wycieczka

Zamek

img20220825_15021060

Czasami najtrudniejszą częścią wycieczki jest wymyślenie sobie celu podróży, żeby móc sobie jakoś zracjonalizować zużycie drogiego paliwa. Głupio bowiem wypalać benzynę bez celu. A przynajmniej tak zwykł mawiać mój znajomy.

DSC08031

Gdy już wynajdziemy sobie cel wycieczki, paliwo przestaje być marnotrawione. W końcu nie jedziemy już donikąd.

Tym razem wybór padł na Château de Malbrouck. Cel o tyle fajny, że znajduje się we właściwej odległości, czyli nie za dużej i nie za małej, a przy okazji jest możliwość przejechania się po wspaniałych drogach lokalnych.

DSC08034

To znaczy może same drogi do wspaniałych technicznie jednak nie należą, jednak jeśli chodzi o walory krajobrazowe, trzeba uczciwie przyznać, że są jednymi z ciekawszych.

DSC08028

Sam zamek natomiast jest niesamowity, bowiem jeszcze 25 lat temu był zdewastowaną ruiną, którą odbudowano i wygląda dziś tak, jak w czasach swojej świetności. Historycy zwykle kręcą nosem na takie rekonstrukcje, bowiem często mają one więcej wspólnego z fantazją, niż obiektywną prawdą historyczną. Zwykle nie dysponujemy żadnymi rycinami, jak taka twierdza rzeczywiście wyglądała i trzeba opierać się na domysłach. Wysokość wież czy murów, zwieńczenia – to zwykle tylko spekulacje.

DSC08035

Tu sprawy miały się inaczej. Zamek posiadał dobrą dokumentację historyczną, więc jak najbardziej nadawał się do odbudowy. Zrekonstruowano również drewniane zabudowania znajdujące się na dziedzińcu, rzecz niespotykana.

img20220825_15030869

Jedyny minus to dość słono płatny wstęp, więc tym razem postanowiłem sobie go odpuścić. Ale co się odwlecze…

W poszukiwaniu spokoju

img20200425_20103483b 1b

Ostatnimi czasy nie możemy chyba narzekać na niedobór informacji, zajęć i wrażeń. Przynajmniej ja to wszystko tak odbieram. Po konfrontacji z rzeczywistością, z moich wielce ambitnych planów nie pozostało zbyt wiele. Chociaż nie, nadal pozostały plany, których jednak finalizacji jakoś specjalnie na horyzoncie jednak nie widać. Ale należy patrzeć pozytywnie. Podobno jak się sprawy uleżą to nabiorą większej mocy, nie tylko urzędowej.

W celu oderwania się od bieżących wydarzeń postanowiłem zrobić małą prasówkę internetowej prasy motocyklowej. Oprócz standardowych, wiosennych wpisów typu „polatane”, mamy również rodzynki. Jak zwykle niezawodny jest w tym temacie mój ulubiony portal. Ulubiony w sensie, że kiedyś był on bardzo fajną gazetą, która po upadku odrodziła się w Internecie, stając się motocyklowym pudelkiem. Tym razem trafiłem na artykuł pod wszystko mówiącym, klickbajtowym tytułem: „Co mnie wkur**”, albo jakoś tak. Tak sobie myślę, że szczęśliwi muszą być ludzie, którzy nie mają większych zmartwień niż to, że ktoś jeździ sobie na co dzień motocyklem z kuframi albo staje przede mną na światłach. Gdybym ja się zaczął przejmować takimi sprawami, natychmiast wybrałbym się do psychologa.

Może ja robię coś źle, ale używam motocykli z zasady tylko do odpoczynku i relaksu. Bardzo mocno oddzielając pracę od wypoczynku.

IMG_6584

Im bardziej zaś wyjeżdżam na odludzie, tym lepiej odpoczywam. Bez interkomu, z wyłączonym telefonem, bez nawigacji. Im mniej rozpraszaczy, tym lepiej. Po prostu tam, gdzie oczy poniosą.

W ciągu tych kilku godzin jazdy nie zostałem wyprowadzony z równowagi, ani razu nie podniosło mi się ciśnienie. Nie miałem potrzeby odczytać żadnych wiadomości ze świata. Inny świat. Niby nic specjalnego, a jednak są to niezapomniane chwile.

IMG_6590

Najgorszą sprawą jest powrót do rzeczywistości.

Wysokie loty

img20200425_20103483b

Nie wiem czym to było spowodowane, ale dziś, mimo wreszcie pięknej pogody, bardzo niewielu motocyklistów zdecydowało się wyjechać na drogi. Z jednej strony to dobrze, bo lubię jeździć w samotności. Z drugiej, jest to jednak nieco zastanawiające.

IMG_6425

Być może chodzi o ceny paliwa, które biją niechlubne rekordy. Niby giełdy światowe ogłosiły spadek cen, jednak na stacjach benzynowych jakoś tego na razie nie widać.

IMG_6426

Inna rzecz, że jakoś człowiek czuje się nieswojo, bawiąc się i sprawiając sobie takie drobne przyjemności, mając świadomość tego, że niedaleko rozgrywa się niewyobrażalna tragedia i cierpienie. Podobno w górach, za mgłą, człowiek uwalnia się od zmartwień. Chyba jednak nie jest to do końca prawdą.

I wcale mojego samopoczucia nie poprawia fakt, że zużywam jeszcze zeszłoroczne, „przedwojenne” paliwo…

Wieczór na Erbeskopf

img20200425_20191896

Czasem bywa tak, że coś kusi aby sprawdzić, co kryje się na końcu drogi. Taka właśnie ciekawość zaprowadziła mnie pewnego letniego popołudnia na szczyt góry Erbeskopf. Jest to najwyższy szczyt pasma Hunsrücku.

Jeszcze do niedawna wjazd na górę był niemożliwy. Nie chodzi przy tym o trudności w podjeździe, bo ten jest łatwy i przyjemny. Oraz wspaniale oznakowany. Znaki pokazują, na jakiej wysokości aktualnie się znajdujemy.

DSC_1486

Problem polegał na tym, że szczyt ten upodobali sobie wojskowi. W 1939 roku, w przededniu wojny, szczyt zaanektowano na wojskową stację radiową. Wojna na wschodzie była już zaplanowana. Jednak nie było pewności, jak na to wszystko zareaguje Francja. Później zapewniała łączność pomiędzy Berlinem a Wałem Atlantyckim.

W 1945 roku bazę przejęli wojska USA. Na szczycie powstała baza radarowa, szalony świat szykował się bowiem do kolejnej wojny. Tym razem Zimnej Wojny.

DSC_1463

Dopiero po odprężeniu wojska USA opuściły Erbeskopf a na ich miejsce weszła Bundeswehra. Baza została, urządzenia też. Jednak już widać nie tak tajne, jak poprzednio, skoro szczyt udostępniono cywilom. Zasieki zniknęły dopiero w 2004 roku.

DSCI4308

Chociaż jednak nie do końca. Wieża widokowa jest zamknięta z powodu złego stanu technicznego. Mimo wydania morza pieniędzy na rewitalizację szczytu po dekadach zasiedlenia przez wojsko, nie znalazły się środki na jej renowację.

I zapewne już się nie znajdą, zważywszy na rosyjską inwazję na Ukrainię. Czy w związku z zaistniałą sytuacją szczyt znowu wróci we władanie wojska – zobaczymy.

DSCI4316

Wysokość Erbeskopf, według ostatnich pomiarów z 2008 roku, wynosi dokładnie 816,32m n.p.m. Z jednej strony może się to wydawać niedużo. Z drugiej, w tak upalny dzień, zapewnia odpoczynek od gorąca. Temperatura na szczycie jest dużo niższa, niż u jej podnóża. Tak plus minus o dziesięć stopni. W tej chwili termometry wskazują przyjemne szesnaście stopni na plusie.

DSC_1451

DSC_1479

DSC_1480

Wystarcza to w zupełności, aby pokrywa śnieżna utrzymywała się na szczycie przez ponad 80 dni w roku a jej grubość dochodziła do metra. Zimowy wjazd na Erbeskopf mógłby być ciekawy.

DSC_1484

Zresztą, przy odrobinie szczęścia, wcale nie trzeba czekać do zimy. Zdarzały się tu przypadki opadów śniegu w lipcu.

DSCI4340

DSCI4345

Jednak zwykle tak dobrze nie ma. Dobrze dla Ośrodka Sportów Zimowych, Przyrody i Edukacji Ekologicznej Erbeskopf, który ma tutaj swoją siedzibę, stoki narciarskie oraz wyciągi. Podobno najdłuższy sezon trwał 88 dni. Jednak Ośrodek nie próżnuje także latem. Posiada w zanadrzu letni tor saneczkowy a trasa narciarska w czasie bezśnieżnym dobrze sprawdza się jako miejsce wyścigów dla kolarzy górskich.

DSC_1441

Przynajmniej w czasie, gdy dopisuje pogoda. Deszcz pada tu bowiem często (i dużo), średnio 1100 ml przez dwieście dni w roku. Mniej więcej też tyle dni w roku szczyt góry pokrywa mgła.

DSC_1453

Reasumując, pozostaje niewiele dni w roku, w których można spędzić tu czas, ciesząc się z ładnej pogody. Takie dni należy doceniać.

DSCI4346

Wieczorem, z każdą minutą, zaczyna robić się coraz przyjemniej. To znaczy chłodniej. Za chwilę trzeba będzie zjechać znowu na dół, w upał, gdzie temperatury nawet o tej porze bliskie są trzydziestu stopniom.

Na koniec nieco kulawe zdjęcie panoramiczne. Pierwsze na stronie.

DSCI4378

Proszę to docenić 😉

Do ostatniej kropli

img20211109_16423303

Jazda o kropelce przez francuską prowincję, jest zabawą ryzykowną. Stacji paliw nie ma zbyt dużo, zaś te, na które natrafiam, są przeważnie automatyczne. Zasadniczo nie ma w tym nic złego, poza pewnym drobnym, acz istotnym szczegółem – zwykły one ignorować moją obcokrajową kartę płatniczą.

IMG_2309

Może robię coś źle i powoli zaczyna przerastać mnie tak prozaiczna czynność, jak uregulowanie płatności kartą? Czas już zwracać się do siebie per „boomer”?

IMG_2297

Inna sprawa, że tak prywatnie nie lubię takich bezludnych stacji paliw. Paliwo jest może i jeden czy nawet dwa centy tańsze, niż na zwykłych stacjach benzynowych. Jednak ktoś dzięki temu nie ma pracy. Tak, to ciężka robota. Jednak lepsza taka, niż żadna.

IMG_2311

Wiem, że może zbyt mocno przejmuję się nieuniknionym, czyli zabieraniem miejsc pracy na stacjach paliw przez automaty, sklepami internetowymi, które wykwalifikowanych sprzedawców, pojazdami elektrycznymi, które jako mniej skomplikowane od swoich spalinowych odpowiedników, potrzebują również mniej osób do produkcji i obsługi serwisowej…

IMG_2299

Patrząc na wyświetlacz i znikające kolejne podziałki na wskaźniku poziomu paliwa pocieszam się jednym: że w razie czego jednak o wiele łatwiej dźwiga się kanister benzyny aniżeli spalinowy generator prądotwórczy.

IMG_2318

Poza tym dużo łatwiej o kanister z benzyną niż o generator. Przynajmniej póki co…

Stare, dobre czasy (?)

img20200425_20103483

Czasem podczas niepozornej wycieczki zbiera się nagle człowiekowi na wspomnienia i sentymenty. Z tym niestety trzeba być ostrożnym. Pewne sprawy z czasem ulegają wygładzeniu i upiększeniu, my sami byliśmy młodsi, wszystko było piękniejsze, smakowało lepiej…

Upływ czasu zakrzywia perspektywę i wypacza obraz przeszłości. Pamiętam doskonale swoje pierwsze motocyklowe kroki.

IMG_2287

Motocykle, które kupowałem to były ruiny, które trzeba było przynieść do domu na własnych plecach. O tym, aby na nich jeździć nie było nawet mowy. Dobrze było, jeśli nadawały się do pchania.

IMG_2291

Nie przeszkadzało to oczywiście marzyć o podróżach. Niekoniecznie bardzo dalekich. Bo wówczas właśnie wyjazdy w nieznane wydawały mi się być istotą motocyklizmu. Niestety, posiadany wówczas zasób środków płatniczych pozwalał na dokonanie co najwyżej kilku napraw grata w sezonie. Motocykl albo podróże – wybierz jedno. Na nic zdał się artykuł w jednej z poczytnych motocyklowych gazet, gdzie redaktor udowadniał matematycznie, że da się przecież za najniższą wypłatę zwiedzać świat na motocyklu. Wystarczy ją odkładać przez rok i cyk – mamy środki na zakup motocykla, jego serwis oraz wyjazd na drugi koniec Europy i z powrotem! Przecież matematyka nie kłamie – najniższa wypłata razy dwanaście… Zapomniał tylko o jednym, małym szczególe. Przez ten rok wypadałoby najlepiej nie istnieć, aby nie jeść, nie mieszkać i nie mieć żadnych zobowiązań i rachunków do płacenia.

IMG_2292

Z czasem sytuacja się zmieniła. Nie tylko finansowa. Także światopoglądowa. Okazało się, że podróże na motocyklu to tylko jeden z przejawów szerszego zjawiska, jakim jest motocyklizm. Trafiłem na dwie strony internetowe, które całkowicie zmieniły mój pogląd na świat. Powstały one co prawda w dwóch różnych częściach świata i odnosiły do zupełnie różnych rzeczywistości, jednak w głębszej perspektywie znakomicie się wzajemnie uzupełniały. Jedna z nich to „nasz” nieodżałowany „Wolny Wydech”, gdzie jakość i w ogóle sam sposób pisania tekstów był niezrównanym mistrzostwem świata i okolic. Nie szło się od tego oderwać. Mam wrażenie, że ich Autor mógłby napisać nawet instrukcję obsługi frytkownicy w taki sposób, że nawet ona stałaby się bestsellerem. Ten styl pisania próbowała zresztą później kopiować jedna z gazet motocyklowych, z miernym zresztą skutkiem. Delikatnie mówiąc.

IMG_2306

Druga strona powstała po przeciwnej stronie Atlantyku. W przeciwieństwie do „Wolnego Wydechu” operowała w zasadzie obrazami. Były to głównie wspaniałej jakości zdjęcia, ale także kapitalne rysunki na których ukazane zostało „motocyklowe życie”. Wyjazdy, spotkania, porażki, czyli awarie i naprawy w trasie – te ostatnie były mi wówczas szczególnie dobrze znane. Wciągnęła mnie ona do tego stopnia, że zacząłem się zastanawiać, czy nie zrobić czasem czegoś podobnego. Tyle tylko, że motocykl miałem ciągle w proszku, a mój stary aparat fotograficzny dawno rozpadł się ze starości… Zakup czegoś porządnego nie wchodził wówczas w grę. Mówi się, że to człowiek robi zdjęcie a nie aparat, jednak to tylko część prawdy. Trzeba jednak mieć jakieś minimum sprzętowe. Nie da się tego zastąpić półśrodkami. Czym dysponował amerykański fotograf było mi wiadome. Cóż, nawet dziś o podobnej klasy profesjonalnym sprzęcie fotograficznym mogę sobie tylko pomarzyć. Nie przeszkodziło mi to jednak w zbudowaniu strony o podobnej tematyce na zaliczenie jakichś nudnych zajęć z HTML.

IMG_2313

Po pewnym czasie dowiedziałem się, że za tamtą stroną stał cały zespół a nie tylko jeden fotograf…

Żaba

img20200425_20103483

Specyfika podróży motocyklem polega na tym, że zapuszcza się nim człowiek w takie rejony, w które nigdy w życiu nie dotarłby samochodem. Bo by mu przez myśl nie przeszło, żeby w ogóle tam jechać. Na przykład sprawdzić, dokąd prowadzi wąska droga gdzieś na francuskiej prowincji?

IMG_1232

Dokąd prowadzi droga, tego się nie dowiedziałem. Wiem natomiast, co się przy niej znajduje.

IMG_1225

A więc, obok drogi leży sobie stara łódź.

IMG_1227

A na łodzi siedzi sobie gipsowa żaba.

IMG_1229

Po co i dlaczego? Co ona symbolizuje? To pytania, na które ludzkość na razie nie zna odpowiedzi.

img20200425_20070651

Wycieczka sentymentalna w stylu Mad Maxa

img20200425_20103483

Są rzeczy i sprawy, których wytłumaczyć nie sposób osobom, które ich bezpośrednio nie doświadczyły. Fenomeny, które występowały tylko w konkretnych okolicznościach i po ich ustaniu straciły jakikolwiek sens i znaczenie.

Pewnego dnia podbiegł do mnie podekscytowany siostrzeniec.

– Wujek, wujek, a ty wiesz, że były trzydrzwiowe Polonezy? – krzyczy od progu.

Dzieciak odkrył właśnie coś nowego, coś, o czym według niego mogę nie wiedzieć. Dla mnie to oczywiście żadna nowość, ale nie będę przecież gasił zapału dziecka. To dla niego arcyważne podzielić się z dorosłym czymś nowym, o czym może nie wiedzieć. Wobec tego stwierdziłem tylko, że tych trzydrzwiowych musiało być mało, skoro na ulicy ich nie widać.

Młody zasępił się, po czym stwierdził że jest ich rzeczywiście mało, bo ludzie w salonach woleli jednak praktyczniejsze wersje pięciodrzwiowe, więc ich nie kupowali. O losie słodki…

Wytłumacz teraz dziecku, że Polonezów nie kupowało się w czasach PRL-u w salonach. Że samochody w ogóle nie czekały na klientów, tylko klienci na samochody. Że posiadanie odpowiedniego zasobu gotówki wcale nie upoważniało nikogo do zakupu nowego auta. Chyba że tą gotówką były dolary albo dojczmarki, które otwierały drzwi do świata nowych możliwości. Inna rzecz, że twardej waluty nie wolno było posiadać. Oficjalnie. Wytłumacz to teraz dziecku.

Nie trzeba zresztą uciekać w tak ekstremalne przykłady. Nie tak dawno miałem bardzo pouczającą rozmowę z człowiekiem, który był zaledwie kilkanaście lat młodszym ode mnie. Urodzonym niby jeszcze w PRL-u, jednak dorastał już po jego końcu. Człowiek ten nie rozumiał zupełnie fenomenu filmów VHS. Szczerze mówić, to mu się nawet nie dziwię.

Był to bowiem pewien fenomen. W połowie lat osiemdziesiątych w domach nielicznych szczęśliwców zaczęły pojawiać się odtwarzacze wideo. Często najprostsze modele, podłączone do rodzimych Heliosów czy rachitycznych ruskich Rubinów. Najważniejsze jednak, że to działało. W czasach gdy w telewizji były tylko dwa kanały, które dziś, po zsumowaniu nie dałyby nawet jednego, była to namiastka normalności. Zachodni film w oficjalnej telewizji pojawiał się tylko od wielkiego dzwonu, zapowiadany był zresztą z kilkumiesięcznym wyprzedzeniem. Ratunkiem były więc odtwarzacze wideo i kasety z zachodnimi filmami. Ponieważ sprzęt ten znajdował się tylko w domach nielicznych wybrańców losu, więc urządzało się „seanse”. Do mieszkania schodziła się cała gromada dzieciaków, ustawiało krzesła, niczym w kinie, przygotowywało przekąski, zasłaniało okna i rozpoczynano seans.

img20211204_13025377

Przy czym bardziej niż fabuła, interesowało nas życie, utrwalone na tych obrazach. Ludzie i ich zajęcia, moda, ulice i pojazdy. Przede wszystkim pojazdy. U nas był siermiężny schyłek Peerelu a tam… Właśnie wówczas na filmie wideo zobaczyłem po raz pierwszy GPz 900R. Olać scenariusz, dawać więcej scen z motocyklem! Więcej motocykla!

Czytałem wspomnienia człowieka, który na początku lat siedemdziesiątych uczestniczył w nielegalnym seansie „Easy Ridera”. Jego wypowiedź była w podobnym tonie. Mało interesował go scenariusz. Patrzył jak urzeczony na motocykle, krajobrazy… Myślę, że zrozumielibyśmy się doskonale. Innej opcji na zajrzenie za żelazną kurtynę przecież nie było.

Tym bardziej, że łączyło nas jeszcze coś. Przecież te nasze seanse wideo również były nielegalne. Niby wszyscy to podświadomie czuli, chociaż nikt nie mówił tego głośno. Była to prawda o tyle, że przez granicę PRL nie wolno było przewozić kaset wideo.  W ogóle, w żadnym kierunku. Uświadomiła mi to dobra znajoma, która w tych ciemnych latach uciekła do Kanady na pokładzie statku „Batory”. Ta nielegalność spotkania na pewno dodawała jeszcze smaku całemu przedsięwzięciu.

Jednak pierwszym filmem, który obejrzałem na takim seansie, był Mad Max. Oczywiście, nie interesowała mnie wówczas fabuła. Bez reszty pochłonęły mnie pojazdy utrwalone na taśmie. Fordy Falcony grzejące na pełnym gazie przez jakąś zapomnianą pustynię, po szosie o jakości sto razy lepszej, niż nasza ówczesna trasa katowicka. Oraz oczywiście motocykle należące do gangu The Acolytes, terroryzującego to pustkowie. Wspaniałe KZ 1000, rzecz trudna wówczas do objęcia wyobraźnią. Szczególnie gdy najmocniejszym motocyklem, z którym miało się wówczas do czynienia, była WSK Kobuz.

Życie to nie bajka. Ani film. Są jednak miejsca i momenty, gdy wspomnienia atakują same. Tak jak właśnie tutaj, w północnej Lotaryngii, gdzieś pośrodku niczego. Tylko łąki i pastwiska ciągnące się po horyzont. Puste szosy, na których nie ma niemal żadnego ruchu i gdzieniegdzie senne miasteczka i wioski, gdzie życie płynie powoli i leniwie. Pojawienie się tu „obcego” rośnie do rangi lokalnej sensacji.

IMG_3042

Pokrzywione, zardzewiałe znaki drogowe tylko potęgują to poczucie dystopii. Pięć minut przed końcem świata.

IMG_3047

Krzywy znak „STOP” nakazuje ustąpić pierwszeństwa na skrzyżowaniu. Zatrzymuję się posłusznie, chociaż wiem, że nic nie jedzie drogą główną. Przejeżdża tu pewnie jeden samochód na godzinę. A może nawet i nie.

IMG_3053

Motocykl lekko przechyla się, szybko nabiera prędkości. Wskakują kolejne biegi, chociaż maszyna bez problemu jest w stanie przekroczyć obowiązującą tu dopuszczalną prędkość już na drugim przełożeniu.

IMG_3039

IMG_3045

To gdzieś na podobnym pustkowiu, tylko po drugiej stronie globu, działał filmowy gang „The Acolytes” pod wodzą psychodelicznego Toecuttera. Powiedzieć, że ci goście byli źli, to jakby nic nie powiedzieć. Oni byli złem. Scena na dworcu kolejowym jest jedną z najlepszych w historii kina. Do dziś człowiek ma ciarki na plecach, kiedy przypomni sobie dialog Toecuttera z urzędnikiem kolejowym.

IMG_2663

IMG_3058

Nieobliczalni ludzie jeździli na nieobliczalnych motocyklach. Sam po latach zakupiłem jednego z następców KZ 1000, nie bardzo zresztą wiedząc wówczas, czemu to robię. Wspomnienia mają jednak dużą moc.

DSC_6944

IMG_3049

Ten świat seansów VHS skończył się dość szybko. Na początku lat 90-tych wszystko uległo radykalnej zmianie. Magnetowid przestał być już czymś rzadkim, stał się niemal obowiązkowym wyposażeniem mieszkania, niczym pralka albo lodówka. Także kaset wideo nie trzeba było już przemycać. Od wypożyczalni zaczęło się roić. Dosłownie. Jakby tego było mało, pojawiła się telewizja kablowa, a w niej co najmniej 98 programów telewizji satelitarnej. Więcej niż człowiek był w stanie kiedykolwiek obejrzeć. Dodatkowo zaczęły się mnożyć lokalne stacje telewizyjne, działające bardziej lub mniej legalnie. Zwykle jednak mniej. Od przesytu można dostać niestrawności. Do tego stopnia, że telewizora pozbyłem się ze swojego pierwszego „samodzielnego” lokum już w 1996 roku – i nie posiadam go do dziś. Jeśli mam zamiar obejrzeć jakąś nowość, wolę wybrać się do kina. Uważam, że „dziesiąta muza” zasługuje na jakąś lepszą oprawę i wyróżnienie. Zaś te kilkanaście filmów, do których lubię czasem wracać, stoi na półce w formacie DVD. Czasem wrzucę coś do napędu komputera i jak za dawnych czasów, bardziej skupiam się na obrazach niż fabule. Dawać więcej scen z motocyklem! Więcej motocykla!

Podróż za jedną bagietkę #2

img20210926_18052357

Sprawa zakupu pieczywa rozwiązała się dość szybko. Przy drodze stał automat do wypieku bagietek. Taki typowo francuski wynalazek. Wrzucasz 1,10 Euro i za chwilę dostajesz cieplutką, chrupiącą bagietkę. Nie jest to co prawda wymarzone rozwiązanie, bo wolałbym jednak kontakt z żywym człowiekiem a nie automatem. Ale jest niedziela, ludzie mają wolne.

IMG_1856

Mam zresztą takie wrażenie, że francuzi kochają automaty. Automatyczne, pozbawione personelu stacje paliw, które konsekwentnie odrzucają płatności niefrancuskimi kartami bankomatowymi – słuszne, po co jakiś obcy będzie im się po kraju szwędał, automatyczne bagietkomaty…

Ten zaś dodatkowo jest dowcipny. Otóż nie reaguje na dokładnie odliczoną kwotę. Gdy wrzuciłem odliczone 1,10 euro, na wyświetlaczu pojawił się napis: „Kredyt – 1,10, Koszt – 1,10” ale automat przestał reagować na przycisk „Realizacja”. Należało nacisnąć przycisk „Anuluj”, zastąpić dziesięć centów dwudziestką, wrzucić do automatu jeszcze raz jedno euro i dwadzieścia centów i dopiero wówczas zlecić realizację. Automat z radością wypluje z siebie bagietkę oraz dziesięć centów reszty.*

IMG_1855

Tego nie trzeba rozumieć. Ale w zwykłym sklepie z normalnym, żywym sprzedawcą, takich przygód nie przeżyjesz i nie będziesz rozwiązywać łamigłówek. Pouczające i rozwijające zarazem.

Tymczasem przy drodze pojawiło się COŚ.

IMG_1834

Zawróciłem w nadziei, że uda mi się dociec, co to mogło być.

IMG_1835

Próżne jednak nadzieje na odkrycie, cóż to mogło kiedyś być oraz do czego służyć. Może przydrożna knajpka. Albo warsztat. Może bardziej to drugie, skoro to coś jest okafelkowane. Przynajmniej na tyle, na ile można dostrzec.

IMG_1843

Skręcając w szutrową drogę z myślą „zobaczymy dokąd prowadzi”, dojechałem do dużego gospodarstwa rolnego. Takiego troszkę pegeerowatego, jednak najwyraźniej prywatnego.

DSC_6625

Ciekawą konstrukcją był żelazny budynek wyspawany z szyn służących chyba normalnie do umacniania głębokich wykopów. Jak się okazuje, mają one także inne zastosowania. Na przykład do konstrukcji budowli, które będą rdzewieć w malownicze ciapki.

DSC_6638

Podróżowanie starym, archaicznym pojazdem ma sporo zalet. Jedną z nich jest to, że z uwagi na stosunkowo niewielką prędkość przelotową, zauważa się o wiele więcej rzeczy niż jadąc czymś współcześniejszym. Inna sprawa, że ta niska prędkość irytuje wielu miejscowych kierowców, mimo że nie odbiega ona od dopuszczalnych 80km/h.

Ale spora część tutejszych użytkowników dróg prowadzi auta z południową manierą. Czyli kompletnie bez wyobraźni, ignorując wszystko i wszystkich.

W związku z tym w każdej miejscowości przejście dla pieszych znajduje się na dużym progu zwalniającym lub jest tymi progami niemal obłożone.

Myliłby się jednak ten, kto by sądził, że to na tutejszych ścigantach robi jakiekolwiek wrażenie. Wręcz przeciwnie. Taki próg służy według nich do wyprzedzania, bowiem delikwent którego chcą objechać na takiej przeszkodzie przecież zwolni. A zatem jest to dla nich idealne miejsce. Gdy po raz kolejny zostałem w ten sposób wyprzedzony, tym razem przez Peugetoa wytłuczonego tak, że przeleciał przez próg na „raty”, to znaczy najpierw podskoczył na nim tylko przód samochodu a dopiero potem tył, zrozumiałem, że to jest tutejsza norma. Pojazd zachowywał się tak, jakby przód i tył zamontowano do kabiny elastycznie, na jakichś zawiasach. Ten samochód był mniej sztywny niż mokra kartka papieru. Gdyby nagle znalazł się na niemieckim TÜV i został wzięty zgodnie z tamtejszą procedurą na podnośnik, to zwiesiłby się na nim jak pęto kiełbasy na wędzarni.

Można by zadać sobie pytanie, co by było, gdyby podczas takiego wyprzedzania na przejściu na progu zwalniającym, pojawił się nagle pieszy? Ano, według ścigantów, nic by się nie stało. Przejeżdżanie bowiem pieszemu po piętach czy palcach widać jest tu w dobrym tonie. Przynajmniej w małych miejscowościach dane mi było się o tym naocznie przekonać.

Przydrożny pierdolnik; o pardon, instalacja artystyczna. Gdy nie wiesz co zrobić ze starymi meblami, zawsze możesz zrobić performance.

DSC_6641

A tu zwykły, normalny, przydomowy bajzel. Gnicie tej limuzyny ma zapewne głębszy sens i rad byłbym go poznać.

IMG_1837

Znajomy zadał mi kiedyś pytanie, dlaczego na tej stronie nie zamieszczam map z trasą podróży. Bardzo dobre pytanie, na które mógłbym udzielić odpowiedzi filozoficzno – intelektualizującej, żeby zbyć na szybko pytającego. Jednak prawda jest prozaiczna. Takie mapki bowiem nie istnieją a plan wyjazdu tworzy się w jego trakcie w oparciu o staromodny, papierowy atlas drogowy. Jest zwykle tylko miejsce docelowe a trasa powstaje w trakcie. W tym przypadku nie ma nawet i tego.

IMG_1828

W związku z tym kluczenie i zawracanie nawet o kilkadziesiąt kilometrów jest stałym punktem programu. Z tym z kolei wiąże się odpowiedź na drugie pytanie – dlaczego jadę sam? A znacie kogoś, kto wytrzymałby ciągłe zatrzymywania, zawracania i kluczenie po przypadkowych, wąskich dróżkach? Ja też nie.

Skoro pewne rzeczy mamy wyjaśnione, pora wrócić na drogę. Bo to w sumie o nią tu chodzi. Kolejna boczna dróżka prowadzi do galerii „Kamienie na granicy”, międzynarodowej instalacji artystycznej.

IMG_1840

Kilka lat temu postanowiono postawić obok niej farmę wiatraków. Artyści i działacze protestowali. Na próżno. Tam bowiem, gdzie spotyka się sztuka z biznesem, wygrywa zwykle jednak biznes.

IMG_1864

Fragment jednej z rzeźb na granicy, czyli granit w granicie.

IMG_1862

Droga jako cel.

IMG_1861

Jedyna napotkana stacja paliw z normalną, ludzką obsługą. Wygląda tak, jakby zatrzymała się w czasie. O dziwo, ma aż trzy dystrybutory. Zwykle takie małe stacyjki mają po dwa – jeden dla benzyny 95 i drugi dla ON. Ta jest luksusowa, bo ma jeszcze benzynę 98 oktanową. Niech Was nie zmyli ta czwórka na dystrybutorze z benzyną 98. Na stacji naprawdę są tylko trzy stanowiska. Każdy dystrybutor wygląda zresztą nieco inaczej i mam podejrzenie, graniczące z pewnością, że pochodzą z tak zwanego „recyclingu”. Czyli mówiąc prosto – zostały zapewne odkupione z jakichś  innych stacji, jako używane ale jeszcze dobre. To też jest w sumie urokliwe.

IMG_1846

Dystrybutory są wiekowe, podczas pracy rzężą jak na starym cepeenie. Mam tylko nadzieję, że benzyna jest już bez ołowiu i nie będzie podczas jazdy zarzucać świec 😉

IMG_1832

Kolejna nawrotka i kolejne odkrycie. Tym razem znowu COŚ. Nie bardzo mam pomysł, co to mogło być. Jakaś cieciówka czy inna wartownia? Teren ogrodzony, więc może coś jest na rzeczy.

IMG_1868

Podczas przechadzki po mieście odkryłem księgarnię a na jej wystawie książkę, która mnie zaskoczyła. W pierwszej chwili jej tytuł przeczytałem jako „Vive La France” a rysunek na jej okładce kazał się domyślać różnych rzeczy. Oczywiście, tytuł brzmi „Vive La Farce” (Niech żyje farsa!) a zbieżność jest jak najbardziej zamierzona.

DSC_6839

Rzecz, której się w tym miejscu nie spodziewałem. Niemiecka tablica z Camel Trophy 1984 😮

DSC_6946

*) Na koniec zagadka: to jaki w końcu typ bagietki udało mi się zanabyć metodą kupna?

img20210926_18061950

Podróż za jedną bagietkę #1

img20210926_18052357

Grunt to mieć jakiś powód. Oficjalnym celem tej wycieczki będzie zakup pieczywa zwanego bagietką. Nieoficjalnym zaś, ale zdecydowanie ważniejszym, jest wycieczka po francuskiej prowincji. Temat ciekawy i mało ekspolatowany. A ponieważ, jak wszem i wobec wiadomo, najlepsze bagietki można kupić na placu Pigalle, więc jedno z drugim elegancko się wiąże.

Tak więc szykujcie się na podróż po francuskich drogach i bezdrożach. Będzie to Francja „B” w pełnej krasie. Dominować będą tu miejsca, których raczej nie zobaczycie na wycieczce z „Orbisem”. Nie będą to też obrazy, które po wrzuceniu na „fejsa” czy „instra” wzbudzą zazdrość u znajomych i sąsiadów. Bo i nie o to chodzi. Rzecz bowiem w tym aby pokazać Francję z innej strony, niż ta oficjalnie pokazywana w mediach. Może nie tak efektowną i pełną przepychu, nadal jednak ciekawą i urokliwą. Krótko mówiąc – wycieczka po francuskich zadupiach i pierdolnikach. Temat, który fascynuje mnie już od dłuższego czasu, jednak z racji sytuacji na świecie musiał zostać nieco odłożony

Jeden z ostatnich postojów w Niemczech. Wzgórza w tle to już Francja.

DSC_6622

Klasyczne, pamiątkowe zdjęcie. Gdybym dwadzieścia lat temu wspomniał komukolwiek, że będę tym gratem jeździł po Francji, to by mnie natychmiast wysłano do lekarza. Wiadomo zresztą którego. Sam bym zresztą w to nie uwierzył.

DSC_6620

Ten dziwny budynek w tle to dawny francuski urząd celny. Niby jest ta strefa Schengen i swobodny przepływ ludzi, towarów i usług… Należy jednak pamiętać, że ten niesamowity komfort mamy od niedawna. I że nie jest on dany raz na zawsze, o czy boleśnie przekonali się Brytyjczycy.

DSC_6608

Zaczynają się francuskie szosy. Inaczej niż w Niemczech, nawet te dość podrzędne drogi we Francji starają się raczej omijać miejscowości. Asfalt na nich jest chropowaty i miałby wspaniałą przyczepność, gdyby był równy.

DSC_6634

Niestety, zwykle jest jednak mniej lub bardziej zerodowany i zużyty. Ta chropowata, przyczepna warstwa, jest w wielu miejscach wytarta do gołej smoły. W przypadku gwałtownego hamowania efekt będzie zapewne odwrotny do zamierzonego.

DSC_6628

Od głównej szosy do mniejszych miejscowości odchodzą lokalne dróżki. Ta jest akurat bardzo szeroka, jednak z reguły są one dużo węższe.

DSC_6610

Wiata przystankowa lokalnego odpowiednika PKSu kryje pewną ciekawostkę. Ta skrzynka to ogólnodostępna dla wszystkich, mała biblioteczka. W oczekiwaniu na autobus, zamiast gapić się bezmyślnie w telefon, można sobie poczytać jakiś kryminał tudzież inny romans. Rzecz warta szerszego rozpropagowania także i u nas. Pod warunkiem wszakże, że nasi troglodyci tej biblioteczki nie zdemolują pierwszej nocy.

DSC_6614

Tymczasem, klucząc i kilkukrotnie zawracając, dojeżdżam do pierwszej większej miejscowości. Większa, bo liczy pewnie z kilkaset domów, z czego duża część jest już od dawna niezamieszkała.

DSC_6837

Jest to trochę dziwne, bo na logikę takie przygraniczne miejscowości powinny czerpać profity ze swojego położenia. Tymczasem, we Francji jakoś się to niespecjalnie udaje. Trudno powiedzieć dlaczego.

Stary, zapomniany mural reklamujący coś, czego nawet nazwy trudno się domyślić.

DSC_6843

Tablice i tabliczki odkryte podczas krótkiego rekonesansu. To miejsce tętniło kiedyś życiem. Dziś pozostały po nim tylko coraz mniej czytelne ślady.

DSC_6844

DSC_6848

DSC_6846

DSC_6934

DSC_6936

Za kilka lat czas, rdza i promienie słoneczne zrobią swoje.

To co mnie zawsze niezmiernie fascynowało, to restauracja obecna niemal w każdej francuskiej wiosce. Rzecz niesamowita. Bo przecież na wsi najprościej i najtaniej można zjeść w domu.

Ale taka „Café René” pełniła chyba bardziej funkcje towarzysko – kulturalno – relaksacyjne, niż zwykłej jadłodajni. Tu cała wioska zabawiała w weekendy, spotykała podczas chrzcin, ślubów i stypy…

Niestety, większość z nich od dawna wygląda w ten sposób.

DSC_6940

DSC_6942

DSC_6941

Ciekawe, co za przemiany społeczne spowodowały, że te kawiarnie przestały funkcjonować. Wygląda zresztą na to, że ich koniec nastąpił niemal w tym samym czasie.

DSC_6842

Cóż, na zbyt wiele nie można tu liczyć.

Tymczasem, żeby nie było, zamieszczam rysunek poglądowy przedstawiający najczęściej spotykane (spożywane) typy pieczywa zwanego bagietką. Jak widać, sprawa nie jest tak prosta.

img20210926_18061950

Ciąg dalszy oczywiście nastąpi.