Kawasaki GPz 900R

Zamek

img20220825_15021060

Czasami najtrudniejszą częścią wycieczki jest wymyślenie sobie celu podróży, żeby móc sobie jakoś zracjonalizować zużycie drogiego paliwa. Głupio bowiem wypalać benzynę bez celu. A przynajmniej tak zwykł mawiać mój znajomy.

DSC08031

Gdy już wynajdziemy sobie cel wycieczki, paliwo przestaje być marnotrawione. W końcu nie jedziemy już donikąd.

Tym razem wybór padł na Château de Malbrouck. Cel o tyle fajny, że znajduje się we właściwej odległości, czyli nie za dużej i nie za małej, a przy okazji jest możliwość przejechania się po wspaniałych drogach lokalnych.

DSC08034

To znaczy może same drogi do wspaniałych technicznie jednak nie należą, jednak jeśli chodzi o walory krajobrazowe, trzeba uczciwie przyznać, że są jednymi z ciekawszych.

DSC08028

Sam zamek natomiast jest niesamowity, bowiem jeszcze 25 lat temu był zdewastowaną ruiną, którą odbudowano i wygląda dziś tak, jak w czasach swojej świetności. Historycy zwykle kręcą nosem na takie rekonstrukcje, bowiem często mają one więcej wspólnego z fantazją, niż obiektywną prawdą historyczną. Zwykle nie dysponujemy żadnymi rycinami, jak taka twierdza rzeczywiście wyglądała i trzeba opierać się na domysłach. Wysokość wież czy murów, zwieńczenia – to zwykle tylko spekulacje.

DSC08035

Tu sprawy miały się inaczej. Zamek posiadał dobrą dokumentację historyczną, więc jak najbardziej nadawał się do odbudowy. Zrekonstruowano również drewniane zabudowania znajdujące się na dziedzińcu, rzecz niespotykana.

img20220825_15030869

Jedyny minus to dość słono płatny wstęp, więc tym razem postanowiłem sobie go odpuścić. Ale co się odwlecze…

Rzecz o planowaniu

img20200425_20103483b 1b

Psychologia to taka średnio fajna nauka. Generalnie, można chyba dzięki niej udowodnić wszystko, co się chce. Przynajmniej ja odnoszę takie wrażenie, po przeczytaniu działu „kącik porad psychologicznych”.

Przykładowo, gdy coś planujemy, to według jednych warto tym się pochwalić przed znajomymi, bo to ponoć motywuje do działania. Że niby nie będziemy chcieli głupio wypaść, więc będziemy się starać zrealizować nasze zamierzenia.

IMG_0019

Jednak druga część psychologów twierdzi, że to wcale tak nie działa. Ogłoszenie wszem i wobec swoich zamiarów działa według nich tak, jakbyśmy już swoje plany przynajmniej częściowo zrealizowali i wobec tego łatwiej siadamy na laurach.

IMG_0017

Podobnie jest z posiadaniem „planu B”, gdyby nam coś jednak nie wyszło. Jedni mówią, że dobrze takowy posiadać, inni że wręcz przeciwnie, bo podobno mnogość celów nie sprzyja ich realizacji.

IMG_0011

Na szczęście ja takich dylematów już nie mam. Miałem już co prawda swoje plany urlopowe, jednak z powodu braków personalnych urlop został zawieszony i zamiast na wypoczynek udaję się jednak do pracy.

Co na to psychologia?

Dziesięć milimetrów

img20200425_20103483b

Wyjazd w celu sprawdzenia w warunkach bojowych nowego obiektywu o imponującej ogniskowej 10 mm. Wiadomo, że będzie to raczej szkło do zadań specjalnych, ale gdy trafia się cenowa okazja, to trzeba brać i nie ma się co zastanawiać.
Jakościowo nie jest to jakaś najwyższa półka, ale jak widać, nie jest źle. Szkiełko daje radę.

IMG_2747

IMG_2752

IMG_2755

IMG_2760

Oczywiście apetyt rośnie w miarę jedzenia i teraz marzy mi się jeszcze krótszy obiektyw. Może kiedyś dołączy znów do zestawu rybie oko…

Las Zły

img20200425_20103483

Wiem że jest książka o takim tytule. Ale ja nie o niej. Mam inne skojarzenie.

IMG_0692

W roku 1999 ukazał się pewien film. Dość niezwykły. Do tego stopnia, że zdołał przekonać pół świata, że nie jest filmem tylko relacją z autentycznych wydarzeń, które naprawdę miały miejsce.

Fabuła była bardzo prosta. Do nawiedzonego ponoć lasu wybiera się troje śmiałków. Wcześniej robią mały wywiad z mieszkańcami pobliskiego miasteczka, którzy ten pomysł na wszelkie sposoby próbują im wyperswadować. Normalny człowiek by zrozumiał i dał sobie spokój. Ale nasi bohaterowie postanawiają jednak wejść do nawiedzonej puszczy, uzbrojeni w książkę – poradnik o sposobach przetrwania w lesie. Co zresztą rodzi uzasadnione podejrzenie, że żaden z trójki bohaterów jej nie przeczytał.

DSC_5694

Dialogi są jeszcze prostsze niż te, do których przyzwyczaiły nas filmy dla dorosłych, chociaż może to wydać się niemożliwe. A jednak. Bohaterowie biegają po lesie i bez końca krzyczą: „Heather, gdzie jesteś?”, „Josh, gdzie jesteś?”, „Mike, gdzie jesteś?” – i tak przez cały film. Dzięki temu, mimo że od obejrzenia filmu upłynęło niemal ćwierć wieku, to do dziś pamiętam imiona bohaterów.

Jednak to nie Heather, Josh ani Mike są głównymi bohaterami tej opowieści. To patyki, kamienie, drzewa grają tutaj pierwszoplanowe role. Oraz jeszcze więcej patyków i kamieni.

Oczywiście wszyscy już wiedzą, o jaki film chodzi. Mowa oczywiście o „Blair Witch Project”. Wkraczając do tego lasu mam właśnie takie skojarzenia. Jest ciemny, ponury i dziki. Na jego dnie (i nie tylko) leży mnóstwo gałęzi, z których nawet ktoś uformował „twarze”. Są także kamienie. Graniczne, z 1779 roku.

IMG_0602

IMG_0605

IMG_0606

IMG_0609

DSC_5793

DSC_5795

IMG_0670

DSC_5680

Brakuje tylko tajemniczych szmerów oraz biegania z kamerą i filmowania swoich własnych butów. Ewentualnie pleców jakiegoś faceta – jak w końcówce filmu.

IMG_0685

Ale to już niestety zostało wymyślone.

Zarobić kasy już się na tym nie da.

O filmie „Top Gun: Maverick”

img20220620_11373334sm

Nakręcenie po latach drugiej części dobrego filmu jest trudnym wyzwaniem. Zrobienie zaś kontynuacji największego hitu kinowego sprzed ponad trzech dekad jest zadaniem karkołomnym, które generalnie najłatwiej jest kompletnie położyć. Jakby nie patrzeć, pierwszy „Top Gun” tym hitem był i do niego należy rekord, którego pobić się już nie da. Otóż film ten jest światowym rekordzistą, jeśli chodzi o ilość sprzedanych kopii na VHS. Wynik ten byłby zapewne jeszcze bardziej imponujący, gdyby doliczyć pirackie kopie krążące w latach osiemdziesiątych nielegalnie po krajach byłego bloku wschodniego, z których to większość osób mojego pokolenia poznała to dzieło…

Mając powyższe wątpliwości na uwadze, z pewnym niepokojem udałem się do kina. Takiego klimatycznego, małego i starego. Zaopatrzony w coś do szeleszczenia i siorbania podczas seansu szykowałem się na najgorsze. A przynajmniej nie spodziewałem się niczego dobrego.

img20220620_11382641

Podczas seansu mile się zaskoczyłem. Otóż twórcom udało się niewykonalne, czyli wyjść obronną ręką z konfrontacji z legendarną już, pierwszą częścią filmu. „Maverick” jest nie tylko udaną kontynuacją pierwszego „Top Gun”. To w ogóle bardzo dobry film, wnoszący do starego tematu zupełnie nową jakość. Oczywista oczywistość, że są w nim nawiązania do jedynki, szczególnie na początku oraz w końcowych scenach filmu, jednak udało się uciec od jej schematów i naleciałości.

Oczywiście fabuła nadal nie jest zbyt skomplikowana. Trwają przygotowania do arcytrudnej akcji militarnej, bo wiadomo, to przecież armia. Czasu jest niewiele a okoliczności wyjątkowo niesprzyjające. Wokół tego zadania kręci się akcja filmu, jednak na całe szczęście nie jest to przytłaczające. Wróg niby jest, ale bez twarzy i imienia. To w sumie też dobrze.

IMG_1550

Sprawą wartą osobnego podkreślenia są sceny powietrznych akrobacji. Powiedzmy sobie szczerze – w kinie akcji wszystko już było. Do tego stopnia, że takie sceny zaczynają nużyć. Ale nie w Mavericku! Jakość scen, ich montaż, realizm – w końcu wszystko dzieje się naprawdę w powietrzu – to jest absolutne mistrzostwo świata i okolic. Jeśli ktoś powie, że są to najlepsze sceny lotnicze w historii kina, to jestem skłonny bez wahania przyznać mu rację.

img20220620_11373334

Wcale nie mniej dzieje się na ziemi. Mamy opowieść o dalszych losach bohaterów znanych nam z części pierwszej oraz ich potomków, bowiem jednak trochę lat już minęło. Oczywiście wraca wątek miłosny, bo czemu by nie. Jednak jest on dojrzały i poważny. W tle mamy rozgrywki personalne na wysokich szczeblach, podkładanie sobie świni i nóg, bo to przecież życie. Bohaterowie są przecież podobnie jak i my, o te 35 lat starsi, więc i tematyka jest poważniejsza. Chociaż jest także i całkiem spora dawka humoru. Udało się przy tym pogodzić stare z nowym. Nie ma się uczucia, że coś jest dodane na siłę. Dawne postaci, znane z pierwszej części filmu są tu umieszczone sensownie, nowe również dodano zgodnie z duchem czasu. Wyszła z tego trochę nostalgiczna opowieść o przemijaniu i przekazywaniu dalej międzypokoleniowej pałeczki w sztafecie pokoleń… A może to tylko nasze pokolenie tak to odczuwa?

img20220620_11402133

Ale co jest jeszcze ważniejsze, to postaci, które stały się dużo bardziej wyraziste i ludzkie niż w pierwszej części. Nie są to oczywiście pełne typy charakterologiczne, bo w tego typu kinie nie ma czasu ani miejsca na aż tak szczegółowo rozrysowanie postaci. Jednak czuć, że są to ludzie. Najbardziej oczywiście sam Maverick przedstawiony jest tutaj jako zwykły, ludzki bohater. Nie jest wszechmocny ani wszechwiedzący, popełnia błędy, przyznaje wprost, że o pewnych sprawach nie ma zielonego pojęcia. Poza tym jest graciarzem, za co darzę go wielką sympatią. Tak, Maverick w swoim hangarze ma całkiem sporą kolekcję starych motocykli.

A skoro o motocyklach mowa – oczywiście pojawiają się one w filmie, jednak nie tak często jak bym chciał. Ale jednak. Trudno powiedzieć, który gra tu ważniejszą rolę: czy stara GPz 900R, czy też nowy Ninja H2 Carbon. Co ciekawe, liczba scen w których pojawiają się oba motocykle jest mniej więcej zbliżona.

Więcej opowiadał nie będę, bo film wciąż można obejrzeć w kinach. W moim przypadku dwugodzinny seans minął nie wiadomo kiedy. Momentów nudnych czy też względnie zbędnych nie odnotowałem. Do tego stopnia, że nawet nie zdążyłem dojeść popcornu.

img20220620_11392098

Dużo można by jeszcze pisać na ten temat, chociaż nie wiem, czy to jest potrzebne. Jeden z moich kolegów, kiedy próbowałem mu zrelacjonować jeszcze na gorąco wrażenia po seansie, przerywał mi pytaniem w pół słowa:

„- Dobra, dobra. GPz 900R była?

– Oczywiście, jasne że była!

– Dobra, to idę!”

Saar – Lux – Lor, część 1/3

img20200425_20191896

Są na mapie miejsca wyjątkowe. Takie, gdzie w jednym miejscu schodzą się granice trzech państw. Teoretycznie są to trzy odrębne państwa i trzy różne regiony, jednak w zasadzie więcej je łączy niż dzieli.

Pewnego letniego popołudnia wpadłem na pomysł, aby spróbować pokazać to specyficzne miejsce na zdjęciach, ale w ten sposób, by nie dzielić go na poszczególne państwa i raczej postarać się ukazać jako jedną całość. Którą w jakimś stopniu przecież jest.

Same fotografie mają być dość przypadkowe. Nie ma jakiegoś sprecyzowanego planu, co do tematyki. Generalnie, na zdjęciach będzie to, co mnie w danym miejscu zainteresuje w jakiś szczególny sposób.

Żeby było trudniej, zdjęcia postanowiłem robić najprostszym kompaktem jaki udało mi się znaleźć, tak zwaną „Idiotenkamerą”. W myśl zasady że „mniej znaczy więcej”. W domyśle mniej techniki. Będzie to taki mały eksperyment. Sam jestem ciekaw, co z tego wyniknie.

Tymczasem pierwsza próbka zdjęć.

DSC07846

DSC07850

DSC07852

DSC07855

DSC07857

DSC07864

Ciąg Dalszy Nastąpi…

img20200425_20070651

O rzeczy nieprzemijaniu

img20200425_20103483b

Kiedyś było łatwiej. Przynajmniej w niektórych sprawach. Gdy posiadałeś dwudziestopięcioletni motocykl, to już byłeś graciarzem pełną gębą. Było to proste i oczywiste. Miałeś stary motocykl to nawet wyjazd do sklepu po bułki był wyzwaniem i przygodą. Podczas takiej wyprawy wydarzyć się bowiem mogło dosłownie wszystko. Nawet dziś, gdy człowiek patrzy na dawne fotografie, to wszystko wydaje się na nich stare i podniszczone.

Dzisiaj nawet czterdziestoletni motocykl wcale nie musi wyglądać staro. Wręcz przeciwnie, może swój wiek doskonale maskować. Zarówno wizualnie, jak i technicznie.

Ot, taka GPz 900R. Mimo 37 lat na karku wcale nie odbiega w codziennym użytkowaniu od sprzętów całkiem współczesnych. Gdy na nią patrzę, to sam nie bardzo mogę w to uwierzyć. Rzecz, która chyba nigdy nie przestanie mnie fascynować – że można było wymyśleć przyszłość i zaplanować motocykl, który przez kolejną dekadę nadal będzie świeży i nowoczesny. Maszynę, która przez 19 lat produkcji nie będzie wymagała praktycznie żadnych zmian. Bo umówmy się, wymiana widelca przedniego czy hamulców to nie są jakieś istotne ingerencje w konstrukcję samego pojazdu.

IMG_8619

Kiedyś czterdziestoletni motocykl to już musiał być gruchot, którym strach było wyjechać gdziekolwiek. Dziś jedynym ograniczeniem jest w zasadzie wyobraźnia użytkownika. Do sklepu po bułki? Nie ma sprawy. Krótki, jednodniowy wypad za miasto? Jasna sprawa. A może wycieczka do innego kraju? Ależ nie ma sprawy!

To dokąd chcesz dziś pojechać?

Ghost Station

img20220506_14225471s

Pani z Dziekanatu westchnęła ciężko i z wyrazem największego obrzydzenia przysunęła w swoim kierunku plik dokumentów. „Podanie o rozliczenie kosztów przejazdów służbowych, kopia dowodu rejestracyjnego, kopia prawa jazdy, kopia dokumentu ubezpieczenia pojazdu, faktura ze stacji paliw, kserokopia mapy, trasa podróży, kilometrówka… – o co to, to nie!” – podniosła głos. Wyjęła z szuflady linijkę, przyłożyła do mapy, odczytała odległość w linii prostej pomiędzy zaznaczonymi punktami na mapie, po czym czerwonym długopisem poprawiła przebyty dystans. Z 216 kilometrów zrobiło się niecałe 150. Teraz w ruch poszedł kalkulator. Sto pięćdziesiąt mnożone przez groszową, chyba jeszcze przedwojenną stawkę za kilometr, to daje nam… A nie, moment, moment. Pani zerka jeszcze raz na dowód rejestracyjny. To nie ta kategoria pojazdu, dla tego jest przecież niższa stawka! Liczydło idzie w ruch jeszcze raz. Po wszystkich skomplikowanych operacjach matematycznych wychodzi kwota, która wystarczyłaby ewentualnie może na zakup hot-doga na którejś z tańszych stacji benzynowych. Bez keczupu, do tego luksusu trzeba by dopłacić.

img20220506_14244283

Na nieśmiałe zwrócenie uwagi, że przecież drogi nie są wytyczone wcale po linii prostej i mają nawet zakręty, a na stacji benzynowej paliwo sprzedają w tej samej cenie, niezależenie od „klasyfikacji pojazdu”, Pani z Dziekanatu spojrzała takim wzrokiem, jakbym próbował jej odebrać ostatnią kromkę chleba. „Proszę czekać na rozliczenie” – rzuciła tylko przez zaciśnięte zęby. Koniec audiencji.

Z przejazdami służbowymi komunikacją publiczną było trochę lepiej. O tyle, że z kwotami widniejącymi na biletach Pani z Dziekanatu nie próbowała dyskutować. Oczywiście taki rodzaj transportu wiązał się z wieloma upierdliwościami, jak na przykład wstawaniem o nieludzkich godzinach i byciem w podróży czasem po kilka dni, zamiast jednego czy dwóch. Zwykle zmieniało się też środki transportu, typowo: komunikacja miejska, PKS, PKP, własne nogi. Przy czym ostatni dystans to było zwykle dobre 15 – 20 km, z całym niezbędnym sprzętem na plecach.

Ale to, co było w tym wszystkim piękne, to właśnie te ostatnie etapy podróży. Zapomniane przez wszystkich stacyjki kolejowe, na których już dawno nikt nie urzędował, bo pociąg pojawiał się tu dwa razy dziennie. Ten sam skład zresztą, rano jechał w jedną stronę, wieczorem wracał. Stara lokomotywa spalinowa ciągnęła bez pośpiechu jeszcze starsze wagony, jeszcze z drewnianą konstrukcją i lampami oświetlającymi wnętrze z grubego, lanego szkła, które wyglądały jak słoiki. Wewnątrz tych archaicznych lamp żarówki o jakiejś mizernej mocy wieczorami bardziej żarzyły się niż świeciły, wcale nie rozjaśniając mroku, a drewniana konstrukcja wagonów skrzypiała, kołysząc się na nierównych szynach. Bywało i tak, że byłem jedynym pasażerem tego składu. Nikt tędy nie jeździł. Osady, bo wioskami trudno nazwać trzy chałupy i folwark, były tu bardzo nieliczne, miejscowi rzadko się gdzieś ruszali a jeśli już, to jeździli raczej samochodami. Pociąg kursował rzadko i poza tym jechał może w porywach z prędkością nietrzeźwego rowerzysty, bo na rozwinięcie większych szybkości nie pozwalały powyginane we wszystkie strony szyny, które ostatni raz remontowane były chyba za czasów cesarza Franciszka Józefa.

Do dziś z tamtych czasów pozostały wspomnienia, kilka wyblakłych zdjęć, oraz ogromny sentyment do takich starych, opuszczonych stacji kolejowych gdzieś na końcu świata, na których błąkają się duchy przeszłości. To tu ktoś na kogoś czekał, smutne rozstania i szczęśliwe powroty…

Właśnie z powodu takich resentymentów narodził się pomysł, aby poszukać gdzieś w okolicy takich zapomnianych dworców kolejowych, a najlepiej całych linii. Wydało mi się to całkiem fajne, jednak realizacja natrafiła na wiele nieoczekiwanych przeszkód natury różnorakiej, także obiektywnej.

Co się jednak odwlecze… Poszukiwaną linię udało się odnaleźć, a przedstawione tu zdjęcia to efekt małych rekonesansów.

Pierwsze z typowanych wcześniej miejsc to dworzec jak najbardziej czynny, chociaż część infrastruktury niszczeje, a sam budynek dworcowy  pełni już zupełnie inną rolę.

IMG_9797

Drugi dworzec jest wspaniale zapuszczony, chociaż kursują z niego jeszcze jakieś pociągi. Jakieś cztery czy pięć na dobę. Miejsce z dużym potencjałem na stację-ducha.

img20220506_14225471

Ale ma jeszcze czas.

DSC_2357

DSC_2358

DSC_2362

Wreszcie trzeci okazał się strzałem w dziesiątkę. To znaczy samego dworca już nie widać i ciężko powiedzieć, co się z nim stało. Coś czuję, że to będzie ciekawa historia.

Z całego założenia pozostał kawał peronu z zachowanym zadaszeniem, całkiem sporo różnorakich pozostałości infrastruktury, oraz ciągnące się nie wiadomo gdzie, zardzewiałe szyny.

DSC_3716

DSC_3718

DSC_3734

DSC_3740

Krótki rekonesans wykazał, że rzecz wygląda bardziej niż obiecująco. Pociągi nie jeżdżą tędy już co najmniej ze dwie dekady, ale sama linia zachowała się niesamowicie dobrze, razem z sygnalizatorami i wiaduktami.

DSC_3720

DSC_3730

To będzie miejsce kolejnej wycieczki.

IMG_9808

DSC_3727

A co do moich studenckich rozliczeń…

Gdy pod koniec studiów poszedłem w końcu przypomnieć się Pani z Dziekanatu i upomnieć się o swoje rozliczenia przejazdów służbowych, których było całkiem sporo, ta zrobiła tylko (udawane) wielkie oczy, po czym sparafrazowała słynny tekst kapitana Stopczyka:

„- Rozliczenia? Jakie rozliczenia?!”

Wspaniałe czasy ogólnej ..ujozy 🙂

img20220506_14235354