Kawasaki GPZ 750

Urlopowo

DSCI9706

W „chAmeryce” mawiali, że „Kansas to jeszcze nie jest koniec świata, ale stamtąd już go widać. Jeśli to prawda to jakieś francuskie Kansas powinno być już całkiem blisko.

Ogólnie to wszystko normalnie, jak to na urlopie. Piękne widoki i postój pośrodku niczego, kończy się paliwo oraz zbiera na burzę.

A tak poza tym to pełen relaks 🙂DSCI9711

 

Pocztówka z podróży # 1

dsci7742

Na kilku forach motocyklowych spotkałem się z działem w którym użytkownicy zamieszczali zdjęcia z niejasnymi, dwuznacznymi, dziwnymi czy też w końcu śmiesznymi drogowskazami. Bo przecież świat jest taki piękny 🙂 Podążając tym tropem postanowiłem i ja wykonać zdjęcie napotkanego podczas urlopu drogowskazu. Oto i on:

Mam jednak takie niejasne wrażenie, że gdy powiem gdzie byłem, to mogę zostać źle zrozumiany…

Zamek Pfalzgrafenstein

dsci3861

Spoglądając dziś przez okno z niedowierzaniem uświadamiam sobie, że jeszcze zupełnie nie tak dawno, bo dwa miesiące temu, narzekałem na upały sięgające nawet +40 stopni Celsjusza w cieniu. W silniku gotował się olej, przegrzewały się cylindry… Obecnie to już niestety przeszłość. Temperatura wynosi jakieś osiem stopni na plusie a za oknem dominuje typowa jesienna słota.

Najlepsze co można zrobić, to powspominać „dobre dni”, kiedy pogoda zachęcała do szalonych przygód. Tak jak na przykład pewien sierpniowy poranek, który zastał mnie jadącego niespiesznie krętą szosą wzdłuż Doliny Środkowego Renu. Tempo było niezbyt szybkie, tak aby nadążyć podziwiać wciąż zmieniające się cudowne krajobrazy, winnice, panoramę Renu a przede wszystkim średniowieczne zamki. Duże, małe, średnie, na stoku, na szczycie, nad przepaścią – spotkać tu można wszelkie możliwe kombinacje. Nigdzie do tej pory nie spotkałem więcej warowni niż tu. A gdy już myślałem że nic mnie nie zaskoczy…

dsci3861

… zdumionym oczom mym ukazał się zamek w kształcie okrętu, stojący na małej skalistej wysepce na środku Renu. Żeby zbudować coś takiego trzeba było mieć naprawdę ponadprzeciętną fantazję.

Aby dostać się do zamku trzeba przeprawić się promem na drugi brzeg rzeki, do miasteczka Kaub. Stamtąd, co pół godziny, odpływa niewielka łódź dowożąca turystów do stóp zamku.

DSCI3862.jpg

Prom przypływa punktualnie. Oprócz mnie na drugą stronę przeprawia się tylko dwoje rowerzystów. Oto korzyści podróżowania wczesną porą. Po niecałych dziesięciu minutach już jestem na drugim brzegu rzeki. Odnalezienie przystani łodzi nie jest trudne, znajduje się kilkadziesiąt metrów w dół rzeki od miejsca cumowania promu.

Z racji wczesnej pory oczekujących na podróż na wyspę zamkową nie ma zbyt wielu. Kapitan okazuje się wdzięcznym rozmówcą i chętnie opowiada o swojej pracy. Mówi dużo i chętnie o zagrożeniach w żegludze na Renie, o powodziach, zimowych zatorach lodowych. Dla mnie to zupełnie inny świat.

dsc_1033

Podróż trwa kilkanaście minut. Z pokładu widać zamek jak na dłoni. Teraz dopiero widać w całej okazałości kunszt dawnych budowniczych.

dsc_1038

Zamek zbudowano etapami. Najpierw, w latach 1326-27 powstała pięciokątna wieża-donżon. Następnie, w latach 1338-40 powstał charakterystyczny, sześcioboczny mur obronny, upodabniający warownię do okrętu unoszącego się na falach Renu, którego maszt tworzy wieża. Długość murów-kadłuba od „dziobu do rufy” wynosi 47 metrów, ich wysokość to około 13 metrów, wysokość wieży z kopułą wynosi 37 metrów. Wieża, mimo iż z zewnątrz jest pięciokątna, to jej pomieszczenia wewnętrzne są całkiem normalne, prostokątne. Ma ona sześć poziomów połączonych wewnątrz spiralnymi schodami. Trzecie piętro jest łącznikiem pomiędzy murami i domem mieszkalnym załogi, mieszczącym się w kurtynie południowej. Przejście z murów do wieży i domu zapewniają specjalne krużganki-pomosty rozpostarte nad dziedzińcem. Szczególne wrażenie robi mieszkanie dowódcy załogi zamkowej, mieszczące się w południowym bastionie. Składa się ono z trzech niewielkich pomieszczeń z kuchnią-kominkiem, umeblowanych bardzo prosto i skromnie. Wyślizgane deski drewnianej podłogi, zapach starego drewna, okopcony kominek i uszkodzone tu i ówdzie tynki sprawiają wrażenie przenosin w czasie; oto komendant wyszedł gdzieś na chwilę w jakiejś sprawie służbowej i za moment wróci. Ale póki co można posiedzieć sobie na jego krześle o popatrzeć przez okno na Ren.

Oczywiście zamek na wyspie nie miał być w żadnym razie romantyczną rezydencją. Jego przeznaczenie było jak najbardziej praktyczne. Służył on, wraz z znajdującym się na prawym brzegu zamkiem Gutenfels oraz warownym miastem Kaub jako punkt poboru opłat i ceł za żeglugę na Renie, tworząc z nimi jeden zintegrowany system obronny. Statki opornych kupców, po złożeniu propozycji nie do odrzucenia cumowane były przy specjalnym nadbrzeżu a opornych handlarzy aresztowano i więziono. Niewielki loch znajdował się w wieży; wejście do niego zabezpieczała żelazna krata w podłodze jednego z pomieszczeń. Skazańca spuszczano na linie do pomieszczenia bez drzwi i okien, znajdującego się kilkanaście metrów poniżej. Z takiego więzienia nie było ucieczki.

Przystań, za nią warowne miasteczko Kaub a nad nim zamek Gutenfels:

dsc_1053

Największe przebudowy to lata 1607 i 1755. Stary zamek został przystosowany do wymogów nowoczesnej techniki wojskowej. Zbudowano narożne wieżyczki, powstały stanowiska strzelnicze oraz bastion.

Zamek szczęśliwie w swej historii uniknął zniszczeń wojennych i dotrwał do naszych czasów praktycznie nietknięty, nie licząc wielokrotnego zalewania niższych kondygnacji przez wodę podczas powodzi. Po ostatniej wojnie zdecydowano o udostępnieniu zamku zwiedzającym. W tym celu wykonano szereg remontów, przywracając wygląd wnętrz z czasów średniowiecza. Samo malowanie elewacji odpowiada wzorowi z XVII wieku.

dsc_1256

Po dwóch godzinach, tym razem w drodze powrotnej, znów podziwiam z pokładu promu zamek „Pfalz, „kamienny okręt wiecznie płynący na falach Renu”, jak mawiał Poeta.

Zamek Baldenau

 

DSCI2286

Hunsrückhochstraβe to jedna z tych dróg, które z powodzeniem można zaliczyć do najpiękniejszych tras motocyklowych w Europie. Równy asfalt, wspaniałe zakręty a do tego przecudne górskie krajobrazy to jej niepodważalne atuty. Niestety, należy do dróg dość mocno uczęszczanych w sezonie i to w zasadzie jest jej jedyny minus.

DSCI4289

Zaczyna się ona w St. Goar. Przed wyjazdem z tej miejscowości odwiedzam jeszcze pewien punkt gastronomiczny, którego nazwa była dość intrygująca. „Orient Grill Bar” zwał się ów przybytek. Pozwoliłem sobie zapoznać się z jego menu, co spowodowało że wyjechałem z St. Goar w nastroju filozoficznej zadumy nad wieloznacznością słowa „orientalny” oraz mając namacalny dowód że Ziemia jest jednak okrągła i z każdego jej punktu można dojść do dowolnego innego. W menu bowiem znajdowały się tak wyszukane potrawy jak: hamburger, hot-dog, pizza i frytki. Do tego obowiązkowa Cola. W tym konkretnym przypadku „orientalny” znaczyło najwyraźniej „amerykański” albo „włoski”, względnie „brytyjski”. Dodać należy przy tym, że menu nie zawierało żadnych innych pozycji.

Opuszczony motel na Hunsrückhochstraβe:

DSCI2290

Hunsrückhochstraβe przebija się dziesiątkami zakrętów i serpentyn przez najwyższe, mocno zalesione pasmo gór Hunsrück. Zbudowano ją w lato 1938 roku i zajęło to ponoć 100 dni. Z prostych rachunków wychodzi mi, że musiano budować około 1,4 km dziennie. Ile jest w tym prawdy a ile propagandy „ciężkich czasów” – trudno mi powiedzieć. Faktem jest że droga robi duże wrażenie. Warto wiedzieć, że miała ona ważne znaczenie strategiczne – dzięki niej można było szybko przemieścić armię w rejon granicy z Francją.

Gdzieś na Hunsrückhochstraβe:

DSCI2286

Mniej więcej w połowie trasy mijam tabliczkę z napisem „Burgruine”. Doświadczenie podpowiada mi, że takich informacji lekceważyć nie należy. Tym sposobem trafiam do jednego z najprzytulniejszych zamków średniowiecznych jakie zdarzyło mi się odwiedzić.

DSCI4298

Zameczek zbudowano z polecenia Balduina von Luxemburg w 1308 roku. Oficjalnie był on jego letnią rezydencją służącą jako pałacyk myśliwski. W rzeczywistości zaś zabezpieczał interesy Balduina przed sąsiadującymi z nim panami von Sponheim.

DSCI4302

Sama budowla była niewielka. Zbudowano ją na planie trójkąta o nieproporcjonalnie krótkiej podstawie, za to bardzo wydłużonych bokach. Długość założenia nie przekraczała 50 metrów, zaś szerokość wynosiła maksymalnie około 20 metrów.

DSC_0972

Podstawę stanowił duży budynek mieszkalny, wierzchołkiem zaś była jedyna ale za to potężna wieża. Miała ona średnicę 10,5 metra oraz ściany grube na 3,5 metra. Pierwotnie miała wysokość 25 metrów a jej wejście znajdowało się mniej więcej w połowie wysokości. Dostać się do niej można było wyłącznie po schodkach i galeryjce prowadzącej z północnego muru obronnego. Widoczne na zdjęciu wejście na poziomie gruntu zostało wybite dużo później, około 150 lat temu.

DSC_0977

Dziedziniec zamkowy był bardzo niewielki, bowiem wewnątrz, wzdłuż murów, znajdowały się budynki gospodarcze. Brama wjazdowa znajdowała się w południowej kurtynie zamku. Całość otaczała wyjątkowo szeroka fosa co sprawiało, że niewielki zameczek zdawał się być zbudowany na wyspie.

DSC_0979

Zameczek był tylko początkiem wielkich planów Balduina. W jego zamyśle wokół małej twierdzy miało powstać całe miasto. Planów tych jednak nie udało mu się nigdy zrealizować.

DSC_0981

Pozostał tylko niewielki zamek, który powoli, acz systematycznie, nabierał znaczenia. Pełnił on funkcję ośrodka administracyjnego dla okolicznych terenów, co w średniowieczu było rzeczą normalną. W XV wieku podlegał mu całkiem rozległy obszar.

DSC_0989

Po raz pierwszy zamek został zniszczony podczas wojny trzydziestoletniej (1618-1648). Znając co nieco historię tego regionu należało się tego spodziewać. Niespodzianką zaś jest fakt, że dzieła destrukcji dokonali Szwedzi – skąd my to znamy?

DSC_1000

Po wojnie przystąpiono niezwłocznie do jego odbudowy i w 1654 roku zamek znów pełnił swoje funkcje.

DSC_1010

Nie na długo jednak. W 1689 po całym regionie przejechał francuski walec, niszcząc wszystko na swej drodze. Francuscy wojskowi okazali się tak skuteczni, że po ich wizycie zamek (ten i wiele innych) nie nadawał się już do jakiegokolwiek remontu. Zdewastowana budowla została porzucona i wraz z upływem czasu popadała coraz bardziej w ruinę.

DSC_1014

W 1982 roku zapadła decyzja o ratowaniu pozostałości dawnych marzeń Balduina. Poszczerbiona wieża została nadbudowana i nie grozi już zawaleniem, uzupełniono i częściowo zrekonstruowano mury obronne a w oczyszczonej fosie zamieszkały ryby.

DSCI3624

Ostatnie pożegnanie z zamkiem:

DSCI4305

Świątynia Mitry

DSCN9115

Nie lubię jeździć motocyklem po mieście i jakoś nie mogę zrozumieć ludzi, którzy mają w tym upodobanie. Wynika to być może w jakiejś części z faktu, że nie dysponuje obecnie motocyklem, który jakoś specjalnie by się do tego nadawał. Jednak nawet gdy takowy posiadałem, nie przepadałem za ściskiem na ulicach. Dziś, niestety, będę musiał udać się do dużego miasta.

Pierwsze problemy zaczęły się już przy garażu. Jak się okazało, firma Tomtom konsekwentnie ignoruje Saarbrücken. Nie ma takiego miasta. Największego w całym landzie! Rozwiązaniem jest szukanie miasta po kodzie pocztowym. Program w końcu jakoś to przełyka. Garmin i Lark nie miały takich problemów, chociaż w zamian serwowały inne.

Podróż przebiega bez większych sensacji. Wesoło zaczyna robić się dopiero u celu. Przewodnik turystyczny twierdzi, że należy zaparkować na rondzie. Brzmi to trochę dziwnie. Może byłoby mi łatwiej, gdybym miał przewodnik w jakimś bardziej zrozumiałym dla mnie języku niż flamandzki, z którego rozumiem piąte przez dziesiąte. Niestety, jakimś dziwnym trafem tylko taki udało mi się dostać w Willi Borg podczas wiosennej wizyty. Ale darowanemu przewodnikowi… i tak dalej.

Ronda są dwa, jak się okazuje, co powoduje u mnie lekkie zakłopotanie. Na chybił trafił wjeżdżam na to po lewej stronie. I to by było na tyle w temacie podejmowania właściwych decyzji w tym dniu. Ronda zbudowano tu chyba tylko po to żeby się wygodniej zawracało, bo jest to koniec ulicy. Dalej znajduje się tylko siedziba telewizji z bramą pilnowaną przez starszego portiera. Przy rondach przewidziano kilkanaście miejsc parkingowych – czyli jednak przewodnik turystyczny aż tak mocno nie kłamał.

Z zaparkowaniem motocykla nie ma problemu. Jednak w tym momencie kończy się moja koncepcja i nie mam pojęcia, gdzie teraz powinienem się udać. Obchodzę powoli jedno rondo, potem drugie, szukając jakichś drogowskazów. Nie ma śladu. Albo ja oślepłem. Czy ja jestem aby w dobrym miejscu? Adres niby się zgadza.

Na chybił trafił atakuję ścieżkę po lewej stronie. Wygląda na uczęszczaną. Po kilkunastu minutach docieram do… małego warsztatu z dużym śmietnikiem. Moją złość potęguje jeszcze deszcz, który właśnie zaczyna padać. Wracam do ronda. Najchętniej już bym stąd odjechał, przeraża mnie tylko świadomość ile to kilometrów trzeba będzie znów spędzić na autostradzie.

Najprościej byłoby kogoś zapytać o drogę, tylko nie bardzo jest kogo. Na parkingu żywej duszy, tylko kilka samochodów należących zapewne do pracowników telewizji… Zaraz, zaraz! Przecież bramy pilnuje cieć! Jest ktoś, kogo można zapytać. Jeśli tu pracuje to musi wiedzieć gdzie jest grota!

Niestety, stary portier mnie załamuje. Owszem, pracuje tu ale nie ma zielonego pojęcia, gdzie znajduje się świątynia. W ostatniej chwili przypomina sobie jednak, że ma przecież na taką okoliczność skserowaną mapkę okolicy. Uratowani!

Trochę ciężko idzie mi orientacja w terenie według tego planu. Po chwili odkrywam, że jest on narysowany dość dziwnie; nie uwzględniono na nim skali oraz części dróg – i to wcale nie tych najmniejszych. W końcu jednak odnajduję tę właściwą, a wiedząc gdzie szukać – także i tabliczkę.

DSCI2560

I Ty możesz zostać Indianą Jonesem.

Zarośnięcie i zdziczenie to nie jedyne rzeczy upodabniające to miejsce do scenerii rodem filmów z Harrisonem Fordem.

DSCI2557

Z mapki wynika, że ścieżka w pewnym momencie musi skręcić ostro w lewo. Skręcam wobec tego według planu i zamiast świątyni odnajduję…

DSCI2499

DSCI2506

DSCI2509

Bunkry!

Wracam na górę. Wychodzi na to, że pierwszy zakręt należy zignorować i skręcić dopiero na drugim, mimo iż z mapki wynika coś zupełnie innego. Czy wspominałem już, że nie zaznaczono na niej wielu dróg?

Ale jest przecież drogowskaz…

DSCI2510

W końcu odnajduję rzeczoną świątynię boga Mitry. To wynagradza wszelkie trudy i niedogodności. Świątynia ta jest jedną z najpiękniejszych i najlepiej zachowanych ze wszystkich, które zostały mu poświęcone.

DSCI2514

Wykuto ją w skale, jak wszystkie świątynie poświęcone bogu Mitrze. Przeznaczona była najprawdopodobniej dla legionistów stacjonujących nieopodal oraz/lub zwykłych „cywili” zamieszkujących okolice.

DSCI2520

Tu warto poświęcić chwilę samemu bogu Mitrze. Pierwotnie kult jego wywodzi się z Persji, gdzie pełnił jakże ważną i odpowiedzialną funkcję boga Słońca. Według swych wyznawców narodził się on 25 grudnia ze skały, lub, według innej wersji – z łona dziewicy (!!!) i początkowo był tylko lokalnym cudotwórcą – i zwykłym pasterzem. Nauczał i uzdrawiał, zaprowadzał pokój wśród ludzi, zwalczając wszelkie zło i niesprawiedliwość. Uleczyć miał też księcia Elamu, który w dowód wdzięczności zaprosił Mitrę na swoje wesele. Pech chciał, że na weselu zabrakło wina – co to znaczy, nie trzeba chyba tłumaczyć nikomu, kto był chociaż raz na jakimkolwiek weselu 😉 . Książę wpadł w panikę. Wówczas Mitra nakazał przynieść beczki z wodą, którą to cudownym sposobem zamienił w wino i słodkie pijaństwo trwało dalej aż do białego rana.

DSCI2521

Oczywiście taka niespodziewana konkurencja ze strony „zwykłego pastucha” nie w smak była innym bogom, a szczególnie tym od ciemnych spraw. Nie mogąc już dłużej ścierpieć jego „wybryków” i coraz większej sławy, jeden z nich postanowił rozprawić się z Mitrą „własnoręcznie”.

DSCI2531

W tym celu miał przyjąć postać byka, który bezpardonowo zaatakował Mitrę. Młody bóg nie był mu w stanie sprostać na otwartej przestrzeni, dlatego też podstępem zaciągnął byka do groty, gdzie wykorzystując ograniczoną przestrzeń skręcił mu kark albo, według innej wersji, przebił mu prawy bok. Inny wariant tej opowieści mówi o tym, ze Mitra pokonał jednak byka na otwartej przestrzeni, skrępował go i na własnych plecach zaniósł do jaskini, gdzie złożył bestię w ofierze. Ta właśnie scena, zwana Taurokontos jest najczęstszym przedstawieniem boga Mitry. W walce tej Mitra odniósł jednak bardzo poważne rany i wkrótce także zmarł.

DSCI2536

Po trzech dniach jednakże powstał z grobu i powędrował na wschód, gdzie z wierzchołka jednej z gór miał zostać wzięty żywcem do nieba. Książę Elamu zaś, gdy mu doniesiono o cudownym zmartwychwstaniu Mitry, trzykrotnie wyparł się znajomości z nim.

DSCI2538

Więcej o Mitrze

Na pamiątkę tej walki świątynie Mitry zakładano w jaskiniach a samemu bogu składano w ofierze zwierzęta, które potem były wspólnie spożywane. Warto w tym miejscu nadmienić, że wszyscy wyznawcy wspólnie kosztowali mięsa i krwi zwierzęcia ofiarnego a zmartwychwstały Mitra miał być zawsze obecny podczas tej ceremonii. Jakby tego było mało, kult Mitry zakładał istnienie siedmiu sakramentów, nieśmiertelność duszy i zaprowadzenie w końcu porządku i ładu na Ziemi.

Czytając mit o Mitrze mam wrażenie, że gdzieś już słyszałem tę opowieść 😉

Ledwo czytelna, współczesna wizja walki Mitry z bykiem:

DSCI2547

Do Rzymu kult Mitry dotarł około 1 wieku, gdzie zwano go Deus Sol Invictus Mithra. W II wieku czczony był już powszechnie na terenie całego cesarstwa. Na przełomie III i IV wieku był już na dobre wpisany do kanonu religijnego Rzymu.

DSCI2539

Kult Mitry został jednak szybko zatrzymany i wyparty przez chrześcijan, którzy szybko zaczęli zdobywać wpływy w cesarstwie. W 391 roku cesarz Teodozjusz I Wielki zakazał sprawowania pogańskich rytuałów i odwiedzania pogańskich świątyń. Rok później posunął się jeszcze dalej i oficjalnie zabronił wyznawania jakiejkolwiek innej religii niż chrześcijaństwo.

Rzymskie święto Sol Invicus, przypadające 25 grudnia a poświęcone Mitrze zostało przemianowane na Boże Narodzenie, a jego święty dzień, niedziela, stał się świętym dniem chrześcijan.

DSCI2551

Nie powinno zatem dziwić, że po zdelegalizowaniu kultu Mitry jego świątynię przejęli chrześcijanie.

DSCI2550

Ledwo czytelny napis głosi, iż w tej starożytnej rzymskiej świątyni biskup Arnoldus głosił ewangelię w roku 598. Tym samym świątynia Mitry byłaby jednym z najstarszych kościołów chrześcijańskich na kontynencie.

Z tego też okresu pochodzą najprawdopodobniej wykute w skale nisze wokół głównej jaskini Mitry.

Ale to już inna opowieść.

DSCN9115

Jesiennie

DSCI5157

Jesień, definitywnie kończąca w większości przypadków sezon motocyklowy, jest mało lubiana przez motonitów. Dni stają się coraz krótsze i coraz chłodniejsze, aura zaczyna być coraz mniej sprzyjająca podróżom pojazdami bez dachu i ogrzewania…

Jednak to tylko część prawdy. Z drugiej strony, właśnie teraz zwykłe, krótkie wypady stają się coraz ciekawsze. Roślinność, przyozdobiona kolorami jesieni, zmienia się niemal z dnia na dzień, miejsca znane na co dzień stają się niesamowicie inspirujące i ciekawe.

Osobiście bardzo sobie cienię takie wyjazdy za miasto i staram się wykorzystywać na nie każdą wolną chwilę (których w dzisiejszych czasach już chyba nikt nie ma za dużo), mając świadomość ulotności jesiennych krajobrazów.

I to już chyba ostatni jesienny wyjazd w tym roku…

DSCI5157

Chociaż według „zaklinaczy pogody”, ciągle jeszcze jest nadzieja 😉

Ardeny – śladami Wojny Zimowej

DSCI5012

Człowiekowi jednak nie można dogodzić. Upały się skończyły i przyszło gwałtowne ochłodzenie. Tak gwałtowne, że jadąc co jakiś czas szczękam zębami z zimna. A wydawało mi się, że ubrałem się odpowiednio. Nie wziąłem pod uwagę jednak, że startowałem z równin a teraz nieustannie się wspinam coraz wyżej i wyżej. Z drugiej strony to nawet ciekawe, że w Ardeny wybieram się zawsze wtedy, gdy warunki pogodowe są mało odpowiednie. Ostatnim razem jeszcze w zimie, w temperaturach ujemnych, teraz znowu jesienią. Klątwa Wojny Zimowej?

Ardeny to silnie zalesione góry leżące w południowo-wschodniej Belgii a także częściowo we Francji i Luksemburgu. Ich średnia wysokość to około 400 – 500 metrów a najwyższy szczyt ma niecałe 700 metrów wysokości. Powierzchnia gór wynosi około 11 200 km2 i są najmniej zaludnionym obszarem Belgii. Dominują tu małe wioski z charakterystycznymi kamiennymi domkami. Miasta są małe i stosunkowo nieliczne. Drogi – różne, ale o tym za chwilę.

Jak na razie jadę jeszcze niemiecką autostradą w kierunku Trewiru. Z ogromnego mostu przerzuconego nad doliną Mozeli mam okazję podziwiać piękną panoramę tego miasta, chlubiącego się mianem „najstarszego w Niemczech”. Oczywiście jest to prawdą, ja jednak wolałbym osobiście tym razem do niego nie wjeżdżać, mając w pamięci swoje poprzednie odwiedziny. Na szczęście nawigacja w ostatniej chwili każe odbić w lewo, na autostradę wiodącą w kierunku Liege.

Kierunek nawet się zgadza. Autostrada pnie się coraz wyżej i wyżej. Tuneli nie ma wcale. Są tylko ogromne mosty nad kolejnymi przełęczami, każdy kolejny wyższy od poprzedniego. Znów robi się chłodniej.

Największym problemem są niekończące się remonty drogi. Pierwszy objazd moja stara nawigacja wyczuła bezbłędnie, dodając mi otuchy i pewności siebie. Zbytniej pewności, jak okazało się wkrótce. Drugi objazd przerósł jej możliwości obliczeniowe, czego wynikiem było dorzucenie do zaplanowanego na dziś dystansu kolejnych 25 km ekstra. Bez wielkich problemów udało się jednak wrócić z powrotem na właściwy szlak. Niestety, kilkadziesiąt kilometrów dalej, na trzecim objeździe, nawigacja pogubiła się kompletnie a chwilę potem na dodatek zawiesiła. Postanowiłem wykorzystać ten fakt na poszukiwanie stacji paliw. Ciekawostką jest bowiem, że autostrada w kierunku Liege pozbawiona jest zupełnie stacji benzynowych. Nie ma tu nawet jednej! Dlatego trzeba tankować, gdy tylko jest taka okazja. Niby o tym wiedziałem, ale gdy ostatnim razem widziałem stację benzynową, jeszcze pewnie ze sto  kilometrów z dobrym okładem wcześniej, to miałem jeszcze niemal pełny zbiornik i dla czterech, może pięciu litrów nie chciało mi się zjeżdżać. Wtedy mi się nie chciało, teraz trzeba będzie szukać paliwa po wioskach. Z drugiej strony to może i dobrze. Zawsze to jakaś przygoda i odmiana.

Okazuje się, że do najbliższej stacji paliw jest około pięciu kilometrów. Czyli jest dobrze. Przez chwilę zacząłem się jeszcze zastanawiać, czy aby wskazana przez nawigację stacja jeszcze istnieje-w końcu nie raz już po dotarciu na miejsce okazywało się, że stacja jest nieczynna od roku albo i dwóch. Jednak nie ma innego sposobu niż sprawdzić to osobiście.

DSCI5016

Wąska szosa początkowo pnie się w górę wśród lasów, które teraz przybrane zostały w barwy jesieni. Jezdnia cała pokryta jest teraz kolorowymi liśćmi, które podmuch wytwarzany przez motocykl podrywa do góry; wirują one jak żywe jeszcze chwilę po przejechaniu maszyny, po czym powoli opadają na drogę. Zakręty są nieliczne i na tyle łagodne, że możliwe jest ich pokonywanie na ostatnim biegu z wymaganym zapasem bezpieczeństwa. Trzeba bowiem pamiętać, że taki dywan z liści na szosie jest niebezpieczny w przypadku hamowania albo pokonywania zakrętów.

DSCI5005

Chwilę później droga zaczyna opadać w dół, w dolinę. Zakręty stają się coraz liczniejsze i ostrzejsze aż wreszcie zaczyna się ich nieprzerwane pasmo; wyjście z jednego jest jednocześnie początkiem kolejnego. Nie ma wśród nich ani jednego, który miałby mniej niż 90o a całkiem duża ich ilość ma kąt zbliżony do 1800, co oznacza że całkowicie zmienia kierunek.

„Za 40 metrów zakręt w prawo…

Za 20 metrów zakręt w lewo…

Za 50 metrów zakręt w prawo…” – nieprzerwanie, mechanicznym głosem mamrocze nawigacja.

Ta to się nagada. Po kilku minutach, które wydają się trwać nie wiadomo jak długo, zjeżdżam do małej wioski. Stacja benzynowa o wdzięcznej nazwie „Ed” swoją kolorystyką i wielkością wyróżnia się wśród pozostałej zabudowy.

„Jesteś u celu” – triumfalnie ogłasza tą „oczywistą oczywistość” odbiornik GPS.

Stacja benzynowa, wbrew temu co można by wywnioskować z poprzedniego opisu, jest malutka. Dwa dystrybutory, pojedynczy do oleju napędowego oraz podwójny do benzyny 95 oktanów, malutki sklepik – to wszystko. Cała miniaturowa wioska wydaje się być oazą spokoju. Wrażenie to potęguje obsługa stacji – młody chłopak niespiesznie ale systematycznie sprząta podjazd. Obsługujący kasę dziadek ma minimum 75 lat, mówi po niemiecku powoli, wyraźnie, można powiedzieć – dostojnie i z dziwnym akcentem. Na różne rodzaje gwary w poszczególnych regionach Niemiec zdążyłem się już wyczulić.

Podczas ponownego opaździerzania się na stacji paliw po tankowaniu, zauważyłem ze zdziwieniem, że kask zamyka się dziwnie opornie, jednak zrzuciłem odpowiedzialność za to na dość niskie temperatury, ewentualnie „zdawało mi się”.

Dzięki temu dość przypadkowemu w sumie zjechaniu z zaplanowanej trasy, na autostradę wjechałem już poza strefą robót drogowych. Wydawać by się mogło, że już nic nie stanie na przeszkodzie w kontynuowaniu podróży.

„Wydawać by się mogło” – tak, to jest właściwe określenie. Na granicy niemiecko – belgijskiej zaczynam odczuwać pewien dyskomfort termiczny. Szybka inspekcja wykazuje, że opażdzierzanie się na stacji benzynowej było jednak mało dokładne i pęd powietrza wywiał mi kołnierz spod bluzy. Nic wielkiego, trzeba to poprawić na najbliższym parkingu.

Na postoju ze zdumieniem stwierdzam, że nie mogę otworzyć szczęki w kasku. Zamek nie puszcza. Próbuję mocniej i… uchwyt zamka zostaje mi w ręku. Świetnie. Oczekuj nieoczekiwanego. Pozostaje bardzo niewygodna opcja zdejmowania i zakładania szczękowca przez głowę, szczególnie upierdliwa w sytuacji, gdy ktoś nosi okulary – tak jak ja. Cóż, trzeba będzie się męczyć.

Dobrą wiadomością jest za to fakt, że mgły się rozwiały i od czasu do czasu spoza chmur zaczyna się przezierać Słońce. W każdej promocji jest jednak pewien haczyk; promienie jesiennego słońca wcale nie grzeją.

DSCI5017

Jednak w jego promieniach wzgórza Ardenów nabierają niesamowitego uroku. Przy czym nadmienić trzeba, że te wspaniałe widoki podziwiać można w zasadzie tylko z autostrady. Po zjechaniu w z niej człowiek od razu zagłębia się w lasy, udekorowane teraz przepięknymi barwami jesieni. Wzniesienia są słabo odczuwalne – przynajmniej z perspektywy siodła 90-cio konnego motocykla. Na drogach lokalnych natężenie ruchu jest raczej niewielkie, natomiast stan nawierzchni różny; od „perfekcyjnego” aż po „katastrofalny”, oznaczający to, co zwykliśmy pod tym mianem rozumieć – dziura na dziurze i łata na łacie. Jednak są to skrajności. 95% dróg reprezentuje stan średni, czyli asfalt ogólnie dobry, tylko od czasu do czasu z jakąś „atrakcją” w nawierzchni. Dla urozmaicenia szosa przechodzi przez grzbiety górskie dziesiątkami niewielkich tuneli, biegnie wąwozami wzdłuż niewielkich strumieni by za chwilę przeskoczyć na ich drugą stronę po niewielkich, kamiennych mostkach a do tego wszystkiego wijąc się setkami większych i mniejszych zakrętów.

DSCI5035DSCI5034

W takich warunkach docieram do La Gleize, małej miejscowości, w której znajduje się niewielkie muzeum „Grudnia 44”. Nie sposób go nie zauważyć, mimo iż znajduje się w mało efektownym budynku. Tym, co sprawia że nie da się go przeoczyć jest ogromny czołg „zaparkowany” na placyku przed muzeum. Panzerkampfwagen VI B Königstiger ma oczywiście swoją historię.

DSCI5007

Pod koniec 1944 roku położenie Niemiec było rozpaczliwe. Walki toczyły się na dwóch frontach u samych granic Rzeszy. Co do faktu beznadziejności sytuacji nie było najmniejszych złudzeń. Jedyną nadzieją wydawała się opcja zlikwidowania jednego z frontów. Tylko jak tego dokonać? Na froncie wschodnim sowieci niszczą niemiecką Grupę Armii „Środek”. Na zachodzie sprzymierzeni w błyskawicznym tempie odbijają Francję. Czy może być jeszcze gorzej?

W pewnym momencie jednak wydaje się, że szczęście zaczyna nieśmiało uśmiechać się do Wehrmachtu. Rosjanie wstrzymują swoją ofensywę ze względu na problemy z zaopatrzeniem. Na froncie zachodnim, po fiasku operacji „Market Garden” wojska sprzymierzonych również wstrzymały natarcie. Wygląda na to, że inicjatywa chwilowo przechodzi na stronę Niemiec.

Niemieccy sztabowcy analizują kilka wariantów. Szybko dochodzą do wniosku, że na wschodzie nic zdziałać nie można. Za to na zachodzie widzą dla siebie szansę. Odcięcie armii brytyjskiej od amerykańskiej a następnie rozbicie tej drugiej jednym potężnym uderzeniem oraz pozbawienie pozostałych zaopatrzenia przez zdobycie portu w Antwerpii miało, w wariancie „bardzo optymistycznym” skutkować podpisaniem rozejmu między USA, Wielką Brytanią a Niemcami i w ten sposób zlikwidować front zachodni. Wariant „super optymistyczny” przewidywał nawet konflikt USA i Wielkiej Brytanii z ZSRR, spowodowany przedłużającą się wojną oraz przyszłym podziałem Europy.

We wrześniu 1944 roku Hitler zaaprobował plan ataku przez Ardeny. Plan zakładał błyskawiczne uderzenie czterech armii na pozycje amerykańskie. Pierwotnego terminu natarcia, wyznaczonego na połowę października, nie udało się jednak dotrzymać. Brakowało sprzętu, paliwa i ludzi. Z tego powodu operacja rozpoczęła się dopiero 16 grudnia.

Atak miał się odbyć błyskawicznie, przy całkowitym zaskoczeniu przeciwnika, który nie powinien zorientować się że jest to operacja na szeroką skalę. Dodatkowym warunkiem, koniecznym do osiągnięcia sukcesu, miały być złe warunki pogodowe. Lotnictwo niemieckie bowiem,  w tej fazie wojny już praktycznie nie istniało i fatalna aura miała uziemić samoloty aliantów i w ten sposób przynajmniej teoretycznie „wyrównać szanse”.

Stojący przed muzeum „Tygrys Królewski”, jak nazwali go sprzymierzeni, tłumacząc dosłownie jego niemiecką nazwę, wchodził w skład 6 Armii, 1 Dywizji Pancernej SS Leibstandarte Adolf Hitler osławionego zbrodniami wojennymi Jochena Peipera, stanowiącej trzon uderzenia „pancernej pięści”. Zakładano, że błyskawiczne uderzenie masy czołgów zmiecie całkowicie amerykańską obronę. Na początek jednak wykorzystano taktykę radziecką, w której to piechota atakuje przed czołgami.

DSC_2565

Niestety dla Niemców, po początkowych sukcesach następują problemy. Niespodziewanie Amerykanie stawiają zacięty opór i czołgi muszą zostać użyte wcześniej niż planowano. Z tym „błyskawicznym atakiem” wychodzi niezupełnie tak, jak zakładano. Padający śnieg i porywisty wiatr sprawiają, że wiele dróg staje się nieprzejezdnych. Ciężkie czołgi blokują wąskie dróżki, mosty nie wytrzymują ich ciężaru.

DSC_2566

Grupa Bojowa Peipera wraz z naszym Tygrysem mimo wszystko kontynuuje natarcie. Jest jednak bardzo opóźniona w stosunku do założeń planistów. Efekt zaskoczenia prysł. Na domiar złego Amerykanie, wycofując się, niszczą za sobą mosty i wiadukty co jeszcze bardziej opóźnia grupę i powoduje konieczność ciągłej modyfikacji planów.

DSCI5009

18 grudnia, czyli drugiej doby od rozpoczęcia natarcia, Grupa Bojowa wkracza do Stavelot. Opóźnienie wobec planów wynosi już półtorej doby. Jakby tego było mało, Amerykanie stawiają zaciekły opór. Peiper zostawia w Stavelot część swoich sił i kontynuuje marsz na północ. Jednak z planowanej przeprawy w Trois – Pons wyszły nici – most został wysadzony przez Jankesów. Grupa Bojowa została więc zmuszona do zmiany kierunku ataku. Przez wieś  La Gleize uderzyła na Stoumont ale i tu czekało na Niemców srogie rozczarowanie – ten most został również wysadzony. W międzyczasie Amerykanie odbili Stavelot i tym samym Grupa Bojowa Peipera została odcięta od reszty sił. Niemcy wycofują się do La Gleize, wokół którego zamyka się pierścień okrążenia.

DSCI5012

Peiper, pozbawiony dostaw paliwa, nakazuje okopać swoje czołgi w La Gleize. Dwa Tygrysy (w tym prezentowany przed muzeum) oraz jeden Panzer IV zostają oddelegowane do obrony Farmy Werimont, mieszczącej się na obrzeżach wsi i stanowiącej teraz wysunięty posterunek. 21 grudnia dostrzegają grupę piętnastu czołgów amerykańskich, do której otwierają ogień. Jednak niemieckie pociski chybiają, w przeciwieństwie do amerykańskich. Oba Tygrysy zostają wielokrotnie trafione. Wóz dowódcy stojący dziś przed muzeum w wyniku ostrzału doznaje poważnych uszkodzeń lufy działa i staje się już tylko ruchomym celem, który po kolejnych kilku trafieniach zamienia się w cel stacjonarny-pocisk przebija czołowy pancerz  roztrzaskując skrzynię biegów. Drugi Tygrys nie wygląda lepiej. Poturbowane załogi chroni się tymczasowo w piwnicy Farmy, skąd potem wycofują się do La Gleize. Dowódca jest poważnie ranny w głowę. Rozbite czołgi zostają porzucone na Farmie.

DSC_2653

23 grudnia Peiper, nie widząc żadnych szans na wyjście z okrążenia, rozwiązuje swoją Grupę Bojową, która w tym momencie liczy już tylko około 800 osób. Żołnierze małymi grupkami próbują na piechotę wydostać się z okrążenia. W La Gleize pozostaje cały ciężki sprzęt. W sumie 135 różnego rodzaju pojazdów pancernych.

W tym momencie następuje koniec niemieckich marzeń o sukcesie ofensywy. Często mówi się, że Amerykanie wygrali bitwę w Bastogne, Niemcy przegrali ją w La Gleize.

DSCI5014

Po bitwie wieś zajmują Amerykanie, którzy mają za zadanie uprzątnąć pobojowisko. Pani Jenny Geenen-Dewez postanawia zakupić poturbowanego Tygrysa Królewskiego o numerze bocznym 213. Żołnierze amerykańscy dobijają z nią targu. Cena za niemal nowego ale mocno poobijanego Tygrysa (pojazd wyprodukowano zaledwie dwa miesiące przed bitwą) wyniosła oszałamiające 0,5 litra koniaku.

Po wojnie Tygrys ustawiony został na placu w La Gleize. Brakujące elementy zostały uzupełnione z innych porozbijanych pojazdów Kampfgruppe Peiper.

Zostawiam motocykl pod opieką Tygrysa, przez chwilę jeszcze mocując się z uszkodzonym kaskiem. Problemy z jego zakładaniem i zdejmowaniem zaczynają być uciążliwe. Szczególnie w przypadku noszenia okularów. W razie ich uszkodzenia będę ślepy jak kret, co może „troszkę” skomplikować wyjazd.

W samym muzeum odbywam troszkę irytującą rozmowę z jednym z pracowników, który wydaje się być trochę namolny. W sumie to do dziś nie wiem, o co mu chodziło. Faktem jest jednak, że w ramach przeprosin dostałem się do muzeum „na skróty”.

Mimo tego incydentu „Muzeum Grudnia 44” jest warte odwiedzenia. Większość eksponatów stanowią przedmioty zebrane z pobojowiska pod La Gleize, część pochodzi również z nieudanej operacji „Market Garden”.

Galeria „Muzeum Grudnia 1944”:

Mrok panujący w pomieszczeniach muzeum, delikatnie rozproszony tylko podświetleniem eksponatów i dioram sprawia bardzo dziwne i przejmujące wrażenie. Czuje że jestem tu tylko gościem w krainie upiorów z przeszłości. Ciężko to opisać, ale naprawdę ma się tu wrażenie milczącej obecności uczestników tamtych wydarzeń. To uczucie zresztą było chyba zamierzone przez założycieli muzeum, naocznych świadków tych zmagań. Wystawa ma za zadanie uświadomić zwiedzającym okrucieństwa wojny oraz spowodować, aby historia więcej się nie powtórzyła.

Z uczuciem ulgi opuszczam mury niewielkiego muzeum. Na dworze świeci słońce; co prawda od czasu do czasu przykryte chmurami, ale jest jasno i powoli wraca chęć do życia.

Niemcy przegrali swoją ofensywę w La Gleize, Amerykanie wygrali ją pod Bastogne. W związku z tym wyruszam na południe. Tym razem postanawiam korzystać tylko z dróg lokalnych, aby nacieszyć się górami.

DSCI5020

Trasa przebiega dość różnie. Czasem bardzo przyjemnymi drogami wijącymi się przyjemnie wśród lasów przybranych w jesienne barwy. Bywają też drogi gorszej jakości, na których to sztywne jak deska zawieszenie GPz nieprzyjemnie „dobija”. Zdarzyło się nawet kilka razy szybować w powietrzu, po wybiciu na nieoznakowanych poprzecznych garbach w nawierzchni. Wreszcie nawigacja postanowiła wystawić mnie na ostatnią próbę – drogę szutrową, będącą w rzeczywistości osypiskiem luźnych kamieni. Tu już niestety, trzeba było poddać się i z podkulonym ogonem objechać górę dookoła. To droga dla rasowego enduro. Pocieszam się tylko, że jadący za mną Holender na GS-ie również skapitulował i wybrał drogę asfaltową. Tak swoją drogą, rzecz ciekawa – wszystkie napotkane do tej pory motocykle (a było ich niewiele) to tylko i wyłącznie „duże” BMW GS.

DSCI5024

W jednej z wiosek napotykam stację benzynową. Pomny moich wcześniejszych doświadczeń z paliwem postanawiam tankować gdy tylko trafi się okazja, przezwyciężając niechęć do zdejmowania z głowy uszkodzonego kasku. Paliwo zresztą okazuje się być bardzo tanie (jak na warunki zachodnioeuropejskie) oraz wyjątkowo dobrej jakości, co oprócz późniejszego subiektywnego odczucia w czasie jazdy potwierdziło także spalanie.

Ponieważ ściągnąłem już ten cholerny hełm z głowy, postanowiłem także coś przekąsić. Na stacji akurat była promocja na hot-dogi. Niestety, okazały się one być przeciwieństwem paliwa; kiepskie w smaku i drogie mimo promocji, biorąc nawet poprawkę na tutejsze ceny. Jednak nie skomentowałem tego faktu, mimo iż w pewnym momencie miałem nawet szczerą chęć to zrobić. Przypomniałem sobie bowiem słowa „klasyka”, dawno już nie widzianego kumpla. Otóż stwierdził On, nie bez racji zresztą, że skoro marudzisz przy jedzeniu to znaczy że tak naprawdę wcale nie jesteś głodny i tylko zawracasz d**ę. Należy nadmienić, że stwierdzenie to padło podczas wypadu „na koniec świata”, w jednej z puszcz na wschodnich krańcach Rzeczypospolitej, gdzie jedynym źródłem zaopatrzenia był sklepik dla drwali mieszczący się w zwykłej chłopskiej zagrodzie, gdzie nawet bochenek chleba trzeba było specjalnie zamawiać a najlepsze dostępne papierosy to „Mocne z filtrem”.  Były chyba one przeznaczone zresztą specjalnie dla takich zagubionych jak my; prawdziwi twardziele, ludzie lasu, palili bez filtra, wyraźnie brzydząc się takimi „luksusami”. Podczas tego wyjazdu swój debiut miało także inne kultowe danie: kisiel rozrobiony na tanim winie, z gatunku tych najtańszych, bez etykiety. Na to danie, o dziwo, nikt nie narzekał. O takim „menu” zadecydował zresztą fakt, że kisiel oraz tanie wino były jednymi z nielicznych produktów w tym „sklepie”, których nie trzeb było specjalnie zamawiać i dostępne były od ręki.

Posilony kiepskim hot-dogiem oraz cudownymi wspomnieniami pognałem dalej, z każdym kilometrem zbliżając się do Bastogne. Z mojego dalszego podziwiania gór wyszło zresztą niewiele, bo ostatni odcinek drogi pokonałem szosą biegnącą równolegle do autostrady, której bardzo chciałem uniknąć. Mogłem równie dobrze pojechać tą autostradą. Z drugiej strony, nie jest jednak źle. Na szosie ruch jest niemal zerowy, można pociskać z prędkością nie mniejszą niż po drugiej stronie płotu, uważając jednak na wyrwy w jezdni, które od czasu do czasu pojawiają się w większych skupiskach.

DSCI5022

Wkrótce dojeżdżam do Bastogne. Ciekaw jestem bardzo, jak zmieniło się po tych kilku latach. Na początek jednak muszę zmierzyć się z „inteligentną inaczej” sygnalizacją świetlną na przedmieściach. Ma ona tę właściwość, że przed każdym nadjeżdżającym pojazdem zmienia sygnał z zielonego na czerwony, zmuszając go do kilkuminutowego czekania przed pustym skrzyżowaniem a mieszkańców do bezsensownego wdychania produkowanych w tym czasie spalin.

O ile samo miasteczko zmieniło się w niewielkim stopniu, o tyle sam plac przy Mardasson Memorial jest niemal nie do poznania.

DSCI5038

Przede wszystkim uporządkowano parking oraz wreszcie otworzono muzeum. Znajduję nawet specjalne miejsca dla motocykli. Oczywiście, wszystkie zaparkowane tu maszyny to „duże” BMW GS. Ich kierowcy patrzą się na mnie dziwnie. Zaczynam podejrzewać, że po Ardenach, z nieznanego mi powodu, nie wypada poruszać się innym typem motocykla i przyjeżdżając tu na starym Kawasaki popełniam jakieś faux pass.

Niestety, podczas porządków „zaginął” gdzieś Achilles, brytyjska modyfikacja amerykańskiego niszczyciela czołgów, przy której kiedyś zrobiłem Jawie sesję zdjęciową. Widać GPz podobna sesja nie jest pisana.

Samo muzeum jest nowoczesne, multimedialne, ciekawie pomyślane. Chociaż muszę przyznać, że inaczej je sobie wyobrażałem. Każdy odwiedzający otrzymuje przy wejściu elektronicznego przewodnika, który niestety, nie mówi po polsku. Wobec tego zamawiam sobie wersję niemiecką; młoda dziewczyna z obsługi bez mrugnięcia powieką spełnia prośbę. Cóż za miła odmiana w porównaniu do poprzedniego muzeum.

Całość ekspozycji podzielono na trzy części. Pierwsza opowiada o tym, jak w ogóle doszło do II Wojny Światowej, pokazując drogę pewnego austriackiego kaprala z wąsikiem na szczyt władzy w ówczesnej Republice Weimarskiej. Owego kaprala nikt z ówczesnych elit nie traktował poważnie, tak w Niemczech jak i za granicą, co tylko ułatwiało mu zadanie. Aż nadszedł moment, gdy kapral dogadał się z drugim wąsatym dyktatorem ze wschodu i we wrześniu 1939 roku wybuchła wojna. Dalszy ciąg tej historii już znamy – a jeśli nie znamy, to możemy poznać ją z filmu. Film pokazuje wszystkie początkowe sukcesy Wehrmachtu oraz pierwsze porażki – najpierw a Afryce, potem w „Bitwie o Anglię”, wreszcie fiasko inwazji na ZSRR i lądowanie aliantów we Włoszech. Na koniec niespodziewanie zapala się światło i okazuje się, że jesteśmy właśnie w Sali narad, w której opracowywane są szczegóły operacji „Overlord”, czyli lądowania i zajęcia przez aliantów Normandii. Dalsza część ekspozycji doprowadza nas do dnia niemieckiej ofensywy, widzianej oczyma żołnierzy: niemieckiego, amerykańskiego oraz kilku belgijskich cywili, mimowolnych świadków całego konfliktu.

Galeria:

Bastogne, poza tym, że łączyły się w nim liczne szlaki komunikacyjne, nie było jakimś szczególnie ważnym obiektem strategicznym. Stało się nim jednak za sprawą sztabowców amerykańskich, którzy, wbrew nadziejom Hitlera i naczelnego dowództwa Wehrmachtu, bardzo szybko zorientowali się w sytuacji i przejrzeli zamiary niemieckie. Wiedzieli, że każde opóźnienie natarcia zmniejsza jego szanse powodzenia. W rejon Bastogne amerykanie pospiesznie przerzucili wszystkie dostępne siły – nie było tego dużo. 101 Jednostka Powietrznodesantowa oraz niedobitki 106 i 28 Dywizji Piechoty utworzyły jednostkę w sile batalionu, którą nazwano „Team SNAFU”. 21 grudnia miasto zostało otoczone przez wojska generała Heinricha von Lüttwitza. Propozycja honorowej kapitulacji została przez amerykanów odrzucona. „Bzdury” – tak brzmiała pisemna odpowiedź generała McAuliffe na propozycjie niemieckie. Zaczęło się ciężkie oblężenie, o którym więcej pisałem tutaj.

Tymczasem czas płynął nieubłaganie. Sytuacja dla wojsk niemieckich stała się mocno niekomfortowa. Ofensywa nie nabierała tempa. 24 grudnia, dzień po rozwiązaniu w La Gleize Grupy Bojowej Peipera, natarcie ostatecznie załamało się. Po ośmiu dniach walk nie osiągnięto nawet pierwszego celu, jakim była rzeka Moza. Generał von Manteuffel zarekomendował odwrót, póki straty w sprzęcie były jeszcze względnie niewielkie. Hitler jednak ten pomysł odrzucił.

26 grudnia pierwsze czołgi generała Pattona wjechały do Bastogne, przerywając oblężenie miasta. Niemiecka ofensywa w Ardenach, ostatnia duża operacja w tej fazie wojny, dobiegła końca. Nie ustały jednak walki. 1 stycznia 1945 roku Hitler zarządził dwie nowe operacje, licząc jeszcze na wznowienie ofensywy. Obie zakończyły się jednak bardzo niekorzystnie. Niemiecki natarcie zostało zatrzymane, jednak walki w  Ardenach nadal trwały. Hitler dopiero 7 stycznia pogodził się wreszcie z fiaskiem operacji i pozwolił na wycofanie swoich oddziałów. Zamykanie kotła w Ardenach szło jednak Amerykanom i Brytyjczykom szło bardzo opornie, dzięki czemu duża część wojsk niemieckich zdołała jednak wyjść z okrążenia, tracąc jednak wskutek braku paliwa i usterek technicznych większą część ciężkiego sprzętu i wyposażenia.

Ostatnia część muzeum poświęcona jest losom ludności cywilnej, o której to z reguły milczą podręczniki historii. Jak zwykli ludzie przetrwali działania wojenne? Wystawa daje dużo do myślenia.

Po zwiedzaniu muzeum przeszedłem się jeszcze po okolicy.

Mardasson Memorial:

DSCI4980

Tym razem krypta mieszcząca kaplicę była otwarta, co zostało przeze mnie skwapliwie wykorzystane.

DSC_2780 DSC_2782

DSC_2783 DSC_2784

Podczas powrotu przez miasto zajeżdżam jeszcze na plac generała McAuliffe. Tu nie zaszły żadne widoczne zmiany. Może z jednym wyjątkiem – w miejscu gdzie kilka lat temu zimą parkowałem Jawą, wyznaczono obecnie specjalne miejsca postojowe dla motocykli. Parkuję GPz dokładnie w tym samym miejscu.

DSCI5039 DSCI5043

Wyjazd z parkingu jest dość skomplikowany i dla osób będących tu po raz pierwszy może stanowić spore wyzwanie.

DSCI5045

Tym razem problem ma czterech motocyklistów z Wielkiej Brytanii. Wszyscy oczywiście podróżują na „dużych” gieesach – czemu mnie to nie dziwi? Zaczynam poważnie podejrzewać, że gdzieś tu jest chyba jakiś zlot posiadaczy tego modelu. Pomagam im wyjechać w stronę muzeum i Mardasson Memorial, co w sumie dla mnie nie stanowi żadnej różnicy, ponieważ aby wyjechać z parkingu i tak trzeba jechać w ich stronę. Rozstajemy się na rondzie, na którym jest już jasne i klarowne oznakowanie. Sam wracam w kierunku autostrady.

Na wielkim skrzyżowaniu napotykam kolejny motocykl. Tym razem Bandit! Pierwszy motocykl który nie jest GS-em! Z wrażenia na chwilę aż mnie zatkało.

W drodze na autostradę mijam niewielkie, schludne wioseczki ze starymi, kamiennymi domkami. Zapewne większość z nich liczy sobie pewnie po kilkaset lat, jednak napiętnowane na zawsze zostały okrutnymi wydarzeniami sprzed zaledwie nieco ponad siedemdziesięciu lat i chyba już na zawsze będą mi się kojarzyć z wojną zimową.

Natomiast jednym z niekwestionowanych symboli tej bitwy stały się, użyte tu na szeroką skalę, czołgi Panzerkampfwagen VI B Königstiger, największe i najcięższe wozy użyte bojowo w II Wojnie Światowej, które całkowicie zawiodły pokładane w nich nadzieje i nie odmieniły losów tej bezsensownej wojny…

DSCI5012

Loreley

DSCI3881

Podobno najtrudniej jest zacząć. Tak też było i tym razem. Do wyjazdu w dolinę środkowego Renu zbierałem się przeszło dwa lata. Ostatnia wizyta była stanowczo za krótka, jednak zdecydował o tym fakcie czynnik, na który (jak do tej pory) ludzkość nie ma żadnego wpływu – czas.

Dwie wieże

Tym razem wszystko wskazywało na to, że tego deficytowego czynnika mam pod dostatkiem. Nie wolno jednak cieszyć się przedwcześnie. Wyjazd opóźnił się z przyczyn technicznych – wytypowana do wyjazdu GPz „złapała” gwoździa. Prawdę powiedziawszy, nawet nie wiem kiedy. Sprawa wyszła zupełnym przypadkiem a sam sprawca zamieszania starł się aż do poziomu gumy i „przycupnął” w zagłębieniu bieżnika. Powietrze niby nie schodziło, jednak świadomość niesprawności ogumienia nie dawała mi spokoju. Ponieważ naprawa niemłodej już opony nie miała ekonomicznego uzasadnienia, postanowiłem ją wymienić na nową. Pech chciał jednak, że serwisie właściwej na stanie nie było i chcąc nie chcąc, trzeba było takową zamówić, modląc się w duchu o szybką dostawę. A czas płynął nieubłaganie…

Wreszcie, po kilku dniach, późnym popołudniem długo wyczekiwany telefon z serwisu: „opona doszła, koło wyważone, maszyna do odbioru”.

Następnego dnia blady świt zastaje mnie w drodze. Podróż autostradami przebiega bez niespodzianek. Staram się trzymać prędkość w granicach 110-130 km/h, bowiem wówczas jazda jest najprzyjemniejsza. Wiatr nie szarga za mocno a pracy silnika niemal nie słychać.

Autostradowa stacja benzynowa. Tankowanie pod korek i gorąca kawa z tekturowego kubka. Szybkie spojrzenie na rachunek za tankowanie i licznik przebiegu dziennego pozwalają ustalić zużycie benzyny na poziomie nieco poniżej 5l/100 km. Ubytków oleju również nie stwierdzono. Jest dobrze.

Już około godziny dziesiątej robi się nieznośnie gorąco. Tegoroczne upały biją wszelkie rekordy. Po drodze coraz częściej widuję motocyklistów w samych podkoszulkach i krótkich spodenkach. Ja nie mam tyle odwagi żeby podróżować „na zdrapkę”. Albo za dużo już w swoim życiu nazbierałem „liszai asfaltowych”.

W międzyczasie autostrada zmienia się w drogę ekspresową, która niepostrzeżenie staje się obwodnicą miasta Bingen nad Renem. Byłem tu już kiedyś. Pierwsze moje skojarzenia związane z pobytem w tej miejscowości to koszmarne korki w centrum i przeraźliwy chłód. Dziś jest inaczej; upał jest nie do wytrzymania. Obecnego poziomu natężenia ruchu drogowego w Bingen postanawiam jednak nie sprawdzać i zgodnie z drogowskazami, przedmieściami, kieruję się w kierunku St. Goar.

Na samym wylocie z miasta, już nad Renem, odwiedzam ostatnią w Bingen stację benzynową. Tankowałem na niej trzy lata temu. Nie wiedząc kiedy będzie następna możliwość uzupełnienia cieczy pędnej, tankuję motocykl znów do pełna. Do tego koniecznie litrowa butelka wody mineralnej, którą wypijam niemal jednym duszkiem. Jeszcze nie ma południa a już jest pewnie +35 stopni w cieniu – a może i więcej. W lekkich ciuchach motocyklowych robi pocę się niemiłosiernie. Kask niemal parzy w głowę. Na następny sezon sprawię sobie chyba biały.

Zaczyna się cudowna, kręta szosa wzdłuż Renu. Na niemal pionowych skałach po obu stronach rzeki, dosłownie jeden obok drugiego, stoją średniowieczne zamki. Jedne w stanie ruiny, inne odrestaurowane i pięknie utrzymane. Niektóre znowu w remoncie. Część w rękach prywatnych, inne dostępne zwiedzającym. Coś niesamowitego.

Jako że jadę „po niewłaściwej” stronie Renu, pilnie wypatruję przeprawy promowej, która powinna być kilka kilometrów za stacją benzynową w górę rzeki. Mostów tu nie przewidziano.

Niestety, „mojej” przeprawy promowej nie ma. Tak po prostu. Była, ale nie ma. Czy zamknięto ją ze względu na niski stan wody w rzece? Nie mam pojęcia. Źle to wróży całej wycieczce. Na opuszczonej przystani nie ma również żadnej informacji. W sumie nie powinno mnie to już dziwić. W krajach „niemieckojęzycznych” jest to dość typowe. Miejscowi wiedzą o co chodzi, a przyjezdni… Cóż, jakoś sobie poradzą.

No właśnie. Trzeba sobie jakoś radzić. Co teraz robić? Czy wracać do Bingen i przedzierać się przez całe miasto do przystani? Tamtej przecież chyba by nie zamknęli??? Czy może jechać dalej, do St. Goar licząc, że jakaś przeprawa po drodze będzie jednak czynna a w najgorszym razie trzeba będzie nadrzucić kolejne kilkadziesiąt kilometrów do Koblencji?

Wspomnienia ostatniej wizyty w Bingen pomagają mi podjąć decyzję. Jadę dalej, w dół Renu.

Nie żałuję decyzji. Szosa biegnie wąskim skrawkiem lądu pomiędzy skałami a Renem. Te niemal pionowe urwiska tu ostatnie pasmo gór Hünsrucku. Po drugiej stronie rzeki wznoszą się góry Taunus. Średniowiecznych zamków nastawiano tu tyle, że ciężko je nawet zliczyć. Nie mogąc się powstrzymać odwiedzam w sumie trzy z nich, ale to temat na osobny wpis. W każdym razie wszystkie trzy robią niesamowite wrażenie. Każdy z nich inne, będąc budowlą na wskroś unikatową i niepowtarzalną.

Po drodze mam jeszcze okazję przejeżdżać przez trzy miasteczka, w których ma się wrażenie że zatrzymał się czas. Stan zachowania dawnych średniowiecznych umocnienień oraz stara zabudowa jest po prostu niesamowity.

Widoki są cudowne, jednak sama droga jest zdradliwa, o czym przypominają stosowne znaki drogowe, ostrzegające o śliskiej nawierzchni oraz stosowne ograniczenia prędkości do 70 i 50 km/h. o dziwo, większość kierowców nawet się do nich stosuje. Z pewnym „okładem”, ale jednak.

Przed St. Goar Ren się zwęża, wykonując kilka zakrętów i omijając w ten sposób kilka oporniejszych na wietrzenie skał. W tym jedną, słynną.

Loreley.

DSC_9574

Któż nie słyszał tej nazwy – czy może poprawniej należałoby napisać imienia? A w zasadzie jednego i drugiego. Samo pochodzenie nazwy-imienia nie jest jasne. Niektórzy wywodzą ją z języka celtyckiego, w którym słowo „Ley” miałoby oznaczać „skałę”. Według tej teorii nazwa Loreley miałaby oznaczać po prostu „Szemrząca Skałę”. W tym miejscu Ren jest najwęższy.

Ponieważ rzeka się zwęża, siłą rzeczy jej nurt musi przyspieszyć. A jeśli dodamy zakręty i oporną skałę wrzynającą się w jej nurt, wiadomym jest że powstaną w tym miejscu silne prądy i wiry. I byłaby to „oczywista oczywistość”, jak mawiał pewien „klasyk”, gdyby nie fakt, że Ren, jedna z najdłuższych rzek Europy (1233 km), od niepamiętnych czasów wykorzystywany był przez ludzkość do celów „gospodarczo – transportowych”. A wiry na rzece to miejsce potencjalnie niebezpieczne dla żeglugi.

Ponieważ w dawnych czasach w każdym zjawisku dopatrywano się jakichś intencji, dobrych lub częściej – złych, toteż istnienie zagrożenia w ruchu statków i barek próbowano wytłumaczyć sobie czyimś złośliwym działaniem.

Najsłynniejsza jest legenda o młodej dziewczynie. Nazywać się miała, a jakże, Loreley. Z powodu zwodu miłosnego lub też, w innej wersji, zdrady kochanka w dniu ślubu, miała rzucić się ze skały w odmęty Renu. Dziwnym zbiegiem okoliczności nie zginęła jednak w odmętach a zamieniona została w nimfę/rusałkę czy inną syrenę, która swoim śpiewem uwodzić miała rybaków czy nieostrożnych żeglarzy i kierować ich w wiry i na skały. A gdy ginęli  odmętach Renu, Loreley nadal snuła swą pieśń, rozczesując swoje złote włosy…

Legenda ta ma wiele wersji. Dodawane są do niej kolejne postaci, jak na przykład biskup próbujący negocjować z samobójczynią (niedoszłą?), czy też diabeł, który czekać ma na duszę nieszczęsnej niedoszłej panny młodej, do której to jednak z jakichś tajemniczych względów dobrać się nie może.

W innym wydaniu tej opowieści Loreley czeka na swojego lubego, rycerza Eberharda, który ginie na jej oczach w odmętach Renu u stóp skały. Dziewczyna z rozpaczy skacze z tejże skały do wody i wszelki ślad po niej ginie. Skałę nazwano później na jej cześć Loreley. Oczywiście, nie wyczerpuje to wszystkich możliwych wersji tej opowieści.

Postać Loerley inspiruje nadal kolejne pokolenie poetów i muzyków.

Nie jedyna legenda związana z tym miejscem. Według innej, pod skałą Loreley ukryty miał być słynny skarb Nibelungów. Czyli po naszemu złoto krasnoludów, którego podobno miało być aż 144 wozy (12*12). Opisywany jest on w eposie rycerskim „Pieśni o Nibelungach” z około 1200 roku a odwołuje się do zdarzeń z okresu wędrówki ludów na przełomie IV/V wieku. Na jej podstawie Ryszard Wagner skomponował swój czteroczęściowy dramat muzyczny pt. „Pierścień Nibelunga”. Według niego, ze złota pochodzącego ze skarbu krasnoludów ukrytego w Renie wykuty został przeklęty pierścień, dający właścicielowi władzę nad światem. Przechodzi on z rąk do rąk aby na koniec znów spocząć w odmętach rzeki, oddany córkom Renu. Jednak szkody jakie wyrządził po drodze są już nie do naprawienia. Nic już nie będzie takie samo.

Jak nietrudno się domyśleć, z legendy związanej ze skałą Loreley pełnymi garściami czerpał niejaki Tolkien, pisząc „Władcę pierścieni”.

W St. Goar wjeżdżam wąską dróżką na jedną ze skał doliny Renu, chcąc uzyskać lepsze rozeznanie sytuacji. Niewiele mi to pomaga. W tym momencie jeszcze nie wiedziałem, że przejechałem już obok Loreley dwa, może trzy kilometry wcześniej, tylko zauroczony „pięknymi okolicznościami przyrody” po prostu tego nie zauważyłem.

DSC_9545  DSC_9554

Przy okazji odkryłem szosę tak krętą, że na zakrętach widziałem niemal swoją tablicę rejestracyjną 😉 Jak się okazało, takich dróg jest tu całkiem sporo po obu stronach rzeki. Raj dla miłośników zakrętów.

Za to ze szczytu wąwozu doskonale widać przeprawę i prom o wdzięcznej nazwie… „Loreley”.

DSCI2109  DSCI2114

Ponieważ skała Loreley znajduje się po drugiej stronie rzeki, nie pozostaje mi nic innego jak zaokrętować się ze swoim dobytkiem na statek. Prom kursuje mniej więcej co 20-30 minut a przeprawa to koszt 3€ za motocykl z kierowcą. Za zaprzęg 3,50€ a za każdego pasażera 1,20€ od łebka. Tyle zdążyłem wyczytać z cennika. Płatność tylko gotówką.

DSCI2245  DSCI2249

Sama podróż promem trwała kilka minut. Jeszcze się człowiek nie zdążył w miarę porządnie rozzuć a już trzeba się znów opaździerzać.

DSCI2251  DSCI2253

Rzecz ciekawa ale o tej porze prom był niemal pusty. Dziwne.

DSCI2258  DSCI2257

Po zjeździe ze statku udałem się w kierunku wskazanym tablicą „Centrum Loreley”. No, to jestem w domu. Niestety, tak mi się tylko zdawało. Po wjechaniu na górę w kierunku wskazanym strzałkami, dotarłem do wielkiego parkingu z bramą zamykaną przez szlabany. Wjazd jest darmowy, wyjazd kosztuje 2€. Co tam te dwa ojro, skoro jestem u celu. Niestety, nie jestem. Ta skała to nie Loreley, tylko jedna z sąsiadujących, dróżka prowadząca na tzw. „Taras widokowy” prowadzi w rzeczywistości do knajpy z cenami chorymi nawet jak na niemieckie realia, do Loreley trzeba trzaskać jakąś dróżką diabli wiedzą ile. Na dodatek, żeby się stąd wydostać, trzeba naprawdę zabulić dwa euro w tzw. „Centrum turystycznym”, które jest w rzeczywistości małą knajpą-restauracją a z turystyką ma tyle wspólnego, że leży tam na stole kilka darmowych folderów. Na dodatek barman widząc, że nie mam zamiaru niczego u niego kupować, zanim wydaje mi kartę daje mi wyraźnie odczuć, w jak głębokim poważaniu ma takich jak ja. Cudowny pomysł na biznes. Dwa euro za parking na zadupiu przy dwóch knajpach. Czy coś wypijesz czy też nie – i tak jesteś golony. A do Loreley tak samo daleko jak z dowolnego innego miejsca.

DSC_9611  DSC_9614

Zjeżdżam tą samą drogą w dół. Tym razem jestem mądrzejszy i przynajmniej orientuję się już co do kierunku i miejsca.

Po drodze zahaczam jeszcze o stary port.

DSCI2266  DSCI2263

Wreszcie jestem na miejscu u stóp Loreley. Parking nad samym Renem jest o dziwo za darmo. To sk****y tam na górze w tym samozwańczym „Centrum”!!!

DSCI2271  DSCI2270

Na końcu sztucznego półwyspu na Renie stoi to, co podejrzewałem. Pomnik – rzeźba Loreley.

DSC_9652  DSC_9638

Te około 200 metrów wyglądają może na łatwy spacerek – ale nie w motocyklowych jeansach, z kurtką i kaskiem pod pachą przy niemal czterdziestostopniowym upale.

DSCI2199

Ren – 555 kilometr:

DSC_9636

Gdy wróciłem do motocykla byłem już nieźle zmęczony. Jednak to był dopiero początek. Teraz czeka mnie wspinaczka na szczyt Loreley, czyli jakieś 132 metry. Z parkingu prowadzi na szczyt „Treppenweg”, co po naszemu oznacza „Drogę Schodów”. Nie brzmi to dobrze. Całe szczęście że buty mam niemotocyklowe, w sam raz do tej wspinaczki.

DSCI2278

Schody okazują się być strome i niewygodne. Każdy z nich jest dość wysoki i na dodatek innej szerokości, więc nie udaje się trzymać jednego tempa marszu. To że część drogi przebiega w cieniu drzew niewiele pomaga. Dojście na szczyt zajmuje mi ponad 20 minut.

DSC_1274  DSC_1275

Na zdjęciach może tego nie widać, ale skała Loreley od strony rzeki jest niemal pionowa. Tu naprawdę można było zrobić sobie krzywdę. Przede mną ponad 120-to metrowa przepaść – i piękny widok na Dolinę Środkowego Renu w najwęższym jej miejscu.

DSC_1290  DSC_1278

Korzystając z tego, że chwilowo nie ma tu żadnych innych turystów, odpoczywam, sam na sam z legendarną Loreley.

W dole nieustannie przepływają barki i statki. Wydawać by się mogło, że współczesna technika i inżynieria wodna zapewniły już w tym miejscu bezpieczeństwo żegludze. Nic podobnego. Rzadko bo rzadko ale jednak; Loreley budzi się czasem ze snu, by uwieść kolejną ofiarę. Ostatni duży wypadek miał tu miejsce w 2009 roku.

Powrót na dół jest dużo łatwiejszy.

Na parkingu przy motocyklu „dopada” mnie starszy Niemiec, który przyjechał tu na wakacje starym VW „ogórkiem”. Wypytuje o pomnik Loreley oraz jak dostać się na samą skałę. Mówię mu to do czego sam doszedłem oraz lojalnie ostrzegam przed „Centrum Loreley”, w którym straci tylko czas, paliwo, nerwy i 2€ na koniec.

– „2€ mówisz” – wyraźnie go to rozbawiło – „to jest skandal!” – śmieje się jak z dobrego dowcipu.

Teraz ja wypytuję go o to, co zdążył już zobaczyć. Jak się okazało, przyjechał tu z żoną wczoraj a nocował na kempingu dokładnie naprzeciwko miejsca w którym teraz stoimy, po drugiej stronie Renu. Zostałby jeszcze, tylko upał stał się tam nie do zniesienia.

– „Przecież tam nie ma ani jednego drzewa! Ani odrobiny cienia! To nie jest normalne. To jest… To jest…” – nie może znaleźć odpowiedniego słowa.

– „Skandal?” – podpowiadam życzliwie.

-„Tak, właśnie! Skandal!” – facet zatacza się od śmiechu – „SKANDAAAL!!! SKANDAAAL!!!” – ryczy w stronę kempingu.

Rozstajemy się w bardzo wesołym nastroju. Moi nowi znajomi wyruszają w stronę Koblencji, ja mam zamiar zrobić mały wypad w kierunku Bingen, tylko drugą stroną Renu.

DSCI2284

W tak zwanym międzyczasie na parking podjechały dwa motocykle. Nowiutkie rasowe turystyki. Ich właściciele, chłopak i dziewczyna, w nowiuteńkich kombiakach trochę z pobłażaniem popatrzyli na moją starą, tekstylną kurtkę i wytarte motocyklowe dżinsy. Ja popatrzyłem na nich podobnie, zastanawiając się, jak wysoko uda im się wspiąć po „Treppenweg” na Loreley. Świeżo przybyli rozpięli nieco zamki w swoich kombinezonach, schowali kaski do kufrów, po czym udali się w kierunku ścieżki na szczyt skały.

Nie myliłem się. Wrócili nawet szybciej niż się spodziewałem, kapitulując zaledwie po kilku minutach. W takim upale…

Dopiłem resztę wody z butelki i nie czekając dłużej ruszyłem w stronę Bingen. Początkowo wszystko szło mi dobrze, jednak kilkanaście kilometrów za miasteczkiem Kaub kilometrach wbijam się w ogromny korek. Po przeciśnięciu się pomiędzy kilkudziesięcioma stojącymi pojazdami orientuję się, że dalsza jazda nie ma sensu, bowiem jeden pas ruchu jest w remoncie i obowiązuje tu ruch wahadłowy. Postanawiam zawracać, jednak z uwagi na to, że manewr ten trzeba było przeprowadzić szybko i na bardzo ograniczonej przestrzeni, niewiele brakuje abym zaliczył klasyczną glebę „niemal parkingową”, przy prędkości może 2km/h. Zły na siebie wracam w kierunku St. Goarshausen.

Kilka kilometrów dalej zatrzymuje się przy „plaży”. Poziom wody w Renie jest tak niski, że w wielu miejscach można swobodnie spacerować po dnie rzeki. Ta plaża jest akurat kamienista, ale są fragmenty piaszczyste, gdzie ludzie przychodzą z klasycznym sprzętem plażowym. ja przyszedłem tutaj w konkretnym celu – zdobycia „pamiątki”. Jest nią niewielka, elegancka płytka z czarnego łupku, pięknie oszlifowana przez wody Renu. Obróbka ta trwała może nawet i setki lat a sama skała jest identyczna jak ta, z której zbudowana jest skała Loreley. Pamiątka darmowa i bardzo wiele mówiąca o odwiedzonym miejscu.

DSC_9580  DSC_9588

Podczas kolejnego postoju przy jednym z nielicznych zacienionych parkingów, dobiegł mnie charakterystyczny dźwięk dużego silnika. Odgłos bardzo charakterystyczny, potężny, znajomy. Narastał bardzo powoli. W pewnej chwili, zza zakrętu „wypadł” stary traktor Lanz – Bulldog z przyczepką, pełniący obecnie najwyraźniej rolę urlopowozu, kabrioletu i kampera w jednym. Zastanawiałem się tylko, jak kierowca i pasażerka wytrzymują na dłuższą metę piekielny huk jednocylindrowego silnika o pojemności dziesięciu litrów (!!!), którego każdy suw wydechu, mimo potężnego tłumika spalin, po prostu ugniata czaszkę!

DSCI3864  DSCI3865

Sprawa wyjaśniła się kilkanaście minut później, gdy wyprzedzałem ten wehikuł. Otóż zarówno kierowca, jak i pasażer, mieli uszy pozatykane stoperami. Mimo tego pasażerka wyglądała tak, jakby za chwilę miała wyzionąć ducha – co mnie wcale nie dziwi, bo ja sam, przejeżdżając obok niego miałem wrażenie że zaraz puszczą mi szwy w czaszce – ogłuchnięcie to najmniejszy problem.

Kilka kilometrów dalej udało mi się znaleźć miłą knajpkę, w której zjadam późny obiad w bardzo przyzwoitej cenie. Obsługująca mnie kelnerka mówi ze śmiesznym akcentem. Obstawiam na 99% że pochodzi z południa, zapewne z Austrii.

DSCI2285  DSCI3866

Kilka minut po podaniu posiłku, z potwornym hukiem, od którego rozdzwoniły się naczynia na stołach, przetoczył się po szosie Lanz Bulldog z przyczepką, razem ze swoją pasażerką ze wzrokiem utkwionym martwo w jednym punkcie na horyzoncie.

Powrót do St. Goar. Według rozkładu pływania promów łapię się na jeden z ostatnich kursów w tym dniu. Całe szczęście, bo gdybym się spóźnił to byłby problem. Oprócz mnie na przeprawę oczekują tylko dwa samochody. Zbliża się wieczór. W ostatniej chwili podjeżdża jeszcze dziewczyna na Gladiusie. Zasadniczo to nie zwracałem nigdy uwagi na „współczesne” motocykle. Jednak tym razem nie bardzo mogłem sobie przypomnieć, kiedy to ostatni raz widziałem Gladiusa w „cywilnym” użyciu. W Polsce (dzięki „dziwnym” przepisom) motocykl ten wpisał już chyba na stałe jako pojazd do nauki jazdy i zdawania egzaminu państwowego.

Na promie, z racji faktu spędzania przez obsługę motocykli w jedno miejsce, na dziób przy lewej burcie, mieliśmy okazje trochę porozmawiać. Dziewczyna okazała się być studentką z Trewiru, od dwóch dni podróżującą motocyklem po Dolinie Środkowego Renu. Właśnie zbiera się do powrotu, ale przedtem jeszcze chciała sobie pośmigać jakąś fajną trasą. Z jednej strony – do Trewiru specjalnie daleko nie ma, z drugiej – jest mocno wymęczona upałami. Zresztą, ja pewnie też wcale nie wyglądam lepiej.

Podpowiadam jej trasę do Bingen, radząc zawrócić przy stacji benzynowej z przegrzebkiem w logo. Trasa ta ma to do siebie, że w każdą stronę jedzie się zupełnie inaczej i na pewno nie będzie się nudzić.

Na przystani się rozstajemy. Dziewczyna rusza w lewo, w stronę Bingen, ja odbijam w prawo, na tzw. Hunsrück Hochstrasse czyli drogę przebitą w najwyższym paśmie tutejszych gór. Trasa jest kręta i niesamowicie malownicza, chociaż czasem także dość mocno zatłoczona. Ale widoki i świetna nawierzchnia pozwalają wybaczyć ten drobny mankament.

Po chwili jednak uświadamiam sobie, że o czymś jednak zapomniałem. Zawracam na najbliższym skrzyżowaniu. Chwilę później opuszczam także St. Goar i jadę w kierunku Bingen.

Po kilometrze, może dwóch, parkuję na poboczu.

Zapomniałem przecież się pożegnać.

DSCI3879  DSCI3880

Pożegnać z Loreley.

DSCI3881

Rodemack – małe Carcassonne

DSCI0823

O słynnym, francuskim Carcassonne słyszał chyba każdy. Średniowieczne miasto zachowane niemal w całości w nienaruszonym stanie, mekka filmowców i fotografików. Tylko trochę daleko i nieco drogo… Kiedyś na pewno się tam wybiorę, jednak jeszcze nie dziś.

„Oczywistą oczywistością” jest, że to nie jedyne miasto w całej Francji, które zachowało swój dawny charakter. Znalazłoby się ich trochę więcej. „Trochę” oznacza w tym przypadku dokładnie 156, bowiem „francuskie miasta średniowieczne” w 1987 roku zrzeszyły się  i związek ten obecnie liczy właśnie 156 członków. Zaś najbliżej, z naszego punktu widzenia oczywiście, znajduje się właśnie Rodemack.

Tak więc pewnego letniego dnia, nie zważając na prognozy pogody wieszczące upały oraz przelotne burze, pakuję się na motocykl i wyruszam w podróż do Rodemack.

DSCI1493

Prognozy pogody chyba nie kłamały – słupki rtęci już w okolicach godziny dziesiątej przekroczyły wartość +30 stopni. I wcale nie zamierzały na tym poprzestać. Upał wzrastał dosłownie z każdą minutą. Mój borze tucholski, a ja kiedyś myślałem, że +30 stopni Celsjusza to dużo!

Gorące powietrze znad autostrady powodowało, że jechało się jak w piekarniku. Pęd powietrza wcale nie chłodził, nawet przy 160 km/h nadal odczuwało się skwar. Zresztą szybciej jechać nawet nie próbowałem, bowiem przed wyjazdem zaniedbałem jedną, ale ważną rzecz. Nie zatankowałem motocykla uznając, że pół zbiornika do dostatecznie dużo aby nie opłacało się nadkładać drogi do stacji paliw a po drodze zawsze będzie przecież możliwość zakupienia benzyny. Niestety, te „pół zbiornika” widniało tylko na ekraniku wyświetlacza i nie miało wiele wspólnego z rzeczywistością. Ma on bowiem tę paskudną przypadłość, że kreseczek ubywa tym szybciej im mniej paliwa pozostało. Na dodatek, dzięki remontom na autostradzie, ostatnia stacja paliw przed granicą jest zamknięta. Jak na złość. No tak, jak się nie robi regularnie aktualizacji map w nawigacji to niestety bywa się zaskoczonym…

Po niedługim czasie wyświetlacz pokazuje, że osiągnięto już dno w zbiorniku i właśnie turlam się na rezerwie. Jak duża jest ta rezerwa? Nie mam pojęcia, jednak nie jest dobrze, skoro komputerek pokładowy strzela mi czerwoną kontrolką po oczach.

Już dawno telepię się prawym pasem autostrady z prędkością w granicach 100km/h, narażając się na kpiące i pełne politowania uśmiechy wyprzedzających mnie motocyklistów. Jednak obawiam się, że nawet taka jazda może nie wystarczyć aby doturlać się jakoś do granicy. Trzeba zredukować zużycie paliwa jeszcze bardziej. „Przyklejam się” zatem do ogona dużej ciężarówki. Prędkość spada do 80 km/h ale zużycie paliwa też, dzięki zredukowaniu oporu powietrza.

Tak mijają dalsze kilometry a każdy kolejny przybliża mnie do upragnionej granicy. Jednak taka jazda usypia czujność. W pewnej chwili powietrze przeszywa potworny huk, wokół motocykla przelatują najeżone drutami kawałki opony a ciężarówka z przeraźliwym piskiem wykonuje szaleńczy taniec po całej szerokości autostrady aby po krótkiej acz dramatycznej walce z prawami fizyki wylądować na pasie awaryjnym… Szczęśliwie udaje mi się nie oberwać żadnym z fruwających w powietrzu odłamków opony ale na najbliższym parkingu muszę zatrzymać się i trochę ochłonąć.

S0150753

Szczęśliwie udaje mi się jakoś dojechać do Schengen, jednak ostatnie zjazdy z góry pokonuję już samym rozpędem. Na stacji tankuję paliwo pod korek i zgodnie z wytycznymi nawigacji kieruję się teraz w kierunku Francji. Niestety, to nie koniec niespodzianek. Na dużym rondzie nawigacja nagle kategorycznie odmawia dalszej współpracy i ostentacyjnie wyłącza się. I już nie daje ponownie uruchomić.

Witaj przygodo!

Docieram „rozpędem” z powrotem do autostrady. Długie tunele wydrążone w górach dają odrobinę upragnionego cienia i chłodu. Dziwne uczucie, gdy z rozświetlonego pełnym słońcem dnia wpada się w ciemność tunelu, której wydają się wcale nie rozświetlać liczne światła u jego stropu, na ścianach a nawet krawężnikach. Po chwili oczy przyzwyczajają się do ciemności; wtedy nagle wyskakujemy z gęstego mroku znów w jasność od której bolą oczy.

Za kolejnym tunelem znajduje się zjazd w kierunku wioski Mondorf. Z mapy kojarzę, że jest to właściwy zjazd. Cóż poradzić, nawigacja wysiadła i trzeba przeprosić się z papierową mapą.

W kolejnej miejscowości należy zjechać z głównej drogi w lewo. Granica przechodzi środkiem rzeczki a niewielkie budynki służb granicznych znajdują się na malutkim mostku. Oczywiście, budynki od dawna stają puste i nieużywane. Dziś nikt już nawet nie pamięta o tym, że kiedyś sprawdzano tu paszporty… Chociaż pewnie i tak niezbyt rygorystycznie. Rzeczka jest tak niewielka, że można ją przeskoczyć. Trochę jak w słynnym filmie Monthy Pythona, gdzie Czarny Rycerz z uporem maniaka pilnował „przeprawy”, czyli mostku z dwóch desek nad malutką strużką, którą można z powodzeniem pokonać jednym krokiem…

Francja wita mnie szykanami, którymi „specjaliści od bezpieczeństwa ruchu drogowego” próbują „uspokoić” ruch na drodze. Wychodzi im to dość słabo, bowiem francuscy kierowcy nagminnie je ignorują, ryzykując nawet uszkodzenie pojazdów. Mam nieodparte wrażenie, że te progi zwalniające i zwężenia jezdni a także światła „inteligentne inaczej”, zapalające sygnał czerwony tuż przed nosem nadjeżdżających samochodów tylko po to, aby po ich zatrzymaniu natychmiast przełączyć się na sygnał zielony, zamiast uspokajać, tylko wywołują wśród kierowców agresję i frustrację. Ten kto to powymyślał na pewno bardzo nie lubił kierowców, bo nie uwierzę, że nie miał świadomości tego co robi.

Podróż drogami francuskimi nie trwa długo i po kilkunastu kilometrach dojeżdżam do Rodemack. Białe mury twierdzy widać zresztą dużo wcześniej z drogi. Dziś urokliwe miasteczko liczy mniej niż 1000 mieszkańców, jednak na każdym niemal kroku przypomina o swojej dawnej świetności.

DSCI0849  DSCI0845

Miasto ma długą historię, którą wyciągnąć można aż do prehistorii. Jednak nie będziemy sięgać aż tak daleko. Samo miasteczko leży na trasie starej, rzymskiej drogi – co nie wyklucza istnienia gdzieś w ziemi pozostałości budowli z tych czasów.

To, co najbardziej interesujące to fakt nadania obszarów dzisiejszego miasteczka Rodemack przez Ludwika Pobożnego opactwu w Fuldzie. Ponieważ jednak od Fuldy dzieliła Rodemack duża odległość, skutecznie utrudniająca kontrolę, przeto stał się szybko obiektem wymiany terytorialnej z opactwem w Echternach. W tym czasie zbudowany zostaje pierwszy kościół a życie płynie spokojnie. Dalsza historia Rodemack jest niejasna. Wieś staje się lennem. Z mroków historii tylko od czasu do czasu wyłaniają się, niczym cienie, dawni władcy tych ziem. W ten sposób właśnie poznajemy jednego z nich, Dipoldusa, który w roku 932 sędziuje pierwszemu turniejowi rycerskiemu w Magdeburgu. W tym też czasie powstaje pierwszy feudalny dwór obronny (jeszcze nie zamek), zbudowany na miejscu dawnego rzymskiego „castellum”, dobrze chroniony przez naturalne ukształtowanie terenu. Na tą chwilę posiadłości „panów z Rodemack” są niewielkie, otoczone zewsząd przez ziemie należące do opactwa w Echternach. Przez następne dziesięciolecia nie bardzo wiadomo, co działo się na tych terenach. Aż do 6 lutego 1016 roku. Ówczesne kroniki odnotowały bowiem udział Fredericha Rodemachera i jego sąsiada, Jeana de Soleuvre, na turnieju rycerskim w Trewirze zorganizowanym przez cesarza Konrada. Potem znowu nastaje cisza. Aż do roku 1067, kiedy to następuje pierwsze tarcie pomiędzy opactwem Echternach a władcami Rodemack. To jeszcze nadal nic wielkiego, jednak ukazuje ambicje panów z Rodemack. Prawdziwy konflikt powstaje w roku 1190; Arnoux I po prostu zagarnął własność opata z Echternach a na miejscu dotychczasowego dworu zbudował zamek z prawdziwego zdarzenia. Nie, Arnoux nie był samobójcą. Poddał się bowiem pod zwierzchnictwo potężnego hrabiego z Luksemburga, wobec czego opat mógł się co najwyżej poodgrażać z ambony podczas kazania. Zresztą, lepiej żeby odgrażał się niezbyt głośno, bowiem „panowie z Rodemack” zaczęli poczynać sobie coraz śmielej. Dzięki zwycięskim (na ogół) wojnom z sąsiadami a także rozmyślnie zawieranym małżeństwom obszar ich panowania rozrósł się w ciągu kilku stuleci do imponujących rozmiarów.

Niestety, wszystko ma swój kres. Dla „panów z Rodemack” było nim przymierze z królem Francji, na którym to układzie nie wyszli zbyt dobrze. Koniec końców, ostatni z władców Rodemack w 1492 roku został uznany za przestępcę a jego majątek skonfiskowany.

Dla Rodemack następują burzliwe czasy. Wybucha konflikt pomiędzy Francją a Hiszpanią o panowanie nad miastem. Francuzi zbrojnie zajmują Rodemack aby potem, na mocy różnych traktatów i porozumień, oddać je znów Hiszpanom. Po kilku latach sytuacja się powtarzała. Taka przepychanka trwała grubo ponad sto lat, od 1542 aż do 1678 roku, kiedy to francuzi zajmują miasto ostatecznie. Następuje okres spokoju.

W międzyczasie średniowieczny zamek staje się cytadelą.

W roku 1790 miasto trawi pożar, niszczący większość jego dawnej zabudowy. To tłumaczy poniekąd, dlaczego duża część domów pochodzi z XVIII wieku.

Jednak przygraniczne położenie miasta daje znać o sobie. W roku 1792 wojska pruskie oblegają miasto i twierdzę. Mimo ciężkich strat cytadelę udaje się utrzymać. Podczas oblężenia szczególnie wsławia się dwóch obrońców: porucznik Brune, późniejszy marszałek oraz sierżant Junot, który również dostąpił później wielu zaszczytów.

Sytuacja powtarza się w 1815 roku. Następuje słynne „studniowe” oblężenie cytadeli przez połączone wojska pruskie i austriackie. Twierdza Rodemack również z tej próby wyszła zwycięsko a obroną dowodził niejaki generał Hugo – ojciec Victora Hugo.

Jednak wygranie bitwy wcale nie oznacza wygrania wojny. Tak też było i tym razem i wkrótce po tym wydarzeniu twierdza Rodemack, na mocy traktatów pokojowych, została rozebrana.

Przygraniczne położenie Rodemack sprawia, że konflikty zbrojne przetaczały się przez miasteczko dość często. Dziwnym wydawać się może zatem fakt, że zachowało się w nim aż tak wiele dawnej zabudowy. Poniekąd jest to zasługą faktu zaliczenia Rodemack w 1905 roku do ważnych historycznie miast Francji. Jednak właściwa opieka nad zabytkami miasteczka zaczyna się dopiero od lat 70-tych XX wieku – i trwa do dziś.

Oczywiście wizytówką Rodemack jest Cytadela, widoczna już z daleka. Jej jasne mury górują nad okolicą.

DSCI1546  DSCI1490

Zbudowana na fundamentach średniowiecznego zamku, rozebrana zaledwie 200 lat temu, od 2004 roku jest mozolnie odbudowywana i restaurowana. Niestety, na jej otwarcie i zwiedzanie trzeba jeszcze trochę poczekać.

Gdy podjedziemy w region starówki (na oko obejmującej ciągle jakieś 70% zabudowy) uwagę zwracają całkiem dobrze zachowane mury obronne. Pozostało ich do dziś około 700 metrów, czyli zachowały się niemal w całości. Zbudowano je w XII wieku, jednak w późniejszych latach były wielokrotnie przebudowywane i naprawiane.

DSCI1547  DSCI1537

DSCI1508  DSCI1494

Pierwotnie wzmacniało je osiem baszt, z których do dziś przetrwało kilka.

Baszta Więzienna, pochodząca prawdopodobnie z XV wieku:

DSCI1506

Baszta Cmentarna – swoją niecodzienną nazwę zawdzięcza znajdującemu się bezpośrednio przy niej, w fosie, małemu cmentarzykowi. Jak dla nas to trochę upiorna wizja cmentarza znajdującego się raptem kilka metrów od miejskich zabudowań, jednak ludzie średniowiecza mieli na ten temat inne zdanie. Życie było krótkie a obecność śmierci odczuwana na co dzień…

DSCI1552

Kolejna wizytówka: brama miejska, zwana „Porte de Sierck” (od nazwy miejscowości do której prowadzi) lub „Porte de la Franchise” („Brama Śmiałości”). Data jej powstania pozostaje nieznana, wiadomo jednakże że istniała już na pewno w XIV wieku. Jej wygląd jest wynikiem rekonstrukcji, bowiem historia najnowsza również na niej odcisnęła swe piętno. Sklepienie bramy zostało rozebrane w 1944 roku aby umożliwić przejazd amerykańskich czołgów. Brama okazała się dla nich za niska. Łącznik odbudowano dopiero w 1989 roku.

DSC_8293  DSCI0832

Duża część zabytków znajduje się przy głównej ulicy miasta, Rue du Fort, która w formie dużej litery „S” przechodzi przez całą starówkę Rodemack, od bramy miejskiej „Porte de Sierck” aż do kaplicy Notre Dame i dalej do podnóża Cytadeli.

Pierwsza z ciekawostek znajdujących się przy głównej ulicy miasteczka. Niewielki, otwarty z każdej strony budynek, z „basenem” wewnątrz. To dawna pralnia miejska. Data budowy tego przybytku jest nieznana, wiadomo tylko że przebudowana była w 1862 roku. W „basenie” jest zawsze świeża, krystalicznie czysta, lodowata woda (prawdziwe ukojenie w tak upalny dzień jak ten), zasilany jest on bowiem ze źródła znajdującego się u podnóża twierdzy. Pralnia użytkowana była zgodnie ze swoim przeznaczeniem jeszcze na początku lat 60-tych XX wieku.

DSCI0829  DSCI1470

Przy pralni stoi późnogotycki krzyż – kapliczka z około 1500 roku. Z około dziesięciu zachowanych w Rodemack tego typu obiektów ten jest bez wątpienia najstarszy.

DSCI1473

Dawny urząd pocztowy. Mają nawet telegraf!

DSCI0823  DSC_8364

Najlepiej jest jednak zwiedzać miasto „na piechotę”, obchodząc je wzdłuż murów miejskich. Informacja dla wszystkich „przyrośniętych do siodła” – nie nałazimy się za wiele. Czas takiego spaceru to jakieś 20 – 30 minut. Za to wrażeń moc.

DSCI1474  DSCI1539

Pierwszy interesujący budynek znajduje się już pomiędzy bramą miejską a basztą więzienną. Mały, z kominkiem… Mój francuski jest bardzo ubogi, jednak wystarczył aby z szyldu odcyfrować jego przeznaczenie. Jest to „Obiekt Wyższej Użyteczności Publicznej” a napis nad drzwiami tegoż przybytku głosi wszem i wobec, że jest to „Gorzelnia Miejska”, czyli po naszemu „bimbrownia”. Rzecz nad wyraz intrygująca we Francji, znanej przecież z zamiłowania do wina.

DSCI1503

Niestety, nie dane mi było skosztować wysokoprężnych produktów destylacji alkoholowej z Rodemack (oczywiście w celach naukowo – poznawczych), mimo dopytywania się o nie w kilku sklepach a nawet informacji turystycznej.

Nieco dalej (oczywiście w skali Rodemack, bowiem w rzeczywistości tu wszędzie jest blisko) znajduje się średniowieczny ogród, założony w dawnej fosie, nieopodal Baszty Więziennej. Podzielono go na cztery części. W pierwszej możemy zobaczyć średniowieczną „aptekę’, czyli rośliny używane dawniej w celach leczniczych, takie jak piołun, tymianek czy melisa. Kolejna część zawierała przyprawy oraz rośliny będące zwykłym składnikiem pożywienia ludzi żyjących kilkaset lat temu. Następnie mamy część ozdobną, w której podziwiać można np. dawne odmiany róż, dziś niestety już przekwitłe (proszę przyjechać za rok). Na uwagę zasługuje również sposób uprawy roślin, przeprowadzony według średniowiecznych wzorców. W ogrodzie dominują proste formy geometryczne, zgodne z dawnymi kanonami.

DSCI1514  DSCI1515

DSCI1525  DSCI1526

DSCI1528  DSCI1529

Stare uliczki Rodemack. Gdyby nie parkujące samochody można by mieć wrażenie podróży w czasie.

Kaplica Notre Dame z 1658 roku.

DSCI1540  DSCI1544

Malutkie Rodemack jest oczywiście jedną z niekwestionowanych atrakcji turystycznych Francji. Jednak piękna starówka, zachowane mury obronne, czy wreszcie remontowana Cytadela to za mało, aby przyciągnąć tu turystów. Mimo dobrego położenia nie zagląda tu ich zbyt wielu. Wobec tego miasteczko radzi sobie inaczej. Raz w roku przez weekend cofa się do średniowiecza. Festyn średniowieczny w Rodemack nie zachwyci może historyków, nie odnosi się bowiem do żadnego konkretnego okresu ani nie jest rekonstrukcją jakichś ważnych wydarzeń. Chodzi po prostu o dobrą zabawę w dawnej oprawie – a klimat starego miasteczka daje odpowiednią oprawę całemu przedsięwzięciu.

Z cyklu „ginące zawody:

DSCI0481  DSCI0314

DSCI0550  DSCI0545

Średniowieczne malarstwo. Zanim jednak namalujemy „Taniec śmierci” należy samodzielnie przygotować sobie narzędzia pracy:

DSCI0310  DSCI0312

Lekcja „savoir – vivre” u stóp Cytadeli. Proszę zwrócić uwagę na ekspresję przekazu oraz użyte środki dydaktyczne:

DSCI0348  DSCI0373

DSCI0387  DSCI0389

„Zwykłe” życie:

DSCI0420  DSCI0450

Oraz rozrywki:

DSCI0424  DSCI0556

DSCI0575  DSCI0583

DSCI0680  DSCI0700

Tak oto spokojnie upływa dzień w Rodemack…

DSCI0723