La Gleize

Ardeny – śladami Wojny Zimowej

DSCI5012

Człowiekowi jednak nie można dogodzić. Upały się skończyły i przyszło gwałtowne ochłodzenie. Tak gwałtowne, że jadąc co jakiś czas szczękam zębami z zimna. A wydawało mi się, że ubrałem się odpowiednio. Nie wziąłem pod uwagę jednak, że startowałem z równin a teraz nieustannie się wspinam coraz wyżej i wyżej. Z drugiej strony to nawet ciekawe, że w Ardeny wybieram się zawsze wtedy, gdy warunki pogodowe są mało odpowiednie. Ostatnim razem jeszcze w zimie, w temperaturach ujemnych, teraz znowu jesienią. Klątwa Wojny Zimowej?

Ardeny to silnie zalesione góry leżące w południowo-wschodniej Belgii a także częściowo we Francji i Luksemburgu. Ich średnia wysokość to około 400 – 500 metrów a najwyższy szczyt ma niecałe 700 metrów wysokości. Powierzchnia gór wynosi około 11 200 km2 i są najmniej zaludnionym obszarem Belgii. Dominują tu małe wioski z charakterystycznymi kamiennymi domkami. Miasta są małe i stosunkowo nieliczne. Drogi – różne, ale o tym za chwilę.

Jak na razie jadę jeszcze niemiecką autostradą w kierunku Trewiru. Z ogromnego mostu przerzuconego nad doliną Mozeli mam okazję podziwiać piękną panoramę tego miasta, chlubiącego się mianem „najstarszego w Niemczech”. Oczywiście jest to prawdą, ja jednak wolałbym osobiście tym razem do niego nie wjeżdżać, mając w pamięci swoje poprzednie odwiedziny. Na szczęście nawigacja w ostatniej chwili każe odbić w lewo, na autostradę wiodącą w kierunku Liege.

Kierunek nawet się zgadza. Autostrada pnie się coraz wyżej i wyżej. Tuneli nie ma wcale. Są tylko ogromne mosty nad kolejnymi przełęczami, każdy kolejny wyższy od poprzedniego. Znów robi się chłodniej.

Największym problemem są niekończące się remonty drogi. Pierwszy objazd moja stara nawigacja wyczuła bezbłędnie, dodając mi otuchy i pewności siebie. Zbytniej pewności, jak okazało się wkrótce. Drugi objazd przerósł jej możliwości obliczeniowe, czego wynikiem było dorzucenie do zaplanowanego na dziś dystansu kolejnych 25 km ekstra. Bez wielkich problemów udało się jednak wrócić z powrotem na właściwy szlak. Niestety, kilkadziesiąt kilometrów dalej, na trzecim objeździe, nawigacja pogubiła się kompletnie a chwilę potem na dodatek zawiesiła. Postanowiłem wykorzystać ten fakt na poszukiwanie stacji paliw. Ciekawostką jest bowiem, że autostrada w kierunku Liege pozbawiona jest zupełnie stacji benzynowych. Nie ma tu nawet jednej! Dlatego trzeba tankować, gdy tylko jest taka okazja. Niby o tym wiedziałem, ale gdy ostatnim razem widziałem stację benzynową, jeszcze pewnie ze sto  kilometrów z dobrym okładem wcześniej, to miałem jeszcze niemal pełny zbiornik i dla czterech, może pięciu litrów nie chciało mi się zjeżdżać. Wtedy mi się nie chciało, teraz trzeba będzie szukać paliwa po wioskach. Z drugiej strony to może i dobrze. Zawsze to jakaś przygoda i odmiana.

Okazuje się, że do najbliższej stacji paliw jest około pięciu kilometrów. Czyli jest dobrze. Przez chwilę zacząłem się jeszcze zastanawiać, czy aby wskazana przez nawigację stacja jeszcze istnieje-w końcu nie raz już po dotarciu na miejsce okazywało się, że stacja jest nieczynna od roku albo i dwóch. Jednak nie ma innego sposobu niż sprawdzić to osobiście.

DSCI5016

Wąska szosa początkowo pnie się w górę wśród lasów, które teraz przybrane zostały w barwy jesieni. Jezdnia cała pokryta jest teraz kolorowymi liśćmi, które podmuch wytwarzany przez motocykl podrywa do góry; wirują one jak żywe jeszcze chwilę po przejechaniu maszyny, po czym powoli opadają na drogę. Zakręty są nieliczne i na tyle łagodne, że możliwe jest ich pokonywanie na ostatnim biegu z wymaganym zapasem bezpieczeństwa. Trzeba bowiem pamiętać, że taki dywan z liści na szosie jest niebezpieczny w przypadku hamowania albo pokonywania zakrętów.

DSCI5005

Chwilę później droga zaczyna opadać w dół, w dolinę. Zakręty stają się coraz liczniejsze i ostrzejsze aż wreszcie zaczyna się ich nieprzerwane pasmo; wyjście z jednego jest jednocześnie początkiem kolejnego. Nie ma wśród nich ani jednego, który miałby mniej niż 90o a całkiem duża ich ilość ma kąt zbliżony do 1800, co oznacza że całkowicie zmienia kierunek.

„Za 40 metrów zakręt w prawo…

Za 20 metrów zakręt w lewo…

Za 50 metrów zakręt w prawo…” – nieprzerwanie, mechanicznym głosem mamrocze nawigacja.

Ta to się nagada. Po kilku minutach, które wydają się trwać nie wiadomo jak długo, zjeżdżam do małej wioski. Stacja benzynowa o wdzięcznej nazwie „Ed” swoją kolorystyką i wielkością wyróżnia się wśród pozostałej zabudowy.

„Jesteś u celu” – triumfalnie ogłasza tą „oczywistą oczywistość” odbiornik GPS.

Stacja benzynowa, wbrew temu co można by wywnioskować z poprzedniego opisu, jest malutka. Dwa dystrybutory, pojedynczy do oleju napędowego oraz podwójny do benzyny 95 oktanów, malutki sklepik – to wszystko. Cała miniaturowa wioska wydaje się być oazą spokoju. Wrażenie to potęguje obsługa stacji – młody chłopak niespiesznie ale systematycznie sprząta podjazd. Obsługujący kasę dziadek ma minimum 75 lat, mówi po niemiecku powoli, wyraźnie, można powiedzieć – dostojnie i z dziwnym akcentem. Na różne rodzaje gwary w poszczególnych regionach Niemiec zdążyłem się już wyczulić.

Podczas ponownego opaździerzania się na stacji paliw po tankowaniu, zauważyłem ze zdziwieniem, że kask zamyka się dziwnie opornie, jednak zrzuciłem odpowiedzialność za to na dość niskie temperatury, ewentualnie „zdawało mi się”.

Dzięki temu dość przypadkowemu w sumie zjechaniu z zaplanowanej trasy, na autostradę wjechałem już poza strefą robót drogowych. Wydawać by się mogło, że już nic nie stanie na przeszkodzie w kontynuowaniu podróży.

„Wydawać by się mogło” – tak, to jest właściwe określenie. Na granicy niemiecko – belgijskiej zaczynam odczuwać pewien dyskomfort termiczny. Szybka inspekcja wykazuje, że opażdzierzanie się na stacji benzynowej było jednak mało dokładne i pęd powietrza wywiał mi kołnierz spod bluzy. Nic wielkiego, trzeba to poprawić na najbliższym parkingu.

Na postoju ze zdumieniem stwierdzam, że nie mogę otworzyć szczęki w kasku. Zamek nie puszcza. Próbuję mocniej i… uchwyt zamka zostaje mi w ręku. Świetnie. Oczekuj nieoczekiwanego. Pozostaje bardzo niewygodna opcja zdejmowania i zakładania szczękowca przez głowę, szczególnie upierdliwa w sytuacji, gdy ktoś nosi okulary – tak jak ja. Cóż, trzeba będzie się męczyć.

Dobrą wiadomością jest za to fakt, że mgły się rozwiały i od czasu do czasu spoza chmur zaczyna się przezierać Słońce. W każdej promocji jest jednak pewien haczyk; promienie jesiennego słońca wcale nie grzeją.

DSCI5017

Jednak w jego promieniach wzgórza Ardenów nabierają niesamowitego uroku. Przy czym nadmienić trzeba, że te wspaniałe widoki podziwiać można w zasadzie tylko z autostrady. Po zjechaniu w z niej człowiek od razu zagłębia się w lasy, udekorowane teraz przepięknymi barwami jesieni. Wzniesienia są słabo odczuwalne – przynajmniej z perspektywy siodła 90-cio konnego motocykla. Na drogach lokalnych natężenie ruchu jest raczej niewielkie, natomiast stan nawierzchni różny; od „perfekcyjnego” aż po „katastrofalny”, oznaczający to, co zwykliśmy pod tym mianem rozumieć – dziura na dziurze i łata na łacie. Jednak są to skrajności. 95% dróg reprezentuje stan średni, czyli asfalt ogólnie dobry, tylko od czasu do czasu z jakąś „atrakcją” w nawierzchni. Dla urozmaicenia szosa przechodzi przez grzbiety górskie dziesiątkami niewielkich tuneli, biegnie wąwozami wzdłuż niewielkich strumieni by za chwilę przeskoczyć na ich drugą stronę po niewielkich, kamiennych mostkach a do tego wszystkiego wijąc się setkami większych i mniejszych zakrętów.

DSCI5035DSCI5034

W takich warunkach docieram do La Gleize, małej miejscowości, w której znajduje się niewielkie muzeum „Grudnia 44”. Nie sposób go nie zauważyć, mimo iż znajduje się w mało efektownym budynku. Tym, co sprawia że nie da się go przeoczyć jest ogromny czołg „zaparkowany” na placyku przed muzeum. Panzerkampfwagen VI B Königstiger ma oczywiście swoją historię.

DSCI5007

Pod koniec 1944 roku położenie Niemiec było rozpaczliwe. Walki toczyły się na dwóch frontach u samych granic Rzeszy. Co do faktu beznadziejności sytuacji nie było najmniejszych złudzeń. Jedyną nadzieją wydawała się opcja zlikwidowania jednego z frontów. Tylko jak tego dokonać? Na froncie wschodnim sowieci niszczą niemiecką Grupę Armii „Środek”. Na zachodzie sprzymierzeni w błyskawicznym tempie odbijają Francję. Czy może być jeszcze gorzej?

W pewnym momencie jednak wydaje się, że szczęście zaczyna nieśmiało uśmiechać się do Wehrmachtu. Rosjanie wstrzymują swoją ofensywę ze względu na problemy z zaopatrzeniem. Na froncie zachodnim, po fiasku operacji „Market Garden” wojska sprzymierzonych również wstrzymały natarcie. Wygląda na to, że inicjatywa chwilowo przechodzi na stronę Niemiec.

Niemieccy sztabowcy analizują kilka wariantów. Szybko dochodzą do wniosku, że na wschodzie nic zdziałać nie można. Za to na zachodzie widzą dla siebie szansę. Odcięcie armii brytyjskiej od amerykańskiej a następnie rozbicie tej drugiej jednym potężnym uderzeniem oraz pozbawienie pozostałych zaopatrzenia przez zdobycie portu w Antwerpii miało, w wariancie „bardzo optymistycznym” skutkować podpisaniem rozejmu między USA, Wielką Brytanią a Niemcami i w ten sposób zlikwidować front zachodni. Wariant „super optymistyczny” przewidywał nawet konflikt USA i Wielkiej Brytanii z ZSRR, spowodowany przedłużającą się wojną oraz przyszłym podziałem Europy.

We wrześniu 1944 roku Hitler zaaprobował plan ataku przez Ardeny. Plan zakładał błyskawiczne uderzenie czterech armii na pozycje amerykańskie. Pierwotnego terminu natarcia, wyznaczonego na połowę października, nie udało się jednak dotrzymać. Brakowało sprzętu, paliwa i ludzi. Z tego powodu operacja rozpoczęła się dopiero 16 grudnia.

Atak miał się odbyć błyskawicznie, przy całkowitym zaskoczeniu przeciwnika, który nie powinien zorientować się że jest to operacja na szeroką skalę. Dodatkowym warunkiem, koniecznym do osiągnięcia sukcesu, miały być złe warunki pogodowe. Lotnictwo niemieckie bowiem,  w tej fazie wojny już praktycznie nie istniało i fatalna aura miała uziemić samoloty aliantów i w ten sposób przynajmniej teoretycznie „wyrównać szanse”.

Stojący przed muzeum „Tygrys Królewski”, jak nazwali go sprzymierzeni, tłumacząc dosłownie jego niemiecką nazwę, wchodził w skład 6 Armii, 1 Dywizji Pancernej SS Leibstandarte Adolf Hitler osławionego zbrodniami wojennymi Jochena Peipera, stanowiącej trzon uderzenia „pancernej pięści”. Zakładano, że błyskawiczne uderzenie masy czołgów zmiecie całkowicie amerykańską obronę. Na początek jednak wykorzystano taktykę radziecką, w której to piechota atakuje przed czołgami.

DSC_2565

Niestety dla Niemców, po początkowych sukcesach następują problemy. Niespodziewanie Amerykanie stawiają zacięty opór i czołgi muszą zostać użyte wcześniej niż planowano. Z tym „błyskawicznym atakiem” wychodzi niezupełnie tak, jak zakładano. Padający śnieg i porywisty wiatr sprawiają, że wiele dróg staje się nieprzejezdnych. Ciężkie czołgi blokują wąskie dróżki, mosty nie wytrzymują ich ciężaru.

DSC_2566

Grupa Bojowa Peipera wraz z naszym Tygrysem mimo wszystko kontynuuje natarcie. Jest jednak bardzo opóźniona w stosunku do założeń planistów. Efekt zaskoczenia prysł. Na domiar złego Amerykanie, wycofując się, niszczą za sobą mosty i wiadukty co jeszcze bardziej opóźnia grupę i powoduje konieczność ciągłej modyfikacji planów.

DSCI5009

18 grudnia, czyli drugiej doby od rozpoczęcia natarcia, Grupa Bojowa wkracza do Stavelot. Opóźnienie wobec planów wynosi już półtorej doby. Jakby tego było mało, Amerykanie stawiają zaciekły opór. Peiper zostawia w Stavelot część swoich sił i kontynuuje marsz na północ. Jednak z planowanej przeprawy w Trois – Pons wyszły nici – most został wysadzony przez Jankesów. Grupa Bojowa została więc zmuszona do zmiany kierunku ataku. Przez wieś  La Gleize uderzyła na Stoumont ale i tu czekało na Niemców srogie rozczarowanie – ten most został również wysadzony. W międzyczasie Amerykanie odbili Stavelot i tym samym Grupa Bojowa Peipera została odcięta od reszty sił. Niemcy wycofują się do La Gleize, wokół którego zamyka się pierścień okrążenia.

DSCI5012

Peiper, pozbawiony dostaw paliwa, nakazuje okopać swoje czołgi w La Gleize. Dwa Tygrysy (w tym prezentowany przed muzeum) oraz jeden Panzer IV zostają oddelegowane do obrony Farmy Werimont, mieszczącej się na obrzeżach wsi i stanowiącej teraz wysunięty posterunek. 21 grudnia dostrzegają grupę piętnastu czołgów amerykańskich, do której otwierają ogień. Jednak niemieckie pociski chybiają, w przeciwieństwie do amerykańskich. Oba Tygrysy zostają wielokrotnie trafione. Wóz dowódcy stojący dziś przed muzeum w wyniku ostrzału doznaje poważnych uszkodzeń lufy działa i staje się już tylko ruchomym celem, który po kolejnych kilku trafieniach zamienia się w cel stacjonarny-pocisk przebija czołowy pancerz  roztrzaskując skrzynię biegów. Drugi Tygrys nie wygląda lepiej. Poturbowane załogi chroni się tymczasowo w piwnicy Farmy, skąd potem wycofują się do La Gleize. Dowódca jest poważnie ranny w głowę. Rozbite czołgi zostają porzucone na Farmie.

DSC_2653

23 grudnia Peiper, nie widząc żadnych szans na wyjście z okrążenia, rozwiązuje swoją Grupę Bojową, która w tym momencie liczy już tylko około 800 osób. Żołnierze małymi grupkami próbują na piechotę wydostać się z okrążenia. W La Gleize pozostaje cały ciężki sprzęt. W sumie 135 różnego rodzaju pojazdów pancernych.

W tym momencie następuje koniec niemieckich marzeń o sukcesie ofensywy. Często mówi się, że Amerykanie wygrali bitwę w Bastogne, Niemcy przegrali ją w La Gleize.

DSCI5014

Po bitwie wieś zajmują Amerykanie, którzy mają za zadanie uprzątnąć pobojowisko. Pani Jenny Geenen-Dewez postanawia zakupić poturbowanego Tygrysa Królewskiego o numerze bocznym 213. Żołnierze amerykańscy dobijają z nią targu. Cena za niemal nowego ale mocno poobijanego Tygrysa (pojazd wyprodukowano zaledwie dwa miesiące przed bitwą) wyniosła oszałamiające 0,5 litra koniaku.

Po wojnie Tygrys ustawiony został na placu w La Gleize. Brakujące elementy zostały uzupełnione z innych porozbijanych pojazdów Kampfgruppe Peiper.

Zostawiam motocykl pod opieką Tygrysa, przez chwilę jeszcze mocując się z uszkodzonym kaskiem. Problemy z jego zakładaniem i zdejmowaniem zaczynają być uciążliwe. Szczególnie w przypadku noszenia okularów. W razie ich uszkodzenia będę ślepy jak kret, co może „troszkę” skomplikować wyjazd.

W samym muzeum odbywam troszkę irytującą rozmowę z jednym z pracowników, który wydaje się być trochę namolny. W sumie to do dziś nie wiem, o co mu chodziło. Faktem jest jednak, że w ramach przeprosin dostałem się do muzeum „na skróty”.

Mimo tego incydentu „Muzeum Grudnia 44” jest warte odwiedzenia. Większość eksponatów stanowią przedmioty zebrane z pobojowiska pod La Gleize, część pochodzi również z nieudanej operacji „Market Garden”.

Galeria „Muzeum Grudnia 1944”:

Mrok panujący w pomieszczeniach muzeum, delikatnie rozproszony tylko podświetleniem eksponatów i dioram sprawia bardzo dziwne i przejmujące wrażenie. Czuje że jestem tu tylko gościem w krainie upiorów z przeszłości. Ciężko to opisać, ale naprawdę ma się tu wrażenie milczącej obecności uczestników tamtych wydarzeń. To uczucie zresztą było chyba zamierzone przez założycieli muzeum, naocznych świadków tych zmagań. Wystawa ma za zadanie uświadomić zwiedzającym okrucieństwa wojny oraz spowodować, aby historia więcej się nie powtórzyła.

Z uczuciem ulgi opuszczam mury niewielkiego muzeum. Na dworze świeci słońce; co prawda od czasu do czasu przykryte chmurami, ale jest jasno i powoli wraca chęć do życia.

Niemcy przegrali swoją ofensywę w La Gleize, Amerykanie wygrali ją pod Bastogne. W związku z tym wyruszam na południe. Tym razem postanawiam korzystać tylko z dróg lokalnych, aby nacieszyć się górami.

DSCI5020

Trasa przebiega dość różnie. Czasem bardzo przyjemnymi drogami wijącymi się przyjemnie wśród lasów przybranych w jesienne barwy. Bywają też drogi gorszej jakości, na których to sztywne jak deska zawieszenie GPz nieprzyjemnie „dobija”. Zdarzyło się nawet kilka razy szybować w powietrzu, po wybiciu na nieoznakowanych poprzecznych garbach w nawierzchni. Wreszcie nawigacja postanowiła wystawić mnie na ostatnią próbę – drogę szutrową, będącą w rzeczywistości osypiskiem luźnych kamieni. Tu już niestety, trzeba było poddać się i z podkulonym ogonem objechać górę dookoła. To droga dla rasowego enduro. Pocieszam się tylko, że jadący za mną Holender na GS-ie również skapitulował i wybrał drogę asfaltową. Tak swoją drogą, rzecz ciekawa – wszystkie napotkane do tej pory motocykle (a było ich niewiele) to tylko i wyłącznie „duże” BMW GS.

DSCI5024

W jednej z wiosek napotykam stację benzynową. Pomny moich wcześniejszych doświadczeń z paliwem postanawiam tankować gdy tylko trafi się okazja, przezwyciężając niechęć do zdejmowania z głowy uszkodzonego kasku. Paliwo zresztą okazuje się być bardzo tanie (jak na warunki zachodnioeuropejskie) oraz wyjątkowo dobrej jakości, co oprócz późniejszego subiektywnego odczucia w czasie jazdy potwierdziło także spalanie.

Ponieważ ściągnąłem już ten cholerny hełm z głowy, postanowiłem także coś przekąsić. Na stacji akurat była promocja na hot-dogi. Niestety, okazały się one być przeciwieństwem paliwa; kiepskie w smaku i drogie mimo promocji, biorąc nawet poprawkę na tutejsze ceny. Jednak nie skomentowałem tego faktu, mimo iż w pewnym momencie miałem nawet szczerą chęć to zrobić. Przypomniałem sobie bowiem słowa „klasyka”, dawno już nie widzianego kumpla. Otóż stwierdził On, nie bez racji zresztą, że skoro marudzisz przy jedzeniu to znaczy że tak naprawdę wcale nie jesteś głodny i tylko zawracasz d**ę. Należy nadmienić, że stwierdzenie to padło podczas wypadu „na koniec świata”, w jednej z puszcz na wschodnich krańcach Rzeczypospolitej, gdzie jedynym źródłem zaopatrzenia był sklepik dla drwali mieszczący się w zwykłej chłopskiej zagrodzie, gdzie nawet bochenek chleba trzeba było specjalnie zamawiać a najlepsze dostępne papierosy to „Mocne z filtrem”.  Były chyba one przeznaczone zresztą specjalnie dla takich zagubionych jak my; prawdziwi twardziele, ludzie lasu, palili bez filtra, wyraźnie brzydząc się takimi „luksusami”. Podczas tego wyjazdu swój debiut miało także inne kultowe danie: kisiel rozrobiony na tanim winie, z gatunku tych najtańszych, bez etykiety. Na to danie, o dziwo, nikt nie narzekał. O takim „menu” zadecydował zresztą fakt, że kisiel oraz tanie wino były jednymi z nielicznych produktów w tym „sklepie”, których nie trzeb było specjalnie zamawiać i dostępne były od ręki.

Posilony kiepskim hot-dogiem oraz cudownymi wspomnieniami pognałem dalej, z każdym kilometrem zbliżając się do Bastogne. Z mojego dalszego podziwiania gór wyszło zresztą niewiele, bo ostatni odcinek drogi pokonałem szosą biegnącą równolegle do autostrady, której bardzo chciałem uniknąć. Mogłem równie dobrze pojechać tą autostradą. Z drugiej strony, nie jest jednak źle. Na szosie ruch jest niemal zerowy, można pociskać z prędkością nie mniejszą niż po drugiej stronie płotu, uważając jednak na wyrwy w jezdni, które od czasu do czasu pojawiają się w większych skupiskach.

DSCI5022

Wkrótce dojeżdżam do Bastogne. Ciekaw jestem bardzo, jak zmieniło się po tych kilku latach. Na początek jednak muszę zmierzyć się z „inteligentną inaczej” sygnalizacją świetlną na przedmieściach. Ma ona tę właściwość, że przed każdym nadjeżdżającym pojazdem zmienia sygnał z zielonego na czerwony, zmuszając go do kilkuminutowego czekania przed pustym skrzyżowaniem a mieszkańców do bezsensownego wdychania produkowanych w tym czasie spalin.

O ile samo miasteczko zmieniło się w niewielkim stopniu, o tyle sam plac przy Mardasson Memorial jest niemal nie do poznania.

DSCI5038

Przede wszystkim uporządkowano parking oraz wreszcie otworzono muzeum. Znajduję nawet specjalne miejsca dla motocykli. Oczywiście, wszystkie zaparkowane tu maszyny to „duże” BMW GS. Ich kierowcy patrzą się na mnie dziwnie. Zaczynam podejrzewać, że po Ardenach, z nieznanego mi powodu, nie wypada poruszać się innym typem motocykla i przyjeżdżając tu na starym Kawasaki popełniam jakieś faux pass.

Niestety, podczas porządków „zaginął” gdzieś Achilles, brytyjska modyfikacja amerykańskiego niszczyciela czołgów, przy której kiedyś zrobiłem Jawie sesję zdjęciową. Widać GPz podobna sesja nie jest pisana.

Samo muzeum jest nowoczesne, multimedialne, ciekawie pomyślane. Chociaż muszę przyznać, że inaczej je sobie wyobrażałem. Każdy odwiedzający otrzymuje przy wejściu elektronicznego przewodnika, który niestety, nie mówi po polsku. Wobec tego zamawiam sobie wersję niemiecką; młoda dziewczyna z obsługi bez mrugnięcia powieką spełnia prośbę. Cóż za miła odmiana w porównaniu do poprzedniego muzeum.

Całość ekspozycji podzielono na trzy części. Pierwsza opowiada o tym, jak w ogóle doszło do II Wojny Światowej, pokazując drogę pewnego austriackiego kaprala z wąsikiem na szczyt władzy w ówczesnej Republice Weimarskiej. Owego kaprala nikt z ówczesnych elit nie traktował poważnie, tak w Niemczech jak i za granicą, co tylko ułatwiało mu zadanie. Aż nadszedł moment, gdy kapral dogadał się z drugim wąsatym dyktatorem ze wschodu i we wrześniu 1939 roku wybuchła wojna. Dalszy ciąg tej historii już znamy – a jeśli nie znamy, to możemy poznać ją z filmu. Film pokazuje wszystkie początkowe sukcesy Wehrmachtu oraz pierwsze porażki – najpierw a Afryce, potem w „Bitwie o Anglię”, wreszcie fiasko inwazji na ZSRR i lądowanie aliantów we Włoszech. Na koniec niespodziewanie zapala się światło i okazuje się, że jesteśmy właśnie w Sali narad, w której opracowywane są szczegóły operacji „Overlord”, czyli lądowania i zajęcia przez aliantów Normandii. Dalsza część ekspozycji doprowadza nas do dnia niemieckiej ofensywy, widzianej oczyma żołnierzy: niemieckiego, amerykańskiego oraz kilku belgijskich cywili, mimowolnych świadków całego konfliktu.

Galeria:

Bastogne, poza tym, że łączyły się w nim liczne szlaki komunikacyjne, nie było jakimś szczególnie ważnym obiektem strategicznym. Stało się nim jednak za sprawą sztabowców amerykańskich, którzy, wbrew nadziejom Hitlera i naczelnego dowództwa Wehrmachtu, bardzo szybko zorientowali się w sytuacji i przejrzeli zamiary niemieckie. Wiedzieli, że każde opóźnienie natarcia zmniejsza jego szanse powodzenia. W rejon Bastogne amerykanie pospiesznie przerzucili wszystkie dostępne siły – nie było tego dużo. 101 Jednostka Powietrznodesantowa oraz niedobitki 106 i 28 Dywizji Piechoty utworzyły jednostkę w sile batalionu, którą nazwano „Team SNAFU”. 21 grudnia miasto zostało otoczone przez wojska generała Heinricha von Lüttwitza. Propozycja honorowej kapitulacji została przez amerykanów odrzucona. „Bzdury” – tak brzmiała pisemna odpowiedź generała McAuliffe na propozycjie niemieckie. Zaczęło się ciężkie oblężenie, o którym więcej pisałem tutaj.

Tymczasem czas płynął nieubłaganie. Sytuacja dla wojsk niemieckich stała się mocno niekomfortowa. Ofensywa nie nabierała tempa. 24 grudnia, dzień po rozwiązaniu w La Gleize Grupy Bojowej Peipera, natarcie ostatecznie załamało się. Po ośmiu dniach walk nie osiągnięto nawet pierwszego celu, jakim była rzeka Moza. Generał von Manteuffel zarekomendował odwrót, póki straty w sprzęcie były jeszcze względnie niewielkie. Hitler jednak ten pomysł odrzucił.

26 grudnia pierwsze czołgi generała Pattona wjechały do Bastogne, przerywając oblężenie miasta. Niemiecka ofensywa w Ardenach, ostatnia duża operacja w tej fazie wojny, dobiegła końca. Nie ustały jednak walki. 1 stycznia 1945 roku Hitler zarządził dwie nowe operacje, licząc jeszcze na wznowienie ofensywy. Obie zakończyły się jednak bardzo niekorzystnie. Niemiecki natarcie zostało zatrzymane, jednak walki w  Ardenach nadal trwały. Hitler dopiero 7 stycznia pogodził się wreszcie z fiaskiem operacji i pozwolił na wycofanie swoich oddziałów. Zamykanie kotła w Ardenach szło jednak Amerykanom i Brytyjczykom szło bardzo opornie, dzięki czemu duża część wojsk niemieckich zdołała jednak wyjść z okrążenia, tracąc jednak wskutek braku paliwa i usterek technicznych większą część ciężkiego sprzętu i wyposażenia.

Ostatnia część muzeum poświęcona jest losom ludności cywilnej, o której to z reguły milczą podręczniki historii. Jak zwykli ludzie przetrwali działania wojenne? Wystawa daje dużo do myślenia.

Po zwiedzaniu muzeum przeszedłem się jeszcze po okolicy.

Mardasson Memorial:

DSCI4980

Tym razem krypta mieszcząca kaplicę była otwarta, co zostało przeze mnie skwapliwie wykorzystane.

DSC_2780 DSC_2782

DSC_2783 DSC_2784

Podczas powrotu przez miasto zajeżdżam jeszcze na plac generała McAuliffe. Tu nie zaszły żadne widoczne zmiany. Może z jednym wyjątkiem – w miejscu gdzie kilka lat temu zimą parkowałem Jawą, wyznaczono obecnie specjalne miejsca postojowe dla motocykli. Parkuję GPz dokładnie w tym samym miejscu.

DSCI5039 DSCI5043

Wyjazd z parkingu jest dość skomplikowany i dla osób będących tu po raz pierwszy może stanowić spore wyzwanie.

DSCI5045

Tym razem problem ma czterech motocyklistów z Wielkiej Brytanii. Wszyscy oczywiście podróżują na „dużych” gieesach – czemu mnie to nie dziwi? Zaczynam poważnie podejrzewać, że gdzieś tu jest chyba jakiś zlot posiadaczy tego modelu. Pomagam im wyjechać w stronę muzeum i Mardasson Memorial, co w sumie dla mnie nie stanowi żadnej różnicy, ponieważ aby wyjechać z parkingu i tak trzeba jechać w ich stronę. Rozstajemy się na rondzie, na którym jest już jasne i klarowne oznakowanie. Sam wracam w kierunku autostrady.

Na wielkim skrzyżowaniu napotykam kolejny motocykl. Tym razem Bandit! Pierwszy motocykl który nie jest GS-em! Z wrażenia na chwilę aż mnie zatkało.

W drodze na autostradę mijam niewielkie, schludne wioseczki ze starymi, kamiennymi domkami. Zapewne większość z nich liczy sobie pewnie po kilkaset lat, jednak napiętnowane na zawsze zostały okrutnymi wydarzeniami sprzed zaledwie nieco ponad siedemdziesięciu lat i chyba już na zawsze będą mi się kojarzyć z wojną zimową.

Natomiast jednym z niekwestionowanych symboli tej bitwy stały się, użyte tu na szeroką skalę, czołgi Panzerkampfwagen VI B Königstiger, największe i najcięższe wozy użyte bojowo w II Wojnie Światowej, które całkowicie zawiodły pokładane w nich nadzieje i nie odmieniły losów tej bezsensownej wojny…

DSCI5012