Jawa 350

Dookoła komina

DSC_8819

Wbrew pozorom nie jest wcale tak, że nie mam już o czym pisać. Jest dokładnie odwrotnie a moje „zaległości” w tej dziedzinie sięgają już w sumie do trzech lat wstecz. Problemem jest zbyt wiele pomysłów w zbyt małej jednostce czasu. Może robię w życiu coś nie tak, że ciągle mi tego czasu brakuje. Sam już nie wiem.

Czując się tym samym w jakimś tam stopniu wytłumaczonym (przede wszystkim przed samym sobą), pozwolę sobie niniejszym przejść do wpisu właściwego.

Dawno, dawno temu, czyli dobrych dziesięć – piętnaście lat temu, gdy na nowo odkryłem „motocyklizm”, jego najwyższą formą wydawało mi się podróżowanie. Ale to dalekie. Takie z przekraczaniem granic państwowych, kontynentów, z oklejonymi symbolami odwiedzonych państw kuframi, poznawaniem innych kultur… W związku z powyższym zakupiłem kufry (założyłem je bodajże raz), zaprenumerowałem sobie czasopisma motocyklowe o podróżowaniu (były takie w Polsce, nawet dwa) i zaczytany marzyłem…

Szczęście uśmiechnęło się i do mnie i pewnego pięknego dnia wyruszyłem na motocyklu naprawdę w nieznane. Pierwsze przekroczenie granicy, pierwszy nocleg na obcej ziemi, pierwsza burza podczas podróży gdzieś po szosie w górach… Byłem tu, byłem i tam i ówdzie. Spotkałem tego i owego. Pełnia szczęścia.

Po kilku latach nadmiar szczęścia postanowił nieoczekiwanie kopnąć mnie w cztery litery. Przyszło mi bowiem troszkę potułać się po świecie. Zresztą nie pierwszy raz. Tym razem przyszło mi mieszkać również w krajach, które uprzednio odwiedziłem. Tu przyszło zdumienie. Wydawało mi się, że przecież tych ludzi już poznałem, że ich rozumiem, rozgryzłem ich zwyczaje, system wartości. Okazało się, że tak naprawdę nie wiem o nich nic. Nic. Po pewnym namyśle okazuje się, że jest to zupełnie zrozumiałe. Wszędzie przecież byłem do tej pory tylko gościem. Zatrzymałem się, zrobiłem zdjęcie, przenocowałem. To wszystko.

Przypomniało mi się, jak kiedyś, dawno temu, na wydział biologii z referatem przyjechał Pan Doktor (humanista, jak się okazało), który opowiadał z przejęciem, jak po dwóch nocach spędzonych w namiocie rozbitym w puszczy „zrozumiał las”.  Mimo powagi miejsca (w końcu uniwersytet), całe audytorium buchnęło gromkim śmiechem, jako że na owej sali przebywali ludzie, którzy spędzili na tym po dwadzieścia, trzydzieści i czterdzieści lat  – i nawet oni nie ośmieliliby się powiedzieć, że „zrozumieli las”.

Tak właśnie jest. Nie mając pojęcia ile jeszcze nie wiemy, mamy złudne poczucie posiadania wszelkiej mądrości.

W ten właśnie sposób mój zapał do dalekich podróży osłabł – co nie oznacza, że wygasł całkowicie. Przestał być w każdym razie priorytetem. Kufry motocyklowe powędrowały w kąt garażu, gdzie w najlepsze pokrywają się kurzem i patyną. Ja zaś na nowo zacząłem cieszyć się z małych, zwyczajnych wycieczek.

Takich jak ta, którą wspominam mile do dziś. Zaczęło się o poranku, który był mglisty. Inna sprawa, że powietrze było przejrzyste aż do momentu, gdy wyjechałem z garażu. Przyroda lubi jednak płatać figle.

DSC_8774

Od razu udałem się do portu rzecznego. Zawsze chciałem tam pojechać na małą sesję zdjęciową. Dowcip polega na tym, że obowiązuje tam zakaz ruchu, za wyjątkiem wszakże  jednej drogi dojazdowej, którą dosyć nieoczekiwanie odkryłem. Upewniłem się kilka razy, czy aby na pewno nie stoi tam żaden znak zakazu – ale nie. Tym samym wjechałem na przystań legalnie.

DSC_8790

Wczesna pora zapewniała mi ten komfort, że nikt po porcie jeszcze się nie kręcił i nie marudził, że przecież nie można tu wjeżdżać a mi oszczędzało żmudnych tłumaczeń że „i owszem”.

Tu już naprawdę okolice „wkołokominowe”; wszystko cudownie nowe z racji faktu, że mój komin znów zmienił swoje położenie. Może dlatego te wycieczki mi się nie nudzą?

DSC_8810

Wtem!

DSC_8816

Klasyczna „pięćsetka” w służbie reklamy już gotowa do zimy dzięki „Dębicom Frigo”.

DSC_8814

„Przyjaźń ponad granicami”, jak głosi napis na tablicy przy drodze. I tego się trzymajmy.

DSC_8819

Dobranoc 🙂

 

Pierwszy dzień wiosny

DSCI8799

Dawniej świętowało się go w ten sposób, że chodziło się na wagary. Ale ponieważ dziś jesteśmy już starsi i poważniejsi (?), postanowiliśmy uczcić ten dzień wyjazdem do największego rezerwatu przyrody w regionie celem sprawdzenia, czy wiosna aby na pewno nadeszła.

DSCI8800

Pojechaliśmy trochę z duszą na ramieniu, chwilę wcześniej bowiem zostaliśmy pouczeni przez pewnego internetowego mędrca o tym, że maszyna którą jeździmy to ogólnie nie motocykl, źle zaprojektowany, wykonany, że psuje się od samego patrzenia a remont silnika należy wykonywać pomiędzy każdą zmianą biegu. No i ogólnie katastrofa, nie da się jeździć ani nawet patrzeć, bo się od razu rozleci. I ma dwa cylindry a to bardzo źle, bo jeden rozprasza drugi, nie dając mu się skupić na pracy. Czy jakoś tak.

DSCI8799

I tak, pełni obaw, ruszyliśmy przed siebie wprost w nieznane. Na drzewach pojawiły się pierwsze pąki, ptaki zdążyły się rozśpiewać a część dróg w pobliżu zbiorników wodnych zamknięto z uwagi na sezon godowy płazów.

DSCI8801

Wróciliśmy po kilku godzinach, wychłostani zimnym wiatrem, od czasu do czasu zmoczeni deszczem, zmarznięci, przemoknięci ale szczęśliwi.

DSCI8796

Wróżby internetowego mędrca nie sprawdziły się; nic się nie zepsuło, nie odpadło ani nawet nie wybuchło.

Zielone wzgórza nad Mozelą

DSCI6967

Czyli Luksemburg na weekend

Pakowanie zaprzęgu to czysta przyjemność. Ograniczenia miejsca czy masy bagażu przestają nas dotyczyć. Po prostu wrzucamy do wozu wszystko jak leci z rzeczy które uważamy że „mogą nam się przydać”. Jeśli podróżujemy w pojedynkę to nawet lepiej, bo przynajmniej dociążymy wóz i pojazd będzie się lepiej prowadził.

Swoje pierwsze kilometry jednak kieruję w stronę Francji. Mimo iż to Luksemburg jest państwem docelowym to jednak wycieczka ma również nieco sentymentalny charakter. Wiele lat temu na tym samym motocyklu właśnie gdzieś nieopodal przekraczałem po raz pierwszy granicę z Francją i dziś, korzystając z okazji, chciałbym odnaleźć to miejsce. W końcu mam urlop i czas mnie nie goni, pełny bak paliwa oraz cudowna pogoda zachęcają do wydłużenia wycieczki.

Niestety, most na rzece Nied jest w remoncie i przeprawa jest niemożliwa. Musiałem gdzieś przegapić tablicę z planem objazdu, bowiem po 45 km kręcenia się po wioskach, lasach i polach, wylądowałem w końcu znów w okolicach rozebranego mostu. Niestety, po tej samej stronie rzeki co poprzednio. Kolejna próba idzie mi już lepiej, znaną sobie z dawniejszych czasów wąziutką dróżką przez las omijam most. Dróżka jest tak wąska, że zaprzęg ledwo na niej się mieści. Kilka razy zmuszony jestem zjeżdżać z asfaltu aby minąć się z samochodami nadjeżdżającymi z naprzeciwka, modląc się w duchu aby wózek w wysokiej trawie rosnącej na poboczu nie znalazł czasem jakiegoś pieńka czy innego głazu, który mógłby nagle zakończyć podróż. Szczęśliwie jednak nic złego się nie wydarza i w końcu docieram do „swojego” przejścia granicznego. Wielkie słowo, bo to „przejście” to tylko zardzewiały szlaban i tablica informująca o tym, że właśnie przekroczyło się granicę. Jednak szlaban pozostał, przypominając swoim istnieniem że komfort podróżowania bez wiz, odpraw paszportowych i kontroli bagażu nie jest dany raz na zawsze – o czym, mam wrażenie, wielu ludzi ostatnimi czasy zdaje się zapominać.

DSCI6947

Francja wita mnie również inną nawierzchnią – jest ona bardzo chropowata, zapewniając dobrą przyczepność. Jednak z drugiej strony, „pożera” opony w zastraszającym tempie – bieżnik niemalże topnieje w oczach.

DSCI6948

W oddali mijam pięknie odremontowany zamek Malbrouck, stojący dumnie na wzgórzu górującym nad okolicą. Twierdzę zbudowano w pierwszej połowie XV wieku a w końcówce XX wieku została ona perfekcyjnie zrekonstruowana, łącznie z drewnianą zabudową dziedzińca. Budowla warta zwiedzenia, jednak tym razem postanawiam sobie ją sobie odpuścić mając w pamięci bardzo stromy podjazd na drodze do niej prowadzącej. Motocykl, wówczas solo, musiał wspinać się z mozołem na pierwszym biegu a dziś dodatkowo musi ciągnąć wóz… Nie, to nie jest chyba dobry pomysł.

DSCI6951

Przed Sierck – les – Bains dogania mnie niewielka kawalkada „harlejowców”. Jednak nie próbują mnie wyprzedzić. Nie wiem czy zniechęciła ich wąska droga opadająca stromo wzdłuż doliny Mozeli, czy też może ciekawi są, jak stareńki zaprzęg poradzi sobie z wyhamowaniem na dole, przed skrzyżowaniem z główną drogą. Dobre pytanie, bo ja też chciałbym to wiedzieć – na razie lecę na łeb, na szyję w dół doliny na luzie – zgodnie ze sztuką postępowania z dwusuwem, oszczędzając hamulce na decydującą chwilę. Wreszcie właściwy moment nadchodzi. Duszę dźwignie do oporu, zaprzęg hamuje na wszystkie trzy koła; koło wózka zaczyna popiskiwać. Odpuszczam hamulce, celując w lukę pomiędzy pojazdami na drodze głównej. Zestaw jedzie jeszcze ciut za szybko, jednak spokojnie wyrobi się na zakręcie w prawo – co najwyżej będzie troszkę „efektownie”. Jest efektownie – siła odśrodkowa powoduje, że koło wozu odrywa się od jezdni i zaprzęg pokonuje zakręt jak na motocykl przystało – na dwóch kołach, chociaż pochylony w „niewłaściwą stronę”.

Z „harlejowcami” rozstaję się dopiero przed mostem granicznym – ja skręcam w lewo, w stronę Luksemburga, oni jadą prosto, do Niemiec.

Teraz jadę już sam, kierując się na szosę wiodącą wzdłuż rzeki Mozeli. Z racji dość wczesnej pory ruch na drodze jest niewielki. Podczas jazdy odczuwa się komfort termiczny, jednak pierwszy postój uzmysławia mi, że mimo rannej godziny panuje już niesamowity upał! Strach pomyśleć co będzie dalej. Na niebie ani jednej chmury a Słońce grzeje na pełny regulator.

DSCI6954

Kolejny postój wypada nieopodal Muzeum Wina. Rejon rzeki Mozeli słynie od wieków właśnie z tego szlachetnego trunku.

DSCI6958

Muzeum powstało w starym gospodarstwie winiarskim z przełomu XVIII-XIX wieku i oprócz ciekawych eksponatów związanych z wyrobem wina oraz innych alkoholi a także przemiłej obsługi oferuje również degustację miejscowych trunków, wliczoną w cenę biletu wynoszącą raptem 3,5€. Tak więc w cenie jednego kieliszka wina w średniej kategorii knajpie mamy zwiedzanie plus kieliszek wina którym można rozkoszować się w spokoju na dziedzińcu gospodarstwa, bez tłoku, ścisku i hałasu. Dodatkowym „smaczkiem”, że pozwolę sobie to tak ująć, jest fakt, iż wino serwowane w muzeum jest wyrobem specjalnym i nie można go kupić w żadnym sklepie. Dla osób niepijących alkoholu przewidziano sok z winogron – również wyprodukowany specjalnie dla gości Muzeum.

Wszędzie, jak okiem sięgnąć – winnice.

DSCI6967

Sieć darmowych autostrad w Luksemburgu jest bardzo rozbudowana, biorąc pod uwagę niewielkie rozmiary kraju oraz trudne, górzyste ukształtowanie terenu, bardzo utrudniające budowę dróg. Są rejony, gdzie trudno o „normalny” kawałek autostrady – jak nie kilometrowej długości tunele to dla odmiany, mosty albo wiadukty.

Ja postanawiam trzymać się z daleka od tras szybkiego ruchu i zwiedzać kraj z perspektywy dróg lokalnych. Te, w przeciwieństwie do autostrad są w większości przypadków wąskie i bardzo kręte, z dużą ilością stromych podjazdów. Ruch na nich jest raczej niewielki, chociaż zdarzają się trasy o wyjątkowo nasilonym ruchu.

DSCI6974

Opuszczam rejon winnic i zagłębiam w zalesiony obszar Ardenów. Mały zaprzęg z trudem wspina się na stromych podjazdach, by za chwilę z jeszcze większym wysiłkiem wyhamowywać na spadkach. I znowu kolejny stromy podjazd. Zazwyczaj konieczna staje się redukcja do drugiego biegu; motor wyje na wysokich obrotach w piekielnym upale. Silnik znosi to wszystko ze stoickim spokojem. Do czasu.

Na którymś z prostszych odcinków drogi moje ucho wyłapuje fałszywy ton, który niepostrzeżenie wkradł się w muzykę silnika. To delikatne grzechotanie czy też dzwonienie, pojawiające się w okolicy 3000 obrotów na trzecim i czwartym biegu. Nie mogąc go zlokalizować, gdyż na innych biegach zjawisko nie występuje a mając w tym temacie pewne podejrzenia, na kolejnej stacji paliw tankuję motocykl do pełna benzyną o najwyższej możliwej liczbie oktanowej. Chyba pomogło, bo dzwonienie ustało.

DSCI6986

Całkiem nieoczekiwanie zjeżdżam w jedną z wielu dolin rzecznych i z wrażenia dostaję trwałego opadu szczęki! Otóż znalazłem się na obszarze Małej Szwajcarii Luksemburskiej. Ardeny zostały tu pocięte przez rzeki i strumienie na szereg przepięknych dolin – wąwozów. Są one porośnięte lasami bukowo – świerkowymi a ich często pionowe wapienne ściany przybrały fantazyjne formy, które zachwyciły by niejednego scenografa filmów s-f. Przecudne wodospady, mosty nad potokami, które wyglądają jak zrobione rękoma elfów a nie ludzi… Tego nie da się opisać, to trzeba naprawdę zobaczyć na własne oczy!

Na jednym z postojów grupka Niemców chce koniecznie odkupić ode mnie mój motocykl. „Biznes” nie dochodzi jednak do skutku. Powodem jest mój całkowity brak zainteresowania transakcją.

DSCI6991

Dalsza droga prowadzi w kierunku Vianden.

DSCI6992

To miasteczko to obowiązkowy gwóźdź programu dla każdego szanującego się turysty. Urokliwe miasteczko, liczące zaledwie około 1500 mieszkańców, położone jest w dolinie rzeki Our. Zachowała się dawna zabudowa oraz średniowieczne mury obronne.

Kilka kilometrów od celu:

DSCI6996

Najważniejszym zabytkiem Vianden jest książęcy zamek położony na wzgórzu górującym nad miastem.

DSCI7002

Nad rzeką Our. W górze zamek Vianden:

DSCI7006

Powstał ma miejscu rzymskiej strażnicy z V wieku. Budowę jego rozpoczęto prawdopodobnie około XI wieku. Przez wieki rozbudowywany i wielokrotnie przebudowywany wykazuje mieszankę stylów romańskiego, gotyckiego i renesansowego. Zamieszkały był aż do XIX wieku, później popadł w ruinę. W 1977 roku przeszedł na własność państwa, został odbudowany i udostępniony zwiedzającym.

W rzeczywistości udostępniona do zwiedzania została tylko część zamku. Muszę przyznać, że zamek rozczarował mnie trochę. Nie żebym był niezadowolony, jednak liczyłem na więcej. Znacznie więcej, zważywszy na reklamę jaką ma ten obiekt w mediach.

Największe wrażenie robi zamkowa kaplica. Ma ona dwa poziomy. Górny, wraz z ołtarzem, bogato zdobiony, służył księciu i szlachetnie urodzonym. Na środku kaplicy widnieje coś, co w pierwszej chwili można uznać za ocembrowanie studni. Studnia w kaplicy? To jednak nie jest studnia, chociaż tak wygląda. Za ocembrowaniem znajduje się otwór w podłodze; pod nią znajduje się drugi poziom kaplicy. Jest on nieco większy od górnego, jednak w odróżnieniu od niego nie posiada wcale zdobień. To tu pospólstwo mogło słuchać mszy odprawianej dla księcia. Tak, właśnie słuchać. Przez niewielki otwór ludzie nie byli w stanie zobaczyć niczego. Takie małe uświadomienie stosunków społecznych panujących w średniowieczu.

Przy wyjeździe z Vianden obowiązkowe tankowanie. Droga znów wiedzie wśród winnic w dolinie rzeki Our. Niestety, w korkach wąskich uliczek Vianden oraz na stromych podjazdach silnik rozgrzał się do tego stopnia, że powietrze z cylindrów parzy przez spodnie. Upał staje się nie do zniesienia.

DSCI7011

Co jakiś czas zatrzymuję się, dając maszynie odetchnąć. Niewiele to pomaga; mechaniczne hamulce podczas stromych zjazdów przegrzewają się a na domiar złego dzwonienie w silniku wróciło. Akurat przed serią paskudnych podjazdów. Maszyna mozolnie wspina się w górę doliny na drugim biegu, zostawiając za sobą ciężką chmurę spalin. To zły znak. Silnik zaczyna dzwonić również na niskich przełożeniach i na dodatek przy znacznie niższych obrotach niż poprzednio. Niestety, nie mogę się tu zatrzymać. Zresztą w tym miejscu, wśród łąk, bez skrawka cienia, niewiele pomogę maszynie. Jeszcze trochę, za chwilę droga główna. Tam, przy wyższych prędkościach, silnikowi powinno być lżej.

DSCI7013

Pół godziny później jadę drogą ekspresową. Upał nie słabnie, powietrze nad ulicą jest gorące niczym w piekarniku. Mam nadzieję że chociaż silnik odczuwa poprawę.

Próżne nadzieje. W pewnym momencie z maszynowni dobiega znajomy, chociaż dawno nie słyszany, grzechoczący dźwięk. Dźwięk, na którego samo wspomnienie jeżą się włosy na głowie!

Błyskawicznie, najszybciej jak tylko się da wciskam sprzęgło, prawą ręką szukając rozpaczliwie dźwigni ssania. Za późno. Silnik niemal natychmiast staje. Złapało tłok! W tej sytuacji pozostaje szukać dogodnego miejsca na zatrzymanie zaprzęgu. Na szczęście obok przebiega droga dla rowerów, więc gdy już zestaw zwolnił wystarczająco zjeżdżam na nią a potem na trawiaste pobocze.

Chwila odpoczynku dla nerwów i maszyny i można przystąpić do oceny strat. Czy to już koniec podróży, czy jednak zaprzęg pojedzie dalej?

Wał się obraca. Próba odpalenia – silnik zaskakuje od razu. Kamień z serca. Można będzie kontynuować jazdę.

Do domu docieram już nocą, bez żadnych dodatkowych problemów – nie licząc korków na drogach, jak to po weekendzie.

DSCI7017

Tego dnia padł rekord ciepła – termometry w Luksemburgu zanotowały niemal +37oC w cieniu.

Sanktuarium w Tawern

DSCI3291

Klasyk zwykł mawiać, że w wyścigu szczurów nie ma mety, w związku z tym nie ma też i wygranych. A skoro tak, to nie warto w takowym brać udziału.

Mając na uwadze powyższe, wytoczyłem wczesnym rankiem swój rydwan z garażu, odpaliłem, po czym niespiesznie oddaliłem się w kierunku +/- zachodnim, zostawiając za sobą chmurę niebieskich spalin.

Prędkość podróżna tego zaprzęgu, oscylująca w normalnych warunkach w granicach 70-80 km/h odstaje bardzo mocno od dzisiejszych standardów, ale takie niespieszne toczenie się również ma swoje uroki. W terenie górzystym, czyli takim jak ten, tempo drastycznie spada – momentami nawet do 20 km/h, ku wielkiej rozpaczy kierowców jadących za mną. Kiedyś w takich momentach bałem się przegrzania silnika, dziś wiem, że prawidłowo wyregulowany i dotarty czeski twin nie ma prawa przegrzać się nawet w największe upały.

DSCI3291

Po pewnym czasie problemy z tamowaniem ruchu na podjazdach odchodzą w przeszłość. Nie oznacza to w żadnym razie, że droga zaczęła teraz dla odmiany biec z górki lub też silnik jakimś cudem odnalazł najwyraźniej pogubione kiedyś konie mechaniczne. Nic z tych rzeczy. Droga nadal pnie się w górę, jednak główne szlaki komunikacyjne zostały za nami. Zaprzęg przetacza się teraz przez maleńkie wioski, zagubione gdzieś wśród pól i łąk, wywołując swoim widokiem i generowanym hałasem małą lokalną sensację.

DSCI3288

W pewnym momencie, niemal niezauważalnie, wjeżdżam na starożytny, rzymski szlak „winny”, o czym informują stosowne tablice przy szosie oraz artefakty na przydrożnych parkingach, takich jak ten:

DSCI3290

Dwa tysiące lat temu poruszały się tym szlakiem rzymskie legiony, wozy kupieckie oraz zwykli wędrowcy, przemierzając długie drogi Imperium, z których każda jak wiemy, prowadziła do Rzymu.

Z drogą związana była oczywiście stosowna infrastruktura: karczmy, gospody oraz świątynie, takie jak ta, znajdująca się nieopodal małej wioski o tajemniczo brzmiącej nazwie „Tawern”. Zdradza ona pradawny rodowód tej miejscowości. Łacińskie słowo „Tabernae”, od którego pochodzi nazwa wsi oznacza bowiem „sklepy”. Znajdowały się tu „vicus tabernae”, wiejskie sklepy na pierwszym przystanku przy drodze prowadzącej z Contionacum (dziś Konz), gdzie mieściła się willa cesarza do cesarskiego miasta Augusta Treverorum, czyli dzisiejszego Trewiru. Przy czym określenie „wiejskie sklepy” należy umieścić w dużym cudzysłowu, bowiem odbywała się tu również dość zaawansowana jak na ówczesne warunki wiejskie produkcja żelaza i szkła. Naliczono tu w sumie 9 budynków sprzedawców i rzemieślników, które umieszczone były po obu stronach drogi.

Obok wioski, na szczycie wzgórza Metzenberg, znajduje się zespół rzymskich świątyń. Tu strudzeni wędrowcy prosili bogów o przychylność oraz opiekę podczas podróży.

Sama wioska rozrosła się dość mocno od czasów rzymskich, jednak trafić do zespołu świątyń jest łatwo – oznakowanie jest jasne i czytelne, chociaż nieco wyblakłe.

DSCI3286

Drogowskaz prowadzi do niewielkiego „leśnego parkingu”, gdzie znajduję dla zaprzęgu odrobinę cienia. Za czasów rzymskich oczywiście żadnego lasu tu nie było a kompleks świątynny był widoczny już z daleka dla wszystkich podróżnych.

DSCI3281

Z parkingu leśna droga wiedzie pod górę i po kilku minutach marszu jesteśmy na miejscu.

DSC_9423

Na dużym, ogrodzonym murem placu na planie nieregularnego czworoboku o wymiarach 46x36m, zbudowano w sumie siedem świątyń. Poświęcone zostały one: Merkuremu, patronowi podróżnych i kupców, bogini Eponie, bardzo popularnej wówczas na tych terenach patronce koni, Apollinowi a także dość egzotycznym, jak na rzymską prowincję, Izydzie i Serapisowi.

DSCI2075

Każda ze świątyń zbudowana została na swoim własnym tarasie, który niwelował skutki nachylenia terenu. W efekcie każda z budowli znajdowała się na nieco innej wysokości.

DSC_9430

Zaraz za głównym wejściem pielgrzym napotykał kolumnę Jupitera. Na jej bazie można bez problemu rozpoznać postać Herkulesa.

DSC_9431

Sanktuarium powstałe około 1 wieku naszej ery prawdopodobnie pierwotnie składało się z pięciu świątyń.

DSC_9468

Z czasem dobudowano doń cztery budynki gospodarcze (skarbce) a całość otoczono murem z dwiema bramami.

DSC_9514

Badania archeologiczne pokazały, że nie był to koniec zmian. Jedną ze świątyń zastąpiła inna, potem trzy kolejne ustąpiły miejsca jednej dużej.

DSC_9450

Znajdował się w niej posąg Merkurego (nieco)ponadnaturalnej wielkości, wysoki na 2,08 metra.

DSC_9455

Sama świątynia zbudowana była na planie czworoboku o wymiarach 10,8 x 9,8 m. Jako materiału budowlanego użyto miejscowego czerwonego piaskowca. Dach opierał się na trzynastu kolumnach.

DSC_9471

Do dziś zachowały się oryginalne korytka do odprowadzania wody deszczowej.

DSC_9522

Na terenie kompleksu znajdowała się również studnia otoczona kamienną cembrowiną o wymiarach około 1,1 x 1,1 m. Głęboka na 15 metrów okazała się być nieocenioną skarbnicą dla archeologów. Już w czasach rzymskich istniał bowiem zwyczaj wrzucania do studni drobnych monet „na szczęście”. W studni znaleziono ich ponad 1800. Najstarsze są jeszcze z czasów celtyckich, najmłodsze pochodzą z roku 392 n.e.

DSC_9473

To nie koniec. W studni znaleziono pieniądze z każdego zakątka Imperium Romanum, przy czym najmniej było monet „miejscowych”, co wskazuje że głównymi „klientami” sanktuarium oraz wsi Tabernae byli właśnie podróżni z dalekich stron.

DSC_9484

Poza terenem sanktuarium znajdował się budynek „świecki” o dość niejasnej funkcji. Z jednej strony mógł on być miejscem zakwaterowania jednego bądź dwóch kapłanów, koniecznych do „obsługi” sanktuarium. Przeczą jednak tej tezie rozmiary obiektu, który zwyczajnie jest za duży.

DSC_9490

Wydaje się raczej, że pełnił rolę „kompleksu turystycznego”, gdzie strudzeni pielgrzymi mogli umieścić konie, zjeść a także zakupić pamiątki, wota ofiarne, być może także przenocować.

DSC_9502

Ten dobrze zorganizowany kompleks świątynny funkcjonował do roku 392. W roku 391 cesarz Teodozjusz zakazał sprawowania pogańskich rytuałów i odwiedzania świątyń. Mimo to, jak wynika z zachowanych monet wrzucanych do studni na szczęście oraz „do rozmnożenia” przez Merkurego, pielgrzymi nadal odwiedzali sanktuarium.

DSC_9478

Rok później cesarz posunął się jeszcze dalej, jakkolwiek wydawać by się mogło że to już niemożliwe. W roku 392 zakazano wyznawania jakiejkolwiek innej religii poza chrześcijaństwem.

DSC_9526

Opuszczony kompleks zostaje zniszczony przez triumfujących chrześcijan a posągi bogów i wota strzaskane i wrzucone do studni.

DSC_9457

Był to początek zmierzchu kultury antycznej.

 

Grobowiec rzymski w Bech-Kleinmacher

DSCI3310

Podczas podróży należy zawsze mieć oczy szeroko otwarte. Niby o tym wiem, jednak ciągle daję się życiu zaskakiwać. Wędrując latem po dolinie Mozeli (jak to miło w środku zimy powspominać słoneczny czas) najpierw niespodziewanie udało mi się odkryć… drugi Toruń.

DSCI3294

Ten co prawda składał się głównie z małego zameczku w którym ulokowany był hotel; ale co Toruń to Toruń 😉

DSCI3297

A gdy już myślałem, że nic więcej tego dnia mnie nie zaskoczy, zupełnie niespodziewanie, tak zwanym „kątem oka” udało mi się dostrzec przy szosie jakiś dziwny pomnik, ukryty w cieniu niewielkiego zagajnika. A może to obelisk? Czy ja go już kiedyś nie widziałem? Musiałem koło niego przejeżdżać kilka lat temu wracając z Trewiru, tylko wówczas nie zwróciłem na niego uwagi. Bardzo łatwo jest go bowiem przeoczyć kiedy jedzie się szosą i podziwia widoki.

Takie natrętne myśli towarzyszyły mi przez kolejne kilkaset metrów, nie dając spokoju do tego stopnia, że postanowiłem zawrócić i sprawdzić, co to takiego. Zapewne nic ciekawego ale dla spokoju sumienia, skoro już tu jestem…

DSCI3310

Zaparkowałem zaprzęg na skraju szosy, jako że parkingu tu nie przewidziano. Po bliższych oględzinach okazało się niespodziewanie, że w betonowy monument wmurowane zostały fragmenty antycznych rzeźb, wyglądające na bardzo stare. Nie trzeba być specjalnym ekspertem by zidentyfikować fragmenty płaskorzeźb przedstawiające tańczące dziewczęta, kobietę i mężczyznę jadących razem powozem, głowę konia, psa…  Okazało się, że monument stoi w miejscu dawnego grobowca gallo-rzymskiego z II wieku. Do dziś zostały z niego tylko prostokątne fundamenty o wymiarach 8,62 x 5,35 metrów, ukryte przed wzrokiem pod niema półtorametrowej grubości warstwą ziemi. Oraz kilka rzeźb i napisów z imionami zmarłych mieszkańców dawnego, rzymskiego osiedla.

Z tego grobowca nie zostało zbyt wiele, jednak opodal znajduje się kolejny, tym razem doskonale zachowany. Mimo iż teoretycznie wiedziałem że należy go szukać w miejscowości Bech-Kleinmacher, to jednak za pierwszym razem nie udało mi się do niego trafić i musiałem znów zawracać. Za drugim razem trafiłem bez pudła. Moja rada – najpierw trzeba kierować się w kierunku kościoła (to łatwe, bowiem w wiosce jest tylko jeden) a następnie skręcić w lewo i jechać prosto dokąd się da. A gdy się już nie da, bo znaki będą nakazywały skręcić, to jesteśmy niemal na miejscu; w prawo, stromo pod górę piąć się będzie wąska dróżka przy której dostrzec będzie można to:

DSCI2431

Wśród winnic, niezmiennie od wieków, stoi niewielka świątynia-grobowiec zamożnego właściciela tych ziem. Zbudowana została w pierwszej połowie IV wieku, o czym świadczą stemple produkcyjne z napisem „IOVANI” na cegłach użytych do budowy. Obiekt posiada dwie kondygnacje. Górna to świątynia z tarasem, z którego roztacza się piękny widok na dolinę Mozeli.

DCIM101GOPRO

Dolna kondygnacja, wyposażona w sklepienie kolebkowe, pełni funkcję komory grobowej.

DSCI3909

To pomieszczenie w czasach swojej świetności pokryte było kolorowymi freskami – według panującej wówczas rzymskiej mody.

Czy grobowiec ma coś wspólnego z Willą Nenning znajdującą się zaledwie kilka kilometrów dalej, po drugiej stronie rzeki?  Nie wiadomo, chociaż nie jest to wykluczone.

Świątynia nie przetrwała długo. Około V wieku została poważnie zniszczona w wyniku najazdu barbarzyńców. Utraciła wówczas dużo ze swojego pierwotnego wyposażenia. Na przełomie VII i VIII wieku zrujnowaną budowlą zainteresowali się Frankowie, którzy odbudowali świątynię i używali jej w bliżej nieznany sposób.

W latach 1986 – 89 budynek przebadali archeolodzy. Oprócz zabytków z czasów rzymskich znaleziono również wiele interesujących artefaktów z okresu panowania Franków – między innymi dwie rzadkie monety z lat 680 i 720 oraz mały, brązowy krzyżyk – naukowy dowód na wczesną chrystianizację tych ziem.

Winnice:

DSCI3932

Na koniec jeszcze jedna niespodzianka. Jest nią niewielki, drewniany bujaczek ogrodowy na którym można spędzić romantyczny wieczór we dwoje z pięknym widokiem na dolinę rzeki Mozeli. Randkę z małym dreszczykiem, jako że pod podłogą świątyni znajduje się komora grobowa. A w niej sarkofag. Z wkładem.

DSCI3930

Dobranoc 😉

Fort Michelsberg – Linia Maginota

DSC_8108

Po pierwszej wizycie na Linii Maginota w forcie Hackenberg, powziąłem mocne postanowienie odwiedzenia możliwie największej liczby umocnień, jaka tylko jest możliwa. Niestety, jak to z planami bywa można by dużo pisać… Następna okazja trafiła się dopiero trzy lata później.

Wiosna nie rozpieszczała temperaturami. Najważniejsze jednak było to, że nie padało. Wycieczka tym razem bowiem nastawiona była na poszukiwania innego fortu i aby do niego dotrzeć, przewidziano „odcinki specjalne”. Czyli szutry. Niby nic specjalnego, ale biorąc pod uwagę warunki terenowe…

Do pewnego momentu droga jest mi znana z wcześniejszych wyjazdów. Tym razem jednak w Bouzonville zamiast na północ odbijam na południowy wschód. Szosa jest w wyjątkowo dobrym stanie a ruch na niej niemal zerowy. Taka podróż wśród pól i łąk to czysta przyjemność.

DSC_8115

Jednak przyjemności dość szybko się kończą i teren zaczyna się „urozmaicać”. Nie znaczy to w żadnym razie że do tej pory teren był płaski. Nic z tych rzeczy. Teraz jednak górki zaczynają być coraz wyższe i coraz bardziej strome. Oznacza to coraz częstsze i większe redukcje przełożeń w skrzyni biegów.

Wśród lasów, niedaleko miejscowości Dalcheim znajduje się Fort Michelsberg, jeden z wielu fortów francuskiej Linii Maginota. Nie tak duży i sławny, jak opisywany wcześniej Fort Hackenberg, jednak bardzo klimatyczny.

DSC_8103  DSC_8108

Niewielkie bunkry ukryte wśród drzew zdradzają, że zbliżam się do większej grupy warownej.

DSC_8155

Po przedostaniu się przez leśne szutry i wyboje wita mnie… zamknięty szlaban. Czyżby fort był niedostępny do zwiedzania? Okazuje się, że po prostu przyjechałem kilka godzin za wcześnie. Obsługa pojawia się w niedziele i święta i zwiedzanie możliwe jest tylko przez kilka godzin. Jest to w sumie zrozumiałe. Fort znajduje się nieco na z boku od utartych szlaków turystycznych, co ma swoje zalety w postaci braku tłumu turystów.

DSC_8098  DSC_8112

Las porastający wzgórze Michelsberg. Wyrósł on już po wojnie. W 1940 roku nie było tu żadnych drzew.

Niektórzy mogą narzekać na dość spartańskie warunki, jednak mi nie przeszkadza nadgryziony nieco zębem czasu fort i brak restauracji – chociaż obsługa warowni oferuje gorąca kawę, którą można wypić w hangarze lub na dziedzińcu. Po dwóch godzinach w chłodnych i wilgotnych korytarzach gorący napój jest zbawieniem.

Zważywszy na to, że fort składa się z kilometrów tuneli tworzących pod ziemią istny labirynt, zwiedzanie możliwe jest wyłącznie w towarzystwie przewodnika. W moim przypadku wyszło cudownie, bowiem w pierwszej turze byłem jedynym zwiedzającym, dzięki czemu zajrzałem nawet tam, gdzie normalnie się nie wchodzi, bo z grupą jest to niemożliwe.

Wejście do fortu prowadzi przez niewielkie blok amunicyjny. To właśnie tedy dostarczano do fortu amunicję. Do środka mogły wjechać na raz dwa samochody ciężarowe. Dalszy transport wewnątrz fortu odbywał się przy pomocy kolejki wąskotorowej.

DSC_8002

Wewnątrz fortu panuje chłód i wilgoć – to skrapla się para wodna z wpadającego z zewnątrz powietrza.

Zanim zagłębimy się we wnętrzu fortu, wąskim przejściem docieramy do przedziału bojowego. Stąd broniono wstępu do fortu. Obrońcy mieli do dyspozycji podwójny karabin maszynowy oraz, nieco z boku, lżejszy RKM. Dlaczego podwójny? Karabin ten to MAC 31. Jego cechą charakterystyczną jest wyjątkowa szybkostrzelność, wynosząca aż 750 strzałów na minutę! Do tego miał również bardzo wysoką (na ówczesne czasy) prędkość wylotową pocisków. Skutkiem ubocznym było szybkie przegrzewanie się lufy. Dlatego w warunkach bojowych prowadzono ogień naprzemiennie, raz z lewego, raz z prawego karabinu, pozwalając w ten sposób lufom ostygnąć.

DSC_8003

Operator podwójnego karabinu maszynowego był chroniony przez pancerz całkowicie i celował przez specjalny celownik. Strzelec obsługujący RKM był chroniony niemal całkowicie – jedynym otworem w płycie pancernej był ten, który umożliwiał celowanie. Cały układ pomyślany był w ten sposób, że nacierający, chcąc dostać się do bramy wejściowej, musieliby znaleźć się w krzyżowym ogniu. W razie gdyby nacierającym udało się podejść pod sam fort i tym samym byliby niewidoczni dla strzelców, przewidziano inną „atrakcję” – specjalne „wyrzutnie” granatów ręcznych, eksplodujących przy samej ścianie bunkra.

DSC_8005

Budowę fortu rozpoczęto w 1930 roku a oddano go do użytku siedem lat później. Podczas projektowania i budowy zakładano, że wojska niemieckie, na mocy porozumień międzynarodowych, pozbawione będą wsparcia czołgów. Kiedy w późniejszych latach 30-tych okazało się, że Niemcy mają te postanowienia w głębokim poważaniu, powstał problem – jak dozbroić w artylerię przeciwpancerną istniejące już forty? Poradzono sobie w sposób pomysłowy i całkiem prosty. Nad gniazdem podwójnego karabinu maszynowego wmurowano pod sufitem specjalne szyny, na których można było zamocować działko przeciwpancerne. Sam karabin zaś umocowano na specjalnej, otwieranej płycie pancernej. Rozwiązanie miało tą zaletę, że nie trzeba było przebudowywać całego przedziału bojowego. Miało jednakże bardzo poważne wady –  wymiana uzbrojenia musiała się odbywać przy otwartej strzelnicy – tym samym przez pewien czas obsługa nie była chroniona przed bliskimi eksplozjami i celnym ogniem karabinowym. Poza tym, podczas używania działka nie można było korzystać z karabinu i na odwrót. Taka doraźna prowizorka, która jak wiemy, jest rozwiązaniem najtrwalszym.

Takich prowizorek jest zresztą w forcie więcej. Jego budowa rozpoczęła się stosunkowo wcześnie i już w jej trakcie usuwano niektóre błędy konstrukcyjne. Jedną z nich są kabiny prysznicowe pozwalające odkazić się podczas ataku gazowego. Sam fort był gazoszczelny i wyposażony w zestawy filtrów; w razie alarmu specjalne kompresory podnosiły ciśnienie powietrza wewnątrz, dzięki czemu gazy bojowe nie mogły dostać się do pomieszczeń. Dodatkowo nadciśnienie powodowało, że gazy prochowe samoczynnie  uciekały na zewnątrz. Jednak żołnierze, którzy przed alarmem pełnili służbę na zewnątrz fortu, zamykali bramę itp. byli narażeni na kontakt z chemicznymi środkami bojowymi i takich należało odkazić. Zaplanowano więc specjalne kabiny, które pierwotnie umieszczono wewnątrz fortu. Dopiero po czasie, już w trakcie zaawansowanych prac budowlanych ktoś zorientował się, że to rozwiązanie idiotyczne. Przecież skażony żołnierz musiałby przebiec przez pół fortu aby się zdezynfekować! Wobec tego dostawiono kabiny przy wejściu, w przejściu do pierwszego pomieszczenia bojowego, dodatkowo je zwężając.

DSC_8007

Na pierwszym planie filtr powietrza przedziału bojowego i kabiny do odkażania.

DSC_8010

Wejścia do głównego korytarza bronią pancerne drzwi z niewielkimi otworami, przez które można prowadzić ogień z broni maszynowej. Oprócz tego wprawne oko zauważy, że betonowa podłoga korytarza zamieniła się w blaszany pomost, który w razie wdarcie się nieprzyjaciela do wnętrza bunkrów po prostu wysadzano – pomiędzy pancernymi drzwiami a resztą tunelu pozostawała kilkumetrowa przepaść. Rozwiązanie mające swój rodowód w głębokim średniowieczu, ale skuteczne także w XX wieku.

Jedno z pierwszych pomieszczeń odchodzące z głównego tunelu to przedział filtrów. Na wypadek ataku gazowego trzeba było zapewnić wystarczającą ilość czystego powietrza dla kilkusetosobowej załogi.

DSC_8009

Urządzenia niestety, są niekompletne. Część filtrów wymontowały wojska niemieckie w późniejszym etapie wojny i przetransportowały na umocnienia budowanego wówczas Wału Atlantyckiego, słusznie obawiając się, że to tam odbędzie się pierwsze uderzenie wojsk alianckich.

Dochodzimy do zakrętu. Tu na ewentualnych atakujących czekała kolejna „niespodzianka” – gniazdo z karabinem maszynowym, który w pustej przestrzeni korytarza miał doskonałe pole ostrzału a atakujący – żadnej osłony. W tym miejscu płaski strop korytarza urywa się nagle; pojawia się łukowate sklepienie. W związku z nalotami alianckimi na Rzeszę, Niemcy musieli przenosić zakłady zbrojeniowe w miejsca, które byłyby przed nimi zabezpieczone. Cóż może chronić lepiej przed bombami niż 30 metrów litej skały nad głową? W fabryce tej pracowali więźniowie a wycofując się, Niemcy wysadzili tunel w tym miejscu. Po wojnie francuzi naprawili ten fragment, jednak pojawił się problem z przesiąkającą wodą. Cieknie ona strumieniami, powoli niszcząc budowlę.

DSC_8012

Dalej znów niekończący się korytarz oraz zamykające go kolejne pancerne drzwi z otworami strzelniczymi.

DSC_8014

Dochodzimy do zaplecza technicznego fortu. Po lewej stronie, w niskim pomieszczeniu znajduje się elektrownia. W czasie pokoju prąd elektryczny dostarczała normalna elektrownia znajdująca się na powierzchni ziemi. Wiadomym jednak było, że pierwszym posunięciem wroga będzie jej unieszkodliwienie. W związku z tym, w razie alarmu, fort przechodził natychmiast na zasilanie z własnych generatorów, nie czekając na przerwę w dostawie elektryczności.

DSC_8018

Wyposażenie elektrowni stanowią cztery silniki wysokoprężne, trzycylindrowe, każdy o mocy 125 KM. Każdy z nich sprzężony jest prądnicą prądu przemiennego o mocy 800 kW. Uruchamiane były przy pomocy rozrusznika elektrycznego lub na sprężone powietrze – na wypadek wcześniejszego odcięcia elektryczności. Zasilane były ze specjalnych zbiorników zawierających tylko „dzienną dawkę” oleju napędowego – to na wypadek pożaru. Paliwo ze zbiorników spływało do silników pod wpływem grawitacji. Żadnych zbędnych pomp. Czego nie ma, to się nie zepsuje. Gorąca woda z układu chłodzenia wykorzystywana był do ogrzewania bliżej położonych pomieszczeń przy pomocy normalnych kaloryferów. W razie gdyby to nie wystarczyło, w rezerwie była specjalna chłodnica. Dwa pracujące generatory wystarczały do zapewnienia twierdzy wystarczającej ilości energii elektrycznej. Wobec tego na jednej dwunastogodzinnej zmianie pracowały dwa silniki. Następnie dochodziło do zmiany. Pracę zaczynały dwa następne a dla zatrzymanych następował czas odpoczynku i ewentualnego serwisu. Oficer – mechanik był obecny cały czas na stanowisku, swój pokój miał za niewielkim przepierzeniem w którym również spał. Pomijając fakt hałasu, nadmienić należy, że w pomieszczaniu silników podczas ich pracy panowała temperatura 45-50 stopni Celsjusza!

DSC_8030

W razie gdyby silniki zawiodły albo z jakichś powodów nie było możliwe ich uruchomienie, w kącie stał mały, jednocylindrowy generator, który mógł być uruchomiony ręcznie, przy pomocy korby. Jego moc była wystarczająca do oświetlenia wnętrza fortu. Zawsze to coś. Generator musiał być zabrany ze swojego miejsca, bowiem nad nim, ze stropu, zaczęła sączyć się woda i do czasu usunięcia usterki musi pozostawać w koszarach.

Dokładnie naprzeciwko, po prawej stronie głównego korytarza umieszczono transformatory. Po czasie ktoś się zreflektował, stwierdziwszy że pomieszczenie silników jest stanowczo za niskie. Ta hala została sklepiona wysoko. Z dawnego wyposażenia wiele urządzeń zostało skradzionych przez złomiarzy w latach 80-tych i 90-tych XX wieku. Był to bowiem okres, w którym nie wiedziano, co zrobić ze starym fortem. Wojsko go porzuciło, lokalne władze nie miały pomysłu co z tym począć. Czas ten wykorzystali złodzieje, kradnąc miedziane przewody i co cenniejsze przedmioty. Dziś, powoli i mozolnie odtwarzane jest to, co zniszczono tak niedawno…

DSC_8021

Zachowała się część skrzynek rozdzielczych, jednak nie wszystkie oraz przetwornice prądu przemiennego na prąd stały. Większość urządzeń fortu zasilana była prądem zmiennym. Jednak kolejka oraz wieże artyleryjskie wymagały zasilania prądem stałym. Wyprostowanie prądu przemiennego w latach dwudziestych i trzydziestych było nie lada wyzwaniem. Poradzono sobie więc w inny sposób – prąd przemienny zasilał specjalny silnik elektryczny, który napędzał z kolei prądnicę prądu stałego. Powstał generator zasilany elektrycznością… Głupie? Z dzisiejszej perspektywy można tak powiedzieć. Wówczas jednak najważniejsze było, że wszystko działało tak jak powinno. Urządzenie, na wypadek awarii, zostało zdublowane.

Idąc dalej głównym korytarzem, natrafiamy na dwa pomieszczenia. To warsztaty. Ponieważ w forcie znajdowało się dużo urządzeń technicznych, trzeba było zapewnić im serwis. Tym zajmowali się właśnie pracownicy warsztatów. Po lewej mamy warsztat mechaniczny, po prawej (niedostępny) warsztat elektryczny. Zważywszy, że wszystkie urządzenia w forcie były zasilane elektrycznie, taki rozdział pozbawiony był logiki. Cóż, gdzie kończy się logika, zaczyna się wojsko…

DSC_8023

W niewielkim, bocznym korytarzu znajduje się garaż dla kolejki obsługującej fort. Wagoniki były dwojakiego rodzaju – większe, bez uchwytów, przeznaczone do współpracy z małą lokomotywą elektryczną, oraz mniejsze, z uchwytami, które mogły być pchanie przez żołnierzy bez pomocy maszyny. Lokomotywa wygląda na zmęczoną życiem i tak też jest w rzeczywistości. Po wojnie pracowała w kopalni węgla aż do jej zamknięcia i dopiero niedawno wróciła na emeryturę do swojego macierzystego fortu, gdzie czeka na remont który przywróci jej dawną sprawność.

DSC_8026

Koszary to dwa długie, równoległe tunele ciągnące się wzdłuż głównego korytarza. Oświetlona jest tylko niewielka ich część, reszta tonie w mroku. Ogromnym problemem były miejsca do spania dla żołnierzy. W zasadzie tylko komendant fortu dysponował swoim własnym łóżkiem. Pozostali żołnierze spali w jednym łóżku na zmianę lub też wykorzystywali zaimprowizowane miejsca do spania. Podczas pokoju problem doraźnie rozwiązywano, lokując żołnierzy w namiotach na dziedzińcu fortu, jednak było to tymczasowe rozwiązanie problemu, raczej na miesiące ciepłe i oczywiście, zupełnie nie do zastosowania podczas wojny. W czasie alarmu spano wprost na stanowiskach bojowych. Słodkich snów…

DSC_8029

Koszary pozbawione zostały swojego wyposażenie podczas wojny. Wówczas to Niemcy zlokalizowali w nich produkcję zbrojeniową. Pracowali głównie więźniowie.

Blisko koszar, na końcu wąskiego korytarza umieszczono główne wyjście kabli telefonicznych.

DSC_8027

Łączność w forcie była sprawą najwyższej wagi. Podstawą był telefon. Używano małych, ręcznych centralek telefonicznych, zwanych popularnie „pianinem”, w których zmiany połączeń realizowano poprzez przekładanie odpowiednich wtyczek we właściwe gniazdka.

DSC_8031

Nieopodal, po przeciwnej stronie korytarza, znajdowała się kuchnia, zamknięta przed osobami postronnymi żelazną kratą. Tradycyjnie, podzielona była na mniejszą część oficerską oraz dużą kuchnię dla zwykłych żołnierzy. Znajdował się w niej nawet automat do kawy. W armii francuskiej wojaczka bez porannej kawy była nie do pomyślenia 😉 Ciekawostką była codzienna racja wina, przewidziana zarówno dla oficerów jak i zwykłych szeregowych. „Oczywistą oczywistością” było, że dawka oficerska była znacznie większa niż żołnierzy.

Kuchnia oficerska:

DSC_8033  DSC_8034

…oraz żołnierzy:

DSC_8038

Wszystkie urządzenia były naturalnie elektryczne.

Kolejnym problemem był całkowity brak jadalni. Oficerowie jedli więc przy niewielkich stolikach w przejściu, żołnierze musieli zadowolić się składanymi, niczym w pociągu, stolikami umocowanymi do ściany głównego korytarza.

„Stołówka” oficerska:

DSC_8039

… i szeregowych:

DSC_8041

Stoliki ciągną się przez dobre sto metrów wzdłuż ściany. Już to sobie wyobrażam: gorący gulasz nakładany chochlą przy okienku do blaszanej menażki, która natychmiast zaczyna parzyć w palce a następnie sprint wzdłuż korytarza do wolnego stolika, który może trafić się za dobre kilkadziesiąt metrów. Do tego czasu gulasz zdąży wystygnąć. Trzeba jeszcze uważać, by w ciemności nie przewrócić się na torowisku kolejki. W korytarzu panuje mrok, mimo oświetlenia elektrycznego. Lampy dziś są w tej samej ilości i w tych samych miejscach, w których zamontowano je niemal 80 lat temu. Dziś jednakże świecą się w nich żarówki o mocy 40W, podczas gdy w oryginale były 15-stki… Na stanowiska bojowe i obserwacyjne posiłki transportowano w specjalnych termosach.

DSC_8037

Niedaleko znajdował się węzeł sanitarny. Higiena była bardzo ważną sprawą w sytuacji, gdy ponad pół tysiąca żołnierzy musi przebywać długi czas w zamknięciu. O epidemię w takich warunkach nietrudno. Na początek mamy umywalnię, która służyła do żołnierzom do mycia, ale także prania. Dalej były kabiny prysznicowe z ciepłą wodą. Każdemu żołnierzowi przysługiwał jeden ciepły prysznic tygodniowo. W pierwszej chwili wydaje się to być bardzo mało. Ale przecież 80 lat temu ogromna większość domów nie posiadała żadnej łazienki a o takim luksusie jak bieżąca, ciepła woda, wielu nawet nie śmiało marzyć. Można więc powiedzieć, że w forcie pod tym względem żyło się luksusowo.

DSC_8079

Jako ubikacje służyły dziury w podłodze, jednak „w porcelanie” – rzecz praktyczna, łatwa do mycia i dezynfekcji.

DSC_8065

W samym centrum fortu znajdowało się stanowisko dowodzenia i kierowania ogniem. Aby się do niego dostać, trzeba odbić w lewo od głównego chodnika o przejść kilkadziesiąt metrów wąskim korytarzem. Po jego prawej stronie ciągnie się rząd drzwi. To pokoje dowódcy i oficerów, połączone wewnątrz drzwiami – pozwalały one przejść z najdalszego pokoju aż do centrali, bez użycia korytarza.

DSC_8043 DSC_8044

Wewnątrz pokoju dowódcy. Luksus – własne łóżko. Jak wspomniałem już wcześniej, w forcie chronicznie brakowało miejsc do spania. Żołnierze i oficerowie, oprócz dowódcy, musieli spać na wspólnych łóżkach na zmianę.

DSC_8047

Samo stanowisko dowodzenia jest duże – oprócz sterowania ogniem samego Fortu Michelsberg, koordynowało ono współdziałanie kilku sąsiednich, mniejszych fortów. Okazuje się, że sterowanie ogniem fortu nie jest prostą sprawą. Trzeba uwzględnić wiele czynników: siłę wiatru, temperaturę powietrza i jego wilgotność, opady… Fort był w stanie prowadzić skuteczny ostrzał na dystansie 12 km, co oznacza że mógł razić cele na terytorium Niemiec.

DSC_8024

Główny korytarz prowadzi dalej, do części bojowej fortu. Po drodze zwęża się znacznie – celem obniżenia kosztów całego przedsięwzięcia. Boczne korytarze, prowadzące do kolejnych części bojowych fortu odchodzą od głównego chodnika pod „dziwnymi” kątami. Otóż liczono się z możliwością eksplozji amunicji zgromadzonej w poszczególnych magazynach bloków bojowych i takie a nie inne ukształtowanie tunelu zapobiegać miało rozprzestrzenieniu się ewentualnej fali uderzeniowej do części mieszkalnej fortu i zminimalizować ryzyko dla ludzi w razie nieszczęścia.DSC_8050  DSC_8051

W części bojowej wydzielono specjalną część techniczną. Wieże artyleryjskie potrzebowały do swego działania prądu stałego. Jak wiadomo, w forcie go nie produkowano. Wobec tego „prostowano go” w znany już nam sposób, przy użyciu elektrycznego generatora.

DSC_8052  DSC_8053

System transportu na stanowisko ogniowe składa się ze specjalnych szyn zamocowanych do stropu korytarza – dokładnie ten sam system można było zobaczyć w jednym z odcinków niezapomnianej komedii duńskiej pt. „Gang Olsena”. Skrzynka z amunicją, podwieszona na szynie, nawet dziś, po osiemdziesięciu latach od zbudowania fortu, porusza się lekko – wystarczy ją popchnąć jedną ręką, żeby odjechała sama na kilkanaście metrów.

DSC_8058  DSC_8060

Amunicję z magazynów transportowano na górę, do wież artyleryjskich, przy pomocy windy. Jednak surowo zabronione było korzystanie z niej przez żołnierzy. Musieli oni zasuwać na piechotę po stromych schodkach wokół szybu windy. Przypomina to trochę rozwiązanie stosowane w starych kamienicach.

DSC_8063

Jeszcze na dolnym poziomie znajduje się centrala kierowania ogniem wieży artyleryjskiej. To tu wszelkie rozkazy z centrum dowodzenia fortu trzeba przetworzyć na konkretne parametry, które podane zostaną obsłudze dział. Do komunikacji z obsługą dział nie używano telefonów – z prostej przyczyny. Pośród wrzawy bojowej, wśród huku wystrzałów armatnich rozkazy mogłyby być źle zrozumiane. A jak mówi stare, wojskowe przysłowie: „każdy rozkaz, który może być źle zrozumiany, będzie źle zrozumiany”. „Ile to miało być? Jeden? Czy siedem?”.

Aby zapobiec tego typu problemom zastosowano specjalny telegraf analogowy. Parametry przekazywano, ustawiając pokrętłem wskazówki na specjalnej tarczy. Telegraf na górze pokazywał identyczne wartości. Aby obsługa zauważyła, że nadszedł nowy rozkaz, zapalano specjalne czerwone światełko, widoczne w lewym górnym rogu obudowy urządzenia. Rozwiązanie proste i skuteczne.

DSC_8061

Obsługa miała tu swoje miejsca do spania oraz ubikację.

DSC_8062

Zaczynamy wspinaczkę. Mój przewodnik zwraca uwagę aby uważać, bo schodki są śliskie. Ponieważ kompresory nie działają, powietrze z zewnątrz dostaje się do przedziału bojowego a zawarta w powietrzu para woda skrapla się na chłodnych elementach wyposażenia fortu.

Dochodzimy do podstawy wieży artyleryjskiej. Jest potężna. Ze swoją masą 265 ton jest ona największym typem wieży, jaki zastosowano na całej Linii Maginota. Mimo swej ogromnej masy, można wprawić ją w ruch korbą przy użyciu jednej ręki – zawdzięcza to nie tylko odpowiedniemu przełożeniu trybów mechanizmu korbowego, ale przede wszystkim idealnemu wyważeniu. Ciężar kopuły pancernej jest zrównoważony specjalnym przeciwciężarem na końcu długiego ramienia dźwigni.

DSC_8067  DSC_8068

Znów schody. Mimo iż przez wiele lat mieszkałem w bloku i teoretycznie powinienem być dobrze zaprawiony w chodzeniu po schodach, dostaję w pewnym momencie zadyszki. Pocieszam się, że nie tylko ja. Mój przewodnik także.

Wreszcie jesteśmy. Oto i kopuła pancerna. A raczej stanowisko sterowania. Znajduje się tu drugi telegraf oraz urządzenia służące do ustawienia zadanych parametrów, przekazywanych drogą telegraficzną z centrali. Celowaniem jako takim nikt się tu nie zajmował.

DSC_8070

Oprócz tego pracowali tu żołnierze podający amunicję do specjalnego, automatycznego podajnika. A raczej dwóch podajników. A właściwie to nawet czterech. Wróć.

Sercem systemu było podwójne, sprzężone, szybkostrzelne, półautomatyczne działo kalibru 75 mm. Dziś, z perspektywy czasu,  może wydawać się to dość skromnym kalibrem. Pamiętać jednak należy, że na początku wojny te działa były dużo więcej niż wystarczające. Dla każdego z dział konieczny był automatyczny podajnik amunicji, jako że szybkostrzelność teoretyczna dla każdego działa wynosiła 30 strzałów na minutę. Oznacza to, że kopuła (dwa działa) była w stanie „wypluć z siebie” w ciągu minuty nawet 60 pocisków! Działa mogły strzelać różną amunicją – burzącą, odłamkową, przeciwpancerną. Szybkostrzelność działa sprawia pewien kłopot w momencie gdy przychodzi rozkaz, aby np. dwudziesta salwa została oddana przy pomocy amunicji specjalnej. Tymczasem w podajnikach amunicja podstawowa płynie nieprzerwanym strumieniem. Wobec tego zastosowano specjalne, ręczne podajniki na amunicję specjalną.

Bezpośrednią obsługę dział już w pancernej kopule bojowej stanowiło pięciu żołnierzy. Po dwóch ładowało amunicję do każdej z armat (puste łuski po strzale wyrzucał automat), piąty zajmował stanowisko obserwacyjne pomiędzy lufami dział.

Przy tak dużej szybkostrzelności powstawał problem z chłodzeniem luf armatnich. Nawet jeśli w praktyce szybkostrzelność spadałaby o połowę w stosunku do teoretycznej, to jednak wystrzał ciężkiego pocisku co trzy – cztery sekundy nadal powoduje duże obciążenia cieplne.

Poradzono sobie w ten sposób, że lufy dział dostały… płaszcz wodny. Tak, armaty chłodzone były cieczą a potężny zbiornik wody chłodzącej znajduje się w przedziale sterowania kopuły bojowej. Liczono się również z tym, że przy tak wysokiej szybkostrzelności lufy mogą stosunkowo szybko się zużywać albo nawet ulegać uszkodzeniom. Wobec tego tak zaprojektowano same działo, aby lufa była częścią łatwo wymienną i można było ją jak najłatwiej i najprościej wymienić. Czas takiej operacji liczono podobno w minutach.

Tak wygląda działo wymontowane z kopuły:

DSC_8032

Przyznać trzeba, że jest to wyjątkowo przemyślana konstrukcja. Działo jest sprawne i można „na sucho” wypróbować działanie półautomatu.

DSC_8078

Zwiedzanie baterii dział bloku bojowego to ostatni punkt wizyty w Forcie Michelsberg. Pozostaje już tylko powrót długimi, wilgotnymi i chłodnymi korytarzami, których mrok nieśmiało rozprasza delikatne światło słabych żarówek…

Prawdziwe podziemne miasto…

Muszę przyznać, że jestem pod ogromnym wrażeniem francuskiej techniki wojskowej. Trudno nie być. Nie umniejszają jej w niczym niewielkie niedociągnięcia czy błędy w konstrukcji, nieuniknione przecież przy takiej skali przedsięwzięcia. Zresztą, nawet niemieccy żołnierze byli pod jej wrażeniem, oczywiście wbrew oficjalnej propagandzie.

DSC_8077

Często zadawane jest pytanie, czy budowa tak potężnych fortyfikacji miała w ogóle jakikolwiek sens w warunkach nowoczesnego pola walki? Czy nie było to przypadkiem marnotrawstwo środków, które spożytkować można by było w bardziej sensowny sposób?

Cóż, mógłbym się zasłonić tzw. Małą Linią Maginota, znajdującą się na granicy z Włochami, która wykonała swoje zadanie w 100%, dziesiątkując nacierające wojska Mussoliniego i nie pozwalając mu zająć południowej Francji.

Zamiast tego zajmiemy się pokrótce wojenną historią Fortu Michelsberg.

Jak wiemy, oddany został do użytku w roku 1937, po siedmiu latach prac budowlanych. Pierwszy alarm bojowy ogłoszono już w 1938 roku, po zajęciu przez wojska niemieckie Czechosłowacji. We wrześniu 1939 roku ogłoszono kolejny alarm bojowy. Tym razem miano pełną świadomość że żarty się skończyły. Załoga fortu była kompletna i wynosiła 515 żołnierzy i oficerów.

W roku 1940, podczas bitwy o Francję właściwa Linia Maginota, jak wiemy, został ominięta przez wojska niemieckie atakiem przez Belgię, Holandię i Luksemburg.

Fort Michelsberg wraz ze swoją załogą nie brał udziału w walkach. Żołnierze mogli co najwyżej przyglądać się, jak fatalnie dowodzone wojska francuskie ponoszą spektakularną klęskę.

W momencie gdy Francja chyliła się ku upadkowi, z punktu widzenia Niemców powstała dziwna sytuacja. Otóż przy samej swojej granicy mają uzbrojone po zęby forty, które w większości wcale nie zamierzają się poddawać bez walki.

Wróg postanawia atakować forty pojedynczo, po kolei. 20 czerwca 1940 roku Fort Michelsberg dostaje się pod ostrzał słynnych dział 8,8 cm. Bateria fortu nie pozostaje dłużna. Tylko w ciągu pierwszych dni działa Fortu wystrzeliwują w kierunku pozycji niemieckich ponad 6000 pocisków. „Morze ognia” – tak w swych pamiętnikach opisywali te zmagania weterani.

Najcięższe walki przypadają na 22 czerwca. Wobec braku jakichkolwiek postępów Niemcy koncentrują swój ostrzał na najbardziej wysuniętym Bloku nr 2 mając nadzieję, że uda się je wyeliminować z walki po kolei. Próżne nadzieje. Fort odpowiada celnie. Bateria „osiemdziesiątek ósemek” zostaje praktycznie wyłączona z walki, tracąc ludzi, niemal cały sprzęt i dowództwo. Straty niemieckie są katastrofalne. Działa fortu tymczasem, po rozgromieniu baterii dział 8,8 cm kontynuują ostrzał pozycji niemieckich, tym razem położonych dalej, na kierunku Hombourg Budange, także i tu dokonując pogromu niemieckiej artylerii. Tego samego dnia Francja kapituluje.

Nie oznacza to jednak wytchnienia dla żołnierzy Wehrmachtu oblegających Fort Michelsberg oraz pozostałe umocnienia. Walki na Linii Maginota trwają aż do 4 lipca 1940 roku…

Fin.

DSC_8117s

Koniec.

Festiwal czarownic

DSCN8980

Wąska wstęga szosy tonie w zieloności. Miasta, pełne dymiących hut i fabryk zostały nagle gdzieś daleko w tyle. To niesamowite, jeszcze kilkanaście minut temu otaczała mnie wysoka cywilizacja. Teraz czuję się, jakby cofnął się czas. Jeszcze przez jakiś czas towarzyszy mi z prawej strony mało uczęszczana, jednotorowa linia kolejowa. Jednak i ona w pewnej chwili zakręca dość mocno i ucieka w stronę cywilizacji. Szosa szerokim łukiem omija niewielką, ale stromą górę.

DSCN8978 DSCN8979

Na rozstaju, przy niewielkim młynie, który dziś jest małą restauracją od czasu do czasu nawet czynną, znajduje się mała tablica z mapą.

DSCN8982

Widać z niej wyraźnie, że w środku bardzo zurbanizowanego terenu pozostała zielona plama. To właśnie tereny mojej dzisiejszej wycieczki. Nawierzchnia szosy momentami jest mocno zniszczona. Jeszcze tylko kilka ostatnich domków i asfalt również się kończy. Zaczyna się gorsza nawierzchnia, „kocie łby” w charakterystycznym, „górskim” wydaniu.

DSC_7982

Pomiędzy górami ukryta jest niewielka dolina. Jest ona niemal niezamieszkała, co bardzo kontrastuje z mocno zaludnioną okolicą. To królestwo łąk i lasów.

Brukowane fragmenty drogi zresztą chwilę później także mają swój koniec. Pozostają tylko polne dróżki. Nie wszędzie wolno wjechać. Czasem trzeba zostawić zaprzęg i dalej powędrować pieszo.

Bywa i tak, że przejechać niby wolno, tylko drogę zagradza strumień Idesbach, od którego dolina wzięła swoją nazwę. Mostki są, ale można po nich przeprowadzić co najwyżej rower…

DSC_7968

Cudowny, stary drzewostan.

W zasadzie na tym można by zakończyć opis tej wycieczki. Jest jednak jedna rzecz, która nie daje mi spokoju. Dlaczego dolina jest tak słabo zasiedlona?

DSCN8687

Odpowiedź (jedna z możliwych) jest dość zaskakująca. Dolina ta w ludowych wierzeniach „od zawsze” miała być miejscem sabatów czarownic, na których to owe niewiasty parające się czarną magią a pozostające pod wpływem mocy diabelskich miały się spotykać, tańcować a przede wszystkim radzić, jak szkodzić rodzajowi ludzkiemu, przywoływać choroby, niszczyć plony i wywoływać burze.

DSCN9184

Brzmi jak wstęp do niezłej baśni? Niezupełnie. Rzeczywistość kilkaset lat temu była dużo mniej bajkowa. Co ciekawe, początki polowań na czarownice to koniec XIV wieku. Wcześniej zjawisko to nie było znane, co nie znaczy, że ludzie nie wierzyli w moce nadprzyrodzone. Wcześniej ochronę osobom posadzanym o czary zapewniał dokument Canon Episcopi z roku 906, w którym co prawda czary były czynem zabronionym, jednak nie groziła za nie kara śmierci. Racjonalnie tłumaczono w nim, że sabaty czarownic i ich loty na artykułach AGD (miotły, widły itp.) to tylko wytwory wyobraźni.

001r

Sytuacja zmieniła się w latach 20-tych XIV wieku. Zabobonny papież Jan XXII wydał edykt Super lllius Specula, w którym polecał, aby na całym obszarze kościelnym karać za czary tak samo, jak za herezję. Jaka miałaby być to kara? Pokazał to sam Jan XXII, który nakazał spalić na stosie jako heretyka Huguesa Gerarda, biskupa Cahors, bowiem ten miał rzucić na papieża urok. Cóż, był to wygodny pretekst aby pozbyć się wroga. Ciemny lud wszystko kupi, jak mawiał „klasyk”.

W 1484 roku papież Innocenty VIII wydał bullę Summis desiderantes affectibus. Potępia ona plagę czarów w dolinie Renu (także w rejonie Idesbach) oraz delegowała inkwizytorów Heinricha Kramera i Jakoba Sprengera do wykorzenienia szatańskich praktyk w Niemczech.

Ciekawostką jest, że bulla nie wymienia z nazwy miejscowości ani nawet jednym słowem nie opisuje bezeceństw, jakie miałyby się tam za pomocą mocy diabelskich dokonywać. Z tego powodu można wysnuć wniosek, że tak naprawdę nic niepokojącego nie miało tam miejsca a w związku z tym także papiescy wysłannicy nie mieli prawa używać swoich uprawnień w celu sądzenia i skazywania podejrzanych.

002r

Wróćmy jednak na chwilę do naszych inkwizytorów, Heinricha Kramera i Jakoba Sprengera. Dwa lata później, w roku 1486 ukazuje się „Młot na czarownice” (Malleus Maleficarum) – „podręcznik dla łowców czarownic”. Jako autorzy widnieją, a jakże, nasi znajomi. Okazuje się jednak, że najprawdopodobniej Kramer napisał swoje „dzieło” sam. Dla zwiększenia powagi swej książki dopisał, jako współautora, szacowniejszego „kolegę po fachu”. Oczywiście nie pytając go o to. Sprenger nigdy mu tego nie wybaczył. To zresztą nie jedyne fałszerstwo Kramera związane z „Młotem na czarownice”. Swoją książkę Kramer przedstawił bowiem do aprobaty wydziałowi teologicznemu Uniwersytetu w Kolonii a uzyskaną opinię dołączył do swego dzieła wraz ze wspomnianą już bullą papieską z 1484 roku. Opinię wydziału teologicznego jednak wcześniej lekko „poprawił” – czyli mówiąc krótko i rzeczowo – sfałszował.

Tak powstała najważniejsza księga inkwizycji. Składa się z trzech części. W pierwszej „udowadnia”, że magia istnieje. Część druga opisuje jej formy a trzecia – sposoby wykrywania, sądzenia i pozbywania się wiedźm. Zawiera nawet katalog tortur oraz ich rekomendowaną kolejność. „Dzieło” wyjaśnia również, dlaczego to kobiety częściej miałyby parać się czarami – tłumacząc to oczywiście maksymalnie seksistowsko. Kobiety według niego miały być słabe – także w wierze, niewierne, łatwowierne i rozpustne i przez to podatne na diabelskie podszepty. Czytając polski przekład Malleus Maleficarum trudno oprzeć się wrażeniu, że Kramer miał w stosunku do kobiet jakieś kompleksy. Zresztą, dopiero „Młot na czarownice” ugruntował pojęcie niewiasty – czarownicy. Wcześniejsze pisma traktowały sprawę bardzo parytetowo, nie wskazując, kto ma z natury lepsze predyspozycje do kontaktów z siłami nieczystymi. Kramer najwyraźniej nie grzeszył specjalnie inteligencją, bowiem jego „dzieło” zawiera nawet dowcip antyklerykalny przedstawiony tak, jakby opisywał wydarzenie które zdarzyło się naprawdę a i z dowodzeniem swoich racji ma spore problemy. Często zresztą nawet nie próbuje niczego dowodzić a zebrany przez niego materiał ma wartość plotki. Zabezpiecza się jednak stwierdzeniem, że jeśli nie wierzysz w czary i rzeczy opisane w księdze, toś heretyk i tak czy siak stos cię nie ominie.

003r

Mimo iż książka Kramera tak roi się od głupot, że niemal rozrywa czerep, doczekała się kilkudziesięciu wydań i wielu przekładów. Tak oto, uzbrojeni w durną książkę inkwizytorzy rzucili się do pracy. Szło im całkiem nieźle; w najgorszym pod tym względem czasie, tylko w latach 1587-1593 i w samym tylko Trewirze obróbce termicznej poddano aż 368 osób. Warto dodać, że cała populacja Trewiru liczyła wówczas około 7000 mieszkańców…

Rzecz jasna, na Malleus Maleficarum poznano się już dość wcześnie i już w 1538 roku osławiona hiszpańska inkwizycja zaleciła swoim pracownikom, aby nie wierzyli we wszystko, co zawiera książka.

Dlaczego jednak dopiero w końcówce średniowiecza wybuchła taka histeria? No cóż, można by wskazać na bullę papieża Innocentego VIII i stwierdzić, że to on właśnie zapoczątkował okres prześladowań. Jednak jest to zbytnie uproszczenie sprawy, chociaż stwierdzenie, że dał do tego zielone światło nie jest tak do końca bezpodstawne. Bulla nie została przecież wydana bez powodu. Powód był jednak inny, niż mogłoby się wydawać. Schyłek średniowiecza, tak jak to z końcami różnych epok bywa, nie było okresem spokoju. Do klęsk zarazy, głodu i wojny doszły jeszcze starcia religijne, schizma w kościele oraz odkrycia geograficzne. Nagle zaczął walić się stary porządek świata a możnym ówczesnego świata grunt może się jeszcze nie palił pod stopami, ale zaczynał już mocno parzyć w podeszwy.

Potrzeba było kozła ofiarnego, kogoś, na którego będzie można zwalić winę za całe zło tego świata. Postać jak najbardziej realną, fizyczną, z krwi i kości, na której można byłoby wziąć odwet – w odróżnieniu od diabła, który jest przecież tylko wytworem wyobraźni i nie da się na nim zemścić. I znaleziono – czarownice. Paradoksalnie, w tych łowach na czarownice nie chodziło wcale o ich wyeliminowanie. Wręcz przeciwnie. Chodziło o to, aby je produkować, kreować w świadomości społecznej. Były one niezbędne aby przypisać komuś winę za nieszczęścia. Szczególnie zaś potrzebne były one klasom rządzącym (duchowieństwu i szlachcie), bowiem skutecznie odwracały niezadowolenie pospólstwa od nich samych, kierując je jednocześnie ku „czarownicom” i siłom nadprzyrodzonym. W ten sposób usiłowano utrzymać, jak długo się da, wygodny dla nich porządek świata. A że niewinni ludzie tracili życie… Było to o tyle mało interesujące dla ówcześnie panujących, że represje w związku z czarami rzadko dotykały klasy wyższe. Należałoby także dodać, że samo podejrzenie o konszachty z diabłem nie równało się skazaniu. Jednak zachodziła tu wyjątkowo prosta zależność – im jesteś bogatszy i wyżej postawiony, tym mniejsza szansa że zostaniesz skazany.

Do polowań na czarownice powołano specjalny aparat prokuratorsko – śledczo – lekarski, gdyż uważano, że lekarz jest w stanie odróżnić naturalne symptomy chorobowe od „magicznych”. Do oskarżenia nie trzeba było wiele. Wystarczyło „wskazanie” przez osobę już sądzoną albo zwykły donos. Wykorzystywali to na szeroką skalę różni szubrawcy. Dłużnicy donosili na wierzycieli, władze miejskie na bezdomnych w celu szybkiego rozwiązania „problemu” i tak dalej.

„Wiedźmy z Idesbach” sądzono w położonym niedaleko zamku Siersburg.

Do dziś pozostała z niego ruina, częściowo zrekonstruowana.

Ale o samym zamku opowiemy innym razem.

Wszystko co dobre ma swój kres. Pogoda zaczyna się zmieniać. Zresztą, nic zaskakującego. Od samego rana zanosiło się na pierwszą, prawdziwą, wiosenną burzę.

Pozostawało mi tylko przeczekać ją w jakimś ustronnym miejscu, jechać i dać się zmoczyć albo… zastosować metodę „odczyniania” burz (ponoć niezawodną), opisaną przez Kramera w „Młocie na czarownice”.

DSCN9204

Nie zawiodłem się. Nie zadziałało.

DSCN8980

Polskie wydanie „Młota” ukazało się w 1614 roku. Z jego treścią oraz innymi nieskutecznymi metodami na całe zło tego świata można zapoznać się tutaj:

03. kră¤mer heinrich i sprenger jacob – mĺ-ot na czarownice

Chełmno – w cieniu Torunia

dscn9446

„Cudze chwalicie, swego nie znacie” – te słowa klasyka pasują do Chełmna jak ulał. Urokliwe średniowieczne miasteczko schowało się bowiem w cieniu swojego słynnego „brata” Torunia do tego stopnia, że mało kto wie w ogóle o jego istnieniu. A samo miasto jest bardzo ważne i zasłużone dla historii.

Wstyd się przyznać, ale dotychczas bywałem w Chełmnie tylko przejazdem i nie udało mi się nigdy zwiedzić go chociaż pobieżnie. Tym razem, korzystając z niemal całkowicie wolnego dnia, postanowiłem te zaległości wreszcie nadrobić.

Ten „niemal” wolny dzień zaczął się od przymusowej wizyty w Bydgoszczy. Ponieważ okazało się, że jestem niemal godzinę za wcześnie, postanowiłem udać się do pobliskiego Żołędowa. Znajduje się tam całkiem klimatyczny bar:

Sceneria trochę kiczowata, ale co tam. Po wykonaniu serii zdjęć wróciłem do Bydgoszczy, gdzie już bez przeszkód udało mi się pozałatwiać swoje sprawy.

Jeszcze rzut oka na Brdę:

No właśnie. Czas na wycieczkę był co najmniej nieszczególny. Na przełomie maja i czerwca 2010 roku,  po obfitych opadach deszczu Wisła wzbierała w oczach i jej wystąpienie z brzegów było już tylko kwestią czasu. Ogłoszono już alarm powodziowy, rozpoczęto ewakuację zagrożonych obszarów. Czyli jednym słowem: niewesoło.

Jadąc z dala od głównej szosy kilkakrotnie miałem okazję zobaczyć na własne oczy, jak wygląda Wisła:

W Toruniu sytuacja także nie wyglądała zbyt różowo. Na Kępie Bazarowej woda wzbierała w oczach.

Bulwar na szczęście nie był jeszcze zamknięty. Korzystając z okazji, postanowiłem również pozałatwiać sprawy w Toruniu, których to uzbierało się trochę.

Niestety, na starówce zostałem zaatakowany przez ekipę jednej z telewizji, której nazwy z litości nie wymienię. Na nic moje uniki – o tej porze byłem jednym z niewielu przechodniów na Szerokiej. Mimo brawurowej ucieczki zostałem osaczony. Na starcie zostałem zaatakowany pytaniem o sposób przeprowadzenia wyborów na terenach zalanych przez powódź – „na amfibiach czy może lepiej na pontonach?” Debilność pytania w pierwszej chwili ścięła mnie z nóg. Zdołałem tylko wykrztusić, że są w tej chwili ważniejsze problemy a szanowna Pani zajęłaby się może czymś pożyteczniejszym niż robienie z ludzi idiotów. Na tym wywiad się skończył a ja tym sposobem nie zostałem gwiazdą TV – o przepraszam, celebrytą*.

Z Torunia już bez przeszkód udałem się prosto w kierunku Chełmna. Jeszcze w kilku miejscach mam okazję przejeżdżać przez szosę przykrytą już wodą przesączającą się przez namoknięte wały powodziowe… Nazwa „Chełmno” ma bardzo stary rodowód. Pochodzi ona od słowa „chełm” (czyli wzgórze) i dosłownie oznacza ona „miasto na wzgórzu”.

Przejeżdżam przez niepozorną wieś Kałdus. To właśnie tu lokowano po raz pierwszy Chełmno, które stanowiło wówczas gród wyznaczający północną granicę państwa pierwszych Piastów. O skali ważności grodu świadczy fakt odkrycia w nim pozostałości romańskiej katedry, równowiekowej z podobnymi budowlami z Gniezna, Poznania, Wrocławia i Krakowa.

Miasto później wędrowało, długo nie mogąc znaleźć dla siebie miejsca. Najpierw przeniesiono je w miejsce dzisiejszej wsi Starogród i w XI-XII wieku pełniło rolę grodu kasztelańskiego.

Starogród dziś:

dscn0102

Widok z dawnej góry zamkowej:

Oraz smutna historia zamku:

dscn0269

W 1228 roku Krzyżacy wybrali Chełmno na stolicę ziemi chełmińskiej a w latach 1236 – 1251 pełniło ono rolę stolicy państwa zakonnego. 28 grudnia 1233 roku, wraz z Toruniem, otrzymało ono prawa miejskie. Stało się ono wzorcem dla lokacji niemal 200 miast wschodniego Pomorza  i Mazowsza. Prawa miejskie odnowiono w roku 1251, po pożarze który spustoszył miasto.

W XIII wieku miasto przeniesiono na obecne miejsce, lokując je „na surowym korzeniu”. Samo pojęcie oznaczało, iż miasto zakładano w miejscu dotychczas niezagospodarowanym i niezamieszkałym. Mimo wielu niedogodności takiego rozwiązania miało ono również swoje zalety – pozwalało na od samego początku na zaplanowanie jego wyglądu w najdrobniejszych szczegółach, wyznaczenie głównego placu, ratusza, kościołów, wytyczenie ulic.

Kilkanaście kilometrów przed Chełmnem – kościółek o ciekawej architekturze. Niestety, zamknięty na głucho.

dscn9432

Chełmno na nowym miejscu przeżywało najlepszy okres w swojej historii. Wstąpiło nawet do Hanzy, jednak nigdy nie uzyskało takiego znaczenia jak Toruń. Największy rozkwit przypadał na wiek XIII i XIV; planowano nawet utworzyć tu uniwersytet. Potem bywało różnie a od XVII/XVIII wieku można już mówić o upadku miasta. Pewien rozkwit następuje w wieku XIX – powstają nowe kamienice. Niestety, rozbiórce ulegają za to dawne bramy miejskie – z siedmiu ocalały tylko dwie, dawny szpital i klasztor.

Mimo wszystko miasto utrzymało swój dawny klimat i regularną, średniowieczną zabudowę.

Swój pobyt w mieście zaczynam od objechania rynku. Nie jest to zbyt dobry pomysł. Mimo iż jest sucho, to jednak kamienna nawierzchnia jest śliska. Na dodatek pasy dla pieszych wymalowano akurat na zakręcie w taki sposób, że nie sposób ich ominąć. Żeby było zabawniej – chyba chlorokauczukiem. Dodać tylko mogę, że motocykl miałem „obuty” w sławetne opony „Mitas”, które są trwałe, ale mają dość kiepską przyczepność. W efekcie następuje piękny uślizg przedniego koła i już tylko krok dzieli mnie od efektownej gleby.

dscn9443

Rynek stanowi plac o wymiarach 111 metrów na 156 metrów. W jego centrum stoi biały ratusz, chyba najbardziej znana budowla Chełmna. Wzniesiono go około 1298 roku. Pierwotnie był dużo mniejszy i niższy niż obecnie, posiadał dwa piętra i wieżę. Mieścił skarbiec, wagę miejską a także pomieszczenia reprezentacyjne. Z tego czasu pochodzi także „pręt chełmiński” na zachodniej ścianie. Był to podstawowy wzorzec długości w średniowiecznym Chełmnie.

dscn0175

W latach 1567-1597 ratusz rozbudowano. Budynek zwiększył swoje rozmiary ponad dwukrotnie. Wybudowano nową wieżę z zegarem, ratusz zyskał wygląd renesansowy. Raz jeszcze przebudowany został w XIX wieku, wybito wtedy nowe otwory okienne.

Zmieniło się też otoczenie. Zniknęły kramy, dom kupiecki, studnia i pręgierz. Dawne, gotyckie kamienice zastąpiły XIX i XX – wieczne budynki.

dscn0206

Z dawnego Chełmna pozostał tylko dawny układ ulic, mury miejskie i kościoły. Pobudowano tu ich sporo w tym trzy duże – pierwotnie Krzyżacy planowali uczynić z Chełmna swoją stolicę. Wszystkie powstały w tym samym czasie, pod koniec XIII wieku. Nie udało się dotrwać do naszych czasów tylko jednemu.

dscn9435

Największym z nich jest fara, czyli pod wezwaniem Wniebowzięcia Najświętszej Marii Panny. Była to również jedna z największych budowli sakralnych państwa krzyżackiego i zarazem wzór do budowy kolejnych tego typu obiektów. Jest ściśle orientowana na osi wschód – zachód. Powstawała najprawdopodobniej w dwóch etapach w latach 1280 – 1320 na miejscu wcześniejszej świątyni drewnianej.

dscn9436  dscn9437

Charakterystyczną cechą kościoła jest jego dwuwieżowa fasada. Jest ona niesymetryczna; prawa wieża jest o wiele niższa niż lewa. Według legendy, prace nad wieżą przeciągały się i aby dotrzymać  planu zdecydowano się pracować także w niedziele i święta. Nie zyskało to niebiańskiej aprobaty i w ledwie ukończoną wieżę trafił piorun, niszcząc jej górne kondygnacje.

dscn0236

Prawda jest dużo bardziej prozaiczna. Podczas budowy w prawej wieży wybuchł pożar, co było przyczyną klasycznej, średniowiecznej katastrofy budowlanej – rzecz wówczas wbrew pozorom dość częsta. Nic nadzwyczajnego. Jednak w wyniku tych nieprzewidzianych komplikacji przekroczono plan finansowy oraz terminy i na dokończenie nieszczęsnej wieży nie starczyło już zwyczajnie pieniędzy… Istoty niebiańskie być może i potrafią stworzyć świat w kilka dni, ale na pewno zupełnie nie radzą sobie w kwestiach finansowych 😉

Lewa wieża została jednak ukończona a dziś udostępniono ją do zwiedzania.

dscn0169

Z jej szczytu można podziwiać przepiękną panoramę miasta.

Czy trzeba mówić więcej?

dscn0246

Wewnątrz świątyni, przy jednym z filarów znajduje się ołtarz, który ostatnio, na fali mody, rozsławia Chełmno w całym kraju: zawiera on bowiem relikwiarz a w nim szczątki św. Walentego. Nie jedyne w Polsce, które uznaje się za resztki ziemskiej powłoki tegoż świętego, ale jednak najbardziej znane. W pobliżu wejścia zawieszony jest świecznik w kształcie głowy jelenia. Oprócz tego, że wygląda oryginalnie, jest on także… barometrem.

dscn0249

Dzieje się tak za sprawą reagującej na zmiany wilgotności konopnej liny, na której świecznik jest zawieszony. Gdy jest ładna pogoda, głowa obraca się w kierunku ołtarza. Podczas złej pogody spogląda ona w kierunku wejścia.

Tym razem nie może się zdecydować.

Posadzka a w niej coś dużo starszego od samej fary:

dscn0254

„Lepsze jutro było wczoraj…”

dscn0107

Inną budowlą, która pamięta lepsze czasy, jest podominikański kościół pod wezwaniem św. Piotra i św. Pawła. Powstał na początku XIII wieku, jednak jego budowa trwała niemal 100 lat. Aż do kasaty zakonu w 1829 roku służył on dominikanom. Potem, jakby było mało, budynek został uszkodzony przez pożar. Wreszcie, w 1841 roku przekazano go ewangelikom. Mimo to jego stan techniczny jest, ogólnie mówiąc – dość kiepski.

dscn0181

Wnętrze kościoła kryje resztki malowideł oraz płytę grobową pierwszego biskupa chełmińskiego.

Inną ciekawą budowlą jest kościół św. Ducha. Zbudowano go w latach 1280-1290, w XIV wieku dodano do niego wieżę.

dscn9446

Jest to druga świątynia orientowana w osi wschód – zachód. Przez długie lata był to kościół szpitalny. Sam szpital został rozebrany w XIX wieku a od tego czasu kościół pełnił różne funkcje. Był między innymi magazynem wojskowym. Wewnątrz znajduje się ciekawe, drewniane sklepienie kolebkowe.

dscn0226

Również stan tego obiektu pogarsza się z każdym rokiem.

Niedaleko znajduje się najmniejsza i najmłodsza budowla gotycka w mieście – kaplica św. Marcina. Powstanie jej datuje się na XIV wiek. Niestety, zamknięta na głucho.

Największym powodem do dumy są miejskie mury obronne. Dziś liczą sobie aż 2270 metrów długości, co stanowi niemal 90% ich pierwotnej długości. Jest to unikat na skalę światową. Oprócz tego zachowały się 23 baszty. Pierwotna ich liczba nie jest dokładnie znana. Było ich 25 lub 27. Tak jak już wcześniej wspomnieliśmy, nie zachowało się pięć z siedmiu bram miejskich.

dscn9452

Zamku w mieście nigdy nie było – znajdował się nieopodal w Starogrodzie.

Tak to powoli mija dzień na chełmińskiej starówce. Opis i zdjęcia to oczywiście tylko mała część skarbów tego miasta.

dscn0193

Po więcej wrażeń polecam udać się samemu. W końcu to tak niedaleko…

*Celebryta – człowiek znany z tego, że jest nikim.

Willa Borg

DSCN8404

Z Nennig jadę teraz w kierunku Perl. Plus tej sytuacji jest taki, ze wiatr nie wieje już od czoła, tylko nieco z boku a czasem także z tyłu. Wtedy nawet udaje mi się rozpędzić zaprzęg do „cywilizowanych” prędkości, przynajmniej na głównej szosie. O takiej drobnej niedogodności jak „zawiewanie” spalin przez wiatr, dzięki czemu podróżuję monetami w obłoku dymu z własnych rur wydechowych nawet nie ma co wspominać. Kto jeździł dwutaktem, ten wie. „Najkrótsza droga” zaproponowana przez nawigację jest dość zaskakująca. Szosa jest tak wąska, że chwilami wymijanie staje się problematyczne. Cóż, jak powiedział kiedyś klasyk: „zaprzęg motocyklowy w idealny i całkowicie genialny sposób łączy w sobie wszystkie najgorsze wady samochodu i motocykla, tracąc jednocześnie zalety każdego z nich”. Klasyk trochę przesadził. Nie jest wcale tak źle. Poza tym w tego typu pojazdach walory użytkowe dawno ustąpiły już miejsca czemuś trudno mierzalnemu, jednak jak najbardziej realnemu: przyjemności i radości z jazdy. Jeśli przyjąć, że jazda motocyklem solowym leży gdzieś w okolicy maksimum doznań, to dla zaprzęgu brak miejsca na tej skali. Urocze, wiejskie dróżki mają niestety swój koniec. Wjeżdżam do Perl. W miasteczku, z racji jego przygranicznego położenia, ruch samochodowy jest ogromny. Stary motocykl z wózkiem raczej kiepsko się w nim czuje. Niestety, okazuje się, że trzeba przebić się niemal przez całą miejscowość. Z ulgą zjeżdżam na wąską dróżkę prowadzącą do wioski Borg. Tu kilka razy zdarza mi się pobłądzić, bowiem szosa kilka razy gwałtownie zmienia swój kierunek. Jednak wreszcie trafiam na właściwą drogę. Kilka kilometrów wśród pól i łąk pozwala odpocząć od ulicznego zgiełku. Na samym końcu wąziutkiej dróżki czeka miła niespodzianka. DSCN8402 Jest nią park archeologiczny „Villa Borg”. Ponad 100 lat temu odkryto w tym miejscu pozostałości wiejskiej willi z czasów rzymskich. Wykopaliska rozpoczęto jednak dopiero w 1987 roku. Wkrótce okazało się, że willa wraz z przylegającymi do niej budynkami zachowała się w tak dobrym stanie, że możliwa jest jej całkowita rekonstrukcja! DSCN8404 Dzięki temu można przenieść się w czasie i na własnej skórze doświadczyć, jak żyło się na dalekiej rzymskiej prowincji niemal dwa tysiące lat temu. Można się bardzo zaskoczyć. Na teren dawnej posiadłości wchodzi się przez bramę. Wstęp jest płatny i kosztuje 5€. Podobno normalnie wejściówka jest dwa razy droższa, ale trafiłem na wiosenną promocję. Tak czy owak warto. DSC_7928 Po przejściu przez bramę można dopiero oszacować rozmach całego założenia. Willa wraz z przyległymi ogrodami zajmuje obszar 7,5 ha. Sam budynek składa się z budynku głównego oraz dwóch skrzydeł. Środkowa część pełniła funkcję mieszkalną, ale przede wszystkim reprezentacyjną. Prawe skrzydło pełniło funkcje mieszkalne. Z „technicznego” punktu widzenia najciekawsze było skrzydło lewe, w którym znajdowały się toalety, łaźnie, kuchnia i jadalnie. DSC_7819 DSC_7853 DSC_7858 DSC_7819

Nad basenami wypoczywają nimfy… Główny holl ma około 100 m2 i służył do przyjmowania gości. Bezpośrednio z niego można dostać się do innych pomieszczeń, dawniej mieszkalnych a dziś pełniących funkcję muzeum. W jego zbiorach znajdują się liczne znaleziska z terenu willi.

DSC_6812 DSC_6815

Ciekawostką jest „muzeum żywe”, czyli wystawa na której samemu można „podotykać eksponaty”. W tym miejscu można spróbować swych sił w dawnym warsztacie tkackim. Tak na marginesie – była to jedyna praca fizyczna, która „przystawała” wolnej kobiecie. W bogatych domach było to zasadą, w mniej zamożnych – w teorii.

DSC_7917 DSC_7919

Jak zabijano nudę 2000 lat temu? Podobnie jak dziś – grano w różne gry. Najpopularniejsza była gra w kości, jednak nie bardzo wiadomo jaki system punktacji wówczas stosowano. Oprócz zwyczajnego rzutu kośćmi z kubeczka praktykowano bardziej skomplikowane wersje tej gry: rzut na specjalną planszę w kształcie trójkąta z ponumerowanymi polami lub poprzez specjalną wieżę z systemem schodków wewnątrz. DSC_6862 Inną grą bardzo popularną grą, tym razem planszową, której pozostałości znajduje się na terenie całego  imperium, jest „Tabula Lusoria”, czyli rzymska wersja gry w „kółko i krzyżyk”. W skrócie: polega ona na takim ustawieniu swoich trzech pionów, aby utworzyły one linię prostą. W przeciwieństwie do naszej wersji gry w „kółko i krzyżyk”, jej rzymski odpowiednik nigdy nie kończy się remisem.

DSC_6820 DSC_6861

Spacer po muzeum:

DSC_6816 DSC_6823  DSC_6828 DSC_6831  DSC_6836 DSC_6842  DSC_6848 DSC_7901  DSC_7902 DSCN7706

Powszechnie wiadomym jest, że rzymianie czcili wiele bóstw. Jednak to nie wszystko. Powszechnie czczono również bóstwa opiekuńcze, zwane „Larami” i „Penatami”. Lary były bóstwami opiekuńczymi domu oraz szczęścia. Według wierzeń, były one duchami przodków. Posiadały one w domach swoje kapliczki w „atrium” a czasem nawet specjalne pomieszczenie – „lararium”. Przykład lararium (kopia lararium pompejskiego): DSC_7920 Ołtarzyk w lararium w willi Borg: DSC_6952 Nieprzypadkowo na obydwu malowidłach występuje postać węża. Był on w starożytnym Rzymie symbolem szczęścia, urodzaju i płodności oraz trzymał pieczę nad pomyślnym losem całej rodziny. Czyli całkowicie odwrotnie niż w mitologii żydowskiej. Oprócz „Lar” domowych występowały i inne, mające opiekować się marynarzami, żołnierzami, rolnikami, strażniczki dróg i rozstajów (wtedy posiadały na rozstajach dróg swoje kapliczki) a także dobre duchy miast czy całego państwa. Niesamowite wrażenie robi dawna kuchnia. Bez dużej przesady można powiedzieć, że byłaby ona uznana za luksusową jeszcze w dużej części domów w drugiej połowie XX wieku!

DSC_6904 DSC_7821 DSC_7822 DSC_7825 DSC_7830 DSC_7833 DSC_7841 DSC_7843

Wyposażenie wyposażeniem ale co jadano i pijano w bogatszych domach 2000 lat temu? Zacząć należy od tego, że jadano zwykle trzy posiłki dziennie – czyli tak jak dziś. Z tą drobną różnicą, że głównym posiłkiem była kolacja. Każdy posiłek zaczynał się od przekąski, którą z reguły były jajka, kończył się zaś owocowym deserem. Stąd też rzymskie powiedzenie: „ab ovo usque ad mala”, czyli „od jajek do jabłek”, oznaczające że daną sprawę należy załatwić od początku do końca. Podstawą każdego dania był chleb z różnych rodzajów mąki. Z warzyw używano kapusty, sałaty, porów a także czosnku i cebuli, które uważano za rośliny mające wyjątkowe właściwości. Z mięs serwowano głównie wieprzowinę, wołowinę, dziczyznę i ryby. A może wypadałoby powiedzieć: przede wszystkim ryby. Danie główne składało się zwykle z mięsa lub ryb z warzywami. Znano również produkty mleczne i sery, chociaż nie używano masła. Specjalną przyprawą rzymskiej kuchni było „garum”, czyli sos rybny, wzmacniający smak potraw. Była to przyprawa droga i produkowana w specjalnych zakładach według tajnych receptur. „Garum” uważane było zresztą również za środek leczniczy. Każdy posiłek był obficie zakrapiany winem z miodem. Szczególnie ceniono wina aromatyzowane mirrą lub nardem a także żywicą i trzciną. W tym samym celu dodawano także imbir, szafran i kopytnik. Picie wina nierozcieńczonego uważano za duży nietakt. Wino przechowywano w amforach. Drewniane beczki klepkowe są wynalazkiem celtyckim i pojawiły się w rzymskich spiżarniach stosunkowo późno. Kontaktom z celtami rzymianie zawdzięczają również piwo, mimo iż znane było ono już im już wcześniej. Co prawda oficjalnie gardzono nim, twierdząc że to „napój barbarzyńców” i „bezsensowne marnowanie dobrego ziarna”. Warto jednak nadmienić, że było ono ulubionym napojem Juliusza Cezara i jego legionistów. Cezar zresztą uważał je za napój niezwykły, który zapewniać miał Galom słynną odwagę i niespotykaną waleczność. Mimo tego jednak najpopularniejszym napojem w Imperium Romanum pozostało wino.

Z kuchni pora udać się do łaźni.

DSC_6928 DSC_6933

Na początek przebieralnia wraz z podręcznym zestawem kosmetyków. Zanim przejdziemy dalej, mijamy niewielkie pomieszczenie – to toaleta.

DSC_7865 DSC_7868

Tak, wiem. Minimum intymności może nie zapewnia, chociaż w czasach Imperium nikomu to nie przeszkadzało. Toaleta była wówczas doskonałym miejscem spotkań i wymiany poglądów. Coś jak dziś kawiarnie 😉 Ustęp jest stale spłukiwany bieżącą wodą. 2000 lat temu na dalekiej rzymskiej prowincji! Jak sobie przypomnę jeszcze nie tak dawne drewniane sławojki…

Dalej przechodzimy do pomieszczenia do zimnych kąpieli (frigidarium).

DSC_6929 DSC_7869

Za nim znajduje się łaźnia z gorącą wodą (caldarium).

DSC_7874 DSC_7893

Warto wspomnieć, że w średniowieczu, czyli 1000 lat później nawet król czy cesarz zażywał kąpieli w drewnianej balii! Niezbyt często zresztą; średniowiecze miało ogólnie niechętny stosunek do higieny. Zupełnie odwrotnie do antyku. Dalej mamy pomieszczenie do wypoczynku „tepidarium”  z ogrzewaniem podłogowym (hypocastum).

DSC_7876 DSC_7888

Słowo „hypocastum” oznacza dosłownie „podogień”. W pomieszczeniu ogrzewanym tym systemem podłoga była podniesiona około 80 cm powyżej poziomu gruntu i wsparta na szeregu podpórek zwanych pilae. Przestrzenie pomiędzy nimi tworzyły system kanałów powietrznych, które wypełniało gorące powietrze ze specjalnego pieca.

DSC_7877 DSC_7878

System ten zapewniał duży komfort, jednak był kosztowny oraz wymagał stałego dozoru. Mimo tych wad przetrwał upadek imperium rzymskiego i stosowany był z niewielką modyfikacją aż do XVI wieku w klasztorach, zamkach (zamek w Malborku), a nawet w miejskich kamienicach (Toruń). Średniowieczna modyfikacja polegała na dodaniu do starożytnego hypocastum „akumulatora ciepła”. Za tą mądrą nazwą kryły się… polne kamienie, które rozgrzane w ogniu paleniska oddawały później ciepło powietrzu wypełniającemu kanały w podłodze. System przegrał z piecem kaflowym, tańszym, prostszym i ekonomiczniejszym.

Przyznaję, że jestem nieco oszołomiony stopniem zaawansowania rzymskiej techniki. Dla odmiany rzymskie ogrody:

DSC_7921 DSC_7922 DSC_7925 DSC_7935

Jak to się mogło stać, że tak wysoka cywilizacja upadła a ludzkość musiała cofnąć się w rozwoju o całe stulecia? Po wizycie w Willi Borg chyba nigdy nie przestanie mnie to zadziwiać.

Rzymski pałac Nennig

DSCN8411

Kwietniowe słońce, mimo wczesnej pory, grzało już całkiem mocno. Na tyle mocno, że wypychając zaprzęg z garażu zacząłem na serio zastanawiać się, czy aby nie przesadziłem z ubraniem. Jednak za dużo grubej odzieży to nie problem. Zawsze można coś zrzucić. Gorzej w drugą stronę. Niestety, kwietniowa pogoda pokazała, na co ją stać. Kilka godzin później nadciągnęły chmury i chociaż nie padało, to nagle zrobiło się bardzo chłodno a ja zacząłem naprawdę żałować, że nie wziąłem jeszcze więcej ciepłych ubrań oraz zimowych rękawic. A miało być tak cudownie… Na dodatek z silnika zaczęły dobiegać specyficzne odgłosy. Wskazywały one, że jednostka napędowa pracuje z największym wysiłkiem. Czyżby działo się coś niedobrego? Po zatrzymaniu okazało się, że z zestawem jest wszystko w porządku. Przyczyną dziwnych odgłosów silnika był silny wiatr. Niestety, wózek – a w szczególności jego niemal pionowa szyba, to duża powierzchnia czołowa. W sumie to mogłem ją zdemontować i zostawić, jednak jeszcze kilka godzin temu było bezwietrznie… A teraz nie mam jak. Wszystkiego, panie, nie przewidzisz. Pozostaje męczyć silnik i siebie, drąc na trójce pod górę i zjeżdżając na czwórce, przy czym nawet wówczas zestaw nie bardzo ma ochotę się rozpędzać. Mam tylko nadzieję, że przy nieco większej prędkości i niższych obrotach uda się chociaż trochę schłodzić spracowany silnik. Na chwilę zatrzymuję się we francuskiej wiosce pod miniaturką wieży Eiffla. Byłem tu już kiedyś, kilka lat temu. Jest to bardzo ciekawe miejsce i nie chodzi bynajmniej o samą wieżę. To tutaj stykają się granice trzech państw-Francji, w której się obecnie znajduję, Luksemburga kilkadziesiąt metrów dalej za rzeką Mozelą oraz Niemiec, znów kilkadziesiąt metrów w prawo. Gdyby ktoś powiedział mi 15 lat temu, gdzie będę podróżował (i czym), to na pewno bym  nie uwierzył… DSCN8418 Dalej jadę w stronę Niemiec. Wiejskie drogi wiją się wśród wzgórz. Pagórki pokryte są mozaiką lasów i pól. Czuć już wiosnę. Drzewa całe w pąkach i kwiatach, na polach już niedługo zakwitnie rzepak. Od czasu do czasu czuć przemiły, słodki zapach, delikatny ale jednak wyraźny. Dochodzi od strony lasu. To podobno mech tak pachnie. Kto by pomyślał. Lasy się kończą. Ostatnie zakręty wiejskiej szosy. Następnie skrzyżowanie z drogą główną. Z niej można dojechać do węzła autostradowego albo do jednej z ostatnich wiosek – Nennig. Skręcam w kierunku wsi. Znajdują się tu jedne z najciekawszych zabytków z czasów rzymskich po tej stronie Alp. Kilkaset metrów przed wsią daje się zauważyć ciekawy kopiec – pagórek. DSCN8411 Dawne podania mówiły, że mieszkały w nim krasnoludy i elfy. W rzeczywistości jest to kurhan – grobowiec z czasów rzymskich. Rzymianie władali tym terenem od I w p. n. e. aż do V w n. e. Sam kopiec zwany jest przez mieszkańców „Mahlknopf” i współcześnie datowany jest na II wiek n. e. Jest konstrukcją ziemną jednak prawdopodobnie w czasach swojej świetności wyłożony był warstwą wapienia. DSC_7577 Średnica jego to około 44,5 metra a wysokość dochodzi do 10 metrów, co daje łącznie około 30 000 metrów sześciennych ziemi. Podobno otwarto go w 1819 roku, przy okazji odnajdując wyroby ze szkła, ceramikę i żelazny miecz. Jednak przedmioty te zaginęły bez śladu. DSCN8409 Bardzo prawdopodobne jest, że jest to miejsce ostatniego spoczynku dawnych właścicieli pobliskiej willi rzymskiej, od której dzieli mnie już tylko kilkaset metrów. DSCN8407 Wśród ciasnej zabudowy wsi Nennig wprawne oko wypatrzy niepozorną bramę. Może trudno w to uwierzyć, ale znajdują się tu pozostałości jednej z największych rzymskich willi na północ od Alp. DSC_7632 Chociaż „willa” to zbyt małe słowo dla tej budowli. Sam tylko budynek główny miał 140 metrów długości a powierzchnia hollu to, bagatelka, co najmniej 160 metrów kwadratowych. A do tego należy dodać jeszcze kuchnię, łaźnię oraz spinające to wszystko w jedną całość łączniki!

DSC_7622 DSC_7630 DSC_7618 DSC_7619

Tak wyglądał pałac w czasach swojej świetności:

DSC_7594 DSC_7606

Jak to zwykle bywa, pozostałości pałacu odkryto zupełnym przypadkiem. W 1852 roku pewien rolnik, (o ironio) podczas kopania buraków natknął się na kolorowe kamyki które układały się w obraz przedstawiający lwa i strażnika. W latach 1866-76 przeprowadzono tu pierwsze prace archeologiczne, w wyniku których odkryto pozostałości jednego z największych domów rzymskich w tej części świata a także największe i najlepiej zachowane mozaiki podłogowe. Kompletność ich wynosi ponad 90%. Brakuje tylko jednego fragmentu, w miejscu którego umieszczono napis upamiętniający ich odkrycie i rekonstrukcję. DSCN8116 DSCN8117 DSC_7593 DSC_7616

Możemy zobaczyć „typowe rozrywki” tamtych czasów: walki gladiatorów, polowanie na zwierzęta, krwawe walki zwierząt.

DSC_7586 DSC_7588 DSC_7599 DSC_7600 DSC_7611 DSC_7589

Widząc na mozaice lwa tarmoszącego oderwaną, krwawiącą głowę innego zwierzęcia, walki ludzi na śmierć i życie ku uciesze gawiedzi czy szlachtowanie zwierząt dla rozrywki przypomina mi się niedawna rozmowa ze znajomym na temat „dzisiejszego upadku obyczajów”, poruszonego jakimś debilnym „szoł” w telewizji. Cóż, tania sensacja zawsze dobrze się sprzedawała, sprzedaje i najprawdopodobniej tak już pozostanie. DSC_7612 Z drugiej strony patrząc, jedyną powszechnie dziś akceptowalną formą rozrywki z tamtych czasów są muzykanci… To w sumie pocieszające. Oznacza że jako ludzkość jednak złagodnieliśmy. DSCN8147