Linia Maginota

Fort Hackenberg – nieplanowana część druga

img20200425_20191896

Po pierwszym okresie fascynacji człowiek zaczyna mieć dość tematów wojennych. Co za dużo, to niezdrowo. Czasem jednak nie sposób od nich uciec. Tak jak tym razem. Mianowicie pojawił się w domu Gość. Człowiek ten postanowił zostać zawodowym żołnierzem, co jest dla mnie zupełnie niezrozumiałe. Ja jestem jednak innym pokoleniem; w moich czasach kombinowało się, jak tego wojska uniknąć. Ale to były inne czasy i inne wojsko.

Gość zapragnął zobaczyć słynną Linię Maginota. Taka ciekawość zawodowa. Wobec tego nie pozostało nic innego jak owe życzenie spełnić. Fortów, które na Linii Maginota można zwiedzać jest sporo, jednak bez wątpienia wizytówką był i pozostanie Hackenberg.

Zapakowaliśmy się do adekwatnego pojazdu i z samego rana wyruszyliśmy w kierunku Francji. Pochmurno ale najważniejsze że nie pada. Zresztą, w przypadku zwiedzania fortów warunki pogodowe nie są aż tak istotne.

DSC_8625

Amerykański niszczyciel czołgów M10 Gun Motor Carriage, zwany nieoficjalnie Wolverine czyli „Rosomakiem”, pilnujący drogi dojazdowej do Fortu, doczekał się w końcu nowej farby.

DSC_8628

Kilkanaście minut później zatrzymujemy się na dziedzińcu Bloku Amunicyjnego. To tędy, przy pomocy kolejki wąskotorowej dostarczano do fortu amunicję i zaopatrzenie.

DSC_8630

Wewnątrz fortu znajduje się specjalna bocznica, umożliwiająca zamianę lokomotyw. Na zewnątrz fortu używano lokomotyw spalinowych, natomiast we wnętrzu fortu, z wiadomych względów, używano wyłącznie trakcji elektrycznej.

DSC_8681

Fort Hackenberg ma od zawsze rangę „reprezentacyjnej” budowli na Linii Maginota. Jest on bowiem jednym z najstarszych i największych obiektów na całej linii, który miał być wzorem dla pozostałych umocnień. Tyle tylko, że wówczas nikt nie miał pełnej świadomości, ile pieniędzy trzeba będzie utopić w tym projekcie. Obiekt jest ogromny – a miał być jeszcze większy, w planach była bowiem kolejna faza jego rozbudowy.

DSC_8686

Budowę Fortu Hackenberg rozpoczęto w 1929 roku – czyli jeszcze przed dojściem do władzy w Niemczech austriackiego kaprala z wąsikiem. Rzecz, która daje dużo do myślenia. Wynika bowiem z tego, że doskonale zdawano sobie sprawę z tego, jak kruchy pokój wynegocjowano w 1919 roku.

DSC_8690

W całym projekcie utopiono zawrotną sumę 172 milionów ówczesnych franków.

DSC_8700

Fort ma kształt litery „Y”. Głowna galeria o długości niemal dwóch kilometrów rozdziela się na dwie odnogi. Pierwsza, o długości pół kilometra, prowadzi do głównych bloków bojowych. Druga, długa na kilometr, umożliwia komunikację z blokami bojowymi wschodniego skrzydła. Długość wszystkich korytarzy i chodników wynosi około 10 kilometrów, wydrążonych wewnątrz góry Hackenberg na głębokości 25-30 metrów. Dla usprawnienia komunikacji całość obsługiwana jest przez elektryczną kolejkę wąskotorową o rozstawie szyn równym 60 cm.

DSC_8707

DSC_8907

DSC_8950

Chodniki i korytarze łączą ze sobą bloki bojowe. Jest ich w sumie 17, uzbrojonych w osiemnaście dział. Budowę pierwszego etapu zakończono w 1933 roku. Do rozbudowy w ramach drugiego nigdy nie doszło.

DSC_8727

Załoga fortu oficjalnie wynosiła 42 oficerów i 1040 żołnierzy. Jednak w rzeczywistości była nieco mniejsza.

DSC_8737

W grudniu 1939 roku Fort Hackenberg wizytował brytyjski król Jerzy IV.

DSC_8740

W 1940 roku wojska Niemieckie nie zdecydowały się na bezpośredni atak na Fort Hackenberg. Zamiast tego obeszli całą linię od zachodu przy okazji rozjeżdżając stojące im na drodze państwa. Z takim obrotem sprawy nikt we Francji się nie liczył, czyli nie wyciągnięto żadnych wniosków z krwawych walk podczas Pierwszej Wojny Światowej.

DSC_8741

Fort mimo kapitulacji Francji wcale nie miał ochoty się poddać i jeszcze przez niemal dwa tygodnie nadal pozostawał poza niemiecką kontrolą.

DSC_8749

W czasie wojny Niemcy wymontowali z Linii Maginota dużą część uzbrojenia fortecznego, które użyli do budowy umocnienień Wału Atlantyckiego. W podziemiach zaś urządzono fabrykę kół zębatych i skrzyń biegów, zabezpieczoną w ten sposób przed ewentualnym alianckim bombardowaniem.

DSC_8751

Fort Hackenberg, mimo częściowego ogołocenia z uzbrojenia, narobił jednak kłopotu Amerykanom, zwłaszcza Blok numer osiem.

DSC_8753

Po Drugiej Wojnie Światowej nastał w końcu czas pokoju. Niezbyt jednak pewnego. Fort Hackenberg nie został wcale zdemobilizowany. Wręcz przeciwnie. Pojawiły się plany jego modernizacji i unowocześnienia.

DSC_8761

DSC_8766

DSC_8768

DSC_8769

DSC_8771

Obawiano się bowiem kolejnego ataku ze wschodu, tym razem ze strony wojsk Układu Warszawskiego. Do 1956 roku Fort Hackenberg wyznaczony był jako punkt obrony przed ewentualnym atakiem sowieckim. Później jego znaczenie zmalało. Francja rozwinęła swój własny program nuklearny i uznano, że atomowy straszak na komunistów będzie dużo lepszy i skuteczniejszy niż stare fortyfikacje. Fundusze przeznaczone na modernizację i utrzymanie umocnień zostały w związku z tym przesunięte na program nuklearny. Mimo tego wojsko stacjonowało w Forcie do 1968 roku. Fort opustoszał dopiero w 1970 roku. Nadal pozostał jednak w rezerwie, na wszelki wypadek.

DSC_8774

DSC_8792

DSC_8797

DSC_8804

DSC_8814

DSC_8815

DSC_8820

DSC_8821

DSC_8823

W 1975 roku okoliczni mieszkańcy zaczęli organizować wycieczki po obiekcie. Zawiązało się stowarzyszenie „Amifort”, które za cel postawiło sobie ochronę Fortu Hackenberg.

DSC_8834

DSC_8838

DSC_8839

DSC_8844

Przywrócono do działania jeden z bloków w zachodnim skrzydle. Funkcjonuje winda, obrotowa wieżyczka z kopułą pancerną wraz z podnośnikiem. Jeden z czterech generatorów jest całkowicie sprawny i przy odrobinie szczęścia można podziwiać jego pracę podczas zwiedzania.

DSC_8846

DSC_8852

DSC_8855

Sprawna jest kolejka elektryczna a przejażdżka nią jest gwoździem programu zwiedzania.

DSC_8866

Podczas wycieczki wejdziemy także do zniszczonego w czasie walk Bloku 8. Skrzydła wschodniego nie można niestety zwiedzać, ponieważ gipsowa skała z której zbudowana jest góra Hackenberg osiada i tunele są z tego powodu mocno uszkodzone.

DSC_8877

DSC_8885

DSC_8898

DSC_8946

DSC_8966

Zasadniczo to koniec zwiedzania. Tym razem jednak tak nie będzie, bowiem postanawiamy wjechać zaprzęgiem na górę Hackenberg, gdzie znajduje się punkt kierowania ogniem. Obsługiwał on nie tylko Fort Hackenberg ale również sąsiednie forty.

DSC_8637

Swego czasu wjazd na górę był wyczynem. Wiodła tam bowiem wąska, bardzo zniszczona dróżka wśród lasów, pełna ogromnych dziur i wyrw. Po obu jej stronach znajdowały się zasieki oraz tabliczki informujące o tym, że jesteśmy na terenie wojskowym. Zawsze zastanawiało mnie, czy wyzbierano stąd już wszystkie miny, którymi swego czasu góra Hackenberg była nadziewana niczym ciasto rodzynkami.

Dziś jest dużo łatwiej, bowiem droga została wyrównana i poszerzona. Żwirowa nawierzchnia nie jest może wymarzona do jazdy pod stromą górę na szosowych oponach, ale nie ma co narzekać. W porównaniu z tym, co można było tu zobaczyć jeszcze kilka lat temu można powiedzieć, że jest bajkowo. Co prawda klika razy trzeba było balansować ciałem, żeby nie przeważyło zaprzęgu na stromiźnie, jednak to nic groźnego.

A na górze, zupełnie nieoczekiwanie, mamy stary cmentarz z całkiem współczesną kaplicą. Nekropolia ta robi dość upiorne wrażenie.

DSC_8643

DSC_8662

DSC_8665

Tak w ogóle, co za pomysł aby na szczycie góry urządzać cmentarz.

Wokół cmentarza zaś wystają z ziemi stalowe kopuły schronów obserwacyjnych. Nie powiem, żebym tak sobie wyobrażał punkt kierowania ogniem.

DSC_8658

Kiedyś byłem pod wrażeniem tego cudu inżynierii. Dziś patrzę jednak na niego zupełnie inaczej. Ludzkość jednak trudno zrozumieć. Zaledwie kilka lat minęło od ostatniego, najkrwawszego konfliktu w dziejach a już Europa szykowała się do nowej wojny.

img20210511_15352627

Politycy którzy tworzyli nowy, powojenny świat najwyraźniej wiedzieli, że budują go na bombie zegarowej. Z poprzedniego konfliktu, który pochłonął miliony istnień, niczego nie zrozumiano i nie wyciągnięto żadnych wniosków na przyszłość.

Fort Michelsberg – Linia Maginota

DSC_8108

Po pierwszej wizycie na Linii Maginota w forcie Hackenberg, powziąłem mocne postanowienie odwiedzenia możliwie największej liczby umocnień, jaka tylko jest możliwa. Niestety, jak to z planami bywa można by dużo pisać… Następna okazja trafiła się dopiero trzy lata później.

Wiosna nie rozpieszczała temperaturami. Najważniejsze jednak było to, że nie padało. Wycieczka tym razem bowiem nastawiona była na poszukiwania innego fortu i aby do niego dotrzeć, przewidziano „odcinki specjalne”. Czyli szutry. Niby nic specjalnego, ale biorąc pod uwagę warunki terenowe…

Do pewnego momentu droga jest mi znana z wcześniejszych wyjazdów. Tym razem jednak w Bouzonville zamiast na północ odbijam na południowy wschód. Szosa jest w wyjątkowo dobrym stanie a ruch na niej niemal zerowy. Taka podróż wśród pól i łąk to czysta przyjemność.

DSC_8115

Jednak przyjemności dość szybko się kończą i teren zaczyna się „urozmaicać”. Nie znaczy to w żadnym razie że do tej pory teren był płaski. Nic z tych rzeczy. Teraz jednak górki zaczynają być coraz wyższe i coraz bardziej strome. Oznacza to coraz częstsze i większe redukcje przełożeń w skrzyni biegów.

Wśród lasów, niedaleko miejscowości Dalcheim znajduje się Fort Michelsberg, jeden z wielu fortów francuskiej Linii Maginota. Nie tak duży i sławny, jak opisywany wcześniej Fort Hackenberg, jednak bardzo klimatyczny.

DSC_8103  DSC_8108

Niewielkie bunkry ukryte wśród drzew zdradzają, że zbliżam się do większej grupy warownej.

DSC_8155

Po przedostaniu się przez leśne szutry i wyboje wita mnie… zamknięty szlaban. Czyżby fort był niedostępny do zwiedzania? Okazuje się, że po prostu przyjechałem kilka godzin za wcześnie. Obsługa pojawia się w niedziele i święta i zwiedzanie możliwe jest tylko przez kilka godzin. Jest to w sumie zrozumiałe. Fort znajduje się nieco na z boku od utartych szlaków turystycznych, co ma swoje zalety w postaci braku tłumu turystów.

DSC_8098  DSC_8112

Las porastający wzgórze Michelsberg. Wyrósł on już po wojnie. W 1940 roku nie było tu żadnych drzew.

Niektórzy mogą narzekać na dość spartańskie warunki, jednak mi nie przeszkadza nadgryziony nieco zębem czasu fort i brak restauracji – chociaż obsługa warowni oferuje gorąca kawę, którą można wypić w hangarze lub na dziedzińcu. Po dwóch godzinach w chłodnych i wilgotnych korytarzach gorący napój jest zbawieniem.

Zważywszy na to, że fort składa się z kilometrów tuneli tworzących pod ziemią istny labirynt, zwiedzanie możliwe jest wyłącznie w towarzystwie przewodnika. W moim przypadku wyszło cudownie, bowiem w pierwszej turze byłem jedynym zwiedzającym, dzięki czemu zajrzałem nawet tam, gdzie normalnie się nie wchodzi, bo z grupą jest to niemożliwe.

Wejście do fortu prowadzi przez niewielkie blok amunicyjny. To właśnie tedy dostarczano do fortu amunicję. Do środka mogły wjechać na raz dwa samochody ciężarowe. Dalszy transport wewnątrz fortu odbywał się przy pomocy kolejki wąskotorowej.

DSC_8002

Wewnątrz fortu panuje chłód i wilgoć – to skrapla się para wodna z wpadającego z zewnątrz powietrza.

Zanim zagłębimy się we wnętrzu fortu, wąskim przejściem docieramy do przedziału bojowego. Stąd broniono wstępu do fortu. Obrońcy mieli do dyspozycji podwójny karabin maszynowy oraz, nieco z boku, lżejszy RKM. Dlaczego podwójny? Karabin ten to MAC 31. Jego cechą charakterystyczną jest wyjątkowa szybkostrzelność, wynosząca aż 750 strzałów na minutę! Do tego miał również bardzo wysoką (na ówczesne czasy) prędkość wylotową pocisków. Skutkiem ubocznym było szybkie przegrzewanie się lufy. Dlatego w warunkach bojowych prowadzono ogień naprzemiennie, raz z lewego, raz z prawego karabinu, pozwalając w ten sposób lufom ostygnąć.

DSC_8003

Operator podwójnego karabinu maszynowego był chroniony przez pancerz całkowicie i celował przez specjalny celownik. Strzelec obsługujący RKM był chroniony niemal całkowicie – jedynym otworem w płycie pancernej był ten, który umożliwiał celowanie. Cały układ pomyślany był w ten sposób, że nacierający, chcąc dostać się do bramy wejściowej, musieliby znaleźć się w krzyżowym ogniu. W razie gdyby nacierającym udało się podejść pod sam fort i tym samym byliby niewidoczni dla strzelców, przewidziano inną „atrakcję” – specjalne „wyrzutnie” granatów ręcznych, eksplodujących przy samej ścianie bunkra.

DSC_8005

Budowę fortu rozpoczęto w 1930 roku a oddano go do użytku siedem lat później. Podczas projektowania i budowy zakładano, że wojska niemieckie, na mocy porozumień międzynarodowych, pozbawione będą wsparcia czołgów. Kiedy w późniejszych latach 30-tych okazało się, że Niemcy mają te postanowienia w głębokim poważaniu, powstał problem – jak dozbroić w artylerię przeciwpancerną istniejące już forty? Poradzono sobie w sposób pomysłowy i całkiem prosty. Nad gniazdem podwójnego karabinu maszynowego wmurowano pod sufitem specjalne szyny, na których można było zamocować działko przeciwpancerne. Sam karabin zaś umocowano na specjalnej, otwieranej płycie pancernej. Rozwiązanie miało tą zaletę, że nie trzeba było przebudowywać całego przedziału bojowego. Miało jednakże bardzo poważne wady –  wymiana uzbrojenia musiała się odbywać przy otwartej strzelnicy – tym samym przez pewien czas obsługa nie była chroniona przed bliskimi eksplozjami i celnym ogniem karabinowym. Poza tym, podczas używania działka nie można było korzystać z karabinu i na odwrót. Taka doraźna prowizorka, która jak wiemy, jest rozwiązaniem najtrwalszym.

Takich prowizorek jest zresztą w forcie więcej. Jego budowa rozpoczęła się stosunkowo wcześnie i już w jej trakcie usuwano niektóre błędy konstrukcyjne. Jedną z nich są kabiny prysznicowe pozwalające odkazić się podczas ataku gazowego. Sam fort był gazoszczelny i wyposażony w zestawy filtrów; w razie alarmu specjalne kompresory podnosiły ciśnienie powietrza wewnątrz, dzięki czemu gazy bojowe nie mogły dostać się do pomieszczeń. Dodatkowo nadciśnienie powodowało, że gazy prochowe samoczynnie  uciekały na zewnątrz. Jednak żołnierze, którzy przed alarmem pełnili służbę na zewnątrz fortu, zamykali bramę itp. byli narażeni na kontakt z chemicznymi środkami bojowymi i takich należało odkazić. Zaplanowano więc specjalne kabiny, które pierwotnie umieszczono wewnątrz fortu. Dopiero po czasie, już w trakcie zaawansowanych prac budowlanych ktoś zorientował się, że to rozwiązanie idiotyczne. Przecież skażony żołnierz musiałby przebiec przez pół fortu aby się zdezynfekować! Wobec tego dostawiono kabiny przy wejściu, w przejściu do pierwszego pomieszczenia bojowego, dodatkowo je zwężając.

DSC_8007

Na pierwszym planie filtr powietrza przedziału bojowego i kabiny do odkażania.

DSC_8010

Wejścia do głównego korytarza bronią pancerne drzwi z niewielkimi otworami, przez które można prowadzić ogień z broni maszynowej. Oprócz tego wprawne oko zauważy, że betonowa podłoga korytarza zamieniła się w blaszany pomost, który w razie wdarcie się nieprzyjaciela do wnętrza bunkrów po prostu wysadzano – pomiędzy pancernymi drzwiami a resztą tunelu pozostawała kilkumetrowa przepaść. Rozwiązanie mające swój rodowód w głębokim średniowieczu, ale skuteczne także w XX wieku.

Jedno z pierwszych pomieszczeń odchodzące z głównego tunelu to przedział filtrów. Na wypadek ataku gazowego trzeba było zapewnić wystarczającą ilość czystego powietrza dla kilkusetosobowej załogi.

DSC_8009

Urządzenia niestety, są niekompletne. Część filtrów wymontowały wojska niemieckie w późniejszym etapie wojny i przetransportowały na umocnienia budowanego wówczas Wału Atlantyckiego, słusznie obawiając się, że to tam odbędzie się pierwsze uderzenie wojsk alianckich.

Dochodzimy do zakrętu. Tu na ewentualnych atakujących czekała kolejna „niespodzianka” – gniazdo z karabinem maszynowym, który w pustej przestrzeni korytarza miał doskonałe pole ostrzału a atakujący – żadnej osłony. W tym miejscu płaski strop korytarza urywa się nagle; pojawia się łukowate sklepienie. W związku z nalotami alianckimi na Rzeszę, Niemcy musieli przenosić zakłady zbrojeniowe w miejsca, które byłyby przed nimi zabezpieczone. Cóż może chronić lepiej przed bombami niż 30 metrów litej skały nad głową? W fabryce tej pracowali więźniowie a wycofując się, Niemcy wysadzili tunel w tym miejscu. Po wojnie francuzi naprawili ten fragment, jednak pojawił się problem z przesiąkającą wodą. Cieknie ona strumieniami, powoli niszcząc budowlę.

DSC_8012

Dalej znów niekończący się korytarz oraz zamykające go kolejne pancerne drzwi z otworami strzelniczymi.

DSC_8014

Dochodzimy do zaplecza technicznego fortu. Po lewej stronie, w niskim pomieszczeniu znajduje się elektrownia. W czasie pokoju prąd elektryczny dostarczała normalna elektrownia znajdująca się na powierzchni ziemi. Wiadomym jednak było, że pierwszym posunięciem wroga będzie jej unieszkodliwienie. W związku z tym, w razie alarmu, fort przechodził natychmiast na zasilanie z własnych generatorów, nie czekając na przerwę w dostawie elektryczności.

DSC_8018

Wyposażenie elektrowni stanowią cztery silniki wysokoprężne, trzycylindrowe, każdy o mocy 125 KM. Każdy z nich sprzężony jest prądnicą prądu przemiennego o mocy 800 kW. Uruchamiane były przy pomocy rozrusznika elektrycznego lub na sprężone powietrze – na wypadek wcześniejszego odcięcia elektryczności. Zasilane były ze specjalnych zbiorników zawierających tylko „dzienną dawkę” oleju napędowego – to na wypadek pożaru. Paliwo ze zbiorników spływało do silników pod wpływem grawitacji. Żadnych zbędnych pomp. Czego nie ma, to się nie zepsuje. Gorąca woda z układu chłodzenia wykorzystywana był do ogrzewania bliżej położonych pomieszczeń przy pomocy normalnych kaloryferów. W razie gdyby to nie wystarczyło, w rezerwie była specjalna chłodnica. Dwa pracujące generatory wystarczały do zapewnienia twierdzy wystarczającej ilości energii elektrycznej. Wobec tego na jednej dwunastogodzinnej zmianie pracowały dwa silniki. Następnie dochodziło do zmiany. Pracę zaczynały dwa następne a dla zatrzymanych następował czas odpoczynku i ewentualnego serwisu. Oficer – mechanik był obecny cały czas na stanowisku, swój pokój miał za niewielkim przepierzeniem w którym również spał. Pomijając fakt hałasu, nadmienić należy, że w pomieszczaniu silników podczas ich pracy panowała temperatura 45-50 stopni Celsjusza!

DSC_8030

W razie gdyby silniki zawiodły albo z jakichś powodów nie było możliwe ich uruchomienie, w kącie stał mały, jednocylindrowy generator, który mógł być uruchomiony ręcznie, przy pomocy korby. Jego moc była wystarczająca do oświetlenia wnętrza fortu. Zawsze to coś. Generator musiał być zabrany ze swojego miejsca, bowiem nad nim, ze stropu, zaczęła sączyć się woda i do czasu usunięcia usterki musi pozostawać w koszarach.

Dokładnie naprzeciwko, po prawej stronie głównego korytarza umieszczono transformatory. Po czasie ktoś się zreflektował, stwierdziwszy że pomieszczenie silników jest stanowczo za niskie. Ta hala została sklepiona wysoko. Z dawnego wyposażenia wiele urządzeń zostało skradzionych przez złomiarzy w latach 80-tych i 90-tych XX wieku. Był to bowiem okres, w którym nie wiedziano, co zrobić ze starym fortem. Wojsko go porzuciło, lokalne władze nie miały pomysłu co z tym począć. Czas ten wykorzystali złodzieje, kradnąc miedziane przewody i co cenniejsze przedmioty. Dziś, powoli i mozolnie odtwarzane jest to, co zniszczono tak niedawno…

DSC_8021

Zachowała się część skrzynek rozdzielczych, jednak nie wszystkie oraz przetwornice prądu przemiennego na prąd stały. Większość urządzeń fortu zasilana była prądem zmiennym. Jednak kolejka oraz wieże artyleryjskie wymagały zasilania prądem stałym. Wyprostowanie prądu przemiennego w latach dwudziestych i trzydziestych było nie lada wyzwaniem. Poradzono sobie więc w inny sposób – prąd przemienny zasilał specjalny silnik elektryczny, który napędzał z kolei prądnicę prądu stałego. Powstał generator zasilany elektrycznością… Głupie? Z dzisiejszej perspektywy można tak powiedzieć. Wówczas jednak najważniejsze było, że wszystko działało tak jak powinno. Urządzenie, na wypadek awarii, zostało zdublowane.

Idąc dalej głównym korytarzem, natrafiamy na dwa pomieszczenia. To warsztaty. Ponieważ w forcie znajdowało się dużo urządzeń technicznych, trzeba było zapewnić im serwis. Tym zajmowali się właśnie pracownicy warsztatów. Po lewej mamy warsztat mechaniczny, po prawej (niedostępny) warsztat elektryczny. Zważywszy, że wszystkie urządzenia w forcie były zasilane elektrycznie, taki rozdział pozbawiony był logiki. Cóż, gdzie kończy się logika, zaczyna się wojsko…

DSC_8023

W niewielkim, bocznym korytarzu znajduje się garaż dla kolejki obsługującej fort. Wagoniki były dwojakiego rodzaju – większe, bez uchwytów, przeznaczone do współpracy z małą lokomotywą elektryczną, oraz mniejsze, z uchwytami, które mogły być pchanie przez żołnierzy bez pomocy maszyny. Lokomotywa wygląda na zmęczoną życiem i tak też jest w rzeczywistości. Po wojnie pracowała w kopalni węgla aż do jej zamknięcia i dopiero niedawno wróciła na emeryturę do swojego macierzystego fortu, gdzie czeka na remont który przywróci jej dawną sprawność.

DSC_8026

Koszary to dwa długie, równoległe tunele ciągnące się wzdłuż głównego korytarza. Oświetlona jest tylko niewielka ich część, reszta tonie w mroku. Ogromnym problemem były miejsca do spania dla żołnierzy. W zasadzie tylko komendant fortu dysponował swoim własnym łóżkiem. Pozostali żołnierze spali w jednym łóżku na zmianę lub też wykorzystywali zaimprowizowane miejsca do spania. Podczas pokoju problem doraźnie rozwiązywano, lokując żołnierzy w namiotach na dziedzińcu fortu, jednak było to tymczasowe rozwiązanie problemu, raczej na miesiące ciepłe i oczywiście, zupełnie nie do zastosowania podczas wojny. W czasie alarmu spano wprost na stanowiskach bojowych. Słodkich snów…

DSC_8029

Koszary pozbawione zostały swojego wyposażenie podczas wojny. Wówczas to Niemcy zlokalizowali w nich produkcję zbrojeniową. Pracowali głównie więźniowie.

Blisko koszar, na końcu wąskiego korytarza umieszczono główne wyjście kabli telefonicznych.

DSC_8027

Łączność w forcie była sprawą najwyższej wagi. Podstawą był telefon. Używano małych, ręcznych centralek telefonicznych, zwanych popularnie „pianinem”, w których zmiany połączeń realizowano poprzez przekładanie odpowiednich wtyczek we właściwe gniazdka.

DSC_8031

Nieopodal, po przeciwnej stronie korytarza, znajdowała się kuchnia, zamknięta przed osobami postronnymi żelazną kratą. Tradycyjnie, podzielona była na mniejszą część oficerską oraz dużą kuchnię dla zwykłych żołnierzy. Znajdował się w niej nawet automat do kawy. W armii francuskiej wojaczka bez porannej kawy była nie do pomyślenia 😉 Ciekawostką była codzienna racja wina, przewidziana zarówno dla oficerów jak i zwykłych szeregowych. „Oczywistą oczywistością” było, że dawka oficerska była znacznie większa niż żołnierzy.

Kuchnia oficerska:

DSC_8033  DSC_8034

…oraz żołnierzy:

DSC_8038

Wszystkie urządzenia były naturalnie elektryczne.

Kolejnym problemem był całkowity brak jadalni. Oficerowie jedli więc przy niewielkich stolikach w przejściu, żołnierze musieli zadowolić się składanymi, niczym w pociągu, stolikami umocowanymi do ściany głównego korytarza.

„Stołówka” oficerska:

DSC_8039

… i szeregowych:

DSC_8041

Stoliki ciągną się przez dobre sto metrów wzdłuż ściany. Już to sobie wyobrażam: gorący gulasz nakładany chochlą przy okienku do blaszanej menażki, która natychmiast zaczyna parzyć w palce a następnie sprint wzdłuż korytarza do wolnego stolika, który może trafić się za dobre kilkadziesiąt metrów. Do tego czasu gulasz zdąży wystygnąć. Trzeba jeszcze uważać, by w ciemności nie przewrócić się na torowisku kolejki. W korytarzu panuje mrok, mimo oświetlenia elektrycznego. Lampy dziś są w tej samej ilości i w tych samych miejscach, w których zamontowano je niemal 80 lat temu. Dziś jednakże świecą się w nich żarówki o mocy 40W, podczas gdy w oryginale były 15-stki… Na stanowiska bojowe i obserwacyjne posiłki transportowano w specjalnych termosach.

DSC_8037

Niedaleko znajdował się węzeł sanitarny. Higiena była bardzo ważną sprawą w sytuacji, gdy ponad pół tysiąca żołnierzy musi przebywać długi czas w zamknięciu. O epidemię w takich warunkach nietrudno. Na początek mamy umywalnię, która służyła do żołnierzom do mycia, ale także prania. Dalej były kabiny prysznicowe z ciepłą wodą. Każdemu żołnierzowi przysługiwał jeden ciepły prysznic tygodniowo. W pierwszej chwili wydaje się to być bardzo mało. Ale przecież 80 lat temu ogromna większość domów nie posiadała żadnej łazienki a o takim luksusie jak bieżąca, ciepła woda, wielu nawet nie śmiało marzyć. Można więc powiedzieć, że w forcie pod tym względem żyło się luksusowo.

DSC_8079

Jako ubikacje służyły dziury w podłodze, jednak „w porcelanie” – rzecz praktyczna, łatwa do mycia i dezynfekcji.

DSC_8065

W samym centrum fortu znajdowało się stanowisko dowodzenia i kierowania ogniem. Aby się do niego dostać, trzeba odbić w lewo od głównego chodnika o przejść kilkadziesiąt metrów wąskim korytarzem. Po jego prawej stronie ciągnie się rząd drzwi. To pokoje dowódcy i oficerów, połączone wewnątrz drzwiami – pozwalały one przejść z najdalszego pokoju aż do centrali, bez użycia korytarza.

DSC_8043 DSC_8044

Wewnątrz pokoju dowódcy. Luksus – własne łóżko. Jak wspomniałem już wcześniej, w forcie chronicznie brakowało miejsc do spania. Żołnierze i oficerowie, oprócz dowódcy, musieli spać na wspólnych łóżkach na zmianę.

DSC_8047

Samo stanowisko dowodzenia jest duże – oprócz sterowania ogniem samego Fortu Michelsberg, koordynowało ono współdziałanie kilku sąsiednich, mniejszych fortów. Okazuje się, że sterowanie ogniem fortu nie jest prostą sprawą. Trzeba uwzględnić wiele czynników: siłę wiatru, temperaturę powietrza i jego wilgotność, opady… Fort był w stanie prowadzić skuteczny ostrzał na dystansie 12 km, co oznacza że mógł razić cele na terytorium Niemiec.

DSC_8024

Główny korytarz prowadzi dalej, do części bojowej fortu. Po drodze zwęża się znacznie – celem obniżenia kosztów całego przedsięwzięcia. Boczne korytarze, prowadzące do kolejnych części bojowych fortu odchodzą od głównego chodnika pod „dziwnymi” kątami. Otóż liczono się z możliwością eksplozji amunicji zgromadzonej w poszczególnych magazynach bloków bojowych i takie a nie inne ukształtowanie tunelu zapobiegać miało rozprzestrzenieniu się ewentualnej fali uderzeniowej do części mieszkalnej fortu i zminimalizować ryzyko dla ludzi w razie nieszczęścia.DSC_8050  DSC_8051

W części bojowej wydzielono specjalną część techniczną. Wieże artyleryjskie potrzebowały do swego działania prądu stałego. Jak wiadomo, w forcie go nie produkowano. Wobec tego „prostowano go” w znany już nam sposób, przy użyciu elektrycznego generatora.

DSC_8052  DSC_8053

System transportu na stanowisko ogniowe składa się ze specjalnych szyn zamocowanych do stropu korytarza – dokładnie ten sam system można było zobaczyć w jednym z odcinków niezapomnianej komedii duńskiej pt. „Gang Olsena”. Skrzynka z amunicją, podwieszona na szynie, nawet dziś, po osiemdziesięciu latach od zbudowania fortu, porusza się lekko – wystarczy ją popchnąć jedną ręką, żeby odjechała sama na kilkanaście metrów.

DSC_8058  DSC_8060

Amunicję z magazynów transportowano na górę, do wież artyleryjskich, przy pomocy windy. Jednak surowo zabronione było korzystanie z niej przez żołnierzy. Musieli oni zasuwać na piechotę po stromych schodkach wokół szybu windy. Przypomina to trochę rozwiązanie stosowane w starych kamienicach.

DSC_8063

Jeszcze na dolnym poziomie znajduje się centrala kierowania ogniem wieży artyleryjskiej. To tu wszelkie rozkazy z centrum dowodzenia fortu trzeba przetworzyć na konkretne parametry, które podane zostaną obsłudze dział. Do komunikacji z obsługą dział nie używano telefonów – z prostej przyczyny. Pośród wrzawy bojowej, wśród huku wystrzałów armatnich rozkazy mogłyby być źle zrozumiane. A jak mówi stare, wojskowe przysłowie: „każdy rozkaz, który może być źle zrozumiany, będzie źle zrozumiany”. „Ile to miało być? Jeden? Czy siedem?”.

Aby zapobiec tego typu problemom zastosowano specjalny telegraf analogowy. Parametry przekazywano, ustawiając pokrętłem wskazówki na specjalnej tarczy. Telegraf na górze pokazywał identyczne wartości. Aby obsługa zauważyła, że nadszedł nowy rozkaz, zapalano specjalne czerwone światełko, widoczne w lewym górnym rogu obudowy urządzenia. Rozwiązanie proste i skuteczne.

DSC_8061

Obsługa miała tu swoje miejsca do spania oraz ubikację.

DSC_8062

Zaczynamy wspinaczkę. Mój przewodnik zwraca uwagę aby uważać, bo schodki są śliskie. Ponieważ kompresory nie działają, powietrze z zewnątrz dostaje się do przedziału bojowego a zawarta w powietrzu para woda skrapla się na chłodnych elementach wyposażenia fortu.

Dochodzimy do podstawy wieży artyleryjskiej. Jest potężna. Ze swoją masą 265 ton jest ona największym typem wieży, jaki zastosowano na całej Linii Maginota. Mimo swej ogromnej masy, można wprawić ją w ruch korbą przy użyciu jednej ręki – zawdzięcza to nie tylko odpowiedniemu przełożeniu trybów mechanizmu korbowego, ale przede wszystkim idealnemu wyważeniu. Ciężar kopuły pancernej jest zrównoważony specjalnym przeciwciężarem na końcu długiego ramienia dźwigni.

DSC_8067  DSC_8068

Znów schody. Mimo iż przez wiele lat mieszkałem w bloku i teoretycznie powinienem być dobrze zaprawiony w chodzeniu po schodach, dostaję w pewnym momencie zadyszki. Pocieszam się, że nie tylko ja. Mój przewodnik także.

Wreszcie jesteśmy. Oto i kopuła pancerna. A raczej stanowisko sterowania. Znajduje się tu drugi telegraf oraz urządzenia służące do ustawienia zadanych parametrów, przekazywanych drogą telegraficzną z centrali. Celowaniem jako takim nikt się tu nie zajmował.

DSC_8070

Oprócz tego pracowali tu żołnierze podający amunicję do specjalnego, automatycznego podajnika. A raczej dwóch podajników. A właściwie to nawet czterech. Wróć.

Sercem systemu było podwójne, sprzężone, szybkostrzelne, półautomatyczne działo kalibru 75 mm. Dziś, z perspektywy czasu,  może wydawać się to dość skromnym kalibrem. Pamiętać jednak należy, że na początku wojny te działa były dużo więcej niż wystarczające. Dla każdego z dział konieczny był automatyczny podajnik amunicji, jako że szybkostrzelność teoretyczna dla każdego działa wynosiła 30 strzałów na minutę. Oznacza to, że kopuła (dwa działa) była w stanie „wypluć z siebie” w ciągu minuty nawet 60 pocisków! Działa mogły strzelać różną amunicją – burzącą, odłamkową, przeciwpancerną. Szybkostrzelność działa sprawia pewien kłopot w momencie gdy przychodzi rozkaz, aby np. dwudziesta salwa została oddana przy pomocy amunicji specjalnej. Tymczasem w podajnikach amunicja podstawowa płynie nieprzerwanym strumieniem. Wobec tego zastosowano specjalne, ręczne podajniki na amunicję specjalną.

Bezpośrednią obsługę dział już w pancernej kopule bojowej stanowiło pięciu żołnierzy. Po dwóch ładowało amunicję do każdej z armat (puste łuski po strzale wyrzucał automat), piąty zajmował stanowisko obserwacyjne pomiędzy lufami dział.

Przy tak dużej szybkostrzelności powstawał problem z chłodzeniem luf armatnich. Nawet jeśli w praktyce szybkostrzelność spadałaby o połowę w stosunku do teoretycznej, to jednak wystrzał ciężkiego pocisku co trzy – cztery sekundy nadal powoduje duże obciążenia cieplne.

Poradzono sobie w ten sposób, że lufy dział dostały… płaszcz wodny. Tak, armaty chłodzone były cieczą a potężny zbiornik wody chłodzącej znajduje się w przedziale sterowania kopuły bojowej. Liczono się również z tym, że przy tak wysokiej szybkostrzelności lufy mogą stosunkowo szybko się zużywać albo nawet ulegać uszkodzeniom. Wobec tego tak zaprojektowano same działo, aby lufa była częścią łatwo wymienną i można było ją jak najłatwiej i najprościej wymienić. Czas takiej operacji liczono podobno w minutach.

Tak wygląda działo wymontowane z kopuły:

DSC_8032

Przyznać trzeba, że jest to wyjątkowo przemyślana konstrukcja. Działo jest sprawne i można „na sucho” wypróbować działanie półautomatu.

DSC_8078

Zwiedzanie baterii dział bloku bojowego to ostatni punkt wizyty w Forcie Michelsberg. Pozostaje już tylko powrót długimi, wilgotnymi i chłodnymi korytarzami, których mrok nieśmiało rozprasza delikatne światło słabych żarówek…

Prawdziwe podziemne miasto…

Muszę przyznać, że jestem pod ogromnym wrażeniem francuskiej techniki wojskowej. Trudno nie być. Nie umniejszają jej w niczym niewielkie niedociągnięcia czy błędy w konstrukcji, nieuniknione przecież przy takiej skali przedsięwzięcia. Zresztą, nawet niemieccy żołnierze byli pod jej wrażeniem, oczywiście wbrew oficjalnej propagandzie.

DSC_8077

Często zadawane jest pytanie, czy budowa tak potężnych fortyfikacji miała w ogóle jakikolwiek sens w warunkach nowoczesnego pola walki? Czy nie było to przypadkiem marnotrawstwo środków, które spożytkować można by było w bardziej sensowny sposób?

Cóż, mógłbym się zasłonić tzw. Małą Linią Maginota, znajdującą się na granicy z Włochami, która wykonała swoje zadanie w 100%, dziesiątkując nacierające wojska Mussoliniego i nie pozwalając mu zająć południowej Francji.

Zamiast tego zajmiemy się pokrótce wojenną historią Fortu Michelsberg.

Jak wiemy, oddany został do użytku w roku 1937, po siedmiu latach prac budowlanych. Pierwszy alarm bojowy ogłoszono już w 1938 roku, po zajęciu przez wojska niemieckie Czechosłowacji. We wrześniu 1939 roku ogłoszono kolejny alarm bojowy. Tym razem miano pełną świadomość że żarty się skończyły. Załoga fortu była kompletna i wynosiła 515 żołnierzy i oficerów.

W roku 1940, podczas bitwy o Francję właściwa Linia Maginota, jak wiemy, został ominięta przez wojska niemieckie atakiem przez Belgię, Holandię i Luksemburg.

Fort Michelsberg wraz ze swoją załogą nie brał udziału w walkach. Żołnierze mogli co najwyżej przyglądać się, jak fatalnie dowodzone wojska francuskie ponoszą spektakularną klęskę.

W momencie gdy Francja chyliła się ku upadkowi, z punktu widzenia Niemców powstała dziwna sytuacja. Otóż przy samej swojej granicy mają uzbrojone po zęby forty, które w większości wcale nie zamierzają się poddawać bez walki.

Wróg postanawia atakować forty pojedynczo, po kolei. 20 czerwca 1940 roku Fort Michelsberg dostaje się pod ostrzał słynnych dział 8,8 cm. Bateria fortu nie pozostaje dłużna. Tylko w ciągu pierwszych dni działa Fortu wystrzeliwują w kierunku pozycji niemieckich ponad 6000 pocisków. „Morze ognia” – tak w swych pamiętnikach opisywali te zmagania weterani.

Najcięższe walki przypadają na 22 czerwca. Wobec braku jakichkolwiek postępów Niemcy koncentrują swój ostrzał na najbardziej wysuniętym Bloku nr 2 mając nadzieję, że uda się je wyeliminować z walki po kolei. Próżne nadzieje. Fort odpowiada celnie. Bateria „osiemdziesiątek ósemek” zostaje praktycznie wyłączona z walki, tracąc ludzi, niemal cały sprzęt i dowództwo. Straty niemieckie są katastrofalne. Działa fortu tymczasem, po rozgromieniu baterii dział 8,8 cm kontynuują ostrzał pozycji niemieckich, tym razem położonych dalej, na kierunku Hombourg Budange, także i tu dokonując pogromu niemieckiej artylerii. Tego samego dnia Francja kapituluje.

Nie oznacza to jednak wytchnienia dla żołnierzy Wehrmachtu oblegających Fort Michelsberg oraz pozostałe umocnienia. Walki na Linii Maginota trwają aż do 4 lipca 1940 roku…

Fin.

DSC_8117s

Koniec.

Fort Hackenberg – Linia Maginota

01

Motto:
„Bunkry co prawda nie atakują, ale też się nie cofają”.

Cynik powinien natychmiast dodać:
„Ale można też je obejść…”

Po doświadczeniach Pierwszej Wojny Światowej, w czasie której Francja poniosła ciężkie straty a walki pozycyjne trwały w nieskończoność, kosztując życie setek tysięcy żołnierzy za cenę przesunięcia linii frontu zaledwie o kilkaset metrów, bez jakiegokolwiek rozstrzygnięcia, powstała koncepcja budowy potężnych umocnień na granicy Niemiec i Francji. Komisja pod przewodnictwem Paula Painleve, po zażartych dyskusjach, przedstawiła projekt umocnień.
Jednak to kolejny minister, Andre Maginot, przedstawił parlamentowi projekt umocnień i nową koncepcję taktyczną obrony kraju. Od jego nazwiska fortyfikacje wzięły swą nazwę.

Linię budowano i modernizowano w latach 1920 – 1940, koszt jej to niemal 3 miliardy ówczesnych Franków – kwota astronomiczna.

Umocnienia podzielono na grupy warowne małe – bez artylerii, oraz duże – wyposażone w działa przeciwpancerne 37 i 47 mm, granatniki oraz działa 75 mm i haubice 135 mm. Dodatkowo posiadały one bloki wejściowe dla amunicji. Typowa grupa warowna mała to 3 – 4 bloki, połączone podziemiami. Grupa warowna duża to 5 – 7 bloków, z blokami wejściowymi dla amunicji.

Linia podzielona była na trzy strefy: północną, środkową i południową (dwie pierwsze broniły Lotaryngii i Alzacji, zabranych Niemcom po I Wojnie Światowej) i położone były wzdłuż granicy z Niemcami i Luxemburgiem. Na południu, na granicy z Włochami powstała Mała Linia Maginota. Granica z Belgią była broniona słabo, tylko przez małe i w dodatku rozproszone forty. Sztabowcy francuscy uznali, że atak z tej strony będzie mało prawdopodobny.

Jedna z największych grup warownych, Fort Hackenberg, blok wejściowy amunicyjny:

02

Na dziedzińcu bloku amunicyjnego; z lewej strony wagonik amunicyjny:

03

Bohaterka podróży, z tyłu widoczne tory kolejki wąskotorowej:

04

Jeden z bloków bojowych Grupy Hackenberg:

05

Wstęp jest płatny i wyłącznie z przewodnikiem. Nic dziwnego, korytarze, albo raczej tunele, ciągną się kilometrami. Pierwsze wrażenie – zimno. Pod ziemią panuje temperatura około +10 stopni. Cały korytarz wejściowy ocieka wodą, pełno jej też na podłodze – to para z powietrza, wpadająca tu przez wejście, kondensuje i skrapla się…

06

Jednak im dalej, tym wilgoci mniej:

07

Pierwsza stacja kolejki wąskotorowej. Uwagę zwracają szafy amunicyjne pod ścianą. Tutaj następowało rozładowanie wagonów.

08

Muzeum Grupy Warownej Hackenberg może pochwalić się bogatą kolekcją sprzętu wojennego z różnych okresów Drugiej wojny Światowej:

09

10

11

Większość zwiedzających zachwycała się nowocześniejszym sprzętem amerykańskim, moją uwagę przykuł jednak kadłub Renault FT 17, niepozornego, małego czołgu z końcówki I Wojny Światowej. Warto wiedzieć, że wóz ten był także na wyposażeniu Wojska Polskiego i przeważył szalę zwycięstwa w słynnej Bitwie Warszawskiej 1920 roku. Żadnego „cudu” nie było, tylko dobre dowodzenie, poświęcenie żołnierzy, sprzyjająca pogoda i odrobina szczęścia.
Polska pozyskała od Francji 120 sztuk tych wozów, które były wówczas najlepszymi czołgami świata. Liczba ta spowodowała, że polska armia była wówczas czwartą potęgą pancerną na świecie. O jakości tych maszyn niech świadczy fakt, że w całej kampanii 1920 roku Rosjanom udało się zniszczyć tylko 8 i uszkodzić 12 czołgów, które po naprawie szybko wróciły na pole walki.
Postęp techniczny spowodował jednak, że wóz ten z czasem zrobił się przestarzały. Wóz pomyślany jako czołg wsparcia piechoty okazał się za wolny dla wymogów nowoczesnej wojny manewrowej – prędkość czołgu wynosiła około 7 km/h – akurat tyle, ile wynosiła prędkość piechura. Armata, mimo sporego kalibru, po latach okazała się przestarzała a mała wieżyczka nie pozwalała na jej wymianę na nowocześniejszą.
Mimo tego pojazdy były w użyciu jeszcze niemal przez całą II Wojnę Światową, Niemcy używali ich jeszcze w 1944 roku, jednak, oczywiście, już nie w pierwszej linii.
Zdjęcia archiwalne Fortu Hackenberg pokazują, że wóz, którego kadłub oglądamy, był normalnym wyposażeniem Fortu. Dziwne pudło zamiast normalnej, stożkowej wieżyczki z działem, mieściło w sobie potężne radiostacje. Sam czołg uzbrojony był tylko w karabin maszynowy i aż w… radiostacje. Był po prostu ruchomym punktem obserwacyjnym – kiedy ze stałych punktów obserwacyjnych ciężko było obserwować poczynania nieprzyjaciela, z podziemi wyjeżdżała mała Renówka, która dzięki małym rozmiarom była trudna do wypatrzenia i trafienia przez przeciwnika, i manewrując wśród wzgórz, przez radio podawała celowniczym Fortu współrzędne celów. Działa Fortu, od przeciwpancernych 37 i 47 mm, przez armaty 75mm aż po ciężkie haubice 135 mm załatwiały resztę. Zużycie amunicji Fortu wynosiło… 4 tony amunicji artyleryjskiej na minutę. Pokażcie mi bardziej niepozorny i zarazem niebezpieczny czołg na świecie!

12

Jeden z magazynów amunicyjnych; w czasie pokoju pełnił funkcję sali kinowej dla żołnierzy:

13

Znów korytarze:

14

Załoga fortu liczyła 1 200 ludzi. Kuchnia dla oficerów:

15

Ciekawostką może być fakt, że dzienny przydział wina wynosił pół litra na jednego oficera.

I szeregowców:

16

Szeregowcom również przysługiwało wino, jednak w mniejszych ilościach niż oficerom.

Zapasy żywności, amunicji i paliw pozwalały Fortom przetrzymać trzy miesiące całkowitego oblężenia.

17

Okoliczne wioski produkowały żywność wyłącznie na potrzeby fortu. Myliłby się jednak ten, kto sądziłby że mieszkańcy byli niezadowoleni z sąsiedztwa Grupy Bojowej. Wręcz przeciwnie, w co drugim gospodarstwie powstała kawiarnia, restauracje, bary. Żołnierze po służbie chcieli także wypocząć i rozerwać się trochę.

„Zmywarka do naczyń”:

18

Fort posiadał własną studnię, usytuowaną 17 metrów poniżej schronów. Warto wiedzieć, że korytarze nieraz wydrążone są 40 metrów pod poziomem ziemi.

Znów setki metrów korytarzy i jesteśmy w części technicznej:

19

Transformatorownia i akumulatorownia:

20

Elektrownia, czyli generatory napędzane czterema dieslami z okrętów podwodnych:

21

22

Na powierzchni, kilkanaście kilometrów od Grupy Warownej, znajdowała się normalna elektrownia, zasilająca Forty w czasie pokoju. A pobór energii elektrycznej warownia miała niemały. Oświetlenie, wentylacja, kuchnia, ogrzewanie, łączność, kolejka a także sterowanie i obsługa stanowisk ogniowych – wszystko to było w pełni zelektryfikowane. W podziemiach umieszczono drugą elektrownię, przewidując że ta na powierzchni zostanie przez przeciwnika unieszkodliwiona w pierwszej kolejności.
Silniki Diesla i turbiny są do dziś w pełnej gotowości bojowej. Dwa z czterech silników (dwa pozostałe są silnikami rezerwowymi), są regularnie, raz w tygodniu w każdą sobotę i niedzielę, odpalane i mają okazję popracować sobie przez kilka godzin – dla zdrowia i podtrzymania kondycji. Ponad 80 – letnie dziadki –Diesle pracują do dziś…

Filtry powietrza, używane w razie ataku gazowego:

23

Wszystkie bunkry Fortu były gazoszczelne.

Kolekcja broni i umundurowania:

24

25

26

Moda obowiązująca we Francji w 1940 roku:

27

28

Stołówka szeregowców:

29

I menu na dzień 2 maja 1940 roku:

30

Centrum dowodzenia i łączności Fortu:

31

32

Pomieszczenia załogi:

33

34

Wszędzie chłodno i wilgotno. Po kilku latach służby w tych kazamatach dostawało się chyba status inwalidy wojennego…

Kolekcji uzbrojenia i umundurowania ciąg dalszy:

35

Jak dla mnie, najciekawsze eksponaty:

36

37

38

Fort był w pełni samowystarczalny.
Urzędował dentysta:

39

Lekarz:

40

Ciekawe, czy tak jak u Szwejka, na wszelkie dolegliwości serwował lewatywę?

A gdy okazało się, że żołnierz naprawdę nie symulował:

41

Korytarze prowadzą nas do schronów artyleryjskich:

42

Podstawa kopuły pancernej. Masa – bagatela, tylko 136 ton. Pełne elektryczne sterowanie. Ciekawostką jest fakt, że żołnierze pełniący tu służbę nie zajmowali się w ogóle celowaniem. Parametry celów dostawali przez wewnętrzny system łączności albo z kopuł obserwacyjnych, lub, od wspomnianego już, małego czołgu FT 17. Ich zadaniem było tylko odpowiednio ustawić parametry i dbać o to, by potężne, podwójne działo zawsze było załadowane odpowiednią amunicją.

43

44

Jedno z dział; wewnątrz:

45

… i na zewnątrz:

46

Ciekawostką jest specjalny system, pozwalający dosłownie zasypać zwykłymi granatami ręcznymi suchą fosę Fortu, w sytuacji, gdyby nieprzyjaciel jednak dotarł w jego pobliże. Dzięki temu dotarcie do włazów wejściowych stanowiło nie lada problem, szczególnie że serwowano je bardzo oszczędnie.

Kopuła pancerna, wcześniej oglądana od dołu, teraz widoczna z góry w pozycji złożonej:

47

… i otwartej; najwyraźniej namierza cel:

48

49

50

51

52

Podwójne działo – tak dla pewności, aby nie trzeba było nanosić już żadnych poprawek…

Kopuła obserwacyjna:

53

Sielski krajobraz nadziewany bunkrami:

54

55

Cała góra Hackenberg jest dosłownie podziurawiona podziemnymi korytarzami i naszpikowana bunkrami, kopułami pancernymi, zasiekami i zaporami przeciwczołgowymi.

Blok 8 po walkach:

56

57

Podróż kolejką amunicyjną przez kilometry tuneli:

58

59

60

61

62

I to już koniec podróży:

A na zewnątrz świeci Słońce, jest ciepło i sucho… Może nie tak za bardzo znowu, podczas jazdy pół godziny później spadł deszcz, była nawet mała burza.

Wracając do samej Linii Maginota – błędem było pozostawienie nieumocnionej granicy z Belgią. To tamtędy przedostał się Wehrmacht na teren Francji, omijając w ten sposób umocnienia. Kolejnym błędem było uparte trzymanie się przez francuską generalicję metod walki rodem z Pierwszej Wojny Światowej, czyli zasad wojny pozycyjnej, nie zauważając, że świat i technika poszły naprzód. Nic ich nie nauczyła Kampania Wrześniowa w Polsce, która była typową wojną manewrową…

W efekcie, po pewnym czasie wojska niemieckie podeszły do francuskich umocnień od tyłu, czego żaden strateg w latach dwudziestych nie mógł przewidzieć.