Month: Styczeń 2017

Garażowe akrobacje i posylwestrowy kac

dsci8706

Właśnie dotarło do mnie, że sezon motocyklowy dobiegł zdecydowanie do końca i raczej nic nie wskazuje na rychłe rozpoczęcie aktywności w tym temacie. Z jednej strony trochę późno, z drugiej zaś dopiero teraz aura zrobiła się naprawdę niesprzyjająca do jazdy pojazdami pozbawionymi karoserii. Niby jest jeszcze sucho chociaż zimno, jednak dopiero białe od soli jezdnie skutecznie mnie zniechęciły. Postanowiłem wobec tego przygotować maszyny do zimowego snu.

Niby wszystko z grubsza robione jest na bieżąco, w zasadzie pozostaje tylko wyciągnięcie akumulatorów z motocykli. Nosiłem się z tym zamiarem już dość długo, jednak jak to zwykle w tygodniu bywa – brakuje czasu. Garaż na chwilę obecną znajduje się daleko od domu, więc każdy wypad oznacza specjalną wycieczkę przy pogodzie akurat niespecjalnie zachęcającej do spacerów. Koniec końców, pod pretekstem spaceru z psem, wybrałem się na grzebanie przy motocyklach w niedzielę.

Jak można było się spodziewać już pierwszy z akumulatorów posiadał poziom elektrolitu na minimum. Nic dziwnego po sezonie. Jednak próba uzupełnienia go wodą destylowaną napotkała na dość niespodziewany problem. Woda bowiem zamarzła na kamień. Niby nic dziwnego ale jeszcze przedwczoraj miałem tą butelkę w ręku i jej zawartość była jak najbardziej płynna a dziś…

dsci8708

Gdybym miał jeszcze kilka takich flaszek to można by było pomyśleć o budowie iglo. Kiedy sobie przypomnę, że kiedyś miałem ogrzewany garaż.

W tak niesprzyjających okolicznościach przyrody zrezygnowałem już całkowicie z wyjmowania drugiej baterii i uznawszy się za pokonanego przez bezlitosną aurę wycofałem się na z góry upatrzoną pozycję.

dsci7911

Z rozrzewnieniem wspominając dni, kiedy to narzekało się na upały, dokonałem jeszcze jednego spostrzeżenia. Otóż od kilkunastu lat robię w sezonie bardzo podobne przebiegi. Plus/minus rokrocznie są do siebie mocno zbliżone, mimo iż każdym kolejnym rozpoczęciu sezonu obiecuję sobie sam, że „w tym roku wykorzystam sezon maksymalnie”. Niby przygody nie mierzy się w kilometrach, jednak świadomość że kiedyś jeździło się dużo więcej jest nieco dołująca.

dsc_8239

Chociaż z drugiej strony może to oznaczać, że najlepszy sezon jest ciągle przede mną.

Szlak romański

Strzelno – Kruszwica

zdjecie0560

W ramach noworocznego sprzątania czeluści starego peceta dziś wpis z gatunku „pułkowników” czy może lepiej „dyskowników”. Chociaż może trudno będzie w to uwierzyć, ma on grubo ponad dekadę i pochodzi z czasów, gdy na stacjach benzynowych dostępna była benzyna U95. Granice wówczas były jeszcze zamknięte i nawet głupi wyjazd na Słowację wiązał się z każdorazowym, skrupulatnym kontrolowaniem oraz stemplowaniem paszportów. Cyfrowe aparaty fotograficzne dopiero zaczynały się nieśmiało pojawiać i odejście do muzeum fotografii tradycyjnej wydawało się być jeszcze sprawą bardzo odległą. Do Internetu najpierw trzeba było się dodzwonić aby potem „surfować” z oszałamiającą prędkością 56 kb/s oraz drżeć na samą myśl o rachunku za telefon… Niby nie tak dawno a jednak trochę się zmieniło 😉

 

Do dobrego człowiek szybko się przyzwyczaja. Gdy mieszkałem w mieście typowo robotniczym*, XIX wiecznym, zbudowanym zupełnie od podstaw to brakowało mi w nim dawniejszych klimatów. Wiecie, średniowieczne zamki, mury obronne, legendy z nimi związane… Po przeprowadzce do miasta gotyku* mającego w swoich granicach administracyjnych aż trzy zamki średniowieczne zachciało mi się zabytków jeszcze dawniejszych. Przed gotykiem była sztuka romańska, tak więc narodził się pomysł odwiedzenia wszystkich możliwych zabytków wykonanych w tym stylu, jakie można znaleźć w Polsce.

Plan został przyjęty do realizacji i któregoś pięknego dnia po zatankowaniu do pełna wyruszyłem bocznymi drogami w kierunku Strzelna, gdzie ponoć zachowały się dwa kościoły romańskie, w tym jeden niemal w oryginale. O nawigacji GPS nikt wówczas nawet nie słyszał, więc trochę udało mi się pobłądzić, tym bardziej że tak planowałem trasę aby wracać później przez Kruszwicę, gdzie znajduje się również romańska katedra.

Zdjęcie0412.jpg

Jako że wyjazd miał charakter typowo turystyczno – krajoznawczy, tym błądzeniem specjalnie się nie przejmowałem, tym bardziej że podróż przebiegała przez ciekawe miejsca. Niestety, ze zdjęciami musiałem sobie dać nieco na wstrzymanie, mimo iż targałem ze sobą aż dwa aparaty, w tym jeden cyfrowy. Powód tego stanu rzeczy był prozaiczny, chociaż z dzisiejszej perspektywy dość trudny do zrozumienia. Mianowicie do mojej „wczesnej cyfrówki” dołączona była tzw. startowa karta pamięci o pojemności zaledwie 16 MB. Prawdopodobnie nie zwróciłem na ten szczegół uwagi albo może uznałem że to nie jest problem? Nie pamiętam. W każdym razie okazało się, że jednak jest to problem ponieważ aparat (zakupiony na innym kontynencie) pracował na kartach CF, które z kolei jakoś specjalnie popularne w Polsce nie były. Gdy już się takowe pojawiły, to od razu w wariancie 1GB i większe, których aparat nie przyjmował… Z kolei w fotografii analogowej umiłowałem sobie czarno-białe filmy Fomy i Kodaka, które z biegiem czasu były coraz trudniejsze do dostania aż w końcu moje źródełko zaopatrzenia wyschło całkowicie i zmuszony byłem do zużywania swoich rezerw strategicznych, z przerażeniem obserwując jak znikają kolejne rolki cennej kliszy… Takie życie.

W samym Strzelnie pogubić się chyba nie sposób. Kościoły odnalazłem od razu. Trochę problemu sprawiło mi zaparkowanie na wielkim, brukowanym placu nieopodal budowli, jako że miejsc postojowych na nim nie wyznaczono. Miejscowi parkowali jak leci, na środku placu a nie na jego obrzeżach. Wolno tak czy jednak nie wolno? Nie mogąc dojść z tym do ładu pozostawiłem motocykl tak jak inni, na środku i udałem się na zwiedzanie.

W tym miejscu aż chciałoby się zakrzyknąć: „cudze chwalicie, swego nie znacie!” Zabytki sztuki romańskiej są ogólnie nieliczne. Raz że nie zbudowano ich zbyt wiele a po wtóre większość z nich uległa w wiekach późniejszych gruntownej przebudowie albo zniszczeniu.

Tu, na niewielkim wzgórzu na krańcu osady wzniesiono aż dwa kościoły w tym stylu. Obydwa zresztą unikatowe na skalę światową. Świątynie powstały równocześnie w drugiej połowie XII wieku; tak przynajmniej uważa większość naukowców, „na surowym korzeniu”, czyli terenie bez jakichkolwiek śladów wcześniejszego osadnictwa. Obie mają związek z przybyciem w te rejony zakonu Norbertanek.

Jak zapewne większość odwiedzających zaatakowałem od razu mniejszy kościółek. Powód jest prozaiczny – zbudowana niemal w całości z granitowych ciosów niewielka rotunda Św. Prokopa ma niesamowity, prymitywny urok.

12xp018

Kościółek wydaje się niewielki, jednak w rzeczywistości jest to największa w Polsce rotunda romańska. Budowla na planie koła to była wówczas typowa forma niewielkich kościołów. Do tak powstałej nawy głównej doklejano półkolistą absydę mieszczącą prezbiterium – i kościółek gotowy.

dscn4530

To co odróżnia tą świątynię od innych to fakt, że nawa zakończona jest kwadratowym prezbiterium. To powoduje, że rotunda ze Strzelna jest jedyną w swoim rodzaju w całej Europie.

12xp017

Rotunda ma jednak absydy – nawet dwie, niesymetrycznie, obok siebie, naprzeciw wejścia.

12xp009

Po przeciwnej stronie prezbiterium znajduje się okrągła wieża z emporą – swego rodzaju galerią bądź trybuną na piętrze dla ważniejszych dostojników, którzy z góry mogli patrzeć na swoich poddanych. Taki wówczas był ustrój. Co ciekawe, tutejsza empora także jest wyjątkowa gdyż jest to biforium.

dscn4529.jpg

Piękna romańska kolumienka z motywem liści dzieli okno na dwie części. Można wejść na emporę po straszliwie trzeszczących schodkach, czyli coś dla osób o mocnych nerwach 😉

dscn4574

W prezbiterium znajduje się kopia tympanonu fundacyjnego kościółka. Oryginał został zniszczony w 1945 roku. Gdyby się zachował, byłby najstarszym tympanonem fundacyjnym w Polsce. Konkurencja nie jest zresztą zbyt duża; romański tympanon fundacyjny oprócz Strzelna ma jeszcze tylko katedra we Wrocławiu.

dscn4576

Normanie tympanon powinien znajdować się nad drzwiami wejściowymi do kościoła. Jednak ten nie pasuje wymiarami. Przedstawiony jest na nim Chrystus, fundator kościółka z jego modelem oraz prawdopodobnie przeorysza zakonu Norbertanek. Gdzie wisiał pierwotnie – nie wiadomo. Faktem jest jednak że odnaleziony został w roku 1892 w… gnojowni obok kościoła. Pojęcie „zabytku” jest jednak bardzo młode.

Powstaje pytanie: po co nasi przodkowie postawili w pocie czoła (o kosztach tego przedsięwzięcia nawet nie wspominając) aż dwa kościoły obok siebie i w tym samym czasie? Jednym z wyjaśnień tego fenomenu może być fakt, iż pierwotnie kościół nosił wezwanie Św. Krzyża, zmienione dopiero około 1779 roku. Być może kościółek mieścił pierwotnie jego relikwie. Pod podłogą z kolei odkryto całkiem niedawno grobowiec – tyle że pusty. Czyżby w zamyśle miał on być czyjąś kryptą? Zapewne tak. Najprawdopodobniej pełnił on też rolę zwykłego kościoła parafialnego dla świeckich, ponieważ duża bazylika przeznaczona była dla Norbertanek. Teorię tą potwierdza także, odkryty również niedawno, najstarszy cmentarz znajdujący się wokół rotundy.

Sąsiadujący kościół Św. Trójcy powstał w tym samym czasie, jako datę konsekracji podaje się rok 1216. Zbudowano go na planie krzyża łacińskiego z prezbiterium zakończonym półkolistą absydą i dwiema kaplicami po bokach. Przebudowywany kilkukrotnie, raz w stylu gotyckim, potem ponownie w stylu barokowym, swoim wyglądem zazwyczaj myli turystów. Fasada jego jest bowiem barokowa i kościół wygląda na dużo młodszy niż jest w rzeczywistości. Jednak to tylko pozory. Pod tynkami znajdują się grube, romańskie mury zachowane w swoim całym obwodzie.

dscn4598

To co w tej bazylice jest najcenniejsze to słynne romańskie kolumny międzynawowe. Dwie z nich noszą nazwy kolumn „przywar” i „cnót”. Odkryte zostały dopiero w 1946 roku. Do tego czasu były szczelnie zamurowane w barokowych, ceglanych filarach przez co najmniej 200 lat. Są one swego rodzaju „Biblią w obrazkach”, jako że w tamtych czasach mało kto umiał czytać. Południe kojarzone było od zawsze z dobrem, światłością, zatem na południowej kolumnie przedstawiono cnoty czyli dobre cechy człowieka. Na kolumnie północnej, zła i ciemności, przedstawiono zaś grzechy. Miały one znaczenie wychowawcze, pokazując co należy robić a czego unikać aby zasłużyć sobie na życie wieczne. Na każdej z kolumn wyrzeźbiono po osiemnaście postaci symbolizujących cnoty bądź przywary w trzech kondygnacjach, oddzielonych od siebie ornamentem roślinnym. Mamy więc: wiarę, sprawiedliwość, mądrość, cierpliwość, pokorę, posłuszeństwo, wstrzemięźliwość, czystość, pokój chrystusowy po stronie cnót oraz gniew, morderstwo, pychę, krzywoprzysięstwo, obżarstwo, rozpustę, swawolę, bluźnierstwo i zawiść po stronie przywar. Część przedstawień z powodu zniszczeń i utraty atrybutów jest niemożliwa do zidentyfikowania.

dscn4538.jpg

dscn4541

dscn4542

dscn4543

dscn4544.jpg

W kaplicy świętej Barbary znajduje się kolejna romańska kolumienka, podtrzymująca tym razem gotyckie sklepienie palmowo – krzyżowe; pierwsze tego typu w Polsce.

dscn4551

Kolumienka pierwotnie znajdowała się w portalu północnym, tam gdzie obecnie znajduje się muzeum a na nowe miejsce trafiła podczas przebudowy świątyni w stylu gotyckim.

Muzeum.

dscn4571

Dzięki uprzejmości strzeleckich przewodników zostałem wpuszczony jeszcze raz do rotundy Św. Prokopa. Mogłem jeszcze raz, w samotności popodziwiać zgromadzone tam skarby. Takie jak np. XV-wieczna droga krzyżowa, odnaleziona na jednym z cmentarzy, gdzie niszczała na deszczu i mrozie…

dscn4579

dscn4580

Motocykl stał na placu przed kościołami nieruszony. Żadne służby porządkowe się nim nie zainteresowały, więc może tak się tu jednak parkuje. Ze Strzelna najkrótszą drogą udałem się więc do Kruszwicy, tym razem jednak nie do Popiela i Mysiej Wieży, którą to odwiedziłem przy innej okazji.

Trochę błądząc po mieście, trochę znów podpytując przechodniów wreszcie trafiam we właściwe miejsce.

Jednym z najcenniejszych zabytków miasta jest romańska kolegiata Piotra i Pawła. Zbudowana ze starannie obrobionych ciosów piaskowca i granitu trójnawowa bazylika jest jednym z najlepiej zachowanych zabytków sztuki romańskiej w Polsce. Jej budowę rozpoczęto w 1120 roku, jednak już w trakcie trwania prac zmieniono projekt świątyni. Około 1125 roku mamy przerwę w budowie. Potem następuje wznowienie prac, które ukończono około 1140 roku. Sama budowla jest dość zagadkowa i wykazuje pewne niekonsekwencje. Wiele jej cech wskazuje na to, iż początkowo miała to być budowla klasztorna, być może benedyktyńska, jednak coś pokrzyżowało te plany.

07

Wnętrze również zachowało surowy, romański charakter.

08

09

10.jpg

Prawdopodobnie do 1148 roku była siedzibą biskupstwa, które to po tej dacie przeniesiono do Włocławka.

Sama bazylika jest stara, jednak uważny obserwator odnajdzie na niej, kilka metrów nad ziemią na jednej ze ścian coś z o wiele starszym rodowodem.

11

Jest to podwójna swastyka, przez Słowian swojsko zwana swargą lub swarożycą (czasem także swarzycą lub świąszczycą).  Jako symbol Słońca miała płoszyć zło. Skąd się wzięła na kościele i to na dodatek siedzibie biskupa? Kościół od zawsze nie znosił konkurencji, wszelkimi metodami dążąc do jej unicestwienia. A więc dlaczego pozwolono, by budowniczowie wyryli na ścianie bazyliki symbol dawnych wierzeń, prawdziwych korzeni kultury europejskiej? A może kamienie użyte do budowy kościoła są od niego o wiele starsze i pochodzą ze zniszczonej wcześniejszej świątyni? Jest to prawdopodobne, kościół katolicki bardzo często tak postępował, niszcząc rodzime miejsca kultu i stawiając na ich miejscu własne. Inna wersja mówi, że wczesne chrześcijaństwo przejęło na pewien czas ten symbol, nazywając go „wirującym krzyżem” który miał mieć moc odpędzania „złego”.

Tak czy inaczej, jest to dla mnie zagadka. Czy ktoś zna odpowiedź?

zdjecie0560

* tak czy inaczej, oba miasta są dziś wpisane na listę Światowego Dziedzictwa UNESCO/

 

Jeźdźcy Peerelu # 5

Szosa

warsztat

Dla syna Bolesława nadszedł wielki dzień. Właśnie dziś miał wyruszyć z ojcem na wielką wyprawę motocyklem. Podekscytowany chłopak nie mógł spać całą noc. Co prawda z dzisiejszej perspektywy dystans niecałych 100 km w jedną stronę to wycieczka a nie wyprawa, ale wówczas czas i przestrzeń miały zupełnie inny wymiar.

Bolesław chciał zabrać syna do miejscowości, w której  jako dziecko, dawno temu, jeszcze przed wojną, spędzał wakacje. Co prawda w latach kalendarzowych nie było to znowu wcale tak dawno ale od tego czasu świat zmienił się całkowicie.

Wyruszyli z samego rana. Był dzień wolny od pracy i miasto jeszcze spało. Fabryczne hale z których zwykle dobiegał stukot maszyn, dziś wyjątkowo milczały. Tylko propagandowe hasła w stylu: „Naszym celem pokój, socjalizm” czy „ Gospodarni mają więcej” wypisane białą farbą na pomalowanych na bordowo wielkich płytach pilśniowych jak co dzień stały na straży nowego ładu i porządku społecznego. Miejska zabudowa z czerwonej cegły szybko została w tyle. Minęli jeszcze dwie wioski aż w końcu wyjechali na otwartą przestrzeń.

Szosa wybrukowana była jasną, granitową kostką, która przez lata pofałdowała się nieco i motocykl śmiesznie kołysał się na nierównościach. Po obu stronach drogi rósł szpaler starych lip dając podróżnym upragniony cień. Dalej, aż po horyzont, były już tylko pola i łąki. Wydawać by się mogło że tak było tu od zawsze, chociaż Bolesław pamiętał jeszcze czasy gdy droga nie posiadała twardej nawierzchni i była zwykłym, piaszczystym traktem zamieniającym się w nieprzejezdne błoto podczas deszczu.

Minęli zrujnowany dworek i w pobliżu niewielkiego oczka wodnego zrobili sobie przerwę w podróży. Przecież nigdzie się nie spieszyli. Wyciągnęli z tobołka prowiant i zaczęli jeść na trawie w cieniu drzew. Niby zwykłe śniadanie a w takiej podróży smakuje zupełnie inaczej. Wie tylko ten co sam spróbował. Po posiłku wyciągnęli się na trawie obsypanej na biało kwiatami stokrotek. Rozmawiali o dawnych czasach. O domu z kolorowymi szybkami w ganku. O młynie. I o wuju Bolesława, który pierwszy raz w życiu przewiózł go motocyklem a nawet dał mu poprowadzić swoją maszynę. Było to jeszcze przed wojną, kiedy – trudno w to uwierzyć – Bolesław był właśnie w wieku swojego syna. Motocykl nazywał się Indian. Indian Scout z 1926 roku a jeździli właśnie tu, po tej szosie, która była wtedy tylko piaszczystym duktem. Ale łąki pachniały zupełnie tak samo. I tak samo szumiały lipy, żywi ale niemi świadkowie tamtych wydarzeń.

Patrzyli na szosę. Sunęły po niej chłopskie furmanki, zupełnie jak kiedyś. Jedyną różnicą były ogumione koła wozów. Raz na jakiś czas przemknęła ciężarówka czy motocykl. W pewnej chwili przejechała Syrenka, wlokąc za sobą chmurę ciężkiego dymu w niemym proteście przeciwko fatalnej jakości oleju użytego do mieszanki.

Wreszcie spojrzeli na SHL-kę, stojącą w cieniu i sprawiającą wrażenie najwyraźniej znudzonej przedłużającym się postojem. Spakowali rzeczy i usadowili się na motocyklu. Jednak tym razem Bolesław posadził juniora przed sobą. Ruszyli. Bolesław przekazał synowi władzę nad kierownicą, dyskretnie jednak kontrolując jego poczynania.

„Zupełnie jak wtedy” – pomyślał Bolesław. Oczyma wyobraźni widział siebie prowadzącego w ten sam sposób wujowego Indiana. Ta sama szosa. Wiatr obmywał twarz jak dziś, silnik dudnił przepięknym basem a ciężka maszyna wzbijała kołami tumany kurzu. Czuł się wówczas panem świata aż nagle, zupełnie niespodziewanie kierownica zaczęła wyrywać mu się z rąk! Wuj Bolesława błyskawicznie przejął kontrolę nad sterem i bezpiecznie wylądowali na poboczu.

– Coś zepsułem! – nieśmiało wydukał Bolesław.

– To nic takiego – zaśmiał się wuj rubasznie – po prostu złapaliśmy kapcia. Teraz jesteś prawdziwym kierowcą!

W rzeczy samej – najechali na hacel – gwóźdź od podkowy, prawdziwą plagę przedwojennych dróg. Bolesław stał przerażony, podczas gdy najwyraźniej zupełnie nie przejęty całym zdarzeniem wuj zabierał się jak gdyby nigdy nic do wymiany dętki.

Bolesław zapamiętał jeszcze młodego chłopa, który widząc awarię motocykla zatrzymał swoją furmankę. Chłop okazał się zresztą znajomym wuja, który będąc młynarzem znał chyba wszystkich rolników w okolicy. Obaj uśmiali się setnie widząc wystraszoną minę Bolesława, po czym chłop wręczył mu grubą pajdę chleba z masłem.

– Nic tak nie pomaga na frasunki jak pełny brzuch – rzekł chłop.

I rzeczywiście, zmartwienia odeszły jak ręką odjął. Wuj skończył naprawiać koło, pogadał jeszcze chwilę z rolnikiem o interesach po czym chłop wskoczył na kozioł, machnął ręką na pożegnanie i odjechał w swoją stronę.

Bolesław starał się przypomnieć jak wyglądał ów rolnik, który wówczas poczęstował go pajdą chleba, jednak jego pamięć okazała się bezradna.

Niespodziewanie z tych wspomnień wyrwał go dziwny dźwięk! Coś się działo z silnikiem!

W pierwszej chwili wyglądało na to, że kończy się paliwo. Bolesław szybko przełączył kranik na rezerwę lecz nic to nie pomogło. Silnik wydał z siebie żałosne „Uuuuuuuuu…” po czym zgasł. Na dobre.

Zatrzymali się na poboczu. Próby uruchomienia silnika ze startera nie przyniosły rezultatu. Bolesław spróbował wobec tego uruchomić SHL-kę metodą „na pych”. Silnik prychnął, kichnął, zaskoczył na sekundę po czym znów zgasł. Sprawa wyglądała na coś poważniejszego. Bolesław zaczął od standardowej procedury. Zdjął kanapę, wyciągnął narzędzie i wykręcił świecę. Była mokra od paliwa. Wyczyścił ją i przytknął do głowicy silnika, jednocześnie naciskając starter. Pomiędzy elektrodami przeskoczyła iskra.

– Prąd jest, więc problem leży raczej w gaźniku – mruknął do siebie Bolesław.

Syn Bolesława stał z boku, wystraszony całą sytuacją.

– Zupełnie jak wtedy – zamyślił się Bolesław.

– Czy ja… czy ja coś zepsułem? – zapytał nieśmiało syn.

– Ależ skąd! To się zdarza – powiedział Bolesław, nieświadomie naśladując to głosu swojego wuja. Pochylił się w skupieniu nad gaźnikiem. Niby wszystko było w porządku, tylko silnik nadal nie chciał pracować. Czyżby więc zapłon? Zdjął dekiel silnika i zaczął lustrować przerwę na przerywaczu. W pewnej chwili coś przesłoniło mu światło. Spojrzał na syna ale ten stał z boku. To nie on! Bolesław odwrócił się gwałtownie. Tuż za nim, w niewielkiej odległości stała furmanka zaprzężona w gniadego konika. Na koźle siedział drobny, starszy chłopek który przyglądał mu się uważnie. Bolesław odetchnął.

– Panie, nie masz pan nic do roboty? – zapytał Bolesław, wystraszony nagłym pojawieniem się chłopa.

– W zasadzie to coś by się znalazło – odrzekł rolnik z uśmiechem, drapiąc się po głowie.

– To zajmij się pan swoimi sprawami – powiedział Bolesław, któremu chłop zaczął działać na nerwy. Nie dość że go wystraszył to jeszcze miał wrażenie że się z niego nabija. Przy synu!

– Jasne – rzekł rolnik – a to rozumiem że tak ma być? – po czym wskazał końcem bata na wylot filtra powietrza w motocyklu.

Bolesław spojrzał w kierunku wskazanym przez chłopa i osłupiał. W otworze filtra tkwiły bawełniane pakuły, których używał do wycierania rąk po drobnych naprawach czy też konserwacji motocykla. Musiały wypaść ze schowka gdzieś na wybojach, po czym razem z powietrzem zostały zassane do filtra gdzie zatamowały zupełnie przepływ powietrza. Bolesław mógł grzebać przy gaźniku i zapłonie do wieczora i nic by nie znalazł.

Bolesław poczuł się głupio że tak ostro potraktował chłopa. Wypadało mu podziękować ale rolnik już odjechał bez słowa. Trudno się dziwić. Szybko poskładał motocykl do kupy, pozbierał graty. Ostatni raz spojrzał na miejsce przymusowego postoju, które wydało mu się dziwnie znajome po czym posadził znów syna przed sobą. Nacisnął starter i silnik odezwał się znajomym głosem. Bolesław odetchnął. Ruszyli z kopyta.

Za kolejnym zakrętem dogonili znajomą furmankę zaprzężoną w gniadego konika. Wyprzedzając ją Bolesław pomachał rolnikowi. Po części z wdzięczności, trochę na pożegnanie.

Na ogorzałej twarzy chłopa zagościł dobrotliwy uśmiech…

warsztat

Na podstawie wspomnień W.