Month: Wrzesień 2017

29 Europejski Zlot Zaprzęgów motocyklowych Weiswampach 2017

DSC_0084

Po zeszłorocznym zlocie zaprzęgów w Luksemburgu, na który to z uwagi na pewne problemy z przegrzewającym się silnikiem w zaprzęgu zmuszony byłem pojechać solówką i czułem się trochę jak w kombinezonie narciarskim na plaży nudystów, wiedziałem że teraz nie odpuszczę. Pogodę zapowiadani podobną jak rok temu, czyli upały, jednak już nie tak ekstremalne. Dobra nasza.

Dzień przed terminem wrzuciłem do wozu wszystko co uznałem za przydatne w podróży, trochę odkurzyłem zaprzęg, większe pucowanie sobie darując uznawszy, że po drodze maszyna i tak się okopci i ubrudzi na tyle że moich starań nikt nie doceni – bo nie zauważy żadnej różnicy. Zatankowałem pojazd, wieczorem sprawdziłem prognozy pogody – były optymistyczne, położyłem się wcześniej do łóżka i zasnąłem snem sprawiedliwego.

Pobudka o 4:00 rano. Śniadanie w biegu, kawa, druga kawa w termos i o wpół do piątej zaprzęg był już w drodze. Po kilkudziesięciu kilometrach stwierdzam, że jednak jest zimno. Nawet bardzo. W sumie normalka, jest parę minut po piątej rano. Gęste mgły na polach, szosa mora. No właśnie.

Im bliżej Luksemburga, tym mgły gęstsze i ani myślą się rozwiewać. A także coraz więcej wody na drodze, która najwyraźniej nie ma ochoty parować. To już nie wilgoć ale całe kałuże. Powietrze zresztą też jest mokre. I chłodne na dodatek. Teraz już mam pewność że za lekko się ubrałem.

Do kałuż i rozbryzgiwanej przez zaprzęg wody zdążyłem już przywyknąć. Teraz wiem, że w nocy musiało tu dobrze popadać. Albo nawet lepiej niż dobrze; na jednym ze skrzyżowań wjeżdżam w małe jeziorko wody, która w najgłębszym miejscu sięga do silnika. Coś niesłychanego! Ostatni raz ten motocykl brodził tak głęboko w Solinie w Bieszczadach, wiele lat temu.

Do Weiswampach dojeżdżam bez przygód, nie licząc chłodu. Mimo że to sierpień – zmarzłem!

Oczywiście życie najlepsze niespodzianki zostawia zawsze na koniec. Tak też było i tym razem. Na jednym ze skrzyżowań w Weiwampach wypina mi się linka sprzęgła – a robi to na tyle niespodziewanie, że nie zdążam w porę wysprzęglić nogą i w efekcie wyjeżdżam dobre półtora metra już na skrzyżowanie. Niby nic się nie dzieje ale trochę strachu jednak się najadłem. W końcu dojeżdżam na teren zlotu. Całe siedem euro opłaty, oznakowanie motocykla, butelka zimnej wody mineralnej w prezencie od organizatorów… W zeszłym roku ratowała życie, teraz zaś wygląda jak ponury żart… Bo ciągle jest zimno!

Na terenie zlotu linka od sprzęgła wypina się po raz drugi i zmusza mnie w końcu do jazdy na półautomacie, wzbudzając zdumienie co młodszych motocyklistów. Zatrzymuje się w samym centrum zlotu, w miejscu strategicznym, czyli nieopodal baru. Pierwsze miejsce do lądowania wybieram nieszczególne, bowiem wypada ono w środku bajora. To, czego nie da się ukryć to fakt, że wieczorem i w nocy przeszła tędy sroga nawałnica. Stąd niewielka, w porównaniu do zeszłego roku, frekwencja. W tej chwili zaś trwa suszenie namiotów i dobytku. Jednak humor zlotowiczom dopisuje. W kałuży, w której przed chwilą niemal zaparkowałem kilku gości testuje wodoodporność butów motocyklowych.

W tym roku po raz pierwszy spotkałem tu inną Jawę w zaprzęgu. Dane mi było wreszcie zobaczyć Masha, czyli francuskiego chińskiego Rometa z niesamowicie ładnym wozem. Cóż, chińczycy nie śpią i ciągle zaskakują czymś nowym. Był także motocykl z wózkiem w roli kampera… A zresztą, co ja się będę rozpisywał. Zapraszam do galerii:

Na stacji benzynowej w Weiswampach. Tego nie zobaczy się nigdzie indziej – same zaprzęgi.

DSC_0087

W przyszłym roku jubileuszowa, trzydziesta edycja.

DSC_0088

 

Weiswampach, 25-29.08.2017

Krowie zdjęcia albo powrót do przeszłości

Krowy RAZ

Dawno, dawno temu wybraliśmy się z kilkoma kumplami na pierwszy daleki wyjazd. Był to wypad w Góry Świętokrzyskie, przede wszystkim z tego powodu że mieliśmy do nich najbliżej. Raptem coś około 170 km. Dziś to odległość śmieszna, jednak wówczas, na naszych sprzętach był to prawdziwy kosmos. Doświadczenia żadnego, bo przecież prawo jazdy świeżo co wypisane. Nie obyło się bez drobnych awarii, błądzenia, deszczu i tym podobnych. Mimo to wyjazd był wspaniały a wrażenia niezapomniane. Wrażenia te zresztą dzielnie dokumentował jeden z moich Kolegów aparatem fotograficznym marki „Zenit” na jednym jedynym filmie – całe 36 klatek! Dziś, w dobie cyfrówek zastanawiam się mocno jak to było możliwe, że udało mu się nie tylko obfotografować cały wyjazd ale jakby tego było mało, zostało mu trochę filmu. Dokładnie jedna jedyna klatka.

Dzień powrotu. Pogoda w kratkę. Ostatni postój na CPN-ie w szczerym polu, gdzieś w dawnym województwie radomskim. Na łące za stacją pasą się krowy. Szybka akcja – motocykle na łąkę, my obok, za nami krowa i zdjęcie zrobione na pałę z samowyzwalacza. Koniec filmu, ostatnia klatka.

DSCI0200

Po powrocie do domu niespodzianka. Z całego filmu wyszło tylko jedno jedyne zdjęcie. Właśnie to z krową. Reszta filmu została prześwietlona, do dziś nie jest jasne czy stało się to w czasie wyjazdu czy też u fotografa… Trochę ciężko było przekonać Starych że naprawdę byliśmy w Górach Świętokrzyskich mając tylko jedno zdjęcie spod Radomia z krową. Technicznie zresztą świetne.

Oryginalne zdjęcie znajduje się w postaci analogowej w albumie moich Rodziców, ja zaś, przy każdej nadarzającej się sposobności robię kolejne „krowie zdjęcia”. Ożywają wspomnienia 🙂