Jawa 350

Podróż za jedną bagietkę #2

img20210926_18052357

Sprawa zakupu pieczywa rozwiązała się dość szybko. Przy drodze stał automat do wypieku bagietek. Taki typowo francuski wynalazek. Wrzucasz 1,10 Euro i za chwilę dostajesz cieplutką, chrupiącą bagietkę. Nie jest to co prawda wymarzone rozwiązanie, bo wolałbym jednak kontakt z żywym człowiekiem a nie automatem. Ale jest niedziela, ludzie mają wolne.

IMG_1856

Mam zresztą takie wrażenie, że francuzi kochają automaty. Automatyczne, pozbawione personelu stacje paliw, które konsekwentnie odrzucają płatności niefrancuskimi kartami bankomatowymi – słuszne, po co jakiś obcy będzie im się po kraju szwędał, automatyczne bagietkomaty…

Ten zaś dodatkowo jest dowcipny. Otóż nie reaguje na dokładnie odliczoną kwotę. Gdy wrzuciłem odliczone 1,10 euro, na wyświetlaczu pojawił się napis: „Kredyt – 1,10, Koszt – 1,10” ale automat przestał reagować na przycisk „Realizacja”. Należało nacisnąć przycisk „Anuluj”, zastąpić dziesięć centów dwudziestką, wrzucić do automatu jeszcze raz jedno euro i dwadzieścia centów i dopiero wówczas zlecić realizację. Automat z radością wypluje z siebie bagietkę oraz dziesięć centów reszty.*

IMG_1855

Tego nie trzeba rozumieć. Ale w zwykłym sklepie z normalnym, żywym sprzedawcą, takich przygód nie przeżyjesz i nie będziesz rozwiązywać łamigłówek. Pouczające i rozwijające zarazem.

Tymczasem przy drodze pojawiło się COŚ.

IMG_1834

Zawróciłem w nadziei, że uda mi się dociec, co to mogło być.

IMG_1835

Próżne jednak nadzieje na odkrycie, cóż to mogło kiedyś być oraz do czego służyć. Może przydrożna knajpka. Albo warsztat. Może bardziej to drugie, skoro to coś jest okafelkowane. Przynajmniej na tyle, na ile można dostrzec.

IMG_1843

Skręcając w szutrową drogę z myślą „zobaczymy dokąd prowadzi”, dojechałem do dużego gospodarstwa rolnego. Takiego troszkę pegeerowatego, jednak najwyraźniej prywatnego.

DSC_6625

Ciekawą konstrukcją był żelazny budynek wyspawany z szyn służących chyba normalnie do umacniania głębokich wykopów. Jak się okazuje, mają one także inne zastosowania. Na przykład do konstrukcji budowli, które będą rdzewieć w malownicze ciapki.

DSC_6638

Podróżowanie starym, archaicznym pojazdem ma sporo zalet. Jedną z nich jest to, że z uwagi na stosunkowo niewielką prędkość przelotową, zauważa się o wiele więcej rzeczy niż jadąc czymś współcześniejszym. Inna sprawa, że ta niska prędkość irytuje wielu miejscowych kierowców, mimo że nie odbiega ona od dopuszczalnych 80km/h.

Ale spora część tutejszych użytkowników dróg prowadzi auta z południową manierą. Czyli kompletnie bez wyobraźni, ignorując wszystko i wszystkich.

W związku z tym w każdej miejscowości przejście dla pieszych znajduje się na dużym progu zwalniającym lub jest tymi progami niemal obłożone.

Myliłby się jednak ten, kto by sądził, że to na tutejszych ścigantach robi jakiekolwiek wrażenie. Wręcz przeciwnie. Taki próg służy według nich do wyprzedzania, bowiem delikwent którego chcą objechać na takiej przeszkodzie przecież zwolni. A zatem jest to dla nich idealne miejsce. Gdy po raz kolejny zostałem w ten sposób wyprzedzony, tym razem przez Peugetoa wytłuczonego tak, że przeleciał przez próg na „raty”, to znaczy najpierw podskoczył na nim tylko przód samochodu a dopiero potem tył, zrozumiałem, że to jest tutejsza norma. Pojazd zachowywał się tak, jakby przód i tył zamontowano do kabiny elastycznie, na jakichś zawiasach. Ten samochód był mniej sztywny niż mokra kartka papieru. Gdyby nagle znalazł się na niemieckim TÜV i został wzięty zgodnie z tamtejszą procedurą na podnośnik, to zwiesiłby się na nim jak pęto kiełbasy na wędzarni.

Można by zadać sobie pytanie, co by było, gdyby podczas takiego wyprzedzania na przejściu na progu zwalniającym, pojawił się nagle pieszy? Ano, według ścigantów, nic by się nie stało. Przejeżdżanie bowiem pieszemu po piętach czy palcach widać jest tu w dobrym tonie. Przynajmniej w małych miejscowościach dane mi było się o tym naocznie przekonać.

Przydrożny pierdolnik; o pardon, instalacja artystyczna. Gdy nie wiesz co zrobić ze starymi meblami, zawsze możesz zrobić performance.

DSC_6641

A tu zwykły, normalny, przydomowy bajzel. Gnicie tej limuzyny ma zapewne głębszy sens i rad byłbym go poznać.

IMG_1837

Znajomy zadał mi kiedyś pytanie, dlaczego na tej stronie nie zamieszczam map z trasą podróży. Bardzo dobre pytanie, na które mógłbym udzielić odpowiedzi filozoficzno – intelektualizującej, żeby zbyć na szybko pytającego. Jednak prawda jest prozaiczna. Takie mapki bowiem nie istnieją a plan wyjazdu tworzy się w jego trakcie w oparciu o staromodny, papierowy atlas drogowy. Jest zwykle tylko miejsce docelowe a trasa powstaje w trakcie. W tym przypadku nie ma nawet i tego.

IMG_1828

W związku z tym kluczenie i zawracanie nawet o kilkadziesiąt kilometrów jest stałym punktem programu. Z tym z kolei wiąże się odpowiedź na drugie pytanie – dlaczego jadę sam? A znacie kogoś, kto wytrzymałby ciągłe zatrzymywania, zawracania i kluczenie po przypadkowych, wąskich dróżkach? Ja też nie.

Skoro pewne rzeczy mamy wyjaśnione, pora wrócić na drogę. Bo to w sumie o nią tu chodzi. Kolejna boczna dróżka prowadzi do galerii „Kamienie na granicy”, międzynarodowej instalacji artystycznej.

IMG_1840

Kilka lat temu postanowiono postawić obok niej farmę wiatraków. Artyści i działacze protestowali. Na próżno. Tam bowiem, gdzie spotyka się sztuka z biznesem, wygrywa zwykle jednak biznes.

IMG_1864

Fragment jednej z rzeźb na granicy, czyli granit w granicie.

IMG_1862

Droga jako cel.

IMG_1861

Jedyna napotkana stacja paliw z normalną, ludzką obsługą. Wygląda tak, jakby zatrzymała się w czasie. O dziwo, ma aż trzy dystrybutory. Zwykle takie małe stacyjki mają po dwa – jeden dla benzyny 95 i drugi dla ON. Ta jest luksusowa, bo ma jeszcze benzynę 98 oktanową. Niech Was nie zmyli ta czwórka na dystrybutorze z benzyną 98. Na stacji naprawdę są tylko trzy stanowiska. Każdy dystrybutor wygląda zresztą nieco inaczej i mam podejrzenie, graniczące z pewnością, że pochodzą z tak zwanego „recyclingu”. Czyli mówiąc prosto – zostały zapewne odkupione z jakichś  innych stacji, jako używane ale jeszcze dobre. To też jest w sumie urokliwe.

IMG_1846

Dystrybutory są wiekowe, podczas pracy rzężą jak na starym cepeenie. Mam tylko nadzieję, że benzyna jest już bez ołowiu i nie będzie podczas jazdy zarzucać świec 😉

IMG_1832

Kolejna nawrotka i kolejne odkrycie. Tym razem znowu COŚ. Nie bardzo mam pomysł, co to mogło być. Jakaś cieciówka czy inna wartownia? Teren ogrodzony, więc może coś jest na rzeczy.

IMG_1868

Podczas przechadzki po mieście odkryłem księgarnię a na jej wystawie książkę, która mnie zaskoczyła. W pierwszej chwili jej tytuł przeczytałem jako „Vive La France” a rysunek na jej okładce kazał się domyślać różnych rzeczy. Oczywiście, tytuł brzmi „Vive La Farce” (Niech żyje farsa!) a zbieżność jest jak najbardziej zamierzona.

DSC_6839

Rzecz, której się w tym miejscu nie spodziewałem. Niemiecka tablica z Camel Trophy 1984 😮

DSC_6946

*) Na koniec zagadka: to jaki w końcu typ bagietki udało mi się zanabyć metodą kupna?

img20210926_18061950

Podróż za jedną bagietkę #1

img20210926_18052357

Grunt to mieć jakiś powód. Oficjalnym celem tej wycieczki będzie zakup pieczywa zwanego bagietką. Nieoficjalnym zaś, ale zdecydowanie ważniejszym, jest wycieczka po francuskiej prowincji. Temat ciekawy i mało ekspolatowany. A ponieważ, jak wszem i wobec wiadomo, najlepsze bagietki można kupić na placu Pigalle, więc jedno z drugim elegancko się wiąże.

Tak więc szykujcie się na podróż po francuskich drogach i bezdrożach. Będzie to Francja „B” w pełnej krasie. Dominować będą tu miejsca, których raczej nie zobaczycie na wycieczce z „Orbisem”. Nie będą to też obrazy, które po wrzuceniu na „fejsa” czy „instra” wzbudzą zazdrość u znajomych i sąsiadów. Bo i nie o to chodzi. Rzecz bowiem w tym aby pokazać Francję z innej strony, niż ta oficjalnie pokazywana w mediach. Może nie tak efektowną i pełną przepychu, nadal jednak ciekawą i urokliwą. Krótko mówiąc – wycieczka po francuskich zadupiach i pierdolnikach. Temat, który fascynuje mnie już od dłuższego czasu, jednak z racji sytuacji na świecie musiał zostać nieco odłożony

Jeden z ostatnich postojów w Niemczech. Wzgórza w tle to już Francja.

DSC_6622

Klasyczne, pamiątkowe zdjęcie. Gdybym dwadzieścia lat temu wspomniał komukolwiek, że będę tym gratem jeździł po Francji, to by mnie natychmiast wysłano do lekarza. Wiadomo zresztą którego. Sam bym zresztą w to nie uwierzył.

DSC_6620

Ten dziwny budynek w tle to dawny francuski urząd celny. Niby jest ta strefa Schengen i swobodny przepływ ludzi, towarów i usług… Należy jednak pamiętać, że ten niesamowity komfort mamy od niedawna. I że nie jest on dany raz na zawsze, o czy boleśnie przekonali się Brytyjczycy.

DSC_6608

Zaczynają się francuskie szosy. Inaczej niż w Niemczech, nawet te dość podrzędne drogi we Francji starają się raczej omijać miejscowości. Asfalt na nich jest chropowaty i miałby wspaniałą przyczepność, gdyby był równy.

DSC_6634

Niestety, zwykle jest jednak mniej lub bardziej zerodowany i zużyty. Ta chropowata, przyczepna warstwa, jest w wielu miejscach wytarta do gołej smoły. W przypadku gwałtownego hamowania efekt będzie zapewne odwrotny do zamierzonego.

DSC_6628

Od głównej szosy do mniejszych miejscowości odchodzą lokalne dróżki. Ta jest akurat bardzo szeroka, jednak z reguły są one dużo węższe.

DSC_6610

Wiata przystankowa lokalnego odpowiednika PKSu kryje pewną ciekawostkę. Ta skrzynka to ogólnodostępna dla wszystkich, mała biblioteczka. W oczekiwaniu na autobus, zamiast gapić się bezmyślnie w telefon, można sobie poczytać jakiś kryminał tudzież inny romans. Rzecz warta szerszego rozpropagowania także i u nas. Pod warunkiem wszakże, że nasi troglodyci tej biblioteczki nie zdemolują pierwszej nocy.

DSC_6614

Tymczasem, klucząc i kilkukrotnie zawracając, dojeżdżam do pierwszej większej miejscowości. Większa, bo liczy pewnie z kilkaset domów, z czego duża część jest już od dawna niezamieszkała.

DSC_6837

Jest to trochę dziwne, bo na logikę takie przygraniczne miejscowości powinny czerpać profity ze swojego położenia. Tymczasem, we Francji jakoś się to niespecjalnie udaje. Trudno powiedzieć dlaczego.

Stary, zapomniany mural reklamujący coś, czego nawet nazwy trudno się domyślić.

DSC_6843

Tablice i tabliczki odkryte podczas krótkiego rekonesansu. To miejsce tętniło kiedyś życiem. Dziś pozostały po nim tylko coraz mniej czytelne ślady.

DSC_6844

DSC_6848

DSC_6846

DSC_6934

DSC_6936

Za kilka lat czas, rdza i promienie słoneczne zrobią swoje.

To co mnie zawsze niezmiernie fascynowało, to restauracja obecna niemal w każdej francuskiej wiosce. Rzecz niesamowita. Bo przecież na wsi najprościej i najtaniej można zjeść w domu.

Ale taka „Café René” pełniła chyba bardziej funkcje towarzysko – kulturalno – relaksacyjne, niż zwykłej jadłodajni. Tu cała wioska zabawiała w weekendy, spotykała podczas chrzcin, ślubów i stypy…

Niestety, większość z nich od dawna wygląda w ten sposób.

DSC_6940

DSC_6942

DSC_6941

Ciekawe, co za przemiany społeczne spowodowały, że te kawiarnie przestały funkcjonować. Wygląda zresztą na to, że ich koniec nastąpił niemal w tym samym czasie.

DSC_6842

Cóż, na zbyt wiele nie można tu liczyć.

Tymczasem, żeby nie było, zamieszczam rysunek poglądowy przedstawiający najczęściej spotykane (spożywane) typy pieczywa zwanego bagietką. Jak widać, sprawa nie jest tak prosta.

img20210926_18061950

Ciąg dalszy oczywiście nastąpi.

Jeden dzień urlopu

img20200425_20191896

Co można zrobić z pojedynczym, zaległym dniem urlopowym? Na dodatek w środku tygodnia? Teoretycznie niewiele. W praktyce jednak, przy odrobinie samozaparcia, można ten czas wykorzystać całkiem przyjemnie i pożytecznie.

IMG_1505

Na przykład przeprowadzić testy i regulacje nowego gaźnika w pięknych okolicznościach przyrody. Czyli wspomniane wcześniej przyjemne z pożytecznym.

IMG_1506

W weekend drogi te zatłoczone są turystami. Dziś zaś nie ma na nich nikogo.

IMG_1515

Z nowym gaźnikiem silnik stał się elastyczniejszy i chyba nawet jeszcze bardziej oszczędny, chociaż w celu zweryfikowania tej tezy trzeba będzie wybrać się w jakąś dłuższą trasę.

IMG_1523

Zielono mi 🙂

Jeszcze zielono. Właśnie dziś zaczyna się bowiem jesień.

Można już zacząć narzekać, że lato się skończyło 😉

Operacja „Jajeczko”

Schowek01

Znów mamy święta za pasem. Świętować oczywiście można i pewnie nawet trzeba, pytanie tylko „ile”? Wiele lat temu postanowiłem sprawdzić to zagadnienie empirycznie i pod byle pretekstem urwałem od stołu, wytargałem motocykl z mocnym postanowieniem poszwędania się trochę po najbliższej okolicy.

Bydgoszcz była całkowicie wyludniona. Nic dziwnego, wszyscy przecież siedzieli z rodzinami przy stołach.

dscn8940

Z Bydgoszczy pojechałem do Ostromecka, jednak i tu wiało nudą. Wszystko pozamykane na cztery spusty. Czy tylko mnie tak nosi?

dscn8944

Telefon do Wojtka. Okazało się, że On także chętnie by się przewietrzył. Miło wiedzieć, że nie tylko ja mam dosyć siedzenia. Wobec tego kierunek Toruń.

Jeden z ogródków przed blokiem u Wojtka. Zawsze ma odpowiedni „wystrój”, dopasowany do konkretnej pory roku. Tym razem temat przewodni: „wiosna”. Wielki jeż podkrada się do bocianiego gniazda. Trochę podjeżdża to Monthy Pythonem. Nawiązania do klasyki zawsze na plusie.

dscn8946

Dalszy plan działania wyklarował się sam. Wojtek miał dostarczyć do Wąbrzeźna kurtkę motocyklową, z tego co pamiętam. Co prawda miał zamiar wysłać ją pocztą, ale skoro i tak mamy pojeździć, więc czemu nie doręczyć jej osobiście?

Klimatyczne garaże. Ileż to skarbów z dawnych czasów musiało się kryć w ich wnętrzach. Wojtkowa Yamaha to też kawał historii. To jeszcze czasy, gdy styl Cafe Racer był czymś nowym, egzotycznym, odkrywanym na nowo i ze zdumieniem. Na ówczesnym Forum siedziało może z dziesięć osób marzących o tym, żeby być rockersami. To byli pionierzy. Na długo, zanim stało się modne.

dscn8947

Jak zaplanowaliśmy, tak zrobiliśmy. Kurtka dostarczona. A że nieopatrznie znaleźliśmy się w okolicach Kolegi, wypadało więc sprawdzić, co porabia.

U Roberta w tym czasie biesiadowała cała Rodzina. Mimo to, gdy nas tylko zobaczył, założył kurtkę, kask i pojechał z nami. W garniturze, pod krawatem, nawet w butach od garniaka. Ja to podziwiam i szanuję.

dscn8958

Z małej wycieczki zrobiła się całkiem duża, spontaniczna objazdówka bliższych i dalszych okolic. Bardzo możliwe, że Rodziny moich Kolegów wyklęły mnie jako prowodyra tego świątecznego wyjazdu, jednak najwyraźniej zostało to wszystko taktownie przemilczane.

dscn8959

Cała historia zaś poszłaby powoli w niepamięć, gdyby wujek Cukrowa Góra nie raczył o tym w swej łaskawości przypomnieć.

img20210328_20580472

Warto powspominać, bowiem te czasy już się nie powtórzą…

Koniec świata na końcu świata

img20200706_20330863

Pewnych spraw przewidzieć nie sposób. Uniknąć też się ich nie da. Oto podczas przejazdu na skróty (czytaj: przez zadupie), ducha wyzionął gaźnik. Po prostu. Wziął był się i umarł, unieruchamiając zaprzęg w szczerym polu w prażącym letnim słońcu…

IMG_20200706_130236

Przezornie zabrany na tę okoliczność zestaw podstawowych kluczy i śrubokrętów na niewiele się przydał, bowiem urządzenie to straciło niemal całkowicie możliwość regulacji, nie reagując już zupełnie na próby przywrócenia mu normalnych ustawień.

IMG_20200706_125934

Gaźnik jako metafora życia…

Kiepskiej jakości zdjęcia zrobione zostały przy użyciu tak zwanego kartofla, czyli telefonu komórkowego na którego ekranie wyglądają one nawet nieźle, jednak w rzeczywistości już nie tak bardzo.

img20200706_20362094

Z drugiej zaś strony, jak mawiają starożytni fotografowie, najlepszy aparat fotograficzny to ten, który w danej chwili masz przy sobie.

Pełna rura

img20200606_09401976

Jeżdżąc starym rupieciem prędzej czy później każdy z nas staje przed problemem, czym zastąpić zużyte podzespoły i części motocykla. Taki na ten przykład kranik paliwowy do Jawy. Banalna rzecz która teoretycznie jest wieczna. Ale teoria i praktyka to jednak dwie różne pary butów, jak zwykli mawiać dawni germanie. Okazuje się, że ten element również się zużywa i w pewnym momencie paliwo zaczyna lecieć wszędzie, tylko nie do gaźnika. To zwykle objaw „skończonej” uszczelki. Niby drobiazg, jednak potrafi całkiem skutecznie zepsuć humor.

Od czego jednak jest Internet? Kilka minut przeglądania ofert na portalu aukcyjnym i mamy do wyboru: kompletne kraniki albo same uszczelki. Do wyboru, do koloru. Zamawiam cały kranik oraz zestaw naprawczy. W końcu to przecież groszowa sprawa.

Jak się okazuje, jaka cena, taka jakość. Nowy kranik nie nadaje się w ogóle do montażu.

IMG_5346

Nowa uszczelka wygląda zaś tak, jakby ze starej dętki wygryzła ją mysz. Nie wzbudza to zaufania.  Jeśli chodzi o dostępność części to paradoksalnie okazuje się, że jednak lepsze jutro było wczoraj.

Nie mając innego wyjścia, naprawiam stary kranik wykorzystując do tego części z nowego. Okazało się, że w starym rozpuścił się także filtr paliwa.

DSC_1169

Nie pytajcie, jak to się stało. Po prostu. Niestety, filtr z nowego kranika ma za dużą średnicę, więc żeby go zamontować trzeba dorobić specjalną tulejkę. Prowizorka ponoć jest najtrwalsza, lecz chyba jednak nie tym razem.

W każdym razie motocykl działa a w międzyczasie zaczynam szukać czegoś, co mogłoby zastąpić starego Jikova ale tym razem porządnej jakości. Fajnie by było, gdyby nowy kranik wyglądał oldschoolowo, był przy tym estetyczny i wygodny w użyciu. Oczywiście powinien pasować bez jakichkolwiek przeróbek, tak kranu jak i motocykla.

Okazuje się, że jest coś takiego. Rixe Express Benzinhahn M14 x 1,5mm zwie się to cudo i kosztuje na e-bay niecałe 10 Euro.

IMG_5338

Pasuje „plug and play”, jest estetyczny a przy tym posiada zapadki w pozycjach „Otwarty”, „Zamknięty” i „Rezerwa”. Niby drobiazg a jednak znakomicie ułatwia eksploatację. Nie trzeba już sprawdzać, czy kurek jest we właściwej pozycji. Jeśli zaskoczył to znaczy że musi być dobrze.

Stary, oryginalny Jikov ląduje zaś w szufladzie. Nie sądzę żeby jeszcze kiedyś miał się do czegoś przydać. Ale któż to jednak może wiedzieć?

Majówka z gaźnikiem

img20200424_20495278

Zaczynam nabierać przekonania, graniczącego niemal z pewnością, że pewne rzeczy istnieją wyłącznie po to, aby życie nie było nudne. Do tego obszernego zbioru dziwnych przedmiotów bez wątpienia zaliczyć można także repliki gaźników Jikov.

Dziwny ten twór okazuje się żyć swoim własnym życiem. To, czy wolne obroty na przykład w ogóle się pojawią oraz ile obrotów na minutę będą wynosiły, zależy najwyraźniej od jakiegoś skomplikowanego algorytmu, nad rozszyfrowaniem którego latami będą się głowiły zespoły naukowców.

Regulować za specjalnie tego urządzenia nie można, bowiem kilkanaście kilometrów dalej sytuacja może wyglądać całkowicie odmiennie i w zasadzie tej czynności trzeba by dokonywać przy każdym zatrzymaniu.

Ale, ponieważ ten motocykl miał problemy z gaźnikami „od zawsze”, czasem mniejsze, czasem większe, przeto człowiek do wielu rzeczy zdążył przywyknąć i nauczył z tym żyć. Bo zasadniczo dopóki gaźnika nie trzeba zbierać z jezdni, dotąd jest „dobrze”.

Tak więc pozostaje cieszyć się z pięknej pogody i rozkoszować jazdą, która w wykonaniu starego motocykla ma urok szczególny.

IMG_5076

IMG_5078

IMG_5087

IMG_5090

Czasem oczywiście trzeba coś w drodze poprawić ale też na tym przecież polega jego urok. To jest właśnie jedna z rzeczy, która odróżnia stary motocykl od repliki.

Zwischenablage01

W pięknych okolicznościach przyrody…

DSC_0463

… i niepowtarzalnych, jak mawiał klasyk. Niepowtarzalność zaś i piękno owych okoliczności polegało na tym, ze w końcu deszcz przestał padać. A lało równo od tygodni. To jednak tylko chwilowa poprawa – tak przynajmniej straszą zaklinacze pogody.

DSC_0477

Pogoda dobra dla żab, niekoniecznie dla ludzi.

DSC_0486

Miejscami w dolinach drogi ciągle jeszcze są zalane przez wodę.  Przypominają mi się Bieszczady i forsowanie wpław Solinki. Kiedy to było? Ale szybko ten czas leci.

DSC_0458

Motocykl trochę marudzi, bo właśnie dziś został wybudzony ze snu zimowego. Nie za bardzo ma ochotę utrzymywać „normalne” wolne obroty ani wkręcać sie na wyższe. Po rozgrzaniu jednak wszystko wraca do normy.

DSC_0453

Z tym ze to rozgrzewanie trwało dość długo z uwagi na dość niskie temperatury. W dolinach to równiutkie 3 stopnie na plusie, w górach zaś w okolicach zera.

DSC_0472

Nie ma jednak co narzekać, ważne ze nie pada.

DSC_0469

Droga gruntowa to tutaj rzadkość i takiej okazji zmarnować nie wolno. Miękkie zawieszenie motocykla wspaniale tłumi nierówności, spokojnie można kontemplować przyrodę.

DSC_0507

A jest co podziwiać. Droga biegnie po terenach zalewowych. Z siodła motocykla widać  dzikie życie we wszystkich jego przejawach.  Gęsi, kaczki, tracze – wszystkie uwijają sie jak szalone. W jednym ze śródpolnych bajorek czapla zajęta jest swoimi sprawami.

Zwischenablage01

Żałuję że nie zabrałem teleobiektywu, bo bym jej trochę poprzeszkadzał.

DSC_0501

Nie ma jednak czego żałować. Trzeba po prostu podziwiać i kontemplować.

Bo przecież wiosna jest tylko raz w roku.

Oaza

dscn6440

Dołączcie do nas w ten weekend – mówili, będzie fajnie – mówili. A że z nami jak z dziećmi (za rękę i do knajpy), długo prosić się nie daliśmy. Bo i cóż może być przyjemniejszego od weekendu z przyjaciółmi w leśnej głuszy, z dala od cywilizacji?

To znaczy tej cywilizacji to jednak trochę będzie. Nocować mieliśmy w starym budynku, należącym do nadleśnictwa. Kiedyś była to chyba jakaś szkoła, pewnie jeszcze z czasów pruskich. Ale jest dach nad głową, prąd a nawet woda. Zimna. Dookoła, jak okiem sięgnąć, tylko las. Kilkanaście kilometrów dalej jest mała osada ze sklepikiem. Tyle dowiedziałem się przez telefon. Czegóż więcej do szczęścia potrzeba?

Problemem jest tylko spakowanie pojazdu. Bo skoro jedziemy we dwójkę na jednym motocyklu, to odpada użycie rolki bagażowej mocowanej na siedzeniu pasażera. Kufrów wówczas nie miałem. To znaczy były, tylko mocowania nie pasowały i jakoś nie było okazji tego poprawić. Dziś oczywiście całą sprawę rozwiązałby wózek boczny, jednak piętnaście lat temu  nawet o tym rozwiązaniu nie marzyłem (a przynajmniej nie mówiłem o tym głośno). Ale skoro na miejscu ma być niemal wszystko, z łóżkami, kocami i sklepem na dodatek, więc pakujemy w plecak tylko rzeczy najpotrzebniejsze z potrzebnych. Gotowe.

Wyjechaliśmy w piątek po południu. Pora niezbyt szczęśliwa, jednak jak się pracuje to tak właśnie jest. Pocieszamy się, że do przejechania mamy zaledwie 90 km. W tamtych czasach i miejscu oznaczało to dobre dwie godziny jazdy.

W końcu zatłoczone, rozjeżdżone  drogi krajowe zostały za nami. Drogi lokalne wyglądały dużo lepiej.

dscn6434

Równy asfalt i piękny, wiekowy las. Tak można jechać w nieskończoność.

dscn6436

dscn6438

dscn6442

Jednak, jak się okazało, nie należy chwalić dnia przed zachodem słońca. Niezły asfalt prowadził tylko do ostatniej wioski ze stacją kolejową, już nieczynną zresztą. Dalej był bruk z polnych kamieni, od którego luzowały się śruby. Kocie łby prowadziły zresztą tylko do osady. Dalej droga zamieniła się w piach.

Te ostatnie kilka kilometrów dało nam nieźle w kość. W końcu dotarliśmy na miejsce. Okazało się, że nie mamy nic do jedzenia na kolację ani na jutrzejsze śniadanie. No tak, pakując się w plecak braliśmy tylko najniezbędniejsze rzeczy, mając na uwadze że w pobliżu jest sklep. Te pobliże to jednak kilka dobrych kilometrów a jest już późno. Czy wiejskie sklepy są tak długo otwarte?

Jedyna opcja żeby się o tym przekonać to tam pojechać. Chcąc nie chcąc wsiadam więc znowu na motocykl i jadę do sklepu. W końcu przedzieram się przez piachy i z niemałym trudem odnajduję „sklep”. Mieści się on w zwykłej chałupie. Na ręcznie malowanym szyldzie napisano: SKLEP SPOŻYWCZY OAZA. Fajna nazwa. Pasuje. Niefajne jest jednak że jest oczywiście zamknięty. Nic dziwnego, mamy prawie 19:00. Niby po co miałby być dłużej otwarty? W takiej mieścince?

Moją uwagę przykuwa dzwonek przy drzwiach sklepowych. Przy kontakcie, przypięta pinezką karteczka „DZWONIĆ”. Więc dzwonię.

Na górze uchyla się okno. Wygląda przez nie rozczochrana głowa. Właściciel przybytku wydaje się być zaskoczony, jednak tylko przez moment.

– Już schodzę – rzuca tylko.

I rzeczywiście. Drzwi sklepu się otwierają. Nie umyka mej uwagi, że właściciel zszedł specjalnie do mnie tylko w kapciach, gaciach i koszuli.

Zwykły wiejski sklep, chciałoby się powiedzieć. Ale jednak nie. Mam takie wrażenie że moja lodówka jest lepiej zaopatrzona niż ten przybytek.

– Chciałbym chleb i coś na niego. Jakiś pasztet, może kiełbasę na ognisko.

– Jasne – odpowiada sprzedawca – będzie jutro koło południa. Jeden chleb czy więcej?

– Jak to jutro w południe?

– Tak. Tu, widzi pan, towar trzeba wcześniej zamówić. Bo jak nie sprzedam to on mi tu zostanie i będę musiał wyrzucić. A to strata.

– A nie został panu przypadkiem bochenek chleba? – pytam dla pewności.

– Nie – uśmiecha się sklepikarz, nie kryjąc dumy ze swojej skrupulatności. Ręce mi opadły i poczułem się znowu jak w PeeReLu. Chcąc nie chcąc muszę i tak złożyć to cholerne zamówienie. Kolacja i śniadanie dopiero jutro w południe. To mnie dziewczyny zabiją, jeśli będą musiały czekać o głodzie do jutra do południa. Zabiją i zjedzą.

– A nie ma pan czegoś, na co nie trzeba robić zapisów? – pytam z nadzieją.

– Mam – odpowiada sprzedawca. Okazuje się że na stanie jest zawsze tanie wino i najgorsze papierosy, bo to drwale zawsze kupią. Oraz kilka torebek galaretek owocowych w proszku, które zamówili kiedyś studenci i jakoś nie odebrali.

Lepszy rydz niż nic.

Zakupy mimo wszystko były jednak udane a potrawa z galaretek owocowych przyrządzonych na tanim winie, również owocowym, okazała się być hitem sezonu. Witaminy do kwadratu. Galaretka zaś weszła w krew do tego stopnia, że następnego dnia po zamówone zakupy do „Oazy” trzeba było jednak pójść na piechotę 🙂