pocztówka z podróży

Wszechświat równoległy

img20200425_20103483

W dobie nierozwiązywalnych problemów pierwszego świata, takich jak na przykład „czy sześćsetką da się pojechać w kilkusetkilometrową trasę” albo „czy pół litra nie będzie za małe na pierwsze moto”, w czasach nieustannej pogoni za „więcej”, „mocniej”, „szybciej”, „dalej”…

DSC_7150

Na szczęście są tacy, którzy mają na to kompletnie wylane.

DSC_7151

Myślę, że ma to wszystko swój głębszy sens. Taki motocyklowy „Włóczykij”, udowadniający że przygodę można przeżyć również bez najmodniejszego w tym sezonie markowego sprzętu. Że do rzeczy nie należy przywiązywać zbyt wielkiej wagi.

img20210215_19375064

In Rust We Trust

DSC02259

Kolejny napotkany motocykl w stanie częściowego rozkładu, co jest o tyle ciekawe, że nie wygląda on na jakoś specjalnie zużyty lub uszkodzony. Poza tym to duża maszyna, która na rynku wtórnym jest warta całkiem przyzwoity pieniądz. Jednak postępy korozji elementów chromowanych wskazują, że integruje się ona z otoczeniem od co najmniej dobrych kilku miesięcy. Jeśli nie dłużej.

DSC_3236

Zasadniczo mógłbym w tym miejscu zakończyć opis i przejść do wklejenia zdjęć. W końcu to nie pierwszy motocykl na tej stronie, który ulega dekompozycji i biodegradacji. Jednak kilka spraw nie daje mi spokoju.

DSC_3234

Po pierwsze – wiele lat temu o mały włos nie stałem się sam posiadaczem Intrudera, tyle że mniejszej wersji 750. Jeśli wierzyć literaturze przedmiotu, był to pierwszy „prawdziwy czoper” z Kraju Kwitnącej Wiśni, który miał być na dodatek również moim pierwszym „dużym” motocyklem, czyli takim o pojemności większej niż 500 cm3.

DSC_3237

Spodobało mi się w nim kilka detali, jak na przykład chłodzenie cieczą czy napęd wałem. Nie powiem że mnie ten motocykl jakoś specjalnie urzekł, bo tak nie było. Za to kilku znajomych jeździło różnymi wersjami Intruderów i jakoś nie narzekali – a to już było coś.

DSC_3238

Rzeczonego motocykla w końcu nie kupiłem. Z jednej strony tak właściwie to wcale nie o taki motocykl mi chodziło, tylko nie do końca sobie to wówczas uświadamiałem.

Inna rzecz, że motocykl wyglądał dużo lepiej w ogłoszeniu niż w rzeczywistości. Ogłoszenie było zresztą „gazetowe”, więc jedno miniaturowe zdjęcie nie dawało wielkiego wglądu w jego stan techniczny. A ten, najogólniej mówiąc, za dobry nie był.

DSC_3239

Ja wiem że prawdziwy facet zna ponoć tylko trzy kolory: zaj*****ty, pedalski oraz **ujowy. Jednak ten „prawie mój” egzemplarz nie dość że miał kolor właśnie z tej ostatniej kategorii, to na dodatek położony również ***owo. I chyba właśnie świadomość faktu, że tego fatalnie położonego zgniłozielonego lakieru w metaliku (kto takie kolory w ogóle wymyśla?) trzeba będzie się pozbyć w pierwszej kolejności, bo motocykl wygląda tak, jakby go coś zeżarło i zwróciło, zniechęciła mnie ostatecznie do zakupu. Cena przestała być już okazyjna.

DSC_3240

Po drugie zaś – ja znam ten motocykl. To znaczy w pewnym okresie spotykałem go na różnych zlotach i spędach. Obrazek na zbiorniku był zbyt charakterystyczny. Ale właściciela nie mogłem skojarzyć.

DSC02259

A skoro motocykl „znam”, to jego los przestał mi być już tak zupełnie obojętny. Ja wiem, że to tylko maszyna…

Ale przez chwilę miałem nadzieję, że właściciel się pojawi i zaproponuje mi odkupienie tego złomu.

DSC_3241

A gdyby cena była odpowiednia, czyli niezbyt odbiegająca od tego, co można by dostać za to na skupie złomu, to bym się chyba nawet zdecydował zabrać gruza. Nawet pomimo faktu, że mam już co robić w garażu.

Opierdzieliłbym go na czarno, łącznie z tymi pordzewiałymi chromami, wywaliłbym te czachy i inne duperele i tak jeździł aż poodpadają koła, ku rozpaczy znajomych „czoperowców”.

Niestety, właściciel się nie pojawił a budynek okazał się również opuszczony.

Tak więc wygląda na to, że motocykl skazany jest na dalszą, powolną integrację ze środowiskiem.