Jeźdźcy PeeReLu

Jeźdźcy Peerelu # 5

Szosa

warsztat

Dla syna Bolesława nadszedł wielki dzień. Właśnie dziś miał wyruszyć z ojcem na wielką wyprawę motocyklem. Podekscytowany chłopak nie mógł spać całą noc. Co prawda z dzisiejszej perspektywy dystans niecałych 100 km w jedną stronę to wycieczka a nie wyprawa, ale wówczas czas i przestrzeń miały zupełnie inny wymiar.

Bolesław chciał zabrać syna do miejscowości, w której  jako dziecko, dawno temu, jeszcze przed wojną, spędzał wakacje. Co prawda w latach kalendarzowych nie było to znowu wcale tak dawno ale od tego czasu świat zmienił się całkowicie.

Wyruszyli z samego rana. Był dzień wolny od pracy i miasto jeszcze spało. Fabryczne hale z których zwykle dobiegał stukot maszyn, dziś wyjątkowo milczały. Tylko propagandowe hasła w stylu: „Naszym celem pokój, socjalizm” czy „ Gospodarni mają więcej” wypisane białą farbą na pomalowanych na bordowo wielkich płytach pilśniowych jak co dzień stały na straży nowego ładu i porządku społecznego. Miejska zabudowa z czerwonej cegły szybko została w tyle. Minęli jeszcze dwie wioski aż w końcu wyjechali na otwartą przestrzeń.

Szosa wybrukowana była jasną, granitową kostką, która przez lata pofałdowała się nieco i motocykl śmiesznie kołysał się na nierównościach. Po obu stronach drogi rósł szpaler starych lip dając podróżnym upragniony cień. Dalej, aż po horyzont, były już tylko pola i łąki. Wydawać by się mogło że tak było tu od zawsze, chociaż Bolesław pamiętał jeszcze czasy gdy droga nie posiadała twardej nawierzchni i była zwykłym, piaszczystym traktem zamieniającym się w nieprzejezdne błoto podczas deszczu.

Minęli zrujnowany dworek i w pobliżu niewielkiego oczka wodnego zrobili sobie przerwę w podróży. Przecież nigdzie się nie spieszyli. Wyciągnęli z tobołka prowiant i zaczęli jeść na trawie w cieniu drzew. Niby zwykłe śniadanie a w takiej podróży smakuje zupełnie inaczej. Wie tylko ten co sam spróbował. Po posiłku wyciągnęli się na trawie obsypanej na biało kwiatami stokrotek. Rozmawiali o dawnych czasach. O domu z kolorowymi szybkami w ganku. O młynie. I o wuju Bolesława, który pierwszy raz w życiu przewiózł go motocyklem a nawet dał mu poprowadzić swoją maszynę. Było to jeszcze przed wojną, kiedy – trudno w to uwierzyć – Bolesław był właśnie w wieku swojego syna. Motocykl nazywał się Indian. Indian Scout z 1926 roku a jeździli właśnie tu, po tej szosie, która była wtedy tylko piaszczystym duktem. Ale łąki pachniały zupełnie tak samo. I tak samo szumiały lipy, żywi ale niemi świadkowie tamtych wydarzeń.

Patrzyli na szosę. Sunęły po niej chłopskie furmanki, zupełnie jak kiedyś. Jedyną różnicą były ogumione koła wozów. Raz na jakiś czas przemknęła ciężarówka czy motocykl. W pewnej chwili przejechała Syrenka, wlokąc za sobą chmurę ciężkiego dymu w niemym proteście przeciwko fatalnej jakości oleju użytego do mieszanki.

Wreszcie spojrzeli na SHL-kę, stojącą w cieniu i sprawiającą wrażenie najwyraźniej znudzonej przedłużającym się postojem. Spakowali rzeczy i usadowili się na motocyklu. Jednak tym razem Bolesław posadził juniora przed sobą. Ruszyli. Bolesław przekazał synowi władzę nad kierownicą, dyskretnie jednak kontrolując jego poczynania.

„Zupełnie jak wtedy” – pomyślał Bolesław. Oczyma wyobraźni widział siebie prowadzącego w ten sam sposób wujowego Indiana. Ta sama szosa. Wiatr obmywał twarz jak dziś, silnik dudnił przepięknym basem a ciężka maszyna wzbijała kołami tumany kurzu. Czuł się wówczas panem świata aż nagle, zupełnie niespodziewanie kierownica zaczęła wyrywać mu się z rąk! Wuj Bolesława błyskawicznie przejął kontrolę nad sterem i bezpiecznie wylądowali na poboczu.

– Coś zepsułem! – nieśmiało wydukał Bolesław.

– To nic takiego – zaśmiał się wuj rubasznie – po prostu złapaliśmy kapcia. Teraz jesteś prawdziwym kierowcą!

W rzeczy samej – najechali na hacel – gwóźdź od podkowy, prawdziwą plagę przedwojennych dróg. Bolesław stał przerażony, podczas gdy najwyraźniej zupełnie nie przejęty całym zdarzeniem wuj zabierał się jak gdyby nigdy nic do wymiany dętki.

Bolesław zapamiętał jeszcze młodego chłopa, który widząc awarię motocykla zatrzymał swoją furmankę. Chłop okazał się zresztą znajomym wuja, który będąc młynarzem znał chyba wszystkich rolników w okolicy. Obaj uśmiali się setnie widząc wystraszoną minę Bolesława, po czym chłop wręczył mu grubą pajdę chleba z masłem.

– Nic tak nie pomaga na frasunki jak pełny brzuch – rzekł chłop.

I rzeczywiście, zmartwienia odeszły jak ręką odjął. Wuj skończył naprawiać koło, pogadał jeszcze chwilę z rolnikiem o interesach po czym chłop wskoczył na kozioł, machnął ręką na pożegnanie i odjechał w swoją stronę.

Bolesław starał się przypomnieć jak wyglądał ów rolnik, który wówczas poczęstował go pajdą chleba, jednak jego pamięć okazała się bezradna.

Niespodziewanie z tych wspomnień wyrwał go dziwny dźwięk! Coś się działo z silnikiem!

W pierwszej chwili wyglądało na to, że kończy się paliwo. Bolesław szybko przełączył kranik na rezerwę lecz nic to nie pomogło. Silnik wydał z siebie żałosne „Uuuuuuuuu…” po czym zgasł. Na dobre.

Zatrzymali się na poboczu. Próby uruchomienia silnika ze startera nie przyniosły rezultatu. Bolesław spróbował wobec tego uruchomić SHL-kę metodą „na pych”. Silnik prychnął, kichnął, zaskoczył na sekundę po czym znów zgasł. Sprawa wyglądała na coś poważniejszego. Bolesław zaczął od standardowej procedury. Zdjął kanapę, wyciągnął narzędzie i wykręcił świecę. Była mokra od paliwa. Wyczyścił ją i przytknął do głowicy silnika, jednocześnie naciskając starter. Pomiędzy elektrodami przeskoczyła iskra.

– Prąd jest, więc problem leży raczej w gaźniku – mruknął do siebie Bolesław.

Syn Bolesława stał z boku, wystraszony całą sytuacją.

– Zupełnie jak wtedy – zamyślił się Bolesław.

– Czy ja… czy ja coś zepsułem? – zapytał nieśmiało syn.

– Ależ skąd! To się zdarza – powiedział Bolesław, nieświadomie naśladując to głosu swojego wuja. Pochylił się w skupieniu nad gaźnikiem. Niby wszystko było w porządku, tylko silnik nadal nie chciał pracować. Czyżby więc zapłon? Zdjął dekiel silnika i zaczął lustrować przerwę na przerywaczu. W pewnej chwili coś przesłoniło mu światło. Spojrzał na syna ale ten stał z boku. To nie on! Bolesław odwrócił się gwałtownie. Tuż za nim, w niewielkiej odległości stała furmanka zaprzężona w gniadego konika. Na koźle siedział drobny, starszy chłopek który przyglądał mu się uważnie. Bolesław odetchnął.

– Panie, nie masz pan nic do roboty? – zapytał Bolesław, wystraszony nagłym pojawieniem się chłopa.

– W zasadzie to coś by się znalazło – odrzekł rolnik z uśmiechem, drapiąc się po głowie.

– To zajmij się pan swoimi sprawami – powiedział Bolesław, któremu chłop zaczął działać na nerwy. Nie dość że go wystraszył to jeszcze miał wrażenie że się z niego nabija. Przy synu!

– Jasne – rzekł rolnik – a to rozumiem że tak ma być? – po czym wskazał końcem bata na wylot filtra powietrza w motocyklu.

Bolesław spojrzał w kierunku wskazanym przez chłopa i osłupiał. W otworze filtra tkwiły bawełniane pakuły, których używał do wycierania rąk po drobnych naprawach czy też konserwacji motocykla. Musiały wypaść ze schowka gdzieś na wybojach, po czym razem z powietrzem zostały zassane do filtra gdzie zatamowały zupełnie przepływ powietrza. Bolesław mógł grzebać przy gaźniku i zapłonie do wieczora i nic by nie znalazł.

Bolesław poczuł się głupio że tak ostro potraktował chłopa. Wypadało mu podziękować ale rolnik już odjechał bez słowa. Trudno się dziwić. Szybko poskładał motocykl do kupy, pozbierał graty. Ostatni raz spojrzał na miejsce przymusowego postoju, które wydało mu się dziwnie znajome po czym posadził znów syna przed sobą. Nacisnął starter i silnik odezwał się znajomym głosem. Bolesław odetchnął. Ruszyli z kopyta.

Za kolejnym zakrętem dogonili znajomą furmankę zaprzężoną w gniadego konika. Wyprzedzając ją Bolesław pomachał rolnikowi. Po części z wdzięczności, trochę na pożegnanie.

Na ogorzałej twarzy chłopa zagościł dobrotliwy uśmiech…

warsztat

Na podstawie wspomnień W.

Jeźdźcy Peerelu # 4

Narzędzia

Narzedzia

Poprzednia przygoda nie zakończyła się dla Zenona happy-endem. Kolegium do spraw wykroczeń orzekło o zatrzymaniu uprawnień do kierowania pojazdami mechanicznymi, co w praktyce oznaczało uziemienie. Motocykl co prawda udało się Zenonowi odebrać z parkingu milicyjnego, jednak nadawał się on tylko do kapitalnego remontu. Nie pierwszyzna.

W gomułkowskiej rzeczywistości problemem było dostanie części zamiennych. Zresztą, generalnie wszystko było problemem. Niby nasza gospodarka produkowała wszystko, ale w sklepach nie było niczego. Pierwszy sekretarz w radiowych przemówieniach czytał długie listy sukcesów w wytwarzaniu różnych dóbr konsumpcyjnych, a zwykli ludzie jakoś nie byli w stanie tego odczuć. Na koniec zresztą z przemówienia wychodziło zawsze, że choć zdrożały: chleb, mięso, przetwory mleczne, benzyna itd. to za to staniały czołgi i lokomotywy, więc w sumie obywatel, jakby nie patrzeć, jest na plusie. Dlatego też ludzie nauczyli się doskonale odczytywać wszelkie znaki, które nieopatrznie dawała władza tzw. „ludowa”. Przykładowo, jeśli spiker w radio powiedział że „w tym roku cukru na pewno nam nie zabraknie”, oznaczało to, że należy czym prędzej udać się do sklepu i nakupić na zapas tyle cukru, ile to możliwe, bo za chwilę towar ten będzie nie do dostania. Wierszyk: „ Za Gomułki puste półki”  dokładnie oddawał ówczesne realia. I tak to było.

Dlatego naprawiało się wszystko, co tylko było możliwe. Tak też było i tym razem. Koło zenkowego Junaka zostało wycentrowane, lagi naprostowane, błotnik i lampa wyklepane i chałupniczo pomalowane. Wkład lampy udało się gdzieś „załatwić”. Zeszło się z tym do jesieni. Zresztą, nie śpieszyło się z tym Zenonowi zbytnio, skoro i tak nie miał prawa jazdy. Problem był tylko z gaźnikiem, który po wypadku nie chciał działać tak jak powinien. Zenon w końcu postanowił zrobić z nim porządek.

– Bolek, pożyczysz mi swoich narzędzi? – zapytał Zenon.

Bolesław zaczął się namyślać. Wiadomym było, że nikt w okolicy nie posiada lepszego warsztatu narzędziowego niż on. Jednak niechętnie użyczał on swoich skarbów a to z tej prostej przyczyny, że jakoś później nie bardzo chciały te narzędzia do niego wracać. A warto dodać, że narzędzia Bolesława były najwyższej klasy i w dużej części stanowiły część wyposażenia przedwojennego zakładu ślusarskiego, który należał kiedyś do jego wuja.

– Dobrze – powiedział w końcu Bolesław – tylko widzisz Zenuś, napisane jest na nich „wróć do mnie”. Żebyś o tym nie zapomniał.

– Spokojna głowa – odpowiedział Zenon.

Bolesław jakoś nie był tym wcale uspokojony.

Zenon zamknął się w swojej komórce. Wyregulował gaźnik najlepiej jak umiał po czym odpalił motocykl i zrobił nim kilka rundek wokół podwórka. Na ulicę bał się wyjeżdżać w obawie przed milicją. Jednak z efektów swoich regulacji nie był zadowolony. Gdy silnik trochę się rozgrzał, gaźnik znów zaczynał kaprysić. Zenon wyłączył silnik i znowu zaczął przy nim grzebać. Kolejna próba i znów to samo. W końcu doszedł do wniosku, że jeżdżąc wokół gruszy na podwórku nigdy nie rozgrzeje silnika jak należy. Oznaczało to wyjazd na ulicę. A na ulicy można było nadziać się na patrol milicji albo jakiegoś innego ormowca… Ale Zenon był już tak wkurzony, że w zasadzie było mu już wszystko jedno.

– Muszę porządnie go rozgrzać – powiedział do Stefana i zniknął za bramą.

Stefan tylko wzruszył ramionami, zajęty pucowaniem swojego Junaka.

Nie minęło dwadzieścia minut, gdy Zenon w panice wpadł na podwórko. Błyskawicznie schował motocykl do komórki po czym usiadł na ławce przed kamienicą, rozglądając się nerwowo.

– Gdzie byłeś Zenuś? – z udawaną troską w głosie zapytał Stefan – Coś taki wystraszony?

– Pod Katowicami; nadziałem się na patrol milicji a najgorsze że zgubiłem tam narzędzia – wypalił niemal jednym tchem Zenon, po czym wstał z ławki i szybkim krokiem zniknął w drzwiach wejściowych kamienicy.

– Co takiego?! Gdzie byłeś?! – zapytał zdumiony Stefan, lecz Zenon już go nie słyszał.

Chwilę później Stefan spotkał się z Bolesławem.

– Powiedział że był pod Katowicami i zgubił tam twoje narzędzia. Ten kurs tańca przy KC ogłupił go do reszty.

– Jeśli naprawdę zgubił moje narzędzia, to będzie musiał wymyśleć jakieś bardziej prawdopodobne wytłumaczenie – stwierdził Bolesław – idziemy do niego.

Próżno jednak dobijali się do drzwi. Zenon przepadł jak kamień w wodę.

Następnego dnia rano Bolesław jechał do pracy. Na jednym ze skrzyżowań wylotowych z miasta coś go tknęło. Zawrócił i zatrzymał się pod wielkim drogowskazem.

Na trawie pod znakiem, mokre od rosy, leżały jego narzędzia!

Bolesław wstał i spojrzał do góry na drogowskaz.

Na wielkiej blaszanej tablicy wymalowany był ogromny napis: „Katowice” a dalej, nieco mniejszą czcionką, dopisek „370 km”.

Katowice

Epilog

Zenon już nigdy nie doprowadził swego Junaka do stanu używalności. Dłubał przy nim coraz rzadziej aż w końcu zamienił go na czarno – biały telewizor „Neptun” i motorower „Żak”. Tak zakończyła się jego kariera motocyklisty, bo na motorowerze nie jeździł wcale a przynajmniej nikt go nigdy na nim nie widział. W międzyczasie ukończył WUML, podobno nawet z jakimś wyróżnieniem i wyprowadził się do stolicy robić karierę w partii. Potem słuch o nim zaginął. Można chyba jednak zaryzykować stwierdzenie, że w jego przypadku nauka nie poszła w las 😉

Bolesław wyprowadził się niedługo potem. Otrzymał mieszkanie w nowym bloku w innej dzielnicy miasta. SHL-kę trzymał u swojego kuzyna na przedmieściach, w specjalnie do tego celu zaadoptowanej komórce. Z racji sporej odległości od garażu nie jeździł już tak dużo jak kiedyś. Na początku lat osiemdziesiątych jego ukochana SHL-ka została skradziona z tejże komórki. Wobec „niewykrycia sprawców”, których najprawdopodobniej nawet wykryć nie próbowano, milicja kilka dni później umorzyła śledztwo. Motocykl przepadł na zawsze.

Stefan wyprowadził się z kamienicy ostatni. Wybudował sobie domek jednorodzinny w nowopowstałej wówczas dzielnicy „willowej.” W latach 70-tych dorobił się samochodu i na Junaku jeździł coraz rzadziej. W końcu maszyna popadła w zapomnienie i gdzieś w połowie lat 80-tych została sprzedana za grosze na wieś, gdzie dokończyła marnie swojego żywota.

pismo

Na podstawie wspomnień W. Wszelkie podobieństwo do osób i sytuacji jest całkowicie zamierzone.

Jeźdźcy Peerelu # 3

Uniwersytet

szprot

Zenon obudził się z potwornym bólem głowy. Z wielkim wysiłkiem otworzył przekrwione oczy. Cały pokój zatańczył najpierw w lewo, potem w prawo, aby po jeszcze kilku wahnięciach ustalić się w końcu we właściwej pozycji. „Jezu, jak mi niedobrze” – pomyślał.

Wokół szklanego żyrandola z jedną żarówką krążyła niestrudzenie wielka mucha. Zenon zaczął obserwować ją uważnie. Zauważył że stworzenie nie lata wokół lampy po okręgu, tylko jego lot składa się z serii prostych odcinków, poprzedzielanych gwałtownymi skrętami w lewo. Nie oznaczało to w żadnym razie, że skacowany Zenon stał się nagle wrażliwy na piękno natury. Co to, to nie! Za to na pewno zrobił się nadwrażliwy na dźwięki a brzęk muszych skrzydełek dosłownie kaleczył mu mózg. Naciągnął kołdrę na głowę ale brzęczenie wcale nie ustawało. Powoli narastała w nim wściekłość. Miarka się przebrała!

mucha

Wstał gwałtownie – i w tym samym momencie jego głowę przeszył tępy ból, potężny niczym uderzenie młotem w potylicę! Spróbował jeszcze raz, tym razem powoli. Ból głowy podczas wstawania był już znośniejszy. Odrzucił kołdrę, usiadł na łóżku i zdziwił się po raz pierwszy tego poranka. Otóż okazało się, że spał w ubraniu i to tym najlepszym, „do kościoła”. Nawet nie zdjął butów! Zwinął znaleziony na podłodze egzemplarz „Trybuny Ludu” w elegancki rulon, gotów pokazać tym orężem musze, kto tu rządzi. Jednak cwany owad chyba zorientował się co jest grane, bo nagle przepadł bez śladu.

Zenon zrezygnowany rzucił gazetę na podłogę i podszedł do kredensu. Otworzył skrzypiące drzwiczki i wyjął wyszczerbiony porcelanowy kubek z wymalowanym na nim klasztorem z podpisem „Pamiątka z pielgrzymki do Częstochowy” oraz napoczętą butelkę najpodlejszego gatunku wódki. Napełnił nią kubek. Cudowna wizualizacja pojęć „sacrum” i „profanum”.

– Czym się strułeś, tym się lecz – mruknął.

Wychylił zawartość kubka jednym duszkiem. Oczy zaszły mu łzami. Mętny płyn miał posmak oleju, palił gardło i wykrzywiał twarz. Jednak po chwili już było mu lepiej. Nalał sobie drugą porcję. Tym razem upił tylko trochę. Wódka paliła gardło tak samo jak poprzednio, ale tryby w Zenkowym umyśle zaczęły wreszcie pracować. Wróciła mu zdolność myślenia. Powoli zaczął przypominać sobie wydarzenia z poprzedniego dnia.

Otóż w życiu Zenona nastąpiły duże zmiany. Zapisał się na Uniwersytet! Sam co prawda nie do końca rozumiał jak to jest możliwe skoro ledwo ukończył podstawówkę, z podwójną repetą na dodatek. Ale fakt był faktem. Nigdy nie zapomni zdumionej miny Bolesława, gdy mu oznajmił że w piątek po południu nie może mu pomóc na działce, bo wybiera się na Uniwersytet! Zenon specjalnie położył akcent na drugą sylabę tego wyrazu.

Uczelnia Zenona nazywała się WUML (Wieczorowy Uniwersytet Marksizmu – Leninizmu – przyp. red.). Albo jakoś tak, Zenon nie był pewien. Nie potrafił rozwinąć tego skrótu, jednak wiedział na pewno że zawierał on w sobie magiczne słowo „Uniwersytet”.

Bolesław co prawda stwierdził, że ten jego „uniwersytet” to taki „kurs tańca przy KC”, jednak Zenon był pewien, że powiedział to z zawiści. Cóż, nie każdemu dane jest studiować na Uniwersytecie.

Trochę dziwny to był uniwersytet, nawet jak na mgliste wyobrażenie Zenona o tej instytucji. Mieścił się w restauracji-dancingu obok Prezydium, może z trzysta metrów w linii prostej od jego mieszkania.

– I pomyśleć – mruczał Zenon do siebie – że przez tyle lat nie wiedziałem, że koło mojego domu mieści się taka uczelnia.

Zajęcia rozpoczęły się od prelekcji, która brzmiała niemal dokładnie tak, jak transmisja radiowa z przemówienia pierwszego sekretarza KC PZPR. Zenon nie zrozumiał z niej nic. „To właśnie musi być Nauka” – pomyślał oczarowany. Pocieszył się że i on, po ukończeniu tej uczelni, będzie również potrafił mówić tak mądrze. Po części oficjalnej nastąpiła część nieoficjalna, na którą jak się okazało, wszyscy czekali mając w zasadzie całą tą wstępną prelekcję tam, gdzie zazwyczaj nie docierają promienie słoneczne. Zenon nazwałby tą część nieoficjalną „zwykłym ochlajem”, gdyby nie to, że na Uniwersytecie tak mówić chyba jednak nie wypada. Tak się przynajmniej Zenonowi wydawało. „Bankiet” jednak też nie pasuje a to z tej prostej przyczyny że „Towarzysze Wykładowcy” narzucili niewiarygodne tempo picia. Zenon nie miał pojęcia, że coś takiego w ogóle jest możliwe a sam przecież za kołnierz nie wylewał. Patrząc na to, co „Towarzysze Wykładowcy” wyczyniają przy stołach i jakie rekordy świata w chlaniu biją, po raz pierwszy ogarnęły go wątpliwości, czy aby podoła trudom tej edukacji. Długo zresztą nie dane było mu roztrząsać tych wątpliwości, bowiem wkrótce od nadmiaru „informacji” urwał mu się film i odpadł z peletonu. Obudził się dopiero w swoim łóżku.

Postawił niedopity kubek na stole, obok materiałów dydaktycznych z „Uniwersytetu”. Były to: „Zadania Partii na rok… „, „Statut PZPR” oraz najgrubsza księga, „Lenin – dzieła wybrane”. Zenon przez chwilę zastanawiał się, jak uda mu się to wszystko przestudiować. Tyle czytania… Pamiętał jeszcze dobrze szkolną traumę.

Klin widać zadziałał, bo nagle Zenon poczuł że jest głodny. Szybo zrobił rewizję kredensu, jednak nie znalazł niczego, co przeszłoby mu w tej sytuacji przez gardło. Podobnie miała się sprawa z koszykiem za oknem, spełniającym w tamtych czasach funkcję lodówki. Zenon w zamyśleniu delikatnie zamknął wypaczone okno, pilnie bacząc aby nim nie trzasnąć i przypadkiem nie odłupać resztek kitu z szyb.

Nagle olśnienie! Szprot w oleju!

– Tego mi trzeba – pomyślał Zenon.

Pomysł był zaiste dobry, bo szprot i smaczny, sycący, i pasuje do tego niedopitego pół litra wódki, co to się ostał w kredensie. Gorzej było tylko z jego realizacją w gomułkowskiej rzeczywistości.

Tak jak się Zenon spodziewał, zadanie było ciężkie. Po obejściu kilku okolicznych sklepów spożywczych stwierdził, że konieczne będzie odwiedzenie Państwowego Domu Towarowego. Ponieważ znajdował się on w innej dzielnicy, Zenon, po dojściu do wniosku że jest mu już lepiej, postanowił pojechać tam motocyklem. Wrócił do domu po klucze od komórki w której trzymał motor; przy okazji, tak dla pewności, zaklinował się jeszcze raz „dobrą setką podłej wódki”.

Jakimś cudem pijany Zenon zajechał pod PDT. Nawet udało mu się zakupić to, po co przyjechał. To że dotarł na miejsce cało wynikało jednak w dużej mierze z niesamowitego szczęścia oraz niewielkiego ruchu, jaki panował wówczas na ulicach.

szprot

Zenon schował puszkę rybną do kieszeni kurtki, z niemałym trudem uruchomił motocykl i wyjechał ze sklepowego parkingu. Na ulicy wziął zakręt o wiele szerzej niż by wypadało, ale jednak utrzymał równowagę.

Do czasu. Jadąca przed Zenonem nowiutka Syrena zatrzymała się przy znaku „Stop”. Z przeciwka w ulicę skręcał duża ciężarówka marki Żubr. Na przejście dla pieszych weszli ludzie. Babcia na rowerze po lewej stronie ulicy próbowała włączyć się do ruchu. Kierowca Żubra nacisnął klakson. Tak duża ilość informacji zablokowała zamroczony alkoholem umysł Zenona! Zamiast hamować albo chociaż próbować ominąć przeszkodę to jak urzeczony wpatrywał się w bagażnik Syrenki, który zbliżał się nieubłaganie z każdą sekundą.

Klienci Domu Towarowego tłoczyli się jak zwykle przy kasie, gdy nagle okolicą wstrząsnęło głuche uderzenie. Oczom wybiegających ze sklepu ludzi ukazał się przerażający widok! Na skrzyżowaniu stała Syrena, do której z tyłu „przykleił się” motocykl. Motocyklista powoli, bezwładnie, niczym na zwolnionym filmie, zsuwał się powoli po obłej klapie bagażnika na jezdnię. Sama pokrywa była mocno wgnieciona w centralnej części.

– Matko święta, zabił się – jęknęła starsza kobieta.

– Dzwońcie po pogotowie i milicję!

Kierowca Syreny wyskoczył z samochodu.

– O rzesz ty sku… – przerwał w pół przekleństwa, widząc krwawiącego Zenona i czym prędzej wskoczył z powrotem do wnętrza auta w poszukiwaniu apteczki.

Zenon oprzytomniał błyskawicznie. Wypluł ukruszony ząb, wytarł rękawem rozbity nos po czym błyskawicznym ruchem chwycił motocykl. Kopnął starter. Silnik zaskoczył natychmiast. Zenon wbił pierwszy bieg i ruszył z kopyta, próbując ulotnić się z miejsca wypadku, nie bacząc na uszkodzony widelec, rozbitą lampę i pokrzywione przednie koło.

Jednak syreniarz był szybszy. Wyskoczył z samochodu w samą porę by złapać Zenona za kurtkę i ściągnąć go z motocykla. Maszyna przejechała jeszcze bez jeźdźca kilka metrów, podskakując śmiesznie na skrzywionym przednim kole, wreszcie głucho zwaliła się na bok, natomiast zdumiony Zenon spadł tyłkiem na bruk.

– O rzesz ty s***** taki owaki – kierowca Syrenki tym razem dokończył przekleństwo i strzelił w twarz na odlew.

Zenon poczuł, że rusza mu się kolejny ząb. Kierowca uszkodzonego samochodu chciał przyłożyć mu jeszcze, ale tym razem powstrzymali go gapie. Po kilku minutach na skrzyżowanie na sygnałach wpadł milicyjny gazik a chwilę później także karetka pogotowia.

Zenon siedział na tylnym siedzeniu milicyjnego gazika. Kierowca Syrenki był trzeźwy. Nie dało się tego niestety powiedzieć o Zenonie. W zasadzie milicjanci nawet nie kazali mu dmuchać w balon, wystarczyło że poczuli jego oddech. Sanitariusze obejrzeli go dokładnie i opatrzyli mu tylko rozbity nos. Pobrano mu też krew do analizy.

Zenon patrzył przez okno jak milicjanci spisują zeznania świadków. Na środku skrzyżowania, w wielkiej plamie benzyny i oleju, leżał jego potłuczony motocykl. Na chodniku stała nowa Syrena z rozbitym tyłem. Pogięta klapa bagażnika nie dawała się zamknąć. W pewnej chwili dostrzegł jakiś błyszczący przedmiot leżący na jezdni. Wytężył wzrok.

Była to puszka szprotów w oleju, która w zamieszaniu musiała wypaść mu z kieszeni. Jeszcze raz omiótł wzrokiem pobojowisko na drodze.

– I to wszystko z powodu tej cholernej konserwy!!!

Zaklął szpetnie.

Minęły dwa dni. Zenon siedział w swoim mieszkaniu. Czuł się tragicznie. Alkoholowe znieczulenie puściło i teraz dopiero dotarło do niego, co się wydarzyło. Bolały obite mięśnie, zapuchnięty nos i szczęka. Zastanawiał się, co było twardsze: klapa bagażnika Syrenki czy pięść jej kierowcy. Aby zabić czas próbował przebrnąć przez „Dzieła wybrane Lenina”, lecz szło mu to bardzo opornie.

Z zadumy wyrwało go pukanie do drzwi.

Zenon z wysiłkiem podniósł się z fotela. W drzwiach stał listonosz, który bez słowa wręczył mu kopertę i pokwitowanie. Zenon posłusznie podpisał.

Zenon otworzył kopertę.

– Wez-wa-nie na ko-le-gium – przesylabizował.

Smutnym wzrokiem spojrzał na otwartą książkę, którą właśnie studiował, potem na pismo które wyjął z koperty.

– Ta nauka mnie wykończy – mruknął.

szprot2

 

Na podstawie wspomnień W.

 

Jeźdźcy Peerelu # 2

Odwiedziny

lublin

Zenon doszedł jakoś do siebie po wypadku. Nawet szybciej niż by się mogło wydawać. Jego nieskomplikowana psychika szybko poradziła sobie z szokiem prostą metodą wyparcia. Po kilku dniach opowiadał nawet o pamiętnym upadku, jednak mówił o nim w trzeciej osobie, jakby opowiadał jakąś anegdotę albo coś, co przytrafiło się komuś innemu. Jedynie po papierosy i gazety chodził już do innego kiosku, nadkładając spory szmat drogi.

Trochę gorzej było z motocyklem, który po upadku na bazaltową kostkę mocno zaniemógł i wymagał dość poważnego remontu.

Problemem Zenona było to, że w komórce w której trzymał Junaka nie było elektryczności. Dlatego tęsknym okiem spoglądał na piwnicę w kamienicy, w której dwóch jego kolegów trzymało swoje motocykle. Jednym z nich był Stefan, który trzymał tam swojego nowiutkiego Junaka. Tego motocykla zazdrościł mu Zenon straszliwie. Drugim motocyklistą był Bolesław, właściciel kilkuletniej SHL. Zwiedził na niej chyba całą Polskę a także kawałek zagranicy. Na tą SHL-kę Zenon mówił pogardliwie, że to „pół motocykla”, bo po pierwsze dwutakt a po wtóre miała tylko 175 centymetrów pojemności, czyli dokładnie połowę tego co Junak. Po prawdzie to Zenon zazdrościł również Bolesławowi tej jego SHL-ki, bowiem motocykl ten miał to do siebie, że liczba jego wyjazdów była równa liczbie powrotów o własnych siłach, czego o Zenkowym wehikule w żadnym razie nie można było powiedzieć.

Wszyscy trzej znali się już od pierwszej klasy podstawówki i dziwnym zrządzeniem losu mieszkali w tej samej kamienicy. Zenon na wspomnianej już wcześniej podstawówce zakończył definitywnie swoją edukację, zresztą z podwójną repetą. Na jednym z rozdań świadectw ukuł słynne do dziś powiedzenie: „jeszcze tylko wp****ol w domu i wakacje”. Kontaktu z ojcowskim pasem zresztą taktycznie unikał. Gdy ojciec wracał z wywiadówki Zenon przezornie uciekał z domu do zapuszczonego parku, gdzie jakiś czas koczował pod jednym ze zrujnowanych mostków, czekając aż sytuacja się uspokoi a koledzy, wśród których był i Bolesław, przynosili mu wykradane z domu jedzenie. To były czasy, rozmarzył się Zenon. Stefan i Bolesław uczyli się dalej razem w technikum. Po latach wszyscy trzej spotkali się ponownie, w największej fabryce w mieście. Stefan był kierownikiem hali, Bolesław odpowiadał za utrzymanie maszyn w ruchu. Zenon był tam stróżem. To również uważał za wielką życiową niesprawiedliwość.

Duża piwnica należała do Stefana, jednak doskonałe (jak na ówczesne warunki) zaplecze warsztatowe było dziełem Bolesława. Pomieszczenie oświetlone było dwiema potężnymi, przemysłowymi lampami rtęciowymi, dzięki któremu było w nim jasno jak w dzień. Żyć nie umierać.

Na tę piwnicę miał chrapkę Zenon. Mimo iż Stefan i Bolesław byli nierozłącznymi przyjaciółmi na dobre i na złe, to jednak całkowicie różnili się charakterami. Stefan był mrukliwy i małomówny, Bolesław to typowa „dobra dusza”. To właśnie Bolesławowi zaczął Zenon wiercić dziurę w brzuchu. Bolesław w końcu uległ namowom i poprosił przyjaciela o zgodę na udostępnienie Zenonowi miejsca w piwnicy.

– Jak tam chcesz – rzucił w swoim stylu Stefan.

Zenon bowiem miał plan nie tylko wyremontować swojego Junaka ale także mocno go „udoskonalić”, cokolwiek to w jego przypadku znaczyło. Wkrótce w Stefanowej piwnicy i przy użyciu Bolkowych narzędzi jego plan został wcielony w życie.

celma

Na początek Zenon postanowił Junaka „odchudzić” i przy okazji poprawić jego chłodzenie, wiercąc w silniku otwory gdzie się tylko dało, niewiele zastanawiając się nad tym co właściwie robi. Masy z aluminium wiele nie ujął, za to udało mu się osłabić konstrukcję do tego stopnia, że podczas próby uruchomienia motocykla jeden z odlewów silnika pękł. Zenon zawył jak pies! Nie dopuszczając do siebie myśli że sam zniszczył silnik swojego motocykla, zgodnie z duchem epoki oskarżył Stefana o sabotaż.

Odpowiedź Stefana była krótka. Kazał mu po prostu wyp****ć z piwnicy razem ze swoim złomem. Tak więc wrak Zenkowego Junaka wrócił do ciemnej komórki na węgiel. Bolesławowi zrobiło się jednak żal Zenka i wykorzystując swoje znajomości załatwił mu nieco części silnikowych pochodzących z jakiegoś rozbitego Junaka, aby ten jednak mógł postawić swój motocykl na koła. Zenon zamiast wdzięczności poczuł wściekłość.

Z początkiem lata maszyna Zenona była już mniej więcej na chodzie. Z dwóch niesprawnych silników udało mu się zrobić jeden w miarę działający. Wywiercone w deklu otwory pozaślepiał śrubami z podkładkami tak, że silnik jego motocykla z daleka wyglądał jakby był chory na ospę. Najważniejsze jednak było to, że Junak jakoś jeździł.

Oprócz przyjaźni Stefana z Bolesławem łączyło również to, że obaj mieli synów w tej samej klasie szkoły podstawowej. Któregoś dnia Zenonowi udało się podsłuchać, jak obaj przyjaciele, korzystając z kilku dni wolnego, naradzali się nad wyjazdem w odwiedziny do swoich dzieci, które akurat przebywały na koloniach w Szklarskiej Porębie. Zenon nie miał co prawda zielonego pojęcia gdzie leży Szklarska Poręba, jednak postanowił przyłączyć się do wycieczki. Ponieważ Stefan nie odzywał się do niego po pamiętnej awanturze w piwnicy, Zenon znów zaatakował Bolesława. Im ten mocniej się opierał, tym zacieklej Zenon atakował, aż w końcu, dla świętego spokoju Bolesław się zgodził.

atlas

Wczesnym rankiem w dniu wyjazdu Stefan i Bolesław wypchnęli z piwnicy budynku najpierw Junaka a potem SHL-kę, posługując się szeroką deską położoną na stromych, piwnicznych schodkach. Chwilę później obie maszyny zostały objuczone bagażami a ich jeźdźcy założyli na siebie odpowiedni strój. W tym czasie Zenon wyciągnął z komórki swój wehikuł. Stefan i Bolesław nacisnęli startery i w powietrzu rozległ się odgłos pracy dwóch silników – rytmicznie postukiwanie Junaka oraz miarowe plumkanie SHL-ki. Kierowcy wsiedli na swoje maszyny i czekali na trzeciego jeźdźca. Tymczasem Zenon walczył z oporem materii. Kopał zaciekle starter ale uparty motocykl ani myślał zapalić.

– Mówiłem ci że to bez sensu – powiedział Stefan do Bolesława, starając się mówić na tyle głośno żeby przebić się przez odgłos pracy silników. W tym samym momencie Zenon zabrał się do odpalania motocykla metodą „na pych”, biegając ze swym Junakiem wokół rosnącej na środku podwórka gruszy. Stefan przyglądał się temu widowisku z mściwą satysfakcją. Bolesław stwierdził w końcu, ze bez jego pomocy się nie obejdzie, jednak w tym momencie oporny motocykl w końcu zaskoczył. Zenon ciężko dyszał ale wzrok miał triumfujący.

– Po prostu zalał się – krzyknął Zenon w stronę kolegów. Stefan nie podzielał tego entuzjazmu.

W końcu cała trójka ruszyła. Pierwszy jechał Bolesław na SHL-ce, za nim Stefan na swoim nowiutkim Junaku a na końcu Zenon również Junakiem, chociaż może lepiej powiedzieć: jechał czymś, co kiedyś było Junakiem. Ten układ grupy również nie podobał się Zenonowi, który widział swoje miejsce na czele kawalkady. Problem polegał tylko na tym, że nie miał bladego pojęcia w którą stronę trzeba było jechać.

Po drodze cała ekipa zjechała jeszcze na niewielką stację benzynową w pobliżu dworca kolejowego. Stefan napełnił zbiornik swojego motocykla pod korek, Bolesław przygotowywał mieszankę dla swojej SHL-ki a Zenon stał z boku i przyglądał się całemu zamieszaniu.

lux

– Jak będziemy się tak guzdrać to nigdy nie dojedziemy do tej… jak jej tam… Poręby – Zenon grał twardziela.

– Bolek, powiedz z łaski swojej temu panu, że następny postój planowany jest za dwieście kilometrów, wiec lepiej żeby zamknął swój dziób i łaskawie zatankował tego rupiecia do pełna – mruknął wściekle Stefan, któremu Zenon ewidentnie działał na nerwy. Poprzysiągł sobie, że nie odezwie się do Zenona, więc zwracał się do niego pośrednio, przez Bolesława.

– Jak to za dwieście kilometrów? – wybełkotał zbity z tropu Zenon.

– Normalnie – powiedział spokojnie Bolesław, nie przerywając wytrząsania mieszanki – do Szklarskiej Poręby mamy około pięciuset kilometrów. W jedną stronę.

Pod Zenonem ugięły się nogi tak, że musiał przytrzymać się dystrybutora. Jeszcze nigdy nie odjechał od domu motocyklem na odległość dwustu kilometrów a co dopiero mówić o pięciuset! Zagryzł jednak zęby i posłusznie zatankował maszynę do pełna. Tak łatwo nie da się przestraszyć. Nie wycofa się, o nie!

Po kilku minutach cała kawalkada opuściła miasto i wyjechała na drogę krajową. Bolesław pewnie prowadził grupę dyktując tempo mieszczące się w przedziale 70-80 km/h. Silniki motocykli grały równym rytmem, szosa wiła się wśród lasów i pól Mazowsza, ciepły wiatr przyjemnie gładził twarze jeźdźców. Zenona opuściły już lęki. Nawet Stefan chyba w końcu przestał się złościć, bo uśmiech zagościł również i na jego twarzy.

Jednak nic co dobre, nie trwa wiecznie. Po kilkudziesięciu kilometrach, tuż przed R., silnik w Junaku Zenona zaczął słabnąć aż w końcu stanął.

– Zatarty – stwierdził Bolesław, bezskutecznie usiłując obrócić wałem.

– Amen – odpowiedział Stefan ponuro.

Zenon stał z boku na brukowanym poboczu, nie mogąc uwierzyć w to co się stało. Przygoda, piękny sen, marzenia o wolności – wszystko to w jednej chwili rozsypało się w drobny mak. Po kilkudziesięciu kilometrach! Miał łzy w oczach.

– Dobra, nie będziemy tu tak stać na zadupiu – odezwał się w końcu Bolesław. Nie darmo był kierownikiem wyprawy. – Do R. zostało już kilka kilometrów, przepchamy tam motocykl. Sami już nic tu nie zdziałamy.

Zenon wsiadł na uszkodzonego Junaka. Bolesław podjechał do niego z tyłu z lewej strony, zaparł się prawą nogą o podnóżek pasażera i delikatnie ruszył. SHL-ka powoli zaczęła pchać uszkodzony motocykl. Stefan zamykał ten żałobny kondukt, kręcąc głową i mrucząc coś pod nosem.

Doczłapali się w ten sposób aż do CPN-u na obrzeżach R. Motocykle odpoczywały w cieniu pod zadaszeniem stacji. Zenon nie krył łez. Stefan stał z boku i palił papierosa, napawając się widokiem pokonanego Zenona. W końcu jednak zrobiło mu się głupio i bez słowa podszedł do niego i poczęstował go papierosem. Zenon zapalił w milczeniu. W tym czasie Bolesław rozmawiał o czymś z kierownikiem stacji paliw wewnątrz budynku. Wreszcie wyszedł i również zapalił papierosa.

– Dogadałem się – powiedział, zaciągając się dymem – kierownik pozwolił mi skorzystać z telefonu. Załatwiłem ci transport do domu.

Całą trójką usiedli na zakurzonym krawężniku przy stacji. Tym razem to Bolesław poczęstował wszystkich papierosami a Zenon otworzył swój termos z kawą zbożową, która już nie była mu do niczego potrzebna. Palili w milczeniu, popijając kawą z jednego kubka. Wzrok ich utkwił gdzieś na horyzoncie, Słońce pieściło policzki, lekki wiatr targał włosy.

Po niecałej godzinie na stację wtoczyła się zakurzona ciężarówka marki Lublin z wymalowanym na drzwiach logiem pogotowia technicznego fabryki, w której wszyscy trzej pracowali. Kierowca w szarym, roboczym fartuchu oraz berecie z antenką na głowie porozmawiał chwilę z Bolesławem, po czym wszyscy razem wrzucili uszkodzonego Junaka na drewnianą pakę samochodu. Zenon wsiadł do kabiny obok kierowcy. Wypadało życzyć kolegom chociaż „szerokiej drogi”, ale słowa nie przeszły mu przez gardło. Zrezygnowany, pokonany, spuścił wzrok. Silnik ciężarówki zawarczał i auto potoczyło się w kierunku domu, podskakując na nierównościach.

lublin

– Mówiłem ci że tak będzie – powiedział Stefan, gdy ciężarowy Lublin z motocyklem na pace oddalił się.

– Daj już spokój – odparł Bolesław – To jak, jedziemy?

– Jasne że jedziemy! – uśmiechnął się Stefan. Wyrzucił niedopałek w pył drogi i zdeptał go butem. Zawarczały zapuszczone silniki i po chwili dwa motocykle popędziły szosą w kierunku zachodnim.

Lublin wtoczył się na podwórko przed kamienicą. Tak jak przewidywał Zenon, w oknach od razu pojawili się ciekawscy sąsiedzi.

– Sąsiad popatrzy, już wrócił! Mówiłam że daleko nie zajedzie na tym złomie!

– Pani kochana! I tak dojechał dalej niż myślałem!

– A mogłem się założyć że ten grat się rozleci! Wygrałbym!

Zenon słuchał tych docinków i najchętniej rozpuściłby się ze wstydu. Niestety, nie potrafił tego dokonać. Ziemia również, jak na złość, nie chciała się pod nim rozstąpić. „Wszystko przeciwko mnie” – pomyślał z goryczą.

Następnego dnia doszedł telegram. Stefan z Bolesławem pisali w nim że dotarli na miejsce, są teraz z dzieciakami a jutro rano wracają do domu. Zenon miał ochotę wyć z rozpaczy!

Wieczorem trzeciego dnia na podwórko zajechały dwa zakurzone motocykle, SHL-ka i Junak. Ich jeźdźcy witani byli jak bohaterowie. Stefan przygotowywał deskę aby sprowadzić motocykle po schodkach do piwnicy a Bolesław opowiadał o tym, co spotkało ich w czasie wyprawy.

– Mieliśmy w sumie dwie awarie. Stefan złapał kapcia a mi padła świeca. Jutro wywołam zdjęcia to zobaczycie więcej.

Zenon słuchał tego wszystkiego i czuł, że za moment z wściekłości będzie gryzł.

Bolesław dotrzymał słowa. Po południu wszyscy mieli okazje obejrzeć fotografie. Można było zobaczyć na nich piękne krajobrazy, tak różne od równin Mazowsza. Wiele przedstawiało dwa błyszczące motocykle oraz parę uśmiechniętych przyjaciół. Z każdego zdjęcia emanowało szczęście. Ba, nawet Stefan na fotografii przedstawiającej go w momencie wymiany dętki w kole także ma uśmiech od ucha do ucha.

Zenon stwierdził że ich po prostu nienawidzi.

zorka5

Na podstawie wspomnień W.

Jeźdźcy Peerelu # 1

Papierosy

Sporty opt

Zenon ziewnął i przeciągnął się leniwie w fotelu. Sięgnął ręką po leżące na stole pudełko „Sportów”, jednak tym razem zamiast upragnionego „gwoździa” z paczki wysypało mu się na rękę tylko trochę kurzu, zwanego optymistycznie „tytoniem”. Papierosy definitywnie się skończyły. Zenon zaklął szpetnie, zmiął w ręku puste opakowanie i rzucił nim ze złością, starając się trafić w stojące nieopodal kaflowego pieca blaszane wiaderko z węglem. Papierowa kulka obiła się jednak od rantu wiadra i potoczyła po odrapanych deskach podłogi w kąt pokoju. Zenon westchnął. Spojrzał smętnie na stojącą na stole szklaną popielnicę, przepełnioną mikroskopijnej długości niedopałkami. Wreszcie wstał z fotela i podszedł do okna. Deszcz przestał padać. To poprawiło mu nastrój. Z kieszeni spodni wyjął portfel, zlustrował jego zawartość po czym wyciągnął z niego monetę pięciozłotową. Przez chwilę obracał ją w palcach, przyglądając się na wpół zatartemu wizerunkowi rybaka widniejącemu na aluminiowym pieniążku. Wreszcie podjął decyzję. Zdjął z wieszaka wytartą skórzaną kurtkę i wyszedł z mieszkania.

Po drewnianych, trzeszczących schodach odrapanej klatki schodowej zbiegł na podwórze. Wilgotne po deszczu powietrze było świeże i wonne. Odetchnął głęboko. Rozejrzał się bacznie, czy aby nikt z sąsiadów go nie obserwuje ale wyglądało na to, że teren jest czysty. Uspokoił się i podszedł do mieszczących się w rogu podwórza komórek.

Ogromnym, zardzewiałym kluczem otworzył drewniane drzwiczki jednej z nich. We wnętrzu, obok pryzmy węgla stała jego duma – motocykl Junak. Maszyna była już cokolwiek zmęczona życiem, bowiem Zenon miał w zwyczaju nieustannie ją „udoskonalać”, przy czym przeróbki których dokonywał zazwyczaj przynosiły efekt odwrotny do zamierzonego. Elementy zaś motocykla, które zniszczył bezpowrotnie podczas swoich eksperymentów zastępował innymi, które zazwyczaj z Junakiem a czasem nawet w ogóle z motoryzacją nie miały za wiele wspólnego. Gdyby Zenon urodził się kilkadziesiąt lat później, można by go było pewnie nawet nazwać jednym z prekursorów stylu „rat”. Ale ponieważ urodził się za wcześnie, jego motocykl był zwykłym rupieciem na wykończeniu. Zenon pocieszał się, że jest to jedyny taki egzemplarz Junaka w całym powiecie  – a może i nawet w województwie. I to akurat była prawda.

Wyciągnął motocykl z komórki. To co robił na pierwszy rzut oka nie miało żadnego sensu. Kiosk z papierosami i prasą znajdował się zaraz za płotem, w którym nawet zrobiono specjalną furtkę. Ze swojego mieszkania do kiosku i z powrotem Zenon mógł obrócić w niecałą minutę. Motocyklem zaś musiał wyjechać przez główną bramę znajdującą się dokładnie w przeciwnym krańcu podwórza i pokonać w sumie aż trzy ulice i dwa skrzyżowania, na dodatek na każdym skręcając w lewo. Przejechać się dalej też za bardzo nie mógł z racji braku benzyny. Ale nie w tym rzecz. Zenonowi chodziło o sprzedawczynię. Młoda kioskarka wpadła mu w oko już jakiś czas temu. Problem polegał tylko na tym, że zupełnie nie reagowała na jego zaloty. Ale Zenon tłumaczył sobie, że to przez dziewczęcą skromność i dobre wychowanie, nie dopuszczając do siebie nawet przez chwilę myśli, że może się jej nie podobać. Zresztą, ogólnie był on wobec samego siebie całkowicie bezkrytyczny, jednak, jakby dla zachowania równowagi, uwielbiał krytykować innych. Teraz młoda sprzedawczyni na pewno nie będzie w stanie oprzeć się urokowi i czarowi osobistemu motocyklisty. Tak pewnie myślał Zenon kopiąc starter. Jednak uparta maszyna ani myślała zapalić. Nerwowo zatopił pływak gaźnika, aż drogocenne paliwo polało mu się po dłoni. Zaczynała ogarniać go wściekłość, tym bardziej że dzieciaki sąsiadów właśnie wróciły ze szkoły i zaczęły mu się przyglądać z szelmowskimi uśmiechami. Wreszcie, po którymś tam z rzędu kopniaku silnik prychnął, po czym wreszcie zaskoczył. Cały mokry od potu oraz purpurowy na twarzy z wysiłku Zenon, z błyskiem triumfu w oczach wskoczył na siodełko, wbił pierwszy bieg i ruszył z kopyta.

Trzy minuty później zatrzymał się przed kioskiem. Niedbale rzucił monetę na ladę.

-„Sporty” – rzucił od niechcenia chropowatym głosem, zastanawiając się, czy zabrzmiało to wystarczająco buntowniczo.

Dziewczyna w odpowiedzi wytrzeszczyła na niego zdumione oczy.

Tymczasem Zenon wczuł się w rolę. Usiadł na motocyklu. Otworzył paczkę, pstryknął palcem w jej spód aż wysunął się z niej papieros. Włożył go do ust, zapalił zapałkę i wprawnym ruchem złożył dłonie w muszlę, osłaniając płomyk przed nieistniejącym w tej chwili wiatrem. Zapalił papierosa, zaciągnął się z rozkoszą. Otoczyła go chmura ciężkiego, gryzącego dymu o znajomym zapachu świeżo kładzionego asfaltu. Zaciągnął się znowu, splunął wiórami z papierosa bez filtra które przykleiły mu się do języka, po czym nacisnął dźwignię rozrusznika, modląc się w duchu żeby motocykl nie przyniósł mu tym razem wstydu. Ciepły silnik zaskoczył od razu. Zenon wbił bieg po czym ruszył ostro po bazaltowym bruku, mając nadzieję że dziewczyna go obserwuje. Pierwszy bieg, drugi i gaz. Maszyna pruje przed siebie, podskakując lekko na kamiennych kostkach, którymi wyłożone były wówczas drogi w mieście. Pierwszy skręt w prawo… Tym razem Zenon czuje że z maszyną dzieje się coś dziwnego, aż włosy jeżą mu się ze strachu na tyłku. Przednie koło ucieka na mokrym bruku w lewo, motocykl wali się na bok i sunie po kamieniach krzesząc iskry a motocyklista zalicza efektowną glebę. Przechodnie wstrzymują oddech. Maszyna zatrzymuje się wreszcie przy krawężniku po lewej stronie skrzyżowania, jeździec leży przy chodniku po stronie prawej z głową przy studzience kanalizacyjnej. Nastaje przejmująca cisza.

Po kilku sekundach które wydają się trwać całą wieczność, Zenon powoli zaczyna się podnosić z rynsztoka. Wymazany błotem, udekorowany wszelkimi śmieciami jakie tylko można znaleźć na ulicy, w podartych spodniach stanowił obraz nędzy i rozpaczy. Prawdziwy jeździec apokalipsy. Przechodnie nie mogli powstrzymać się od śmiechu.

Zenon, jeszcze nieco chwiejnym krokiem, podszedł do leżącego motocykla. Z wielkim wysiłkiem postawił maszynę na koła. Wyglądała chyba jeszcze gorzej niż jeździec; wgnieciony bak, skrzywiona kierownica, złamana dźwignia hamulca oraz potłuczony wkład lampy, dyndający żałośnie na przewodzie od żarówki…

-„A to wszystko przez te baby” – mruknął z wściekłością Zenon, pchając powoli poturbowanego Junaka do domu przy akompaniamencie salw śmiechu przypadkowych świadków zdarzenia.

Sporty opt

Na podstawie wspomnień W.