Zlot pojazdów militarnych

Pustynna burza

DSC_3786

W przeciwieństwie do pierwszej edycji imprezy, tym razem organizatorzy zadbali o jej właściwe rozreklamowanie. Było lepiej niż rok temu – i to pod każdym względem. Narzekać można było jedynie na kurz i upał – ale z drugiej strony, czy odwiedzając festyn miłośników pojazdów militarnych ktoś spodziewał się czegoś innego?

W tym roku impreza otworzyła się bardziej na zwiedzających. Można było między innymi zwiedzić replikę Panzer II. Zaparkowana w pełnym słońcu maszyna dawała mocno odczuć, że robota u Rommla zdecydowanie lekką nie była.

Nie zabrakło różnorakiego sprzętu wojskowego wszelakiego sortu z różnych armii i różnych epok. Nie omieszkano się oczywiście tegoż sprzętu wytarzać w błocie, ukurzyć w wątpliwej konsystencji piachu i umęczyć na wszelkie możliwe sposoby a po wszystkim napić piwa.

Czyli impreza odbyła się tak, jak każdy szanujący się festyn militarny odbywać się powinien.

Kwiaty z poligonu

DSCI1090

Lipcowy zlot pojazdów militarnych w Kraju Saary odbywał się w ciszy i bez rozgłosu. Wydawać by się mogło, że wiedzieli o nim tylko właściciele pojazdów wojskowych, informowani o miejscu i terminie najwyraźniej pocztą pantoflową. Konspiracja była prawie doskonała. Prawie.

O miejscu i terminie dowiedziałem się od „sąsiada z garażu obok”, którego kolega z pracy był jednym z organizatorów spotkania.

Takich informacji nie wolno lekceważyć. Należało to sprawdzić.

Wyzwaniem było już samo znalezienie miejsca zlotu. Jeszcze większym okazało się dotarcie na miejsce.

Zlot odbywał się w warunkach „pustynnych”. Rachityczna roślinność i rdzawy piasek o podejrzanej konsystencji mąki, produkujący przy każdym kroku niewiarygodne tumany kurzu tworzyły niesamowity, „afrykański”  klimat.

Obecne na zlocie militarne jednoślady to w zasadzie konstrukcje powojenne. Jakże odmienne od naszego, „wschodniego” wyobrażenia. Motocykl wojskowy kojarzy nam się jednoznacznie z ciężką maszyną z wózkiem bocznym, dodatkowo uzbrojonym w karabin maszynowy i obciążony kanistrami i zasobnikami…

Tymczasem w krajach zachodnich po wojnie odpowiedziano sobie na jedno zasadnicze i arcyważne pytanie – do czego będzie używany motocykl wojskowy? Na pewno nie do transportu żołnierzy i uzbrojenia, wobec nasycenia armii innym sprzętem zmechanizowanym. Więc do czego? Do rozpoznania, służby łącznikowej, zwiadu, regulacji ruchu itp.

Tym sposobem motocykl wojskowy przeszedł „kurację odchudzającą” aby na koniec stać się lekkim, małym dwutaktem, dużo praktyczniejszy w warunkach terenowych. I co bardzo ważne, jeśli nie najważniejsze – tańszym i efektywniejszym w działaniu.

Wszystko wskazuje na to, że armie przeżywają renesans zainteresowania jednośladami, więc może to jeszcze nie koniec historii…