Na małym końcu świata

DSC_9297

Duże Końce Świata to niby wiadomo. A małe? To są te miejsca, całkiem niedaleko, które zwykle mijamy w codziennym pośpiechu. Kilkadziesiąt metrów od głównej drogi stoi stary pałacyk obok którego przejeżdżam latami, nie mając pojęcia o jego istnieniu. Innym razem odkryliśmy w podobny sposób malowniczą rzeczkę wśród lasów z niesamowitą plażą, raptem kilkaset metrów od głównej szosy. Jeszcze innym razem, kilka kilometrów za opuszczoną stacją kolejową, odnalazła się zagubiona wśród lasów wioseczka z jeziorkiem i starą szkołą, w której, gdy grzecznie poprosić, można było bez problemów przenocować. Nocleg w środku puszczy w nieogrzewanym budynku – a jeździliśmy tam także zimą w temperaturach mocno ujemnych – tego się na co dzień nie przeżywa…

Ostatnimi czasy zdarzyło mi się „zgubić” drogę wśród gór. Niby region przemysłowy od wieków a jednak znajdują się w nim miejsca, w których czas płynie inaczej. O których cywilizacja jakby zapomniała, przeszła obok wraz ze swoimi zakazami, nakazami i całym pośpiechem…

DSC_9265

Na początek trafiłem do Shire. Kto czytał Hobbita ten od razu będzie miał podobne skojarzenia. Wioska położona jest w dolinie, którą zamykają z każdej strony pionowe ściany skalne. Problem braku miejsca pod zabudowę rozwiązano w sposób prosty i genialny – drążąc w górze jaskinie używane jako różnego rodzaju pomieszczenia. Niesamowity jest widok kilkudziesięciu pieczar wykutych w skale, zamkniętych eleganckimi drzwiczkami.

DSC_9273

Część jest opuszczona, jednak większości używa się do dziś.

DSC_9268

Dalej droga pnie się serpentynami ostro pod górę. Wokół lasy. Jest na tyle stromo, że zaprzęg przeważnie jedzie na dwójce. Przed samym szczytem – połoniny. Jak w Bieszczadach. No może prawie, bowiem te nie są tak rozległe.

DSC_9297

Zjeżdżam z asfaltu w boczną drogę gruntową, która po kilkuset metrach znika. Dosłownie. Roztapia się bez śladu w trawie.

DSC_9293

Jadę po połoninach!

DSC_9303

W Bieszczadach nawet nie ma co o tym marzyć a tutaj wyszło samo, naturalnie.

DSC_9308

Góry i przestrzeń.

DSC_9288

DSC_9280

Kolejny szczyt, tym razem sady i pola uprawne.

DSC_9276

Śpieszmy się odwiedzać takie miejsca, bo niestety szybko znikają. Stary pałacyk oddano dawnym właścicielom i wstęp na jego teren już nie jest możliwy. Niby wszystko jest tak, jak z punktu widzenia prawa być powinno ale pewna epoka się skończyła. Plaża wśród lasów też już nie istnieje. Znajduje się w tym miejscu obecnie zbiornik zaporowy. Starą szkołę przejęli jacyś polityczni cwaniacy i urządzili w niej ośrodek dla partyjnych notabli…

Reklamy

Naprawianie nienaprawialnego

spszedam

Podobno sens istnienia urzędnika państwowego dowolnego szczebla sprowadza się do dwóch zagadnień:

1). Wymyślania problemów

2). Szukana rozwiązań dla tych wymyślonych problemów.

Nie sposób uwolnić się od tego skojarzenia czytając wiadomości o nowych zasadach przeglądów okresowych pojazdów. Na przykład tutaj albo tutaj.

Wypowiada się ekspert, będą nowe narzędzia w postaci opłaty z góry za badanie, systemu informatycznego który zawierać ma również informację o negatywnym wyniku badania technicznego, wydruk listy usterek, skończy się przymykanie oka diagnostów, którzy pieniądze za badanie dostaną „z góry”…

Dlaczego nic to nie da?

Problem polega bowiem na tym, że Stacje Kontroli Pojazdów w Polsce prowadzą prywatni przedsiębiorcy. A robią to nie dlatego że się w domu nudzą i nie mają akurat nic lepszego do roboty albo takie dziwne hobby. Prowadzą te Stacje po to, żeby zarabiać pieniądze. A żeby zarabiać pieniądze trzeba mieć klientów. Nietrudno sobie wyobrazić co się stanie ze Stacją Kontroli Pojazdów, której pracownicy zaczną „uwalać” na przeglądach samochody swoich klientów. Za rok mogą zacząć szukać sobie nowej pracy, bo nikt z tych, których pojazdy nie przeszły przeglądów nie pojawi się tu ponownie. Jest to proste i oczywiste dla każdego, z wyjątkiem naszych posłów, osłów i innych środków od kapusty. Banalnie prosty mechanizm konkurencji – ludzie pojadą tam, gdzie „podbijają”..

Warto zwrócić uwagę na jeden szczegół. Nikt nawet słowem nie zająknął się, z jakim zjawiskiem tak naprawdę chcemy walczyć. A chcemy walczyć z tak zwanymi „lewymi przeglądami”. I nie chodzi nam tu o gościa który na przeglądzie dowiaduje się, że poci mu się amortyzator albo że tylne zawieszenie zaczyna mieć luzy i ze stempla w dowodzie nici. Taki człowiek potencjalnie mógłby próbować zrobić przegląd na innej Stacji Kontroli Pojazdów i zostać tym „turystą przeglądowym”. Jednak w tym przypadku chodzi nam o pojazdy które systemowo, od wielu już lat nie powinny być dopuszczone do ruchu z powodu swojego zatrważającego stanu technicznego, przerdzewiałe na wylot, ponaprawiane w sposób jeżący włosy na głowie i z użyciem przedmiotów zupełnie nie przewidzianych do takich napraw… Właściciele tych wehikułów nie są jednak żadnymi „turystami przeglądowymi”. Oni doskonale wiedzą na którą Stację Kontroli Pojazdów i o której godzinie mają się udać. Ba, często jedzie tam tylko sam dowód rejestracyjny. Czy nasi eksperci wierzą, że w przypadku tych wraków opis usterek będzie wykonany rzetelnie? Chyba śnią.

Co się więc zmieni? Zasadniczo nic. Tyle tylko że kilkudziesięciu osłów i innych środków od kapusty miało okazję się wykazać i udowodnić nam wszystkim, jak bardzo są potrzebni.

 

Rozważania podczas pchania

DSC_0741

Powroty bywają: na tarczy, z tarczą, po tarczę oraz z przemyśleniami.

Wracając ze zlotu postanowiłem zatankować zaprzęgi przy okazji zrobić małe zakupy. Niestety, przy granicy korek jak nigdy. Walczę z korkiem ale zaprzęgiem nie idzie to tak dobrze jak solówką. Dla niewtajemniczonych: zestawem też się da, pod warunkiem że starczy odwagi. Korek zdaje się nie mieć końca, więc dobiwszy do ronda uciekam objazdem. Pełno motocykli, kierownicy pozdrawiają, lewa w górę i te sprawy. Machają wszyscy jak po*****ani. Objazd to kolejne 10 km. Załącza się rezerwa. Spoko. Chwilę później znów korek. Policja kieruje objazdem. Zawrócić się nie da. Z 10km robi się co najmniej kolejne 30. Przestaje być wesoło. Znów korek i znów objazd. Kuchnia jego mamusia. Mogę nie dojechać. Znowu korek. Przeciskam się jakoś. Teraz jadę jak emeryt z urlopu w Ciechocinku. Mimo to silnik wydaje z siebie długie „Uuuuuuuuu…” i gaśnie na amen. Kiepsko, bo do stacji mam na oko jeszcze z dziesięć kilosów. Dwanaście, jak pokazał później licznik. Tak więc pcham sobie radośnie zaprzęg do stacji benzynowej. A tymczasem obok mijają mnie „motocykliści”. Jeden, drugi, dziesiąty. Teraz jednak nie machają, żadnej LWG. Dziwne. Może to dlatego że idę obok motocykla? Tak w ogóle to nawet nie patrzą w moją stronę, z wielkim zainteresowaniem lustrują za to przeciwległe pobocze. Szukają grzybów? Może. Po doliczeniu do sto dwudziestego motocyklisty grzybiarza przestaję liczyć. „Pasja” kurna chata. Tak się zastanawiam, co ja w życiu robię źle? Tylko w tym roku zbierałem już dziewczynę z drzewa – zatrzymałem się jako jedyny. Widać inni uznali że jak już wydupiła to nie ma co drążyć tematu. Oddałem gościowi na Beemce swój bezpiecznik od gniazda zapalniczki, podwiozłem pasażera motocykla do domu… Mi dziś zabrakło pół litra benzyny…

Na poprawę nastroju złota jesień.

29 Europejski Zlot Zaprzęgów motocyklowych Weiswampach 2017

DSC_0084

Po zeszłorocznym zlocie zaprzęgów w Luksemburgu, na który to z uwagi na pewne problemy z przegrzewającym się silnikiem w zaprzęgu zmuszony byłem pojechać solówką i czułem się trochę jak w kombinezonie narciarskim na plaży nudystów, wiedziałem że teraz nie odpuszczę. Pogodę zapowiadani podobną jak rok temu, czyli upały, jednak już nie tak ekstremalne. Dobra nasza.

Dzień przed terminem wrzuciłem do wozu wszystko co uznałem za przydatne w podróży, trochę odkurzyłem zaprzęg, większe pucowanie sobie darując uznawszy, że po drodze maszyna i tak się okopci i ubrudzi na tyle że moich starań nikt nie doceni – bo nie zauważy żadnej różnicy. Zatankowałem pojazd, wieczorem sprawdziłem prognozy pogody – były optymistyczne, położyłem się wcześniej do łóżka i zasnąłem snem sprawiedliwego.

Pobudka o 4:00 rano. Śniadanie w biegu, kawa, druga kawa w termos i o wpół do piątej zaprzęg był już w drodze. Po kilkudziesięciu kilometrach stwierdzam, że jednak jest zimno. Nawet bardzo. W sumie normalka, jest parę minut po piątej rano. Gęste mgły na polach, szosa mora. No właśnie.

Im bliżej Luksemburga, tym mgły gęstsze i ani myślą się rozwiewać. A także coraz więcej wody na drodze, która najwyraźniej nie ma ochoty parować. To już nie wilgoć ale całe kałuże. Powietrze zresztą też jest mokre. I chłodne na dodatek. Teraz już mam pewność że za lekko się ubrałem.

Do kałuż i rozbryzgiwanej przez zaprzęg wody zdążyłem już przywyknąć. Teraz wiem, że w nocy musiało tu dobrze popadać. Albo nawet lepiej niż dobrze; na jednym ze skrzyżowań wjeżdżam w małe jeziorko wody, która w najgłębszym miejscu sięga do silnika. Coś niesłychanego! Ostatni raz ten motocykl brodził tak głęboko w Solinie w Bieszczadach, wiele lat temu.

Do Weiswampach dojeżdżam bez przygód, nie licząc chłodu. Mimo że to sierpień – zmarzłem!

Oczywiście życie najlepsze niespodzianki zostawia zawsze na koniec. Tak też było i tym razem. Na jednym ze skrzyżowań w Weiwampach wypina mi się linka sprzęgła – a robi to na tyle niespodziewanie, że nie zdążam w porę wysprzęglić nogą i w efekcie wyjeżdżam dobre półtora metra już na skrzyżowanie. Niby nic się nie dzieje ale trochę strachu jednak się najadłem. W końcu dojeżdżam na teren zlotu. Całe siedem euro opłaty, oznakowanie motocykla, butelka zimnej wody mineralnej w prezencie od organizatorów… W zeszłym roku ratowała życie, teraz zaś wygląda jak ponury żart… Bo ciągle jest zimno!

Na terenie zlotu linka od sprzęgła wypina się po raz drugi i zmusza mnie w końcu do jazdy na półautomacie, wzbudzając zdumienie co młodszych motocyklistów. Zatrzymuje się w samym centrum zlotu, w miejscu strategicznym, czyli nieopodal baru. Pierwsze miejsce do lądowania wybieram nieszczególne, bowiem wypada ono w środku bajora. To, czego nie da się ukryć to fakt, że wieczorem i w nocy przeszła tędy sroga nawałnica. Stąd niewielka, w porównaniu do zeszłego roku, frekwencja. W tej chwili zaś trwa suszenie namiotów i dobytku. Jednak humor zlotowiczom dopisuje. W kałuży, w której przed chwilą niemal zaparkowałem kilku gości testuje wodoodporność butów motocyklowych.

W tym roku po raz pierwszy spotkałem tu inną Jawę w zaprzęgu. Dane mi było wreszcie zobaczyć Masha, czyli francuskiego chińskiego Rometa z niesamowicie ładnym wozem. Cóż, chińczycy nie śpią i ciągle zaskakują czymś nowym. Był także motocykl z wózkiem w roli kampera… A zresztą, co ja się będę rozpisywał. Zapraszam do galerii:

Na stacji benzynowej w Weiswampach. Tego nie zobaczy się nigdzie indziej – same zaprzęgi.

DSC_0087

W przyszłym roku jubileuszowa, trzydziesta edycja.

DSC_0088

 

Weiswampach, 25-29.08.2017

Krowie zdjęcia albo powrót do przeszłości

Krowy RAZ

Dawno, dawno temu wybraliśmy się z kilkoma kumplami na pierwszy daleki wyjazd. Był to wypad w Góry Świętokrzyskie, przede wszystkim z tego powodu że mieliśmy do nich najbliżej. Raptem coś około 170 km. Dziś to odległość śmieszna, jednak wówczas, na naszych sprzętach był to prawdziwy kosmos. Doświadczenia żadnego, bo przecież prawo jazdy świeżo co wypisane. Nie obyło się bez drobnych awarii, błądzenia, deszczu i tym podobnych. Mimo to wyjazd był wspaniały a wrażenia niezapomniane. Wrażenia te zresztą dzielnie dokumentował jeden z moich Kolegów aparatem fotograficznym marki „Zenit” na jednym jedynym filmie – całe 36 klatek! Dziś, w dobie cyfrówek zastanawiam się mocno jak to było możliwe, że udało mu się nie tylko obfotografować cały wyjazd ale jakby tego było mało, zostało mu trochę filmu. Dokładnie jedna jedyna klatka.

Dzień powrotu. Pogoda w kratkę. Ostatni postój na CPN-ie w szczerym polu, gdzieś w dawnym województwie radomskim. Na łące za stacją pasą się krowy. Szybka akcja – motocykle na łąkę, my obok, za nami krowa i zdjęcie zrobione na pałę z samowyzwalacza. Koniec filmu, ostatnia klatka.

DSCI0200

Po powrocie do domu niespodzianka. Z całego filmu wyszło tylko jedno jedyne zdjęcie. Właśnie to z krową. Reszta filmu została prześwietlona, do dziś nie jest jasne czy stało się to w czasie wyjazdu czy też u fotografa… Trochę ciężko było przekonać Starych że naprawdę byliśmy w Górach Świętokrzyskich mając tylko jedno zdjęcie spod Radomia z krową. Technicznie zresztą świetne.

Oryginalne zdjęcie znajduje się w postaci analogowej w albumie moich Rodziców, ja zaś, przy każdej nadarzającej się sposobności robię kolejne „krowie zdjęcia”. Ożywają wspomnienia 🙂

 

Anatomia muzyki – Dirty Mod

anatomia-muzyki

Wybrane utwory dla brudnych umysłów

Czasem o wszystkim decyduje przypadek. Tak też było i tym razem. W jednym z wielkich sklepów z elektroniką przeglądam bez większego przekonania płyty CD wystawione w wielkim koszu z napisem „PRZECENA.” No tak; kto dziś w ogóle kupuje płyty? Teraz przecież wszystko można ściągnąć z „chomika” lub innego serwisu, nie płacąc za to ani centa. Tylko frajerzy płacą za coś, co można mieć przecież „za darmo”.

Tak więc leżą obok siebie w wielkim koszu: wielcy kompozytorzy muzyki klasycznej, gwiazdy ciężkiego grania których albumy weszły na stałe do kanonu muzyki rockowej oraz jednosezonowe gwiazdki pop, słynne z tego że co prawda śpiewać nie umieją, za to występują publicznie w samej bieliźnie. Łączy ich jedno – ich dokonania artystyczne wyceniono poniżej granicy przyzwoitości.

Nie powiem żebym nie skorzystał z okazji i nie uzupełnił swojego zbioru. Mam jednak mieszane uczucia. Z jednej strony odczuwam pewną mściwą satysfakcję, że jednak rynek „odegrał się” na „pazernych wydawcach.” Pamiętam bowiem czasy gdy płyty CD były koszmarnie drogie i absolutnie nic nie usprawiedliwiało tak absurdalnych cen. Z drugiej strony mam świadomość, że wkrótce wydawanie muzyki może się przy obecnych cenach zwyczajnie przestać opłacać…

W pewnej chwili wygrzebałem płytę przecenioną jeszcze bardziej niż inne. Powiem tylko tyle, że dawno nie widziałem aż tak przecenionego albumu. Okładka nie pozwalała mi przejść obok tego wydawnictwa obojętnie i jednocześnie dawała niejakie pojęcie o tym, co krążek może zawierać.

DSC_9850

Nie zawiodłem się. Po wrzuceniu płyty do odtwarzacza od razu przeniosłem się do czasów rockersów i modsów. Album jest kompilacją 13 utworów najlepszych brytyjskich garażowych zespołów rockowych. Prawdziwa podróż w czasie.

DSC_9846

Później sprawdziłem, ze oryginalnie płyta CD wyceniona była na 8 £. A ja nie zapłaciłem za nią nawet pół funciaka. Przesłuchałem ją najpierw w samochodzie, potem drugi raz w garażu i jeszcze raz na spokojnie w domu.

Spis utworów wraz z małą próbką zawartości:

1.The Samuel Rogers Band – Liven Up. ->

2.The Monkey Gland Blues Band – Shake It Down. ->

3.The Third Degree – Toxic.

4.The Buns – Thrill Me Up. ->

5.THE FALLEn leaVES – Did You See Her.

6.Eight Rounds Rapid – Bully Boy.

7.The Get-Go – Rockin’ Girl.

8.Maker – Move Your Feet.

9.The Beatniks – CC (Love Surprise).

10.The Sons Of MOD – This Is Sound.

11.The Outcrowd – Booze Monkey.

12.Dave’s Doors Of Perception – Sex & Drugs & Armed Revolution.

13.King Mojo – Ejector Seat.

 

Kurde! Płyta jest tak dobra i klimatyczna, że zapłaciłbym za nią nawet te osiem funciaków!

Strona Wydawcy.

Wheels&Stones # 2

DSC_9507

Obiecana druga część relacji opóźniła się z prozaicznej przyczyny permanentnego braku czasu. niestety, po przeprowadzce jest co robić a kolejka materiałów czekających na przeredagowanie zamiast się skracać tylko się wydłuża.

A mi pozostaje tylko żałować, że mogłem pozwolić sobie być na niej tylko przez jeden dzień.

No cóż, trzeba będzie sobie odbić na kolejnej edycji.

Miłego oglądania!

Strona Organizatora

Wheels&Stones # 1

DSC_9459

Pewien znajomy reklamował niegdyś swoją stronę internetową słowami: „starsza od fejsbuka a mimo to nie wyrządziła tylu szkód”. Nie wiem jak tam jest ze szkodowością portali społecznościowych czy też strony Kolegi, prawda jest jednak taka, że gdyby nie „mordoksiążka” to o tym zlocie zapewne wcale bym się nie dowiedział i nawet nie mógłbym się złościć, że ominęła mnie taka impreza.

Wheels&Stones jest, jak się okazuje, cykliczną imprezą poświęconą ogólnie klimatom Cafe Racer. Tak, teraz mogę sobie pluć w brodę że przegapiłem wcześniejsze jej edycje. A ponieważ jest to niemiecka wersja Ton-up-boys, więc nikogo nie powinno dziwić że bazą do przeróbek są z reguły starsze motocykle BMW, nad którymi na szczęście nikt się nie użala że „takiego klasyka zepsuli” 😉

Zapraszam do galerii:

Koniec części pierwszej. Ciąg dalszy nastąpi.

Strona Organizatora