Wenecja

Terra Palucacensis

Terra Palucacensis

(nazwa Pałuk wymieniona w Kronice Długosza)

dscn3000

                Chociaż motocykl został już przygotowany do zimy, silnik zalany olejem, akumulator wyjęty, wyczyszczony, elektrolit uzupełniony to jednak jesień nie powiedziała jeszcze ostatniego słowa. Po sprawdzeniu, co zaklinacze pogody mają do powiedzenia na temat aury, jak i rozmawiając z poniektórymi użytkownikami forum, kiedy to tak właściwie kończy się sezon motocyklowy, ja również doszedłem do wniosku, że na pewno jeszcze nie teraz.

Motocykl został wyrwany ze snu w ciepłym garażu pod mięciutkim pokrowcem, akumulator, po podładowaniu powrócił na swoje miejsce. Plan wyjazdu zrodził się już wcześniej, jednak przez cały wrzesień, z powodu różnorakich perturbacji, nie mógł zostać zrealizowany.

Chciałem wyjechać możliwie jak najwcześniej z uwagi na coraz krótszy dzień – jednak obowiązki i poranna mgła spowolniły wyjazd. Wyszykowałem się dopiero tuż przed południem. Trochę bałem się, jak to będzie z rozruchem, gdyż silnik został zalany olejem „na zimę” – jak się okazało, martwiłem się na zapas. Stary twin zaskoczył, jakbym żadnego oleju do cylindrów nie wlewał – no, może prawie. Dodatkowa dawka środka smarnego spowodowała drastyczne zmniejszenie przejrzystości atmosfery za jednośladem. Dosyć długo nie jeździłem motocyklem i zdążyłem zapomnieć już, jak mi to jest potrzebne do zachowania zdrowia psychicznego i dystansu od rzeczywistości, która jest… jaka jest. Wyjeżdżam z osiedla na drogę wylotową, silnik lekko wchodzi na obroty, bezgłośnie wskakuje kolejny bieg. Przed sobą widzę jadącego niepewnie Opla na obcych numerach; rzut oka za siebie, kierunkowskaz, redukcja i gaz, wyprzedzamy, powrót na swój pas. Krótkie zerknięcie w lusterka – nie widać nic; samochód zniknął w chmurze dymu…

Jeszcze krótki zjazd z „dziesiątki” po paliwo i kontrolę ciśnienia w kołach. Podczas ceremonii tankowania odbywam miłą pogawędkę o motocyklach z młodym pracownikiem stacji benzynowej. Nalega na omówienie wszelkich znanych mi parametrów mojej 634-ki. Przekazuję podstawowe dane, po więcej grzecznie odsyłając na „jawacz”. To się nazywa „bezpośrednia promocja forum”, do tego bez ulotek.

Wyskakuję z powrotem na „dziesiątkę”, uwalniając się od problemów minionego tygodnia. Powoli wszelkie złe sprawy odchodzą w niebyt. Silnik wkręca się na obroty, coraz głośniejszy szum wiatru, asfalt pod nogami ucieka coraz szybciej. To jest teraz ważne; reszta pozostaje w tyle. Zerkam w lusterka – po chmurze spalin, tak jak po zmartwieniach, już nie ma śladu. Jestem tu tylko ja, przestrzeń i maszyna. Dzień jest pochmurny i mglisty, na poprawę pogody nie ma już nadziei. Ale nie pada i nie jest źle. Listopad. Barwy jesieni powoli się kończą. Gdzieniegdzie tylko, wśród gołych kikutów drzew widać plamy żółtych i rdzawych liści. Dojeżdżam do węzła drogi ekspresowej S5. Tak mnie to wczuwanie się wciągnęło, że przegapiam zjazd na Inowrocław. Kurcze, i co teraz? Władowałem się na ekspresówkę. Ładnie się zaczyna. Po prawej widzę swój zjazd, niestety, oddzielony stalową bandą i coraz szerszym pasem zieleni. Trudno, przyspieszam do wartości trzycyfrowej, ekrany dźwiękochłonne potęgują dudnienie silnika. Teraz aby nie przegapić zjazdu na Poznań.

Trasa z Bydgoszczy na Poznań ma jedną wadę – ruch na niej jest zdecydowanie za duży. Za to nazwy miejscowości coraz ciekawsze. W pewnej chwili zielona tablica ogłasza, że właśnie przejeżdżam przez ZAMOŚĆ. Kilka kilometrów później mijam drogowskaz: SZKOCJA 3 km. Po drodze jest jeszcze BRZYSKORZYSTEW i BRZYSKORZYSTEWKO. Ładnie te nazwy musiały brzmieć w zaborze pruskim. Grzegorz Brzęczyszczykiewicz się nie umywa.

Moim dzisiejszym celem są Pałuki – kraina 100 jezior, krajobraz polodowcowy pełen górek i dolinek. Dojeżdżam do Żnina – jednego z miast pretendujących do miana „stolicy Pałuk”. Tak naprawdę ten region nigdy nie był odrębną prowincją administracyjną, dlatego też nie było potrzeby wyznaczania stolicy regionu. Pomimo braku podstaw historycznych zdarzają się jednak próby określania głównego miasta.

Na wlocie do miasta żółta tablica „Witamy podróżnych na ziemi pałuckiej”. Na rondzie skręcam w lewo. Moim pierwszym celem jest… Wenecja!

dscn2982

Mimo mglistej pogody ziemia pałucka nie traci nic ze swego uroku; Jezioro Weneckie:

dscn2985

W Wenecji znajduje się muzeum kolei wąskotorowej:

dscn2990

Do eksponatów Muzeum należy głównie tabor wąskotorowy, który w czasach dawniejszych funkcjonował na Żnińskiej Kolei Powiatowej oraz Bydgosko – Wyrzyskich Kolejach. Obecnie zabytkowe parowozy odpoczywają po ciężkim sezonie turystycznym i zbierają siły na kolejny:

dscn2987

Oprócz muzeum znajdują się tu ruiny zamku z XIV w. zbudowany na zlecenie Mikołaja Nałęcza z Chomiąży, zwanego Diabłem Weneckim w ramach wielkiej akcji fortyfikowania Polski podjętej w czasach Kazimierza Wielkiego.  W 1420 roku przechodzi na własność archidiecezji gnieźnieńskiej, która wykorzystuje go jako więzienie dla księży. W XVI częściowo rozebrany; pozyskana cegła przeznaczona została na budowę pałacu arcybiskupiego w Żninie. Wiek XIX przynosi kolejne zniszczenia, łącznie z częściowym wysadzeniem w powietrze. Do dziś zachowały się jedynie fragmenty murów i dziedziniec. Zamek został zabezpieczony jako tzw. trwała ruina.

dscn2989

Następny przystanek: Biskupin.

dscn2997

Sezon turystyczny się skończył, tłumy ludzi zniknęły. Pierwszy raz widzę tu zupełnie pusty parking. Jestem tu jedynym podróżnym. Miejsca postojowe – do wyboru!

dscn2994

Pusta stacja kolejki wąskotorowej w Biskupinie:

dscn2991

Panie w kasie przy bramie wejściowej ożywiają się na mój widok – i nic dziwnego – na nadmiar ruchu nie mogą dziś narzekać. Niestety, rozczarowuję je – nie mam zamiaru zwiedzać osady. Bywałem już tutaj wielokrotnie – także służbowo… kiedyś…

Odkryta w 1933 roku osada obronna kultury łużyckiej. Założona w 737/738 r. p.n.e. na podmokłej wyspie na Jeziorze Biskupskim. Sam gród obejmował powierzchnię około 1,3ha. Na terenie osady znajdowało się ok. 106 domostw, o wymiarach przeciętnie ok. 8 × 10 m, usytuowanych rzędowo wzdłuż moszczonych drewnem 11 ulic, o szerokości ok. 2,5 m każda. Ocenia się, że w osadzie mieszkać mogło od 800 do 1000 osób. Osada otoczona była skrzynkowym wałem drewniano-ziemnym o długości 740 m, szerokości 3 m i domniemanej wysokości do 6 m, w którym znajdowała się brama wjazdowa. Gród otoczony był falochronem o szerokości od 2 do 9 m, zbudowanym z ukośnie wbitych pali. Opuszczony po około 150 latach.

dscn2992

Niedaleko stąd leży Gąsawa. W 1227 roku odbył się tutaj zjazd władców: Leszka Białego, Władysława Laskonogiego, Henryka Brodatego i Konrada mazowieckiego. Gdy przebywali w łaźni, Gąsawę najechał Świętopełek pomorski. Leszek Biały został zamordowany; był ostatnim księciem krakowskim. Zakończyła się pewna epoka w dziejach Piastów.

Najcenniejszy zabytek Gąsawy to drewniany kościółek z ok 1625 roku – znany mi bardzo dobrze, służbowo…

Czas mija szybko. Wracam w kierunku Żnina. Szosa wije się wśród pagórków, zakręt w lewo, w prawo, znowu w lewo. Linia kolejki wąskotorowej cały czas mi towarzyszy, przechodząc od czasu do czasu raz na lewą, to znów na prawą stronę drogi. Przed przejazdami trzeba mocno zwolnić, bo tory nie przecinają asfaltu pod kątem prostym. Często wyłożone są też śliską kostką granitową. Trzeba uważać.

Szosa, tory a w tle Jezioro Biskupińskie:

dscn2998

Podejmuję próbę podjechania bliżej jeziora. Niestety, szosowe opony nie dają szans powodzenia tej operacji. Grunt jest gliniasty, porośnięty mokrą trawą. JAWA zaczyna się ślizgać. W tył zwrot. Przy okazji mam możliwość sprawdzić rozstaw torów. Jest wyjątkowo wąski – tylko 600 mm. Co ciekawe – jest to najwęższa w Europie publiczna linia kolejowa, wpisana do księgi rekordów.

dscn3000

Postój nad kolejnym jeziorem.

dscn3002

Ze Żnina uciekam trasą na Inowrocław. Przekraczam Narew. Zaraz za nią jest mała dróżka odchodząca od głównej szosy. Drogowskaz mówi, że do Lubostronia jest jeszcze 3 km. Na razie szukam dojazdu do rzeki. Jest mała dróżka asfaltowa prowadząca we właściwym kierunku, wijąc się między wiejskimi zabudowaniami. Wjeżdżam w nią, jednak z każdym zakrętem robi się węższa i coraz bardziej marna aż kończy się małym asfaltowym placykiem otoczonym z każdej strony wiejskim podwórkiem. Każde podwórko – to co najmniej jeden duży kundel biegający samopas. Na dodatek przejawiają niezdrowe zainteresowanie moimi nogawkami. A do rzeki już tak niedaleko… jednak psy nie zamierzają mnie tam wpuścić bez walki. Trudno, trzeba się ewakuować, póki jeszcze mnie nie osaczyły. Wracam do skrzyżowania. Drogowskaz nadal kusi: do Lubostronia jeszcze tylko 3 km. Coś mi ta nazwa mówi. OK, jedziemy do Lubostronia. Jedziemy to za dużo powiedziane. Droga potrzaskana w kawałki. Mijam znak ograniczający prędkość do 50 km/h. Zgrywusy. Chyba dla enduro. U mnie wskazówka ma opory przekroczyć 40. Lawirując wśród wyrw większych i mniejszych widzę jak po lewej ladze spływa kropelka oleju i odrywa się kiedy motocykl wpada w kolejną wyrwę. Stan szosy poprawia się, jednak po troszkę większym odcinku niż obiecywane 3 km.

dscn3005

Sercu lube ustronie:

dscn3008

Najpiękniejszy w Polsce pałac klasycystyczny. Wzniósł go Stanisław Zawadzki dla hrabiego Fryderyka Skórzewskiego w latach 1795 – 1800. Na portyku widnieje napis „SIBI AMICITIAE ET POSTERIS MDCCC” (Sobie, przyjaźni i potomkom 1800). Głowice i bazy kolumn pochodzą z niezrealizowanego w Warszawie projektu Świątyni Opatrzności Bożej. Kopułę zdobi brązowy posąg Atlasa dźwigającego kulę ziemską, wykonany w XIX w.

dscn3011

Klasycystyczna oficyna (stary dwór):

dscn3009

Wozownia:

dscn3013

Park – tu nawet ptaki mieszkają luksusowo:

dscn3014

Widoczek ogólny:

dscn3015

Znów w trasie. Barwy jesieni:

dscn3018

W Barcinie skręcam za tablicą wskazującą na pomnikowy dąb. Tak z zawodowej ciekawości chciałbym go zobaczyć. Jadę i jadę i jadę… i nic. Zagubiłem się.

dscn3020

Pora wracać. Znowu w trasie:

dscn3021

Jadę nieznaną sobie trasą, jak mniemam, w kierunku Bydgoszczy. Zmrok zapada niespodziewanie. Mgła gęstnieje, robi się chłodno. Ciepłym blaskiem patrzą się na mnie tylko podświetlenia zegarów. Przed zamkniętym przejazdem kolejowym stoi kolejka aut. Ustawiam się grzecznie w kolejce, gaszę silnik. Kopniak w pogotowiu. Kolejka przede mną ma ze 200 m. Za przejazdem widać skrzyżowanie ze światłami. Otwierają się szlabany – odpalam i atak środkiem – do przodu. W kilkadziesiąt sekund jestem na przejeździe, przede mną na nieszczęście jedzie patelnia, której już nie dałem rady ominąć – za szeroka. Skrzyżowanie okazuje się być w kształcie litery T – albo w lewo albo w prawo. Ciężarówka oczywiście zasłoniła wszelkie drogowskazy a poza tym skręcając w lewo tak zajechała mi drogę, że nie miałem wyjścia i musiałem skręcić w prawo. Trójka, gaz, czwórka. Podświadomie kierunek mi się nie zgadza. Rzeczywiście, tablica szlaku drogowego: Inowrocław 27. Kurcze, stamtąd w zasadzie jadę. Historia z pomyleniem trasy znowu się dziś powtarza. Zawracam – przez koleiny wysokości dobrych krawężników – łup łup – jak ja to lubię. Powrót do świateł i znowu ta sama historia z czekaniem.

Dalsza podróż przebiega już bez zakłóceń. Przed samą Bydgoszczą spotykam pierwszy i ostatni zarazem w całej podróży motocykl. Spotkanie jest tak nieoczekiwane, że żadne z nas nie zdążyło pozdrowić. W związku z tym niniejszym pozdrawiam Panią Motocyklistkę na chopperze!

Oprócz dużej dawki pozytywnej energii i wrażeń, na zegarze przybyło kolejne 250 km.