WYSTAWA POJAZDÓW ZABYTKOWYCH

Dookoła Linslerhof 2017

DSC_0621

Linslerhof to impreza z gatunku takich, które się uwielbia i zarazem ich nie lubi. Z jednej strony, to największa i jedna z najbardziej klimatycznych imprez oldtimerowskich w regonie, z drugiej strony – ostatnia w sezonie i do następnej tego typu przyjdzie czekać niemal pół roku.

Oczywiście, starym zwyczajem, wraz z towarzyszącym mi Moto Guzzi z 1982 roku zostajemy wysłani na parking dla odwiedzających. Nie chcemy dyskutować na bramie i tworzyć sztucznego korka, dlatego kiwamy głowami że zrozumieliśmy, po czym, zamiast skręcić w lewo tniemy prosto. Sztuczka z zeszłego roku jednak tym razem się nie udaje, bowiem ochroniarze, rozmieszczeni w pozycjach „strategicznych” blokują nam drogę, stanowczo stwierdzając, że maszyny „współczesne” muszą być odstawione na parking dla odwiedzających. Argumentację, że maszynom w wieku 35 lat do współczesności jest jednak raczej daleko, przyjmują z niedowierzaniem i nie przekonują ich nawet dowody rejestracyjne. Koniec końców, wjeżdżamy na teren imprezy, jednak nie tam gdzie w sumie powinniśmy. Bo „zaraz zaczną się wyścigi”, więc nie możemy przejechać na drugą stronę jezdni. Przy czym to „zaraz” oznaczało co najmniej dobrą godzinę. Mimo wszystko i tak lepsze to niż zasuwanie na piechotę z parkingu.

Jak się potem okazało, nie do końca jest tak, że współczesne motocykle wjeżdżać na takie imprezy nie mogą. Wystarczy bowiem przyjechać którymkolwiek motocyklem w stylu „retro” aby automatycznie mieć zapewniony wjazd.

Jednak, poza tradycyjnym incydentem na bramie wjazdowej, dalej wszystko potoczyło się dobrze. A nawet lepiej niż zwykle.

Okazało się bowiem, że w tym roku, po raz pierwszy w historii imprezy, a przynajmniej za mojej na niej obecności, zorganizowano konkursy dla motocykli z oficjalnym przyznawaniem nagród włącznie. Nie żeby mi na tym jakoś specjalnie zależało. Ale przynajmniej zaczęto wreszcie dostrzegać motocykle i przestano je traktować jak „zło konieczne”.

DSC_0711

Dookoła Linslerhof 2016

dsc_7369

Pogoda w tym roku widać się uwzięła i postanowiła pokazać, że jest w stanie zniszczyć nawet najlepiej zorganizowane imprezy. W tym roku los ten spotkał także rajd „Dookoła Linslerhof”. Impreza z dwudniowej zamieniła się w kilkunastogodzinną, a stało się to za sprawą potężnej nawałnicy która przeszła nad okolicą pierwszego dnia. Większość uczestników nie dotarła na miejsce a droga dojazdowa zamieniła się w całkiem pokaźne jeziorko. Nieliczni motocyklowi twardziele którzy jednak dojechali, musieli schować swoje maszyny pod wiatą i poszukać sobie jakiegoś zastępczego transportu do domu. Tak wyglądał w skrócie pierwszy dzień imprezy. Nie trzeba chyba dodawać, że z zaplanowanego rajdu „Dookoła Linslerhof” oraz wyścigów klasycznych samochodów i motocykli wyszły nici.

Było mi to bardzo nie na rękę, bowiem drugiego dnia miałem zaplanowane odwiedzenie kiermaszu płytowego, odbywającego się akurat tego samego dnia w innym mieście i na sam zlot w Linslerhof chciałem udać się później. Trzeba było wobec tego zmodyfikować plany i na kiermasz udałem się już z samego rana motocyklem, będąc jednym z pierwszych odwiedzających. Przez stoiska przeleciałem jak przeciąg, jednak mimo pośpiechu udało mi się wypatrzyć to i owo. Szybko spakowałem płyty do torby przy motocyklu i co koń wyskoczy popędziłem w kierunku Linslerhof, wyprzedzając po drodze wszystko co tylko się nawinęło.

Przed samym zjazdem na teren zlotu wyprzedzam jeszcze francuza na starym goldasie a tuż przed bramką doganiam Niemca na leciwym BMW. Dojeżdżamy do bramy wjazdowej – i tu następuje niemiła niespodzianka. Obsługa stwierdza, że przyjechaliśmy za późno i na teren zlotu już wjechać nie możemy, mimo iż nasze pojazdy spełniają wszelkie kryteria „zabytków”. Niestety, na nic nasze protesty; obsługa wskazuje nam wyznaczony po lewej stornie parking dla pojazdów „współczesnych”, skąd dalej na teren zlotu trzeba iść już na piechotę. W międzyczasie dojeżdża i Francuz. Niemiec jeszcze usiłuje dyskutować z obsługą, jednak nie przynosi to rezultatu; bramkarz kategorycznie wskazuje nam parking po lewej stronie.

Patrzymy po sobie; kurde, nie po to tu przyjechaliśmy na starych rupieciach żeby teraz szorować na teren zlotu na piechotę. Krótkie spojrzenie po sobie i powoli ruszamy najpierw w kierunku parkingu, po czym pełnym gazem walimy prosto na teren zlotu. W lusterku widzę jeszcze jak ochroniarz wymachuje rękoma i coś krzyczy, jednak ryk silników zagłusza całkowicie jego głos. Wpadamy między zabudowania dworu; teraz ochroniarze mogą nam… ten, tego. Parkujemy w bocznej alejce blisko głównego placu i ruszamy na zwiedzanie.

dsc_7349

Zwiedzania nie ma zresztą zbyt dużo. Pogoda wystraszyła większość uczestników do tego stopnia, że na placu pojawili się w zasadzie tylko stali bywalcy. Sami swoi. Serdeczne powitanie, krótkie wieści co i kto remontuje. Dobry znajomy poskładał wreszcie Gnome & Rhone z 1929 roku i opowiada wszystkim którzy tylko chcą słuchać swoje perypetie ze sprzęgłem. Inny opowiada o problemach z elektryką – słowem zwykły zlot starych pojazdów. Jednak co chwila i tak temat zbacza na kwestie związane z pogodą; Słońce jakoś nie może przebić się przez grubą pokrywę z chmur… Wszyscy pocieszają się wzajemnie że na pewno nie będzie już dziś padać…

Próżne nadzieje. Pół godziny później lunęło jak z cebra. Nie widząc żadnej nadziei na poprawę postanawiam zwijać żagle i opuszczam imprezę w momencie przerwy między opadami.

Na pocieszenie pozostaje kilkanaście zdjęć, które mimo wszystko udało się zrobić.

***

Wieczorem, już w domu, przeglądam swoje trofea z kiermaszu płytowego. Na jednym ze stoisk udało mi się nabyć w dobrej cenie między innymi te dwie płyty:

dsc_7388

Miałem je kiedyś na kasetach; fajne czasy kiedy człowiek nie musiał być jeszcze poważny… Wrzucam pierwszą z nich do odtwarzacza…

W sumie do dziś niewiele się zmieniło 😉

 

Linslerhof 01-02.10.2016

Dookoła Linslerhof 2015 #2

DSC_2363

Dzień drugi zaczął się od nieoczekiwanego opóźnienia. Oto postanowił dołączyć do nas znajomy. Niestety, jak to zwykle w takich przypadkach bywa – nastąpił poślizg, wydłużony jeszcze przez wymuszoną zmianę jednego z pojazdów. Wyruszyliśmy z ponad półtoragodzinnym opóźnieniem, które po drodze jeszcze się zwiększyło. Podczas tankowania na napotkanej stacji paliw pomyliłem się przy przygotowywaniu mieszanki i niechcący zwiększyłem sobie dawkę oleju. Na szczęście zbiornik paliwa był niemal w ¾ pełny i dzięki temu, mimo iż przeholowałem znacznie, sytuacja nie była dramatyczna. Jednak zwiększona dawka środka smarnego zrobiła swoje – za zaprzęgiem zrobiło się „niebiesko” a „syntetyczny, bezdymny olej do silników dwusuwowych” nie był już taki „bezdymny”. 😉  Do dworu Linslerhof dojechaliśmy około południa. Albo może lepiej – do korka na kilkukilometrowej drodze prowadzącej do niego. Na dodatek zrobiło się ciepło. Widząc kilka solówek omijających na bezczela stojące bezradnie samochody, niewiele myśląc i bojąc się przegrzania silnika, wpycham się na lewy pas za nimi. Udało mi się przejechać za nimi w ten sposób te kilka kilometrów aż do samej bramy wjazdowej. Tu na sznur pojazdów został rozdzielony; współczesne na prawo, na parking przed dworem, stare natomiast na lewo, do wnętrza. W ten sposób znalazłem się niechcący na właściwym pasie.

W przeciwieństwie do soboty, dziś na zlocie zjawiły się tłumy. Zarówno zwiedzających, jak i wystawców, spotęgowane jeszcze przez wracające właśnie z rajdu na regularność stare samochody. Z ledwością udaje mi się znaleźć wolne miejsce do zaparkowania zaprzęgu tuż przy głównej alejce. Z resztą towarzyszy straciłem kontakt w korku – cóż, takie są uroki motocyklowego zaprzęgu. Nie ma jednak powodów do paniki. Miejscem zbiórki jest bar. Tym razem okazuje się on być zapełniony aż do ostatniego miejsca a kolejka do kasy zdaje się nie mieć końca. Moi towarzysze po odstaniu swego dowiadują się, że do jedzenia została już tylko karkówka – wszystkie inne dania dawno zostały już spożyte. Nie mam zamiaru dociekać, dlaczego ostała się akurat karkówka a wszystko inne zostało już dawno skonsumowane i postanawiam wycofać się na z góry upatrzoną pozycję, to jest w kierunku pozostawionego motocykla w którego koszu przezornie schowałem prowiant. Z tego miejsca miałem też dobry widok na tor do wyścigów ulicznych, którego linia startu znajdował się dosłownie 15 metrów od mojego miejsca postojowego. O tak komfortowych warunkach do robienia zdjęć jak wczoraj można było dziś tylko pomarzyć, tym niemniej udało się sfotografować to i owo.

Mała galeria:

„Tradycyjnie” już na zakończenie przypominam o Piątych Międzynarodowych Wyścigach Motocykli Klasycznych który odbędzie się na ulicach miasteczka St. Wendel w dniach 12 – 14 sierpnia 2016. Czasu jest dosyć aby zaplanować piękny urlop 😉

15-12-28 11;59;03

Strona organizatora.

Dookoła Linslerhof 2015 #1

DSC_1999

Najgorszy z możliwych scenariuszy sprawdził się co do joty – terminy dwóch imprez których przegapić nie chciałem, pokryły się. Odległość pomiędzy nimi również wykluczała zaliczenie obu. Wobec tego trzeba było wybierać. Z ciężkim serce odpuściłem sobie jubileuszową, czterdziestą już Veteramę w Mannheim, podejrzewając (słusznie zresztą, jak się okazało), że zjedzie się tam masa ludzi. Zamiast tego wybrałem zlot pojazdów zabytkowych w pięknym, starym dworze Linslerhof, położonym malowniczo tuż przy samej granicy francuskiej. Dawało to nadzieję na liczną reprezentację dawnej, „frankońskiej” motoryzacji, która u nas jest praktycznie nieznana.

Aby uniknąć korków przy wjeździe do dworu wyruszyliśmy na zlot wczesnym rankiem. Nie zdążyliśmy nawet zjeść śniadania, licząc na uzupełnienie kalorii w tamtejszej restauracji.

Po przybyciu na miejsce, zgodnie z planem, zajęliśmy miejsca w barze. Do śniadania, składającego się z wyśmienitej Currywurst i kawy przygrywała ochoczo orkiestra jazzowa. To także jedna z atrakcji zlotu na dworze Linslerhof – na głównym dziedzińcu przez niemal cały czas trwania zlotu można posłuchać na żywo szlagierów „z epoki”, czyli mniej więcej z lat 1920 – 1960.

Uwagę zwracała dość nieliczna reprezentacja „klasyków” jak i odwiedzających. Winę za to ponosiła dość niepewna pogoda. Było mglisto i chłodno.

– „Cześć, jak widzisz ciągle to samo” – tak skomentował frekwencję jeden z napotkanych w barze znajomych, z którym zdarzyło mi się spotykać już na różnych wcześniejszych zlotach. Nie do końca to samo, zresztą nie dane było mi się nad tym dłużej zastanawiać bowiem wściekły ryk rozgrzewanych silników zapowiadał pierwszą rundę wyścigów ulicznych. Bar błyskawicznie opustoszał.

Po pierwszej rundzie wyścigów dostaliśmy zaproszenie do boksów dla zawodników. Na środku dziedzińca uwagę zwracał potężny Panhard – Levassor X49, prawdziwy bolid wyścigowy z lat 1924-1927. Niemal pięciolitrowy, czterocylindrowy silnik tego wehikułu pozwalał z łatwością rozpędzić go do 160 km/h. Biorąc pod uwagę ówczesne drogi, mechaniczne hamulce oraz drewniane (!) koła samochodu, prowadzenie go wymagało od kierowcy umiejętności całkowitego wyłączenia uczucia strachu, ewentualnie wyobraźni. To jednak nie wszystko. Auta te były użyte do bicia rekordu prędkości na autodromie Montlhèry pod Paryżem, osiągając prędkość 222 km/h! Łącznie wyprodukowano 242 egzemplarze modelu X49, wspaniałego auta z wielką historią.

Na zakończenie można było zobaczyć, jak wykonuje się klasyczną „ósemkę” motocyklowymi zaprzęgami. Niby nic specjalnie trudnego dla osób obytych z sidecarami (dla tych, którzy nigdy nie dosiadali motocyklowego zaprzęgu jest to zadanie całkowicie niewykonalne). Tyle tylko, że akrobacja ta została wykonana przez kierowcę urodzonego w roku 1927, czyli mającego już 88 lat (!) a dokonywał jej przy użyciu dwóch ciężkich motocykli H-D; jednego z roku 1947, ciągnąc nim na sztywnym holu starszego brata z 1929 roku.

Późnym popołudniem powróciły stare samochody z pierwszego etapu rajdu „dookoła Linslerhof”. Jutro przed nami kolejny dzień pełen atrakcji.

Zapraszam do galerii:

Linslerhof, 10.10.2015

 

Na zakończenie mam przyjemność zaprosić w imieniu Organizatorów na Piąte Międzynarodowe Wyścigi Motocykli Klasycznych w St. Wendel – strona organizatora.

15-12-28 11;59;03

Natura i klasyka 2015

DSC_0039

15/16 sierpnia 2015

Imprezy z udziałem pojazdów klasycznych obrodziły nam w tym roku do tego stopnia, że trzeba wręcz wybierać, gdzie udać się tym razem na weekend. Zloty bowiem zaczęły się dublować w tych samych terminach.

Tym razem wybór padł na „Klassik Autos im Grünen”, połączony z jubileuszem 40-lecia Margarentenhof, restauracji i hotelu organizującego już od wielu lat tę imprezę.

Prognozy pogody nie były zbyt zachęcające. Po niemiłosiernych upałach przyszło ochłodzenie a wraz z nim – deszcze. Niestety, ziścił się koszmarny sen organizatorów – padało od samego rana. Z przerwami, ale jednak. Nie wróżyło to dobrze imprezie.

Niezrażony tym faktem naciągnąłem plandekę na wózek (żeby mi tapicerka nie zamokła 😉 ) i wyruszyłem w stronę przygranicznego Berus.

DSC_0141

Tym razem nie byłem pierwszym motocyklistą na imprezie. Wcześniej bowiem pojawił się człowiek na GPz 1100 z 1982 roku, czyli pierwszej serii produkcyjnej.

Co ciekawe, motocykl wyposażono już wówczas we wtrysk paliwa! Był to jeden z pierwszych motocykli wyposażonych seryjnie w to urządzenie.

DSC_9862  DSC_9860

Deska rozdzielcza zdradza, że jest to druga wersja tej maszyny, w nomenklaturze fabrycznej nazwana „B2”; różni się ona od pierwszej zastosowaniem wyświetlaczy LCD a także, z rzeczy mniej widocznych – ulepszonym systemem wtrysku paliwa. Oraz większą mocą – o cały 1 KM.

DSC_9858

Motocykl został uruchomiony niedawno po niemal dwudziestoletnim przestoju i trapią go podobne problemy, z którymi sam walczyłem reanimując swój egzemplarz.

Gdy już myślałem że nic mnie dziś nie zaskoczy, z dźwiękiem niepodobnym do niczego innego zajechał Kawasaki Mach III.

DSC_9939  DSC_9938

Gdy kierowca wyłączył już potworny dwusuwowy agregat, podszedł do mnie starszy Niemiec.

„- Patrz pan, Japończycy potrafili skopiować wszystko. I udoskonalić do perfekcji.”

Trudno nie przyznać mu racji. Motocykl ten na przełomie lat 60-tych i 70-tych zrobił niesamowicie dobrą robotę dla KHI. Trzycylindrowy dwusuw przy pojemności skokowej 499 ccm generował moc na poziomie 60 KM. Przy masie własnej poniżej 185 kg ucinało to wówczas wszelkie dyskusje na autostradzie – maszyna bez problemów rozpędzała się do imponującej prędkości 185 km/h. Miarą nowoczesności była instalacja elektryczna 12V/400W oraz tyrystorowy układ zapłonowy CDI. Chociaż do rozruchu silnika nadal musiał wystarczyć kickstarter.

DSC_9942  DSC_9941

Mając możliwość porozmawiania z właścicielem tego wehikułu, wypytuję go o pewne szczegóły.

DSC_9945  DSC_9944

W pierwszych egzemplarzach rzeczywiście mogło dojść do zatarcia tłoka w środkowym cylindrze, później problem został wyeliminowany. Tak więc opowieści o zatartych silnikach w Mach III nie są tylko legendą ludową. Prędkość maksymalna okazywała się nawet wyższa niż przedstawiało to w swoich katalogach Kawasaki Heavy Industries. Spalanie na poziomie 11l/100km również nie należało do rzadkości, szczególnie jak ktoś miał ciężką rękę…

DSC_9946  DSC_9949

Silna grupa „harlejowców”. Ci to mają dobrze. Nieważne czy przyjechali modelem z lat 40-tych XX wieku czy też nówką prosto z salonu – jeden i drugi wyglądają tak, jakby wyciągnięto je prosto ze zbiorów muzealnych 😉

DSC_0053  DSC_9909

DSC_9911  DSC_9912

DSC_9914  DSC_9915

Ciekawostką był Renault 4CV. W Polsce ten samochód jest niemal nieznany. Popularny był za to we Francji, Hiszpanii i Japonii oraz w Kraju Saary, po wojnie gospodarczo powiązanym właśnie z Francją.

DSC_0108

Auto było alternatywą dla niemieckiego „Garbusa”. Odrzucając wszelkie sentymenty i patrząc obiektywnie – w sumie pod każdym względem lepszą. Przede wszystkim jest to samochód czterodrzwiowy, więc z zajmowaniem miejsca na tylnej kanapie nie ma problemów. Zwrócił ktoś uwagę na drobny szczegół – a mianowicie w powojennych autach francuskich próżno szukać samochodów dwudrzwiowych. Wszystkie, za wyjątkiem rzecz jasna aut sportowych, są czterodrzwiowe. Wzięło się to stąd, że samochód dwudrzwiowy we Francji był droższy w utrzymaniu a to za sprawą wyższych stawek ubezpieczeniowych.

DSC_0106  DSC_0111

Jednak najważniejsze kryje się pod tylną klapą autka. Silnik, w przeciwieństwie do „Garbusa”, jest rzędową „czwórką” chłodzoną cieczą, o pojemności 747 ccm i mocy 21 KM oraz rozrządem OHV, na swoje czasy nowoczesną i nawet dziś zachwycającą swoją kulturą pracy i cichobieżnością. Samochodzik produkowano w latach 1946 – 1961.

Nagle!

DSC_0058  DSC_0059

Czy ten motorower czegoś Wam nie przypomina? Ten „Condor” to przecież nasz rodzimy „Komar” MR 232 w wersji na rynek niemiecki. Ponieważ polski przemysł motoryzacyjny nie wypracował sobie marki rozpoznawalnej na świecie (jak np. MZ czy JAWA), czego zresztą „plony” zbieramy po dziś dzień, powstał problem ze sprzedażą naszych produktów za granicą. Rozwiązała go firma Neckermann, będąca oficjalnym dystrybutorem w RFN motocykli MZ, JAWA i CZ, firmując motorowery swoją nazwą.

DSC_0061  DSC_0060

Problem pozornie został rozwiązany i motorowery trafiły do klientów zachodnich a do kasy PRL wpływały upragnione dolary i dojczmarki.

DSC_0062  DSC_0065

Szkoda tylko, że w dalszym ciągu na zachodzie nikt nie kojarzył ich z Rometem…

Komary/Condory sprzedawane były do RFN, Wielkiej Brytanii, Szwecji, Irlandii, Turcji i Nigerii.

Wtem!

Na jednym z Citroenów 2CV wypatrzyłem taką oto tabliczkę.

DSC_0117

Tak, ten samochód wrócił właśnie niedawno z Torunia. Ponieważ dzięki różnym zawirowaniom losu związany jestem z Toruniem bardzo silnymi więzami, postanowiłem zaczepić właścicielkę auta. Tym sposobem poznałem niesamowitych ludzi, Astrid i Petera z polska Piotrem zwanego. Gdy powiedziałem o co mi chodzi, z miejsca zostałem uściskany, posadzony przy stoliku i nakarmiony… świeżymi piernikami toruńskimi! 1300 km od Torunia!

Chciałem zapytać Astrid o wrażenia z pobytu w Polsce, ale nie dała mi dojść do głosu. Sama opowiedziała wszystko.

Otóż, gdy powiedziała znajomym że wybiera się do Polski do Torunia na 21 zlot miłośników Citroena, ci popukali się tylko w czoło, dając tym samym do zrozumienia że wybiera się do krainy dzikusów.

„-Zobaczysz, już pierwszej nocy ukradną ci koła. A to będzie dopiero początek.” – tak straszyli Astrid znajomi.

Być może kogoś innego by to zniechęciło. Ale nie Astrid, która jest uparta i nie wierzy w nic, czego sama nie sprawdzi.

„Czarnowidztwo” znajomych nie sprawdziło się a Astrid i Piotr zostali oczarowani „najlepszym zlotem Citroena” na jakim kiedykolwiek byli – a wierzcie mi, bywali na wielu.

„-Powiedz mi, czy widziałeś gdzieś, żeby na paradę starych samochodów zablokowano pół wielkiego miasta? I to nie jeden raz! Czy jeszcze gdzieś jest to możliwe? Zlot był zaplanowany perfekcyjnie. P E R F E K C Y J N I E.” – jeszcze raz akcentuje to słowo.

DSC_0120

„-Poznań… Toruń… Bydgoszcz…” –Astrid pisze na kartce nazwy miejscowości, pilnie bacząc by nad „ń” koniecznie znalazła się kreseczka. Szczególnie mocno męczy się nad nazwą „Bydgoszcz”, która dla Niemców jest niemal niewymawialna, ale Astrid się nie poddaje i uparcie odmawia używania nazw niemieckich (Posen, Thorn, Bromberg). Zaimponowała mi.

Na koniec, jak relikwię, wyjęła z bagażnika samochodu program toruńskiego zlotu oraz egzemplarz „Gazety Pomorskiej” ze zdjęciem swoim i Louisa. Jak łatwo się domyśleć, Louis to imię Jej ukochanego, szarego Citroena 2CV w wersji dostawczej.

Louis (pierwszy od lewej) z kumplami:

DSC_0021

Pojawiła się druga Jawa, tym razem model 640.

DSC_0066 DSC_0068

Ciekawostką jest regulacja przedniej lampy w zależności od obciążenia. Trzeba przyznać, że problem rozwiązano sprytnie.

DSC_0071

Sportowy skuter Peugeot 103 RCX z 1988 roku. Z „komarowej” pojemności 49 ccm rozwijał moc 2,1 KM, co przekładało się na prędkość maksymalną 70km/h. Silnik chłodzony jest cieczą.

DSC_0079

Przedstawiciel samochodowego baroku, Packard Patrician 400 z 1952 roku. Samochód wyposażono w rzędowy, ośmiocylindrowy, dolnozaworowy silnik. Przy pojemności 5400 ccm rozwija moc 157 KM. Niesamowita jest praca tego motoru – cicha, równomierna, pozbawiona absolutnie jakichkolwiek wibracji. Po prostu majstersztyk.

DSC_0099

Demontaż głowicy tego silnika jest nie lada wyzwaniem. Do jej zdjęcia należy odkręcić „tylko” 38 śrub.

DSC_0085

Silnik przekazuje swoją moc na koła przy pomocy półautomatycznej skrzyni biegów o zaledwie dwóch przełożeniach. Prędkość maksymalna tego wehikułu oscyluje w granicach 150~160 km/h mimo masy własnej wynoszącej „tylko” 2500 kg.

DSC_0103  DSC_0101

Instalacja elektryczna jest oczywiście 6V z plusem na masie, żeby było oryginalniej.

Samochód wyposażono w podwójne, barwione szyby, opuszczane automatycznie we wszystkich drzwiach. Siłowniki szyb są hydrauliczne, nie elektryczne. Hydraulicznie wysuwana jest również teleskopowa antena radiowa, wspomaganie kierownicy a nawet regulacja foteli! I to wszystko w 1952 roku!

Nie klasyka, ale ciekawostka. Albo moze inaczej: „retroklasyka”. W 650 z wózkiem od sowieta też daje radę.

DSC_0139

I najstarszy motocykl na zlocie i chyba najstarszy pojazd w ogóle – przepiekny Magnat – Debon z 1921 roku, w stanie „oryginał prosto ze stodoły”. Czyli tak, jak lubię. Co prawda trochę nieoryginalnych fantów by się w nim znalazło, na przykład zbiornik paliwa w oryginale powinien być zielony, tłumik z okrągłym zakończeniem. Prądnica na pasku klinowym to również późniejszy tuning, tak samo jak zawór od pieca na olej opałowy na przewodzie olejowym…

DSC_0007  DSC_0009

DSC_0011  DSC_0012

DSC_0015  DSC_0017

Mimo to motocykl jest piękny. Przed samą II wojną światową Magnat – Debon produkowała również motocykle z silnikiem w układzie bokser. Według opinii znawców w tamtym czasie najlepsze na świecie…

Włoszczyzna 😉

DSC_0082

Deszcz wreszcie przestał padać i frekwencja się poprawiła. Mimo niesprzyjającej aury ja zaliczam ten zlot do jednych z najbardziej udanych. Organizatorzy zapewne liczyli na więcej…

Galeria:

Saarlandzkie dni klasyki 2015

DSC_8462

Zapowiadało się źle, wyszło świetnie – czyli całkiem inaczej niż zwykle.

Ale zacznijmy od początku.

To że się tam wybiorę było pewne już od dawna. Miałem jedynie pewne wątpliwości co do motocykla na którym tam pojadę. Mój borze iglasty, dwa graty sprawne!

Problem rozwiązał się sam. Kawa poinformowała bowiem radośnie, że odnalazła właśnie gwóźdź, którego ktoś najwyraźniej zgubił kiedyś na drodze i w związku z tym faktem na żadne Dni Klasyki się nie wybiera a co najwyżej do wulkanizacji. Ponieważ jednak odnalazła go w sobotę po południu a wyjazd nastąpić miał w niedzielę rano, tak więc wybór niejako dokonał się sam.

Następnego dnia punkt o 9:00 rano melduję się na miejscu. Witają mnie pustki. Stare samochody dopiero się zjeżdżają a mój zaprzęg okazuje się być jedynym motocyklem na tym zlocie. Aut ciągle przybywa a ja stoję sam ze swoim motocyklem. Czuję się trochę dziwnie. Kiedyś napisałbym, że czuję się jak „baba z brodą” – tyle tylko, że dożyliśmy takich czasów, że takie zestawienie nie robi już na nikim specjalnego wrażenia. O tempora, o mores!

W pewnej chwili podchodzi reporter lokalnej gazety. Korzystając z faktu, że o tej porze jest jeszcze stosunkowo niewielki ruch, postanawia zrobić zdjęcia do swojego artykułu. Chwilę rozmawiamy o tym i owym. Przy okazji Jawa dostaje kilka fotek. Może ukażą się nawet w gazecie? 😉

Gdy już zaczynam tracić nadzieję że na tej imprezie wydarzy się coś wartego uwagi, wśród warkotu, bulgotu, warczenia i skrzypienia samochodowych silników słyszę charakterystyczny terkot małych dwusuwów. Chwilę później obok samotnego zaprzęgu parkują dwa motocykle DKW. Ich kierownicy także są zdziwieni, że o tej porze jest tak niska frekwencja braci motocyklowej.

DSC_8434

Jeden z nich mówi, że to wina prasy, która pisze w kółko, że te „Dni Klasyki” to spotkanie właścicieli zabytkowych samochodów, nie wspominając nawet jednym słowem o motocyklach. „Dzięki temu” na spotkanie zajrzą może miejscowi motocykliści. Natomiast ci którzy mają dalej prawdopodobnie odpuszczą sobie tą imprezę, nie wiedząc, czy aby nie jadą nadaremnie.

Drugi natomiast stwierdza, że ma to wszystko w d***e i jedzie na wycieczkę. Zajrzy tu za godzinę, może coś się zmieni.

Po kolejnej półgodzinie, w czasie której samochody zdążyły ustawić się na placu już w trzeci rząd a motocykli nadal było sztuk dwa, uznałem, że także moja cierpliwość się kończy. Opuszczam teren zjazdu boczną uliczką i w drogę. Trochę jestem zły że zmarnowałem sobie tyle niedzieli. Tymczasem, zza zakrętu, wypada nagle zaprzęg BMW i solówka MV Augusta. Kierowca BMW macha mi, abym zawracał i jechał z nimi. No, wreszcie coś się dzieje.

DSC_8448

Tak oto zawracam. Tym razem motocykli zebrało się więcej. Dotarli „modsi” na Vespach i Henklach, czyli jest już nas trochę. W sumie pewnie z tuzin maszyn. Trochę blado w porównaniu z grubo ponad setką samochodów ale zaczyna robić się wesoło. Średnia wieku posiadaczy zabytkowych motocykli to pewnie 60+, przy czym ten „plus” może być dość duży. Wygląda na to, że jestem najmłodszym  uczestnikiem tego spotkania. Jak to ktoś ładnie ujął: „dziś młodzi ludzie nie potrafią rozróżnić marek samochodów i motocykli; za to doskonale odróżniają smartfony”. Coś w tym jest.

W pewnej chwili podchodzi starszy jegomość. Dowiaduję się od niego, że przez pewien czas Jawy były dość popularne w Niemczech Zachodnich a sprzedawało je jedno z dużych niemieckich przedsiębiorstw. Niestety, nie pamięta już jego nazwy. Za to doskonale przypomina sobie kolorowe katalogi z których można było zamawiać sobie motocykle. Pamięta, bo sam zamówił sobie Jawę z takiego katalogu i służyła mu wiernie przez szereg sezonów. W sumie w siodle motocykla spędził niemal pięćdziesiąt lat i „oderwała go” od niego dopiero choroba. Nasza rozmowa trwała ponad godzinę.

DSC_8462

Na koniec zlotu, gdy już miałem odjeżdżać, podszedł do mnie jeszcze raz. Drobny, chudy, przygarbiony stary człowiek. Przytrzymał mnie delikatnie za rękaw.

„- Obiecaj mi coś – powiedział.

– Co takiego?

– Obiecaj mi – pokazał palcem motocykl – obiecaj mi, że jej nie sprzedasz…”

Saarlandzkie Dni Klasyki – Linslerhof 2014

DSC_6179

Dwudniowa wystawa zabytkowych pojazdów, ponad stukilometrowy rajd  dla starych samochodów „dookoła Linslrehof”, konkurs elegancji, muzyka „z epoki” na żywo a dla spragnionych mocniejszych wrażeń – wyścigi motocykli i aut na zamkniętym, zabezpieczonym torze.

Dodatkowego uroku dodaje piękna sceneria zabytkowego dworu Linslerhof.

Była to piąta już odsłona tej imprezy, organizowanej w ramach ADAC Saarland Classic Cup.

IX Wystawa Pojazdów Zabytkowych w Tucholi

Ciężko wskazać „winnego” tego wyjazdu. Wszystko zaczęło się od opublikowania przez Jacka „Breina” relacji Krzysztofa Małego „MZ Ridera” z wyjazdu w Bory Tucholskie w Czytelni Motocyklowej. Po słowach zachwytu nad artykułem i pięknem Borów oraz bliżej niesprecyzowanych obietnicach zajrzenia tam „przy najbliższej okazji” Wojtek wrzuca informację o lipcowym Zlocie Pojazdów Zabytkowych w Tucholi. Blisko Borów a i wspomniana „najbliższa okazja” jakoś sama się nadarza. Czyli jedziemy.

IX WYSTAWA POJAZDÓW ZABYTKOWYCH TUCHOLA 2010

akwedukt w Fojutowie.

Wojtek z Andrzejem jadą z Torunia, więc umawiamy się na wlocie do Bydgoszczy przy pierwszych światłach na pobliskim parkingu. Wykalkulowałem sobie, że czas dojazdu powinniśmy mieć podobny, więc raczej nikt nie powinien długo czekać. Dodatkowo punkt zborny wyklucza możliwość pomylenia miejsca i szukania się po mieście. Parę minut po siódmej rano dostaję wiadomość, że chłopaki są już przy garażu i zaraz wyjeżdżają. Ja też już jestem spakowany, motocykl stoi przed bramą, więc na koń i w drogę. Mimo wczesnej pory już jest bardzo ciepło – coś czuję, że upał da się we znaki.

Po drodze mijam stację z Pecten sp. w logo. W zasadzie to powinienem zatankować a stacja należy do mojego ulubionego koncernu – może dlatego, że obrał sobie właśnie to wyjątkowe stworzenie za swój znak rozpoznawczy. Jednak szkoda mi czasu, gdzieś na pewno będzie jeszcze okazja napoić konie.

Aby dotrzeć na miejsce spotkania, muszę przekroczyć Brdę a później Wisłę. Most przez Brdę na Spornej oczywiście zamknięty, objazd przez Kazimierza (do którego muszę narzucić kilka kilometrów) zakorkowany. Przepychanka przy wjeździe na most idzie mi w miarę sprawnie i w ciągu minuty jestem już na Fordońskiej, na której to tracę dużo czasu na kolejnych światłach. Dopiero po minięciu wiaduktów nabieram tempa. Na moście na Wiśle odbywa się liczenie pojazdów. Przejeżdżam obok stanowiska rachmistrzów, wyposażonego w stolik, leżaki plażowe i niezbędny dziś parasol – i otrzymuję kreseczkę w formularzu. Za mostem zakręt i już widać miejsce spotkania. I cóż ja widzę? Od strony Torunia nadjeżdżają dwa motocykle! To się nazywa synchronizacja! Z dokładnością do kilku sekund! Kiedy PKP osiągnie podobny wynik?

Zjeżdżamy na parking. Powitanie, Andrzej stroi GPS-a, Wojtek telefonicznie umawia się z Robertem, który ma czekać na nas już w Tucholi:

01

We trójkę wpadamy na most, wzbudzając zdziwienie rachmistrzów. W formularzu przybywają kolejne trzy kreseczki. I znowu przedzieranie się przez całą Bydgoszcz. Mimo niedzieli ruch całkiem spory. Dopiero za miastem zaczyna robić się spokojniej. Trasa jak zwykle urzekająca. Podróż do Tucholi przebiega bez niespodzianek. Przygody zaczną się dopiero na miejscu. Do samej Tucholi jechałem jako pierwszy, znając trasę na pamięć z wielu podróży służbowych. Teraz prowadzi Andrzej, uzbrojony w GPS i nazwę ulicy na której odbywa się zlot. Przed samą Tucholą mijamy reklamę promującą akwedukt w Fojutowie. Już w domu postanowiłem, że nie odpuszczę i pojadę tam, choćby sam. Na szczęście Andrzej i Wojtek wyrazili swoją aprobatę i stwierdzili, że po zlocie odwiedzimy i to miejsce.

Wpadamy do Tucholi; Andrzej prowadzi pewnie, mając GPS za przewodnika. Jedziemy, jedziemy… aż droga twarda się kończy przechodząc w gruntówkę a my lądujemy na jakimś zadupiu. Krótka konsultacja telefoniczna z Robertem, który już jest na miejscu i zawracamy. Po mieście jeżdżą różne motocykle ale raczej wyglądają na tak samo zagubione jak my, bo nie obierają jednego kierunku a raczej kręcą się we wszystkich możliwych. Pod jednym ze sklepów widzimy grupkę motocyklistów, ale zanim podjechaliśmy, zwinęli się i nie zdążyliśmy spytać o drogę. Znów telefon do Roberta.

W końcu trafiamy na miejsce zlotu. Maszyn cała masa. Wojtek, Robert i ja, jako posiadacze motocykli w wieku dojrzałym (powyżej 25 lat) zostajemy skierowani na plac dla pojazdów zabytkowych, Andrzej musi stanąć po drugiej stronie. Motocykle zostają wciągnięte na listę uczestników zlotu, zaopatrzone w naklejki z numerem i symbolem zlotu a właściciele w znaczki zlotowe. Podobno ma się odbyć głosowanie na najlepszy zabytek zlotu – Wojtek stwierdza, że mogą już dać mu tę nagrodę, przecież nie będzie czekał aż do wieczora a wynik konkursu już został rozstrzygnięty – wraz z Jego przybyciem. Jednak panie w punkcie informacyjnym każą czekać do wieczora. Zabieramy wszystkie kartki, znaczki i naklejki które otrzymaliśmy przy wjeździe. Znaczek zlotowy chowam, aby się nie zgubił. Skrytkę obmyśliłem tak sprytną, że do dzisiaj nie mogę go znaleźć.

Jednak wjazd na plac dla zabytków, poza udziałem w konkursie na najlepszy zabytek (bez sensu; przecież Wojtek już go wygrał) nie niesie ze sobą żadnych korzyści. Cienia nie ma ani u nas, ani u Andrzeja.

02

Porządku strzegły służby mundurowe; przewidziano też kursy reedukacyjne – za radiowozem stoi Maluszek do nauki jazdy.

03

Korzystając z dosyć wczesnej godziny i faktu że słonce jeszcze nie zabija a tylko wykańcza, obfotografowałem wszystko, co wydawało mi się ciekawe. Na pierwszy ogień poszły zaprzęgi, szczególnie te zmilitaryzowane:

04

05

Tu widzimy egzemplarz zaopatrzony w wymuszacz uprzejmości i kultury na drodze:

06

07

Ten zaś przygotowany jest do samodzielnych działań bojowych w warunkach odcięcia od zaopatrzenia:

08

Jak też cała masa innych:

09

10

11

12

13

14

15

Z lewej bezpośrednie połączenie z Berlinem, z prawej z Moskwą:

16

Cywilnych zaprzęgów też nie brakowało:

17

18

19

Coś dla miłośników pojazdów przyszłości, na paliwo w 100% bioodnawialne:

20

Dla sympatyków rodzimej motoryzacji:

21

22

Oraz innych demoludów:

23

24

Nie zabrakło czeskich zaprzęgów:

25

27

Oraz klasyki:

28

29

30

32

½ Light Speed Team:

33

Upał daje się we znaki. Wszelkie zacienione miejsca (a jest ich bardzo niewiele) są na wagę złota. W jednym z takich miejsc spotykam znajomych, z którymi miałem przyjemność być na zlocie na zamku w Świeciu. Chwilę siedzę z nimi w cieniu. Wojtek, Andrzej i Robert z Grzesiem myszkują pomiędzy zabytkami, ja już nie daję rady. Wreszcie skwar staje się nie do wytrzymania. Zapada decyzja – jedziemy do Fojutowa. Wojtek jest niepocieszony, bo czeka przecież na nagrodę. Mieli jechać z nami znajomi na sowieckich zaprzęgach, ale następuje potworne zamieszanie, kończące się rozproszeniem zaprzęgów i zgiętym gmolem w moim motocyklu (wyprostowanym chwilę później na stacji paliw). O co chodziło – do dziś nie wiem.

W każdym razie do Fojutowa jedziemy w cztery motocykle: Wojtek, Andrzej, Robert z Grzesiem i ja. Co ciekawe, GPS ma problemy z odnalezieniem tej miejscowości, więc zdajemy się na pytanie autochtonów. Z tymi tubylcami wyszło nam nawet całkiem śmiesznie. Przy jakimś wiejskim sklepie Andrzej zapytał o drogę jedną ze stojących tam kobiet – jak się później okazało, żonę mojego kolegi z pracy z Bydgoszczy. Przypadek sprawił, że jechali także na wycieczkę do Fojutowa i tylko zatrzymali się w sklepie na zakupy – dlatego Andrzej został dobrze pokierowany. Spotkaliśmy ich zresztą kwadrans później na parkingu przy akwedukcie. Cóż, świat jest mały.

Wreszcie trafiamy na miejsce. Asfaltowa szosa kończy się tuż nad brzegiem kanału Brdy, tworząc prowizoryczny parking.

Drużyna (prawie) w komplecie:

34

Dalej niestety, obowiązuje zakaz ruchu. Trzeba iść w upale na piechotę. Jak się okazuje, całkiem spory kawałek. Zaczynam zazdrościć maszynom, że stoją sobie w cieniu:

35

Podstawowe informacje o największym akwedukcie w Polsce, made in Germany, rzecz jasna:

37

38

Akwedukt – budowla w kształcie mostu lub wiaduktu, na którym ułożono koryto lub rurociąg do przepływu wody. (za „Encyklopedią techniki”).

A oto i sam akwedukt:

40

41

Budowla jest rzeczywiście imponująca: 75 metrów długości, 68 metrów szerokości (szerokość sklepienia łuku prawie 50 metrów) różnica poziomów między Wielkim Kanałem Brdy a Czerską Strugą wynosi 10 metrów, lecz ja czuję się nieco rozczarowany. Szczególnie, kiedy w opisach porównywany jest do budowli rzymskich. Nie bardzo rozumiem, w czym przypomina on akwedukt rzymski. W tym, że rzymianie budowali akwedukty? Budowali też drogi ale nikt naszych kocich łbów nie porównuje do dróg rzymskich. Pisanie, że nawiązuje do rzymskich wzorców jest po prostu nadużyciem.

Droga powrotna dłuży się w upale. Całe szczęście, że przy parkingu, gdzie zostawiliśmy motocykle znajduje się klimatyzowana restauracja. Cola z lodówki ratuje nam życie:

42

Wracamy do Tucholi, po drodze mijając dziesiątki motocykli i starych samochodów – IX Zlot Pojazdów Zabytkowych dobiega końca. Na stacji benzynowej rozstajemy się – ja wracam przez Bydgoszcz, Wojtek i Andrzej jadą z Robertem i Grzesiem inną trasą na Toruń. Po drodze zatrzymuję się jeszcze na pamiątkowe zdjęcie:

43

Przed samą Bydgoszczą ogromny korek, nie stoimy co prawda ale jedziemy z prędkością w przedziale 20-40 km/h. Droga wąska, z naprzeciwka jadą samochody ale zmieszczę się. Po 200 metrach wyprzedzania mijam przyczynę zatoru – to zabytkowe samochody wracają z Tucholi w tempie 35 km/h. Przede mną wolna przestrzeń. Przyspieszam. Chwila wytchnienia dla mnie i dla silnika. Przedzieram się przez Bydgoszcz. Z nieba leje się żar. Rozgrzany asfalt bezlitośnie oddaje ciepło. Powietrze faluje wokół rozgrzanych cylindrów. I znowu światła na skrzyżowaniach. Stoję pięć minut, potem minuta jazdy do następnych świateł i znów od nowa czekanie.

Czuję się wręcz odwodniony. Do domu wracam krótko po 16.00.