garażowe przemyślenia

O wyższości niższego nad wyższym

img20200727_17174050

Jakby nie patrzeć, postęp jest jednak faktem. Na przykład dziwne rozmowy – przechwałki przeniosły się z internetowych forów motocyklowych do portali społecznościowych. Stare, dziwne problemy ale za to z nową jakością i większą ilością komentujących.

IMG_0682

A problem jest stary jak świat, czyli dlaczego „dalekie wyprawy motocyklowe są lepsze niż wycieczki w koło komina”? W tym pytaniu jest zawarta jest od razu pewna aluzja. Jednak to wcale nie jest tak oczywiste.

IMG_0626

Wiele lat temu dalekie podróże motocyklowe były dla mnie kwintesencją motocyklizmu, najwyższym stopniem wtajemniczenia. W gazetach można było poczytać relacje śmiałków, którzy przejechali motocyklem te tysiąc, dwa czy więcej kilometrów, zwiedzili i zobaczyli to i owo, opisali i przywieźli nawet kilka zdjęć analogowych na pamiątkę… Respekt.

DSC_5803

Tyle tylko, że to było dawno. W czasach gdy istniały jeszcze w naszej części świata granice i kontrole paszportowe, a jedyny mój motocykl był posocjalistycznym gruzem, trzymającym się w kupie wyłącznie dzięki sile woli i trytytkom. Przejechanie tym sprzętem stu kilometrów bez jakiejś poważniejszej awarii było wyczynem. Owszem, zdarzały się kilkudniowe wyjazdy po kilkaset kilometrów w jedną stronę, ale gdzie tam do opisywanych w gazetach tysięcy… Do tego mieszkałem wówczas w „najnudniejszym miejscu świata”, gdzie nie było absolutnie niczego ciekawego do zobaczenia. Tak mi się wówczas wydawało. Kilka przeprowadzek oraz zmian motocykli później dotarło do mnie kilka prawd. Pewne rzeczy się wyprostowały i wyklarowały.

IMG_0552

Po pierwsze – kilometr kilometrowi nierówny. Czymś zupełnie innym jest przejechanie stu kilometrów starym gruzem a zupełnie inną rzeczą w miarę współczesnym motocyklem. To tak jak przepłynięcie jakiegoś akwenu tratwą i parowcem wycieczkowym. Niby droga ta sama, ale podróż jednak zupełnie inna. Co jest lepsze a co ciekawsze – na to pytanie każdy sam sobie musi odpowiedzieć.

IMG_0700

Po drugie – nie ma „nieciekawych miejsc”. Jeśli wydaje Ci się, że trafiłeś w naprawdę nudne miejsce, oznacza to, że patrzysz mało uważnie. Gdy po latach wróciłem na swoje „stare śmieci”, ze zdumieniem odkryłem, że mieszkając tam latami nie dostrzegałem nawet pięciu procent rzeczywistego potencjału tego regionu.

DSC_5850

Z tego drugiego wniosku pośrednio wynika trzeci. Wcale nie jest powiedziane, że daleka podróż motocyklowa będzie ciekawsza niż wycieczka „wkołokominowa”. Jest bowiem wiele stron „podróżniczych”, których zawartość jest delikatnie mówiąc antytezą tego, co zwykliśmy rozumieć pod tym pojęciem. Owszem, pojechali, cyknęli standardowe fotki pod jakąś cepelią dla turystów o której wie każdy, zjedli sznycla i wrócili. Jeśli komuś sprawia to przyjemność – jasna sprawa, nie ma tematu ani problemu. Ale nie mówmy o jakiejś wartości poznawczej tego wyjazdu. Jedyną wartość podczas tej wycieczki ma wypalone paliwo oraz zjedzony sznycel.

IMG_0683

Na drugim biegunie zaś mamy wycieczki „wkołokominowe”, dobrze zaplanowane, pełne odkryć i przygód. Zapomniane miasteczka gdzieś na końcu drogi, ruiny pałacyków o których istnieniu wiedzą tylko „miejscowi” z historią bardziej niesamowitą niż mogłoby się wydawać. Możliwości jest dużo i wcale nie trzeba jechać gdzieś daleko, aby odkryć coś ciekawego. A przecież właśnie na tym ten sport polega. Podróż to odkrywanie, to ciekawość. Z tej perspektywy takie wokołokominowe wycieczki są o wiele ciekawsze i przyjemniejsze. W końcu jest się przecież odkrywcą.

Studium krótkiej pamięci

img20210722_10044551

Na jednym z portali zadano internautom pytanie, czy są za tym, aby przywrócić Strażom Miejskim i Gminnym prawo do ustawiania fotoradarów i karania kierowców za wykroczenia. Argumentacja jest taka jak zawsze – czyli „bezpieczeństwo ruchu drogowego”. Słowo – wytrych, z którego w sumie nic nie wynika. Ale jeśli ktoś ma jakieś wątpliwości, to można go od razu zgasić, przypinając mu łatkę „pirata i bandyty drogowego”. Ucina to wszelkie dyskusje. „Ci, co jeżdżą przepisowo, nie mają się czego bać”. Czyżby?

Wobec tego zadałbym pytanie pomocnicze. Dlaczego Straże Miejskie te uprawnienia utraciły? Czy ktoś pamięta?

Jeśli nie wiadomo o co chodzi, to zapewne idzie o pieniądze. Wpływy z mandatów nałożonych przez policję znikają bez śladu w budżecie centralnym. Co innego jednak z karami nakładanymi przez strażników – te zasilają kasę gminy. Wobec tego strażnicy stali się inkasentami, maszynkami do zarabiania pieniędzy dla gmin, nie bardzo już mającymi czas do wykonywania swoich statutowych obowiązków. Ale to przecież drobiazg.

Oczywiście, taki fotoradar to jest spora inwestycja, która musi się zwrócić. Teoretycznie kierowców naginających przepisy jest u nas pod dostatkiem, więc nie powinno być z tym problemu. Jak się jednak w praktyce okazało, wcale tak dużo ich nie było. Przynajmniej w rozumieniu księgowych gmin. Trzeba było ich więc trochę „naprodukować”.

Tylko jak to zrobić? Sposobów jest kilka. Z pomocą może przyjść na przykład instrukcja obsługi takiego fotoradaru. Są w niej zawarte wytyczne, jak takie urządzenie powinno być ustawione, aby zmierzone przez nie wyniki były jak najbliższe rzeczywistości. A więc wystarczy ustawić urządzenie inaczej, tak aby zmierzone prędkości były zawyżone. Wbrew pozorom, było to działanie nagminne. Do tego stopnia, że pojawili się „łowcy straży miejskich”, dokumentujący tego typu wykroczenia, którzy w krótkim czasie zebrali imponujące archiwum.

Drugi ze sposobów jest trochę bardziej skomplikowany i wymaga większego zaangażowania gminy. Trzeba mianowicie urządzić pułapkę na kierowców. W tym celu należy tak poustawiać znaki drogowe, aby wprowadzić kierowców w błąd. Oczywiście, wszystko musi być w majestacie prawa. Tak więc gmina zmienia oznakowanie tak, że robi z niego łamigłówkę, jakąś niestandardową kombinację znaków drogowych. Jak na przykład w osławionej gminie B.B., gdzie kierowcy, święcie będąc przekonanymi o tym, że jadą zgodnie z przepisami, nagle dostawali zdjęcie z fotoradaru pośrodku niczego. Wszystko w majestacie prawa, bo oznakowanie mimo iż chamskie i ordynarne to jednak było zgodne z przepisami. W zamian za to gmina zaś mogła sobie w corocznym budżecie zaplanować dochody na poziomie 6 000 000 złotych rocznie. Sześciu milionów złotych. Maleńka gmina na końcu świata. Ale wiecie, bezpieczeństwo…

Przy gnębiącej polskie drogi znakozie, będącej objawem pewnego dziwnego przekonania, mówiącego że im więcej znaków, tym lepiej, skonstruowanie takich pułapek na kierowców nie jest specjalnie skomplikowanym zadaniem.

Myliłby się jednak ten, kto pochopnie sądziłby, że państwo ujęło się za kierowcami ukaranymi na podstawie wątpliwych przesłanek przez straże miejskie. Nic z tych rzeczy. Przecież także policja używała w owym czasie ręcznych mierników prędkości „Iskra”, które nie spełniały podstawowych wymogów stawianych tym urządzeniom. Nie przeszkadzało to oczywiście policji w wystawianiu mandatów kierowcom, którzy jeszcze od czasów carskich traktowani są jak ludzie niemający co robić z pieniędzmi i rolą państwa jest dbanie, żeby od tego nadmiaru gotówki w głowach im się nie poprzewracało. Ministerstwo i policja udawały przy tym, że wszystko jest ok. Nie była to jedyna taka wpadka. Ale ja nie o tym.

Problem powstał przy podziale łupów. Jak wiemy, przychody z mandatów wystawionych przez straże miejskie i gminne stanowią dochód gminy. Ale przecież państwo nie dopuściłoby do wypuszczenia dochodowego przedsięwzięcia, gdyby nie miało w tym zagwarantowanego udziału.

Miało, w przypadku bowiem, gdy sprawa trafiała do innych organów niż samorządowe (np. do sądu), przychód z mandatu trafiał do budżetu centralnego. W przypadku zaś niemożności ustalenia, kto prowadził pojazd, sprawa miała być przekazywana policji. Również w tym przypadku pieniądze miały trafiać do budżetu centralnego.

Tyle teorii. A co w praktyce? Rozzuchwalone straże miejskie kombinowały, jak nie dać państwu jego doli. Zaczęła się żonglerka terminami, wysyłanie do kierowców dziwnych żądań do zapłaty bezprawnych grzywien… Gminy czerpały z tego korzyści, bowiem żadne organa państwowe nie były o sprawach informowane. Proceder ten był nagminny. Żeby nie być gołosłownym, zamieszczam link do raportu NIK. Szarpanie niedźwiedzia za wąsy spowodowało, że wreszcie ktoś zareagował i zakończył fotoradarowe Eldorado. Albo dziki zachód.

Wracając do samego projektu – byłbym nawet za, gdyby mandaty wystawiane przez straże miejskie zasilały budżet centralny a nie gminy. Ale wówczas żadna gmina nie chciałaby bawić się w kontrole prędkości, bo co to za interes. Wtedy nie byłoby już mowy o „bezpieczeństwie”.

img20210722_10041808

Ja oczywiście jestem realistą i nie mam złudzeń, że projekt przejdzie ze wszystkimi swoimi wadami. Bowiem nie potrafimy się uczyć na swoich błędach. Mało tego, mam takie wrażenie że są ludzie, którzy uważają, że jak robią coś źle dostatecznie długo, to w końcu dostaną dobre rezultaty. Niestety…

Autorefleksja

img20200425_20103483

Podobno człowiek zaczyna być naprawdę stary w momencie, w którym z rozrzewnieniem zaczyna wspominać „dawne, dobre czasy”.* Może nie powinienem pisać już nic więcej na ten temat, skoro cała ta strona ma w dużym stopniu charakter wspomnieniowo – nostalgiczny…

Nie chodzi mi o gloryfikację dawnych czasów, bo w sumie nie ma czego gloryfikować. Nie były one wcale dobre. Tym niemniej jedną rzecz wspominam z rozrzewnieniem – niemal puste drogi w weekendy, gdy można było podróżować godzinami, nie spotykając zbyt wielu pojazdów. A napotkać motocyklistę to już było wyjątkowe święto, które zresztą zwykle celebrowało się poprzez wspólny postój i rozmowę, trwającą nawet i przeszło pół godziny. Rozmawiało się o wielu rzeczach. O motocyklach, podróżach, ludziach. Czasem okazywało się, że gdzieś tam mamy jakichś wspólnych znajomych. Albo prawie znajomych. Wszystko jedno, świat był mały.

To już było i wątpliwa sprawa, żeby jeszcze kiedyś wróciło. Natomiast receptą na puste drogi jest wyjazd tak wcześnie rano, jak to tylko możliwe. Skoro ludzie w weekend chcą pospać, więc należy to wykorzystać. Takie postępowanie ma jeszcze ten plus, że wschód Słońca można podziwiać w tak pięknych okolicznościach przyrody.

DSC07817

*Tak naprawdę to ludzie z rozrzewnieniem wspominają swoją młodość a nie czasy, jednak nie wiedzieć czemu myli im się jedno z drugim.

Odwieczny problem klasyczności

img20200727_17174050

Czas płynie nieubłaganie. Wszystko się zmienia. Z jednym wszakże wyjątkiem. Ludzkiej mentalności. Ostatnio byłem świadkiem pewnej zaciętej dyskusji internetowej. Te konwersacje są nieprzebranym źródłem natchnienia. Nie żeby rozmowa ta była jakoś specjalnie ciekawa. Była ona stara jak motoryzacja. Słyszałem ją już setki razy i w różnych epokach. I zawsze konkluzja jest jedna i ta sama: „kiedyś to kurła było:…

Jeden z rozmówców zamieścił zdjęcie całkiem współczesnego motocykla z pytaniem, czy ta maszyna ma szansę stać się klasykiem, czy też należy ją zużyć i wyrzucić?

Prowokacyjne pytanie odniosło skutek. Posypała się lawina komentarzy o tym, jak to na motobajzlach  będzie się poszukiwać starych wtrysków czy wyświetlaczy i że lepiej tego nie dożyć…

Gdy widzę takie marudzenie to przypomina mi się pewien obraz z późnych lat siedemdziesiątych. Jest to zarazem jedno z moich najwcześniejszych wspomnień. Przed oczyma staje mi mój dawny sąsiad szpachlujący co niedzielę swoją starą Pobiedę i opowiadający wszystkim wokoło (tym którzy nie zdążyli w porę uciec), jakie ma wspaniałe auto. „Nie to, Panie, co teraz, jednorazowe.” Zapewne wcale nie zastanawiał się nad tym, że jego ojciec mówił pewnie to samo, picując kilkadziesiąt lat wcześniej swojego Russo – Bałta. Jego syn później będzie tak gadał o swoim polonezie a wnuk o Passacie. Sztafeta jęczących pokoleń.

Wracając do motocykli: wiecie, plastiki to plastiki a motocykle zabytkowe to…

Czasem mam takie dziwne przeczucie, że aby motocykl mógł być „zabytkiem” czy tam „klasykiem” to koniecznie musi być to taki pojazd, który można „naprawić” za pomocą drutu, sznurka czy drewnianego kołka. Najlepiej zaś, jeśli do tego byłby gratem. Jeśli jakoś wygląda i jeździ, to już na miano „klasyka” nie zasługuje. Mentalnie tkwimy chyba jeszcze ciągle w latach sześćdziesiątych.

img001

A w rzeczywistości sprawa jest bardzo prosta. Każdy pojazd bowiem był kiedyś nowy i jako taki był często szczytowym osiągnięciem swoich czasów. Na przestrzeni lat i dekad zmieniała  się technika, producenci. Niezmienne było zaś jedno: o każdym z nich było takie samo gadanie. Że to nowe to: „Panie, to już nie to co kiedyś”, „to nic nie warte”, „kto to Panu naprawi”, „gdzie Pan do tego części dostaniesz” itd.

Tak samo było 80, 60, 40 i 20 lat temu i nie zmieniło się to do dziś. Nic z tego pitolenia oczywiście się nie sprawdziło. Nic nie zapowiada też, że miałoby się to jakoś zmienić drastycznie w przyszłości.

Komputery pokładowe, wyświetlacze czy wtrysk paliwa zagościły na poważnie w motocyklach już w początkach lat 80-tych XX wieku. I jak najbardziej można je kupić na motobajzlach, przynajmniej tych zachodnich. Przez czterdzieści lat raczej był czas aby się z nimi oswoić, jednak wygląda na to, że dla wielu ciągle są wielkim zaskoczeniem.

Czas płynie nieubłaganie i na dodatek coraz szybciej. Współczesne pojazdy staną się klasykami prędzej niż nam się to wydaje.

Problem może być jedynie z naszą świadomością „boomera”, który nie może przyjąć do wiadomości, że dziś Ziemia zrobi znowu kolejny obrót.

Prokrastynacja*

img20200427_08144355

Tak to już zwykle jest, że gdy ma się już zaplanowany front robót na najbliższe dni, człowiek chodzi i rozmyśla, co by tu wykombinować, żeby jednak tego nie zrobić albo przynajmniej trochę odwlec nieuniknione. Tym bardziej, że te zaplanowane sprawy nie są skomplikowane, ale jednak mimo wszystko dość upierdliwe.

Tak więc szukając sobie zajęcia alternatywnego zacząłem porządki w garażu. W jednej z metalowych szaf natknąłem się na fanty, które dostałem wraz z zakupioną GPz 900R. Nie było tego dużo. Klocki hamulcowe, kilka drobiazgów, filtr oleju. Szkoda że nie od 750-tki, bo naprawdę przydałoby się jej zmienić oliwę. Nie pamiętam już nawet kiedy wymieniałem w niej olej a to oznacza tylko jedno – dawno.

Ale zaraz, zaraz. Czy te filtry aby nie są identyczne?  Nie pozostaje wobec tego nic innego, jak sprawdzić to organoleptycznie, starą sprawdzoną metodą „na oko”.

IMG_4677

Bingo! Filtry są dokładnie takie same w GPz 750 i GPz 900R. Tym samym lista elementów wspólnych rozszerza się do świec zapłonowych, oleju, żarówek i teraz filtra oleju. Niby nie jest tego dużo ale, ponieważ są to najczęściej używane materiały eksploatacyjne, znakomicie upraszcza serwisowanie. Mała rzecz a cieszy.

IMG_4681

Tym sposobem praca zastępcza została z sukcesem wynaleziona i można było poświęcić się jej bez reszty, skutecznie zapominając o tym, co zostało na dziś pierwotnie zaplanowane.

IMG_4685

A po skończonej, dobrze wykonanej pracy, należy się nam przecież odrobina przyjemności i relaksu. Jazdę próbną w końcu, tak czy siak, trzeba wykonać, prawda?

img20200427_19493038

*Prokrastynacja lub zwlekanie, odwlekanie, odkładanie na potem czy też ociąganie się (z łac. procrastinatio – odroczenie, zwłoka) – tendencja, utożsamiana z odwlekaniem, opóźnianiem lub przekładaniem czegoś na później, ujawniająca się w różnych dziedzinach życia. Zwana często „syndromem studenta”.

 

Szkoda że za moich czasów studenckich, jeśli przyszedłeś na zajęcia nieprzygotowany to mówiło się że jesteś nieuk, leń i gamoń. A dziś – proszę. Cierpisz na prokrastynację. Znaczy w gruncie rzeczy to samo, ale jak dobrze i mądrze brzmi! 😉

Wróżenie z polisy ubezpieczeniowej

img20200202_10141942a

Moja (niegdyś) ulubiona gazeta motocyklowa, która z wersji papierowej przeszła do Internetu nie odpuszcza. Nie odpuszcza w pogrążaniu się i zaniżaniu poziomu. Gdy po opisie kasku (dlaczego taki i tylko taki i kto uważa inaczej ten GUPI) wydawało się, ze gorzej już być nie może, pojawił się artykuł, który przyćmił wszystko, co było dotychczas. Po artykułach kiepskich przyszła pora na bezsensowne.

Otóż pojawił się tekst traktujący o tym, ile redaktor zapłacił za ubezpieczenie motocykla pod przewrotnym tytułem „Ile kosztuje najtańsze ubezpieczenie motocykla”.

Najtańsze dla piszącego. Tylko.

Artykuł z cyklu: „Kochany pamiętniczku…”

Temat stary jak motocyklowe fora internetowe – i od co najmniej 20 lat tępiony przez adminów jako zaśmiecający forum i niczego doń nie wnoszący. Bezsensowny jak dyskusje na suto zakrapianych  imieninach u wujka o wyższości TDI nad benzyniakiem – albo odwrotnie. Zresztą, kto płaci mniej za OC też jest stałym punktem programu na liście imieninowych dyskusji jałowych.

Czemu jałowych? Bowiem składka ubezpieczenia jest ustalana indywidualnie dla każdego przypadku z osobna i nie ma możliwości jej porównania z innymi i wyciągnięcia jakichś sensownych wniosków. Zależy ona od wielu czynników, jak: region kraju i miejscowość zameldowania (większe miejscowości to większe nasilenie ruchu i związana z tym większa ilość kolizji), wieku kierowcy i jego stażu za kierownicą, jego stanu cywilnego i posiadania (lub nie) dzieci, przebiegu ubezpieczenia, wieku pojazdu (za starsze pojazdy niektóre towarzystwa liczą sobie więcej). Jakby tego było mało, rożne towarzystwa różnie przeliczają sobie te parametry na procenty zwyżek lub zniżek. W efekcie zmiana tylko dwóch parametrów może skutkować różnicą w wyliczonej składce liczonej w setkach procent. Dlatego nie ma to sensu. Można co najwyżej powiedzieć, że osoba z większym stażem powinna generalnie w tych samych warunkach zapłacić mniej niż początkujący. O ile? Bez konkretnych danych to nawet wróżka ze szklaną kulą nie będzie w stanie odpowiedzieć.

wrozeniezpolisy

Inna rzecz, że każdy kto ubezpieczył w Polsce jakikolwiek jednoślad wie, że w przypadku OC wybór ubezpieczycieli ogranicza się w zasadzie do braku wyboru i jest tak już od dziesięcioleci. Nic też nie wskazuje na to, że taka sytuacja może ulec zmianie. Więc jeśli ubezpieczyłeś już w swoim życiu jakikolwiek pojazd, to niczego nowego z „artykułu” już się nie dowiesz. Także w kwestii AC, bowiem ubezpieczenie to ma różne opcje i samo porównanie cen nic nie daje. Zależy co w tym pakiecie jest. Jednak na to pytanie próżno szukać tam odpowiedzi.

To tak samo jakby powiedzieć, że w mojej ulubionej klubokawiarni „Muszelka” za obiad zapłaciłem 12,50. Fajnie, tylko co z tego? Ano nic. Przypadkowa cena przypadkowego obiadu w przypadkowej restauracji, czyli informacja całkowicie pozbawiona znaczenia. Bo oczywiście w żadnym wypadku nie oznacza to, że Ty u siebie w swojej miejscowości zapłacisz też tyle samo. Bo ile będzie kosztował Twój obiad dowiesz się dopiero na miejscu, w restauracji w Twojej miejscowości.

Samo krytykowanie jest proste i w sumie też bez sensu. Temat jest bowiem ciekawy, tylko redaktor poszedł po najmniejszej linii oporu i napisał to, co napisać może każdy, kto ubezpieczył chociaż raz jakikolwiek pojazd. Nie ma tam nic, czego by taka osoba nie wiedziała. Sztuka polega zaś na tym, aby napisać coś, o czym taka osoba nie wie.

Na przykład w wielu krajach UE funkcjonują specjalne pakiety ubezpieczeniowe. Działa to w ten sposób, że gdy ubezpieczam kilka pojazdów w jednym towarzystwie, mogę liczyć na rożne bonusy. To duże zniżki w składkach – na każdy z nich, czy opcje niedostępne normalnie – jak na przykład częściowe autocasco na stary pojazd, w przypadku którego normalnie takie ubezpieczenie jest niedostępne albo ma zaporowa cenę. Tu nie dość że jest to jeszcze kosztuje grosze albo jest gratis. Czy w Polsce takie pakiety występują? Jeśli tak, to gdzie i jak się na nie załapać, jeśli nie to dlaczego?

Co wchodzi w skład AC w różnych firmach i na jakich warunkach?

To nie jest wcale tak, ze nie ma o czym pisać w tym temacie. Trzeba tylko odrobinę się postarać. Odrobinkę.

Na koniec jeszcze jedna refleksja. Jakiś czas temu pewien początkujący motocyklowy jutuber poprosił mnie o opinię na temat jego pierwszego filmu, podsyłając link do swojego kanału. Na kiepskiej jakości filmiku młody chłopak opowiadał o swoim nowym kasku; niestety, jedyne co umiał o nim powiedzieć to że jest niebieski i ile kosztował na alledrogo.

Teraz myślę, że byłem wobec Młodego zbyt surowy. Bowiem filmik miał dokładnie taką samą wartość poznawczą jak artykuł na portalu.

Z tym że film nakręcił kompletny amator, na portalu zaś piszą zawodowi redaktorzy. Podobno.

Sprzedawcy garnków i redaktorzy

001

Dziś będzie poważnie. A nawet bardzo poważnie.

Przeglądając zasoby Internetu trafiam na stronę pewnego magazynu motocyklowego. Pismo ukazywało się kiedyś w wersji papierowej i naprawdę je lubiłem. Było rzetelne, poważne. Owszem, zdarzały mu się jakieś drobne potknięcia – ale komu się nie zdarzają? Chyba tylko temu, co nic nie robi.

Jakiś czas temu pismo przeszło do Internetu. Z gazety stało się portalem. Takie czasy. Czy to dobrze, czy też źle – to temat na osobne rozważania. W każdym razie trafiam na artykuł o wyborze kasku. To nawet dobrze się składa. Mój szczękowiec domaga się powoli emerytury. Jest najstarszym z kasków które użytkuję. Oprócz niego mam jeszcze integralny i otwarty. Żona używa dwóch kasków. Czyli w sumie na półce w garażu stoi ich pięć sztuk. Nigdy nie zastanawiałem się nad tym, czy to dużo czy też po prostu norma. W końcu każdy wybór ma swoje wady i zalety a kwestie bezpieczeństwa i komfortu nie powinny być rozpatrywane oddzielnie, bo w sumie jedno ma przełożenie na drugie. To takie dwie filozofie. Według jednej należy zrobić wszystko, aby zminimalizować skutki wypadku. Druga z kolei zakłada, że w sumie to najlepiej nie mieć wypadku wcale. Prawda, jak zwykle zresztą w takich przypadkach, leży zapewne gdzieś pośrodku. Punkt ten zresztą nie leży w jednym miejscu, bowiem z wiekiem i zużyciem materiału kierownika oraz przebytymi kilometrami zaczyna się dostrzegać, jak istotne są jedne parametry i jak nieważne inne.

002

Niestety, artykuł nie jest nawet słaby. Jest beznadziejny. W momencie gdy dochodzę do akapitu zaczynającego się od słów: „Jeśli kupować to tylko i wyłącznie typ X” to już wiem, że nie ma sensu czytać dalej. Wyklucza to bowiem automatycznie jakikolwiek inny punkt widzenia. Człowiek który używa takich zwrotów to wspaniały materiał na sprzedawcę garnków w telezakupach. Niekoniecznie jednak na dziennikarza. Szczególnie jeśli jego argumentacja opiera się na założeniu że jeśli mi gówno na środku salonu nie przeszkadza, to automatycznie oznacza, że innym mieszkanie w smrodzie też musi się podobać. Musi, ponieważ jemu to nie robi.

003

W pierwszej chwili mam dość dosadnie zamiar odpisać Autorowi. Wiecie, czasem nawet stare misie złapią się na sztuczny miód. Oczywiście wiem, że artykuł jest na taką reakcję obliczony. Na fejsbukowym fanpejdżu milion lajków i pierdylion komentarzy. Ludzie kłócą się zaciekle; mam wrażenie że gdyby dać im do ręki noże zamiast klawiatur to by się pozarzynali. W imię czego? Racji w Internecie? Nie ma tu czegoś takiego. Każdy ma własną i nie ma wcale zamiaru słuchać innych.

Nie lubię się przekrzykiwać. Nie ma to zresztą żadnego sensu. W międzyczasie zresztą naszła mnie pewna refleksja. Otóż tuż obok, na półce, znajdują się wszystkie numery wspomnianej gazety w wersji papierowej z czasów, gdy wychodziła ona jako miesięcznik a później dwumiesięcznik. Wszystkie co do jednego. Niektóre nawet zdublowane. I mam świadomość, że wówczas taki tekst nigdy by się w niej nie ukazał. Nigdy. Naczelny by się chyba ze wstydu rozpuścił, gdyby pchnął takie coś.

Ale Internet rządzi się swoimi prawami. Może po prostu zaniżając poziom do maksimum najłatwiej nażebrać lajków i komciów? Nie wydaje mi się, żeby ta droga miała przed sobą jakąś świetlaną przyszłość. A dopisek mówiący o tym, że strona/portal/grupa „przeznaczona jest dla dojrzałych motocyklistów” oznacza już od dłuższego czasu mniej więcej: „minister zdrowia ostrzegał”, „nie da się odzobaczyć” ewentualnie „wchodzisz na własną odpowiedzialność”.

001

Chciałbym ten wpis zakończyć jakoś optymistycznym akcentem, żeby nie wyszło znowu, że „kiedyś to byli czasy a teraz to nie ma czasów”, tylko jakoś nic wesołego nie przychodzi mi do głowy.

Już wiem! Póki co nadal można kupić sobie jeszcze dobre piwo J

Apokalipsa według świętego mnie

DSC_4490

Rzeczy się zużywają. Jak byśmy się nie zaklinali, tak to już jest. Entropia dopadnie w końcu wszystko – i wszystkich.

Tym razem starość dopadła zaprzęg. Nie udało się wystartować z przyczyn technicznych. Tak w zasadzie nie było to wielkim zaskoczeniem. A przynajmniej być nie powinno, zważywszy na objawy. Sięgając pamięcią lata wstecz przypomniałem sobie o pewnym niewielkim elemencie, który podczas podróży po odległej dziś krainie, został prowizorycznie naprawiony metodą lutowania. Zasadniczo element ów powinien być wymieniony a nie naprawiany, lecz wówczas, w podróży, nie było to możliwe. A że prowizorka zawsze jest najtrwalsza, więc tak to już pozostało. Chyba z 15 lat tak to jeździło. Aż do teraz.

Niestety, w miejscu mojego zamieszkania dostanie brakujących elementów jest całkowicie niemożliwe. Maszyna ta jest tu całkowicie egzotyczna i nikt nie ma nawet pojęcia, w jakim katalogu należałoby ich szukać. Brakujące części można by ewentualnie dorobić… Tyle że z tym jest też dużo zachodu i najgorsze, że nie będzie żadnej pewności, że będą działać jak trzeba. Albo zamówić przez Internet i czekać cierpliwie na dostawę. I ta opcja wydaje się najrozsądniejsza.

DSC_4493

Cóż robić? Nie pozostaje nic innego jak usiąść i czekać cierpliwie. Mam czas na rozważania przy kubku kawy. Przypomniał mi się pewien artykuł, w tak zwanej prasie motocyklowej, w którym to autorzy, będąc pod wpływem ostatniej części przygód Mad Maxa, zastanawiali się, jaki to motocykl będzie w stanie przetrwać apokalipsę. Oczywiście w sensie: przetrwać i funkcjonować po niej. Konkluzja była taka: maszyna musi być możliwie prosta i naprawialna. Tyle fantazja.

A teraz rzeczywistość. Przede mną stoi maszyna spełniająca te kryteria. Prosta i naprawialna przy użyciu minimalnej ilości narzędzi. Niewymagająca wyrafinowanej techniki. I co? Ano właśnie. Stoi. Romantyczna wizja postapokaliptycznych jeźdźców na stalowych rumakach, gnających przed siebie po pustyni, rozwiewa się jak dym z wydechów.

Bo prawda jest brutalna. Nawet tak prosty pojazd do swego funkcjonowania wymaga odpowiedniego środowiska technicznego. Tak jak żywe organizmy nie są w stanie przeżyć bez swojego środowiska, tak maszyny nie przetrwają bez cywilizacji, która spełniałaby ich wymagania techniczne. Proste naprawy zrobisz w drodze. Grubszych nie wykonasz bez nieźle zaopatrzonego warsztatu. Są elementy których nie dorobisz przy pomocy młotka, pilnika i imadła. A rezerwuar zapasowych części, zakładając że takowy istnieje, bo ktoś się dobrze przygotował na upadek cywilizacji, też nie jest niewyczerpany. Zresztą, eksploatacja tego motocykla od wielu już lat jest zmaganiem się z brakiem części i szukaniem „zamienników”.

DSC_4497

Więc gdyby miał nastąpić cywilizacyjny kolaps, tak jak to przedstawiono na filmach, to pojazdem który to przetrwa będzie jednak raczej wóz drabiniasty. Przy odrobinie szczęścia. Bo inna opcja to niestety łapcie z łyka.