koszmar motoryzacyjny

Przy piwku albo największy koszmar motoryzacyjny # 2

Mocne

Sytuacja uległa zmianie o tyle, że w międzyczasie przyjechała klientka po Fiata 126P, którym dotychczas dojeżdżałem do pracy. Zostawiła pieniądze, zabrała pojazd. Tym sposobem jedynym środkiem lokomocji, jaki mi pozostał, były zwłoki Golfa.

Chcąc nie chcąc, zacząłem nim jeździć. O takich drobiazgach jak przegniły zbiornik paliwa, do którego można było nalać maksymalnie 10 litrów oleju napędowego, bo każdy dodatkowy mililitr lądował na ziemi pod wrakiem, nawet nie ma co wspominać. Zbiornik wynalazłem dość tanio na złomowisku. Innym razem urwał się kompletny układ wydechowy. Znajomy mechanik zamocował mi go oraz dorobił brakujące elementy. Jeszcze innego dnia zapaliła się instalacja elektryczna. Zatrzymałem się na poboczu, spokojnie zabrałem z auta swoje rzeczy, usiadłem na trawie i obserwowałem jak samochód popełnia efektowne samobójstwo. Chwilę później z piskiem opon zatrzymał się Polonez; jego właściciel wyskoczył z gaśnicą w rękach i zdębiał, widząc jak leżę w trawie i spokojnie przyglądam się kłębom dymu wydostającym się spod maski auta.

– Panie, nie gasisz pan?

– Nie. Chce pan popatrzeć to zapraszam.

Facet chwilę popatrzył czy nie robię sobie jakiegoś głupiego kawału ale w końcu się uspokoił i w zadumie przyglądaliśmy się widowisku. Zresztą, wiele do oglądania nie było. Dym, jak nagle się pojawił tak też zniknął. Koniec końców, wróciłem do domu na holu ciągniętym przez tegoż Poloneza. Spalony fragment instalacji ogarnąłem własnym sumptem, po stopione plastiki udałem się znów na szrot.

Pozytywna wiadomość: hamulce zaczęły działać. No dobrze, tylko z przodu, na dodatek nierównomiernie, z biciem krzywej tarczy i piskiem zużytych klocków. Ale jednak. Na tym koniec dobrych wieści. Tylne okazały się tak zapieczone, że na razie dałem sobie z nimi spokój.

Opony w Golfinie znikały w tempie zastraszającym. Ścinał brzegi, ząbkował, wyrywał całe kawały gumy w losowych miejscach… Trzeba było coś z tym zrobić. Oczywiście najprościej byłoby przeprowadzić kompletny remont zawieszenia a potem ustawić zbieżność i po sprawie. Jednak coś powstrzymało mnie przed tym desperackim krokiem. Znajomy, pracujący w dużym serwisie samochodowym po godzinach obejrzał mego trupa, pomierzył na szybko to i owo, po czym stwierdził, że w tym aucie prawidłowo ustawić zbieżności najprawdopodobniej nie da się w ogóle.

–  Jak to w ogóle?

– Bo to składak. Ulep. Krzywy na dodatek. Ten samochód nie ma osi symetrii.

Tego można było się spodziewać, ponieważ w dokumentach auta figurowały dwie daty produkcji: 1986 i 1992. Tak więc albo samochód przez 6 lat nie mógł zjechać z linii produkcyjnej, albo…

Rozwiązanie tej zagadki zostawiłem sobie jednak na później, gdy będę miał trochę więcej wolnego czasu. Golf tymczasem woził mnie do pracy jak miał ochotę, jak nie miał to się psuł. Czasem zaś tylko rozładowywał akumulator do zera, czego przyczyny nie mogłem dociec. Czyli normalnie. Któregoś popołudnia wychodzę z biura. Zamyślony wchodzę na teren parkingu, na którym, na ostatnim, ustronnym miejscu, nie na widoku, parkuję swojego złoma. Wyciągam z kieszeni klucze, szukam właściwego… coś się tu nie zgadza. I nagłe olśnienie! Nie ma samochodu! Została po nim tylko plama oleju. Kamień z serca! A więc ktoś połaszczył się na mojego szrota! Mam tylko nadzieję, że nie zrobi sobie krzywdy. Czym prędzej obiegłem na komendę Policji ogłosić tą radosną nowinę.

Niestety, nie dane było cieszyć się zbyt długo spokojem. Następnego dnia zadzwonił telefon. Oficer dyżurny z drugiej strony słuchawki poinformował mnie z dumą w głosie, że chociaż co prawda sprawcy kradzieży są nieznani, to jednak udało im się odzyskać auto. A niech was piekło i szatani…

Do odbioru samochodu konieczna była laweta. Złodzieje bowiem kilkaset metrów od miejsca kradzieży pojazdu, na łuku przez który przechodziły tory tramwajowe, zaskoczeni najwyraźniej „nietypową geometrią zawieszenia pojazdu”, stracili nad nim panowanie i uderzyli w latarnię uliczną. Niezbyt mocno, na tyle jednak dobrze, by dobić całkowicie chłodnicę. Niedługo potem silnik ugotował się ostatecznie i zatarł na amen. Wówczas złodzieje porzucili go i więcej już nie wrócili a policję zaalarmowała właścicielka posesji, przed którą silnik wydał swe ostatnie tchnienie… Co zaskoczyło mnie najbardziej to fakt, że policjanci ani słowem nie odnieśli się do fatalnego stanu technicznego wehikułu, być może zgodnie z zasadą że nie kopie się leżącego. Przypomnieli za to że niedługo minie trzydziestodniowy termin przewidziany na przerejestrowanie samochodu. Nie wiem czemu uśmiechali się przy tym z politowaniem… Tym sposobem nieoczekiwanie wróciłem z wrakiem Golfa i dowodem rejestracyjnym; tego drugiego bowiem nie spodziewałem się już więcej ujrzeć.

Uszkodzeń było znacznie więcej niż można było się spodziewać. Oprócz zdemolowania chłodnicy i silnika, złodziejom udało się dobić także do reszty przednie zawieszenie; wjazdu na krawężnik nie wytrzymał zardzewiały wahacz i auto stało teraz w szpagacie. Życie zakończyły także opona i felga.

Z ciekawości wstawiłem samochód do zaprzyjaźnionego warsztatu, celem dokonania oględzin tego cudu motoryzacji, gdyż od tego zależała dalsza decyzja co do jego przyszłości.

Okazało się to, co w sumie wiadomo było już wcześniej. Samochód to składak. Czy tam ulep, jak stwierdził znajomy mechanik. Tyle że dużo bardziej zaawansowany, niż by się to początkowo mogło wydawać. Z pierwotnego, bordowego Golfa pochodziły bodajże podłużnice i ściana grodziowa z tabliczką znamionową. Oraz prawdopodobnie tylna klapa, sądząc po pierwotnym kolorze. Kabina to dwa inne golfy, połączone misternie w okolicach słupka „B”. Za wyjątkiem dachu z moim ulubionym szyberdachem; ten bowiem należał dawniej do jeszcze innego egzemplarza, skąd został wycięty i wspawany do mojego rupiecia. Wspawany oczywiście źle, dzięki czemu otwory okienne w nadwoziu były większe i mniej regularne niż szyby. To właśnie było przyczyną wodospadów, gejzerów i siklaw we wnętrzu pojazdu podczas każdego deszczu. Drzwi, błotniki, maska – to wszystko wzięto z jeszcze innych egzemplarzy. Zagadką nie do odszyfrowania nawet dla najlepszych detektywów było pochodzenie elementów wyposażenia, jezdnego oraz napędowego (z zatartymi numerami). Wspominałem już że dach naprostowany był przy pomocy kilkunastu kilogramów szpachli, dzięki czemu był zupełnie niemagnetyczny? Odkryliśmy to całkiem przypadkowo, znajomy instruktor odwiedzający akurat warsztat dla żartu próbował zamocować na nim magnetyczną tablicę „L” od nauki jazdy; nie trzymała się wcale. Nic dziwnego. Dach był betonowy. Wyjaśniało to też kwestię nieszczelności szyberdachu.

Po prostu dzieło sztuki nie samochód. Albo Frankenstein na kołach. Jak kto woli.

Przypomniało mi się, jak swego czasu Adam Słodowy opisywał, jak z pojedynczych części udało mu się złożyć kompletną Syrenę zaczynając od jednego reflektora, który dostał od kogoś, czy też może znalazł… Jak widać, sztuka ta w historii motoryzacji udawała się wielokrotnie, z tym że twórca mojego Golfa raczej wolał to ukryć niż chwalić się całemu światu…

Ten samochód to byłby wspaniały materiał do dyskusji z kreacjonistami, twierdzącymi że proste prawdopodobieństwo powstania samorzutnego hemoglobiny jest porównywalne z przypadkowym złożeniem przez wiatr na złomowisku kompletnego Boeinga 747. Szach-mat kreacjoniści. Proszę bardzo. Oto Golf ze złomowiska, na dodatek zarejestrowany, dopuszczony do ruchu i jeszcze, jakby było mało, z ważnym przeglądem technicznym! To dopiero cud!

Takie miałem mniej więcej myśli, gdy wpychałem pozostałości samochodu w krzaki za warsztatem. Miał w nich pozostać już do końca świata, ewentualnie do czasu aż ochłonę i nabiorę weny aby napisać ogłoszenie o sprzedaży części do Golfa…

Miał, ale tak się nie stało. Nie zdążył nawet dobrze wrosnąć. Ten samochód miał niesamowite zdolności do zmartwychwstawania. Nie pamiętam już, kto mi sprzedał tą informację. W każdym razie brzmiała mniej więcej tak: „znajomy znajomego ma znajomego, który z kolei posiada dziki warsztat samochodowy gdzieś na wsi; w tymże przybytku na stanie znajduje się silnik do twojego Golfa. Niekompletny ale to czego ci brakuje to akurat jest i to nawet w niezłym stanie”.

Zasadniczo to nie widziałem interesu w dalszym ładowaniu pieniędzy w truchło, które nigdy już nie będzie samochodem. Najchętniej to zrobiłbym z niego kurnik. Przed tym krokiem powstrzymywała mnie chyba tylko obawa, że zwierzętom mogłaby stać się w nim jakaś krzywda… Jednak oferta zawierała jeszcze coś, co powodowało że jednak, mimo wszystko, należało ją poważnie i, że tak sobie pozwolę się wyrazić, na trzeźwo rozważyć. Cena silnika wyrażona była bowiem w FRN, co czyniło ją wyjątkowo atrakcyjną.

Słowniczek:

FRN  (Finansowy Równoważnik Alkoholowy) – nieformalna, tradycyjna metoda wyceny wartości towarów i usług, wywodząca się prawdopodobnie jeszcze z czasów prehistorycznych. W przeciwieństwie do innych walut, kurs FRN nie jest prosty i proporcjonalny i do próby jego zrozumienia konieczne jest opanowanie matematyki wyższej, w tym liczb urojonych, na co wskazuje redukcja wartości towarów i usług podczas ich przeliczania z PLN na FRN. Przelicznik jest dodatkowo funkcją wielu zmiennych, przez co wartość tego samego dobra wyrażona w FRN za każdym razem może być inna. Te skomplikowane operacje logiczno – matematyczne powodują w konsekwencji zmniejszenie wartości danego dobra, zwykle o około 2/3 w stosunku do wartości sprzed przeliczenia. Dzięki temu zakup danych dóbr w walucie FRN jest wyjątkowo korzystny dla nabywcy; jakie korzyści odnosi z tego sprzedający, nie jest do końca jasne i wyjaśnione będzie być może podczas dalszych badań i eksperymentów.

Prawdopodobnie w skutek pomyłki FRN z frankiem szwajcarskim (CHF), wiele osób w Polsce wzięło kredyty mieszkaniowe właśnie we frankach i dziś twierdzą, że zostali oszukani.

Mocne

Tym sposobem zaprzyjaźniony mechanik wkrótce zaczął po godzinach składać z dwóch padłych silników jeden, który przy odrobinie szczęścia może nawet będzie działał. Brakujące elementy typu chłodnica, pas przedni, atrapa, zderzak – to wszystko zakupiłem na złomie. Pracownicy tegoż przybytku zaczęli mnie już rozpoznawać i mówić mi po imieniu.

Kilka dni później dzwoni lakiernik z zaprzyjaźnionego warsztatu. Mówi że będzie malował samochód na kolor bardzo podobny do mojego Golfa; jak się dorzucę do lakieru i dam mu 1 FRN to pomaluje i mojego złoma. Warunek jest tylko taki, że sam go sobie do malowania przygotuję. Nie ma sprawy, samochód i tak już jest wybebeszony. Chcąc nie chcąc biorę się za reanimację gruchota na poważnie. Całą wolna sobotę spędzam na warsztacie, szykując truchło do lakierowania. Wybebeszona Golfina trafia jeszcze w międzyczasie w ręce blacharza, który klnie jak szewc ale spawa wrak cały dzień. Rozliczamy się w sposób mieszany, PLN plus reszta w FRN. Golf wreszcie ma podłogę.

Z właścicielem warsztatu, prywatnie kolegą jeszcze z piaskownicy, próbujemy ogarnąć skrzynię biegów i zawieszenie. Kolejna wyprawa na szrot z długą listą zakupów. Pracownicy złomowiska kłaniają już mi się niemal w pas. Przy okazji przytulam komplet oryginalnych golfowskich felg, które to właściciel tegoż przybytku odłożył specjalnie dla mnie. Zaczynam się czuć tu jak celebryta. Szkoda tylko, że złomowisko nie przyjmuje płatności w FRN…

Elektryk ogarnął instalację. Przyczyną notorycznego, samoczynnego rozładowywania akumulatora był jakiś dziwny alarm, wpięty na chama, bez ładu i składu. Za pożar odpowiedzialne było ogólne zapuszczenie elektryki. W skrzynce z bezpiecznikami zamiast drutu i starych monet pojawiły się nawet bezpieczniki. No dobrze, było kilka już wcześniej, jednak o takich wartościach, które spokojnie zabezpieczyć mogły halę produkcyjną w fabryce Volkswagena a nie samochód.

Samochód polakierowany, wyszedł nawet ładnie. Może dlatego, że lakiernik wziął zapłatę w FRN z góry i widocznie zdążył ją już przynajmniej częściowo spożytkować. Blacha (w miarę) cała, elektryka nie iskrzy i nie płonie, silnik wstawiony i nawet pracuje całkiem nienajgorzej, skrzynia ogarnięta i biegów nie trzeba już szukać po całej kabinie, tor jazdy bolidu stał się przewidywalny, pas przedni, w przeciwieństwie do starego, był prosty i światła dało się przyzwoicie wyregulować, nawet atrapa chłodnicy ma właściwą liczbę otworów i nie straszy pustymi oczodołami, woda przestała lać się do środka (za wyjątkiem szyberdachu, który przeciekał nadal)… Zameldowały się nawet hamulce z tyłu! Słowem zrobił się z trupa kawałek samochodu.

Tylko zbieżności nadal nie można było wyregulować i nic na to nie można było poradzić. Tak więc jeździłem do pracy a Golf podczas tych podróży zjadał opony. Pomoc nadeszła znów z nieoczekiwanej strony. Za drobną opłatą (2 FRN) wynająłem opony od firmy dysponującej flotą kilkunastu samochodów osobowych. Okazało się bowiem że koła ówczesnych samochodów służbowych miały ten sam rozmiar co mój szrot. W praktyce wyglądało to tak, że to co oni kwalifikowali jako ogumienie zużyte, dostawał Golf do dobicia a ja oddawałem im te, które dojechał do cna. Tym sposobem sztuki się zgadzały i wszyscy byli zadowoleni. Wychodzi na to, że staliśmy się w ten sposób prekursorami wynajmu eksploatacyjnych części samochodowych na długo wcześniej, zanim niektóre firmy ogłosiły to jako absolutną nowość (na przykład wynajem akumulatorów w samochodach elektrycznych).

Dzięki temu miałem możliwość przetestowania opon różnych producentów, w tym również bardzo egzotycznych. Raz trafiły się bardzo dziwne sztuki, jakiejś firmy z nazwą nie do wymówienia. Co zastanawiające, były w świetnym stanie, niemal zupełnie nie zużyte, jeszcze z „włosami”. Założyłem je do Golfa, szczęśliwy że starczą na dłużej. Moja radość trwała krótko. Do pierwszego deszczu. Wówczas to okazało się, że opony te nie trzymają zupełnie na mokrej nawierzchni a ja dowiedziałem się o tym zatrzymując centymetr od samochodu, który zatrzymał się przede mną na czerwonym świetle. Sytuacja wyglądała groźnie do tego stopnia, że ja i kierowca auta poprzedzającego aż wyszliśmy z samochodów aby sprawdzić, czy naprawdę nie było trafienia. Nie było, za to jest odstęp grubości gazety. Okazało się później, że te opony o śmiesznej nazwie to jakiś produkt do krajów gdzie w ogóle nie pada deszcz, dzięki czemu ślizgały się na mokrej nawierzchni jak na mydlinach a trafiły do nas dzięki jakiemuś „biznesmenowi – cebularzowi”, który sprowadził je dlatego, że były bardzo tanie, sprzedał szybko kilka kontenerów po czym ulotnił się z biznesem, zupełnie nie przejmując się, czy coś się komuś stanie czy też nie. Takie to „byli” czasy.

Minęła wiosna, minęło lato. Wczesną jesienią pojawiło się przed domem nowsze auto i nadeszła pora rozstać się z Golfem. Znów ogłoszenie do gazety i znów…

Znów wizyty dziwnych ludzi o alternatywnym sposobie myślenia.

„- Panie, ałto malowane, opuść pan cenę” – zanim w ogóle zaczęliśmy rozmawiać o pieniądzach.

„- Ja to w zasadzie wolałbym Pasata…”  – to jedź pan po Pasata, przecież w ogłoszeniu napisane jest wyraźnie, że to Golf!

Oprócz tego standardowo, handlarze cwaniaczki.

Jesienią na zlocie absolwentów spotykam się z kumplami ze studiów. Siadamy, wspominamy, mówimy co u nas. Wspominam o swoim problemie ze sprzedażą samochodu.

– A czegóż to nie możesz sprzedać? – pyta Krzysiek.

Olśnienie. To przecież jest człowiek który może mi pomóc! Krzysiek jest handlowcem, ma firmę komputerową, zawsze miał smykałkę do interesów. Szybko wyłuszczam mu swój problem.

Krzysiek myśli chwilę.

– Jeździ to jakoś?

– Jeździ. Z naciskiem na słowo „jakoś.”

Krzysiek bierze kartkę papieru, koślawymi literami pisze na niej:

„SPSZEDAM

VOLKSWAGEN GOLF 2 TDI PO REMĄCIE

ROK PRODUKCJI 1986/92

Telefon …..”

– „Sprzedam” i „po remoncie” piszemy inaczej – wtrącam nieśmiało.

-Wiem jak się to pisze! – mówi Krzysiek – To ogłoszenie nie jest dla ciebie ani dla mnie tylko dla klienta! To ma przemawiać do niego w języku jaki on zna i rozumie.

-Krzysiek… – zaczynam znów nieśmiało.

-Co znowu?!

-Ten samochód to zwykły Diesel, żadne TDI…

-Nie ułatwiasz mi zadania, wiesz?

Wyszliśmy na parking żeby pokazać Krzyśkowi moją zmorę. Obejrzał, i stwierdził że nie powinno być problemu. Tylko auto należy doinwestować.

– Jak to doinwestować?

-Normalnie. Jedziemy do Geanta!

W markecie Krzysiek kupuje pokrowce na fotele „Carbon”, dywaniki udające blachę ryftowaną oraz radio marki „Nikaragua” czy coś w ten deseń. Dziewczyna z działu sprzedaży proponuje nam droższy model znanej marki mówiąc, że z tego to na pewno nie będziemy zadowoleni. Krzysiek odpowiada jej, że ważne jest że radio robi „Umcy-umcy” i ma duży wyświetlacz świecący na niebiesko. Reszta jest nieistotna.

Wszystko to montuje szybko na parkingu przed sklepem.

-Co teraz?

-A teraz jedziemy na lody!

Myślałem że Krzychu żartuje. Ale nie. Pojechaliśmy na dwa samochody do C*******. Mojego golfa z kartkami na szybach zaparkowaliśmy w centrum w widocznym miejscu, po czym usiedliśmy w kawiarni i zamówiliśmy lody, cały czas mając samochód na oku. Już po kwadransie zaczęli kręcić się koło niego jacyś ludzie.

-To jeszcze nie ci właściwi – mówi Krzysiek.

Po jakimś czasie podchodzi inny. Ogląda samochód, odchodzi, podchodzi znowu, wyciąga telefon, dzwoni gdzieś, znów odchodzi. Krzysiek przygląda mu się w milczeniu. Za jakiś czas to samo robi jeszcze jeden. Obaj ubrani są po sportowemu.

-Któryś z nich powinien się odezwać – stwierdza Krzysiek, zamawiając kawę.

I rzeczywiście, po chwili dzwoni telefon. Krzysiek odbiera. Krótka rozmowa. Potem kolejna. I jeszcze jedna.

spszedam

Koniec końców, Golf został sprzedany jeszcze tego samego dnia. Krzysiek z nabywcą targowali się tak zawzięcie, że przedwojenni kupcy żydowscy popadliby w kompleksy. Kwota którą uradzili była satysfakcjonująca, chociaż oczywiście nie pokryła kosztów związanych z zakupem i uzdatnieniem samochodu. Krzysiek stwierdził, że to dlatego, że zbyt poważnie podszedłem do kwestii remontu. Czy tam „remątu”. Jak kto woli. Umowa została podpisana na formularzu wydartym z gazety z anonsami, po czym nowy właściciel odjechał Golfem w siną dal.

Więcej już go nie widziałem. Przez kilka nocy budziłem się jednak na każdy klekot diesla przejeżdżającego pod domem w obawie, że to nowy właściciel przyjechał zwrócić mi pojazd. Nic takiego jednak nie nastąpiło.

To co w tej opowieści natomiast nie jest zabawne to fakt, że takie auta wówczas jeździły po naszych drogach i był to niestety standard a nie wyjątek. Alternatywa bowiem nie istniała. Większość zaś pieniądzy które zainkasowałem za Golfa, pochłonęły opłaty za kolejne auto, w tym Kartę Pojazdu, która wówczas kosztowała 500 zł…Takie to były czasy…

Reklamy

Przy piwku albo największy koszmar motoryzacyjny # 1

Mocne

Kilka dni temu wpadł znajomy w odwiedziny. Rozmowa zeszła na tematy motoryzacyjne, jak to u facetów bywa (wiem, nudy). W pewnej chwili kolega zapytał mnie o mój największy koszmar motoryzacyjny. Trochę się wahałem. Mógłbym wspomnieć zwłoki Junaka, którym przejechałem może ze 200 km w ciągu dwóch lat. Albo Jawę, która po wyciągnięciu ze sterty złomu w której zalegała przez ostatnich kilkanaście (???) lat, przejechała o własnych siłach 20 km po czym rozsypała się w drobny mak – swoją drogą muszę to kiedyś opisać. Ale nie. To byłoby za proste. Te pojazdy były wyciągnięte bezpośrednio i własnoręcznie z krzaków (Junak) albo ze złomowiska (Jawa) i fakt że cokolwiek w nich jeszcze działało było cudem i bonusem, czymś ekstra, z czego należało się cieszyć.

Nie. Mój koszmar miał cztery koła (każde inne) i nosił szumną nazwę „Volkswagen Golf II”. Diesel. Ale aby należycie zrozumieć tę wstrząsającą i rzewną niczym „Pieśń o spustoszeniu Podola” historię, należy cofnąć się w czasie do wczesnych lat 90-tych XX wieku.

O przynależności Polski do Unii Europejskiej nikomu się nawet nie śniło (bo i jak) a nawet jeśli ktoś marzył to po cichu, nikomu o tym nawet nie wspominając, żeby nie uznano go za wariata i nie wysłano do Tworek albo innego Świecia na przymusowe leczenie. Kochany rząd (obojętne jaki) łoił swoich rodaków podatkami od sprowadzanych samochodów aż furczało. Zresztą, nie tylko od sprowadzanych. Dzięki odpowiednim manipulacjom stawkami podatków Fiat Cinquecento w salonie był droższy od Poloneza, co tylko potwierdza tezę, że ekonomia zalicza się do nauk humanistycznych a nie matematyczno – przyrodniczych. W takich to warunkach rodacy sprowadzali do kraju z tej Unii wszelki złom samochodowy jaki tylko udało się znaleźć na tamtejszych śmietnikach, „uzdatniając” go w kraju przy pomocy metod od których włosy stają dęba na głowie.

Ładnych parę lat później pożyczyłem człowiekowi z wąsami i w czapce z żółwia pewną, całkiem dużą wówczas, sumę pieniędzy. Trochę pochopnie, bo dopiero po niewczasie zorientowałem się, że odzyskanie tych pieniędzy może okazać się w praktyce trudniejsze niż odnalezienie bursztynowej komnaty i złotego pociągu razem, jednego dnia… I gdy już pogodziłem się ze świadomością, że gotówki mogę więcej nie ujrzeć, nieoczekiwanie zadzwonił dłużnik.

– Słuchaj, nie mam pieniędzy.

– A to mnie zaskoczyłeś…

– Pieniędzy nie mam ale mam za to samochód. Golfa. W „dizlu”. Dam ci go w rozliczeniu.

– No nie wiem…

– Niezawodny „Folkswagen w dizlu”, rozumiesz, tania i ekonomiczna jazda, rozumiesz…

Rozumiałem, chociaż nie do końca – czemu nie sprzeda samochodu i nie odda mi gotówki? Chociaż z drugiej strony pojazd, którym wówczas się poruszałem (nie powiem: „samochód”), czyli PF 126P, był w moim mniemaniu na wykończeniu i wydawało mi się, że koniecznie potrzebuję innego wozu. O naiwności…

– Jeździ toto chociaż?

– Jak to jeździ? A co ma nie jeździć?! Toż to GOLF! – zaperzył się mój rozmówca – i to jak jeździ! Do tego pali „czy” litry ropy, rozumiesz? „Czy” litry!

Jakoś nie chciało mi się wierzyć w te „czy” litry ropy, chociaż z drugiej strony nie miałem podstaw by tezę ową podważyć – bo w końcu nie powiedział na jakim to dystansie pali te „czy” litry. I czy te „czy” znaczy to samo co „trzy”. Czyli że kłamstwa nie mogę mu zarzucić. Niechby nawet palił i 6 litrów oleju napędowego na 100 km – to będzie i tak dużo taniej niż mój obecny wehikuł, były to bowiem czasy kiedy olej napędowy był dużo tańszy od benzyny. Na samą myśl o taaaakich oszczędnościach mój wewnętrzny, nieuświadomiony do tej pory wąsaty Janusz uśmiechnął się szeroko i szczerbato. Bo chyba każdy z nas nosi w sobie, gdzieś w tyle głowy, za najgłębszymi zwojami najprymitywniejszej ewolucyjnie części mózgu wąsatego Janusza, który właśnie w takich momentach wypełza na światło dzienne i kradnie nam rozsądek, chowając go do jednej z miliona kieszeni swej zapoconej wędkarskiej kamizelki, bez szans na rychłe odnalezienie.

Tak też się stało. Umówionego dnia dłużnik przyszedł do biura w którym wówczas pracowałem, z wypełnioną już umową. Podpisaliśmy, zostawił klucze i dokumenty na biurku sekretarki, pokazał przez okno gdzie zaparkował wóz i zniknął bez słowa. Nigdy więcej już go zresztą nie spotkałem.

W ten oto sposób stałem się (nieco mimowolnym) posiadaczem legendarnego samochodu. Owocem wielkiej miłości włoskich designerów i niemieckich inżynierów. Ten związek był jednak trójkątem, czego jednak w tamtym momencie nie wiedziałem. Tym trzecim tajemniczym kochankiem była „polska kultura i myśl techniczna” a ja jeszcze nie miałem świadomości, jak zaważy ona na całym związku.

Mocne

Być może do myślenia powinien mi dać pęk pięciu kluczyków do auta (PIĘĆ SZTUK), spiętych razem zardzewiałym kółkiem do breloka wielkości i ciężaru małego kowadła. Albo wyświechtany dowód rejestracyjny z pieczątką stacji diagnostycznej z najgorszego zad***a, mimo iż właściciel mieszkał w centrum jednego z największych miast w Polsce.

Późnym popołudniem postanowiłem pojechać swoim „nowym nabytkiem” do domu. Pierwsze wkurzenie (żeby nie użyć dosadniejszego słowa) – szukanie klucza pasującego do drzwi. Nie dość że każdy zamek w tym wehikule ma swój własny kluczyk (przednie drzwi lewe, przednie drzwi prawe, stacyjka, bagażnik i wlew paliwa), nie dość że są one identyczne, to jeszcze wkładki są tak powycierane że klucz należy włożyć pod odpowiednim kątem żeby móc otworzyć drzwi. Klnąc na czym świat stoi mocowałem się dobre 10 minut na parkingu przed firmą z zakichanym zamkiem w drzwiach, potem kolejne 10 ze stacyjką. Wewnętrzny Janusz schował się gdzieś ze strachu i nie wypełzł z kryjówki do dziś.

Rozejrzałem się po wnętrzu. Deska rozdzielcza wesoła niczym życie w radzieckim łagrze, wypierdziane do drutów fotele w kolorze rozwolnienia, arrasy na podsufitce, dziura po radiu ze zwisającymi smętnie kablami…

Próba odpalenia gruza dostarczyła przeżyć nieporównywalnych z niczym innym. Przekręcenie właściwego kluczyka w stacyjce spowodowało ogólny łomot w komorze silnika, pod podłogą, w bagażniku, deska rozdzielcza o mało co nie odpadła… Nie ma powodów do paniki, to tylko wybite do cna poduszki mocujące układ napędowy do resztek nadwozia plus zamocowany na sztywno wydech dają takie wibracje i odgłosy. Maszyna w końcu odpaliła, wyrzucając z siebie chmurę czarnego dymu, sadzy i popiołu jak z małego wulkanu, czyniąc zapewne podobne spustoszenie w środowisku oraz zmiany klimatyczne. Klekot silnika zagłusza myśli, deska rozdzielcza i resztki wyposażenia (nie ma tego wiele) od wibracji latają po całej kabinie, obraz przed oczami zaczyna się rozmywać, czuję że za chwilę pękną mi bębenki w uszach, dym z nieszczelnego układu wydechowego dostaje się do środka… Opuścić pokład, ratuj się kto może!

Auto jednak się nie rozpada. Wobec tego jedziemy. Nie tak szybko. Najpierw należy znaleźć bieg. A nie jest to proste. Mechanizm ma bowiem takie luzy, że jedynka odnajduje się niemalże w komorze silnika. Samochód w ogóle zresztą jest totalnie wyluzowany. Przy wyjeździe z parkingu zaskoczyłem się, jak lekko chodzi w nim kierownica. „Ki diabeł, ma toto wspomaganie?” To jednak nie było wspomaganie; kierownica chodziła ciężko niczym w Starze 25, a ta „lekkość” to tylko luzy na przekładni kierowniczej, wynoszące mniej więcej ¾ obrotu.

Pierwsze hamowanie przy wyjeździe na drogę główną uświadamia mi, że układ hamulcowy jest zapowietrzony do ostateczności a szczęki i okładziny prawie nie istnieją – za wyjątkiem przedniego prawego koła, gdyż to wokół niego wrak próbował wykonać piruet. Ruszam dalej, resztki sprzęgła wpadają w wibracje, samochód trzęsie się jakby miał się rozpaść, wydając z siebie potępieńcze jęki; koścista pani w ciemnym habicie z kosą, siedząca obok na prawym fotelu, zapina nerwowo pasy bezpieczeństwa. Nadaremnie; klamra nie trzyma i pas sam się rozpina – ale nie zwija.

Zawieszenie nie trzyma zbieżności w ogóle. Razem z całkowicie wybitymi amortyzatorami oraz luzami zawieszenia których suma równa się w przybliżeniu odległości stąd do centrum Radomia, skutkuje to całkowicie losowym torem jazdy wehikułu. Przekonuję się o tym na jednym z rond, na którym mam skręcić w lewo. Zaczynam powoli z lewego pasa… Pech chciał, że na łuku trzeba przejechać przez tory tramwajowe… Samochód podskakuje na nich tak, że mimo moich rozpaczliwych prób utrzymania toru jazdy kończę skręt na skrajnym prawym pasie (przy wściekłym akompaniamencie klaksonów i epitetów innych uczestników ruchu drogowego). Auto dosłownie przeleciało przez dwa pasy ruchu. Śmierć prosi, wręcz błaga, by wysadzić ją na najbliższym przystanku; dalej pojedzie sobie spokojnie tramwajem. Kilka nierówności na drodze wylotowej z miasta i znów samochód skacze jak piłka po całej szerokości jezdni… Jak on tym jeździł???

Jakimś cudem wyjeżdżam za miasto. Zauważam że prędkościomierz działa tu zupełnie inaczej niż w znanych mi do tej pory pojazdach. Otóż nie wskazuje on konkretnej ani nawet przybliżonej wartości w kilometrach czy milach na godzinę. Ten egzemplarz pokazuje przedział, w którym mieści się dana wartość prędkości. W tym przypadku przedział (otwarty) zawiera się gdzieś w granicach 20 – 80 km/h, wskazówka szybkościomierza skacze bowiem jak porąbana pomiędzy tymi wartościami. Niezależnie od prędkości.

Zapada zmrok, pora zatem włączyć światła. W tym miejscu czuję się w obowiązku dać pewne małe wyjaśnienie dla młodszych czytelników: otóż w zamierzchłych czasach świateł używało się inaczej niż dziś. Włączało się je kiedy zapadał zmrok i wyłączało w dzień. Prawda że zupełnie bez sensu? No więc zgodnie z ówczesną modą włączam światła; wyłącznik znajduje się we właściwym sobie miejscu, nawet chyba jest oryginalny, co jest pierwszym pozytywnym zaskoczeniem podczas tej podróży. Przekręcam pstryczek… i nic. Deska rozdzielcza pozostaje ciemna jak umysł religijnego fanatyka. Ale światła działają, o czym nie omieszkają się informować mnie kierowcy nadjeżdżający z przeciwnego kierunku, błyskając wściekle światłami drogowymi, trąbiąc i klnąc.

Pora wjechać na drogę ekspresową. Tak, byłem szczęściarzem i miałem wówczas do dyspozycji takową, chyba nawet całe 24 km. Jedną z bodajże dwóch na całą Polskę. Wjeżdżam na pas włączania, redukcja biegu (znalazł się nawet szybko, bo już za trzecim razem), pedał w podłogę i ogień… Ogień? Jaki ogień? Poza jeszcze większym natężeniem hałasu (możliwe to?) nie dzieje się nic. Diesel bez turbo przyspiesza jak tankowiec; tektonika płyt kontynentalnych jest przy tych przyspieszeniach okamgnieniem. Za samochodem chmura dymu jak z Wezuwiusza a ten kloc nie może nabrać prędkości. Mam wrażenie że z większą prędkością wędruje rdza po jego karoserii (to zresztą okazało się prawdą). Jakoś wczłapaliśmy się na tą ekspresówkę. Potem zjazd na drogę lokalną i silnik gaśnie. Na amen. Zero reakcji. Nic. Światła też szlag trafił. Noc w lesie. Nie ma prądu. Przy zapalniczce grzebię przy instalacji elektrycznej, może prąd wróci. Wrócił. Ale akumulator zdążył się rozładować na tyle, że nie ma szans na zakręcenie rozrusznikiem. Pozostaje palenie diesla na pych. Diesla! I to szybko, póki złom jeszcze ciepły. Próba pierwsza, piąta a także siódma nieudane. Potykam się o własny język, płuca na wierzchu, w ustach Sahara. Ostatnia próba, na więcej nie mam sił. Trup zaskakuje. Piłuję złoma ile wlezie. Już go nienawidzę. O dziwo samochód dojeżdża bez przeszkód pod dom. Na wszelki wypadek parkuję go na wzniesieniu. Strzeżonego… wiadomo.

Następnego dnia rano robię przegląd „nabytku”, po którym dochodzę do wniosku że chyba lepiej było stracić te pieniądze niż zostać obdarowanym tym Golfem. Auto z zewnątrz pomalowane było na kolor bordowy, mocno zbliżony do minii. Prawdopodobnie wałkiem. Ale tylko z zewnątrz. Wewnątrz nikt się nie silił nawet na zachowanie pozorów, dzięki czemu drzwi zachowały swój oryginalny kolor – każde inny. Po części wyjaśniało to obecność aż pięciu kluczyków. Zamek w prawych drzwiach nie działał zupełnie, zamiast oryginalnego zamknięcia zbiornika paliwa był plastikowy korek od jakiejś beczki… Tym sposobem zredukowałem liczbę kluczyków do trzech, znakując je podkradzionymi dziewczynie lakierami do paznokci. Jedna rzecz opanowana. Rozpiera mnie duma. Ale to dopiero początek.

Instalacja elektryczna przedstawiała obraz nędzy i rozpaczy. Na zaizolowanie porwanych i poskręcanych chamsko przewodów ktoś zużył całe kilometry plastra i starej szmacianej taśmy izolacyjnej – tak, tej co się sama rozkleja, produkując zwarcia i przebicia oraz gustowne firanki z postrzępionych końcówek… To tak od strony estetycznej. Stacyjka za to była podłączona – tu zdziwienie – na kostkę, piękną, białą, gustowną, porcelanową… wprost z babcinego żyrandola. Dżizus Krajzler… Pod silnikiem oczywiście przepiękne, czarne jezioro z oczkami jak w rosole, takie z metr na metr. Na te oczka nie zwróciłem wówczas uwagi i to był błąd. Ze skrzyni za to nie ciekło – bo już nie miało co cieknąć. Po prostu nie było oleju. Uszedł całkiem przez mgliste wspomnienie po uszczelniaczach.

Uzupełniłem olej i w drogę, do roboty. Pech (a może i szczęście) chciał, że trafiłem na jakiś kondukt czy inną pielgrzymkę. Niby nic ale spod maski poszły nagle kłęby pary. Zatrzymałem trupa na poboczu i myślę, co teraz? Wskaźnik temperatury pokazuje normę; później okazało się że zawsze pokazuje normę bo jest uszkodzony i wskazówka nie może się dalej wychylić. A powinna. Wentylator na chłodnicy nie działa. Silniczek wentylatora zatarty na amen. Obrócić łopatkami można by było chyba razem z chłodnicą, która jest pogięta i połatana artystycznie we wszystkich możliwych miejscach. W związku z tym ktoś „naprawił” usterkę i wybebeszył termostat, który teraz był zawsze w pozycji „otwarty”, dzięki czemu ogrzewania też nie było. Zresztą, nagrzewnica była odłączona od układu bo ciekła, do czego doszedłem po pewnym czasie. Silnik okazał się być ugotowany na twardo już wcześniej i planowanie głowicy nic by nie pomogło, bowiem pękł także blok… Shit happens…

Za to szyberdach działał. Dawał się nawet uchylić, co poprawiło mi humor. Przynajmniej do pierwszego deszczu, podczas którego sprawił mi prawdziwy prysznic. Druga wezbrana rzeka polała się z podszybia, trzecia przez bagażnik. To tłumaczyło poniekąd niemal zupełny zanik podłogi oraz ogólną sztywność nadwozia na poziomie kartki papieru, objawiającej się na przykład niemożnością zamknięcia klapy bagażnika w sytuacji, gdy auto nie stało na równym podłożu.

Czując się przygniecionym, wręcz zmiażdżonym taką masą usterek w jednym samochodzie (to oczywiście nie było wszystko), postanowiłem złoma sprzedać. Mając jednak na uwadze jego prowadzenie się – a może lepiej powiedzieć: brak prowadzenia, lojalnie nadmieniłem że auto jest uszkodzone chociaż (jeszcze) jeździ i nadaje się tylko na dawcę części (ciekawe jakich?), ewentualnie do kapitalnego remontu – to opcja adresowana do odważnych i wytrwałych. Albo pozbawionych instynktu samozachowawczego.

ogloszenia

Dałem ogłoszenie do lokalnej gazety z ogłoszeniami („olx”, „tablica” ani nawet „alledrogo” jeszcze wówczas nie istniały; to informacja dla najmłodszych). Jak można było się spodziewać, rozdzwonił się telefon. Ale zamiast normalnych kupców zwaliły mi się na głowę tabuny cwaniaczków – handlarzy, którzy zlecieli się jak muchy mięsne do padliny – jakże trafne porównanie.

– Chłopak, daje „stopindzisiont” i biere, pisz „umowe”, nie mam czasu!

– „Stoosiemdzisiont”, ostatnie słowo, albo jadę do domu.

To jedź. Złoma oczywiście nie sprzedałem. Uznałem że trzeba podejść do tematu inaczej, tym bardziej że w międzyczasie zmieniła się sytuacja.

Ale o tym przy kolejnym piwku.

CDN