muzyka w garażu

Muzyka w garażu – Black Rebel Motorcycle Club

img20210721_13392937sm

Ten niezamierzony cykl artykułów byłby mocno niepełny bez wspomnienia o jeszcze jednym zjawisku, jakim jest grupa Black Rebel Motorcycle Club. Nazwa zespołu zaczerpnięta została z filmu „Dziki” (The Wild One) i był to klub, w którego szefa wcielił się sam Marlon Brando. Filmowy Black Rebels Motorcycle Club czerpał zaś inspirację z prawdziwego, istniejącego do dziś klubu motocyklowego „The 13 Rebels”, który prasa obwiniała o słynne (albo lepiej powiedzieć: osławione) zajścia w Hollister. Pierwsza sprawa została wyjaśniona.

img20210721_13380985

Pisanie o muzyce jest rzeczą niewdzięczną. To próba opisania jakiegoś fantastycznego świata osobie, która go nigdy nie widziała. Zasadniczo sprawa skazana od początku na klęskę. Co nie znaczy, że nie trzeba próbować.

img20210721_13392937

Zespół pojawił się ze swoją muzyką w zasadzie zupełnie niespodziewanie, jakby znikąd, podobnie jak motocyklowy klub w filmie, do którego nawiązuje swoją nazwą. Styl muzyczny można określić jako garażowy rock z elementami psychodelii, bluesa oraz jeszcze wieloma innymi stylami, jeśli komuś zależy na dokładnym szufladkowaniu. Charakterystyczną cechą tej muzyki są brutalnie przesterowane gitary, tworzące zwykle jedną, potężną ścianę dźwięku. Muzyka jest tak gęsta, że można ją niemal kroić nożem. Do tego wszystkiego dochodzą wokale, śpiewane niejako od niechcenia, podobnie jak filmowy szef Black Rebel Motocycle Club wygłaszał swoje kwestie. Coś pomiędzy nonszalancją a maniem wylane na wszystko. Całość brzmi, jakby przeciągnięta została przez stare, lampowe wzmacniacze z lat sześćdziesiątych. W efekcie wychodzi wspaniałe, stare, bardzo brytyjskie brzmienie, mimo iż zespół pochodzi z San Francisco. Muzyka prosto z klubu rockersów…

IMG_0795

Oczywiście, ten opis to ogromne uproszczenie sprawy. Rzecz jest bowiem dużo bardziej skomplikowana. Mimo iż muzyka zawarta na płytach na pozór wydaje się dosyć monotonna, to jednak zupełnie taka nie jest. Jest to wieczne poszukiwanie doskonałości, perfekcji oraz unikanie nagrywania rzeczy, które już zostały nagrane. W tym sensie zespół jest dość mocno nieobliczalny, podobnie jak filmowy BRMC od którego wziął swoją nazwę. Nie przysparza to oczywiście zespołowi popularności ani przychylności krytyków, jednak muzykom chyba też niespecjalnie na tym zależy. Robią swoje i to jest chyba najważniejsze.

img20210721_13402099

Muzyka w garażu – Kobranocka i Kwiaty na żywopłocie

img20200721_10145725s

Są albumy ważne. Takie, które mają dla nas specjalne znaczenie. „Drugie dno” jak mawiał pewien znajomy. Ale on był politykiem, więc pewnie miał coś innego na myśli.

Nieważne. W każdym razie chodzi o związane z nią osobiste przeżycia. I taką strasznie ważną płytą jest ten właśnie album. Kobranocka – Kwiaty na żywopłocie.

Pierwszy egzemplarz, kasetę, dostałem od kuzynki gdzieś na początku 1990 roku. Uczciwie trzeba przyznać, że jest to kawał dobrego, ostrego rocka. Są tu killery w stylu „Ostrożnie trutka”, wspaniała „Zataczówka” czy też tytułowy numer… Mamy wreszcie największy hicior  Kobranocki, czyli „Irlandię”. Kawałek znany aż do przesady.

Słuchając pierwszy raz tej taśmy nie przypuszczałem nawet, jak wiele w moim życiu się zmieni i jak bardzo będzie to wszystko pasować do tej płyty.

img20200721_10145725

Przede wszystkim zespół powstał w 1985 roku Toruniu. Kiedy słuchałem tego albumu z tej kasety wiedziałem tylko tyle, że Toruń jest miastem leżącym daleko, gdzieś na północy. Gdyby mi ktoś wówczas powiedział, że spędzę w nim tyle lat oraz ile ważnych (z mojego punktu widzenia) rzeczy się tam wydarzy, to nigdy bym nie uwierzył. Życie jednak tak dziwnie się czasem układa.

Wiele lat później karta znów się odwróciła. Tym razem zmuszony byłem dojeżdżać do dziewczyny różnymi wynalazkami a połowę tej drogi stanowił Włocławek.

I tak jak w „Irlandii”:

„Wlokę ten ból przez Włocławek, kochając Cię jak Irlandię” – czyli gdzieś we Włocławku właśnie.

dscn9160

Przypomnieć należy, że wówczas tą trasę pokonywało się w około siedem godzin. Komunikacją publiczną jechało się jeszcze dłużej, więc nie starczyłoby weekendu na podróż tam i z powrotem, nie mówiąc jeszcze o spotkaniu się. Tak więc jeździłem w ten sposób rok albo i nawet dwa. Motocyklami, samochodami – co tam było akurat pod ręką.

Warto wspomnieć jeszcze o pojazdach którymi jeździło się wówczas.

Któregoś dnia kumpel z pracy naraił mi handlarza samochodów, który miał do sprzedania za niewielką sumę pojazd typu Fiat 126P, szumnie zwany samochodem. Zapłaciłem uzgodnioną kwotę i umówiłem się, że odbiorę auto w piątek po pracy, bo trzeba było zrobić przy nim jeszcze to i owo. W umówiony dzień stawiłem się u handlarza spakowany już na weekend, co nie uszło jego uwadze. Gdy dowiedział się, dokąd zaraz jadę to nogi się pod nim ugięły. Później dowiedziałem się, że dzwonił przez cały weekend do mojego kumpla z pracy z pytaniem czy dojechałem i czy nic mi się nie stało. Bo samochód przecież prosto z kanału zdjęty i od razu w taką drogę, że jakby wiedział to by mi pod jakimś pretekstem nie wydał kluczyków…

Czyli są uczciwi handlarze. Niepotrzebnie zresztą się martwił. Maluch pokonał tą trasę jeszcze wielokrotnie. Padł w końcu na posterunku – we Włocławku właśnie. Ale trzeba pamiętać, że Włocławek miał wówczas wśród kierowców przezwisko „dziurawek”, więc i tak go podziwiam, że tyle wytrzymał.

img20210313_13595773

Kaseta zaginęła gdzieś podczas którejś kolejnej przeprowadzki. Po latach jednak znów zakupiłem ten album, tym razem na CD. Tak samo przywołuje wspomnienia. Czasów nie tyle lepszych, bo to bzdura. Lepsze wcale nie były. Ale na pewno byliśmy wówczas młodsi i bardziej beztroscy. Za to na pewno rock był lepszy 😉

IMG_8615

Oczywiście, jak to w Polsce bywa – każda wersja tego albumu ma inną okładkę. Nikt nie wie dlaczego, ale tak właśnie jest. Winyl ma pełną, kaseta jakiś dziwny fragment a wersja kompaktowa kompletnie z czapy. Druga sprawa to sama jakość nagrania. Niestety, to co brałem za wadę kasety okazało się błędem samej realizacji materiału i nawet na płycie CD ma się wrażenie, że wokalista Andrzej Kraiński sepleni. Cóż, mogę Wam zaręczyć że w rzeczywistości śpiewa wyraźnie. Ale tak się nagrywało płyty w Polsce na przełomie lat osiemdziesiątych i dziewięćdziesiątych.

img20210313_13173778

Muzyka w garażu – Newsted

img20200721_10145725s

Dziś mamy podobno okragłą rocznicę dnia, w którym z zespołu zwanego „Metallica” uciekł ostatni metalowiec.
Ja to mawiają: „lepiej późno niż wcale” 😉
Newsted swoją płytą może i trzęsienia ziemi nie wywołał (prawdę mówiąc to przeszła zupełnie niezauważona), jednak ten album jest naprawdę całkiem dobry. Jest „jakiś”.

Ma swój styl, brzmienie, można tu na czymś ucho zawiesić. A przede wszystkim to naprawdę „metal”.

DSC_3728

Jedyne czego żałuję, to że nie pociągnął tego projektu dalej. Szkoda, bo miał potencjał.

img20200721_10145725

Muzyka w garażu – Van Halen

img20200721_10145725s

Miał się tu dziś pojawić zupełnie inny wpis, jednak pewne wydarzenia biegną swoim własnym trybem i nie sposób się do nich nie odnieść.

Z muzyką Van Halen spotkałem się „na poważnie” dość późno, bo dopiero na studiach. To znaczy wiedziałem że istnieje coś takiego już dużo wcześniej, widziałem płyty i kasety, znałem nawet parę kawałków z MTV, coś tam pewnie z gazet. Ale żadnego albumu nie posiadałem ani nawet nie przesłuchałem. To niestety była ta wada nośników fizycznych – jak się czegoś nie miało w ręku, to się nie słuchało. A tyle wówczas było do kupienia. O ile prościej jest dzisiaj, gdy dowolny album można sobie spokojnie przesłuchać w necie na długo przed jego zakupem!

Była to końcówka XX wieku. Do „naszego” mieszkania studenckiego wprowadził się nowy współlokator. Dziwna sprawa, bo gość nie był studentem. Miał ponad czterdzieści lat, więc z naszej perspektywy był „stary”. Nie wiem, jakie życiowe perypetie skłoniły go do tak desperackiego kroku, żeby zamieszkać razem z pryszczatymi kucami. Ale chyba wcale mu to nie przeszkadzało.

Fizycznie facet nie wyróżniał się niczym szczególnym. Dziś pamiętam go jak przez mgłę. Tak, wiem, że to określenie można różnie rozumieć. Ale zaręczam, że każda z tych interpretacji będzie prawdziwa.

bild001

Na cały jego dobytek składało się trochę ubrań, materac, PC i całkiem niezły sprzęt stereo. Oraz spora kolekcja płyt i kaset. Rzecz charakterystyczna – w tej kolekcji nie było nic innego poza Van Halen. Nic więcej.

Początkowo wszyscy byli zadowoleni, bo zawsze mógł się trafić lokator z kolekcja disco polo albo techno, więc nie ma co narzekać. Jednak po dwóch tygodniach słuchania niemal bez przerwy Eddiego  przez ścianę zaczęło się to wszystko powoli stawać chińską torturą.

img20200721_10145725

Do tego stopnia, że pierwszy album Van Halen zakupiłem dopiero po wielu latach od tamtych wydarzeń. Dziś już słucham tych płyt inaczej. Z jednej strony doceniam kunszt i talent Eddiego, który nie tyle grał co bawił się gitarą. A z drugiej – przywołują wspomnienia dawnych, szalonych lat. To jest właśnie wspaniałe w muzyce.

Dziś moja kolekcja Van Halen ma ciągle jeszcze więcej dziur niż ciągłości. Bo tyle płyt jest wciąż w planach do kupienia… To się nie zmieniło.

Muzyka w garażu – trudne sprawy, czyli Nocny Kochanek

img20200721_10145725s

Rzadko który zespół tak antagonizuje fanów „ciężkiego grania” jak właśnie Nocny Kochanek. Jedni ich lubią, inni nienawidzą a obojętnych w zasadzie chyba brak. Ktoś kiedyś powiedział, że to dobrze, jeśli zespół wzbudza tak skrajne emocje. Bo tak czy owak, mówią o nich jedni i drudzy, a czy źle czy dobrze – to już w zasadzie wszystko jedno. Ważne aby nazwy nie przekręcali.

Sam bym się zapewne zaliczył do tej grupy dla której istnienie tego zespołu nie jest problemem. Bo przecież zabawa na imprezie przy muzyce Nocnego Kochanka zapewne będzie udana, czego nie da się powiedzieć o „twórczości” Zenka. I nie mam tu na myśli Zenka z Kabanosa. Tu w zasadzie mógłbym zakończyć ten wywód, gdyby nie jedno „ale”. Zawsze jest jakieś „ale”.

 Będąc moderatorem na jednej ze stron poświęconych „ciężkiemu graniu”, w tak zwanym czynie społecznym zmuszony jestem emocje związane z tym zespołem studzić, czy to za pomocą ostrzeżeń, gróźb a czasem wlepiając po banie, tak na ochłonięcie, co bardziej zacietrzewionym dyskutantom.

A można ich podzielić na kilka grup. Pierwsi zarzekają się, że „nigdy nie słyszeli”, ale nie lubią, goovno i w ogóle. Tych można w ogóle pominąć, jako że stwierdzenie „nie bo nie” niczego do tematu nie wnosi. Ja na przykład nie piłem jeszcze piwa imbirowego. Nie wiem jak smakuje. Jednak nie mogę powiedzieć, że nie lubię, bo go nie znam. Żeby coś skrytykować to trzeba temat znać. Reszcie się podoba lub nie. Raczej częściej chyba jednak nie, ewentualnie tylko tak mówią.

Sam posiadam aż/tylko (niepotrzebne skreślić) dwie płyty Nocnego Kochanka. Pierwszą kupiłem przez przypadek zaraz po premierze. Można powiedzieć, że wcisnął mi ją sprzedawca w dziale muzycznym w Empiku w Toruniu (pozdrawiam, jeśli to czyta). Nie miałem pojęcia, co to jest, byłem pierwszy raz o długiego czasu w Polsce, więc straciłem kompletnie rozeznanie krajowego rynku muzycznego. Płytę przesłuchałem kilka razy już w samochodzie. Nie powiem, ubawiłem się nieźle. Doceniam absurdalny humor. Ale muzycznie też jest naprawdę dobrze i warsztatowo naprawdę nie ma się do czego przyczepić.

Drugi album, czyli „Zdrajców Metalu”, dostałem w prezencie. Ta już nie zrobiła na mnie tak pozytywnego wrażenia. Muzycznie nadal jest dobra. Ale tekstowo… Ktoś powiedział o zjadaniu własnego ogona. To chyba dobry trop.

Uważam, że opowiadany po raz 1001 ten sam dowcip o chlaniu, rzyganiu i ruch***niu po prostu przestaje być zabawny. W ogóle przestaje być dowcipem.

Aż chciałoby się powtórzyć  za Mistrzem Baranowskim: „Ależ wodzu, co wódz…”

I to chyba jest cały „problem”, który generalnie jednak problemem nie jest, skoro nikt do słuchania (jeszcze) nie zmusza.

Muzyka w garażu – Deserted Fear

img20200721_10145725s

Kiedyś to byli czasy. A dziś nie ma czasów”. Może jednak nie jest aż tak źle? Nie ma co porównywać dzisiejszych możliwości do tych sprzed dwudziestu, trzydziestu lat. Do czasów gdy prasa muzyczna w Polsce dopiero raczkowała i gdy któryś z kumpli poświęcił swoje zaskórniaki na zakup takiego periodyku, czytało go na przerwach na raty pół szkoły. Warto wspomnieć o książeczkach z tłumaczeniami tekstów, które czasem można było wówczas zakupić. Dla wielu z nas były to pierwsze kroki w nauce angielskiego. Dla mojego pokolenia było to przecież naturalne. Jednak gdy znajomy wykopał gdzieś na strychu kilka takich książeczek i pokazał synowi, ten nie mógł się nadziwić, że ktoś mógł na serio wydawać coś takiego. A na dodatek byli ludzie, skłonni to kupować. Jakże inne to były czasy, gdy ekspertem i przewodnikiem po muzyce był starszy kolega z imponującą kolekcją dwustu kaset magnetofonowych.

Internet zmienił wszystko. Dziś nawet ci, którzy jeszcze w sumie nie tak dawno prowadzili pamiętną wojnę z Napsterem, sami wrzucają swoje pliki muzyczne do sieci i udają, że tematu nie było. Bo już w międzyczasie zdążyli się nauczyć, że wojując z rzeczywistością bardziej jednak można sobie zaszkodzić niż dopomóc a jak nie ma Cię w Internecie, to nie istniejesz.

Muzyka i rozmowy o niej przeniosły się do sieci. Mało kto kupuje dziś tradycyjne nośniki a chyba nikt nie robi już specjalnych wycieczek do kumpli aby wspólnie posłuchać muzyki. Płyt jako takich też się już nie pożycza – bo i po co? Zresztą, nawet tradycyjne nośniki zamawia się dziś w sklepach internetowych a potem cierpliwe czeka, aż przesyłka znajdzie się w skrzynce pocztowej czy innym paczkomacie. Niby jest prościej i wygodniej a jednak, mam takie poczucie, że to wszystko się jednak stopniowo odczłowiecza.

Z drugiej strony, zakupy muzyczne w sklepie „stacjonarnym” powoli przestają być możliwe. Dziś oferta największego w moim regionie salonu muzycznego, który się jeszcze uchował, liczy może 150-200 tytułów. Zaczyna być porównywalna z moim pierwszym „źródłem”, pewnym małym sklepikiem w którym ponad trzydzieści lat temu zaopatrywałem się w kasety z muzyką. Zaglądało się tam codziennie, wracając ze szkoły. Zasadniczo był to sklep z zabawkami, jednak w głębi, nieco ukryte, znajdowało się osobne stoisko z muzyką. Potęgowało to jeszcze wrażenie undergroundu. Towar trochę jakby „spod lady”. Zawsze było tam na stanie było kilkadziesiąt, może w porywach koło setki, pirackich kaset. Wówczas wydawało mi się, że jest to dużo.

Można by powiedzieć, że historia zatoczyła koło. Jest jednak pewna różnica. Dziś moja własna, prywatna płytoteka liczy kilka tysięcy tytułów. Nigdy nie sądziłem, że przyjdzie taki moment, że moja kolekcja płyt będzie większa, niż to co oferuje największy w okolicy sklep muzyczny. Ciągle mam jeszcze w pamięci długie rzędy regałów z kasetami i płytami w takim „Digitalu” czy „Megastorze” a na nich dobro wszelakie. Ale to już było i nie wróci więcej.

Na zakończenie tego przydługiego wstępu jeszcze jedno spostrzeżenie. Nieważne jest, czy Twoja kolekcja nośników z muzyką liczy kilkadziesiąt, kilkaset czy kilka tysięcy tytułów. Gdy już staniesz rano przed półkami czy regałami, po chwili i tak dochodzisz do wniosku, że jest najwyraźniej za mała – bo jakby nie patrzeć, to ciągle nie ma czego słuchać. A obserwując fejsbukowe wpisy słynnego Maria Konopnicka stwierdzam, że skoro On ma ten sam problem, to historia ta zdaje się jednak nie mieć końca. Dobrze to i niedobrze zarazem.

Jakiś czas temu pojechaliśmy z Żoną do centrum handlowego. Takiego wielkiego grzmota na peryferiach, co to jest w nim wszystko i jeszcze więcej. Śruby, nakrętki, kondomy, dętki… Zapowiadał się zwykły, nudny dzień.

Jednak w okazało się, że w drogerii nieoczekiwanie dostawiono regał z płytami. W tym także z cięższym graniem. Oczywiście, jak za starych dobrych czasów, zanurkowałem natychmiast w jego zasobach, nie spodziewając się jednak wiele. Bo w dyskontach również pojawiają się płyty, często nawet analogowe. Tyle tylko, że zazwyczaj są to „oczywiste oczywistości”, zwykle klasyczne albumy, które goszczą w zbiorach już od wielu lat.

Tym razem czekała mnie kolejna niespodzianka. Spora część płyt była dla mnie kompletną nowością. Zespoły o których kompletnie nic nie wiedziałem bądź albumy znanych mi co prawda kapel, które jednak do tej pory gdzieś mi umykały. Widząc tyle dobra w tak niskich cenach, powiedziałem Żonie żeby pokupowała sobie, co tam kupić musi bo mi się tu jednak trochę zejdzie. Bowiem wbrew temu, co to mówią różne marudy, w muzyce chyba nigdy nie było tak dobrze, jak jest obecnie. Starzy wyjadacze wydają nowe albumy, reaktywują się dinozaury, powracając na scenę z bardzo dobrym materiałem. Wreszcie, przychodzą młodzi, który też mają coś do powiedzenia. Dzieje się bardzo dużo.

Grzebiąc w zasobach regału natrafiłem na płytę zespołu Deserted Fear. Nazwa nic mi nie mówiła, poza tym że brzmi dobrze, jak na ciężkie granie. Okładka też wyglądała ciekawie. Wielką sztuką jest narysować muzykę. A taka właśnie powinna być okładka. Powinno się wziąć płytę do ręki i od razu wiedzieć, co zawiera. Dlatego nie może ona być „jakaś”, byle jaka, aby była. To jest jeden z powodów, dla którego nie potrafię słuchać muzyki z plików czy Internetu. Brakuje mi tej wizualnej, integralnej części albumu.

Tu wszystko układało się w jedną logiczną całość. Już wiedziałem, co płyta powinna zawierać, jeśli zawartość jest tak dobra jak okładka. Oczywiście, w dzisiejszych czasach to nie problem sprawdzić, jaka muzyka jest rzeczywiście na płycie. Ma się przecież w kieszeni tego chińskiego kartofla na Androidzie i za jego pomocą dostęp do wszelkich mądrości wujka gugla oraz jutuba. Ale to by było za proste. Postanowiłem więc tego nie robić. Kolejne pół dnia zżerała mnie ciekawość, co też ta płyta może zawierać. Z każdą minutą się potęgująca. Wreszcie w domu. Rozpakowanie płyty, dotknięcie, powąchanie. Płyty, podobnie jak książki, mają swój zapach i fakturę. Wreszcie krążek ląduje w odtwarzaczu. I ta radość, gdy z głośników płynie muzyka. Wspaniały, klasyczny, techniczny Death Metal. Z wyczuwalnymi elementami Thrashu. Taki jak się spodziewałem, patrząc na okładkę. A nawet dużo lepszy. Wspaniały, klimatem tkwiący w latach dziewięćdziesiątych, mimo iż zespół powstał w 2007 roku. Ale to nieważne. Liczy się to, że chłopaki naprawdę czują klimat a muzyka natychmiast wchodzi do głowy. Coś wspaniałego. Poczułem się jakbym znowu miał te jedenaście czy dwanaście lat i wszystko było nowe, świeże i ekscytujące.

IMG_6441

Zanim płyta się skończyła, w ruch poszedł jednak chiński kartofel z szerokopasmowym dostępem do światowych zasobów internetowych i zamówione zostały kolejne wydawnictwa tego zespołu.

Już normalnie, czyli przez Internet.

O tempora, o mores…

img20200721_10252796

Muzyka w garażu – Vixen

img20200202_07060119es

Lata osiemdziesiąte XX wieku to w szeroko rozumianej muzyce rockowej czas odkryć i poszukiwań. Z dzisiejszej perspektywy wydawać by się mogło, że łatwo było wówczas zostać pionierem. W którą stronę by się człowiek nie udał, to zawsze była jakaś nowa droga do okrycia. Oczywiście, w rzeczywistości wcale tak prosto nie było i nawet na najbardziej oczywiste dziś rzeczy ktoś musiał jednak kiedyś wpaść. A gdyby tak założyć żeński zespół rockowy? Taki Vixen na przykład?

Trzeba sobie otwarcie powiedzieć, że pomysł wcale nie był nowy. Nie był to jedyny całkowicie kobiecy skład obecny na ówczesnym rynku muzycznym ani nawet najostrzej grający.

Lisice były pierwszym żeńskim zespołem, który przebił się szturmem do ówczesnej pierwszej ligi zespołów rockowych świata, stając się na scenie pełnoprawnym graczem a nie tylko ładną i ciekawą przystawką, suportem dla „prawdziwych, męskich” kapel. A tak niestety los obszedł się z innymi, ciekawymi, damskimi formacjami.

Zespół powstał w roku 1973 (inne źródła mówią o roku 1974) z inicjatywy gitarzystki Jan Kuehnemund jeszcze podczas jej nauki w szkole średniej w St. Paul w Minnesocie. W 1980 roku przeprowadziła się do Los Angeles i to wówczas, w jednym z kalifornijskich klubów udaje jej się zwerbować do swojego projektu  wokalistkę, Janet Gardner. Tak powstał zalążek późniejszego „wielkiego Vixen” oraz jego główny duet kompozytorski. Jednak do klasycznego składu droga była jeszcze bardzo daleka. Ten rodził się w bólach i mękach i wykrystalizował się dopiero siedem lat później.

Ale do tego jeszcze dojdziemy. Na razie mamy rok 1984 i do sławy droga daleka. Na zasadzie „każdy orze jak może” ówczesne Lisice, których skład uzupełniony jest przez gitarzystkę Tamarę Ivanov, basistkę Pię Miacco oraz Laurię Hedlund na perkusji, zagrały na żywo w filmie „Hardbodies” zrealizowanym dla Playboy TV. Wbrew temu, co może sugerować nazwa wytwórni, produkcja owa ukazała się jako zwykły film fabularny o imprezkach na plaży. Rola Vixen ograniczyła się do zagrania w nim sześciu utworów jako filmowy zespół „Diaper Rash”.

Po wielu perypetiach wreszcie formuje się klasyczny skład Vixen. W jego skład wchodziły: Janet Gardner (wokal i gitara rytmiczna), Jan Kuehnemund (gitara główna), Share Pedersen (bas) i Roxy Petrucci (perkusja). Pojawił się on po raz pierwszy w wywiadzie z 1987, przeprowadzonym przez Penelope Spheeris na potrzeby jej filmu o artystach rockowych The Decline of Western Civilization II: The Metal Years. Gwoli ścisłości, w ostatecznym montażu Vixen całkowicie z tego filmu wycięto, zarówno z wywiadu jak i ścieżki dźwiękowej.

W roku 1988 zespół wysyła do EMI demo zawierające cztery utwory. Po krótkiej wizycie w firmie dziewczyny podpisują kontrakt i przystępują do pracy nad debiutancką  płytą. Lata 80-te XX wieku to w USA czasy glam –rocka, zwanego też glam – metalem. Twórczość Vixen również podążała w tym kierunku. Złośliwi twierdzili, że w glam – metalu nie jest ważne jak grasz – ważne jak wyglądasz.

W przypadku Vixen o to drugie można było być od razu spokojnym, bo dziewczyny wyglądały jak milion dolarów. Ale potrafiły również grać i komponować i dobrze czuły się w tym gatunku muzycznym.

Debiutancki album ukazał się jesienią 1988 roku i sprzedał w ponad milionowym nakładzie.

IMG_3815

Wykrojono z niego trzy single, które szturmem zdobyły listy przebojów, „Cryin” doszedł do 22 miejsca amerykańskich list przebojów. Teledyski nie schodziły z anteny MTV a ponieważ był to w Polsce okres przemian ustrojowych i wielkiej fascynacji zachodem, to i „ostre dziewczyny” – jak o nich mówiono, trafiły do naszego kraju. Nie dało się nie zwrócić uwagi na motocyklowe akcenty w ich twórczości. Okładka płyty mówi sama za siebie.

Dla Vixen rozpoczął się wspaniały ale i pracowity okres. Koncerty u boku Ozzyego, Scorpions, Bon Jovi, Skid Row i Europe oraz własne trasy. Kurde, nieźle jak na debiut 😉

W roku 1990 ukazuje się „Rev It Up”, druga pełna płyta zespołu. Niemal wszystkie utwory na krążku stworzył duet Gardner/ Kuehnemund. Album zasadniczo powtarza sukces debiutu, ugruntowując pozycję Vixen jako największego żeńskiego zespołu rockowego wszechczasów. Kolejne trzy single atakują listy przebojów, chociaż już z nieco mniejszą skutecznością. W MTV pojawiają się kolejne klipy oraz koncert akustyczny Vixen. Trasy koncertowe u boku Kiss i Deep Purple…  Czy można osiągnąć więcej po zaledwie drugim albumie?

IMG_3809

W tak pięknych okolicznościach przyrody, w kwietniu 1991 roku, po koncertach u boku Deep Purple, zespół ogłasza koniec działalności z powodu różnic wizji artystycznych. Niewiarygodny koniec na szczycie sławy.

Grupa „reaktywuje się” w roku 1997, chociaż w zasadzie trudno to co się wydarzyło nazwać  reaktywacją. W nowym cieleniu Vixen ze starego składu pojawiają się tylko Gardner i Petrucci. Nie ma w nim „szefowej”  Jan Kuehnemund i ten brak będzie kluczowy. Mimo tego, niedługo potem ukazuje się trzeci album sygnowany logiem Vixen, „Tangerine”. Krążek ten przeszedł w zasadzie bez echa. Zespół odszedł od swoich glam – rockowych korzeni na rzecz modnego wówczas grunge, co zapewne również przyczyniło się do jego chłodnego przyjęcia przez starych fanów grupy. Jakby tego było mało, doszło do konfliktu z Jan Kuehnemund na tle praw do nazwy i dawnego dorobku artystycznego grupy. Wkrótce po tym zespół ponownie rozwiązano.

Z kolejnych planów „wielkiego powrotu” nic nie wychodziło. Gdy dziewczyny już raz się spotkały, to zaraz znów się pokłóciły. Mimo to, nagrały jeszcze nowy album studyjny „Live & Learn”, który można nazwać „powrotem do korzeni”, chociaż sukcesu dwóch pierwszych płyt nie miał szans już powtórzyć.

W 2012 roku w końcu klasyczny skład spotkał się znowu na planie jednego z programów telewizyjnych. Wyglądało na to, że dawne animozje zostały zapominane, na 2013 rok zaplanowano wielki powrót… Nawet wytwórnia płytowa EMI odzyskała nadzieję i z tej okazji wypuściła reedycję dwóch pierwszych albumów Vixen.

Jest takie rosyjskie przysłowie: „jeśli chcesz rozsierdzić los, powiedz głośno o swoich planach”. Na początku 2013 roku u Jan Kuehnemund zdiagnozowano chorobę nowotworową, z którą nie udało jej się wygrać. Pozostałe dawne członkinie Vixen i tak się jednak spotkały. Oczywiście, jak za dawnych czasów, nic jednak z tego spotkania nie wyszło. Każda z dawnych członkiń zespołu podążyła swoją drogą.

img20200202_07060119s

Po Vixen pozostała legenda największego żeńskiego rockowego zespołu wszechczasów, dwa świetne albumy będące klasyką gatunku, sześć teledysków oraz wspomnienia szkolnych dyskotek, na których puszczenie z pirackiej kasety rockowej ballady „Crying” (zamiast królującego na takich imprezach dicho) nie narażało nas na wywalenie z sali wraz z taśmą po trzech sekundach trwania utworu.

Anatomia muzyki – W.A.S.P.

Muzyka

Dziś będzie o zespole trochę zapomnianym, chociaż istniejącym do dziś. Tak, wiem. Michał zaraz mi odpisze:

„ – A wcale że nie!” – bo Michał pamięta.

No dobrze. Faktem jest jednak, że największe swoje sukcesy muzycy odnosili w latach 80 –tych XX wieku. Tak czy siak, zespół ten konsekwentnie „olewałem” przez dłuższy czas, szukając mocniejszych wrażeń. Na swoje usprawiedliwienie mogę tylko powiedzieć, że lata 90-te XX wieku to „złota epoka” ciężkich brzmień. Swoje wielkie chwile przeżywał wówczas thrash i death i mało kto z mojego otoczenia zwracał uwagę na to, co dzieje się w świecie hard n’ heavy. OK, Michał zwracał uwagę i siedział w tym klimacie, jednak wówczas nawet On nie posiadał w swej dużej jak na owe czasy kolekcji płyt, żadnych (albo prawie żadnych) albumów W.A.S.P. Albo ja ich nie widziałem. Źle patrzyłem?

W każdym razie zespół scenicznie dość typowy dla horror – rocka z lat 80 – tych. Czyli półnagie modelki, ćwiartowanie świni na scenie… Znana zasada – bądź szokujący, tak aby pokochała cię dziatwa i znienawidzili rodzice. W pewnym momencie wszystko poszło nawet za dobrze, bo sprawa utknęła w kongresie. Chodziło o jawnie seksualne treści w utworze z pierwszego singla. Kongres oczywiście nie miał pojęcia co z tym zrobić. Wiedziały za to żony kongresmenów, zakładając słynną PMRC, organizację która za cel postawiła sobie ostrzeganie przed „szkodliwymi tekstami” w muzyce. Oczywiście wskórały tyle, że załatwiły zespołowi świetną reklamę.

Poza tym wszystko, co w starym metalu najlepsze, czyli żywiołowość i szczerość plus bardzo charakterystyczne, dobre wokale. Żadnych dłużyzn czy wypełniaczy. Ogólnie rzecz warta polecenia, bo to jeden z tych zespołów, których utwory chodzą za tobą nawet po jednokrotnym przesłuchaniu. Stara dobra szkoła metalu.

Jest jeszcze jedna, ciekawa rzecz. Otóż tak naprawdę nikt do końca nie wie, co tak naprawdę znaczy skrót W.A.S.P. Możliwości rozwinięcia tego skrótu jest dużo, a sami członkowie zespołu jakoś sprawy nie ułatwiają… W każdym bądź razie rozrzut jest spory, bo od Białych Anglosaskich Protestantów poprzez  Jesteśmy ludźmi szatana aż po Jesteśmy seksualnymi dewiantami.

W każdym razie ten skądinąd dobry zespół był mi przez długi czas zupełnie nieznany. I pewnie żyłbym sobie do dziś w błogiej nieświadomości, gdyby nie pewna strona internetowa. To były jeszcze te czasy, gdy do Internetu trzeba się było dodzwonić. Strona była zasadniczo motocyklowa. Zasadniczo. To znaczy motocykle, podróże, opowiadania, gołe baby, ogłoszenia, ankiety (zwykle z możliwością zakreślenia jednej, właściwej odpowiedzi). Oraz, oczywiście, muzyka. Czyli właśnie W.A.S.P. oraz jego polski klon, Szerszeń. Jak można było wyczytać na owej stronie, największym problemem zespołu Szerszeń było to, że był to zespół jednoosobowy, przez co nie mógł się rozpaść (cytat z pamięci, ponieważ strona nie istnieje). Idea i wykonanie były genialne. Ktoś może powiedzieć: „a co tu odkrywczego?”. Zasadniczo nic, jednak tylko dlatego, że ktoś to już właśnie wcześniej wymyślił.

Strona miała podtytuł Wolny Nieregularnik Motocyklowy. Co starsi motocykliści już zapewne wiedzą, o jaką stronę mi chodzi. Tak, o „Wolny Wydech” właśnie. Szkoda że już nie istnieje a link do jej wersji archiwalnej „nie bangla”. To naprawdę niepowetowana strata dla ludzkości. Takie rzeczy powinny być zachowane dla potomności jako dziedzictwo narodowe.

Tak więc o czym ja to mówiłem? A, już wiem. O W.A.S.P. A więc to właśnie dzięki tej konkretnej stronie zainteresowałem się, w zasadzie na nowo, zespołem i jego muzyka. I tak mi już zostało a jego dyskografia na półkach powoli ale jednak systematycznie się powiększa. Także dziś, gdy będąc w sklepie muzycznym zakupiłem właśnie kolejne pozycje zespołu W.A.S.P.

Miałem przez chwilę ochotę zrobić rzecz w stylu „Wolnego Wydechu” i zamiast zdjęcia płyt wkleić gołą babę; jednak tego nie zrobię. Pewne rzeczy zostawmy jednak zarezerwowane dla „Wolnego Wydechu”. Może jednak gdzieś się znowu pojawi jego archiwum.

Tak więc wklejam tradycyjne zdjęcie poglądowe.

DSC_4689

P.S. Karwik, jeśli to kiedykolwiek być może przeczytasz to wiedz, że przez Ciebie wydałem dziś znowu 27 Ojro. To Twoja wina 😉 😀

Anatomia muzyki – Obituary

Muzyka

W końcu wpadły na normalnym, współczesnym nośniku jedne z najważniejszych dla mnie płyt. Wiem, sprawa niby oczywista, jednak z takimi rzeczami właśnie czasem jest najwięcej zachodu.

DSC_3550

Przełom lat 80-90 to dla mojego pokolenia czas odkryć muzycznych. Po części dlatego, że właśnie wówczas pojawili się ciekawi wykonawcy i wydawnictwa. Jednak najważniejszą przyczyną był fakt, że zmienił się ustrój i muzyka zagraniczna przestała być dobrem przemycanym. Wręcz przeciwnie, rozpoczęła się epoka radosnego piractwa kasetowego. Dziki kapitalizm.

DSC_3548

I tak właśnie wpadł w moje ręce pierwszy i drugi album Obituary. Słynne MG Records. Ciężar i ekstremalność muzyki przesunięte poza wszelkie dotychczas znane ludzkości granice. Wskazówka poza czerwonym polem. Wówczas byliśmy głodni tego typu doznań.

Tak się złożyło, że w moim liceum do którego wówczas uczęszczałem, w ramach ZPT uczniowie odświeżali klasy. Malowanie ścian i takie tam. Oczywiście dziś to nie do pomyślenia, jednak wówczas nikomu to nie przeszkadzało. Najmniej zresztą chyba samym uczniom. Inna sprawa, że matki i ojcowie, którzy kiedyś, w czasach swojej młodości sami brali udział w takich przedsięwzięciach, dziś pierwsi podnieśliby raban, że to niedopuszczalne żeby dzieci malowały klasy w szkole. Pokolenie, z którym nikt specjalnie się nie pieścił samo z siebie zrobiło się nagle nadopiekuńcze. Ale to temat na inną opowieść.

Później do tego samego liceum uczęszczał mój młodszy brat. Historia potoczyła się tak śmiesznie, że był on ostatnim rocznikiem który miał jeszcze zajęcia w starym budynku. Pod koniec roku szkolnego uczniowie pomagali w przeprowadzce do nowej szkoły, zdejmowali tablice, pakowali książki i pomoce naukowe. Po którymś dniu tej przeprowadzki dzwoni do mnie podekscytowany:

„- Ty, nie zgadniesz! Wiesz co znaleźliśmy na ścianie pod tablicą w sali językowej?”
„- Wiem” – odpowiadam spokojnie.
„- No co???” – nie dowierza.
„- Duże graffiti OBITUARY”
„- Kurde! Wiedziałem że to ty! A mogłem się założyć!”

Anatomia muzyki – AC/DC

Muzyka

Jeśli jesteś fanem ostrzejszego rocka, więcej niż pewne jest, że na Twojej półce z płytami stoi lub stał album tej grupy. Zapewne nawet więcej niż jeden. W pewnym okresie po prostu nie mogło być inaczej. Nie dało się i już. To było naturalne.

Była druga połowa lat 80-tych XX wieku. Kumpel z mojej ówczesnej podstawówki mówi mi, żebym wpadł do niego po lekcjach i koniecznie zabrał ze sobą czystą kasetę magnetofonową. Dostał właśnie paczkę od ojca a w niej kilka płyt kompaktowych. Kompaktowych!!! Jedna powinna mi się spodobać. Tak, kumpel miał ojca na „zgniłym Zachodzie”, jak mówiła ówczesna propaganda i w związku z tym posiadał w domu rzeczy, o których zwykły polski śmiertelnik nawet wówczas nie marzył, bo nawet nie miał pojęcia o ich istnieniu.

Wpadłem do domu, złapałem pierwszą lepszą czystą taśmę marki „Stilon Gorzów” w stylowym kolorze różowym, z dumnym dopiskiem „niskoszumowa” i poleciałem do kumpla. Zobaczyłem niewielki stosik płyt. Wśród nich była TA. Od razu wiedziałem że to ona, mimo iż nazwa zespołu i tytuł płyty „Back In Black” wówczas nic mi nie mówiły. Ale czarna okładka i krój czcionki w nazwie zespołu mówił wszystko. Kumpel włożył płytę do odtwarzacza, popatrzył chwilkę z politowaniem na moją kasetę, która wyglądała żenująco przy jego zbiorach taśm SONY i TDK, co nawet ja w owej chwili zauważyłem, po czym odpalił sprzęt. Zestaw o którym można by było napisać również osobne opowiadanie.

DSC_3157

Cisza. Żadnego szumu, żadnych trzasków. Coś niesamowitego. Po czym nagle nastąpiło uderzenie dzwonu od którego zatrzęsła się podłoga i ściany. Jedno, drugie, trzecie. Potem gitara i perkusja, wszystko czyste jak kryształ. Było to również moje pierwsze spotkanie z cyfrowym zapisem muzyki. Słuchałem jak zaczarowany.

W domu z lękiem odpaliłem kasetę na swoim „sprzęcie”. Był to magnetofon marki „Unitra” ale z wielkim napisem „Grundig”.  Bo były to takie ciekawe czasy, że mimo iż w Polsce produkowało się niemal wszystko, to ciężko było kupić cokolwiek. Przy każdym zakładzie pracy istniały „Ośrodki Badawczo – Rozwojowo – Racjonalizatorsko – Inżynierskie”, ale gdy jednak trzeba było coś wyprodukować i jeszcze fajnie by było, żeby to coś w ogóle działało, kupowało się licencję. Taka dziwaczna logika. Tak więc magnetofon „nasz, polski”, tylko na licencji Grundiga. Kaseta również „nasza”, chociaż podobno była to również jakaś stara licencja od firmy AGFA. Magnetofon był zmyślnie podpięty do wzmacniacza Unitra z gramofonem (jak mówią wtajemniczeni – licencja Telefunken), dzięki czemu „sprzęt” miał dodatkowych kilka watów mocy, rachityczne kolumienki Tonsila (licencja Pioneer) i „wrażenie stereo” pełną gębą. Żeby zaś tego połączenia dokonać, nauczyłem się sam sztuki lutowania ciężką i nieporęczną dziadkowa lutownicą. Urządzenie to zresztą Dziadek wykonał całkowicie własnoręcznie. Styl kubański wersja PRL. Na pocieszenie – wówczas robili tak niemal wszyscy. Każdy kombinował jak potrafił.

Kaseta na moim sprzęcie nie brzmiała oczywiście tak dobrze jak płyta kumpla. Prawdę mówiąc brzmiała tragicznie. Wówczas zrozumiałem, jak wiele zależy od nośnika i sprzętu i jak wiele z muzyki można przez niego stracić. Kasety słuchałem jednak dokąd tylko się dało. Czyli niespecjalnie długo. Po pewnym czasie poległa, wcięta przez mechanizm odtwarzacza. Unitra na licencji Grundiga, jakby ktoś pytał 😉

Na kilka lat zapomniałem o AC/DC. Aż do roku 1990. Wtedy to właśnie inny kolega pożyczył mi płytę analogową z albumem „The Razor’s Edge”. Tu zapewne dzisiejszy wyznawcy płyt gramofonowych spojrzą po sobie z niedowierzaniem. „Jak to, pożyczył analoga?” Tak, pożyczył. Żeby było zabawniej, nie proszony, sam z siebie. Miał to się podzielił. Muzyka nie była tak dostępna jak dziś, więc pożyczaliśmy sobie płyty i kasety. Ludzie byli wobec siebie życzliwsi. Z drugiej strony, w dzisiejszych czasach gdy wszystko (a nawet więcej) jest już w Internecie, pożyczanie sobie płyt straciło już jakikolwiek sens.

DSC_3151

Ten album to oczywiście kopalnia niezapomnianych hitów. Przesłuchałem go kilka razy pod rząd na swoim „drapaku”, po części dlatego że to naprawdę wspaniała płyta. Drugi powód był prozaiczny. Kumple, gdy dowiedzieli się, w jakiego to „skarbu” posiadanie wszedłem, dali mi kilka kaset na przegranie. Jeden odsłuch – jedna kopia dla kumpla. Dziś to w zasadzie piractwo ale wówczas nikt o tym nie myślał a polskie prawo było pod tym względem bardzo dziurawe. Sytuacja zmieniła się dopiero w lutym 1994 roku.

Tak się jakoś dziwnie złożyło, że los zetknął mnie z dwoma, chyba bez przesady można powiedzieć, najważniejszymi albumami zespołu, kamieniami milowymi, którymi muzycy udowadniali że dobry stary rock nie rdzewieje i ze wciąż są w pierwszej światowej lidze. Oczywiście nie licząc „Highway To Hell”, która jest klasą samą w sobie.

DSC_3156

Potem pochłonęły mnie cięższe klimaty i dźwięki, trochę w myśl naiwnej nieco zasady że „mocniej znaczy lepiej” i stary, dobry AC/DC poszedł nieco w odstawkę. Jednak nigdy do końca. Stare kasety się zużyły, zakupiłem inne, które dla odmiany potem zaginęły bez wieści… Po latach wreszcie zdobyłem się na zakup interesujących mnie wydawnictw na CD. Na koniec zaś, niczym wisienka na torcie, sentymentalnie pojawił się „The Razor’s Edge” na płycie gramofonowej. Dokładnie tak, jak 28 lat temu, gdy zetknąłem się z nim po raz pierwszy.

DSC_3116

To wydanie oczywiście jest dużo lepsze niż te sprzed ponad ćwierćwiecza. 120 gramowy winyl, do tego gruba wkładka. Płyta nawet nie trzeszczy – technika poszła nawet tu naprzód, doskonaląc także ten archaiczny nośnik.

Z ostatnich nabytków warto by wymienić album „Black Ice”. Nie ma tu może hitów na miarę „Hell’s Bells”, „You Shook Me All Night Long” czy „Thunderstruck”, jednak płyta jest bardzo równa, zagrana z ogniem od początku do ostatniej nuty… I to już w zasadzie prawie koniec tej opowieści.

DSC_3158

Czy jestem fanem AC/DC? Trudne pytanie. Z jednej strony moja dyskografia grupy mimo wszystko ma więcej dziur niż ciągłości. Z drugiej strony…

DSC_3150