systemu punktów karnych były specjalne wkładki do pozwolenia na prowadzenie pojazdów. Z nich organy kontroli ruchu odrywały kupony kontrolne za naruszenia przepisów ruchu drogowego. Oderwanie ostatniego z nich powodowało automatyczne zatrzymanie pozwolenia. Kupony były zaledwie cztery. Ciężka sprawa. Inną ciekawostką było istnienie równolegle dwóch różnych typów znaków ostrzegawczych – funkcjonował zarówno ich stary, jak i nowy typ i specjalnie chyba nikomu to za bardzo nie przeszkadzało, jak wynika z lektury książki.

Oczywiście mamy też szczyptę propagandy, nie za dużo ale także nie za mało. W sam raz tyle, żeby kursantowi wytłumaczyć że żyje w najlepszym z ustrojów, WFM to produkt na miarę europejską a taki przedwojenny Sokół M111 na przykład już nie.

Na koniec podręcznik zawiera wykaz literatury uzupełniającej, czyli listę pozycji, na które należałoby zapolować w antykwariatach w najbliższym czasie. Ogólnie zaś jest to dziś niezobowiązująca lektura na jedno weekendowe popołudnie o wartości już głownie sentymentalnej.

IMG_8763

Jerzy Kowalski – Podręcznik Kierowcy Motocykla, Wydawnictwa Komunikacyjne, Warszawa 1960

O wyższości niższego nad wyższym

img20200727_17174050

Jakby nie patrzeć, postęp jest jednak faktem. Na przykład dziwne rozmowy – przechwałki przeniosły się z internetowych forów motocyklowych do portali społecznościowych. Stare, dziwne problemy ale za to z nową jakością i większą ilością komentujących.

IMG_0682

A problem jest stary jak świat, czyli dlaczego „dalekie wyprawy motocyklowe są lepsze niż wycieczki w koło komina”? W tym pytaniu jest zawarta jest od razu pewna aluzja. Jednak to wcale nie jest tak oczywiste.

IMG_0626

Wiele lat temu dalekie podróże motocyklowe były dla mnie kwintesencją motocyklizmu, najwyższym stopniem wtajemniczenia. W gazetach można było poczytać relacje śmiałków, którzy przejechali motocyklem te tysiąc, dwa czy więcej kilometrów, zwiedzili i zobaczyli to i owo, opisali i przywieźli nawet kilka zdjęć analogowych na pamiątkę… Respekt.

DSC_5803

Tyle tylko, że to było dawno. W czasach gdy istniały jeszcze w naszej części świata granice i kontrole paszportowe, a jedyny mój motocykl był posocjalistycznym gruzem, trzymającym się w kupie wyłącznie dzięki sile woli i trytytkom. Przejechanie tym sprzętem stu kilometrów bez jakiejś poważniejszej awarii było wyczynem. Owszem, zdarzały się kilkudniowe wyjazdy po kilkaset kilometrów w jedną stronę, ale gdzie tam do opisywanych w gazetach tysięcy… Do tego mieszkałem wówczas w „najnudniejszym miejscu świata”, gdzie nie było absolutnie niczego ciekawego do zobaczenia. Tak mi się wówczas wydawało. Kilka przeprowadzek oraz zmian motocykli później dotarło do mnie kilka prawd. Pewne rzeczy się wyprostowały i wyklarowały.

IMG_0552

Po pierwsze – kilometr kilometrowi nierówny. Czymś zupełnie innym jest przejechanie stu kilometrów starym gruzem a zupełnie inną rzeczą w miarę współczesnym motocyklem. To tak jak przepłynięcie jakiegoś akwenu tratwą i parowcem wycieczkowym. Niby droga ta sama, ale podróż jednak zupełnie inna. Co jest lepsze a co ciekawsze – na to pytanie każdy sam sobie musi odpowiedzieć.

IMG_0700

Po drugie – nie ma „nieciekawych miejsc”. Jeśli wydaje Ci się, że trafiłeś w naprawdę nudne miejsce, oznacza to, że patrzysz mało uważnie. Gdy po latach wróciłem na swoje „stare śmieci”, ze zdumieniem odkryłem, że mieszkając tam latami nie dostrzegałem nawet pięciu procent rzeczywistego potencjału tego regionu.

DSC_5850

Z tego drugiego wniosku pośrednio wynika trzeci. Wcale nie jest powiedziane, że daleka podróż motocyklowa będzie ciekawsza niż wycieczka „wkołokominowa”. Jest bowiem wiele stron „podróżniczych”, których zawartość jest delikatnie mówiąc antytezą tego, co zwykliśmy rozumieć pod tym pojęciem. Owszem, pojechali, cyknęli standardowe fotki pod jakąś cepelią dla turystów o której wie każdy, zjedli sznycla i wrócili. Jeśli komuś sprawia to przyjemność – jasna sprawa, nie ma tematu ani problemu. Ale nie mówmy o jakiejś wartości poznawczej tego wyjazdu. Jedyną wartość podczas tej wycieczki ma wypalone paliwo oraz zjedzony sznycel.

IMG_0683

Na drugim biegunie zaś mamy wycieczki „wkołokominowe”, dobrze zaplanowane, pełne odkryć i przygód. Zapomniane miasteczka gdzieś na końcu drogi, ruiny pałacyków o których istnieniu wiedzą tylko „miejscowi” z historią bardziej niesamowitą niż mogłoby się wydawać. Możliwości jest dużo i wcale nie trzeba jechać gdzieś daleko, aby odkryć coś ciekawego. A przecież właśnie na tym ten sport polega. Podróż to odkrywanie, to ciekawość. Z tej perspektywy takie wokołokominowe wycieczki są o wiele ciekawsze i przyjemniejsze. W końcu jest się przecież odkrywcą.