Month: Lipiec 2019

Poza światem

DSC_4611

A gdyby rzucić to wszystko i pojechać… gdziekolwiek?

Dziś jest w sumie tak samo dobry dzień jak każdy inny aby zostawić współczesny świat za sobą razem z jego problemami oraz wydumanymi potrzebami. Zobaczymy, jak mało człowiekowi jest potrzebne do szczęścia.

Ta wycieczka jest o tyle wspaniała, że zupełnie nie ma celu. Jedynym jej ograniczeniem jest czasoprzestrzeń. Czyli zaczynamy stąd i jedziemy tak zasadniczo aż do wieczora. Oczywiście, nawet tego planu nie trzeba się trzymać kurczowo. Co jeszcze istotne – będziemy stronić od cywilizacji na ile to jest tylko możliwe. Zobaczymy, czy w Europie może się to jeszcze w ogóle udać.

Startuję około 09:00 rano. Mimo to termometr w garażu pokazuje już +27 stopni w cieniu. Zapowiada się niesamowicie gorący dzień.

W wózku bocznym motocykla ląduje kilka przydatnych drobiazgów, tak na wszelki wypadek, gdyby trzeba było przeprowadzić po drodze mały „remoncik”. Bo trzeba wiedzieć, że w przypadku wiekowych maszyn działa to na zasadzie zaklinania. To oznacza, że jak zabierzesz „niezbędnik” to nic się nie wydarzy, jeśli jednak zdarzy Ci się go zapomnieć, to zaraz coś się przytrafi. Wypnie się linka, odkręci śrubka albo zdarzy się coś jeszcze równie prozaicznego. Coś, czego naprawienie zajmie maksymalnie minutę; jeśli oczywiście masz czym tę robotę wykonać. Do tego dorzucam jeszcze papierową mapę okolicy, fajną o tyle, że zaznaczono na niej drogi piesze oraz, na koniec, dziesięciolitrową bańkę gotowej mieszanki. Bo tam gdzie się wybieram o benzynę może być trudno.

Kilka przekopań, zapłon, zdecydowane naciśnięcie rozrusznika i silnik popierduje wesoło, wypełniając garaż obłokiem błękitnych spalin. Tak właśnie zawsze dla mnie pachniała wolność.

Po kilkudziesięciu kilometrach zjeżdżam z głównej drogi. Mijam kamienny wiadukt i już jestem „na miejscu” – jeśli można tak powiedzieć. Tu są już tylko lasy, pola i łąki. Żadnych zabudowań, ludzie zapuszczają się tu sporadycznie.

DSC_4630

Drogi asfaltowe są tak wąskie, że mieści się na nich jeden pojazd. Wyminięcie się z kimś z naprzeciwka oznacza zjechania z drogi. Na szczęście, ruchu nie ma tu prawie wcale. Mijam jedno zagubione auto oraz ciągnik rolniczy. To wszystko.

DSC_4615

Na mapie ta droga wygląda jakoś lepiej. Nie ma się jednak co łamać, spokojnie do sforsowania. Bez DTC, ESA, IMU, TCS i jeszcze pierdyliona innych skrótowców, które nawet nie wiem, do czego się odnoszą. I chyba nie bardzo chcę wiedzieć.

Odrobina cienia. Zapowiadali na dziś temperatury rzędu +35 stopni. Mam wrażenie, że jest w tej chwili niewiele mniej.

DSC_4636

Kolejnych kilkanaście kilometrów to szutry i piachy. Nie byłoby to nawet warte wspomnienia, gdyby nie fakt że motocykl musiał pokonać te drogi na oponach szosowych, więc jedna trochę wysiłku to kosztowało. Jednak to jeszcze nic w porównaniu z tym, co zgotował mi los. Drogę bowiem zamyka jezioro. Z drugiej strony mamy podejrzanie wyglądającą łąkę, która po bliższym obejrzeniu okazuje się być zarośniętym torfowiskiem. Pomiędzy nimi zaś, porośnięte wysoką trawą, coś, co wygląda na starą groblę. A najgorsze jest to, że innej drogi chyba jednak nie ma, nie licząc tej, którą przyjechałem.

Grobla wygląda na mniej więcej przejezdną, co potwierdza krótki pieszy rekonesans. Mniej więcej, bowiem w jej nasypie są co jakiś czas dość głębokie wyrwy i to chyba będzie jedyny problem. Wysoka trawa raczej nie będzie przeszkodą Wobec tego wracam do motocykla, odpalam, pierwszy bieg, gaz i do ataku. Maszyna z rykiem silnika wjeżdża w wysoką trawę. Po prawej jest jeszcze bardziej zarośnięte torfowisko, po lewej wysokie trzciny, spomiędzy których prześwituje od czasu do czasu tafla jeziora. Zjechanie z grobli w którąkolwiek stronę oznacza kłopoty. Trawa kładzie się pod naciskiem zaprzęgu. Nagle maszyna nurkuje i staje bezradnie; tylne koło ślizga się na trawie. Właśnie wjechałem w pierwsza wyrwę. Teraz trzeba ostrożnie zejść z motocykla, tak żeby nie wpaść do wody i pomóc maszynie wydostać się z pułapki. Po kilkunastu minutach walki motocykl jest oswobodzony. Jedziemy ostrożnie dalej, po czym wpadamy w kolejną dziurę.

DSC_4648

Żar leje się z nieba, wokół rozgrzanego wolną jazdą silnika tańczy powietrze, miliony komarów mają ucztę, na dodatek każdy z tych dołków porośnięty musi być koniecznie pokrzywami… Co mnie podkusiło, żeby tędy jechać? Nie ma co narzekać, fajnie jest. Na asfalcie czegoś takiego się nie przeżyje.

Po czasie, który wydawał się być wiecznością, grobla zostaje pokonana. Dalej jest łąka i kawałek asfaltu. Wreszcie otwarta przestrzeń. Można próbować trochę się ochłodzić. Niestety, powietrze jest bardzo gorące i mimo pędu wcale nie daje uczucia chłodu.

DSC_4650

Kilkanaście godzin później, z kurzem w gardle bo nie padało już od kilku tygodni,  zjeżdżam polną drogą w dolinę rzeki. Jest popołudnie, kończy się woda i paliwo. Kilometrów może i nie pykło zbyt wiele, ale przygód co niemiara. Jestem zmęczony, złachany, wypluty i w związku z tym uznaję że mam dosyć. O to właśnie chodziło.

DSC_4655

PS. Robinia akacjowa jednak nie daje cienia 😦

Anatomia muzyki – W.A.S.P.

Muzyka

Dziś będzie o zespole trochę zapomnianym, chociaż istniejącym do dziś. Tak, wiem. Michał zaraz mi odpisze:

„ – A wcale że nie!” – bo Michał pamięta.

No dobrze. Faktem jest jednak, że największe swoje sukcesy muzycy odnosili w latach 80 –tych XX wieku. Tak czy siak, zespół ten konsekwentnie „olewałem” przez dłuższy czas, szukając mocniejszych wrażeń. Na swoje usprawiedliwienie mogę tylko powiedzieć, że lata 90-te XX wieku to „złota epoka” ciężkich brzmień. Swoje wielkie chwile przeżywał wówczas thrash i death i mało kto z mojego otoczenia zwracał uwagę na to, co dzieje się w świecie hard n’ heavy. OK, Michał zwracał uwagę i siedział w tym klimacie, jednak wówczas nawet On nie posiadał w swej dużej jak na owe czasy kolekcji płyt, żadnych (albo prawie żadnych) albumów W.A.S.P. Albo ja ich nie widziałem. Źle patrzyłem?

W każdym razie zespół scenicznie dość typowy dla horror – rocka z lat 80 – tych. Czyli półnagie modelki, ćwiartowanie świni na scenie… Znana zasada – bądź szokujący, tak aby pokochała cię dziatwa i znienawidzili rodzice. W pewnym momencie wszystko poszło nawet za dobrze, bo sprawa utknęła w kongresie. Chodziło o jawnie seksualne treści w utworze z pierwszego singla. Kongres oczywiście nie miał pojęcia co z tym zrobić. Wiedziały za to żony kongresmenów, zakładając słynną PMRC, organizację która za cel postawiła sobie ostrzeganie przed „szkodliwymi tekstami” w muzyce. Oczywiście wskórały tyle, że załatwiły zespołowi świetną reklamę.

Poza tym wszystko, co w starym metalu najlepsze, czyli żywiołowość i szczerość plus bardzo charakterystyczne, dobre wokale. Żadnych dłużyzn czy wypełniaczy. Ogólnie rzecz warta polecenia, bo to jeden z tych zespołów, których utwory chodzą za tobą nawet po jednokrotnym przesłuchaniu. Stara dobra szkoła metalu.

Jest jeszcze jedna, ciekawa rzecz. Otóż tak naprawdę nikt do końca nie wie, co tak naprawdę znaczy skrót W.A.S.P. Możliwości rozwinięcia tego skrótu jest dużo, a sami członkowie zespołu jakoś sprawy nie ułatwiają… W każdym bądź razie rozrzut jest spory, bo od Białych Anglosaskich Protestantów poprzez  Jesteśmy ludźmi szatana aż po Jesteśmy seksualnymi dewiantami.

W każdym razie ten skądinąd dobry zespół był mi przez długi czas zupełnie nieznany. I pewnie żyłbym sobie do dziś w błogiej nieświadomości, gdyby nie pewna strona internetowa. To były jeszcze te czasy, gdy do Internetu trzeba się było dodzwonić. Strona była zasadniczo motocyklowa. Zasadniczo. To znaczy motocykle, podróże, opowiadania, gołe baby, ogłoszenia, ankiety (zwykle z możliwością zakreślenia jednej, właściwej odpowiedzi). Oraz, oczywiście, muzyka. Czyli właśnie W.A.S.P. oraz jego polski klon, Szerszeń. Jak można było wyczytać na owej stronie, największym problemem zespołu Szerszeń było to, że był to zespół jednoosobowy, przez co nie mógł się rozpaść (cytat z pamięci, ponieważ strona nie istnieje). Idea i wykonanie były genialne. Ktoś może powiedzieć: „a co tu odkrywczego?”. Zasadniczo nic, jednak tylko dlatego, że ktoś to już właśnie wcześniej wymyślił.

Strona miała podtytuł Wolny Nieregularnik Motocyklowy. Co starsi motocykliści już zapewne wiedzą, o jaką stronę mi chodzi. Tak, o „Wolny Wydech” właśnie. Szkoda że już nie istnieje a link do jej wersji archiwalnej „nie bangla”. To naprawdę niepowetowana strata dla ludzkości. Takie rzeczy powinny być zachowane dla potomności jako dziedzictwo narodowe.

Tak więc o czym ja to mówiłem? A, już wiem. O W.A.S.P. A więc to właśnie dzięki tej konkretnej stronie zainteresowałem się, w zasadzie na nowo, zespołem i jego muzyka. I tak mi już zostało a jego dyskografia na półkach powoli ale jednak systematycznie się powiększa. Także dziś, gdy będąc w sklepie muzycznym zakupiłem właśnie kolejne pozycje zespołu W.A.S.P.

Miałem przez chwilę ochotę zrobić rzecz w stylu „Wolnego Wydechu” i zamiast zdjęcia płyt wkleić gołą babę; jednak tego nie zrobię. Pewne rzeczy zostawmy jednak zarezerwowane dla „Wolnego Wydechu”. Może jednak gdzieś się znowu pojawi jego archiwum.

Tak więc wklejam tradycyjne zdjęcie poglądowe.

DSC_4689

P.S. Karwik, jeśli to kiedykolwiek być może przeczytasz to wiedz, że przez Ciebie wydałem dziś znowu 27 Ojro. To Twoja wina 😉 😀

Historyczna kopalnia miedzi Düppenweiler

DSC03163

Będzie to opowieść o tym, że pieniądze szczęścia nie dają oraz, co by nie mówić, żyjemy jednak w dobrych czasach.

Dziś pojedziemy  do historycznej kopalni miedzi w Düppenweiler. W końcu. Wybieram się tu bowiem od lat i jakoś dojechać nie mogę. Nie wiedzieć czemu, ciągle mi jakoś tu „nie po drodze”.

Tym razem jednak się uparłem i jadę. Obojętne co się wydarzy.

Droga jakoś dziwnie mi się dłuży. Nie wiem czemu wjeżdżam w las, który jakoś nie chce się skończyć. Nie żeby mi to jakoś specjalnie przeszkadzało, bo jedzie mi się przyjemnie. Jednak na moje wyczucie dawno powinienem być już na miejscu.

DSC03165

Rzeczywiście. Dojeżdżam w końcu do Piesbach i już wiem, że jestem za daleko. Na jednej z krzyżówek źle skręciłem i pojechałem drogą równoległą do tej właściwej. Zawracam.

DSC03171

Znów las. Moją uwagę zwraca wycinka drzew. Obecnie w całej Europie jest to dziwnie nasilone zjawisko. Z jednej strony „walczymy z globalnym ociepleniem i emisją CO2, z drugiej zaś niszczymy organizmy, które potrafią tenże dwutlenek węgla usuwać z atmosfery. Z trzeciej straszą nas podatkiem od paliw kopalnych.

DSC03169

Jak nie wiadomo o co chodzi, to musi chodzić o pieniądze. Czyli że można „mieć ciastko i zjeść ciastko”. Z jednej strony pieniądze z dodatkowych podatków, z drugiej kasa za drewno i odlesione grunty. Obawiam się, że naszym wnukom pozostawimy planetę ogołoconą dokładnie ze wszystkiego.

Z tak niewesołymi myślami dojeżdżam w końcu na teren historycznej kopalni. Wstęp jest płatny i z przewodnikiem.

DSC03163

W cenie jest odzież ochronna i hełm górniczy. Na początku wygląda to na lekką przesadę, jednak później okazuje się, że jest to wręcz niezbędne.

Tutejsze złoża miedzi na Weltersbergu zostały odkryte przez rolnika nazwiskiem Junkmann w 1723 roku. Tak wynika przynajmniej z zachowanych dokumentów pana von Hagena z 1776 roku.

Od około 1725 r. Wallon Remacle de Hauzeur zostaje operatorem kopalni. To za jego rządów powstała większość istniejącej tu infrastruktury. W okresie szczytowym zatrudniał około 300 osób, które przybywały tu do pracy głównie z Czech i Saksonii. Można powiedzieć, że odniósł sukces. Tyle że nie obyło się bez problemów.

Po pierwsze, układ żył miedzi na Weltersbergu jest bardzo rozległy i wymusza bicie dużej ilości sztolni. Drugi problem to przekleństwo wszystkich kopalni, czyli woda. Tu problem jest większy z powodu wysokiego poziomu wód gruntowych.

Jakby tego było mało, doszło do sporu prawnego między elektem Trewiru a lordami z Hagen. W jego wyniku de Hauzeur około 1735 roku opuszcza kopalnię.

Spór trwa około 20 lat. W 1757 roku lordowie z Hagen, do których obecnie należy kopalnia, wydzierżawili ją Jeanowi de Dauphine. Ten, nie radząc sobie z problemami, zamyka ją. Po nim próbowało jeszcze wielu.

W 1769 roku Franz Georg von Zandt i jego partner de Gersonne przywrócili zakład do eksploatacji i napotkali kolejne bogate złoża rud miedzi. Ale oni także nie byli w stanie poradzić sobie z wodą.

W 1767 roku ówczesny operator de Gerin wpadł na pomysł wypompowania wody za pomocą atmosferycznego silnika parowego. Jego firma zbankrutowała jednak, zanim już dostarczona i na wpół zmontowana maszyna była gotowa.

Po nim próbowali jeszcze przywrócić kopalnię do eksploatacji kolejno: w 1769 baron Franz Georg von Zandt i Francuz de Gersonne, 1772-1778 de Gerin, 1786-1789 F.J.Odelin. nie przyniosło powtórzenia początkowego sukcesu pierwszego zarządcy, de Hauzeur

Ostatnie dwie próby przeprowadziła Huta Dillingen (1824-1828 i 1915-1916). Zakończyły się umiarkowanym sukcesem, więc operacja wydobycia została ostatecznie przerwana. Uznano, że złoża nie nadają się do eksploatacji przemysłowej.

Od 1986 roku przekształcano kopalnię w obiekt muzealny. Pierwsi turyści pojawili się tu w 1995 roku.

Tyle historii. Czas na zwiedzanie. Czego ciekawego możemy się dowiedzieć tu o przeszłości?

Jak się okazuje, bardzo dużo. Jeszcze na powierzchni widać jeden z szybów pomocniczych. Ten służył konkretnie do odprowadzania wody z kopani.

DSC_4016

Zajmowały się tym dzieci. Tak, wiem, smutna sprawa. Ale jeszcze nie tak dawno cały świat był trzecim światem. A w trzecim świecie dziecko jest inwestycją. Im więcej masz dzieci, tym więcej robotników możesz posłać do pracy. Dziecko od siódmego roku życia uznawano bowiem za gotowe do pracy fizycznej. Oczywiście, problemem jest śmiertelność dzieci. Ale jest na to rada – mieć jeszcze więcej dzieci. Bo to nie jest tak, że ludzie w trzecim świecie nie wiedzą, skąd się biorą dzieci. Wiedzą doskonale. Ba, któż może wiedzieć lepiej niż oni. Problemem nie jest antykoncepcja a sytuacja ekonomiczna. Dopóki ta się nie zmieni, nie zmieni się los dzieci.

Jeden z szybów na powierzchni.

DSC_4115

DSC_4125

Pozostałości po nigdy nie uruchomionej maszynie parowej. Fundamenty…

DSC_4018

Resztki kotła.

DSC_4114

Kopalnia zatrudniała około 150 górników. Tyle samo dzieci dbało o usuwanie wody z wyrobiska. Gdy te podrosły (przy założeniu ze przeżyły), same stawały się górnikami i schodziły pod ziemię.

Schody jak w Wieliczce. Tylko mniejsze.

DSC_4028

DSC_4029

Pierwszy poziom znajduje się na głębokości około 30 metrów. Jest to zresztą jedyny dostępny do zwiedzania. Pozostałe znajdują się pod wodą.

DSC_4032

Ten jest względnie „suchy” dzięki sprytnemu systemowi przelewowemu, dzięki któremu nadmiar wody „odprowadza się sam” specjalną sztolnią. Szkoda że nie da się tego zrobić na dalszych poziomach.

Wilgoci jest dość. Grzyby czują się tu świetnie. Im brak światła nie przeszkadza.

DSC_4045

Nieco inaczej jest w przypadku tego mchu. Ten korzysta ze światła żarówki, włączanej podczas oprowadzania wycieczek przez kilka godzin w tygodniu. Tyle musi mu wystarczyć. Pomaga mu także zapewne niska temperatura panująca pod ziemią, spowalniająca przemianę materii. Życie jest niesamowite.

DSC_4066

Niskie i wąskie korytarze. Zimno, mokro i mrok. W tych warunkach, przy słabym świetle kopcących lampek oliwnych, musieli pracować ludzie.

DSC_4046

Strój górniczy z XVIII wieku. Spiczasty kaptur, którego krój pisarze fantasy sprzedali krasnoludom, na specjalne funkcje. Jest ochroną głowy. Zanim uderzysz o strop tunelu, poczujesz, że szpic zahacza już o niego. W razie czego, „zbyt duża ilość materiału” może również nieco ochronić czaszkę przed uderzeniem odłamkiem skały. Prosty pierwowzór hełmu. Kurtka wykonana była ze świńskiej skóry, która w okolicach pasa tworzyła rodzaj krótkiej sukienki  z zakładkami. To również okolica ciała narażona na urazy. Dzięki tej „sukience” kurtka układała się aż w trzy warstwy.

DSC_4049

Znowu tunele. Ściany są czarne od sadzy z górniczych lampek oliwnych.

DSC_4053

Życie tu nie było łatwe, za to krótkie. Za dziecka wypompowywało się z kopalni wodę. Jako nastolatek schodziło pod ziemię po to, aby w wieku dojrzałym, czyli 30-40 lat być wrakiem człowieka. O ile do tego wieku się dożyło. Z reumatyzmem, chorobami płuc od pyłu i kopciu, urazami…

DSC_4054

W kopalni wcale nie płacono aż takich kokosów. Na dodatek każdy górnik musiał się zaopatrzyć w narzędzia i ubranie we własnym zakresie. Co więc tu ludzi ściągało?

DSC_4058

„Dodatki”, dziś byśmy rzekli. Tym najbardziej wartościowym było pozwolenie na polowania w okolicznych lasach. Normalnie było to kłusownictwo, jednak górnicy i ich rodziny mieli do tego prawo. Wiadomo, chodziło o to, żeby pracownicy kopalni byli „w miarę dobrze odżywieni”. Mięso zaś było wówczas rarytasem wśród biednych. Górnik musiał co prawda zorganizować sobie dziczyznę na obiad we własnym zakresie, jednak przynajmniej mógł to zrobić.

DSC_4060

Aby nie tracić czasu – a przede wszystkim energii na wychodzenie na zewnątrz, górnicy posiłki spożywali na dole, w jednym z większych chodników.

DSC_4061

Warto się zastanowić nad tym, czy kiedyś „naprawdę było lepiej”?

Koniec tunelu. Dalej jest tylko ręczna pompa i pionowa sztolnia. Około 50 metrów w dół.

DSC_4069

Nie ma powodów do paniki. Sztolnia wypełniona jest po brzegi lodowatą wodą.

A to wszystko właśnie z tego powodu.

DSC_4073

Żyła miedzi.

Na górze urobek, który trzeba było wyciągać w wiadrach, był segregowany, ładowany na wozy i wysyłany do Trewiru do dalszej obróbki. Dziś to godzina drogi. W XVIII wieku oznaczało to jednak trzy dni jazdy takimi pojazdami.

DSC_4076

W Düppenweiler w dawnych czasach nie wytapiano miedzi. Proces był zbyt skomplikowany. Jednak ponieważ jest to muzeum, więc dziś na miejscu możemy zobaczyć, jak wyglądała taka obróbka.

Mielenia i sortowania materiału dokonywano z użyciem wody.

DSC_4087

DSC_4089

Ponieważ temperatura topnienia miedzi wynosi 1085 stopni, konieczne jest użycie miechów do dostarczania powietrza do paleniska.

DSC_4098

DSC_4101

DSC_4102

Te urządzenia naprawdę są sprawne i raz na jakiś czas odbywa się tu w sezonie pokaz wytopu miedzi.

DSC_4110

To już niestety koniec odwiedzin w kopalni Düppenweiler, miejscu gdzie o przeszłości można się dowiedzieć nawet więcej niż się spodziewałem.

Tymczasem, na leśnym parkingu przed kopalnią…

DSC_4079

Właściciela, niestety, nie udało mi się spotkać. Być może zwiedzał kopalnię z inną grupą. Mam jednak takie wrażenie, że znam ten motocykl. Spotkaliśmy się dawno temu, na innym leśnym parkingu. Ten motocykl wyglądał wówczas dużo gorzej. Podobnie zresztą jak mój.

Fajnie wiedzieć, że prace postępują.

Złote lata 50-te i 60-te, czyli Lebach 2019

DSC_4282

Miał być Rock’n Roll na żywo, stare auta i motocykle, miały być pin up girls… Jednym słowem miało być pięknie. Zamiast tego był deszczowy weekend.

Z kiepską frekwencją trzeba było się liczyć. Jednak w sumie tak źle nie było, jak początkowo zakładaliśmy.

Napotkani znajomi radośnie oznajmili nam, że już od trzech godzin nie pada deszcz i to była pierwsza pozytywna wiadomość tego dnia. Mogłoby być jeszcze trochę cieplej i byłoby już w ogóle dobrze.

Na liczniejszą obecność motocyklistów nie bardzo było można liczyć, więc skupiliśmy się na razie na tym co jest, czyli co ciekawszych samochodach.

Brytyjska taksówka Beardmore Mk7, czyli pojazd całkowicie podporządkowany funkcji. Pod maską pracuje pewnie Ford.

DSC_4262

Ponieważ miał to być Rock’n Roll na żywo, nie zabrakło amerykańszczyzny.

Do Dodge mam jakąś niewytłumaczalną słabość.

DSC_4270

Black Beauty. Zgaduję że to Ford A.

DSC_4272

DSC_4273

Znowu Ford. Niesłychane, że nawet pojazd rolniczy można wykonać estetycznie.

DSC_4275

Pomyśleć, że wiele z tych aut można było kupić w USA za mniej niż tysiąc dolców. Cła to jednak głupi wynalazek.

DSC_4276

DSC_4277

Zaczyna robić się ciekawiej.

DSC_4278

DSC_4279

DSC_4281

Wtem!

DSC_4285

DSC_4282

Włoszczyzna. Ten przód jest po prostu boski.

DSC_4274

Więcej włoszczyzny. Ależ te halogeny dodawały szyku.

DSC_4280

Wyglądało ma to, że to już w zasadzie wszystko. Napotkaliśmy tylko dwa motocykle nieśmiało przycupnięte gdzieś na uboczu. Co ciekawe, oba zaprzęgi BMW.

DSC_4288

Nagle…

DSC_4290

Tak, to Nimbus.

DSC_4297

I jeszcze jeden. Tym razem solo.

DSC_4293

Zaczyna mi się tu podobać. Bo w sumie, czego trzeba więcej? Są motocykle, jest Rock’n Roll na żywo… Są nawet samochody. Nawet deszcz nie pada.

DSC_4304

DSC_4305

Czyli są powody do zadowolenia 🙂

Café René

DSC03798

Gdy się nie ma żadnego pomysłu na urlop, to zapewne Francja będzie (jak zawsze) dobrym wyborem. Niezbyt odległa, cywilizowana i wystarczająco egzotyczna. Szczególnie, gdy zjedzie się z utartych szlaków turystycznych i zagłębi po uszy w prowincję. Wąskie drogi VII kategorii, zagubione wśród pól i lasów wioseczki w których zatrzymał się czas… Co tu  może być ciekawego?

DSC03798

Wszystko. Te miejsca aż tętnią historią, która tylko czeka, by ją opowiedzieć. Ot, weźmy na ten przykład pierwszy napotkany dom w tej oto wiosce widocznej na horyzoncie.

Opuszczony zapewne od wielu  lat, jednak nie zniszczony ani nie splądrowany. Widać na nim tylko normalny upływ czasu. To jest właśnie charakterystyczne dla krajów zachodnich – zostawisz coś i będzie tak stało, w takim stanie.

Wspaniałe są te drewniane okiennice. Widać, że to południe Europy. Czuć również. Temperatury w okolicach +40 stopni to normalka. Tak jak dziś na przykład.

DSC03792

Portal nad wejściem do budynku informuje, że dom pochodzi z roku 1860. W tych wioskach co drugi dom jest zabytkiem. Charakterystyczną cechą starych wiejskich domów tego regionu jest to, że wraz z pomieszczeniami gospodarczymi stanowią jeden kompleks.

DSC03793

Moje nagłe wtargnięcie tutaj nie pozostało niezauważone. Jakaś starsza kobieta lustruje podejrzliwie przybysza na motocyklu z obcokrajową rejestracją, który śmie zakłócać tu odwieczny porządek rzeczy.

– Je vous écoute, madame (słucham Panią) – próbuję zacząć rozmowę.

Nic z tego. Madame nie ma ochoty na pogawędki z obcym. Albo mój kaleki francuski jest aż tak fatalny?

Kilkanaście metrów za jedynym w wiosce skrzyżowaniem znajduje się coś niesamowitego. To Café René, jak ją sobie na swój użytek nazwałem. Niesamowita sprawa – kawiarnia w wiosce w której jest może ze 40 gospodarstw.

DSC03795

Szkoda tylko, że nieczynna.

Od jakichś dwudziestu lat.

Co najmniej…