wspomnienia

Pewnego razu na Dzikim Zachodzie…

img20200425_20103483

Stare zdjęcia mają magiczną moc przywoływania wspomnień sprzed wielu lat. A wydawałoby się, że to wszystko było wczoraj.

Dzień był niesamowicie upalny. Wracając z jakiejś mazurskiej wycieczki pomyliłem drogi – wówczas rzecz zwyczajna. Siedziało się bowiem dosłownie na mapie i orientowało według drogowskazów. Wystarczyło przegapić jeden zjazd i efektem tego była niespodzianka. Taka jak ta. Wyjechałem na co prawda na trasę wiodącą do Bydgoszczy, jednak od strony, od której nigdy jeszcze nie jechałem. Miało to zresztą swoje praktyczne uzasadnienie. Żeby dojechać do mojego ówczesnego miejsca zamieszkania, musiałbym przedzierać się przez całe miasto, co niespecjalnie jakoś mi się uśmiechało.

Zawsze jednak musi być ten pierwszy raz. I gdy tak sobie w myślach wizualizowałem przedzieranie się przez miejskie korki w godzinach szczytu, moim oczom ukazał się widok, który w pierwszej chwili można było uznać za omam spowodowany upałem. Ot, po prostu chłopu dogrzało Słońce i ma halucynacje.

dscn9941

Jednak obraz przed oczyma był jak najbardziej realny. Ktoś poświęcił dużo czasu i wysiłku, aby swój hotel i restaurację uczynić niecodziennymi. Wygląda na to, że mu się to udało.

dscn9944

Mając do dyspozycji takie plenery, nie tracąc czasu, zrobiłem kilka zdjęć. Tak, wiem, kadrowanie szwankuje, jednak chciałem uniknąć na fotografii widoku współczesnych, europejskich aut.

dscn9950

dscn9953

Efekt tej sesji był rozczarowujący także z innego powodu – mój ówczesny aparat fotograficzny skapitulował przed takimi kontrastami. W sumie nic dziwnego. Słońce świeciło niczym w Arizonie.

dscn9947

Dziś żałuję, że nie zatrzymałem się tam na posiłek. Podobno wnętrze robi jeszcze większe wrażenie.

Operacja „Jajeczko”

Schowek01

Znów mamy święta za pasem. Świętować oczywiście można i pewnie nawet trzeba, pytanie tylko „ile”? Wiele lat temu postanowiłem sprawdzić to zagadnienie empirycznie i pod byle pretekstem urwałem od stołu, wytargałem motocykl z mocnym postanowieniem poszwędania się trochę po najbliższej okolicy.

Bydgoszcz była całkowicie wyludniona. Nic dziwnego, wszyscy przecież siedzieli z rodzinami przy stołach.

dscn8940

Z Bydgoszczy pojechałem do Ostromecka, jednak i tu wiało nudą. Wszystko pozamykane na cztery spusty. Czy tylko mnie tak nosi?

dscn8944

Telefon do Wojtka. Okazało się, że On także chętnie by się przewietrzył. Miło wiedzieć, że nie tylko ja mam dosyć siedzenia. Wobec tego kierunek Toruń.

Jeden z ogródków przed blokiem u Wojtka. Zawsze ma odpowiedni „wystrój”, dopasowany do konkretnej pory roku. Tym razem temat przewodni: „wiosna”. Wielki jeż podkrada się do bocianiego gniazda. Trochę podjeżdża to Monthy Pythonem. Nawiązania do klasyki zawsze na plusie.

dscn8946

Dalszy plan działania wyklarował się sam. Wojtek miał dostarczyć do Wąbrzeźna kurtkę motocyklową, z tego co pamiętam. Co prawda miał zamiar wysłać ją pocztą, ale skoro i tak mamy pojeździć, więc czemu nie doręczyć jej osobiście?

Klimatyczne garaże. Ileż to skarbów z dawnych czasów musiało się kryć w ich wnętrzach. Wojtkowa Yamaha to też kawał historii. To jeszcze czasy, gdy styl Cafe Racer był czymś nowym, egzotycznym, odkrywanym na nowo i ze zdumieniem. Na ówczesnym Forum siedziało może z dziesięć osób marzących o tym, żeby być rockersami. To byli pionierzy. Na długo, zanim stało się modne.

dscn8947

Jak zaplanowaliśmy, tak zrobiliśmy. Kurtka dostarczona. A że nieopatrznie znaleźliśmy się w okolicach Kolegi, wypadało więc sprawdzić, co porabia.

U Roberta w tym czasie biesiadowała cała Rodzina. Mimo to, gdy nas tylko zobaczył, założył kurtkę, kask i pojechał z nami. W garniturze, pod krawatem, nawet w butach od garniaka. Ja to podziwiam i szanuję.

dscn8958

Z małej wycieczki zrobiła się całkiem duża, spontaniczna objazdówka bliższych i dalszych okolic. Bardzo możliwe, że Rodziny moich Kolegów wyklęły mnie jako prowodyra tego świątecznego wyjazdu, jednak najwyraźniej zostało to wszystko taktownie przemilczane.

dscn8959

Cała historia zaś poszłaby powoli w niepamięć, gdyby wujek Cukrowa Góra nie raczył o tym w swej łaskawości przypomnieć.

img20210328_20580472

Warto powspominać, bowiem te czasy już się nie powtórzą…

Poznaj swoją wartość

img20200202_07043643es

Podróże kształcą, pozwalają nam poznać siebie samych oraz swoją wartość. Z tym ostatnim należy jednak uważać, bo z tym bywa różnie a prawda której możemy się dowiedzieć może być nieco brutalna i szokująca.

Tak to już jest, że zimową porą więcej się wspomina niż jeździ. Ten odwieczny cykl przyrody ma też swoje dobre strony. Pewien znajomy, niejaki Pan G. opowiedział mi historię sprzed lat. A może raczej wypadałoby napisać Herr G. Tak, Pan G. jest Niemcem. Tym najbardziej zachodnim z zachodnich. Jest mniej więcej w wieku mojego Ojca, z tym że gdy mój Ojciec stał w kolejkach po mięso i cukier i zastanawiał się, czy uda mu się zrealizować talony i kartki i wyżywić rodzinę, Pan G. zwiedzał w najlepsze na swoim motocyklu marki BMW Europę Zachodnią oraz Północną Afrykę. Ale ponoć to myśmy tę wojnę wygrali…

Z czasów owych pozostało Panu G. trochę wyblakłych zdjęć i jeszcze więcej wspomnień. A oto i jedno z nich.

Swego czasu Pan G. z kolegami umawiali się na wyjazd do Afryki Północnej. Bo jak już zwiedziłeś Europę Zachodnią to co pozostawało? Albo wycieczka za Żelazną Kurtynę, na co odważali się nieliczni. Albo Afryka Północna, bo w sumie niedaleko, tanio a wieje egzotyką jak jasny gwint. Tak więc kierunek obrany, pozostaje skompletować ekipę i jazda. Niestety, z tego kompletowania niewiele wyszło, bo mimo iż początkowo wszyscy chcą jechać, to z czasem uczestnicy się wykruszają. Brzmi znajomo, prawda? Okazuje się że to problem nie tylko naszych czasów.

Tak więc koniec końców wyruszają w czwórkę. Trzech facetów i jedna dziewczyna. Obecność Sandry w tej eskapadzie to zresztą był gwóźdź programu podczas całej tej wyprawy. Z racji podobieństwa nazwisk Sandra przedstawiała się jako żona Pana G. oraz starała się trzymać blisko Niego, co wśród na ogół tradycyjnych społeczeństw afrykańskich rozwiązywało trochę problemów obyczajowych. Trochę.

Zdarzyło się któregoś razu, że cała wyprawa, zmęczona po całodziennej jeździe w skwarze i pyle, wjechała do jakiejś zapomnianej przez boga wioski. W sumie to zapomnianej chyba przez wszystkich bogów. Podróżnicy zatrzymali się na placyku w centrum mieściny. Zaraz otoczyli ich miejscowi, ciekawi jak zawsze europejskich dziwaków na motocyklach w tych śmiesznych ubraniach. Oczywiście sensację wzbudziła Sandra – zgrabna młoda blondynka, w kombinezonie który jeszcze tylko uwydatniał jej kształty… Baba na motorze – no tego jeszcze w tej wsi nie grali!

Autochtoni rzecz jasna przez dłuższą chwilę komentowali całą sytuację, szwargocząc coś po swojemu. Szczególnie zaciekle dyskutowało dwóch mężczyzn, starszy i młody, prawdopodobnie ojciec i syn, bez żenady pokazując sobie dziewczynę palcami. Coś się święci. W końcu starszy podszedł do Pana G. i całkiem niezłym francuskim, przeplatanym tylko od czasu do czasu arabskimi słowami, powiedział:

Habibi*, ale masz ładną kobietę! Dam ci za nią piętnaście wielbłądów!

– Że co? Przecież tak nie można… – zdołał tylko wydusić z siebie Pan G. Sandrze wściekłość odebrała mowę.

– Racja, Habibi – odparł nie zrażony starszy mężczyzna, lustrując Sandrę okiem znawcy – racja. Tak nie można. Dam ci za nią dwadzieścia wielbłądów!

img20200428_18180699

*) Habibi (arab.) – można przetłumaczyć jako „mój kochany”, tu chyba jednak raczej jako „kochaniutki” 🙂

Historia jednego zdjęcia

img20200425_20191896

Upływ czasu to coś oczywistego. Fizycy twierdzą nawet, że nie ma specjalnego powodu, dla którego miałby on płynąć w jedną tylko stronę. Ale jednak, mimo tego, budzimy się codziennie starsi a nie młodsi.

Niemal równo osiem lat temu w tej miejscowości kupiłem wrak tego motocykla. To właśnie jest ten egzemplarz, przy którym Niemiec płakał jak sprzedawał. Ze szczęścia.

Po zakupie trochę pchałem a trochę niosłem swój zakup do mojego ówczesnego miejsca zamieszkania. Wyszło w sumie jakieś 12 czy 14 kilometrów. W tym zaś właśnie miejscu urządziłem sobie swój pierwszy postój. Dworek ten był wówczas w dobrym stanie, zamieszkały i użytkowany. GPz zaś przedstawiała obraz nędzy i rozpaczy. Nawet się zastanawiałem, czy wypada stawiać w tak dystyngowanym miejscu mojego grata.

DSC07411

Dziś sytuacja nieoczekiwanie wygląda odwrotnie. Motocykl jest odrestaurowany a dworek nieoczekiwanie popada w ruinę. Mam nadzieję, że to jednak tylko stan przejściowy. Bardzo bym nie chciał, aby ten dworek podzielił los wielu innych miejsc, które zginęły bezpowrotnie. Tyle ich było…

Gdybym miał świadomość że wkrótce znikną na zawsze to utrwaliłbym je chociaż na zdjęciach.

img20200425_20070651

Ale kto to mógł przewidzieć?

Akcja Bieszczady

img20200425_20103483

Kilka dni temu, robiąc porządki w szufladach, natknąłem się na stare negatywy. Pochodzą z lat 1995-2010. Wśród nich natrafiłem na takie właśnie perełki. Te zdjęcia zrobiłem na początku lat 2000 w Bieszczadach, zapewne w okolicach Cisnej.

950c..21A

950c..22A

Lublin 51 wraz z załogą jedzie „na skróty” przez Solinkę.

950c..23A

Ciekawe, może komuś uda się rozpoznać siebie na zdjęciach po latach 🙂

Oaza

dscn6440

Dołączcie do nas w ten weekend – mówili, będzie fajnie – mówili. A że z nami jak z dziećmi (za rękę i do knajpy), długo prosić się nie daliśmy. Bo i cóż może być przyjemniejszego od weekendu z przyjaciółmi w leśnej głuszy, z dala od cywilizacji?

To znaczy tej cywilizacji to jednak trochę będzie. Nocować mieliśmy w starym budynku, należącym do nadleśnictwa. Kiedyś była to chyba jakaś szkoła, pewnie jeszcze z czasów pruskich. Ale jest dach nad głową, prąd a nawet woda. Zimna. Dookoła, jak okiem sięgnąć, tylko las. Kilkanaście kilometrów dalej jest mała osada ze sklepikiem. Tyle dowiedziałem się przez telefon. Czegóż więcej do szczęścia potrzeba?

Problemem jest tylko spakowanie pojazdu. Bo skoro jedziemy we dwójkę na jednym motocyklu, to odpada użycie rolki bagażowej mocowanej na siedzeniu pasażera. Kufrów wówczas nie miałem. To znaczy były, tylko mocowania nie pasowały i jakoś nie było okazji tego poprawić. Dziś oczywiście całą sprawę rozwiązałby wózek boczny, jednak piętnaście lat temu  nawet o tym rozwiązaniu nie marzyłem (a przynajmniej nie mówiłem o tym głośno). Ale skoro na miejscu ma być niemal wszystko, z łóżkami, kocami i sklepem na dodatek, więc pakujemy w plecak tylko rzeczy najpotrzebniejsze z potrzebnych. Gotowe.

Wyjechaliśmy w piątek po południu. Pora niezbyt szczęśliwa, jednak jak się pracuje to tak właśnie jest. Pocieszamy się, że do przejechania mamy zaledwie 90 km. W tamtych czasach i miejscu oznaczało to dobre dwie godziny jazdy.

W końcu zatłoczone, rozjeżdżone  drogi krajowe zostały za nami. Drogi lokalne wyglądały dużo lepiej.

dscn6434

Równy asfalt i piękny, wiekowy las. Tak można jechać w nieskończoność.

dscn6436

dscn6438

dscn6442

Jednak, jak się okazało, nie należy chwalić dnia przed zachodem słońca. Niezły asfalt prowadził tylko do ostatniej wioski ze stacją kolejową, już nieczynną zresztą. Dalej był bruk z polnych kamieni, od którego luzowały się śruby. Kocie łby prowadziły zresztą tylko do osady. Dalej droga zamieniła się w piach.

Te ostatnie kilka kilometrów dało nam nieźle w kość. W końcu dotarliśmy na miejsce. Okazało się, że nie mamy nic do jedzenia na kolację ani na jutrzejsze śniadanie. No tak, pakując się w plecak braliśmy tylko najniezbędniejsze rzeczy, mając na uwadze że w pobliżu jest sklep. Te pobliże to jednak kilka dobrych kilometrów a jest już późno. Czy wiejskie sklepy są tak długo otwarte?

Jedyna opcja żeby się o tym przekonać to tam pojechać. Chcąc nie chcąc wsiadam więc znowu na motocykl i jadę do sklepu. W końcu przedzieram się przez piachy i z niemałym trudem odnajduję „sklep”. Mieści się on w zwykłej chałupie. Na ręcznie malowanym szyldzie napisano: SKLEP SPOŻYWCZY OAZA. Fajna nazwa. Pasuje. Niefajne jest jednak że jest oczywiście zamknięty. Nic dziwnego, mamy prawie 19:00. Niby po co miałby być dłużej otwarty? W takiej mieścince?

Moją uwagę przykuwa dzwonek przy drzwiach sklepowych. Przy kontakcie, przypięta pinezką karteczka „DZWONIĆ”. Więc dzwonię.

Na górze uchyla się okno. Wygląda przez nie rozczochrana głowa. Właściciel przybytku wydaje się być zaskoczony, jednak tylko przez moment.

– Już schodzę – rzuca tylko.

I rzeczywiście. Drzwi sklepu się otwierają. Nie umyka mej uwagi, że właściciel zszedł specjalnie do mnie tylko w kapciach, gaciach i koszuli.

Zwykły wiejski sklep, chciałoby się powiedzieć. Ale jednak nie. Mam takie wrażenie że moja lodówka jest lepiej zaopatrzona niż ten przybytek.

– Chciałbym chleb i coś na niego. Jakiś pasztet, może kiełbasę na ognisko.

– Jasne – odpowiada sprzedawca – będzie jutro koło południa. Jeden chleb czy więcej?

– Jak to jutro w południe?

– Tak. Tu, widzi pan, towar trzeba wcześniej zamówić. Bo jak nie sprzedam to on mi tu zostanie i będę musiał wyrzucić. A to strata.

– A nie został panu przypadkiem bochenek chleba? – pytam dla pewności.

– Nie – uśmiecha się sklepikarz, nie kryjąc dumy ze swojej skrupulatności. Ręce mi opadły i poczułem się znowu jak w PeeReLu. Chcąc nie chcąc muszę i tak złożyć to cholerne zamówienie. Kolacja i śniadanie dopiero jutro w południe. To mnie dziewczyny zabiją, jeśli będą musiały czekać o głodzie do jutra do południa. Zabiją i zjedzą.

– A nie ma pan czegoś, na co nie trzeba robić zapisów? – pytam z nadzieją.

– Mam – odpowiada sprzedawca. Okazuje się że na stanie jest zawsze tanie wino i najgorsze papierosy, bo to drwale zawsze kupią. Oraz kilka torebek galaretek owocowych w proszku, które zamówili kiedyś studenci i jakoś nie odebrali.

Lepszy rydz niż nic.

Zakupy mimo wszystko były jednak udane a potrawa z galaretek owocowych przyrządzonych na tanim winie, również owocowym, okazała się być hitem sezonu. Witaminy do kwadratu. Galaretka zaś weszła w krew do tego stopnia, że następnego dnia po zamówone zakupy do „Oazy” trzeba było jednak pójść na piechotę 🙂