Kawasaki GPZ 750

Linia Zygfryda #2

img20200425_20103483

W tym odcinku przewodnika po zapomnianych fortyfikacjach dawnej Linii Zygfryda znajdą się aż trzy pozostałości po niewielkich bunkrach.

Podobnie jak bunkier z pierwszej części, są one raczej bezimienne. Umocnienia Linii Zygfryda znajdujące się w miastach są nieźle opisane, przynajmniej te, które się zachowały. Inne, rozrzucone po polach i lasach, są zwykle wspominane tylko ogólnie, jako grupa umocnień, bez wyszczególnienia poszczególnych obiektów. Temat jest zresztą daleki od opisania i dziś chyba już w ogóle niemożliwy do ogarnięcia. Pierwsze opracowania powstały dopiero na przełomie lat 80-tych i 90-tych XX wieku. W tym czasie wiele umocnień już nie istniało albo zostało zasypanych. Należy jeszcze nadmienić, że po wojnie wojska francuskie wysadziły w powietrze większość tych obiektów. Niemożliwa do ustalenia dziś jest nawet liczba tych umocnień, szacowana na 15500 do 18000. Niezły rozrzut.

IMG_9836

Ponieważ umocnienia, będące celem dzisiejszej wycieczki, zbudowano pośrodku lasu, więc aby je odnaleźć należy pokręcić się po różnych zadupiach, przy okazji odwiedzając dziwne miejsca.

IMG_9832

Ten znak ma naprawdę przestrzeliny, co daje nieco do myślenia.

IMG_9829

W końcu trafiam na właściwą drogę.

IMG_9826

Asfalt co prawda się skończył, jednak droga jest na tyle dobra, że da się nią przejechać jeszcze spory kawałek.

IMG_9823

Chociaż oznakowanie pozostawia jednak sporo do życzenia.

DSC_4631

IMG_9684

A oto i bunkry. Pilnowały one kawałka lasu w dolinie niewielkiego strumienia. Dwa zbudowano obok siebie na jego prawym brzegu, trzeci stał samotnie na lewym stoku doliny.

Z jednej strony ilość zbudowanych umocnień przeraża. Te trzy bunkry broniły tak w zasadzie dostępu do niczego. Z drugiej jednak strony, ten pas umocnień to była tak naprawdę jedyna linia obrony III Rzeszy, jeśli nie liczyć naturalnej przeszkody jaką był Ren. Dalej nie było już nic, co mogłoby powstrzymać marsz aliantów.

Wspomniane bunkry są ruinami w różnym stopniu zachowania. Pierwszy z bliźniaków wygląda nawet nieźle.

DSC_4610

DSC_4611

DSC_4615

Do pierwszego można nawet wejść. Co prawda do zobaczenie jest niewiele, gdyż większość pomieszczeń jest zasypana ziemią i gruzem, jednak zawsze to coś.

DSC_4616

DSC_4620

Drugi z nich jest zasypany niemal w całości i na powierzchnię wystaje tylko nieco betonu porośniętego niemal całkowicie roślinnością. Tu zwiedzać nie ma czego. Obiekt niby jest, jednak brak do niego dostępu.

DSC_4622

Trzeci z bunkrów jest największy. Dziś duża jego część znajduje się pod ziemią. Trzeba uważać na wystające z ziemi pręty zbrojeniowe, przerdzewiałe rury oraz szczeliny, na których z powodzeniem można co najmniej zwichnąć nogę.

IMG_9643

Obiekt da się zwiedzić częściowo. Większa jego część jest bowiem zagruzowana, podobnie jak to było w przypadku pierwszego obiektu.

IMG_9649

IMG_9650

IMG_9653

IMG_9676

IMG_9677

IMG_9680

Oczywiście z oryginalnego wyposażenia obiektu nie zachowało się zupełnie nic. Jedyne, co można w nim podziwiać, to wspaniałe stalaktyty i stalagmity.

IMG_9651

Rzecz jasna, bunkry nie brały żadnego udziału w walkach. Alianci po prostu je ominęli. Po wojnie zaś saperzy francuscy wysadzili je w powietrze. Dziesiątki i setki tysięcy marek utopiono w wielki projekt, który ostatecznie nie przydał się na nic.

Kawał dobrej, nikomu niepotrzebnej roboty.

IMG_9644

„Nigdy więcej wojny”. Czyli jest nadzieja dla ludzkości.

img20200425_20070651

Kontemplacja

img20200425_20191896

Wycieczka po francuskiej prowincji z gatunku tych nieplanowanych, po prostu „przed siebie”. Niczym nieskrępowana swoboda i przestrzeń czasem potrzebna jest tak, jak powietrze.

DSCI5763

DSCI5766

Trochę jak u Pirsiga, jazda motocyklem jest wspaniałą okazją do kontemplacji rzeczywistości.

DSCI5768

DSCI5773

DSCI5774

Mijane relikty przeszłości przypominają o kruchości i ulotności wszystkiego. Powoli tracą nie tylko formę, ale i znaczenie…

Autorefleksja

img20200425_20103483

Podobno człowiek zaczyna być naprawdę stary w momencie, w którym z rozrzewnieniem zaczyna wspominać „dawne, dobre czasy”.* Może nie powinienem pisać już nic więcej na ten temat, skoro cała ta strona ma w dużym stopniu charakter wspomnieniowo – nostalgiczny…

Nie chodzi mi o gloryfikację dawnych czasów, bo w sumie nie ma czego gloryfikować. Nie były one wcale dobre. Tym niemniej jedną rzecz wspominam z rozrzewnieniem – niemal puste drogi w weekendy, gdy można było podróżować godzinami, nie spotykając zbyt wielu pojazdów. A napotkać motocyklistę to już było wyjątkowe święto, które zresztą zwykle celebrowało się poprzez wspólny postój i rozmowę, trwającą nawet i przeszło pół godziny. Rozmawiało się o wielu rzeczach. O motocyklach, podróżach, ludziach. Czasem okazywało się, że gdzieś tam mamy jakichś wspólnych znajomych. Albo prawie znajomych. Wszystko jedno, świat był mały.

To już było i wątpliwa sprawa, żeby jeszcze kiedyś wróciło. Natomiast receptą na puste drogi jest wyjazd tak wcześnie rano, jak to tylko możliwe. Skoro ludzie w weekend chcą pospać, więc należy to wykorzystać. Takie postępowanie ma jeszcze ten plus, że wschód Słońca można podziwiać w tak pięknych okolicznościach przyrody.

DSC07817

*Tak naprawdę to ludzie z rozrzewnieniem wspominają swoją młodość a nie czasy, jednak nie wiedzieć czemu myli im się jedno z drugim.

Majowe perturbacje

img20200425_20103483

Jeszcze nigdy w swojej historii „siedemsetpięćdziesiątka” nie rozpoczęła sezonu tak późno, jak w tym roku. Oczywiście nie licząc czasów gdy była wrakiem przeznaczonym na części – bo wtedy żaden sezon nie był już jej pisany. Jednak po tym, jak maszyna została odratowana sezonu albo się nie kończyło, albo zaczynało najpóźniej na początku lutego.

W tym roku stało się inaczej. Jeszcze w zeszłym roku zauważyłem, że rozrusznik pracuje coraz słabiej, jednak nie zwróciłem na to większej uwagi. W końcu akumulator ma ponad siedem lat, więc żaden cud – czas już na niego. Zima trochę się przeciągnęła a w marcu okazało się, że rozruch jest niemożliwy. Cóż, zaskoczenia raczej nie było.

W międzyczasie postanowiłem jeszcze wymienić uszczelkę pod głowicą, bo zaczynała pokapywać olejem. Powoli zacząłem opracowywać zakres robót oraz listę niebędnych części. Ale z tym akumulatorem coś mnie tknęło. Bowiem „komputerek” pokazywał jego słabą kondycję tylko podczas próby rozruchu – i tylko wówczas. Postanowiłem więc odpalić drania z kabla, pożyczając prąd z samochodu.

img20210504_15402682

Oczywiście nic to nie dało. Po kablach poszedł taki prąd że aż auto jęknęło, ale rozrusznik się nie obrócił. A więc sprawa jakby się wyjaśniła. Tyle że nie tak jak chciałem. Trochę szkoda że konstruktorzy „wykopali” kopniak z tego motocykla, bo w Z 650, jego bezpośrednim protoplaście, kopajka była. Dawno temu, w pewnej Hondzie, ratowała mi tyłek.

Wymontowany rozrusznik pojechał do znajomego elektryka który obejrzał go, pokiwał głową i rzekł tylko:

„- Mehr tot als der Tod” (bardziej martwy niż śmierć).

Czyli, chcąc nie chcąc, trzeba będzie zamówić także rozrusznik. Jego ceny mogą przyprawić o ból głowy. W końcu udało się zakupić używany, wyjęty z motocykla który miał mniej szczęścia.

Wszystko to trwało oczywiście dużo dłużej niż planowałem. W końcu jednak mamy lock down. Maszynę udało się ogarnąć dopiero z końcem kwietnia.

Wymieniona została także uszczelka pod głowicą, dzięki czemu motocykl przestał już znaczyć teren – jak na produkt „Made In Japan” przystało.

A że nowa uszczelka musi trochę pojeździć i osiąść, przeto zaczęliśmy nabijanie kilometrów.

Boczne drogi mają swój urok.

DSC_4691

DSC_4686

DSC_4478

DSC_4453

DSC_4449

IMG_9580

DSC_4694

IMG_9563

DSC_4645

DSC_4600

DSC_4695

DSC_4628

Ponoć gdy są bunkry, to musi być fajnie.

DSC_4648

DSC_4649

DSC_4620

Akumulator zaś, ku mojemu bezgranicznemu zdumieniu, jeździ już ósmy sezon.

img20200425_20070651

Der Teufel

img002

GPz 750 A1, 1983

Jest rzeczą dziwną i znamienną, że o motocyklizmie wie się wszystko już około pięć minut po tym, gdy się samemu weszło w to środowisko. Świat jest sympatycznie prosty i uporządkowany.

Dopiero z czasem zaczyna do Ciebie docierać świadomość, że to jednak zupełnie nie tak. Świat nie jest już płaski i prosty, okazuje się być wielowymiarowy. Przy czym ta mnogość wymiarów powoduje, że rozumiesz z tego coraz mniej, mimo iż Twoje horyzonty się poszerzają. Tak naprawdę jest to bardzo pozytywne zjawisko, bo stajesz się coraz bardziej otwarty. A że przy tym Twoje wcześniejsze „uporządkowane plany motocyklowe” biorą w łeb… Who cares…

DSC_4009

Wiele lat temu, gdy wydawało mi się, że mój świat jest już uporządkowany, przeglądając niemiecki portal z używanymi pojazdami, natknąłem się na pewne ogłoszenie. W sumie nic specjalnego. Stary japoński sport. Niekompletny grat za jakieś śmieszne pieniądze. A najgorsze jest to, że ja, miłośnik brytyjskiej klasyki, czuję, że go chcę. Bardzo.

Telefon do właściciela. Umawiamy się. W weekend jestem na miejscu. Oględziny są krótkie, bo i nie za bardzo jest co oglądać. Motocykl wybebeszony do naprawy. Gaźniki, elektryka. Sprzedający o jednych problemach mówi, inne taktycznie przemilcza. Normalka. Niemiec płakał jak sprzedawał. Ze szczęścia.

Podpisujemy umowę, dwanaście skrzynek z częściami ląduje w bagażniku samochodu. Resztę, która się nie zmieściła, biorę na plecy i niosę do domu. Jak za dawnych lat.

W ten oto sposób stałem się posiadaczem Kawasaki GPz 750 A1 z 1983 roku. Maszyny, którą niemieccy motocykliści starszej daty zwą pieszczotliwie „der Teufel” (diabeł). A ja oczywiście, w swej naiwności, uważałem że to przezwisko wzięło od kwadratowej owiewki, przypominającej nieco rogatą mordkę. Po drodze łapie mnie deszcz. Chronię się przed nim pod wiatą przystanku. Mam teraz okazję przyjrzeć się dokładniej swojemu „nowemu staremu” nabytkowi. Ogromne koła obute w nienaturalnie cienkie oponki. Charakterystyczny kształt pokrywy sprzęgła. Żebrowana miska olejowa ze specyficznym filtrem oleju. Ja to wszystko już gdzieś widziałem.

Deszcz pada, „diabeł” stoi niewzruszony pod wiatą, jego rogata mordka ma taki wyraz, jakby się ze mnie nabijał.

„-Myśl, myśl intensywnie. Jesteś na dobrym tropie”.

DSC_4322a

Pierwszy „Mad Max”! Film, który oglądałem za dzieciaka z wypiekami na twarzy. Ford Falcon oraz motocykle. KZ1000, którymi poruszali się po australijskim interiorze Jim Goose oraz Toecutter, Bubba Zanetti i inni członkowie psychodelicznego gangu znanego jako „The Acolytes”. Goście o których powiedzieć, że byli źli to jakby nic nie powiedzieć. Oni byli złem. Czystym, krystalicznym, przy których gangi motocyklowe z dzisiejszych produkcji filmowych wyglądają jak banda podwórkowych melepetów poprzebieranych za stałych bywalców baru „Niebieska Ostryga”.

GPz 750 tej generacji jest w prostej linii technicznie potomkiem dawnej serii KZ.

W miarę jak „diabeł” pochłaniał fundusze, w wyniku czego wracał powoli do stanu używalności oraz oryginalności, docierać do mnie zaczęło, ze to przezwisko nie wzięło się tylko od jego wyglądu.

Silnik uruchamia się oraz pracuje w systemie „zerojedynkowym”. Ssania nie da się dozować, można je tylko włączyć albo wyłączyć i trzeba wiedzieć dokładnie, w którym momencie to zrobić. Błąd w którąkolwiek stronę skutkuje zalaniem świec. 88 KM może i nie robi dziś wielkiego wrażenia. Jednak nieco inaczej jest, gdy zasiądzie się za sterami GPz. Do 4500 RPM nie dzieje się nic. No prawie nic. Silnik jest ospały, nie ma ciągu ale za to ma tendencję do gaśnięcia przy nagłych zmianach obciążenia, co zresztą często na początku mi się zdarzało, jako osobie przyzwyczajonej do innej charakterystyki pracy jednostek napędowych. Sprawy mają się jednak zupełnie inaczej, gdy wskazówka obrotomierza minie „magiczną” liczbę 5000 na obrotomierzu. Wówczas budzi się szatańska kawaleria a maszyna z charakterystycznym, zachrypniętym rykiem rwie do przodu jak oszalała – i tak jest już do końca skali, przy czym aż do 9500 RPM wściekłości przybywa. Cienka opona tylna często nie daje rady przenieść tego impetu na asfalt i ślizga się bezradnie. Taki urok. Zawieszenie z jednej strony jest twarde jak deska, z drugiej jednak nie nadąża za mocą silnika i już powyżej 170-180 km/h naprawdę zaczyna być ciężko trafić motocyklem w jezdnię. Jeśli chodzi o hamulce, to trzy wentylowane tarcze hamulcowe naprawdę robią wrażenie. Tylko wrażenie, bowiem wąziutkie oponki nie są znów w stanie przenieść siły hamowania na asfalt i każde gwałtowniejsze przyhamowanie kończy się spektakularnym blokowaniem kół. Stąd też w sytuacjach awaryjnych zamiast hamować, należy się raczej skupiać na wyszukiwaniu luk i innych przestrzeni na drodze a także poza nią, gdzie możesz się zmieścić wraz z motocyklem – bo przecież już z góry wiesz, że i tak nie dasz rady się zatrzymać. Zanim wyjedziesz na jakąś krętą drogę powinieneś dowiedzieć się czegoś jeszcze, żeby na środku łuku zakrętu nie przykleić portek do siedzenia. Ten motocykl to stara szkoła z wysoko położonym środkiem ciężkości, przez co jazda na zakrętach przypomina nieco balansowanie na wysokiej drabinie malarskiej. Nie znaczy to że „nie umie w zakręty”, jednak robi to inaczej niż współczesne konstrukcje. Nie zapomnij także o wąskich oponach. Na szczęście, będąc na granicy przyczepności piszczą ostrzegawczo i lepiej tego nie lekceważ.

Wypadałoby zapewne wspomnieć coś o pozycji za sterami. Jest po prostu wspaniała. Ręce do przodu, nogi podkulone i skierowane do tyłu. Cały ciężar ciała oparty na rękach. Po jakichś 400-500 kilometrach ciągłej jazdy wiesz już dokładnie, ile kości masz w nadgarstkach. O takich atrybutach męskości jak samara piwna zapomnij. W przypadku „Diabła”, w miejscu gdzie chciałbyś ją przewozić, znajduje się zbiornik paliwa.

DSC03270a

Co zatem sprawia, że, mimo tak fatalnej reputacji „der Teufel” jest nie tylko ciągle w moim posiadaniu ale, jakby tego było mało, ma u mnie swoje dożywocie. Jak to jest, że skoro jest tak źle to jest tak dobrze? No cóż, odpowiedź jest prosta. Jest nim najważniejszy z parametrów. Niemcy mają na niego specjalne określenie. Der Fahrspaß, które to słowo na polski można przetłumaczyć jako „przyjemność z jazdy”, chociaż w oryginale ma ono dużo szersze znaczenie. Kryje się pod nim także styl, radość, dopasowanie, charakter maszyny, słowem wszystko co tylko sprawia, że odczuwamy radość z jazdy. Parametr ten jest jak najbardziej mierzalny i wyrażamy go w centymetrach szerokości banana na twarzy podczas zwykłej przejażdżki…

Podobno jak się już zeszło raz do piekieł, to raczej nie uda się stamtąd łatwo wydostać. Z tego też powodu do pierwszego „diabła” dołączył kolejny. GPz 900R z 1985 roku. Ten szatan bardziej przypomina już Wolanda z „Mistrza i Małgorzaty”. Elegancki, szarmancki, z manierami… Ale to już inna historia, bo tak się rozpisałem, ze niech mnie diabli porwą…

„ – Niech mnie diabli porwą? Ależ to da się zrobić!”*

————————————————————————————————————————————–

*) – diabeł Woland, Mistrz i Małgorzata.

**) – artykuł ten został napisany dla Chopper Magazin i ukazał się w jego internetowym wydaniu 2 czerwca 2019 roku.

Powrót do korzeni

img20200427_19454237

Bezkresne łąki i pola. Dopiero dziesiąta godzina a już żar leje się z nieba. Tym razem jednak nie jestem turystą. Przybyłem tu bowiem służbowo.

DSC_2244

Życie potrafi zaskakiwać w nieoczekiwany sposób. Dwadzieścia lat po ukończeniu studiów, gdy już byłem pewien że ten rozdział życia jest zamknięty na zawsze, dostałem nieoczekiwaną propozycję – a w zasadzie prośbę, aby przyłączyć się do corocznego liczenia zwierząt. Niestety, jestem osobą o niskim poziomie asertywności i jakoś niespecjalnie umiem odmówić.

IMG_6368

Powstaje pytanie, czy ja się aby na tym jeszcze znam? Czy po dwudziestu latach jeszcze coś pamiętam? Wszystko się przez ten czas zmieniło.

IMG_6386

Notatki zapisuje się dziś w specjalnej aplikacji w smartfonie, zdjęć można robić ile dusza zapragnie. Czasem żałuję, że dwadzieścia lat temu nie mieliśmy dostępu do takiej techniki. W temacie smartfona to do dziś mam mieszane uczucia. Ale fotografii cyfrowej jestem fanem, chociaż przez wiele lat jakoś nie mogłem się do niej przekonać. Może miałem złe podejście. Możliwość zdjęć seryjnych, praktycznie nieograniczona przestrzeń na karcie pamięci, dzisiejsze lekkie zoomy… Pamiętam, jak kiedyś, dawno temu, podczas zajęć terenowych miałem do dyspozycji jedną rolkę filmu na cały tydzień. Klisza była ręcznie przycinana z taśmy filmowej do specjalnych, wielorazowych kaset. Umiejętnie dobrany wymiar i odpowiednia technika zakładania błony do aparatu pozwalała, przy odrobinie szczęścia, wykonać na niej Zenitem bądź Prakticą od 42 do 44 zdjęć. Czad. Oczywiście, tak długi film stawiał duży opór przy przewijaniu i wcale nierzadkim zjawiskiem było zrywanie perforacji. Wówczas, zamiast większej ilości zdjęć miało się… Właśnie. Później taki film należało wywołać, zrobić odbitki i zeskanować. Skaner na porcie LPT, czyli podczas skanowania można było spokojnie zaparzyć sobie kawę… Ale mnie wzięło na wspomnienia. Mam dużo czasu na myślenie i wspominanie.

Powoli coś zaczyna się dziać. Czapla siwa. Z tego miejsca widzę przez teleobiektyw cztery sztuki.

IMG_6280

Nad polem krąży kania ruda. Na razie jedna. Trzeba zanotować.

IMG_6309

Prace polowe płoszą gryzonie a to ściąga w to miejsce drapieżniki. Mam szczęście.

IMG_6278

Zobaczymy, co z tego wszystkiego wyjdzie.

DSC_2239

Sierck les Bains

img20200717_12223098

Sierck to jednak nie tylko zamek, jak by się na pierwszy rzut oka mogło wydawać. To także stare miasto, które samo w sobie jest nie mniej ciekawe niż twierdza książąt Lotaryngii. W przeciwieństwie do zamku, który jest dobrze wypromowany jako atrakcja turystyczna regionu, same miasto wygląda na schowane w jego cieniu a władze nie bardzo wiedzą, co z nim zrobić. Takie dziedzictwo to skarb ale i wyzwanie.

Zwischenablage02

Po krótkim wahaniu postanawiam zostawić jednak motocykl przy zamku, wychodząc z założenia, że co jak co ale twierdzę widać z każdego miejsca w mieście i w związku z tym odnajdę go później bez problemu. Okazało się to prawdą połowiczną. Zamku jednak nie widać z każdego punktu w mieście a ponadto trzeba wziąć poprawkę na jego rozmiary, czego nie zrobiłem i w związku z tym w nagrodę dałem sobie wspaniały, niezapomniany spacer po milionie schodów z różnicą poziomów 200 metrów.  Z drugiej strony jednak, ciągi piesze są dobrze oznakowane i w zasadzie w każdym miejscu w mieście znajdzie się drogowskazy pokazujące kierunek na „Chateau”. Czyli z trafieniem na piechotę na zamek nie powinno być problemu.

Kilkadziesiąt metrów od zamku trafiamy na prawdziwy labirynt wąskich przejść pomiędzy domami. Ponieważ miasto zbudowano na wzgórzu, więc do tego dochodzą jeszcze różnice poziomów pomiędzy uliczkami. Prawdziwe 3D.

IMG_6197

Miasto powstało wokół twierdzy i było oczywiście warowne. Stąd też typowa dla takich miast ciasnota. Domy pozbawione w zasadzie podwórek, ciasne uliczki i wąskie przejścia. Wszystko bowiem musiało zmieścić się przecież w obrębie miejskich murów obronnych. Tu warto dodać jeszcze pewną ciekawostkę. W Sierck najbardziej zewnętrzne domy pozbawione były całkowicie drzwi i okien od strony rzeki. Te ściany bowiem wykorzystywane były jako element systemu obronnego. Taka sytuacja trwała aż do XVIII wieku, gdy w końcu miasto otworzyło się na Mozę. W tym okresie zbudowano również nadbrzeże.

IMG_6205

Ciekawe jest pochodzenie nazwy miejscowości. Niektórzy próbują wywodzić ją jeszcze z czasów rzymskich, jednak jest to raczej mało prawdopodobne wobec braku śladów osadnictwa w tym okresie. Jednak, jak to w nauce bywa – to że nie znamy żadnych artefaktów z tego okresu wcale nie wyklucza ich istnienia. Jednak dopóki takich się nie odnajdzie, dotąd koncepcja ta nie ma podstaw do rozważania. Na początku XIX wieku Sierck stał się na krótko dzielnicą sąsiedniego miasteczka Launstroff. Później przemianowano go na Sierck-sur-Moselle, by na koniec nadać mu obecną nazwę Sierck-les-Bains, która nawiązuje do obecnego w nim przez krótki małego zakładu uzdrowiskowego. Moda na jeżdżenie do wód nie ominęła również tego miejsca. Po XIX – wiecznym uzdrowisku nie ma śladu, nazwa jednak pozostała. Samo życie.

W jednym ze starych domów mieszka tutejsza Pippi Langstrumpf, która udekorowała swój budynek w ciekawy, chociaż momentami dość kontrowersyjny sposób.

IMG_6195

To musi być niesamowicie oryginalna osobowość. Ale tacy ludzie są potrzebni światu – nadają mu kolory, dodając elementy baśniowe do rzeczywistości. Fakt, że wysuwają się przed szereg „zwykłych” ludzi. Ale, na szczęście, w tej części świata nikomu to nie przeszkadza.

IMG_6196

Największy swój rozwój miasto przeżyło w XV – XVII wieku i to budowle z tego okresu dominują w jego starej zabudowie. Jednak klimat jaki tu panuje najbardziej nawiązuje do lat dwudziestych i trzydziestych XX wieku. To się czuje od razu po zapuszczeniu się w labirynt wąskich uliczek.

IMG_6210

Większość z nich wygląda niestety tak, jakby ostatni remont widziały również sto lat temu.

IMG_6199

Stary sklep z lat trzydziestych XX wieku.

IMG_6209

Oraz zdjęcie podobnego, tylko w okresie świetności.

IMG_6260

Duża część budynków jest opuszczona, niektóre od dawna. Części zapewne nie uda się już uratować.

IMG_6202

Martwa natura i rower:

IMG_6225

To co mnie niezmiernie fascynuje, to brak celowej dewastacji tych obiektów. Co zostawisz – tak będzie stało. Do końca świata i o jeden dzień dłużej. Nic nie zginie.

IMG_6221

W pierwszej chwili mam stracha przed zapuszczaniem się w te wymarłe dzielnice. Ciągle mam w pamięci rodzimy „element”, który zwykle troszczy się o zabłąkanego przechodnia pytając, „czy masz jakiś problem?” Przy czym, naturalnie, nie ma w tym absolutnie nic z życzliwości. Wręcz przeciwnie.

IMG_6223

Tu „elementu” w zasadzie widać nie było. Udało się w końcu napotkać jednego przedstawiciela, ale i on w stosunku do „obcego” zachował życzliwą obojętność. Trzeba bowiem nadmienić, że miejscowi mówią każdemu „Bonjour”, nawet przyjezdnemu turyście.

IMG_6219

W końcu trafiłem także do wymarłej dzielnicy przemysłowej. Tak, niestety, tu przemysł także upadł.  Trudno powiedzieć kiedy, jednak chyba raczej niezbyt dawno. Okazuje się, że ten sam problem jest jednak wszędzie i nie potrzeba do tego żadnej teorii spiskowej. Po prostu w epoce nadmiaru wszystkiego, jaką mamy dzisiaj, problemem nie jest wyprodukowanie jakiegoś dobra. Wyzwaniem jest jego sprzedaż.

IMG_6232

To pewnie także jedna z przyczyn wyludniania się tej miejscowości. Chociaż takie prowincjonalne miejscowości ogólnie nie mają łatwo utrzymać mieszkańców, właśnie z uwagi na swoje peryferyjne położenie i związaną z tym małą atrakcyjność.

IMG_6218

Z dawnej dzielnicy przemysłowej postanawiam iść w kierunku widocznego jak na dłoni zamku. droga najpierw idzie w dół, potem jednak zaczyna stromo wspinać się pod górę. Zamek bowiem opiera się z jednej strony o potężną skałę, wysoką na 200 metrów. I właśnie pod tą górę teraz nieświadomie próbuję teraz wejść. Zaczynają się strome schody, które początkowo nie wyglądają groźnie. Do tej pory motocyklowa kurtka ani buty mi nie przeszkadzały. Ale teraz zaczyna mi się robić gorąco. Pocieszam się, że schody kończą się przecież tuż za zakrętem.

IMG_6229

Wcale się nie kończą. To był dopiero zaledwie początek. Tyle że ja o tym w tamtym momencie nie wiedziałem. Gdybym miał bowiem świadomość, ile tych schodów jeszcze będzie, to z pewnością mężnie wycofałbym się na z góry upatrzoną pozycję. Ale tej wiedzy wówczas nie miałem, więc brnąłem dalej, zrzucając po drodze kolejne części motocyklowej garderoby i dobrnąłem w końcu do celu zlany potem. Współczuję bardzo temu, kto będzie chciał tędy wejść w kombiaku.

IMG_6213

Na jakimś starym niemieckim blogu podróżniczym, którego niestety nie potrafię dziś odnaleźć, przeczytałem, że na jednej ze ścian objawił się mesjasz w postaci plamy po wodzie. Jednak nie udało mi się jej namierzyć więc pewnie nieszczelną rynnę albo rurę kanalizacyjną już naprawiono i objawienie znikło. Ewentualnie może i tą plamę widziałem, jednak nie starczyło mi wyobraźni by dostrzec w niej jakieś oblicze. Nieważne.

IMG_6263

Udało mi się za to spotkać przed jednym z pubów urządzenie wyglądające jak fantastyczna bimbrownica zbudowana z hydroforów, skrzynki na listy, wiklinowych koszy oraz automatu do popcornu. Niby zamysł twórczy rozumiem, wykonania już nie za bardzo. Jednak nawet i to nie pomogło lokalowi przetrwać. Pub jest bowiem od dawna nieczynny.

IMG_6246

Bar „Europejski” na sprzedaż. Nie wygląda to dobrze.

IMG_6262

Wszędzie przewija się ten sam obraz: opuszczone kamienice, niszczejące i pozbawione opieki. Gmina widać że robi coś w tym kierunku, jednak do rozwiązania problemu droga jeszcze ciągle daleka. Pozostaje jednak mimo wszystko mieć nadzieję, że miastu uda się znaleźć sposób na wypromowanie się jako atrakcji turystycznej oraz uratowanie wspaniałego klimatu tego miejsca.

IMG_6244

Zamek książąt Lotaryngii

img20200704_19450850

Śmieszna sprawa, ale przejeżdżałem tędy wielokrotnie i nie zwróciłem większej uwagi na górującą nad miastem Sierck-les-Bains twierdzę. Zresztą, stwierdzenie że budowla ta góruje nad otaczającą ją miejską zabudową jest mocno na wyrost. Widać ją z szosy ale sprawia raczej wrażenie ukrytej za domami. Pozbawiona jest większości typowych cech średniowiecznych budowli obronnych i przez to wydaje się o wiele młodsza niż jest w rzeczywistości.

DSC07443

Kilka lat temu próbowałem się do niej dostać, jednak pogubiłem się w labiryncie wąskich, średniowiecznych uliczek starego miasta. Brzmi to może nawet zabawnie, gdy weźmie się pod uwagę, że miejscowość ta liczy nieco ponad 1600 mieszkańców. Jednak trzeba wziąć pod uwagę, że uliczki są tu wąskie, strome i do tego przeważnie jednokierunkowe. Jeden fałszywy skręt i wyjeżdża się w zupełnie innym miejscu niż się planowało – najczęściej na głównej ulicy biegnącej wzdłuż Mozeli. Zasadniczo wszystkie drogi prowadzą tu w kierunku rzeki.

DSC07633

Wobec tego sprawę wówczas sobie odpuściłem. Aż do teraz. Będąc znowu przejazdem w Sierck-les-Bains i korzystając z weekendowego, niewielkiego ruchu, postanowiłem spróbować ponownie dostać się w okolice zamku. Tym razem próbuję inaczej i zamiast w prawo, na głównym skrzyżowaniu jadę prosto. W ten sposób znów wjeżdżam na starówkę, jednak tym razem z innej strony. Znów dojeżdżam do kolejnego skrzyżowania. I znów do wyboru są trzy drogi. Gdzie teraz? Niby to weekend, ale uliczki są tak wąskie, że motocykl skutecznie blokuje ruch na skrzyżowaniu. To gdzie jechać?

Na szczęście to prowincja i tu nikomu nigdzie się nie spieszy. Jakiś starszy człowiek w zdezelowanej furgonetce wskazuje mi życzliwie środkową uliczkę.

– Merci!

Droga pnie się pod górę. Wjeżdżam na mostek nad rzeczką Montenach. To chyba dobrze. Znów dojeżdżam do rozwidlenia dróg. Ale teraz wybór wydaje się prosty. Górę zamkową mam po lewej, Mozelę po prawej. A więc w lewo.

To był właściwy wybór. Uliczka jest naprawdę stroma i wąska, do tego pełna zakrętów. Aż boję się pomyśleć, co by się stało, gdyby z góry, zza zakrętu, wyskoczyła nagle przeładowana furgonetka. Chodników, rzecz jasna, nie przewidziano. Bo i jak? Mogłyby mieć co najwyżej szerokość krawężnika. Więc do potencjalnych zagrożeń dochodzą także ewentualni przechodnie.

Bingo!

DSC07446

Droga kończy się parkingiem przy twierdzy. Teraz już nie wydaje się tak mała jak widziana z dołu, jednak nadal nie robi wielkiego wrażenia. Jak mylny jest to osąd, okaże się za chwilę.

DSC07460

Wstęp jest płatny i kosztuje 6 Euro od dorosłego. W pierwszej chwili wydaje mi się to nieco wygórowaną ceną, jak za zwiedzanie kilku ogryzków murów. Ale postanawiam spróbować.

DSC07470

Moje wyobrażenie o tym obiekcie okazało się być bardzo mylne. Budowla ta pochodzi z X albo XI wieku i jest jednym z najstarszych zamków we wschodniej Francji. Są i tacy, którzy próbują przeciągnąć jego rodowód aż w starożytność, wskazując, że nazwa miejscowości Sierck pochodzi od łacińskich słów „circum” i „circulus”, które odnoszą się do położenia tego miejsca w pętli rzeki Mozeli.

DSC07471

Oczywiście nie można wykluczyć wcześniejszego istnienia w tym miejscu fortu galijsko-rzymskiego Castell Castellum, jednak zważywszy na brak dowodów archeologicznych są to tylko spekulacje.

DSC07477

W każdym razie do X wieku tereny te należały do biskupów Trewiru. Potem na arenę wkracza rodzina de Sierck, która przejmuje władzę nad tym miejscem. Pojawia się ona w zasadzie nie wiadomo skąd. Na temat ich pochodzenia historycy snują różne domysły. Jakby nie było, jednak to pod ich rządami zamek i powstałe w jego cieniu miasto rozkwitają i przeżywają swój złoty okres. Niektórzy panowie de Sierck dostępują wysokich stanowisk religijnych, jak na przykład niejaki Jean de Sierck który dochrapał się biskupstwa Utrechtu a potem Toula (zmarł w 1305 roku) czy też Jacques de Sierck (zmarł w 1456), który jako arcybiskup Trewiru wsławił się założeniem w tym mieście uniwersytetu. Piastowanie tak wysokich funkcji podnosiło oczywiście prestiż i znaczenie zamku w Sierck.

DSC07484

Kroniki wymieniają jeszcze pana Ferri de Sierck, który w 1285 roku podczas turnieju Chauvency-le-Château, który odbył się w pobliżu Montmédy, rywalizował z niejakim panem Millet de Thil oraz Arnolda von Sierck (1366–1455), żonatego z Elisabeth z Beyer von Boppard, który zbudował zamek Meinsberg, dziś znany jako pięknie odrestaurowany zamek Malbrouck. Czyli panowie de Sierck nie tylko się modlili.

DSC07491

W każdym razie zamek Sierck i miasto rosły w siłę i autor pewnego francuskiego przewodnika turystycznego wcale nie przesadzał, że na wycieczkę po zamku należy się zaopatrzyć w dobre buty, bo chodzenia będzie dużo. Również po niewygodnych, średniowiecznych schodach. To okazało się prawdą. Zamek jest niesamowicie rozległy, chociaż z zewnątrz wcale nie robi takiego wrażenia.  Jednak to tylko pozory. Sama długość murów obronnych jest niesamowita. A gdy doliczymy do tego dobrze zachowane kazamaty, podziemne przejścia, masywne wieże i bastiony obronne – robi się naprawdę ciekawie.

DSC07560

DSC07576

DSC07582

DSC07587

DSC07590

Koniec zamku nastąpił z chwilą zdobycia go przez Francuzów. Stało się to 4 września 1643 roku. W roku 1661 Sierck został na stałe włączony do korony francuskiej. Odtąd zamek przestał pełnić funkcje reprezentacyjne. W związku z tym ówczesny minister wojny, niejaki Louvois, w 1673 roku nakazał zburzyć książęce budynki mieszkalne. Uzyskaną w ten sposób przestrzeń przeznaczono na potrzeby militarne. Zamek stracił swój pierwotny, średniowieczny wygląd.

DSC07505

Natomiast w XVII wieku Vauban Sirck przekształcił go ostatecznie w fortecę z barbakanami.

DSC07449

Mimo to zamek ma swój niepowtarzalny charakter. Wiele detali architektonicznych nadaje mu wręcz śródziemnomorski wygląd.

DSC07615

Przez różne zawirowania losu nie zachowało się jego oryginalne wyposażenie. Piekarnię odtworzono:

DSC07502

DSC07519

Latryny są z XVIII wieku.

DSC07554

A smoki i gargulce są współczesne, bo cóż to za średniowieczny zamek bez smoków.

DSC07539

DSC07549

Na zamku, który pierwotnie, jak mi się wydawało, obejdę w piętnaście minut, spędziłem ponad dwie godziny. A tam, w dole, czeka średniowieczne miasto…

DSC07462

Ale o tym przy innej okazji.